O utopiach (Barataria)

Dla Konrada

Ewa Maria Slaska

Młody człowiek spędził u mnie jakąś część wakacji. Rozmawialiśmy o różnych ważnych sprawach, choć tak naprawdę to nie wiem, czy rozmawialiśmy o utopiach. Ale na pewno były podskórnie cały czas obecne. Jego zajmują utopie, bo jest jeszcze młody, mnie – bo już jestem stara.

On wie, czego chce, ja wiem, czego się nie da osiągnąć, choć mimo to nie należy ustawać w wysiłkach.

Inteligentni młodzi ludzie czytają inteligentne książki i pełnymi garściami czerpią z nich wiedzę o świecie. Dziesięć lat temu inny wówczas taki młody inteligentny człowiek poinformował mnie, czerpiąc wiedzę z mądrych książek, że każdy w Niemczech zarabia  (minimum) 3000 euro miesięcznie i odłożył na boku średnio milion euro. Młody człowiek mieszkał w Polsce, a ja w Niemczech i mimo że bywał u mnie i widział na własne oczy, że ani trzy tysiące co miesiąc, ani odłożony milion, za nic nie mogliśmy się porozumieć, bo teoria była mocniejsza.

Choć chętnie bym na nią przystała.

Inteligentna książka przeczytana latem 2019 roku dotyczy ekonomii. Zawsze i wszystko co mądre, musi dotyczyć ekonomii – wszyscy to wiedzą oprócz ludzi z mojego pokolenia z PRL-u, bo w PRL-u ekonomia była śmiertelnie nudnym elementem ucisku socjalistycznego, a zajmowanie się nią obiecywało wprawdzie karierę, zarobki i wyjazdy za granicę, ale nie wynikały one z nabytej na studiach wiedzy, lecz z zaprzedania duszy komunie.

A tego nie chcieliśmy. Chcieliśmy być wolni, co rozumieliśmy jako stan, że możemy robić, co chcemy, i jako sytuację, w której nie musimy robić tego, czego inni od nas chcą. Warunkiem uzyskania takiego stanu było studiowanie czegoś bardzo nie-komunistycznego i zarazem nie-pragmatycznego. Lekarz i dentysta byli wprawdzie lepsi od ekonomistów, ale ciążyło na nich odium, że studiuje się “to” nie z zamiłowania, lecz z chęci zysku, co nieomalże zrównywało zawody w białych fartuchach z producentami lodów, parasolek i torebek. Nikt zresztą nie wiedział na pewno, czy zawody obiecujące dobre zarobki, nie obiecują ich w zamian za potulne zachowanie. Zresztą gdy byłam studentką, osobiście nie znałam nikogo, kto by studiował medycynę (choć oczywiście znałam lekarzy i miałam ich również w rodzinie).

Nie mieliśmy kontaktu ze światem zewnętrznym, nie wiedzieliśmy więc, że na Zachodzie tacy jak my studiowali różnego rodzaju nauki społeczne. My, siłą rzeczy, wybieraliśmy zawody humanistyczne, nieważne, a zatem nie skłaniające władzy do korumpowania nas. Tak myśleliśmy.

Byliśmy bandą utopistów i wymarzyliśmy sobie świat, który teraz mamy i który jest, niestety, podłym wynalazkiem. Skąd mogliśmy wiedzieć, że świat wolności od stałej pracy, a zatem (tak myśleliśmy) nacisku z góry, okaże się przedpieklem. To świat poszarpanego życia i biegania jak kot z pęcherzem za najgłupszymi nawet zleceniami. I nawet, jak w peerelowskim kabarecie, nie ma czasu, żeby załadować taczki. Nauczyliśmy się w tej wymarzonej przez nas utopii pierwszej i podstawowej zasady, jakiej w PRL-u w ogóle nie znaliśmy: wolność kosztuje! Nie jesteś wolny, jeśli przymierasz głodem. Trzeba było studiować coś konkretnego, zarobić jakieś konkretne pieniądze, założyć jakiś biznes, zostać prywaciarzem, ba, nawet bogato się ożenić lub wydać za mąż – mniejsza o to jak, ale trzeba było zadbać o to, by mieć w życiu pieniądze, bo bez pieniędzy nie kupimy i nie utrzymamy nawet rozpadającej się stajni na zapadłej wsi, w której my, wolne duchy i wolni ludzie, moglibyśmy się spotykać z innymi wolnymi duchami.

Ponadto nie chcieliśmy chodzić do pracy, przedkładaliśmy nad biuro i comiesięczny zarobek pracę wolnego umysłu w wolnym świecie, a  miała to być również taka praca, która zapewni nam rozwój wewnętrzny. Haha.

To się dziś nazywa praca na umowach śmieciowych. I taki był złośliwy koniec utopii mojego pokolenia. Jesteśmy biedni, nie mamy stałej pracy i stałych dochodów, harujemy w głupich pracach, niezgodnych z naszym wykształceniem i niegodnych naszych możliwości intelektualnych, niczego się nie dorobiliśmy, jeśli coś mamy to tylko dlatego, że nasi rodzice nam coś zostawili… Jesteśmy starzy i nie stać nas nawet na to, by sfinansować cokolwiek na większą skalę i udzielić komukolwiek jakiejkolwiek pomocy. Możemy co najwyżej pozbierać pieniądze na wydanie tomiku wierszy. Więcej, nawet zbiorowym wysiłkiem, nie osiągniemy.

Przeżyliśmy na tej drodze od młodzieńczych utopii do ich starczej realizacji kilka chwil zdumienia. Gdy upadła Komuna ze zdumieniem dowiedzieliśmy się, że dorabiają się nawet najszlachetniejsi, że organizowaniem coraz lepszych zarobków i zamożnego bytu zajęli się zarówno działacze solidarności jak księża.

Dowiedzieliśmy się też, że na Zachodzie utopiami zajmują się dobrze ustawieni starcy, a nie, jak u nas, młodzi ludzie nie posiadający niczego.

Było też oczywiście odkrycie, że podczas gdy my walczyliśmy za wolność naszą i waszą, o zlikwidowanie komuny, uznanie pacyfizmu i wegetarianizmu, miłości wolnej od konwenansów i przymusu ślubu i macierzyństwa, gdy konstruowaliśmy podwaliny tego, jak ma wyglądać świat przestrzegający praw kobiet, dzieci, chorych, kolorowych, starców i inwalidów, gejów i lesbijek, pod naszymi skrzydłami, nawet nie pół pokolenia po nas wyrośli ludzie, którzy bez żenady weszli na miejsca, których my nie zajęliśmy, bo mieliśmy w głowie wolność, równość, solidarność, i na tych miejscach nieźle się dorobili.

Ale chyba najgorszym zdumieniem było to, że zanim minęło ćwierć wieku, to, co osiągnęliśmy, przestało kogokowiek obchodzić, nasze utopie przejęli bogaci i rozsiedli się szczupłymi bogatymi tyłkami na naszych starych kanapach, które nagle stały się cool. Naszą sztukę produkują teraz agencje, nasze myśli – tekściarze, nasze ubrania – disajnerzy.

I to wszystko moglibyśmy byli przewidzieć, gdybyśmy czytali mądre książki i studiowali ekonomię. Ale myśmy czytali Manna, Prousta i Joyce’a, starych zapatrzonych w siebie, nudnych mężczyzn. I żebyśmy przynajmniej czytali Balzaka – on wiedział, jak to jest być człowiekiem, który nie ma pieniędzy w świecie, który te pieniądze ma.

Po tej wycieczce w perelowski świat mojej młodości wracam wreszcie to głównego tematu tego wpisu czyli mądrej książki przeczytanej tego lata przez mądrego młodego człowieka.

O yeah: The point is: to keep walking. Robić. Nie oglądać się, czy to coś daje. Bo jak nie będzie idealistów, którzy ustawili na horyzoncie utopię i idą do niej, mimo że wiedzą, iż jej nie osiągną, a sami zemrą w biedzie i zapomnieniu, świat stanie się potworną areną bezwzględnej walki o zysk. Jeśli myślicie, że już to mamy, to gwarantuję wam, że się mylicie. Jak zabraknie idealistów i utopii, nawet wywóz śmieci przestanie funkcjonować jak należy. Bądźmy więc zadowoleni, że wciąż komuś się chce okupować Wall Street, a komuś, mimo Aspergera, stanąć z transparentem pod budynkiem senatu, że są młodzi ludzie, którym się chce uciekać ze szkoły na piątkowe demonstracje i że jest Ania Alboth, która postanowiła dojść do Aleppo, aby zwrócić oczy świata na zbrodnie wojenne w Syrii.

Bo jak nas nie będzie, nas i takich jak my…

Barataria-Kulinaria

czyli Tortilla u Sancho Pansy

Wydawnictwo Watra, wydanie III, Warszawa 1988
– piękna podróż – nie tylko do Hiszpanii, ale i w przaśne czasy komuny
(wydanie I ukazało się w roku 1977)

Od Autorów

Kończyła się kolacja. Georges, nasz przyjaciel z Montpellier, nalał czerwonego wina, potem rozsiadł się wygodnie, popatrzył na nas i westchnął: “A więc to wasz ostatni porządny posiłek, jutro już będziecie u ces gens-là, u tych tam… Uważajcie, oni jedzą jak…” To machnął ręką wymownie i dolał Châteauneuf-du-Pape. “W razie czego zamawiajcie tortillę, tym się przynajmniej nie można otruć” – dodał bez przekonania.

Rano pełni emocji wsiedliśmy do ekspresu Marsylia-Barcelona, by po dwu godzinach w Cerbère przekroczyć granicę kraju, o którym marzyliśmy długie lata. Ponure przepowiednie Georgesa, którego typowo francuski szowinizm gastronomiczny zdążyliśmy poznać już przedtem, nie mogły nam oczywiście zatruć pierwszego haustu Hiszpanii. Ta kulinarna przestroga była ostatnią, jakiej nam przed wyjazdem udzielił. Barcelona powitała nas również gastronomiczną niespodzianką. Ledwo ulokowawszy rzeczy w przydworcowym “hostelu”, biegliśmy na stare miasto szukając, gdzie by tu coś zjeść, piekielnie głodni po wielogodzinnej podróży. I pierwsza notatka, jaką przywieźliśmy z pierwszego pobytu w Hiszpanii, brzmiała następująco:

“El Bodegón El Raim, Calle Pescaderia 6, czwarta kategoria. Stara ciemna sala, zawieszona sieciami, szklanymi kulami i innymi akcesoriami rybackimi. Ciemne drewniane stoły i ławy. Pod sufitem wielkie szynki – ‘jamón serrano’. ‘Zarzuela de peix’ – rodzaj gulaszu rybnego w bardzo ostrym sosie (40 peset) z winem białym, łagodnym San Sandurini de Noya (25 peset za butelkę), na deser pomarańcze (5 peset). Kelner grzecznie odmówił napiwku…”

Od tej pory było kilka innych Hiszpanii. Kilka podróży, reportaże, jeden przewodnik, drugi… Z każdego pobytu, prócz zdjęć, pamiątek i notatek ze spotkań z ludźmi, przywoziliśmy także wspomnienia kulinarne, jakże barwne i wyraziste. Ta książeczka to właśnie owe wspomnienia. Nie piszemy w niej o zabytkach, geografii i historii i tym wszystkim, czym zwykle wypełnia się przewodniki. Będzie ro po prostu Hiszpania od kuchni. Takie książki wydawane są na całym świecie i często mają postać wykwintnych albumów, dorównyjących ksiągom przedstawiającym najsławniejsze galerie sztuki. Nie o to nam chodzi. Nasza kuchnia jest kuchnią zwykłych hiszpańskich domów i skromnych gospód, gdzie karmią dobrze i tanio. Skąd jej tytuą?

