Entrissen

Sie wurde uns nach kurzer schwerer Krankheit entrissen.   

Judy Kadar
24. Januar 1950 – 27. Juni 2021

Judy war Harfenistin aber auch Multi-Instrumentalistin, Co-Leiterin des Ensembles COLLAGE-forum für frühe musik berlin, Lehrerin und Mitgründerin der Historical Harp Society in USA.
Sie hat mit uns gemeinsam durch ihre Musik, ihrer Kreativität und ihrem Ausdruck fördernden Vorbild die Gestaltung unserer Musik geprägt.
Es fehlt uns ihre Intensität und tiefe Sensibilität für gemeinsames Musizieren und ihr Tod  ist ein schrecklicher, entsetzlicher Verlust – es gibt keine Worte dafür.

COLLAGE- forum für frühe musik berlin.
Larissa Ghadiali, Klaus Sonnemann

***

Krystyna Koziewicz und ich gingen im letzten Jahr zu einem Konzert von ihrer Gruppe Trecento auf dem Chamisso-Platz in Kreuzberg. Unsere Freundin, Brigitte von Ungern-Sternberg, spielte damals Flöte und Tamburin, Judy – die Harfe. Es ist der letzte Konzert von Trecento gewesen. Daher rebbloge ich hier mein eigenen Beitrag vom letzten Jahr.

Musizieren in der Zeiten der Corona

Posted on by Ewa Maria

Brigitte von Ungern-Sternberg schickte uns eine Einladung:

***

Brigitte von Ungern-Sternberg

Über den Tod von Judy Kadar sind meine Mitspieler*innen sehr sehr traurig – wir sind ohne sie musikalische Waisen.

Judy war das Herz und die Seele des Ensembles TRECENTO, die professionelle Leitung.

Ich war jährelang  Mitglied des Ensembles und es war nie langweilig. Wir haben an den unterschiedlichsten Programmen gearbeitet auf dem großen Feld der sogenannten ‚Alten Musik‘. Dies umfasst Musik von mehreren Jahrhunderten, angefangen von den Liedern der Troubadoure und der frühen Mehrstimmigkeit im Hochmittelalter bis in die Musik der Renaissance.

Die ‚Alte Musik‘ unterscheidet sich von beispielsweise einem Beethoven Quartett, dass sie zwar aufgeschrieben, aber nicht besonderen Instrumenten zugeordnet wurde. Das bedeutet, dass jedes Arrangement nach den jeweils vorhandenen Instrumenten und Sänger*innen entwickelt wird.

Man probiert aus und das Endergebnis entsteht durch die Mitwirkung aller Beteiligten – ein kollektiver Prozess! Gespielt wurde bei TRECENTO die Musik auf Harfen, Fideln, Lauten, Pommern, Schalmeien, Flöten und natürlich wurde gesungen. War ein Programm ausgereift, wurde es in dieser oder jener Berliner Kirche präsentiert und dann ein neues angefangen.

Ob es ohne Judy weitergeht?   

Vermutlich leider nicht.

Z wolnej stopy 46

Zbigniew Milewicz

Król waletów

Nie lubię szczegółowo planować podróży; szkic owszem, warto mieć, ale później życie samo koryguje marszrutę. Jadąc w swój Rajd ozdrowieńca, opisany tydzień temu, chciałem odwiedzić Kraków, a w nim Żaczka, moje dawne siedlisko, w którym byłem ciekaw zmian i chciałem coś zobaczyć.

Mianowicie – portret dawnego kierownika domu studenckiego UJ, Jana Buszka, który kiedyś zdobił ścianę w Nowym Żaczku, klubie akademika. Namalował go pod koniec lat sześćdziesiątych ubiegłego stulecia krakowski artysta plastyk, a także człowiek teatru – Łukasz Jasielski i wtedy obejrzałem płótno tylko raz, na szybko, bo w klubie trwała jakaś impreza. Oczywiście nie wiedziałem, czy teraz portret jeszcze tam wisi, ale gdyby gdzieś już wywędrował, to powinni znać nowy adres. Moja córka Ania i wnuczka Zosia, które mi towarzyszą w drodze na Błonia, mówią, że dobrze się czują w tym mieście; mają szczęście spotykać na swojej drodze życzliwych ludzi i to sprzyja aklimatyzacji. Jak żyło się w Krakowie i jak w akademiku ponad pół wieku temu, tego oczywiście nie wiedzą, bo skąd. Ania dojeżdżała na zajęcia na swojej uczelni z rodzinnego domu, a Zosia najpierw musi ukończyć liceum. W przyszłości jednak chciałaby być bardziej niezależna i taki akademik byłby dla niej w sam raz.

Opowiadam im więc, jak w pewne Juvenalia, na wielkim skrzyżowaniu Alei Trzech Wieszczów w pobliżu Żaczka, czwórka studentów Uniwersytetu Jagiellońskiego rozłożyła na jezdni koc i zasiadła do kart. Pora była szczytowa, w kilka minut powstał spory korek, rozeźliły się klaksony, a ci spokojnie grali sobie w brydża. Zjawił się milicjant z drogówki, zasalutował i grzecznie zapytał, czy panowie studenci byliby uprzejmi przenieść się z kartami w jakieś inne, mniej kolizyjne miejsce. Na to jeden z nich, że owszem, jak pan władza siądzie do gry i wygra. Trafił chyba na karciarza, bo mundurowy bez namysłu zdjął czapkę, usiadł i zagrali w oczko. Przy trzecim rozdaniu milicjant wygrał, trefnisie honorowo zeszli ze skrzyżowania i ruch samochodowy wrócił do normy.

W Juvenalia, doroczne święto braci żakowskiej, sięgające w grodzie Kraka XV wieku, wszelka krotochwila była dozwolona. Skoro burmistrz, zgodnie z tradycją przekazywał na kilka dni studentom klucze miasta, można było prześcigać się w pomysłach na najlepszy żart i nikt nie miał o to do młodych pretensji. Potem wiara musiała wyhamować, wracało się do normalnych zajęć na uczelni, ale niektórzy świętowali dalej, jak jeszcze mieli na wino. Tylko już nie było ulgowej taryfy, jak coś przeskrobali. Za samo spanie po pijanemu na ławce w parku miewało się kłopoty. Pewnej nocy posterunkowy przyprowadził do Żaczka wstawionego, młodego człowieka i powiedział dyżurującemu portierowi, że chce rozmawiać z kierownikiem domu. Portier – był to chyba Armatys – lojalnie uprzedził milicjanta, że pan Buszek już śpi i ogólnie nie lubi, żeby go w nocy budzono. Tamten postawił jednak na swoim. Buszek zjawił się po chwili zaspany, w swojej szlafmycy i płaszczu narzuconym na koszulę nocną, bo piżam nie uznawał, potoczył niechętnym wzrokiem po nocnych markach z akademika, którzy w międzyczasie oblegli portiernię i warknął:

– Czego pan chcesz…

Na to stróż prawa, że zastał delikwenta śpiącego w stanie nietrzeźwym na Plantach i bez dokumentów tożsamości. Kiedy zapytał go, gdzie mieszka, usłyszał, że w Żaczku, ale na waleta, czyli bez zameldowania. Przyprowadził go tu więc, żeby ustalić, czy to prawda, a przy okazji dowiedzieć się, dlaczego kierownik domu toleruje u siebie ludzi bez zameldowania, czyli waletów.

– Dużo tu takich mieszka ? – dopytywał się.

Buszek był pięćdziesięcioparoletnim mężczyzną, słusznego wzrostu i atletycznej postury, milicjant, choć młodszy, sięgał mu do brody, ale gospodarz załatwił go psychologicznie:

– Ja panu dobrze radzę, lepiej idź pan stąd, bo jak zawołam wszystkich waletów, którzy tutaj mieszkają, to pan żywy stąd nie wyjdziesz.

