nadesłał Wiadomo Kto:
Oczywiście wiemy już, że lato się dziś skończyło. Pisała o tym wczoraj Joasia Rubinroth. Choć ona miała na myśli temperatury, a ja astronomię. Ale książka się tak nazywa: Lato z Don Kichotem. Jeszcze jej nie kupiłam, nie pożyczyłam, nie czytałam, poniższe publikuję więc nieco w ciemno, ale czy książka jest dobra, czy nie, ma tytuł, który zobowiązuje.
Ewa Maria Slaska
Agitka
O tym, co sądzę o książce Marxa, napiszę, jak ją przeczytam, a na razie zachęcam do powrotu – tak jak ja – do książki Agitka Anny Bojarskiej, wydanej po raz pierwszy w roku 1987 przez Oficynę Wydawniczą MARGINES. Było to wydawnictwo podziemne, związane z Oficyną Literacką w Krakowie, największą nielegalną instytucją wydawniczą w PRL. W roku 1990, czyli już po pierwszych (na poły) wolnych wyborach, książkę wydało po raz drugi wydawnictwo Alfa.
Jest to powieść złożona z siedmiu luźno ze sobą powiązanych części, które się przeplatają. Niektóre, jak rozdziały o strajkch sierpniowych i stanie wojennym w Polsce, ale też części o uwięzieniu i śmierci terrorystów RAFu (Rote Armee Fraktion – Frakcja Armii Czerwonej) w niemieckim więzieniu Stammheim 18 października 1977 roku, są oparte na faktach historycznych. Pozostałe części są mniej lub bardziej fikcyjną konfabulacją na temat dziesięciolecia od Niemieckiej Jesieni, która była apogeum akcji terrorystycznych RAFu, do wczesnych lat 80. Autorka przeprowadza porównanie obu ruchów opozycyjnych, z którego wynika, że to Solidarność miała rację, wciągając w swą orbitę cały kraj i unikając rozlewu krwi, a nie terroryści, którzy stosowali, no właśnie, terror… zamachy, porwania, napady na bank.
Czuje się jednak niezwykłą wręcz fascynację autorki terroryzmem. To ciekawy ewenement literacki w Polsce, gdzie terroryzm był raczej zgodnie potępiany przez władzę, kościół, opozycję i społeczeństwo.
Jednak najciekawszą, przynajmniej z punktu widzenia baratarystyki, częścią powieści są rozdziały o wyimaginowanym rewolucjoniście, Pablu Estravados, opętanym myślą zjednoczenia światowej lewicy. Estravados to Chrystus Rewolucji, skrzyżowanie Che Guevary i Jezusa. Ginie niemal na początku powieści, bo idealiści nie są przecież w stanie przeżyć. Ginie, gdy wchodzi na estradę, aby otworzyć swój wymarzony kongres zjednoczeniowy, kongres, który miał sprawić, że świat będzie lepszy, ach nie, nie lepszy, miał sprawić, że świat stanie się bezwzględnie dobry. Tylko trzeba zacząć. To właśnie jego hasło: “Ktoś musi zacząć”.

Estravados nie jest terrorystą, oczywiście nie jest związkowcem, ale nie jest też anarchistą, choć anarchizm stale się przewija na kartach tej powieści. Estravados jest Latynosem, potomkiem Hiszpanów, Don Kichotem.
To nie moje interpretacje.
I tyle lat, tyle lat, mówi jego porzucona dla Rewolucji żona, czytałam o tobie, słyszałam o tobie, przez radio, nawet w Głosie Ameryki, Don Kichot – mówili w Głosie Ameryki, Amerykę Łacińską zbawi sojusz na rzecz postępu i opieka Stanów Zjednoczonych, a nie marksizm-leninizm, marksizm-stalinizm, marksizm-maoizm… Pablo Estravados, człowiek wielkich możliwości i wyjątkowego charakteru, człowiek, którego nawet jego wrogowie muszą szanować, bawi się w rewolucję jak harcerz w podchody! I: szkoda człowieka. Ach, jak ty błądziłeś! Odszedłeś ode mnie i powróciłeś legendą. (strona 33)
Cóż. Ważna prawda. Ktoś musi zacząć.
Czujemy to wszyscy, bo inaczej jak to było możliwe, że tylu z nas, ponadpokoleniowo, dało się porwać autystycznej idealistce, Grecie Thunberg? Czy nie myśleliśmy, że ktoś przecież zaczął?
Don Kichot umarł, Estravadosa zabito, Gretę kupiono, a może tylko zniesławiono pomówieniem o to, że została kupiona. A przecież ktoś musi zacząć.
No, już…