“Tortilla” – bo to chłopskie, najtańsze, najpopularniejsze, najbardziej hiszpańskie danie.
“Z Sancho Pansy” – bo ten znał sią na kuchni lepiej niż jego pan, rycerz Don Kichote.

Zebrane tu receptury staraliśmy się dostosować do polskich warunków i zaopatrzenia sklepów. Może wzbogacą nasze jadłosżisy? Kuchnia, która zna 500 sposobów przyrządzania omletów, 365 potraw z dorsza i kilkadziesiąt sposobów podania kury, wydaje się nie najgorzej przystosowana do potrzeb dzisiejszych czasów.

Oddając książkę w rące polskich czytelników, winni im jesteśmy jedno wyjaśnienie. Całkowicie świadomie podajemy przepisy, w których pewne składniki, np. szafran czy homary, są niedostępne na naszym rynku. Ale coraz częściej i coraz dalej podróżujemy. Wóród przywożonych pamiątek mogą się więc znaleźć egzotyczne przyprawy i niedostępne w sklepach wiktuały. W przepisach staraliśmy się proponować możliwie dużo polskich odpowiedników. Nie wahaliśmy się również przed proponowaniem potraw drogich, choć z pewnością nie będą one przygotowywane często. Warto chyba jednak popróbować tych receptur przy szczególnych okazjach czy po prostu dla zabawy. Mistrzowie kuchni twierdzą, że gotowanie nie może być śmiertelnie poważnym zajęciem dla ponurych skrupulantów, na aptekarskich wagach odmierzających składniki. Raczej – wesołą improwizacją, oczywiście improwizacją w rozsądnych granicach. Boć przecież żaden twóra potrawy nie przewidzi, jak słodka będzie cebula czy marchew, albo jaki zapach bądzie miała oliwa lub jak długo będzie się gotował ryż sprzedawany w danym kraju.

Najsłynniejszy dziś kuchmistrz francuski Paul Bocuse we wstępie do swej książki kucharskiej twierdzi, że należy ją czytać jak powieść, zaczynając od początku. Wtedy dopiero stanie się pasjonującą lekturą. Każdy przepis pobudza wyobraźnię; on sam czytając książki kucharskie przed snem, robi się tak głodny, że musi koniecznie coś zjeść. Jeżeli książka nie wywołuje takich reakcji – jest chybiona. Nie musimy chyba przekonywać
Czytelników, jak bardzo bylibyśmy szczęśliwi, gdyby poczuli głód czytając „Tortillę u Sancho Pansy”. A głód trzeba koniecznie zaspokoić, bo – jak twierdzi patron naszej książeczki – „ Wszystkie nasze szaleństwa pochodzą stąd, że żołądki mamy puste, a mózgi pełne powietrza”.

Zapraszamy więc – na tortillę u Sancho Pansy.

Ilustracja: Elżbieta Zubowska

Cd za tydzień

Reblog: W pociągu

Julitta Bielak

We śnie podróżuję. Zawsze pociągiem, zawsze nocą. Nie znam miasta ani nie wiem, dokąd jadę. Stoję. Wreszcie jest, na peron wtacza się wielka, czarna lokomotywa, wsiadam do najbliższego wagonu. Przez całą podróż szukam miejsca. Z półmroku przedziałów patrzą na mnie twarze bez wyrazu. Przechodzę dalej.
Budzę się bez tchu.
Czasami pociąg odjeżdża beze mnie. Ciągnę walizkę po ogromnej hali dworca, coś załatwiam, kupuję bilet. Biegnę na peron, odjechał, nie zdążyłam.
Budzę się bez tchu.
Jechałyśmy z mamą nad morze, opowiadała mi o nim przez długie tygodnie: „Zobaczysz morze, jest piękne, modre, pienią go fale, rozbijają się o złoty od słońca brzeg. Szumi wtedy tajemnicą, coś opowiada”. Była noc. Pociąg przyjechał z Wrocławia, zatłoczony do granic, stanęłyśmy w korytarzu. Mama trzymała dłońmi moją głowę, zasypiałam i budziłam się w gmatwaninie jawy z zamroczeniem. W Międzyzdrojach znalazłyśmy lokum, rozpakowałyśmy się. Wieczorem poszłyśmy w stronę plaży. Zaraz zobaczysz morze – powtarzała przez całą drogę mama. Zatrzymałam się na piasku. To? To jest morze? Ciche, płaskie, popielato-zielnonkawe, gubiące się w chmurach, zimne. Ustawiłam twarz na zachwyt.
Bo może nie zdarzyć się nic. Oby nie rozczarowanie.

Pociąg zatrzymał się nagle. Umilkło trzeszczenie, stukotanie i podzwanianie. Słychać było za to syk pary i szum wody, jakby strumyka. Konduktor krzyknął: „Koluszki”. Ktoś biegł tupocąc głucho po betonowych płytach peronu, głośna rozmowa przemknęła pod oknem i rozpłynęła się w smudze dudniących dźwięków nadawanego przez megafon komunikatu. Rozległ się daleki gwizd lokomotywy. *)

Pociąg był bardzo stary. Z niskiego sufitu na korytarzu ich wagonu zwisał rząd lamp naftowych, które kołysały się gwałtownie w przód i w tył, w takt podrygów sędziwego taboru. Tuż przed odjazdem ze stacji Kit w strasznych nerwach – jak przed każdą podróżą pociągiem – wyskoczyła z wagonu, pobiegła do kiosku i kupiła kilka francuskich czasopism. Teraz w mdłym połączeniu gasnącego światła dziennego i żółtego blasku lamp położyła je sobie na kolanach, przewracała kartki i usiłowała coś przeczytać. Widać było jednak tylko zdjęcia w magazynie ilustrowanym „Cine Pour Tous”. **)
Zdjęcie? Też ze snu. Z podróży w przeszłość.


*) Stanisław Dygat, Podróż, PIW, Warszawa 1979.
**) Paul Bowles, Pod osłoną nieba, tłum. Tomasz Bieroń, Świat Książki, Warszawa 2015.

O śpiewaniu

Zanim przejdę do tematu, chciałam podzielić się z wami maleńką obserwacją. We wspomnieniach dzisiejszych czterdziestolatków jak refren przewija się zdanie: Nie było Teleranka. Tak oni, wtedy dzieci, odebrali wybuch stanu wojennego. Nie było Teleranka.

Legenda głosi, że na wiadomość o wybuchu II wojny światowej wszyscy Anglicy zareagowali identycznie – ktoś powiedział do kogoś, żona do męża, brat do siostry, babcia do służącej: let’s make some tea (albo: put the water on, co oznacza dokładnie to samo – zagotuj wody na herbatę).

Bardzo proszę, jeśli przyjdą wam do głowy inne takie “historyczne” zdania – napiszcie tu o tym. 

Wpis dedykowany Annie Marii Patane i Łukaszowi Szopie.

Ewa Maria Slaska

O śpiewaniu

Swobodne dywagacje na temat felietonu Jana Zbigniewa Słojewskiego (Hamiltona) z wydanej w roku 1984 książki Pod znakiem Lwa i Armaty, felietony z lat 1975-1980.

Za chwilę miała się zdarzyć Solidarność (wybuchnąć – jak się mówiło za naszych czasów), na razie jednak świat był przerażająco smutny. Ciamkaliśmy się w “tym kraju” i w “tych czasach”, jak napisze autor parę rozdziałów dalej. Nawet jeśli osobiście byliśmy szczęśliwi albo przynajmniej zadowoleni, mieliśmy wspaniałych ludzi wokół siebie i  pełni byliśmy pomysłów. Jeśli przeżywaliśmy miłość, ślub, koniec studiów, początek pracy, dziecko, to perspektywy były porażająco szare i ograniczone – żyliśmy udławieni w Komunie, zamknięci w szarej papierowej torebce, która wprawdzie dziś byłaby szczytem ekologicznej doskonałości, wtedy natomiast była (przynajmniej dla mnie) symbolem grozy. Przynosiło się w niej do domu na przykład 10 jajek, z których jedno zawsze (zawsze!) się rozbiło i upaprało połowę zawartości siatki ze sprawunkami.


Zresztą rok wydania tej książki objawiał czytelnikowi taką samą porażająco beznadziejną perspektywę, a może nawet jeszcze gorszą, bo stworzyliśmy Solidarność i nie udało się nam jej utrzymać (wtedy zresztą nie wiedzieliśmy, że symbolem tej straty był stracony złoty róg, wtedy wierzyliśmy, że to “oni” nam tę “naszą Solidarność” przemocą odebrali. Teraz wiemy lepiej.)

***
Hamilton

Wokół piosenki

Emerytowany nauczyciel śpiewu pan H. zwrócił mi uwagę na paradoks. Żyjemy w czasach, gdy piosenka zyskała sobie prawo obywatelstwa, jakiego nie miała nigdy, równocześnie nie było chyba czasów, w których by przeciętny obywatel śpiewał tak mało jak dziś. Śpiewność zbiorowości spadła dziś właściwie do zera, co jest wynikiem nie tyle złego humoru czy złego słuchu, ile raczej tego, że takie obowiązują dziś konwencje i konwenanse obyczajowe. Śpiewa wojsko i śpiewa przedszkole. Śpiew poborowych na dworcach – oto co jeszcze słychać (też rzadkość). Śpiewa stadion. Po meczu ulice przyległe do stadionu rozbrzmiewają śpiewem schrypłym, nieskładnym. Okropność, okropność, jednak lepsze to niż ta cisza. Ale to tylko blisko stadionu. Kilkaset metrów dalej śpiewy coraz cichsze i oto już nie ma, ich, zgasły.

(…)

Śpiewać człowiek nauczył się wcześniej niż mówić. Najpierw zawył z radości, a dopiero potem powiedział, że się cieszy. Dziś radość – towar deficytowy, który trzeba schować głęboko w sobie i pod siebie, pod kocem i pod korcem. Śpiew budzi nieufność. Co mu tak wesoło? pijany? Wariat? Oczy nabite podejrzliwością wstrzeliwują się w nieszczęsnego śpiewaka jak kule karabinowe. Sparaliżowany tym wzrokiem milknie. I tak samo zaczyna patrzeć na innych. Jeśli ktoś zapomni się i coś zanuci, zaraz mu swymi oczkami melodię z ust i z duszy wypłoszy. (…) Śpiew zamiera na ustach spłoszony czymś w rodzaju wstydu. Czuje się jak złodziej schwytany za rękę (…).