Na co dzień nie dawał chłopakom żyć, tropił, wyrzucał z akademika, oni wracali, dekowali się w innych pokojach, on ich znowu namierzał, ale kiedy przychodziło zagrożenie z zewnątrz, bronił delikwentów. Sam, na trzecim roku, przez parę miesięcy mieszkałem na dziko w Żaczku. Wiedział o tym, znał wszystkich waletów z imienia i nazwiska, ale za bardzo nie utrudniał mi życia, może dlatego, że moje podanie o kwaterunek w DS zostało załatwione pomyślnie, tylko nie było wolnych miejsc. Niemniej któregoś dnia zaczepił mnie na schodach i doszło do następującej wymiany zdań:

– Czemu pan nie mieszkasz u narzeczonej?
– Bo jej nie mam.
– To kup se pan sznur i się powieś.
– Nie mam na sznur.

Przekrzywił charakterystycznie siwiejącą głowę, łypnął na mnie znad okularów i wysapał:

– To przyjdź pan jutro do biura, coś może się znajdzie

Jakiś doktorant zwalniał akurat jednoosobowy pokój i przez dwa tygodnie mieszkałem jak gość, a później dostałem miejsce w prawniczej czwórce. Dzieliłem ją z Jędrkiem Ziębą – późniejszym, szanowanym profesorem nauk prawnych na UJ, który niestety już nas pożegnał, z Bogdanem Bednarkiem i Jurkiem Kowalskim, czyli dziadkiem, dzisiaj mieszkającym za oceanem, a moje lokum było już w pełni legalne.

Za tamtych czasów najbardziej ściganym w akademiku waletem był niejaki King, bodajże student rusycystyki. Nie znam powodu, dla którego Jan Buszek tak uporczywie go tropił, może nie lubił ruskich, kto wie… W każdym razie kiedyś zgodziliśmy się, żeby King, na jedną noc – no, góra dwie – zatrzymał się w naszym pokoju. Daliśmy mu do przenocowania pawlacz na walizki, gdzie zwykle lokowali się waleci. Ledwo wszedł na górę, pukanie do drzwi. Pytamy, kto tam, a z drugiej strony kierownik we własnej osobie. Wchodzi do środka i mówi, że szuka Kinga, my na to, że u nas go nie ma. A on, że jest, bo rozpoznaje jego krawat na wieszaku. Faktycznie kolega całymi dniami i wszędzie nosił ten sam krawat; z powodu nadmiernej eksploatacji nie wiadomo już było, jakiego jest on koloru, ale węzeł imponował iście królewską wielkością i znamionował Kinga, jak Big Ben – Londyn. Właściciel nigdy go nie rozwiązywał, do spania tylko trochę luzował, żeby ozdobę zdjąć z szyi i nazajutrz ponownie zakładał. No i ten właśnie krawat, który wisiał w naszym pokoju, był koronnym dowodem, że kłamiemy i King musiał w końcu zejść z pawlacza.

Koledzy z roku (Emil Tokarz i Rysiek Goszczyński) na dziedzińcu Collegium Novum bawią się w wojsko.

Kierownik słynął z lapsusów językowych, przeinaczeń, które później krążyły po akademiku ku uciesze mieszkańców. Zanim przytoczę jeden, mała dygresja. W latach sześćdziesiątych studenci Uniwersytetu Jagiellońskiego zobowiązani byli – w ciągu pierwszych trzech lat nauki – do odbycia służby wojskowej, w ramach zajęć miejscowego Studium Wojskowego; podobnie było na wszystkich polskich uczelniach. W wybrane dni zakładało się więc mundur i szło na ćwiczenia z musztry, wykłady z taktyki, polityczne pranie mózgu, szkolenie ogniowe, albo jechało na poligonowy Pasternik. Czołgaliśmy się tam, forsowali różne przeszkody, nacierali tyralierą na wroga i oczywiście strzelali z kałasznikowów. Kiedy nie strzelaliśmy do celu, to każdy otrzymywał swój przydział ślepaków i jeżeli nie zużył wszystkich, to miał do wyboru – oddać je po zajęciach, albo zabrać ze sobą do domu. To drugie było nielegalne, ale kusiło. Z prochu ślepych naboi można było zmajstrować ładną petardę i odpalić ją w Sylwestra, albo z innej okazji i tu wracam do głównego wątku.

– Studenci przynieśli z wojska pederastę – skarżył się Buszek – i kiedy noc zapadła, podpalili go, podstępnie wrzucili do studni i pederasta wybuchnął. Oczywiście spałem wtedy, moja żona Eulalia również, ale na ten huk wyskoczyliśmy z łóżka, bo nie dało się dalej spać.

Studnią nazywano wewnętrzny dziedziniec w czworoboku budynków akademika.

Znane było również wystąpienie pana Jana na pewnym forum PZPR, na którym usprawiedliwiał swoją małżonkę przed szanowną instalacją partyjną, że nie przyjdzie na zebranie, bo na nieszpór musi pójść. Albo jego powiedzenie, że mieszkańcy akademika się analizują i jak zanoszą pani Krysi do prania pościel, to istnieje obawa, że w ciążę zajdzie, bo plemniki skaczą.

Kiedy jedni w Żaczku imprezowali, a inni potrzebowali ciszy, bo chcieli się uczyć, albo spać, interweniował:

– Wchodzę do pokoju, a tam pijana dziwa i pijany student. Ona nie dość, że naga, to jeszcze bez majtek.

Wymiany zdań między stronami nie przytoczę, bo niecenzuralna, ale doszło do obrazy organu interweniującego. Nie dlatego, że naguska nazwała go delikatnie mówiąc – palantem, ale, że starym i tego Buszkowi było już za wiele.

Żartowaliśmy z niego na potęgę, ale kochali, jak ojca. Dowodem jego popularności i uznania wśród młodzieży był tytuł Króla Waletów, który otrzymał w 1964 roku, na Juvenaliach zorganizowanych w związku z 600-leciem Uniwersytetu Jagiellońskiego, najstarszej polskiej uczelni. Pięć lat później odebrano panu Janowi kierownictwo domu, PRL-owskie władze nie darowały mu, że w marcu 68, jako jedyny stanął w obronie demonstrujących studentów. W 1995 roku, w dziesiątą rocznicę jego śmierci (jako uczestnik kampanii wrześniowej spoczął na cmentarzu wojskowym) dawni mieszkańcy Żaczka ufundowali mu tablicę pamiątkową na fasadzie akademika. Pamięć o nim i o domu, którym wiele lat gospodarzył, doczekała się również publikacji książkowej, którą mam za kilka dni otrzymać. Jest także w Krakowie ulica jego imienia, na terenie miasteczka studenckiego Akademii Górniczo-Hutniczej. Niestety, portretu Jana Buszka w królewskich gronostajach, birecie na głowie i z berłem w ręku nie udało mi się ponownie zobaczyć, bo pani w recepcji akademika powiedziała, że po raz pierwszy o takim słyszy. Nie mogła nas z Anią i Zosią także wpuścić do środka, żebyśmy mogli się rozejrzeć, jak Żaczek wygląda obecnie od środka, gdyż wstęp mieli tylko mieszkańcy. Tak zawsze tutaj było.

