Ela Kargol
Dynie
(Kürbis goes to Hollywood)
Dynia mała, dynia duża,
Pomarszczona i gładziutka,
Wąska, cienka i malutka
Dynia UFO, dynia łabędź
Dynia boska i anielska.
Czarna, to chyba diabelska?
Dynia z tyłu, dynia z przodu.
Dynia z mojego ogrodu.
Dynia z pestki,
Pestka z dyni.
Dynia olbrzym, dynia mini.
Dynia pod i dynia nad.
Dynia, a pod dynią świat.
Ciocia Bronia mówiła na nie korbole. Gotowała z nich albo z ich dodatkiem mleczne zupy z kluseczkami. Wstrętne. Tak samo wstrętne były te zamykane w słoikach, zalane octem, o zapachu, który unosił się po całej kuchni. Dopiero dużo później odkryłam, że dynie mogą smakować inaczej. Lepiej. Upieczone z owczym albo kozim serem, kremowe zupy o różnych konsystencjach, smakach i kolorach, ciasta, soki, oleje, ostatnio nawet szaszłyki…
A wraz z tym przyszło odkrycie ich różnorodności, odmian, kształtów, faktur, całej dyniowej mozaiki.












Moje pierwsze dynie posadziłam, a właściwie wysiałam w Lachowicach. Wyrosły duże i kolorowe. Przez chwilę służyły za ozdobę, a potem, zgodnie ze stosunkowo nową tradycją obchodzoną 31 października, zostały wycięte, wydrążone, wyrzeźbione. W następnym roku przyszła plaga gołych ślimaków i dynie już w Lachowicach nie urosły.

Przez kilka lat siałam dynie wszędzie, dokąd dojechałam, przyjechałam. Efektów niektórych siań nie byłam w stanie sprawdzić. Nie wiem, czy dynie wyrosły w Oslo, czy wyrosły w Pradze?

W Berlinie, w naszym szreberowskim ogrodzie, co roku pojawia się kilka dyń. Rosną uparcie, choć tu oprócz ślimaków, nornice nie dają im spokoju. Upodobały sobie szczególnie pestki. A żeby dobrać się do pestek, muszą wejść do środka, jakby wiedziały, że Halloween się zbliża i trzeba drążyć.
Kürbis goes to Hollywood jest hasłem przewodnim największej wystawy dyń w Brandenburgii w 2026 roku.


Ogrom dyń, jaki co roku pojawia się w Klaistow przerasta wyobraźnię. A że dynie lubią gwiazdorzyć, to już naprawdę przesada. Ale fajna przesada. Taka, która sprawia, że człowiek chodzi między nimi z lekkim niedowierzaniem, jak po planie filmowym, wśród gwiazd ustawionych do zdjęć.









Każda dyniowa filmowa postać, zresztą nie zawsze jest to postać, wykonana jest z setek dyń większych, mniejszych, kolorystycznie dopasowanych, w jakiś cudowny sposób połączonych, bo sukienka Marilyn Monroe unosi się jak na filmie „Słomiany wdowiec” (The Seven Year Itch) z 1955 roku. Wprawdzie to nie dyniowy Spielberg, siedzący przed kamerą obok, ale urodzony w Suchej Beskidzkiej Billy Wilder nakręcił fim z kultową sceną, gdzie podmuch z kraty wentylacyjnej nowojorskiego metra unosi Marilyn spódnicę do góry.




O czym w Suchej Beskidzkiej wiedzą, bo umieszczono Wildera i Marlin na jednym muralu, o tym niekoniecznie wiedzą w Klaistow. Ale Klaistow i Hollywood rządzą się własnymi prawami. Na usprawiedliwienie tuż obok sceny z Marilyn i Spielbergiem, jest mrożąca krew w żyłach, scena z Jurassic Park, oczywiście cała w dyniach i z dyń.
Lucky Luke pędzi na koniu tuż obok Mistrza Yody. I teraz już nie pamiętam — w którą stronę. W stronę Harry’ego Pottera, czy może prosto przed siebie, jakby obaj mieli do wykonania misję w świecie, gdzie filmowe postacie pojawiają się wśród plonów z brandenburskich pól.


Statek kosmiczny Enterprise, King Kong, Dracula, Myszka Miki. Tysiące dyń. Dwie gęsi. Zjeżdżalnie, diabelskie koło i inne rozrywkowe cuda, sprawiają, że człowiek czuje się cudnie. Na chwilę zapominając, że cudnie to akurat nie jest.

Może napiszę teraz coś bardzo niepopularnego, wręcz niepożądanego. W tym roku byłam w Paryżu. A ponieważ wszystkie spacery po mieście odbywały się dla mnie zbyt szybko, prawie bez możliwości spokojnej kontemplacji, największą radość sprawił mi… Disneyland pod Paryżem. Nie brałam udziału w karuzelowych szaleństwach. Chodziłam spokojnie, krok za krokiem, kontemplując świat wokół, razem z wnukiem, który również stronił od katapultowych atrakcji i innych gwałtownych uniesień.
W tym naszym powolnym włóczeniu się, pojawiały się pytania: Po co to komu? Dlaczego? Czym są miejsca rozrywki? I dlaczego takie miejsca przyciągają?
A że przyciągają, to prawda. Przyciągają, bo pozwalają na chwilę zapomnieć. Przyciągają tłumy i obietnice emocji, dziecięce zachwyty i dorosłe pragnienia choćby chwilowej ucieczki od nie zawsze dobrej codzienności
Wnuk zadawał filozoficzne pytania. Dlaczego nie można zamienić całego świata w Disneyland? Bez wojen, bez wyzysku? Wszyscy bylibyśmy szczęśliwi. Tak mu się wydawało, gdy patrzył na kolorowe dekoracje i ludzi w czapkach z uszami Myszki Miki.
Siedzieliśmy na jakiejś ławce i obserwowaliśmy ten ruchomy, cukrowy świat. Jedliśmy ciastka. Tyle że te ciastka ktoś musiał upiec. Ktoś je zapakował, ktoś inny posprzątał kuchnię. A przecież nie dla wszystkich ciastek wystarczy, nie mówiąc już o chlebie.






Disneylandy, lunaparki, wesołe miasteczka, tysiące kolorowych dyń udających coś, czym nie są, wszystko to trwa tylko chwilę. W Klaistow do 15. listopada.
Do Klaistow najlepiej dojechać własnym samochodem, choć można też dotrzeć komunikacją regionalną, pociągiem do Hollywood. I gdyby nie dworzec w Borkheide, czekający cierpliwie na remont, to już potem, z Marilyn Monroe uśmiechającą się z dyniowej scenografii, człowiek naprawdę zaczyna czuć się jak w disneyowskim Hollywood.