Co to? kto śpiewa? Ależ to skandal? Coś, co wyłamuje się z normy. Co jest normą? Statystyczna przeciętność. Wszyscy idą, jeden biegnie – robi nieporządek. Wszyscy jadą, jeden idzie – nieporządek. Wszyscy milczą, jeden mówi – nieporządek. Nikt nie śpiewa, ja śpiewam – nieporządek. Ileś tam lat temu nieporządek robił ten, co nie śpiewał. Dziś jest na odwrót. Tak zmieniają się kryteria. Może by je uporządkować? Jak? Według jakich kryteriów? Kretynie, ułóż kryteria.

(…)

Śpiewność jakiejś zbiorowości można rozpatrywać sensownie tylko w kontekście obowiązującej w danym okresie i w danej populacji obyczajowości. Śpiew jest czynnością społeczną, bo śpiew słychać. Nawet najciszej wymruczaną historię jednak słychać. Kontroler w autobusie, który by gwizdał jakąś melodię. Ależ pasażer pomyślałby, że gwiżdże na niego. Pasażer zniesie wszystko i jeszcze więcej. Ale takiego chamstwa nie. Awantura pewna. Kiedyś śpiew ludzi łączył, dziś rozdziela. Nie chodzi o śpiew z taśmy czy z płyty, ale z gardła. Znajdźcie mi jednak te rozśpiewane gardła, a ja wam znajdę rosnącego na Marszałkowskiej borowika.

A teraz pytanie. Czasy się zmieniły czy miejsce? Minęło ze 40 lat. Nie ma Komuny, ja zresztą mieszkam i tak gdzie indziej czyli, jak wiadomo, w Berlinie. Berlin jest miastem pełnym muzyki. Pod mostami, w przejściach podziemnych, przy wyjściu z metra, ale i po prostu na ulicy całe mnóstwo grajków. Ta muzyka wszędzie mi ostatnio towarzyszy.
Wychodzę z kina, Leon siedzi pod mostem i gra na gitarze.
Pielęgniarz podający instrumenty chirurgowi, który zszywał mi głowę, gwizdał Bacha. I jak gwizdał!
Czekamy na pociąg przesiadkowy ze Szczecina do Berlina. Spóźni się. Mieliśmy tu stać 20 minut, będziemy ponad pół godziny. Młody chłopak zaczyna grać na gitarze i śpiewać. Śpiewa po niemiecku, ale czasem wtrąca jakieś słowa po polsku. Bijemy brawo. Ludzie na peronie z przyzwyczajenia sięgają po portmonetki – ulicznym grajkom się płaci, ale chłopak macha ręką. Nie zarabia śpiewaniem, po prostu śpiewa. To jego piosenka.
Wczesnym rankiem na stacji  metra klasa szkolna z jedną tylko nauczycielką (to dziwne, bo zgodnie z przepisami na taką gromadką powinny być ze trzy osoby dorosłe). Stoją swobodnie, ale wszystkie razem, nie “rozłażą się”, i śpiewają, najpierw jednym głosem, a potem dwoma jakąś wesołą piosenkę o tym, jak ciekawie jest mieszkać w naszej dzielnicy – Tempelhof.  Biję brawo. Jedziemy tym samym metrem. Głos pierwszy wsiada pierwszymi drzwiami, drugi – drugimi. Nie mamy daleko, ale dowiaduję się, że jadą do biblioteki, a potem pójdą do wielkiego parku, z którego czasem uciekają jelenie. Jak kiedyś po raz pierwszy o tym usłyszałam, bardzo się zdziwiłam – bo jeleń to w końcu wielkie zwierzę, ale okazało się że to są daniele (i tak lepiej niż pytony). Wysiadamy. Dzieci idą i śpiewają nauczycielka dyryguje.

Tego samego dnia wieczorem idziemy z przyjaciółmi do restauracji hiszpańskiej. Przy stoliku obok siedzą Irlandczycy i śpiewają. Nie wiem co, ale nie jest to śpiew zawodowy, to jakaś irlandzka Szła dzieweczka…

I tak dalej. Na wszystkich ulicach muzyka umyka w dal, i dalej w dal, wciąż dalej i dalej daniele biegają w dal, daleko w dal…

Jan Zbigniew Słojewski, pisze Wikipedia, (ps. Hamilton) urodził się w roku 1934, zmarł 9 sierpnia 2017 roku. Rok temu.

Nota bene, koledzy i koleżanki dziennikarze – Słojewski pisał felietony ręcznie, w domu lub w redakcji, po czym dyktował je maszynistce. Dyk-to-wał! Gdy o tym czytam, ogarnia mnie zdumienie. Dyktował.

Borowików na głównej ulicy Berlina nie widuję, ale kanie i wielkie pieczarki jak najbardziej, a ostatnio, doprawdy w samym centrum, spotkałam lisa. Chudy był jakiś, ale bardzo chyży…

To ta piosenka: Bei uns im Tempelhof. Stara piosenka, na pewno sprzed 1900 roku. Nie wiadomo, kto ułożył melodię, słowa układa się wciąż nowe, w zależności od okoliczności. Kiedyś pierwsza zwrotka tej piosenki głosiła, że mamy na Tempelhofie kościół kryty strzechą, w której gnieżdżą się myszy, a kolejna, że szkoła jest z gliny i ściany się trzęsą, gdy nauczyciel nas leje.

Es fügte sich so…

Ewa Maria Slaska

Über die Zufälle

Ab und zu schrieb ich oder meine AutorInnen über Zufälle. Aber das Thema kehrt immer wieder zurück. Die Pragmatiker sagen, man lebe umgeben von sovielen Eindrücken, Items, Menschen, Ideen, Gedanken, Bildern oder Zahlen, dass IMMER irgendetwas zu irgendetwas anderen “passt”. Die Irrationalisten kontern, dass doch jeder von uns selber beweisen kann, dass ab und zu hintern den bizzarren Zufällen ein Sinn steckt, der für uns von Bedeutung ist  oder uns gar in unserem Leben weiter führt und neue Perspektiven öffnet. Es fügt sich, so zu sagen…

Diesmal fügte sich zuerst ein Telefongespräch mit einem Unbekannten.
“Mein Name ist Peter Kleinfeld”, sagte er auf Polnisch mit leichten deutschen Akzent. “Ich habe für sie eine Graphik von ihrer Mutter. Wollen Sie sie haben?”
“Ja”, sagte ich. “Klar will ich sie haben.”
Es war Mitte Dezember.
“Ist wunderbar”, sagte Herr Kleinfeld, “jetzt habe ich aber keine Zeit. Ich melde mich wieder im Januar”.

Er tat es. Wir trafen uns vorgestern, gingen im Fliegersiedlung spazieren, die voller Blumen war. Ich zeigte meinem Gast verwelkte, aber immer noch volle Blumen Sommerrosen,  Herbstaster, blühende Winterjasminsträuche und schon Frühling ansagende Winterlinge. Kaffee habe ich zuhause, wir kauften untwerwegs Milch und Berliner und gingen hoch in meine Wohnung.

Erst dann sah ich mir, was Peter (wir nannten uns noch Frau Slaska und Herr Kleinfeld) mir mitgebracht hat. Es war die alte Graphik meiner Mutter, Irena Kuran-Bogucka, eine der ersten schwarz-weissen grob gehauenen Holzschnitte. Vorher waren die Bilder, die Mama machte, entweder ja schon schwarz-weiss, sie wirkten aber eigentlich grau – es waren Stahlstiche und so wie die Technik es verlangt mit dichten dünnen Linien aufgebaut, oder waren sie schon Holzschnitte, aber immer noch mit sehr dünnen Linien gezeichnet und im weissgesprenkelten Hintergrund leuchtend hlellblau. Von der ersten Technik habe ich eigentlich in Erinnerung nur Mamas Diplomarbeit, ein Bild von ihr im Atelier, wo man diese Stahlstiche fertigte. Die blauen müssten mehrere gewesen sein, ich weiss aber heute nur noch von zwei, ein laubloser Baum in einer Schneelandschaft und die Treppen von Veliko Tarnovo, die älteste und hübscheste Stadt in Gebirgen Bulgariens. Jetzt erkenne ich die Treppen wieder, aber das Bild ist völlig anders, schwarz-weiß, mit breiten Meisel im weichen dicken Lindenbrett gehauen. Ich weiss es nicht, aber durch Wiederholung des Themas in einem anderem Metier komme ich an Gedanke, das es vielleict das erste Mal gewesen ist, dass Mama die neue Technik und neue Arbeitsweise benutzte. Danach sollte sie mindestens zwei Jahrzehnte so gearbeitet haben.

Peter und Ewa (wir dutzen uns schon) und dazwischen, hinter an der Wand das Bild Veliko Trnovo.

Das ist mehr oder weniger diese Strasse:

Es bleibt natürlich zuerst unbeantwortet die Frage, woher Peter das Bild hat? Wir dutzen uns schon und sprechen abwechselnd Deutsch un Polnisch. Peters Polnisch ist erstaunlich gut, obwohl er die Sprache vor halbem Jahrhundert erlernt hat und seitdem selten benutzte. Um sich an das Treffen mit mir vorzubereiten las er vier Tage lang das einzige Polnische, was er zu Hand hatte und dies war ein Polnisches Büchlein: Rozmówki Polsko-Francuskie, eine aus kommunistischen Polen stammende Erfindung, kleine Bücher, die alle Rozmówki hiessen, Gespräche also in verschiedenen Sprachen, kleine Produkte der kommunistischen Buchindustrie, Sprachführer, die allesamt die rauhe Tatsache nicht beachten wollten, dass wir in der Volksrepublik Polen kaum wohin fahren dürften.

Das war in der DDR noch schlimmer. Es war das Jahr 1965, Peter, Geburtsjahr 1939, hat gerade sein Studium der Anglistik und Germanistik an der Humboldt-Universität zu Berlin abgeschlossen und wollte per Anhalter nach Polen. Er kannte dort niemanden und auch die Sprache nicht, dazu noch per Anhalter, etwas was in Polen zu dieser Zeit absolut “in” war und Autostop hiess. Wir hatten sogar ein Lied darüber, gesungen von Karin Stanek, erster polnischen Sängerin, die sich von der Politik gar nichts machte. Jede vor uns wollte so sein wie sie.

Text versprach, dass man per Anhalter in ganz Europa fahren konnte. Es war das Jahr 1963, ob Peter dank Karin Stanek nach Polen kam?
Weiß ich nicht und kann nicht nachfragen. Erst jetzt, als ich das schreibe, stelle ich fest, dass Peter zwar meine Adresse und Telefonnummer kennt, ich aber seine Contacting-Angaben nicht habe. Ich weiss nur, dass er weder Handy noch Internetzugang besitzt und irgendwo in der thüringischen Pampa wohnt. Und ist in Thüringen der Erste im 100-Meter-Lauf in seiner Alters-Klasse. Muss stimmen, fit ist er.