Na pocieszenie dostaliśmy jednak linka z materiałem reporterskim z TVN, sprzed paru lat, który ładnie o Żaczku opowiadał i polecam go również Państwu.

https://uwaga.tvn.pl/reportaze,2671,n/legendarny-zaczek-oficjalna-strona-programu-uwaga-tvn,213193.html?fbclid=IwAR2jwjfThAitY1aujjxXCgG7YnltEKFqj1-DNB3skijjOKqrp9aZKR6_OxI

Reblog(s): Niki de Saint Phalle

Po Yayoi Kusamie i Leonor Fini MUSI się tu znaleźć jeszcze jedna moja ulubiona, niezwykła artystka – Niki de Saint Phalle. Ale ponieważ Monika Wrzosek-Müller i ja pisałyśmy już tu o niej, postanowiłam, że po prostu zrebloguję te nasze wpisy. Ja pisałam po polsku, Monika po niemiecku.

Nach Yayoi Kusama und Leonor Fini MUSS ich hier noch ein Beitrag über Niki de Saint Phalle veröffentlichen, noch eine aussergewöhnliche weibliche Künstlerin, die ich sehr mag. Da jedoch Monika Wrzosek-Müller und ich schon hier Beiträge über sie publizierten, rebloggiere ich sie. Monika schrieb auf Deutsch, ich auf Polnisch.

Monika Wrzosek-Müller, Die kleine große Welt 20 (24.10.2015)

Der Tarot Garten der Niki de Saint Phalle

Sie wollte eigentlich von dem Skulpturengarten in der Toskana berichten, von dem Weg dahin, von ihrer Enttäuschung – und dann nach einem Gespräch mit einer Freundin hielt sie inne, schaute tiefer und fand viele Gesichter des Gartens, die sie vorher nicht gesehen hatte.

Den Garten wollte sie natürlich sehen, er war schon eine Berühmtheit und in der westlichen Welt so etwas, wie ein Muss, wenn man in der Gegend war. Sie kurvten und wendeten, um den Weg zu finden, ziemlich lange; die bescheidenen Hinweisschilder waren rar. Sie kamen von der falschen Seite, nicht von dem wunderschönen Städtchen Capalbio, das oben auf einem Hügel thronte und es mit seinen mittelalterlichen Mauern mit Monterregioni aufnehmen konnte, oder vielleicht sogar noch reizvoller war, mit dem Blick aufs breite, weite Meer. Aber sie kamen an und hatten, stellte sich heraus, wenig Zeit; der Garten wurde schon um 18.00 Uhr geschlossen, es war September.

Immer wieder hatte sie sich nach ihrer Ankunft im Westen konfrontiert gesehen mit dem westlichen Feminismus, mit dem sie nicht viel anzufangen wusste und den sie am Anfang in der BRD mit einem ziemlich schlampigen Stil der Kleidung assoziiert hatte, mit Stricken in den Hörsälen der Universitäten und dem Fehlen von Frauen in den oberen Chefetagen, vielleicht auch mit der Zeitschrift „Emma“ und der Person Alice Schwarzer. Für ihre Generation aus Polen, die der Töchter von Müttern, die alles schmissen: den Job, die Versorgung des Haushalts, Klavierspielen und eine gewisse Intellektualität, wenn die Zeit dafür reichte, waren die Kämpfe der Frauen hier anfänglich irgendwie lächerlich und auf jeden Fall unverständlich. Allmählich ging ihr auf, dass in der Welt des Geldes die Sachen sich anders gestalteten, und irgendwann etwas später, auf einer Konferenz im südenglischen Harrogate, bei einem Panel über Frauen in der polnischen Opposition, verstand sie, dass ihre Mutter zwar alles bewältigt hatte sich aber ihres Werts keineswegs bewusst gewesen war, und eigentlich auch keine Feministin. Den „kleinen“ Unterschied zwischen den Feministinnen und den überlasteten, chronisch kranken und überarbeiteten Frauen in ihren vielfältigen Berufen in den sozialistischen Ländern lernte sie erst allmählich.

An das alles dachte sie nicht, als sie durch den Garten an der Grenze zwischen Toskana und Latium ging; das kam erst später nach dem Gespräch mit Andrea. Danach hat sie sich über die Künstlerin, Niki de Saint Phalle informiert, über ihr Leben und den Fluch, der sie verfolgte, und den Segen der Kunst, der ihr erlaubt hatte, so zu leben, wie sie wollte, Kunst als Lebensprinzip zu kultivieren. Vor allem berührt hatte sie die Schönheit der Künstlerin, die aus den Fotos von ihr sprach: das feine filigrane Gesicht und die schlanke Figur, die Schönheit, die im Wiederspruch stand zu den von ihr dargestellten groben, fleischigen, rundlichen und manchmal fast vulgären Frauenfiguren. Ihre „Nanas“ waren für viele Frauen in der alten BRD ein Inbegriff des Feminismus; die bunten Gestalten sah sie einmal auf einer Reise nach Hannover, auch in Bonn, auch die riesige, viele Meter lange Figur von Hon vor dem Moderna Museet in Stockholm.

Doch da in der Toskana, an dem schönen Abend, erschienen ihr die Figuren zu grell, zu bunt, zu aggressiv und demonstrativ, ganz anders als die Umgebung; der Hinweis der Künstlerin auf die Verbindung und Inspiration bei Gaudi und Hundertwasser fand sie nicht gerecht, weil die beiden tief mit den Städten verbunden waren, für die oder wo sie ihre Werke schufen. Sowohl der Park Güell in Barcelona als auch das Elektrizitätswerk in Wien waren jeweils für den Standort errichtet, nicht austauschbar, verwurzelt und einmalig. Den Tarot Garten konnte sie sich dagegen in der Gegend um Berlin auch gut vorstellen; würden die Menschen nicht auch dahin strömten, um sich die wunderbar farbigen, bunten, fröhlichen Figuren anzuschauen? Das Argument, dass diese sich mit der männlichen Welt der italienischen Provinz auseinandersetzten, nahm sie nicht ab. Sie existierten für sich, im Kreis der 22 Figuren der Tarot Karten, das große Arkanum des Spiels, mit einigen Tiergestalten, Wohnensembles dazu. Zwar waren wie immer ihre Geschlechtsteile gut sichtbar und überdimensional, aber das war der Stil der Künstlerin.

Nun war sie aber drin und ging hinter Familien mit vielen Kindern her, die vor Freude und Erregung bei so viel Farbe, Spiegel und Spiegelung quietschten. Sie spielten mit den Tieren, ließen sich fotografieren, drauf, drunter und daneben. Überhaupt war der Garten für selfies wie geschaffen, animierte, die Posen der Figuren einzunehmen, sich zur Schau zu stellen. Sie bewunderte die unheimliche Arbeit, die feine und genaue Ausführung, die Fantasie der Künstlerin. Es war zugegeben schwerste Arbeit, die riesigen Figuren zu schaffen, zuerst aus einem Geflecht von Eisengittern, dann mit Beton zu bespritzen; erst danach kamen die Keramikfliesenarbeiten oder die Bemalung. Die oft verwendeten Spiegelscherben funkelten und spiegelten das Licht der untergehenden Sonne wunderbar, die Farben waren frisch und kräftig, lebendig, wie gerade aufgetragen. Je nach dem Licht der auf- und untergehenden Sonne konnte man unheimliche Fotografien machen, mit Farben, die aus einer ganz anderen Welt waren; wahrscheinlich, dachte sie, musste man sich da etwas länger aufhalten, um den Charme und die Seele des Gartens zu ergründen und ihm zu erliegen. Die Künstlerin selbst verstand den Garten als einen meditativen Ort und zum Tarot-Spiel sagte sie sehr klug einmal: „Das Leben ist wie ein Kartenspiel, wir werden geboren, ohne die Regeln zu kennen, aber jeder von uns muss mit dem Blatt spielen, das er bekommt.“

Zu Hause in Berlin stellte sie herrlich gelbe Sonnenblumen in eine prachtvolle Vase einer schweizerischen Künstlerin, der Mutter einer Freundin, die in Massa Marittima lebt und dort ihre wunderschönen Keramikarbeiten herstellt – eine einmalige Vase, die mit kleinen sich spiegelnden, gelblich-goldenen und burgunder-rostroten Mosaiksteinchen ausgekleidet ist.

