Franciszek. Nostalgia z nutką goryczy…

Diogenes nie całkiem z Synopy

czyli ze wspomnień ex-franciszkofila

W którymś tam życia mego lecie,
Żółcią do syta napoiony,
Ni źrały mąż, ni puste dziecię,
Mimo iż ciężko doświadczony
Kaźnią, ścirpianą z ręki krwawey
Nieprzeliczonych hord waszmości
Chwytayąc resztki myśli żwawey
Powracam snadnie w czas juności…

Juności, czyli młodości… Powracam w czasy, gdy, pacholęciem będący – naiwnym i pełnym miłości ku światu – zafascynowałem się postacią Biedaczyny z Asyżu. Postaci żyjącej jakieś dwa i pół wieku wcześniej, niż Poeta Szubieniczny François Villon, którego Inwokację do Le grand testament pozwoliłem sobie nieco przerobić i przytoczyć na początku tego tekstu, gdyż dobrze oddaje moje nastawienie do tamtych dawnych fascynacji.

Ale, jak to mówią ludzie eleganccy, „przejdźmy do adremu”. Zafascynowałem się, jak wielu innych, świętym Fraciszkiem. Wiedzę o jego życiu i poglądach, jak wielu innych, czerpałem – a jakże! – z nakręconego przez Franco Zefirellego w 1972 roku filmu Fratello Sole, Sorella Luna (Brat Słońce, Siostra Księżyc). Tyle, że ten film to nie ścisła faktograficznie biografia, tylko impresja artystyczna. Nie żywot Giovanniego Bernardone tylko to, jak go zrozumiał i „przetrawił duchowo” sam Zefirelli. Giovanniego, bo tak naprawdę nazywał się nasz bohater: Francesco, czyli Francuzik, to przezwisko nadane mu przez ojca, który handlował z Francją i był zafascynowany francuską kulturą. A może to Donna Pica, matka małego Giovanniego, tak go nazywała? Wszak pochodziła z Francji: niektórzy mówią, że z Prowansji, inni, że z Pikardii. Jak było, tak było. Ważne, że franciszkanizm w ujęciu Zefirellego koncentruje się na pięknych i delikatnych elementach życia Biedaczyny, pomijając te twarde i chropawe, a przy tym trąci nieco za mocno sentymentalną słodyczą (ten ptaszek na dachu domu rodziny Bernardone, te króliczki wśród kwitnącego kwiecia!; tutaj nawet nędza i choroba są malownicze…) Plenery zniewalają. Ścieżka dźwiękowa czaruje. Kostiumy i scenografia przytłaczają przepychem, choć zarzucano im liczne anachronizmy. Obsada aktorska jest świetna, a bohaterowie, zwłaszcza Franciszek i Klara, grani przez Grahama Faulknera i Judi Bowker są piękni i sympatyczni do tego stopnia, że po prostu nie sposób ich nie polubić, czy nawet pokochać (inna sprawa, że obojgu udział w filmie zahamował skutecznie dalszą karierę). Nawet jeden z głównych „złoli” i czarnych charakterów realnej historii Franciszka tutaj wypada uroczo: sir Alec Guinnes przedstawił postać Innocentego III tyleż sugestywnie, co nieprawdziwie, bowiem prawdziwy Innocenty, największy i najpotężniejszy polityk w orszaku papieży, człowiek pyszny oraz bezwzględny, nigdy by sobie nie pozwolił na choćby chwilę słabości czy na przyznanie, że być może zbłądził, jak to ma miejsce w filmie.

Słowem, dzieło jest tyleż wybitne, co bałamutne – właściwie to bajka: nie można na jej przesłaniu budować swej egzystencji, choć warto się nią zachwycić. Niemniej kiedyś ten film był dla mnie bardzo ważny i poniekąd wpłynął na niektóre życiowe decyzje. Dziś pozostał pięknym, nostalgicznym wspomnieniem: życie ułożyło się tak, iż innymi podążyłem szlakami. Pod tekstem znajduje się teledysk do przewodniej piosenki filmu, Dolce sentire, ilustrowanej ujęciami z niego samego wziętymi: jeśli ktoś go dotąd nie obejrzał (do czego, mimo wspomnianych zastrzeżeń, gorąco zachęcam), może sobie przynajmniej wyrobić ogólny pogląd na to, o czym dotąd gawędziłem.