Bevor er nach Polen fuhr, fand man doch irgendein Kontakt dort. Die Familie wohnte in Sommerfeldsiedlung in Kleinmachnow und war, wie viele dort, antroposofisch im Sinne von Rudolf Steiner orientiert  (sind sie eigentlich bis heute). Dort kannte man einen polnischen Mathematik-Professor, Moren, der unter den gleichgesinnten polnischen Gärtner die antroposofischen Kalender verteilte. So kam der Junge unter die polnischen Antroposophen. Der Professor schickte ihn weiter zu Maria Hiszpanska-Neuman, selber Antroposophin, aber dazu noch Grafikerin und obendrein Freundin meiner Mutter. Daher gab es schon in diesem Blog zwei Beiträge über sie: HIER und HIER.

So hat es sich eben gefügt, dass Peter, den man schon in Warschau Piotr nannte und dem man schon einen Spitznamen zugab: Kot Poliglot, zu uns nach Danzig kam. “Kennst du mich? erinnerst du dich an mich?” fragt Piotr. Ich schaue ihn an und sehe nichts Familieres zu dem, was ich 1965 kannte. “Nee”, sag ich. Er war damals 26, ich 16 – ein Generationsunterschied. Er behauptet aber, er kann sich an mich erinnern und an meinen ersten Freund, Zygmunt. Ich entdecke ihn erst, als wir über komischen Sprachfehler sprechen, die jede macht, wenn er die fremde Sprache lernt. Ich erinnere mich an einen jungen Mann aus der DDR, der schon bißl Polnisch sprach und schönes Versprechen produzierte: statt na razie zu sagen, was “bis bald” bedeutet, sagte er zarazie – was im Dativ, Ansteckung ist.

Er kaufte sich tonnenweise Bücher, vor allem englische, die man bei uns im Klub Międzynarodowej Książki i Prasy kaufen konnte, dem Klub der Internationalen Presse-und Buch, aber auch in Antiquariat, und die in der DDR nie und nirgendwo z haben waren, und die Mauer stand schon da, dh. nach Westberlin konnte man schon auch nicht mehr. Als er nach Hause fuhr, packte er seine Reisetasche voll mit den English Books und deckte obendrauf nur sparsam mit der schmutzigen Wäsche. Eine Methode, die wir im Osten damals alle benutzten.

Als er wegfuhr, gab ihm meine Mama ihre Graphik, die ich jetzt, nach mehr als 50 Jahren, bekommen habe. Es fügte sich so…

So weit für heute, zarazie…

Barataria 22 Książki i utopie

Ewa Maria Slaska

Wyspy nieistniejące

Wszyscy wiemy, iż życie towarzyskie i kulturalne w PRL miało to do siebie, że wszyscy czytali i oglądali to samo. W telewizji, w kinie, w księgarni, wszędzie było to samo. Wywoływało to pewne mody i trendy, niekiedy na lata, jak czwartkowa Kobra czy poniedziałkowy Teatr Telwizji, jak felietony Jana Kamyczka (wiem, wiem, to kobieta! jak Kopernik!) w Przekroju. Przez jakiś czas wszyscy śpiewaliśmy Damą być Maryli Rodowicz albo Prześliczną wiolonczelistkę, czytaliśmy artykuły profesora Krawczuka o władcach starożytnych i oglądaliśmy w telewizji wykłady profesora Zina o architekturze. Zbieraliśmy makulaturę, żeby ją wymienić na Dzieła zebrane Mickiewicza. Byliśmy mądrzy ogólnie i na bieżąco, i bardzo tacy sami.

To nie ja sprzedaję Mickiewicza, mój po prostu nie jest już kompletny, bo ktoś pożyczył tom drugi i czwarty

Kiedyś nadszedł w PRL czas Łysiaka, Waldemara zresztą – tak się w owym czasie mówiło, co było cytatem z  kultowej audycji radiowej 60 minut na godzinę. Jestem pewna, że Łysiak to nie tylko pamięta, ale z łezką w oku wspomina; daj Boże każdemu z nas, ludzi pióra i klawiatury, takie “5 minut”, jakie miał Łysiak.

Wikipedia pisze, że Łysiak (ur. 8 marca 1944 w Warszawie) to polski pisarz, publicysta, eseista, architekt, napoleonista i bibliofil. Zgoda, aczkolwiek mnie akurat te jego zainteresowania bonapartystyczne niezbyt “brały” (też się tak wtedy mówiło), natomiast na pewno dodałabym mu słowo “erudyta”. Bo Łysiak był (a pewnie i nadal jest) erudytą. Nie tylko wiedział wszystko, ale też potrafił to wszystko błyskotliwie zapisać – pamiętacie takie jego słowo “blaskomiotny”? Nie przyjęło się, choć różanopalca Jutrzenka albo Złotousty jednak zyskały sobie pewne prawa.

Łysiak wydał mnóstwo książek napoleońskich i kilka innych, a wśród tych innych  najważniejsze (a może w ogóle najważniejsze) były Wyspy zaczarowane, jego debiut literacki, wydany w roku 1974 cykl esejów o kulturze włoskiej, które kochaliśmy prawie tak jak Barbarzyńcę w ogrodzie Herberta. Dziś jednak wracam do tej książki z tego względu, że te zaczarowane wyspy Łysiaka to wcale nie wyspy tylko miejsca jak najbardziej lądowe, jak na przykład pewien zaułek w Rzymie. W kilkanaście lat później pokazały się jeszcze Wyspy bezludne i Wyspa zaginionych skarbów, ale gdzież im tam było do tych zaczarowanych. Najciekawszym rozdziałem był, oczywiście z mojego punktu widzenia, Nóż Leonarda. Dziś wszyscy wiemy, że Ostatnia wieczerza ma o jedną rękę za dużo i że ta niczyja ręka trzyma nóż, ale w latach 70 ta opowieść to było niezwykłe objawienie.

Leonardo da Vinci, Ultima cena, 1495-1498, fresk, klasztor Santa Maria delle Grazie, Mediolan

W dzisiejszym eseju to jednak ta właśnie wtedy zlekceważona książka Wyspy bezludne czyli eseje o samotności, ma stanowić początek kolejnych rozważań baratarystycznych,  o wyspach nieistniejących jako modelu świata.

Powiedziałabym, że można je podzielić z grubsza na dwie części – Wyspy Lenistwa i Wyspy Pracy. Wyspy Lenistwa to bajki, to pociecha dla ludzi udręczonych codziennym mozołem bez końca innego niż śmierć. To tu mieści się też Kraina Łakomczuchów, Kraina Śpiochów, Wyspa Skarbów i wszelkie inne Wyspy Szczęśliwe. Wyspy Pracy to przypowieści o życiu godziwym i słusznym społeczeństwie. Łysiak zaczyna od Aleksandra Selkirka czyli Robinsona Cruzoe, a to, powiedziałabym, najlepszy chyba przykład Wyspy Pracy. Typową Wyspą Pracy jest oczywiście wyspa Prospera, króla i maga, z Burzy Szekspira,  i Utopia Thomasa Morusa.  Wydawać by się mogło, że Pramatką wszystkich Wysp Pracy jest platońska Atlantyda, ale nie, bo wszystkie, również Atlantyda wzorują się na Sherii, wyspie Feaków w Odysei. Również Barataria jest Wyspą Pracy. Sancho Pansa zabiera się do swych obowiązków sędziowskich tuż po przyjeździe na swą wyspę, zanim jeszcze zdąży zejść z osła, a wszyscy, których czyny osądza, też wykonują jakieś zajęcia.

W poszukiwaniu straconego na życie czasu powracam do lektur z lat 70 i 80. Wybieram je na chybił trafił, większości nie pamiętam w ogóle, część pozostawiła po sobie zaledwie bipolarne wrażenie przyjemności lub nudy. Z miąższu zapomnianych słów teraźniejszość wyłapuje to, co ma powierzchowny bodaj związek z baratrystyką. Nic dziwnego, w końcu ta wędrówka zaczęła się, przpominam, od takiej niemal zapomnianej lektury sprzed kilkudziesięciu lat.

Taniec sępów, cóż za głupi tytuł wymyślił sobie polski wydawca, w ogóle nie przystający do treści, bo autorka określając realne życie polityki rzeczywiście używa określenia “taniec sępów”, ale ta jej książka celowo omija wszelkie elementy polityki i koncentruje się na dziesięciu zaledwie latach szczęśliwego dzieciństwa. Renée Mendez Capote, Pamiętnik młodej Kubanki urodzonej z początkiem wieku. Wydawnictwo Literackie 1987. Renée, urodzona w roku 1902, i jej rodzeństwo, wymyślają sobie niecodzienną rozrywkę – szyją flagi różnych państw, a przy okazji uczą się, jakie jest ich położenie geograficzne, ludność, stolica, uprawy, bogactwa… Któregoś dnia dzieci chcą uszyć flagę dla Don Kichota. Ojciec tłumaczy, że Rycerz Smętnego Oblicza ma sztandar hiszpański, jest przecież typowym Hiszpanem, reprezentującym zalety i wady tego narodu, ale dzieci nie przyjmują tego do wiadomości.

– Nie, don Kichot powinien mieć własny sztandar, bo reprezentuje on własny świat w ramach pozostałych.

No, ale przecież to nie Don Kichot miał swoje państwo-miasto-wyspę, lecz Sancho Pansa. To ukryci barataryści, te dzieci Mendez Capote.

Tę książkę zapamiętałam jako miłą lekturę, z wydanej w roku 1976 w PIW-ie powieści Leona Gomolickiego Taniec Eurynome (co ja znowu z tym tańcem?) nie pamiętałam nic. Nawet tej tytułowej Eurynome, choć wydaje mi się, iż  wiem jak przez mgłę, że była Okeanidą i tańczyła na wodach Chaosu, aby wytańczyć świat. I rzeczywiście, Gomolicki dość dokładnie przypomni w powieści historię Eurynome. Wytańczyła z wód Chaosu węża Ofiona, a on został jej mężem i… stworzył świat. Ba, przydał sobie miano Stwórcy. Typowe…

U Gomolickiego ten Chaos to świat w stanie wojny, a to co się z niego po wojnie wyłania, nie powstaje wedle żadnych wzorów z przeszłości, jest tworem samoistnym, który powstając sam siebie nie zna. To oczywiście powinno być lekturą dla rządu i naszych trojga władców P – Prezesa, Premier i Prezydenta, którzy zbiorczo życie po zagładzie wojny nazwali zdradą.

Kiedy palą się miasta, upadają państwa, nastaje sąd ostateczny wojen i obozów zagłady, a potem na omytej wodą potopu ziemi znów zaczyna powoli plenić się życie i martwi w postaci obozowych muzułmanów wychodzą z grobów – ta wizja pozostanie w pamięci współczesnych na zawsze. Wizja masowości ludzkiej zagłady i ludzkiego zmartwychwstania – tłumu wychudłych ciał, rozpaczliwie czepiających się życia, aby tylko nie wrócić do grobu.