Ewa Maria Slaska, Kot i ptak z cmentarza Montparnasse (26.01.2019)

Kilka lat temu byłam na cmentarzu Montparnasse (zobacz wpis Pisarze i cmentarze), odwiedziłam groby Sartre’a, Simone de Beauvoir, Ionesco i Cortazara.

Cortazar – najukochańszy, absurdalny, kultowy… Naszukałam się jego grobu jak głupia. W końcu machnęłam ręką na porównywanie rzeczywistości z planem. Wiedziałam, że jest w lewo od grobu Ionesco i tak długo chodziłam między grobami, aż znalazłam.

A mimo to nie znalazłam ani grobu z kotem, ani z ptakiem. O obu dowiedziałam się przez przypadek, szukając informacji, dlaczego pewna rzeźba Niki de Saint Phalle nazywa się Nana de Berlin?

Setki stron internetowych uporczywie powtarzały jedno zdanie – że ta mała Nana (ma niewiele ponad 30 cm wysokości), zwana również La baigneuse, została przez artystkę zaprojektowana w roku 1973 i wykonana w Niemczech w 500 egzemplarzach. Dopiero zadając pytanie na stronie internetowej artystki, dowiedziałam się, że wydawcą nakładu był oddział słynnego berlińskiego wydawnictwa Propyleje (Propyläen), a dokładniej jego dział zwany Refaktur. Berlińską Nanę wciąż można gdzieś od kogoś kupić, a jej cena waha się pomiędzy osiem a trzydzieści tysięcy euro, nie kupujcie więc kota w worku.


Zastanawiam się, jak to było możliwe, że choć, jak mi się wydaje, zdeptałam cały ten cmentarz od muru do muru, nie zauważyłam dwóch nagrobków wykonanych przez jedną z moich ulubionych i z daleka rozpoznawalnych artystek. Jest to tym dziwniejsze, że jeden z tych nagrobków to duży, kolorowy kot…
Le Chat Ricardo z roku 1989, to poliestrowa rzeźba na grobie Ricardo Menona (1952–1989), rzeźbiarza i malarza, asystenta artystki podczas budowy Ogrodu Tarota. Ricardo, który zmarł w wieku 37 lat na aids, był jednym z wielu przyjaciół Niki de Saint Phalle chorych na tę w owym czasie nieuleczalną chorobę. Dzisiaj, 30 lat później, ludzie chorzy na aids mają szansę przeżyć wiele lat, pod warunkiem, że systematycznie przyjmują leki spowalniające. Rzeźba kota została przez artystkę podpisana: Nie jestem kotem, jestem Ricardo. Również drugi grób na cmentarzu Montparnasse, ozdobiony rzeźbą artystki, to grób jej przyjaciela i asystenta, Jean-Jacquesa Goetzmana, który umarł na aids.
Niki de Saint Phalle była znana ze wsparcia, jakiego udzielała chorym, a także instytucjom, które walczyły o ich godne życie. W roku 1987 opublikowała książkę AIDS: You Can’t Catch It Holding Hands, która została wydana po angielsku, francusku, niemiecku, włosku i japońsku. Wszyscy znamy ten tytuł, to znane hasło: Nie nabawisz się aids, trzymając się za ręce.
Jean-Jacques Goetzman był przyjacielem Philipa Matthew, syna artystki. Umarł w roku 1998, a Niki de Saint Phalle wykonała dla niego rzeźbę zatytułowaną Oiseau pour Jean-Jacques (ptak dla Jana Jakuba).

Leonor Fini, Stanislao Lepri, Konstanty Jeleński

czyli jak żyć inaczej?

Była kobietą nie tyle wyzwoloną, ile wolną. Pojęcie “wyzwolona”, mówi Dorota Hartwich w rozmowie z Magdą Piekarską na łamach Gazety Wyborczej z 5 maja 2018 roku, niesie w sobie ideę wcześniejszego zniewolenia, opresji, ucisku, a Leonor nigdy nie pozwoliła się nikomu ograniczać, zawsze żyła po swojemu.

Ona była argentyńską malarką i designerką, reprezentantką surrealizmu, on numer jeden był włoskim arystokratą i dyplomatą, który pod jej wpływem został malarzem surrealistycznym, on numer dwa był polskim intelektualistą. Nazywano go Kot, był związany z paryską Kulturą. Był przyjacielem Watta, Miłosza, Giedroycia, Czapskiego, a przede wszystkim Witolda Gombrowicza. Popularyzował twórczość przyjaciela i znakomicie przyczynił się do wydania jego dzieł. Sam Gombrowicz miał powiedzieć, że na każdej z jego książek, od Ferdydurke poczynając, powinna się znaleźć adnotacja: dzieło wydane dzięki wysiłkom Konstantego Jeleńskiego.

W 1951 roku Kot poznał w Rzymie Leonor Fini, starszą od siebie o 15 lat włoską malarkę, urodzoną w Argentynie. Sam miał wówczas 29 lat. Leonor była wtedy związana z włoskim malarzem, Stanislao Leprim. Gdy Konstanty i Leonor zostali parą, zamieszkali we trójkę i tak też w wiele lat później, we trójkę zostali pochowani. Prowadzili bogate życie towarzyskie, byli zaprzyjaźnieni z przedstawicielami paryskiej bohemy artystycznej. Wszyscy troje byli biseksualni i prowadzili także dość swobodne życie seksualne.

Przeżyli razem 28 lat, od roku 1952 do 1980.
Konstanty Jeleński (2 stycznia 1922 – 4 maja 1987)
Leonor Fini (30 sierpnia 1907 – 18 stycznia 1996)
Książę Stanislao Lepri (1905 – 1980)

Sylwia Ziętek pisze: Czuły Kot, melancholijna femme fatale, umykający konwenansom arystokrata. Trójka ludzi, którzy spletli ze sobą swoje losy, stworzyli specyficzny ménage à trois, związek czy też raczej alternatywny wariant małżeństwa i żyli razem w specyficznej symbiozie przez niemal trzydzieści lat.
Janusz Rudnicki napisał, że związek Kota i Leonor to historia o tym, jak dziewczynka z Egzorcysty uwiodła Małego Księcia.
Sama Leonor zawsze podkreślała, że nie interesuje jej małżeństwo, woli żyć w luźnych związkach z ludźmi i kotami, a gdy było w jej życiu dwóch mężczyzn, jeden z nich był bardziej przyjacielem, a drugi kochankiem. Koty, zwłaszcza koty angorskie, były co najmniej równie ważne jak ludzie. W pewnym momencie było ich ponad 20. Fini twierdzi, że koty są mruczącym wspomnieniem raju utraconego. A Konstanty to zdrobniale Kot.

U góry obrazy Leonor Fini, męski portret to Stanislao Lepri; poniżej obrazy Stanislao Lepri, ten po lewej to Pokój Leonor.

A tu ich troje:

Wpis przygotowała dla Was Ewa Maria Slaska

Yayoi Kusama

Yayoi Kusama in Berlin.

There is allmost no chance to get the ticket, but try. Just try. Try HERE.

It is fantastic. She get you in her crazy world and you remember that journey forever.


Below you see, what she made especially for her exhibition in Gropius House in Berlin.

All fotos made by Konrad.

The exhibition itself is the retrospective of all her famous or less famous works, starting with her drawings from the school time. You had never a possibility to see all these works together.

If you do not get the ticket, just enjoy these fotos.

