Barataria. Don Kichot i niańki

Ewa Maria Slaska

Zawsze, od niepamiętnych czasów znałam ten tytuł, więc gdy kilka lat temu zaczęłam się zajmować Don Kichotem, Sancho Pansą i Baratarią, to w ogóle o nim nie pamiętałam. A potem nagle skądś, nie wiadomo skąd, objawiły się owe przedwojenne niańki, które na ławkach w parku flirtowały z żołnierzami i nie lubiły, żeby dzieci zawracały głowę, ale przecież nie lubiły też, żeby coś dzieciom zawracało w głowie, a taki Don Kichote, a tfu, cóż to za lektura dla młodej panienki. Kupiłam więc tę książkę za kilka złotych w antykwariacie wieszcz.pl, a teraz ją sobie odebrałam i przeczytałam w podróży, zachwyciwszy się przypadkowym zbiegiem okoliczności, że to nie tylko książka o don Kichocie, który jest w niej niemal na każdej stronie, ale też o podróży po Hiszpanii. I nie jest to, uchowaj Boże, podróż śladami don Kichota, lecz własna podróż pani i pana Kuncewiczów, w której Rycerz Smętnego Oblicza i jego dobroduszny giermek, adwersarz i przyjaciel wychodzą im naprzeciw z każdej uliczki w Granadzie i Sewilli, Barcelonie, Madrycie i Toledo.

Książka została wydana w roku 1965, ja czytam wydanie drugie, o rok zaledwie późniejsze. Kuncewiczowie podróżowali po Hiszpanii przed pół wiekiem. Człowiek nie wylądował jeszcze na Księżycu, wciąż żył Caudillo, a jego rządy, podobnie zresztą jak władza Komuny i podział świata na dwa obozy, wydawały się wieczne. Ale też wieczna wydawała się sztuka i wiara w ludzką dobroć, uczciwość, sprawiedliwość.

Wszystko minęło. Dobre minęło, i złe minęło.

Nie będę tu przytaczać wszystkiego, co Maria Kuncewiczowa napisała w tej książce o don Kichocie i Sancho Pansie, zainteresowanych po prostu odsyłam do lektury. Jak nie macie gdzieś w domu na półce, to zamówcie tak jak ja w antykwariacie u wieszcza.

A ja tu przepiszę dla Was tekst o Baratarii.

Maria Kuncewiczowa, Don Kichote i niańki, s. 238-241

Jak wiadomo, dialog Don Kichota z Sanczem, raz polubowny, niemal czuły, raz swarliwy i gorzki, trwa nieprzerwanie i urywa się tylko na czas, kiedy rycerz uwikłany w kolosalną commedia dell’arte, reżyserowaną przez parę książęcych cyników, zezwala, aby giermek objął gubernatorstwo rzekomej “wyspy” Barataria. Z giermka na służbie u fantasty Sanczo staje się wielkorządcą, a jego “wyspa” jak gdyby stacją doświadczalną rządzenia. I cóż stąd za nauki? Po siedmiu dniach i nocach rzekomy marszałek Sanczowego “dworu”, totumfacki księcia, mający za zadanie donosić księstwu o zabawnych poczynaniach wieśniaka, musi stwierdzić: “Codziennie coś nowego oglądamy na świecie: krotochwile zmieniają się w prawdę, a kpiarze zostają wykpieni”. Rzeczywiście, chłopek-roztropek rozstrzyga genialnie scholastyczne spory, wymierza sprawiedliwość, dba o uczciwy handel i wydaje “tyle słusznych rozporządzeń… że do dziś” – powiedzą potomni – “są w Baratarii dochowywane i nazywają się >>dekretami znamienitego Wielkorządcy Sancza Pansy<<“.
Tymczasem pogromca olbrzymów, obolały, postarzały Don Kichote działa równie skutecznie na polu rycerstwa jak jego towarzysz na polu administracji; osamotniony na książęcym zamku, odpiera w imię Dulcynei afekty kabotynki Altisidory i z kopią w ręku broni praw pokrzywdzonej córki ochmistrzyni Rodriguez. Z podszeptu poetów praktykując cnoty wzniosłe, nie przestaje jednak słyszeć głosu gospodarskiego rozsądku. W liście do wielkorządcy Sancza pisze: “Aby zaś pozyskać przywiązanie ludu, którym rządzisz, masz… być grzecznym dla wszystkich…, a po drugie – starać się o obfitość środków żywności; nic bowiem tak nie dręczy serc ludzi ubogich jak głód i drożyzna”. O wojnie rycerz milczy.