Zapewne, gdybym pozostał przy franciszkanizmie, zgłębiłbym jego charakter znacznie dokładniej i wszechstronniej. Taką możliwość dawał już choćby udział w seansie filmu Franciszek, nakręconego w 1989 roku, gdzie rolę Biedaczyny kreował… tak, tak, to nie żart, choć na takowy wygląda – kreował Mickey Rourke. Już wtedy pewne zagadnienia zaczęły prezentować się nieco mniej jednoznacznie. I zapewne, gdybym podążał tą drogą, zrozumiałbym ich złożoność. Inna sprawa, czy to, co bym poznał, spodobałoby mi się. Niekoniecznie.

Problem bowiem polega na tym, że ani biografia Franciszka ani jego poglądy nie dadzą się ocenić jednoznacznie. Znajdziemy tu rzeczy, które są „dobre, piękne i prawdziwe”. Ja też takie znalazłem i zachowałem na resztę życia; stały się, by ująć rzecz poetycznie, drogocennymi drobiazgami komponującymi, wraz z innymi elementami, tableau incrusté mej osobowości. Ale są też motywy kontrowersyjne, a nawet takie, które bez wahania można uznać za nieakceptowalne.

Miłość do przyrody i sztuki (w tym wypadku do literatury, gdyż „Pieśń Słoneczna” to kawał wielkiej poezji)? Łagodność, delikatność oraz szacunek względem wszystkich stworzeń – ludzi i zwierząt – wrażliwość na detal, na to, co małe, ukryte, nieefektowne, bezbronne, pogardzane, dalekie od władzy i wpływów? Za to wszystko Franciszek pozostaje w mojej wdzięcznej pamięci. Pewnie, że nie wszyscy uczniowie i naśladowcy wzięli te jego ideały na serio; niektórzy uczynili z nich wręcz karykaturę. Ale są przecież tacy, którym głęboko zapadły one w serca. Wszak franciszkanami byli Juan de Zumárraga oraz Jerónimo de Mendieta, broniący godności rdzennych ludów Ameryki (bo akurat Bartolomé de Las Casas, powszechnie uważany za naśladowcę Franciszka, dominikański habit nosił). Za dni naszych franciszkaninem jest Filip Buczyński, twórca Lubelskiego Hospicjum dla Dzieci imienia Małego Księcia. I jeszcze kilku innych by się znalazło. Chapeau bas!

Ubóstwo? Wszak zwą go Biedaczyną! Jak najbardziej. W czasach intensywnie franciszkańskich słyszałem często słowa mentorów: ubóstwo trzeba właściwie zrozumieć, albowiem „ubóstwo to nie dziadostwo”. Święta prawda! Ubóstwo franciszkowe to nie abnegacja, brud i smród, ale serce wolne od przywiązania do mamony, zasobów, panowania nad innymi… Też tak mam, ale już chyba dziś nie rozstrzygnę, czy w ten sposób ukształtował mnie Biedaczyna, czy też jego nauki trafiły na żyzny grunt moich predyspozycji osobowościowych. Efekt w każdym razie jest taki, że na pieniądzach ani na władzy nigdy mi przesadnie nie zależało, choć – z drugiej strony – czasem zdarzało się, iż narzekałem, żem dupa wołowa, która ani zarobić nie potrafi, ani respektu u ludzi wzbudzić nie jest zdolny. Lecz bądźmy szczerzy: gdyby to była dla mnie prawdziwa wartość, postarałbym się bardziej. Ale nie chciałem. Więc jeślim życie zmarnował i roztrwonił, to nie dlatego, że o kasę i wpływy zabiegać nie umiałem. No, a ten pokój serca, wolnego od materialnych przywiązań… Każdemu życzę.

Ale dalej sprawy zaczynają się komplikować. Klara… Przecież on ją kochał, wariat jeden, romantycznie! A co jej ofiarował? Zamknięcie za klauzurą, Skąpienie czasu na spotkania. Ja rozumiem, że ta mizoginia w dużym stopniu była efektem kontekstu, że tak po prostu traktowano kobiety w średniowiecznym Kościele, że Franciszek nie do końca „winowaty” ale jednak… Gorycz w ustach pozostaje.