Wspomnienia o Maryli (7)

Magdalena Ciechomska

Zaczęły się wakacje i pojawiają się takie wakacyjne wspomnienia. O tym, że Marylę i jej brata, a obecnie mojego męża, poznałam w 1983 roku, w Uniwersyteckim Klubie Turystycznym UNIKAT, już wcześniej wspominałam. To były czasy studenckich rajdów, letnich pobytów w klubowych bazach namiotowych – UNIKAT eksplorował północno-wschodnią Polskę, Suwalszczyznę i Podlasie, tereny dziś turystycznie popularne, wtedy jeszcze mało znane. Maryla swoje doświadczenia z czasów klubowych wędrówek wykorzystała później w pracy zawodowej, pilotując wycieczki z Niemiec do Polski i na Litwę. My z mężem i synem pozostaliśmy na etapie rodzinnych weekendowych wypadów do lasu i wakacyjnych wyjazdów. Maryla odbyła więcej zagranicznych podróży, była w Paryżu, w Grecji, zwiedziła niektóre niemieckie landy.

Był taki czas, że ja, ze względów zdrowotnych, wyjeżdżałam do Szczawnicy Zdroju, uzdrowiska położonego u stóp Pienin, malowniczych gór, niewysokich, jakby miniaturowych w porównaniu do stojących tuż za nimi Tatr. W Szczawnicy wynajmowałam pokój dwuosobowy, siedziałam tam za każdym razem miesiąc, a w tym czasie przyjeżdżali do mnie, raz mama, raz mój mąż, no i dołączała do nas Maryla. Wynajmowała sobie osobny pokój, ale czas spędzaliśmy wspólnie. Mnie wypełniały go głównie zabiegi, Maryla też zawsze wykupywała w uzdrowisku jakieś kąpiele czy masaże dla siebie. Czerpaliśmy wielką przyjemność z leniwych, niespiesznych spacerów po parku zdrojowym, gdzie tradycyjnie znajdowała się muszla koncertowa, w której każdego popołudnia grała niewielka orkiestra. Repertuar był klasyczny, składał się głównie z wiedeńskich walców Straussów, utworów Schuberta, Schumana. Słuchaliśmy, sącząc z dzbanków lecznicze wody, tworzył się klimat jak w przedwojennym „badzie”. Gdy zdarzył się dzień wolny od zabiegów, wędrowaliśmy w góry, bliższe i dalsze. Przeszliśmy pasmo Pienin od Trzech Koron do Sokolicy i z Wąwozu Homole na szczyt Wysokiej. Najczęściej odwiedzliśmy najbliżej położoną, niewielką, uroczą Bryjarkę, a za nią małe schronisko, w którym serwowano pyszne naleśniki z jagodami. Maryla, wtedy konsekwentna wegetarianka, zawsze lubiła wszelkie naleśniki, pierogi, kluski itp. W tym czasie schyłkowego PRL-u mięso kupowało się na kartki, więc w pensjonacie, w którym mieszkaliśmy, także oddawało się część tych kuponów. Kuchnia przygotowywała tylko tyle potraw mięsnych, na ile starczyło z „kartek”. Kucharki, rodowite góralki, wykazywały się kulinarną pomysłowością, przygotowując znakomite pierogi, naleśniki, drożdżowe bułeczki, ciasta, zapiekanki, co nam, a zwłaszcza Maryli, bardzo odpowiadało. Pamiętam, że kiedy kilka lat później byliśmy w Szczawnicy z moim synem, Maryla wyraziła swoje rozczarowanie zmianą jaka zaszła w menu stołówki naszego pensjonatu. Mięso i wędliny pojawiały się na stole codziennie, a my wzdychaliśmy do pysznych pierogów ruskich i naleśników z serem, które podawano teraz tylko w piątki. Na szczęście tradycyjne bułeczki drożdżowe do kolacji pozostały.

W lipcu 2009 roku pojechaliśmy we trójkę, ja, nasz syn Jan i Maryla, na dwa tygodnie do Rymanowa Zdroju. Mój mąż nie miał w tym czasie urlopu, a syn był uczestnikiem turnusu terapeutycznego, zorganizowanego przez ośrodek prowadzący terapię dla dzieci z autyzmem. Janek od rana do obiadu miał zajęcia, a my szłyśmy na spacer. Maryla oczywiście korzystała z zabiegów, bardzo chwaliła sobie zwłaszcza masaż ciepłymi kamieniami. Uzdrowisko Rymanów jest otoczone niewielkimi, łagodnymi wzgórzami, porośniętymi lasem mieszanym, z przewagą buczyny. Po spacerze zachodziłyśmy do kawiarenki położonej w centrum zdroju. Pośrodku kawiarnianego ogródka rosło rozłożyste drzewo. Jedząc lody obserwowałyśmy kręcące się wszędzie niewielkie, urocze ptaki, wróble, ale też inne, których nazwy nie potrafiłyśmy odgadnąć.

Maryli pobyt w Rymanowie bardzo się spodobał, stwierdziła, wyjeżdżając, że musimy częściej odbywać takie wspólne wypady „do wód”. Chyba rok później zorganizowała dla siebie i swojej cioci pobyt w Nałęczowie. Ciocia była samotną siostrą mojej teściowej. Rodzice Maryli i Tadeusza już wtedy nie żyli. Maryla opiekowała się ciocią. Ten wyjazd niespecjalnie im się udał, to był wrzesień, prawie cały czas padało. Maryla jednak korzystała jak zwykle z zabiegów kąpielowych. I znów obiecywałyśmy sobie wspólne wyjazdy. Ostatni raz rozmawiałyśmy na ten temat, gdy Maryla była już po operacji onkologicznej. Dzwoniła wtedy z ośrodka rehabilitacyjnego, w którym dochodziła do siebie. Mówiła, że to jest coś w rodzaju sanatorium. Ale kiedy jej stan zdrowia wystarczająco się poprawi, pomyślimy, żeby znów pojechać razem do jakiegoś polskiego uzdrowiska.

Idzie rak, nieborak

Ela

Pojawił się meszek na głowie, a więc jest nadzieja, że w końcu włosy zaczną rosnąć. Podobno będą inne, tak mówią ci, co na ten temat coś wiedzą. Włosy, znaczy ich brak nie był dla mnie nigdy problemem. Peruki, które przymierzałam były straszne, pani, która doradzała, dwoiła się i troiła, też była straszna (przepraszam panią, ale w sumie jestem pewna, że tego nie przeczyta), nie rozumiała mnie, a ja jej. Jest taki typ ludzi, który chce cię zagłaskać na śmierć, jeszcze zanim ta śmierć do ciebie zawita, bo że zawita, to oni, ci głaszczący, są o tym przekonani. I muszą współczuć. To ich wyuczone współczujące spojrzenie wywołuje u mnie zawsze agresję.
W końcu jej powiedziałam, że wszystkie rodzaje peruk, które oferuje, są brzydkie, bez życia, właśnie tak powiedziałam leblos. Spoglądała na mnie z tym rutynowym współczuciem, w końcu zaproponowała kaszmirowy turban.
Wyszłam. Mojemu lekarzowi powiedziałam, że gdzieś mam te wszystkie peruki, że może przy okazji kupię sobie taką tęczową, albo pożyczę od wnuków, bo chyba taką mają.
Kupiłam kilka czapek, potem jeszcze kilka.
O mojej chorobie dowiedziałam się w dniu śmierci przyjaciółki, której dane było przeżyć z rakiem rok, tylko rok, aż rok.
Wymacałam go sama, guza w lewej piersi, we Wrocławiu.