Ale ja nie o tym, ja tropię wyspiarską Baratarię. Bohater, nota bene, człowiek początkowo bezimienny, w pierwszych dnia wolności przejmuje po zmarłym Salomonie jego żonę czy kobietę, Sabę, królową Saby. I niech to nie dziwi, bo tak już jest, w takich wędrówkach po kulturze, wszystko się składa w jeden wszechobecny mechanizm. Salomona zastrzelił ktoś o świcie. Nie wiadomo, przez przypadek czy celowo, nie wiadomo też, kto strzelał, bandy z lasu, czyli dziś nagle godni chwały “żołnierze wyklęci”, czy z milicji. Bezimienny zatem odpowiada na list przyjaciela z czasów młodości, a ten mu nadaje banalne imię – Henryk. Przyjaciel zaś używa  pseudonimu teatralnego Cyprian. (Królowej) Saby już nie ma, bohater sam ją opuścił dla młodszej kobiety, Wandy, ale wraca, by z nią rozmawiać, lub nie wraca, by ją wspominać. A więc list od Cypriana.

…list był przejmujący, (…) to była jego, niczego nie wymagająca w zamian, próba przerzucenia chybotliwej kładki przez rozdroża dzielących nas lat. Czy mogłem nie zareagować na to wezwanie. Mój list był krótszy – zawierał zaproszenie na moją bezludną wyspę. Bezludną? – nazwa umowna, zastępcza wyspy szczęśliwości (geneza pomieszania tych pojęć bierze początek w latach wojny!) Czy zaludniając ją w ten sposób, świadomie zaprzeczałem jej właściwości uszczęśliwiania samotnością? Ale Cyprian był dla mnie bardziej cieniem lat przeszłych. Któż mógł wtedy przewidzieć, że metafora ta fatalnie sprawdzi się w rzeczywistości!

Ta wyspa bezludna znajduje się zaraz z jakąś małą stacyjką, zupełnie jak Totenhorn, ale i jak ów Pensjonat Barataria, od którego się wszystko zaczęło. To już wiemy, za tymi małymi pustymi stacyjkami kryją się Wyspy Ułudne, homerowa wyspa Feaków Pensjonat Barataria i Góra Zmarłych, morusowa i baconowska Utopia, szekspirowska wyspa Prospera i platońska Atlantyda. Tu, za tym śmiesznym peronem zaczyna się puszcza, preria, dżungla, w ogóle utopia, mówi wciąż jeszcze bezimienny Henryk. Dobre słowa, tylko że po polsku utopia to też świat utopiony, zalany wodą… A ci co kuszą cię Utopią to być może ci sami, którzy cię potem utopią lub skłonią, byś się sam utopił, jak Leverkühn z Doktora Faustusa czy Joseph Knecht z Gry szklanych paciorków. Pojawi się zaczarowane miejsce, wyspa szęśliwości, nie szkodzi, że w górach – wyspa może być wszędzie, jeśli tylko nosimy ją w sobie. W tym wypadku jednak prawie dosłownie, bo wyspą górski taras omywany żywiołem powietrza. Znaleziony przypadkiem. Będziemy tam mieszkać w grocie nimf i żywić się korzonkami roślin jak pustelnicy, mówi Henryk. Ale nie mieszkają w grocie, znajdzie się wyczarowane schronisko, buda raczej, ale obok krystaliczne źródło czystej wody. Buda była zabita deskami i miała komfort melin zbójnickich ze strasznych baśni dla dzieci.

Taka to wyspa, ale Gomolicki wie, że będziemy się nad nią zastanawiać, pytać sami siebie, czy aby to ta wyspa i odpowiada:

jak zaczynamy podróż, nie wiemy, na jaką wyspę wyrzuci nas żywioł. Inną wyspę odkrył Kolumb, inną Defoe i tylko w marzeniach sennych dobijamy do wysp nieziszczalnej w życiu szczęśliwości.

Możecie być pewni, że ciąg dalszy nastąpi, zwłaszcza że na wyspie w górach pojawi się też Ułuda.

Książki wymienione w tym wpisie w wydaniach, w jakich je dawno temu czytałam po raz pierwszy:

 

No i oczywiście – wzór niedościgły, tak miała być napisana wędrówka do Baratarii. Och jej.

I kolejne majowe rocznice

Anna Dobrzyńska

„TO BYŁ MAJ…”

Ewa poprosiła mnie o napisanie tekstu – takiego żeby były w nim moje rysunki. Z przyjemnością, zwłaszcza, że ostatnio mieliśmy trochę wolnych dni majowych, czas na relaks, spotkania z przyjaciółmi i oddanie się swoim pasjom – a zatem rysunków u mnie przybyło :-). Oczywiście „długi weekend” to ważne święta i warto o tym pomyśleć, kiedy tak sobie patrzymy w błękit nieba i opalamy się w promykach wiosennego słońca.

maj ania D

Rys. Anna Dobrzyńska

Nie ma już hucznych pochodów 1 majowych, gdzie w pierwszym szeregu szli hutnicy, górnicy, pielęgniarki – w zależności od miasta, nie ma już tłumów machajacych kwiatami z krepiny, które wcześniej dzieci wykonywały w szkołach na plastyce… /robiłam/, nie ma tych wszystkich zadowolonych ludzi, którzy radośnie pozdrawiają przedstawicieli władzy i ogólnie są zadowoleni z życia i wszystko im się podoba…

Udział w pochodzie był obowiązkowy. Jeśli ktoś by się nie pojawił w owym dniu – miałby potężne nieprzyjemności w pracy łącznie ze wstrzymaniem kartek lub wypowiedzeniem. Ktoś kto miałby zwolnienie lekarskie, też byłby mocno podejrzany. Dlatego na pochodach wszyscy byli, co ważniejsze mieli bardzo dobre humory. W majowym słońcu, w towarzystwie koleżanek i kolegów z pracy, trzeba było tylko przejść – w zasadzie krótki dystans – z wręczoną wcześniej flagą, pozdrowić władzę i wysłuchać jej długich, nudnych przemówień – choć zdarzały się w nich zdania zapadające w pamięć: „Gdybyśmy mieli więcej cieńkiej blachy zarzucilibyśmy świat konserwami! Ale nie mamy mięsa”; „Odkąd krowa została zapłodniona przez człowieka znacznie wzrosło pogłowie bydła”;”Wprawdzie znaleźliśmy się nad przepaścią, ale zrobiliśmy wielki krok naprzód!” – autorem tych cytatów jest Władysław Gomułka.

Jako, że w PRL-u brakowało wszystkiego, popularnością cieszyły się flagi robotnicze. Były całe czerwone i nadawały się świetnie na – poduszkę. Były spore, trzeba było tylko pozszywać i wypchać pierzem… Pierza na pochodach nie rozdawali… to trzeba było już załatwić inaczej. Jedna pani dyrektor przedszkola wykorzystała flagi robotnicze na uszycie stroju dla Świętego Mikołaja. Dzieci były zachwycone, bo czerwień była mocna i błyszcząca, tylko Święty Mikołaj był cały spocony i tchu mu brakowało, bo to jakieś sztuczne tworzywo nie przepuszczające powietrza. Patyk od flagi dobrze się nadawał na drążek do ćwiczeń dla dziecka, albo tyczkę do pomidorów, trzeba było tylko przepiłować na pół, bo był za długi. Trochę stresującym momentem było odłączenie od pochodu, skręcenie w boczną uliczkę i wmontowanie flagi na dwumetrowym kiju do wcześniej zaparkowanego malucha… ale – Polak potrafi.

Cóż, socjalizm to ustrój dla ludzi z wyobraźnią :-). Ok – trochę to niemoralne, zgadzam się ale… takie czasy. „Socjalizm jak wiadomo to ekonomiczny system permanentego niedoboru. Toteż wymyślono, jakie cztery czynniki uniemożliwiają rozwój gospodarczy. To w kolejności: wiosna, lato, jesień, zima” – obrazował tą sytuację popularny dowcip. Socjalizmu nie ma – ale święto pozostało. I słusznie – no bo jak tu zrezygnować z długiego weekendu, a poza tym w demokracji też się pracuje; praca to praca – świętować zawsze warto.

maj ania D (4)

Rys. Anna Dobrzyńska

2 maja – święto flagi państwowej. Oczywiście – flagę państwową należy czcić a skoro i tak już wisi na budynkach między 1 a 3 maja to od 2004 roku – robi to oficjalnie i w ramach państwowego święta.

A jak już wspomniałam o związku flagi z poduszką warto przytoczyć tu historię z pierwszych dni Powstania Warszawskiego, kiedy to Polacy zwyciężali i nagle na wielu budynkach odebranych Niemcom pojawiły się biało-czerwone polskie flagi. Jak to się stało, że raptem, w ferworze walki, Polacy mieli tyle flag, co przecież przez pięć lat okupacji było zabronione? Ano właśnie na prędce szyto je z prześcieradeł i – poduszek, a potem zawisały na kijach od szczotki, miotły, grabi… Opowieść tę mam z pierwszej ręki od jeszcze żyjącego Powstańca Warszawskiego… Historia lubi się powtrzać, dlatego warto się jej uczyć i wyciągać wnioski :-).

maj ania D (3)

Rys. Anna Dobrzyńska

No i 3 maja – święto Konstytucji 1791 roku – I Konstytucji w Europie i II na świecie. Jest się więc czym chwalić i co świętować. Przy tej okazji warto wspomnieć o drugim dokumencie, który był równie pionierski w Europie – Konfederacji Warszawskiej z 1573 roku, który zakładał swobodę wyznaniową i pokój między wszystkimi różniącymi się w wierze, a także równouprawnienie innowierców z katolikami i jednakową opiekę państwa. Dokument uważany jest za początek gwarantowanej prawnie tolerancji religijnej, którą dziś zapewnia uchwalona w 1948 roku – Deklaracja Praw Człowieka. A w Rzeczpospolitej to było już w XVI wieku (!) – i czy to nie jest powód do dumy J? W 2003 roku tekst Konfederacji Warszawskiej został wpisany na listę UNESCO Pamięć Świata. Obydwa te historyczne dokumenty zostały uchwalone na Zamku Królewskim.

A tak przy okazji – kto myślał, że na obrazie Jana Matejki, wnoszony do Katedry i trzymający triumfalnie dokument Konstytucji to król Stanisław August Poniatowski? Z pewnością nikt :-). Ale nawet gdyby ktoś tak pomyślał – nie ma się czego wstydzić, bo wielu ludzi tak uważa, podczas gdy to jest Stanisław Małachowski – marszałek sejmu, a król idzie wcześniej, w czerwonym płaszczu.

W 2014 roku mieliśmy wyjątkową możliwość, aby poczuć wszelkimi zmysłami klimat tego obrazu, gdyż za sprawą grup rekonstrukcyjnych obraz ożył właśnie w dniu 3 maja.

maj ania D (2)

Wydarzenie odbyło się pod patronatem Kancelarii Prezydenta RP – Bronisława Komorowskiego, który wraz z Małżonką obejrzał inscenizację.