Aliści, kiedy okazuje się, że do obowiązków wielkorządcy należy walka zbrojna z najeźdźcą, chłop-pacyfista nie chce “dzielić łupów nieprzyjacielskich”, jeno prosi i błaga “o łyk wina” i odwiązanie pawęży. Nie daje się skusić obietnicą lejbmedyka, że odtąd będzie mógł najadać się do syta, udaje się do stajni, obejmuje swego kłapoucha i rzecze: “Odkąd porzuciłem ciebie i wstąpiłem w wieżyce ambicji i pychy, w duszę mi wkroczyły tysięczne niedole”. Kulbaczy osła, a do dworzan tak się odzywa: “Powiedzcie księciu… że bez srebrnika na to wielkorządztwo wstąpiłem i bez niego odchodzę… Niech w tej stajni pozostaną skrzydła mrówcze, które mnie w powietrze uniosły… Zawróćmy, aby chodzić po ziemi własnymi nogami”.

“Syn własnych czynów”, szlachcic z Manczy, doznaje podobnych uczuć na książęcym zamku. “Wyobrażał sobie, że popełnia wielki grzech oddając się w zamknięciu wywczasom, pośród biesiad i przyjemności, jakich mu owi państwo, jako rycerzowi błędnemu, nie szczędzili… Przeto pewnego dnia poprosił księstwo o pozwolenie odjazdu.”

Nieprzekupiony, nieokiełznany lud opuszcza na własne żądanie ośrodki władzy swego czasu: miasto i zamek. A przecież i szlachcic-inteligent, i chłop-robotnik przeżyli realizację swoich marzeń: Don Kichote był goszczony na dworze książęcym ze wszystkimi honorami należnymi chlubie błędnego rycerstwa, Sanczo stał się panem na gospodarstwie tysiąckroć przewyższającym jego własną zagrodę. Odchodzą i spotykają się w “czeluści”, w jaką giermek zapadł wraz z osłem, uchodząc z Baratarii, a na której skraj zabrnął rycerz, wprawiając się w grę orężną.

Na pożegnanie księcia Sanczo oświadcza: “…zeskakuję z urzędu i przechodzę na służbę mego pana, Don Kichota…”. Romantyk zawraca Rosynanta i wyjeżdża z zamku, a za nim realista Sanczo na kłapouchu. Ledwie się ujrzeli w czystym polu, Don Kichote “uczuł się, jak gdyby odrodzony”. “Obowiązki wdzięczności za doznane dobrodziejstwa są więzami, które nie dozwalają swobodnie radować się wolnej duszy. Szczęśliwy, komu niebo użyczy kawałka chleba, za który nikomu prócz Boga dziękować nie jest obowiązany.” Podstawmy pod wyraz “niebo” słowo “los”, a pod wyraz “Bóg” słowo “natura” i usłyszymy credo anarchisty.

Wspomnienia o Maryli (9)

Magdalena Ciechomska

Koty

Ponieważ jest lato, są wakacje, przyroda rozkwita, więc i moje wspomnienia krążą wokół naszego dawnego ogrodu i jego mieszkańców. Ogród ten otaczał stary, rodzinny dom Ciechomskich na warszawskim Mokotowie. Z czasów przedwojennych ocalało w nim pięć wysokich drzew orzecha włoskiego, dwie stare jabłonie i śliwa węgierka. Było jeszcze kilka mirabelek, najwcześniej wiosną pokrywających się białymi kwiatami. Od ulicy rósł szpaler świerków, posadzonych przez mojego teścia, między nie wcisnęła się czeremcha i dwa krzewy bzu lilaka, jaśminowiec oraz różowo kwitnący migdałowiec. Jeden róg domu oplatała liliowa glicynia, po murze ganku pięły się pędy winorośli, podobno przywiezionej przez dziadka gdzieś z głębi Rosji. Z tyłu ogrodu rosły cztery dorodne, rozłożyste krzewy dzikiego bzu.