Termin u lekarza, dość odległy, a potem już dość szybko dowiedziałam się, że jednak jestem wśród tych iluś tam procent kobiet zaznaczonych. Wybranych.
Następne terminy, aż wreszcie znalazłam odpowiedni szpital, odpowiedniego onkologia, przy okazji dowiedziałam się o chorobach tzw. współistniejących, z którymi też muszę się zaprzyjaźnić. Zrozumiałam też, że każdy lekarz chce dobrze, ale każdy z nich chce inaczej, tym bardziej, gdy oprócz raka są jeszcze inne dolegliwości.
Z dnia na dzień dostałam tzw. zwolnienie lekarskie, które jest ciągle przedłużane, chyba już ósmy miesiąc i końca nie widać.
Szczerze mówiąc, od jakiegoś czasu marzyłam o emeryturze, zazdroszcząc polskim równolatkom, że już mogą. A z drugiej strony wiedziałam, że pracować to ja muszę, aż do śmierci, bo emerytura, którą wyliczył mi niemiecki ZUS, starczy na waciki, których i tak nie używam.
Takiego obrotu sprawy nie brałam wcale pod uwagę. Nie chodzi o te waciki, których i tak nie kupię, chodzi o tę wymarzoną przerwę w pracy, od pracy, której już wcale nie chcę. Chcę być zdrowa i wrócić do pracy.

Jak to? Ja? Zawsze zdrowa, na głowie wszystko: włosy, chora siostra, chora matka, w pracy zawsze obowiązkowa, mniej w domu, dzieci odchowane, ale też trzeba pomóc przy wnukach.
To nie miało prawa się mnie przytrafić. Lekceważyłam badania kontrolne, nie tylko zresztą ja. Czułam się nieśmiertelna.
Ostatnio dwudziestoletni Konrad zapytał mnie, nomen omen na cmentarzu, czy chciałabym być nieśmiertelna. Uśmiałam się z tego pytania, choć wcale nie jest takie głupie.
Póki żyjemy wszyscy jesteśmy nieśmiertelni, a potem nas nie ma i naszą nieśmiertelność pielęgnują kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt lat ci, co jeszcze są. Są też tacy, powiedzmy „wybitni“, którzy na kilkaset lat i więcej pozostaną nieśmiertelni, chociaż może nie, może to tylko pielęgnowane wspomnienie, wyuczone z podręczników historii.
Wracając do mojej nieśmiertelności, przestałam nagle w nią wierzyć.
Pochowałam tatę, planowałam w myślach już pogrzeb mamy, która ciągle żyje, potem musiałabym zająć się chorą siostrą, w końcu ona też by umarła. Potem wnuki dorosną, ożenią się, wyjdą za mąż, urodzą się prawnuki, też się nimi zajmę, a co? Przecież będę żyła wiecznie!
I nagle klops, bo wcale tak nie musi być. Z jednej strony zdumienie, niepokój i strach, z drugiej strony ulga: ja już nic nie muszę, nie muszę troszczyć się o innych, choć w miarę możliwości nadal to robię.
Choroba, albo dosadniej rak, uzmysłowiła mi, że nie jestem nieśmiertelna, choć cały czas mam apetyt na życie.
Jak będzie, tego nie wiem. Chemia za chemią, operacja za operacją. Fizycznie, psychicznie i intelektualnie jestem wyssana.
Kilka osób zostało przy mnie, resztę sama odrzuciłam, są jeszcze tacy, co nie wiedzą, jak do mnie podejść i obchodzą mnie z daleka, a ja im niczego nie ułatwiam. Byłam taka sama, gdy sąsiadka zachorowała na raka, też nie wiedziałam, jak podejść, jak pocieszyć, jak się zachować.
Teraz to sobie z detalami opowiadamy, sąsiadka i ja, kto jaką chemię dostał, w którym był szpitalu i jaki rodzaj raka mu się przytrafił. Bo o tym, że jest kilkanaście rodzajów nowotworów piersi i kilka stopni zaawansowania, dowiedziałam się w trakcie choroby.
Jestem na półmetku leczenia i terapii. Moja jedna połowa wierzy w życie, druga w śmierć. Gdybym była osobą wierzącą, mogłabym powiedzieć, że ta druga wierzy w życie pozagrobowe. Ale ja jestem niewierzącą katoliczką.

Rak mnie wiele nauczył, przede wszystkim zgody na niepewną i nieprzewidywalną przyszłość, zgody na to, z małymi elementami buntu, co ma nastąpić.
Rak piersi przytrafia się co ósmej kobiecie w Niemczech. W mojej klatce schodowej jest osiem mieszkań, w nich mieszka osiem kobiet i dwie z nich miały raka piersi. Coś się tu nie zgadza. To co piszą w sieci o raku też się nie zgadza. Jedni piszą, że i tak niedługo pojawią się przerzuty do innych organów, a drudzy, że mam wielką szansę na długie życie i komu tu wierzyć.
Najzabawniejsze z tego wszystkiego są oferty usług pogrzebowych, którymi masowo bombarduje mnie internet. Czy rak daje przyzwolenie na takie reklamy? Nie wiem. Wiem, że lubię czarny humor i nie miałabym nic przeciwko, jakby to miał być pogrzeb raka w najładniejszej z urn.

Mój sposób na napisanie książki

Ewelina Jaworska-Bone

Mój sposób na napisanie książki. Nie napisałam żadnej, to się wypowiem, bo jestem z Polski i kto mi zabroni? Znam się na wszystkim,  jak każdy.

1. Zasada pierwsza i najważniejsza: ZACZNIJ. Kup se ołówek, długopis, pióro najlepiej takie retro, z pompką do własnoręcznego wciągania atramentu i do tego atrament w słoiczku i paczkę papieru do drukarki, albo nawet dwie, oraz mały notes. Zawsze, ZAWSZE noś przy sobie coś do pisania, kawałek papieru lub mały notes i ołówek z IKEI, albo długopis, pióro się nie sprawdza, bo jak pada notatki się rozmazują i można się jeszcze uje… atramentem…

2. Kup lub ukradnij, albo powiedz komuś niech ci kupi: komputer i drukarkę.

3. DYSCYPLINA Wstajesz o 7 rano i do 22 piszesz, nie ma że dzieci, mąż do dupy, brak seksu, podatki, wk..w sąsiadka, dziecko płacze u sąsiada z góry, a u tego z dołu urodziny wypadają właśnie w dziś i mają karaoke… Piszesz, nie ma że nie można. MOŻNA, zawsze można, w komputerze, na kartkach, w drodze do Lidla

4. Co pisać? Zapisuj wszystko, myśli, widoki, historie ludzkie, to co lubisz, to czego nienawidzisz, to co masz w dupie i jak bardzo, rodzinę znajomych, dzieciństwo, kryzys wieku średniego, pijaństwo i inne dragi, kochankę, kochanka, babcię, ciotkę, wujka matkę z ojcem, kościół katolicki oraz Żydów, Arabów, Unię Europejską, USA i inne kraje egzotyczne, w których ludzie umierają albo z głodu albo z otyłości, takie Guliwera podróże, reality show 2021. Opisuj miejsca jak kamera, unoś się do góry, zjedź pod ziemię. Możesz w końcu latać i opisywać wszystko z metapozycji , nurkować, kopać, a ale najlepiej wykop jakiegoś trupa! Możesz opisać WSZYSTKO, no wszystko, choć trup, to zawsze dobry sposób na sukces, i nigdy nie może być go za wiele. Jeśli masz już miejsce następny punkt poświecimy… AKCJI, oj będzie się działo.