Obecnie propozycja miasta przygotowana na świąteczne dni jest bardzo bogata, można np. uczestniczyć w otwarciu sezonu Multimedialnego w Parku Fontann na Podzamczu, obejrzeć widowiska związane z warszawską syrenką, popływać kajakiem po Wiśle czy wziąć udział w rozgrywkach rowerowych – European Cycling Challenge lub wystartować w biegu Konstytucji 3 maja… Chyba najpopularniejsze są jednak wyjazdy za miasto i rekreacja na świeżym powietrzu. Co kto lubi. Ja na przykład lubię rysować – a jeżeli mam możliwość realizowania tego w słoneczny, majowy dzień wśród kwitnących i pachnących kwiatów – pełnia szczęścia :-).

maj ania D (1)

Z życia w PRL

Sprawa z Wałęsą wstrząsnęła społeczeństwem bardziej chyba nawet niż ustawa inwigilacyjna czy zmagania o Trybunał Konstytucyjny. Pewnie dlatego, że ustawy mogą się wydawać dalekie od naszego życia, ale jak zszargano imię Wałęsy dotyczy chyba nas wszystkich. Dziś kolejny wpis…

Krystyna Koziewicz

Wbrew własnej woli

Osobiście z SB nie miałam nigdy nic wspólnego, ale przypadek sprawił, że co nieco mogłam się dowiedzieć. A było tak…

Wspólnie z moim eks pilnie poszukiwaliśmy dla naszej rodziny mieszkania, o którym w tamtych latach można było tylko pomarzyć. Mieliśmy dużo szczęścia, bo trafiliśmy na człowieka, zresztą pijaczka, który akurat chciał odsprzedać, rzekomo własne, lokum. Radości nie było końca, cieszyliśmy się, że złapaliśmy pana Boga za nogi, wszak byłam w ciąży, krótko przed rozwiązaniem. Za pożyczone pieniądze kupiliśmy mieszkanie z umową i meldunkiem. Spokojnie zaczęliśmy się urządzać, kupiliśmy meble, jednak ten stan nie potrwał zbyt długo, o co postarali się nasi przyszli sąsiedzi. Dziwnie zaczęli dopytywać się o nasze miejsca pracy, więc dumnie odpowiadałam, że ja pracuję w oświacie, a mąż w opolskim teatrze (zmieniał zakłady, jak skarpetki, ale o tym potem).   Patrzyli na nas, jak na Marsjan, z kolei nas dziwiła ich reakcja i wścibskość. Rychło się jednak wyjaśniło, a to, co usłyszeliśmy od naszych życzliwych sąsiadów, było po prostu szokiem, bo okazało się, że budynek był własnością milicji.

Gorzej być nie mogło. Wkrótce otrzymaliśmy pismo z nakazem opuszczenia lokalu. My jednak nie chcieliśmy się poddać. Mąż postanowił, a ja się zgodziłam, żebyśmy nie reagowali na pismo. W końcu byliśmy zameldowani przez urząd, więc o co chodzi? Otrzymałam wezwanie do osobistego wstawienia się na milicji, a tam bez jakichkolwiek wyjaśnień urzędnik zaczął pisać akt eksmisji. Stukanie na maszynie zostało przerwane w momencie, kiedy zażądali okazania mojego dowodu, by prawidłowo wpisać poprzednie miejsce zamieszkania. Chodziło o mój poprzedni adres, bo tam miałam zostać eksmitowana. Adres brzmiał Dom Dziecka w Skorogoszczy. Co, w Domu Dziecka? Zdenerwowany urzędnik wyciągnął kartę z maszyny i wyszedł.

Po upływie kilku minut, które dla mnie były jak wieczność, urzędnik wrócił i wręczył mi oficjalnie przydział na mieszkanie z zapewnieniem, że mogę sobie spokojnie mieszkać tak długo, jak długo zechcę. W tym momencie ogarnął mnie spazmatyczny płacz ulgi i uczucie radości, że wśród milicjantów byli też ludzie. Z łezką w oku wspominam ten humanitarny gest.

W ten oto sposób znalazłam się w „doborowym” towarzystwie, gdzie sąsiadami byli pracownicy SB i milicji. Często chwalili się swoimi „osiągnięciami”, jak czytanie poczty zagranicznej czy sensacyjek kryminalnych. Od nich dowiedziałam się rewelacji, że każdy kto miał telefon, musiał wcześniej otrzymać akceptację SB, a kto chciał wyjechać Zachód, zobowiązany był podpisać lojalność wobec polskiej racji stanu. Mówili ogólnikowo, więc nie jestem w stanie wyciągnąć z pamięci więcej szczegółów.

Mój stary był do sąsiadów wrogo nastawiony, po prawdzie to nimi gardził, głównie za kapowanie. Oni uważali go za wichrzyciela, bo słuchał radia Wolna Europa, nie chodził na wybory i oficjalnie wyrażał antykomunistyczne poglądy. Najgorzej było w dzień wyborów, pamiętam, że za każdym razem przyjeżdżali po niego suką, przypominając o obowiązku. Z tego też powodu miał przechlapane w zakładach pracy, bo głośno krytykował komunę, stawiał się kierownikom, dyrektorom i różnej maści funkcjonariuszom partyjnym. Lekceważył ich, naśmiewał, więc długo nie zagrzał miejsca w żadnym zakładzie pracy. My, rodzina, cierpieliśmy z tego powodu, brak było bowiem stabilizacji finansowej.

Któregoś razu zniknął bez śladu, nikt nie wiedział, co się z nim stało? Byłam bliska załamania, a on po prostu zwiał za granicę nielegalnie, bez paszportu. Jednak bez happy endu, bo został zatrzymany na granicy czesko-austraickiej. Otrzymał pół roku do odsiadki. Z więzienia wrócił nieco spokojniejszy, mniej prowokował publicznie, ale marzenie wyjazdu za granicą dalej w nim drzemało.

Często otrzymywał wezwania do stawienia się na posterunku policyjnym… powiedziałabym, że nawet bardzo często. Zawsze wracał zakłopotany, zamyślony, widać było, że ma problem. Początkowo nie chciał mnie wtajemniczać, ale w końcu przyznał, że musiał podpisać jakąś lojalkę. Co to oznaczało? Do końca nie wyjaśniał, ale zapewniał, że „nie jest taki głupi, jak sobie myślą”. Chciał koniecznie wyjechać na Zachód, żyć w wolnym kraju, dobrobycie i podróżować po świecie.

Złożył wniosek o paszport, który po wielokrotnych odmowach, dziwnym trafem otrzymał, ale wcześniej został wezwany na rozmowę. I znów ta sama śpiewka, najpierw musiał coś podpisać i dopiero wtedy mógł by wyjechać – oznajmił mu urzędnik. Wtedy po raz pierwszy ujawnił mi w tajemnicy, co chcą, ale także i tym razem zapewniał, że „głupiego znaleźli”. Wiedziałam, że nikogo nie sypnie, nie zdradzi, ale też wiedziałam, że będzie to koniec dla naszej rodziny. I tak też się stało. Bał się wrócić do Polski, pozostał na Zachodzie, a my rozeszliśmy się.

Takie były czasy, że wbrew woli, ludzie prawdopodobnie musieli podpisywać tzw. lojalki, co wcale nie znaczy, że od razu donosili. Zatem, ostrożnie w ocenach Wałęsy, bo Wałęsa dla SB to dopiero był gruba ryba, mój eks był tylko płotką, a jakie miał kłopoty.

Wiem jedno, że prawie każdy mężczyzna, który w latach 60 i 70 wyjeżdżał zagranicę musiał odbyć rozmowę z urzędnikiem policyjnym. Innej opcji nie było, ale to nie oznacza, że byli współpracownikami SB czy innych organów. Wśród nich byli tacy, co pozostali na Zachodzie, bo nie godzili się na współpracę, bali się wrócić do kraju w obawie przed przykrymi konsekwencjami. Pewnie byli też tacy, co bez problemu wyjeżdżali tam i z powrotem, jak mój dawny znajomy. Może oni byli nadgorliwi, ale to są jedynie moje przypuszczenia.

Zresztą moi sąsiedzi sami w przypływie szczerości opowiadali, jak popisywali się przed szefem pracowitością. Podobnie jak ojciec kolegi, który tuż przed śmiercią wyznał mu, że wiele fikcji produkował w aktach policyjnych.

To byłoby na tyle! To sobie przypomniałam w tym okrutnym czasie, kiedy atakuje się człowieka, któremu Polska wiele zawdzięcza. Nie ma ludzi kryształowych, ale na miłość boską – osądzajmy przywódców partyjno-rządowych i czasy, w jakich przyszło nam żyć, a nie tych zwykłych ludzi, którzy często musieli postępować wbrew własnej woli.

Habent sua fata libelli…

Pro captu lectoris habent sua fata libelli, zapisał w III w. n.e. Terentianus Maurus. Zdanie to naprawdę głosiło, że w zależności od tego co wie i pojmie czytający, książka zostanie inaczej odebrana, będzie więc inną książką. Ale dla mnie i, jak sądzę, nie tylko dla mnie, ta sentencja oznaczała, że książki mają swoje losy i że różne się im rzeczy przydarzają…

W tym tekście chodzi o losy książki, raz podziwianej, potem potem potępionej w czambuł, znowu podziwianej, znowu…

Bardzo proszę o komentarze!

Ewa Maria Slaska

Kamienie na szaniec

Ciocia zmniejsza bibliotekę. Po książki Wujaszka przyjedzie kierowca z Głównej Biblioteki Lekarskiej – zostaną włączone do Działu Starej Książki Medycznej. Po książki zwykłe przychodzimy my, wnuczki, siostrzenice, znajomi, dzieci znajomych i ich dzieci. Ciocia pokazuje regały. Można wybierać, co się chce. Biorę Kapuścińskiego, Boya, Reymonta… Kamienie na szaniec odkładam z powrotem na półkę. Jasne, kiedyś to czytaliśmy, ale po co mi takie starocie. Już mój syn tego nie czytał, wnuk na pewno nawet nie spojrzy…

kamienie-cover– A wiesz skąd jest ta książka? – pyta Ciocia.
Oczywiście nie wiem.
– Teresa, siostra Wujaszka została jeszcze przed studiami wysłana na praktykę do Biblioteki i wtedy…
Wyciągam książkę i oglądam strony. Wydanie III krajowe. Spółdzielnia Wydawnicza Warszawa 1946. W lewym górnym rogu na stronie 4 pieczątka: Biblioteka Publiczna m. st. W-wy. Nab. 12564.
Ale nr inwentarzowy znacznie niższy, bo zaledwie 128. Autor wyjaśnia, że dwa poprzednie wydania krajowe to publikacje podziemne z czasów okupacji – pierwsza z 1943 roku, druga – 1944.

– …i wtedy właśnie – ciocia upija łyk soku z żółtej szklaneczki – kierownictwo dostało polecenie usunięcia z biblioteki książek nieprawomyślnych. Najprościej było takie odrzuty spalić, na podwórku przygotowano więc ognisko i pracownicy zaczęli tam gromadzić tomy przeznaczone do likwidacji. Teresie udało się schować Kamienie na szaniec i zabrać do domu.

Patrzę na książkę-bohaterkę, która podlegała prześladowaniom i cudem uniknęła Zagłady czyli całopalenia.