Od kwietnia do końca czerwca ogród pełen był zapachów. Oprócz krzewów na trawniku przed domem pyszniły się amarantowe peonie. Kiedy przekwitły, nadchodził czas różowych i niebieskich hortensji. Na początku lipca kwitła wielka stara lipa, rosnąca (rośnie chyba do dziś?) w ogrodzie Muzeum Władysława Broniewskiego, od którego odgradzał nas mur z tyłu ogrodu, a jej rozłożyste konary zacieniały cały jego róg. W sierpniu wzdłuż alejki prowadzącej od furtki zakwitały floksy.

Wiosną ogród napełniały o świcie ptasie trele, a o zmierzchu biegały po nim jeże. Nocą budziły nas piski kun ogrodowych i od czasu do czasu rozpaczliwy krzyk ptaka, nieszczęsnej ofiary ich nocnych łowów. Najważniejszymi rezydentami ogrodu były jednak zawsze koty. Koty dzieliły się na „nasze – stałe” oraz „dochodzące”. Te ostatnie to były koty wolno żyjące, które dokarmialiśmy. Nie byliśmy w tym osamotnieni, mieszkająca na piętrze muzeum staruszka, dawna gosposia Broniewskich, systematycznie wystawiała na taras miseczki z jedzeniem, do których też zachodziły i nasze, „stałe” koty. Liczebność tego stadka zmieniała się, od czasu do czasu przybywał nowy kot, zdarzały się też tragiczne historie. Dwa kotki zginęły pod samochodem, dwa przepadły bez śladu… Kilka zmarło wskutek chorób, na które wówczas nie było skutecznych lekarstw.

Kiedy Maryla dowiedziała się, że jej brat i ja zamierzamy wziąć ślub i – zgodnie z wolą ich rodziców – zamieszkać w ich rodzinnym domu, zapytała, czy ja lubię koty. Odpowiedziałam, że w ogóle nie rozumiem, jak można kotów nie lubić? Moja odpowiedź bardzo ją ucieszyła, często później wspominała tę rozmowę i zawsze podkreślała, że tą odpowiedzią trafiłam w samo sedno, no bo przecież, jak można kotów nie lubić?!

Tych stałych kotów przewinęło się przez nasz dom chyba kilkanaście. Każdy miał swoje imię, ale były takie, które pamięta się szczególnie. Na przykład Jednooczka. Pewnego listopadowego wieczoru Maryla znalazła przy ogrodzeniu pobliskiej budowy metra młodą, burą kotkę z ogromnym ropniem w miejscu jednego oka. Natychmiast zawiozła ją do weterynarza. Operacja nie uratowała oka, ale prawdopodobnie życie kota, bo stan zapalny był już bardzo zaawansowany. Jednooczka była z nami sześć lat. Urodziła kocięta, potem, gdy została poddana sterylizacji, zmieniła zarówno wygląd jak i obyczaje. Urosła i zaczęła zachowywać się jak kocur. Wypuszczała się na dalekie eskapady, toczyła boje z kotami wolno żyjącymi. Wyróżniała się niezwykłą inteligencją i ostrożnością. Mając jedno oko, doskonale umiała przechodzić przez ulicę. Bywało, że nie widywaliśmy jej przez trzy-cztery dni. Zawsze wracała. Kiedyś wróciła bardzo chora. Niestety, nie udało się jej uratować. Została jej córka, Kluska. Żyła 19 lat, kilka razy miała młode. Zachodziła w ciążę tak szybko, że zanim się zorientowaliśmy, było za późno na sterylizację. Kilkoro jej dzieci zostało w domu, kilka kotków rozdaliśmy. Gdy ostatni raz była w ciąży, tuż przed porodem – zniknęła… Byliśmy pewni, że wydarzyło się coś złego. Pół roku później zjawiła się, tak , jakby wyszła poprzedniego dnia… Była sama. Nie znamy losu jej ostatnich dzieci. Ostatnich, bo czym prędzej umówiliśmy się z weterynarzem na operację. Potem żyła jeszcze długo i szczęśliwie. Już nie uciekała, tolerowała swoich wcześniejszych potomków. Przeprowadziła się z nami do nowego domu. W nowym, znacznie mniejszym ogrodzie najchętniej drzemała w zacisznym kątku pod jałowcem. Przeżyła wszystkie swoje dzieci. Spośród „ kotów dochodzących” wyróżniał się jeden, duży czarny kocur o zbójeckim wyglądzie, z zielonymi oczami, naderwanym uchem i górną wargą odsłaniającą biały kieł… Nazwaliśmy go przekornie Małym Czarnym Kotkiem, bo gdy przychodził do naszego domu był bardzo przymilny, mruczał, łasił się. Ale nigdy nie pozwolił zatrzymać się dłużej, jeśli nie miał na to ochoty. Chadzał własnymi drogami. Być może miał kilka domów. Za to gdy potrzebował pomocy, pojawiał się z głośnym lamentem, raz ze zropiałą raną na pyszczku, innym razem z łebkiem pokrytym świerzbowcem. Podleczony zaraz ruszał w świat i znikał na długie tygodnie.