5. AKCJA i CZAS To tu toczą się watki, tu rozwijasz jak wełnę zdarzenia w jednym lub różnych kierunkach, w przód tył, albo stoisz w miejscu, ale jak będziesz stać w miejscu 200 stron to nic nie zarobisz to ci mogę zagwarantować także odradzam. Czy akcja dzieje się TU, wczoraj, w średniowieczu czy w przyszłości. Możesz też mieć wielowymiarowość i różne chwyty wprowadzać, nielinearnie, ale to trochę, trudne i zakładam, że nikt nie zrozumie, o co Ci chodzi… tak że najlepiej zostaw to i nie próbuj, a przynajmniej nie na początku. Na początek naskrob opowiadanie na te 10 stron i to będzie już sukces jeśli będzie się czytało.
6. Masz już MIEJSCE, CZAS, AKCJE (będzie się działo) no to kogo brakuje… wiadomo! BOHATERA. Możesz go stworzyć, ale nie musisz. Nie każdy jest aż tak zdolny, zakładam, że ty nie jesteś i CI się nie uda. Lepiej opisuj siebie, swoje myśli, doświadczenia, wzloty i upadki, szczególnie upadki lubi czytelni, szczególnie jeśli jest to literatura faktu, szczególnie w Polsce, szczególnie jeśli się stoczyłeś, np. byłaś dziwką, suką, narkomanką, alkoholiczką, zabiłaś swoje dziecko, albo przynajmniej męża i poszłaś na ten przykład do więzienia, chociaż tak na prawdę nie chciała go zabić, chciałaś tylko nożem do ryby odciąć ucho mu w obronie własnej. Wiesz, o co chodzi taki typowy patos jak na filmach z łódzkiej szkoły filmowej. Chciałaś się bronić, ale on miał kolegę sędziego i niestety life ist keins Ponnyhof. I to jest piękna historia!!!!! Moje własne życie wygląda przy niej bladziutko i nieciekawie. Nic się nie dzieje, właściwie. Dzień jeden podobny do drugiego. To się nie będzie czytało, a więc musisz KOLORYZOWAĆ. Pisz i ubarwiaj, maluj piórem, im dramatyczniej, tym lepiej. Nie ma takiej mocy, żeby przesadzić, w ogóle się nie zastanawiaj i nie miej ŻADNYCH skrupułów. Z ukochanej babci pachnącej lawendą, jak jej ogród latem dokleiłaś wąsa, a dziadka abstynenta z zasadami i różańcem przedstawiłaś jako największego pijaka w miasteczku, opisując jeszcze jego DOKONANIA pod wpływem. Wstyd na całą rodzinę, na wieki wieków, aaaaaaamen. No, powtórne jeszcze raz. Patologia, o patologii, to się zawsze czyta, kupuje i mamy funkcję terapeutyczną za darmo. CZYTELNIK nie ma czego zazdrościć Bohaterowi, więc mu pomaga, a nawet stara się pomóc… no ale jak… tak ten człowiek nie istnieje, jak mu pomóc, no nie da się i dobrze, bo wcale się aż tak bardzo nie będzie nikt się poświęcał. Wymyślaj, łgaj jak z nut, i nap…laj w klawiaturę tak szybko, jak to tylko dla ciebie możliwe, zwłaszcza jeśli już jesteś na wczoraj umówiony z jakimś wydawnictwem na oddanie książki. Nie musisz się wstydzić, czuć jak zdrajca, kłamca, hochsztapler.

KAŻDY AUTOR, powtórzę KAŻDY to robi. To się robi prawie organicznie… bo to kusi, no bo mieć aż takie narzędzia i nie skorzystać. Być Bogiem, móc się wylansować, napisać że jesteśmy kimś wyjątkowym czy zamiast tego przyznać się do wszystkiego złego, braku urody, mądrości, wrednego charakteru i wszystkich porażek, które nie miałyby miejsce, gdyby nie nasza głupota, lenistwo, czy inne mniej atrakcyjne okoliczności. Narzekania nie czyta się w ogóle, każdy dorosły ma w swoim gronie jedna osobę, która narzeka na wszystko non stop, a więc to wystarczy, nie trzeba jeszcze kupować, w książce o tym czytać. Dlatego uwielbiam biografie, a już szczególnie uwielbiam biografie osób, które znam, dobrze, bardzo dobrze lub słabo, jak łysego konia. Wtedy sobie oddzielam prawdę od lansu. To jest jak z seksem przed ślubem, niby nie można, kościół zabrania, no ale jakoś trzeba sobie radzić… To samo z pisaniem, a więc np. twoja matka, jak moja pracowała całe życie w banku i była kasjerką. Ja p…, co za nudy, nikt tego nie kupi i nikt nie przeczyta. Napisz, że była sprzątaczką, ale po roku została dyrektorem oddziału i opisz jak tego dokonała. To będzie lepsze, wymyśl coś, jakieś intrygi koleżanki, które z zazdrości zjadają własne zęby na szczękościsku, opisz romans z dyrektorem regiony Wiesławem D., który lubił łączyć pracę z życiem prywatnym. Opisz, jak poznała twojego ojca, kaj ten sportowiec i nie posiadający cechy cierpliwości tak samo ja ty, jak ten złamał mu nos jednym ciosem, ha! Lata oglądania Gołoty i innych na kolorowym telewizorze, co spłonął kiedyś od choinki na święta, to wszystko opłacił się, widzisz córciu, nauka popłaca, nauka, ucz się, bo to potęgi klucz, a na nauka w las nie idzie, nie, tak że idź tam na górę się uczyć albo sobie czytaj książki, bo teraz jest sport i tak ci nie oddam pilota, bo boks, a potem gra Polska mecz, to niestety też nie. Możesz fantazjować, wymyślając BOHATERA, ale nie każdy to umie, więc zakładam, że ty też sobie nie poradzisz. Dlatego lepiej stworzyć alter ego, albo opisuj osoby, które znasz z życia i zmień tylko parę szczegółów, mało kto się domyśli i mało kto się obrazi. Jak napiszesz całą prawdę, nikt jej nie przełknie, i będą kwasy w rodzinie wśród znajomych i powietrze zepsute, tak że wystrzegaj się tego jak fasoli i buritos przed ważną randką, tak do 10 lepiej się pilnować… ale wracając do tematu głównego…

Dzieci przyszły i po pisaniu. Zamiast tego smażę naleśniki i kroję owoce w kosteczkę, służę. Trzy tygodnie Mutterrolle, 24 na dobę…

Z wolnej stopy 45

Zbigniew Milewicz

Rajd ozdrowieńca

Wiele miesięcy nie było mnie w Polsce. Oczywiście wszystkiemu winna corona, najpierw były obostrzenia w ruchu granicznym, nie chciałem się więc w to pakować, później sam zachorowałem, na szczęście bez poważniejszych konsekwencji. Teraz, jako ozdrowieniec, jestem bezpieczny dla otoczenia, a ono samo może mi nagwizdać, cały czas jestem więc w ruchu i maski używam tylko w sklepie, kościele i autobusie.

Ludzie, z którymi w Tychach rozmawiam, wyliczają mi, kogo ze wspólnych znajomych zabrała pandemia, trudno mi uwierzyć, że znalazł się wśród nich między innymi nawet ogólnie lubiany Zefel, dawny właściciel piwnego baru na zecie. Dlatego spieszę się do ludzi, którzy jeszcze żyją, nie odkładam spotkań, jak zwykle, na następny raz, bo może go już nie być. Życie jawi się jak coś absolutnie jednorazowego i kruchego, takim, jakim jest w istocie, ale trzeba było dopiero śmiercionośnego wirusa, żeby to pojąć. Miłe są te nieudawane uwagi, czasami zaprawione ulgą: no, nareszcie znowu jesteś. Albo: długo Pana nie było – spotkania Marcysi z piekarniczego, dozorczyni Jańci, albo krawcowej Lusi, u której zawsze coś poszerzam, albo zwężam. Tym razem zwężam, bo corona pozbawiła mnie smaku i węchu, a przeto i apetytu.