Gdy następnego dnia opowiadam to grupie znajomych, nieco zdziwiona, bo wydawało mi się, że to przecież powieść o bohaterstwie młodych Polaków walczących z okupantem hitlerowskim, i że była to przecież jedna z tych książek, które budowały polski mit, a właściwie Mit, ktoś mówi – Jasne, to przecież książka o przedwojennych harcerzach.

Teraz to ja zabieram do domu Kamienie na szaniec. Po przyjeździe do Berlina sprawdzam w internecie, czy ktoś pisze coś o paleniu książki Kamińskiego, albo w ogóle o powojennym polskim paleniu nieprawomyślnych książek. Ale nic nie ma. Jest historia, jest treść, jest film, są zdjęcia grobów Wojtka, Zośki i Czarnego na Powązkach. Książka była lekturą szkolną w latach 1946-1950. To zapewne właśnie w roku 1950 przeznaczono ją na stos. Wróciła do szkół w roku 1958 i przetrwała tu 10 lat, do roku 1969. Wtedy czytałam ją w szkole. Po kolejnej przerwie Kamienie… wróciły na listę lektur w roku 1978, najpierw we fragmentach, a od roku 1985 w całości.

Okazuje się, że losy tej książki znowu podlec mogą zmianie, że znowu stanie się nieprawomyślna. W internecie znajduję bowiem artykuł o tym, że Kamienie na szaniec są lekturą antysemicką, pochwalającą homoseksualizm i skażoną bohaterszczyzną, która skłoniła młodych ludzi do udziału w bezsensownym Powstaniu Warszawskim. Niezwykły miszmasz argumentów, z lewa, z prawa, byle zaatakować.

Zacytuję tu obszerne fragmenty tej naukowej insynuacji. Sama jestem badaczką, ale co i raz przekonuję się, że my, naukowcy-humaniści, to rzadkie paskudztwo. Wolałabym być chemiczką, jak Babcia Aniela i moja ulubiona Maria C-S.

“Kamienie na szaniec” Aleksandra Kamińskiego to jedna z najbardziej mitotwórczych książek w polskiej historii. Warto spojrzeć na ten mit analitycznie i zastanowić się, co z niego da się ocalić, a co powinno być raczej przestrogą – uważa Elżbieta Janicka z Instytutu Slawistyki PAN. Naukowiec w lekturze doszukała się m.in. wątków homoseksualnych i antysemickich.

Zdaniem Janickiej główni bohaterowie “Kamieni na szaniec” – Alek, Rudy i Zośka – zastygli w postaci zaakceptowanej przez szkolne interpretacje. Ponieważ rozmawiamy w kulturze homofobicznej, gdzie zakwestionowanie czyjejś heteroseksualnej orientacji nie jest konstatacją, lecz denuncjacją, porównałabym Zośkę i Rudego do Achillesa i Patroklesa, pary legendarnych wojowników – podkreśla Janicka (…). Tym samym badaczka sugeruje, że obu mężczyzn mogło łączyć homoseksualne uczucie. (…) Uważam, że to jeden z najpiękniejszych tekstów o miłości nie znającej granic, zaś cała wiedza na temat relacji bohaterów świadczy o niespotykanej sile i głębi tego uczucia – mówi Janicka.

(…) Innym elementem, który wzbudzaja wątpliwości badaczki, jest bardzo silnie zaznaczony w “Kamieniach na szaniec” kult przedwojennego warszawskiego liceum im. Stefana Batorego i działającej przy nim 23 Warszawskiej Drużyny Harcerskiej. Taki kult jest problematyczny, biorąc pod uwagę, że w latach 30 dokonywało się w Batorym “czyszczenie” szkoły i drużyny z osób pochodzenia żydowskiego. (…) “Czyszczono” również harcerstwo, co zresztą miało miejsce nie tylko w 23 WHD, a w ruchu harcerskim w całej Polsce.

(…) Książka była szeroko czytana przez młodych ludzi, wywoływała entuzjazm. Można mówić o niej jako o podręczniku postaw patriotycznych, którego oddziaływanie nie słabło przez siedem kolejnych dekad. Dlaczego to oddziaływanie może wydawać się niepokojące? Bo przedstawia ona jako głęboko moralny i życiowo atrakcyjny wzorzec walki zbrojnej i śmierci “za ojczyznę” bez liczenia się z uwarunkowaniami, realną postacią i kosztami przemocy, także jej konsekwencjami moralnymi. W “Kamieniach na szaniec” śmierć jest przedstawiona jako romantyczna męska przygoda” – mówi Elżbieta Janicka.

Badaczka przypomina, że “Kamienie na szaniec”, wznowione w lipcu 1944 roku, budowały atmosferę, w której wbrew racjonalnym przesłankom przystąpiono do powstania warszawskiego. (…)

Można powiedzieć, że przez pół wieku lektura opowieści o akcji pod Arsenałem była częścią oficjalnej edukacji historycznej i polityki tożsamościowej. Związek Harcerstwa Polskiego kultywował tradycję Szarych Szeregów, organizowano rajdy na Arsenał. W 1977 roku na podstawie książki Jan Łomnicki nakręcił film, który zdobył główną nagrodę na festiwalu filmowym w Gdyni i cieszył się wielką popularnością szkolnej widowni. W przypadku “Kamieni na szaniec” PRL-owski mainstream i opozycja były zgodne, że jest to książka ważna, propagująca właściwe postawy. W 1988 roku Janusz Tazbir, tworząc na łamach “Polityki” listę dzieł – “kamieni milowych polskiej świadomości”, z literatury XX wieku umieścił na niej tylko jedną pozycję – właśnie “Kamienie na szaniec” – dodaje Janicka.

***
I na zakończenie:
Julisz Słowacki, Testament mój.
To stąd zaczerpnął autor tytuł dla swojej książki:

Żyłem z wami, cierpiałem i płakałem z wami,
Nigdy mi, kto szlachetny, nie był obojętny,
Dziś was rzucam i dalej idę w cień – z duchami –
A jak gdyby tu szczęście było – idę smętny.

Nie zostawiłem tutaj żadnego dziedzica
Ani dla mojej lutni, ani dla imienia; –
Imię moje tak przeszło jako błyskawica
I będzie jak dźwięk pusty trwać przez pokolenia.

Lecz wy, coście mnie znali, w podaniach przekażcie,
Żem dla ojczyzny sterał moje lata młode;
A póki okręt walczył – siedziałem na maszcie,
A gdy tonął – z okrętem poszedłem pod wodę…

Ale kiedyś – o smętnych losach zadumany
Mojej biednej ojczyzny- przyzna, kto szlachetny,
Że płaszcz na moim duchu był nie wyżebrany,
Lecz świetnościami dawnych moich przodków świetny.

Niech przyjaciele moi w nocy się zgromadzą
I biedne serce moje spalą w aloesie,
I tej, która mi dała to serce, oddadzą –
Tak się matkom wypłaca świat, gdy proch odniesie…

Niech przyjaciele moi siądą przy pucharze
I zapiją mój pogrzeb – oraz własną biédę:
Jeżeli będę duchem, to się im pokażę,
Jeśli Bóg uwolni od męki – nie przyjdę…

Lecz zaklinam – niech żywi nie tracą nadziei
I przed narodem niosą oświaty kaganiec;
A kiedy trzeba, na śmierć idą po kolei,
Jak kamienie przez Boga rzucane na szaniec!…

Co do mnie – ja zostawiam maleńką tu drużbę
Tych, co mogli pokochać serce moje dumne;
Znać, że srogą spełniłem, twardą bożą służbę
I zgodziłem się tu mieć – niepłakaną trumnę.

Kto drugi tak bez świata oklasków się zgodzi
Iść… taką obojętność, jak ja, mieć dla świata?
Być sternikiem duchami napełnionéj łodzi,
I tak cicho odlecieć, jak duch, gdy odlata?

Jednak zostanie po mnie ta siła fatalna,
Co mi żywemu na nic… tylko czoło zdobi;
Lecz po śmierci was będzie gniotła niewidzialna,
Aż was, zjadacze chleba – w aniołów przerobi.

„Podhalem” na Śródziemne (5 i koniec)

Zbigniew Milewicz

fosfatyMasyw Olimpu widać z pokładu dosyć wyraźnie. II mechanik nalewa bogom do Zatoki Salonickiej trochę swojego okocimia, smakuje im polskie piwo i pozwalają wejść do portu. Jest sobota po południu, kiedy cumujemy przy nabrzeżu siarkowym. W poniedziałek rano dokerzy mają zacząć rozładunek „Podhala“, termin zostaje dotrzymany, ale pod koniec dnia pracy kapitan otrzymuje wiadomość, że pilnie musimy wycofać się na redę.

Na miejsce „Podhala” ma wejść grecki statek, z ważniejszym od siarki ładunkiem amoniaku i dopiero po nim przyjdzie nasza kolej. Przyjętą rzeczą w pracy portów na świecie jest to, że pierwszeństwo w załadunku i rozładunku mają statki rodzimych bander. Podobnie dzieje się w przypadkach remontów statków w stoczniach. Na przykład w ZSRR zwyczaj ten jest bardzo konsekwentnie przestrzegany, natomiast u nas funkcjonuje dokładnie odwrotny system. Przypływa statek obcej bandery, to Polaka wyganiają z kei, albo ze stoczni. Zwłaszcza, jeżeli zagraniczniak jest ze strefy dolarowej. Dwa dni czekamy na ponowne podejście do greckiego nabrzeża. Później, prawie dwa tygodnie, aż ostatnie tony siarki zostaną wybrane z ładowni. Z powodu awarii taśmociągu w porcie rozładunek statku odbywa się bowiem przy pomocy dźwigów oraz samochodów, które przewożą żółty puder z kei do fabryki, a to w sumie długo trwa. Otrzymane od policji przepustki na ląd upoważniają załogę i pasażerów „Podhala“ do poruszania się tylko w obrębie Salonik, ale dzięki temu mogę je poznać dokładniej, niż niejeden turysta bawiący tutaj tylko przelotnie. Są drugim po Atenach miastem Grecji, stolicą greckiej części Macedonii. Stanowią ważny ośrodek przemysłowy, gospodarczy i kulturalny kraju, znany z corocznych, międzynarodowych targów jesiennych i międzynarodowych festiwali filmowych. Miasto ma bogatą, wielowiekową historię, obfitującą w szereg dramatycznych wydarzeń, często dlań niepomyślnych – krwawe najazdy obcoplemieńców i wojny domowe. W Thessalonikach mieszkał na wygnaniu Cycero, używał życia pisarz Lukian, nawracał pogan apostoł Paweł z Tarsu, który założył tutaj siedzibę gminy chrześcijańskiej. W mieście, którego nazwa brzmiała wtedy Soluń, urodzili się i rozpoczęli działalność słudzy Boży Cyryl i Metody, twórcy rytu słowiańskiego w chrześcijaństwie, czczeni w kościele katolickim i prawosławnym jako święci.