Co jeszcze? Chyba to jego hamletyzowanie w sprawie kształtu wspólnoty, którą stworzył. Chciał mieć grupę gorliwych, wolnych braci, coś w rodzaju komuny hippisowskiej (bez przesady, nie pod każdym względem, pewne istotne różnice oczywiście istnieją, ale z grubsza o taką strukturę bez hierarchii chodziło)… a wyszedł mu zakon. Przypominam: słowo „zakon” znaczyło w polszczyźnie pierwotnie „prawo”. Prawo, czyli norma, sankcja i egzekutor. Po łacinie zakon to „ordo”. Franciszkanie to Ordo Fratrum Minorum, a wiec OFM – Zakon Braci Mniejszych. Po łacinie „ordo” znaczy też „porządek”, „szyk”, „struktura”. Ordnung muss sein! No i jak to brzmi: „ordo”! Sama wymowa tego słowa jest ostra, chrapliwa i nieprzyjemna. Że już nie wspomnę o skojarzeniach z pewną organizacją, „ordo” mającą w nazwie, o której od kilku lat głośno w naszej Ojczyźnie. Niby nie chciał Franciszek „ordo” – zakonu, ale jednak się podporządkował hierarchii watykańskiej, która kazała mu ująć jego charyzmatyczną wspólnotę w ramy prawne. Niby się przeciwstawiał, ale przecież ustanowił drugim wikariuszem generalnym zakonu Eliasza Bombarone, mimo iż wiedział, jaki z niego gagatek. Ów zaś wziął wszystkich za twarz, zadbał o wpływy, siłę i moc oraz wielkie i ludne klasztory pobudował. Na szczęście Biedaczyna tego wszystkiego nie dożył.

Bądźmy jednak sprawiedliwi. Struktura zakonu niszczyła pewne istotne elementy duchowości Franciszka, to fakt. Jednak z drugiej strony, gdyby wspólnota nie przybrała takiej postaci, rozlazłaby się po kątach, albo wyrodziła w grupę niebezpiecznych fanatyków: późniejsze dzieje franciszkanów, a zwłaszcza grupy braci zwanej spirytualistami, którzy inspirowali się myślą Joachima di Fiore, a którym marzył się powrót do pierwotnych, wolnych i „bezstrukturalnych” ideałów, świadczą o tym dobitnie. Słowem – tak źle i tak niedobrze. Kto ciekaw tego wątku, niech sobie odświeży fabułę filmu Imię róży.

I ja tak mam. No bo gdzie przyszło mi żyć? Z jednej strony odklejeni sfanatyzowani indywidualiści, którzy odrzucają, zaś z drugiej hierarchiczne organizacje, klany i trusty, które odpychają. Nie sposób odnaleźć się w żadnym z tych kontekstów. Co pozostaje? Emigracja wewnętrzna, zagrzebanie się w duchowej norce gdzieś w głębi duchowego lasu. Franciszek też to chyba rozumiał. Bo fakt, że „co i rusz” uciekał „na puszczę”, czyli do pustelni, wynikało zapewne nie tylko z chęci bycia bliżej Pana, jak deklarował, ale również z potrzeby odetchnięcia odrobinę od ludzi.

Wszystko byłoby w porządku: jaskinia Carceri na zboczach góry Subasio – jak najbardziej, duchowa norka to jest to! Świetnie rozumiem. Ale góra La Verna? (Na marginesie – jeśli komuś „La Verna” brzmi jak „Alwerna”, zaś „Alwerna” kojarzy się z „Alwernią”, to ciąg asocjacji jest jak najbardziej słuszny: podkrakowska miejscowość wzięła swą nazwę od ufundowanego tam klasztoru franciszkanów). Więc po co te długie okresy samotności na zboczach La Verny? Po co stygmaty? Po co ten cały doloryzm? Jakby nie wystarczał fakt, że Biedaczyna i bez stygmatów był poważnie schorowany. Jakby ciężkie niedomaganie oczu oraz inne przypadłości nie dość go przygięły ku ziemi. Cierpimy wszyscy: cierpiał Franciszek, cierpię i ja. Nie da się tego uniknąć. Ale po cóż to celebrować?

Innymi poszliśmy drogami, Franciszku! Tak się stało i nie żałuję tego. Ale jasny obraz Twój w pamięci zawsze mam.

Leave a comment