Jadę na ulicę Gołębią, do moich starych przyjaciół, Justysi i Krystiana, oczywiście są już zaszczepieni i dziwią się, że ja mam do szczepionek sceptyczny stosunek. Ojciec Justyny był lekarzem, ona sama też nim jest, nie mam więc szans w merytorycznej dyskusji na temat, kto ma rację. Na szczęście ozdrowieńcy zaraz po chorobie się nie szczepią, bo mają własne przeciwciała i spór kończy się elegancko walkowerem.

Do Asi i Krzysia na osiedlu „A“ nie zaglądałem całe wieki, a sporo się u nich zmieniło. Gospodarz cierpi na miażdżycę, amputowano mu przez nią obydwie nogi, musiał się pożegnać z wykonywanym zawodem taksówkarza i obecnie utrzymanie całego domu spoczywa na barkach jego żony. Asia zajmuje się rozliczeniami podatkowymi, pracę ma w swoich czterech ścianach i może jednocześnie opiekować się mężem, ale łatwe to nie jest. Na szczęście czasami śpieszą im z pomocą córki, a medycznie to niezbędne minimum zapewnia terapeuta. Podziwiam ich obydwoje za hart ducha, a dodatkowo Krzysia – za niezmiennie pogodny charakter i poczucie humoru, których mimo choroby nie utracił. Obecnie wszystkie swoje siły koncentruje na wzmocnieniu mięśni kikutów nóg, aby móc przymierzyć się do protez i z serca życzę mu, aby osiągnął swój cel.

Marysia w Świerklanach, Lolek z Halinką w Ustroniu Śląskim i Stefcia w Chorzowie, których z kolei odwiedzam, też mają już za sobą szczepienia na covid, przynajmniej częściowe i tylko pierwsza z nich narzeka, że na drugi dzień bolała ją ręka. Stefcia spontanicznie organizuje w swoim mieszkaniu spotkanie klasowe. Jest nas razem czworo: ona, Helcia, Leszek i ja. Wszyscy mieszkaliśmy kiedyś przy tej samej ulicy Wesołej i chodziliśmy razem do szkoły podstawowej nr 9, róg Dąbrowskiego i Omańkowskiej. Do reszty koleżeństwa Stefcia nie umiała dotrzeć, wielu też niestety już nie żyje. Taksujemy się nawzajem życzliwie, nikt nie mówi, że na ulicy w pośpiechu to byśmy się nie rozpoznali, ale pewnie tak by było. Najważniejsze, że pamięć wszystkim nam jeszcze w miarę dopisuje i jesteśmy na chodzie. Jest wigilia polskiego Dnia Matki, jadę więc na cmentarz do Św. Ducha, żeby zmówić zdrowaśkę i zapalić u mamy znicz.

Swój ozdrowieńczy rajd po miejscach bliskich mojemu sercu zaczynam i kończę w Krakowie. Tam mieszka prawie od roku moja córka Ania z wnuczką Zosią. Mieszka pięknie, w zabytkowej kamienicy przy jednej z przecznic ulicy Karmelickiej, w samym śródmieściu; powodem zamiany Tychów na Kraków jest nowe miejsce pracy córki, więcej teraz zarabia, ale też sprawuje odpowiedzialniejszą funkcję i zadania są trudniejsze. Zosia szczęśliwie daje sobie radę w nowym liceum i środowisku, które ją w pełni zaakceptowało, w przyszłym roku będzie zdawała maturę. Chodząc po Krakowie, rozmawiamy o pracy Ani i szkole Zosi, o jej świeżych przyjaźniach i planach na przyszłość. To miasto świetnie się nadaje do takich spacerów. Idąc od Karmelickiej Parkiem Krakowskim w stronę Wisły, opowiadam im o moich pięciu latach spędzonych tutaj, o barwnych, corocznych Juvenaliach, pokazuję Collegium Paderevianum, w którym miałem zajęcia, Dom Studencki „Żak“, gdzie mieszkałem, później Collegium Novum. Wspominam o demonstracji studentów i pracowników naukowych UJ w marcu 1968 r., która miała miejsce pod tym historycznym budynkiem, a później została brutalnie spacyfikowana przez milicję i ORMO. Chłoną to wszystko, co im opowiadam, a ja czuję się trochę muzealnie, bo zdaję sobie sprawę z tego, że to wszystko było już bardzo dawno temu.

Rynek przypomina euforyczny Eden. Jeszcze niedawno z powodu sanitarnych rygorów świecił pustkami i martwotą, a dziś jest sobota, pierwszy dzień po zluzowaniu obostrzeń. Można nareszcie znowu usiąść z rodziną, albo przyjaciółmi w kawiarnianym ogródku, napić się piwa, lemoniady i ludzie z tego skwapliwie korzystają. Znowu są dorożki, uliczni muzykanci, są ognie w ogródkach, śmiech, gwar, uszczęśliwione buzie, improwizowane tańce na płytach rynku, stragany z wyrobami ludowymi i ponętnie wyglądającym jadłem, ale tego niestety nadal nie czuję. Nieznajomi ludzie sprawiają wrażenie, jak by znali się od dawna, toczą ze sobą miłe rozmowy, nie pamiętam, kiedy ostatnio doświadczyłem takich budujących scen.

Może ktoś w Krakowie rozpyla w powietrzu endorfiny. Na Wiślnej bowiem Ania, ni stąd ni zowąd, zaczepia jakąś kobietę i pyta, gdzie ta kupiła modne czółenka, po czym pada nazwa firmy, która mi nic nie mówi. Wywiązuje się śliczny dialog, czekam, kiedy babeczki padną sobie w objęcia, dwaj uśmiechnięci panowie z boku są tą sceną zachwyceni, my z Zosią oczywiście również. Trudno o pozytywniejsze relacje międzyludzkie, ale zapytam jeszcze raz: czy trzeba było pandemii, żeby ludzie się na siebie znowu otworzyli? I pytanie numer dwa: jak długo ten błogostan potrwa?

Fizycznie nie udało mi się powtórzyć podróży nad Wisłę, ale przed powrotem do Niemiec śniłem, że tam znowu jestem. W tym śnie byłem młodym człowiekiem, siedziałem na okrytych bujną zielenią Plantach w towarzystwie jakiejś pięknej kobiety i z czegoś śmialiśmy się serdecznie. Przecież do szczęścia niczego więcej mi nie trzeba.

Autor, na kuchennych schodach stancji przy Długiej 18, rok 1964, po jakimś egzaminie chyba, bo obowiązkowa, biała koszula i krawat.

Ptaki, ciasto i mapa pogody

Tibor Jagielski

Ciasto z rabarbarem i agrestem

składniki:

500 gram maki
10 gram drożdży
100 gram tłuszczu (masło najlepiej)
1 szklanka mleka
250 gram rabarbaru
250 gram agrestu
skórka 1 cytryny
zdrowa szczypta soli
2 stołowe łyżki cukru
naparstek koniaku

drożdże dać do półmiska i dobrze wymieszać z odrobiną mleka
pokryć odrobiną mąki
i odstawić na ok. kwadransa w ciepłe miejsce, aby rosły

a w tym czasie
masło rozpuścić
rabarbar obrać ze skórki a agrest uwolnić od szypułek i ogonków
i zagotować krótko (z francuska: blanche) z łyżką wody, naparstkiem koniaku i cukrem

do wyrosłych na półmisku drożdży dodać resztę mąki i stopiony tłuszcz
dobrze wymieszać, najlepiej ręcznie, dodając resztę mleka i szczyptę soli
odstawić na kwadrans w ciepłe miejsce

wyrosłym ciastem pokryć blachę
posypać owocami
i wstawić do piekarnika (180° C) na około 30 min

smacznego!