Wielbiciel Grecji klasycznej nie ma właściwie w Salonikach nic do szukania, natomiast fascynują one bogactwem pomników Grecji bizantyjskiej, głównie sakralnych. Najstarszy z kościołów na planie krzyża greckiego – Hagia Sofija, główna świątynia Salonik, stanowi jakby próbę generalną konstantynopolitańskiego kościoła Mądrości Bożej. Hagios Georgios – niegdysiejsze rzymskie mauzoleum Galeriusza, poźniej przez wieki bazylika, a następnie meczet, dziś jest muzeum sztuki bizantyjskiej, obfitującym w bezcenne skarby. Nie brak ich również w Hagia Ekaterini, Hagia Apostoli, Hagios Pantelejmon, Hosios David, Hosios Profitis Ilias i Panagia Chalkedon. We wnętrzach tych kościołów można podziwiać wspaniałe, stare ikony, freski i mozaiki, zaliczane przez historyków sztuki do najwybitniejszych osiągnięć artystycznych budownictwa cerkiewnego. Prawdą jest jednak, że wiele zabytkowych świątyń w Salonikach wymaga pilnej odnowy. Skłamałbym również, gdybym stwierdził, że nie razi mnie widok starej, szacownej cerkwi przydepniętej przez nowoczesne budynki mieszkalne, użyczającej ogrodzenia na reklamę papierosów, czy dziedzińca hałaśliwemu supermarketowi. Najpopularniejszym kościołem w Salonikach jest Hagios Dimitrios. Stoi na rozległym tarasie jednego ze wzgórz salonickich, wysoko ponad dachami ludzkich domostw. Jest świeżo odrestaurowany i właściwie prawie w całości nowy. Dwukrotnie bowiem doszczętnie spłonął – w VII w. i w 1917 roku. Jego patron ma w Salonikach takie znaczenie, jak w Krakowie św. Stanisław. Św. Demetriusz, zabity w salonickim więzieniu 26 października 306 roku, już w 323 r. uczczony został kaplicą, którą po stu latach obudowano kościołem, tak, że kaplica zamieniła się w kryptę. Dzień jego męczeństwa stał się głównym świętem cerkiewnym w Salonikach.

Pomniki kultury bizantyjskiej sąsiadują w tym mieście ze śladami blisko pięciowiekowego panowania osmańskiego. To przede wszystkim meczety, które jednak nie są zbytnio szanowanymi tutaj zabytkami. Mieszczą się w nich sklepy, urzędy, kawiarnie. Przy jednej z cerkwi stoi nie zburzony minaret, do którego przylega cmentarz turecki. Są kioski, gdzie można kupić kasety magnetofonowe tylko z nagraniami tureckiej muzyki. Miesza się ona z grecką nutą, płynącą z otwartych okien i drzwi mieszkań, tawern i warsztatów rzemieślniczych; obydwie tworzą koncert dźwięków, którymi rozbrzmiewa salonicka ulica. Sporo z zapachów i stylu orientu zachował także ruchliwy bazar położony blisko odos Egnatia, jednej z głównych ulic miasta. Chyba najmocniej jednak utrwalił się Wschód w karnacji, rysach twarzy i czerni włosów mieszkańców tej ziemi. Przedstawicieli typowo helleńskiej urody – jasnookich blondynów o kręconych włosach i jasnej cerze widuje się tu rzadko, podobno najczęściej wówczas, kiedy przyjeżdżają orbisowskie wycieczki.

Rejon Salonik, tak jak znaczna część całego obszaru Bałkanów, bywa nawiedzany przez trzęsienia ziemi. 5 października 1984 r., pod koniec pobytu w tym mieście, mam okazję osobiście to poczuć. Pora popołudniowej sjesty, ulice prawie wyludnione. Od kilku dni jest bardzo parno, temperatura w cieniu nie spada poniżej 26° Celsjusza, nieruchome, przesycone samochodowymi spalinami powietrze ma konsystencję waty. Wspólnie z Ewą i Makisem, polsko- grecką parą znajomych z Salonik, popijamy kawę na ocienionym parasolami tarasie kafejonu przy placu Demokracji, kiedy nagle grunt pod nogami zaczyna przesuwać się – najpierw poziomo, później w górę. Wszystko trwa może 3-4 sekundy, ruch ziemi jest nieznaczny i przynajmniej w naszym najbliższym otoczeniu nie pozostawia po sobie trwałych śladów, ale czuć jego siłę. Mnie, mieszkańcowi Śląska, przypomina to „tąpnięcie” w kopalni. Ewa patrzy na zegarek, mówi, że jeżeli w ciągu pół godziny zjawisko powtórzy się, to będzie sygnał, że w nocy może trząść porządnie. Trzy lata temu przeżyła w Salonikach silne trzęsienie ziemi; kilkakrotnie uciekała wtedy wraz z innymi ludźmi z domu na pobliski plac, bo nie zabudowany teren jest najpewniejszym schronieniem. Przez kilka nocy spała przy otwartych drzwiach wyjściowych z mieszkania, ze śpiworem pod głową, aby w razie niebezpieczeństwa móc szybko wybiec na zewnątrz. Twierdzi, że najważniejsze w takiej sytuacji jest zachowanie zimnej krwi. Kiedy na przykład trzęsienie ziemi zastaje człowieka w domu, wtedy trzeba stanąć we framudze drzwi – jej stalowa konstrukcja daje największe prawdopodobieństwo przetrwania. Mija pół godziny, zupełnie spokojnie. Następnego dnia miejscowa prasa podaje do wiadomości, że epicentrum trzęsienia ziemi znajdowało się w odległości 60 km od Salonik, na Morzu Egejskim, a jego siła wynosiła 5,5 stopnia w skali Richtera, nie należało więc ono do najsilniejszych.

Znacznie gorzej znoszą niektórzy nagłe trzęsienie, które 5 października rano robi na statku grecka „czarna brygada”. Celnicy nicują „Podhale” od siłowni po mostek kapitański, ale nic godnego uwagi nie znajdują i w południe schodzą ze statku. 8 października dokerzy kończą wybieranie resztek siarki z ładowni, czyli tzw. trymerkę, uzupełniamy zapas paliwa, słodkiej wody oraz warzyw i owoców i odbijamy od salonickiego nabrzeża. Kurs – port Tartus w Syrii. „Podhale” płynie pod balastem i do celu dociera po trzech dniach podróży. Tartus jest drugim po Latakii portem syryjskim, stąd mamy wziąć fosfaty do kraju. Na drzwiach messy ochmistrz wywiesza karteczkę z informacją, że za wykryte przypadki handlu papierosami i alkoholem grozi w Syrii więzienie. Ale w ogóle nie handlować tutaj nie sposób.

Podobizny Prezydenta Syrii, Hafiza al - Asada sa w miescie wszechobecne.Podobizny prezydenta Syrii Hafiza al-Asada są w mieście wszechobecne

Zaraz po odprawie celnej, na statek wchodzą arabscy robotnicy portowi i wszystkich po kolei pytają: ,,krema, perfuma, masz?” Gotowi są zresztą kupić wszystko i nie można im niczego nie sprzedać, bo tak długo będą człowiekowi wiercić dziurę w brzuchu, aż wydębią od niego choćby starą koszulę flanelową, za którą dadzą ćwierć liwra. Oczywiście, obowiązkowo trzeba się targować. Bodaj nazajutrz po przybyciu do Tartus, podczas jednego z takich handlowych nalotów, przeżywam pewien dosyć ciekawy moment. Do kabiny wchodzi dwóch Arabów, starszy i młodszy, pytają w międzynarodowym slangu portowym, czy mam coś do sprzedania. Na odczepnego pozbywam się starych sandałów. Nagle starszy dostrzega na półce nad koją kolorowe zdjęcie Jana Pawła II, najwyraźniej się do niego zapala, prosi, abym mu je dał. W pierwszym momencie przychodzi mi na myśl, że mój gość należy do kościoła koptyjskiego, ale temu zaprzecza, jest mahometaninem. Z ciekawości pytam więc, po co mu podobizna katolickiego papieża? Składa ręce, jak do modlitwy i daje do zrozumienia. że umieści zdjęcie na ścianie w swoim mieszkaniu i będzie to dla niego duży zaszczyt. Rzecz jasna, chętnie mu je daję.

TakiewidokinienalezawTartusdorzadkosciTakie widoki nie należą w Tartus do rzadkości

W czasie wypadów do miasta próbuję fotografować, również ludzi. Większość ubrana po europejsku, w arabskich strojach paraduje głównie starszyzna. Niektórzy chętnie pozują do zdjęć, inni zasłaniają twarze rękami, lub bardziej nerwowo reagują na widok fotoaparatu i muszę przyspieszać kroku, co nie należy tutaj do łatwych czynności. Powietrze w Tartus jest jak w parowej łaźni, a temperatura w pierwszej połowie października, w cieniu, sięga 30° Celsjusza. Wygląd ulicy zmienia się w zależności od dzielnicy. Blisko portu – wąskie, wyboiste trakty, pełne nieczystości, z zapuszczonymi, niewysokimi domami mieszkalnymi. Handlowa część miasta, czyli suk – pełen gwaru i otwartych na oścież sklepików oraz warsztatów rzemieślniczych. W bogatszych sklepach klimatyzowane wnętrza, zwłaszcza u złotników, gdzie można dostać zawrotu głowy od nagromadzonego bogactwa. W nowej dzielnicy mieszkaniowej – sporo betonu , wysokościowce, kilka bogato wyglądających rezydencji, w bujnej zieleni ogrodów.

chetnychdozdjecjestsporoChętnych do zdjęć jest sporo

W drogę powrotną do Polski wyruszamy 16 października. Sztorm na Morzu Śródziemnym i dłuższa naprawa silnika w Gibraltarze opóźniają nasze tempo podróży, na gdyńskiej redzie stajemy 5 listopada, w 60 dniu rejsu. Odprawa celna i WOP ma odbyć się dopiero nazajutrz, załoga cieszy się z tego – 61 dni w morzu, to już wyższa, trzecia strefa w dodatkach dewizowych, jakie płaci im armator. W drugiej, niższej, marynarz otrzymuje za dzień rejsu 1,35 dolara, a oficer – 2,25. Znam na lądzie lepiej zarabiających „dolarowców”. Część załogi wraz z pasażerami odpływa z redy statkiem białej floty, czyli tzw. ferą, do portu. Schodzą na urlop, reszta zostaje na ,,Podhalu”. Po wyładunku fosfatów weźmie inny ładunek, na statek zamustrują do kompletu nowi członkowie załogi i popłyną w kolejny rejs, nie wiadomo jeszcze dokąd. Takie przeznaczenie statku i marynarzy.

P.S. Reportaż ten pisałem w czasie, kiedy PRL-owska cenzura miała się bardzo dobrze, stąd ani słowem nie wspomniałem w tekście, że u syryjskiego nabrzeża widziałem statki zaprzyjaźnionej, radzieckiej floty wojennej a w porcie paradnych matrosów na przepustce, bo by nie przeszło. Dzisiaj odwaga staniała, więc niniejszym uzupełniam brakujące informacje i zdjęcia, które mi się ostały w domowym archiwum.

Radzieccy marynarze na przepustce...Radzieccy żołnierze na przepustce