Maryla przyjeżdżając do Warszawy, często mówiła, że w berlińskich mieszkaniach brakuje jej kota. Jakiś czas mieszkała w akademiku, tam, w okolicy znalazła chorego jeża, którym się zaopiekowała. Później, gdy już miała stałe lokum, wzięła do siebie kotkę Ewy, Matyldę. Matylda była mniej więcej w wieku naszej Kluski, umarła chyba niedługo po niej, zresztą również dożyła sędziwego, kociego wieku. W Berlinie Maryla zajmowała się także kotami osób wyjeżdżających. W ogóle zawsze była bardzo wrażliwa na los zwierząt, zwłaszcza na ich cierpienie. Pewnego razu latem znalazłyśmy na chodniku przed domem chorego gołębia, pokrytego jakimiś pasożytami. Ja następnego dnia wyjeżdżałam z synem nad morze. Maryla zapakowała ptaka w koci transporter i odniosła do przychodni weterynaryjnej.

Przez wiele lat była wegetarianką. Musiała z tego zrezygnować z powodu problemów z układem pokarmowym. Wiem też, że wspierała finansowo różne organizacje zajmujące się zwierzętami.

Kiedy przyjechała do Warszawy już po badaniach, mając zdiagnozowanego raka przełyku, opowiedziała mi, jak po otrzymaniu wyników poszły z Ewą do kawiarni, gdzie fruwały kolorowe papugi. Rok po śmierci Maryli ponownie usłyszałam tę historię również od Ewy. Bo też było to dla Maryli charakterystyczne, że w takiej chwili wybrała miejsce, w którym mogły towarzyszyć jej zwierzęta, kolorowe ptaki.

Przyszłość Europy (2)

Tabor Regresywny

Magia rejsu s/y Barlovento II

To był magiczny rejs. Wszyscy się z tym zgodzili. Nie rozstrzygnięto tylko sporu między mną a Leszkiem – kapitanem rejsu – o to czy za magię odpowiada mój drucik czy jego amulety (patrz „Przyszłość Europy (1)”).

Zgadzam się z Leszkiem – kapitanem Barlovento, że „jestem w zupełnym błędzie, opisując cudowne moce wyciągniętej ze śmieci żyłki.” Ale to samo dotyczy jego amuletów. To są tylko martwe przedmioty, one niczego nie mogą.

Bardziej zasadne jest pytanie, kto czuwał nad pogodą i właściwym przebiegiem rejsu, szczególnie nad wiatrem skręcającym w kierunku Helu, gdy spieszyliśmy na koncert do kpt. Morgana, a wszystko wskazywało na to, że miniemy Hel i trzeba będzie nadrabiać drogi kolejnymi halsami.

Rok wcześniej miał miejsce inny rejs opisany już na blogu Ewa Maria and Friends pt. „Nauki przyrodnicze a nauki humanistyczne”:
„Zbliżał się wieczór. Wiatr powoli przygasał. Pakowaliśmy nasz dobytek na jedyną łódź, jaka została w porcie. Była to szalupa okrętowa, znaleziona przez jakiś statek na pełnym morzu, prawdopodobnie zgubiona przez inny statek. Trafiła do Gdańska, a stamtąd zbiegiem okoliczności – do mariny „Wdzydzki Kąt”. Jako masztu użyliśmy żerdki sosnowej, leżącej za śmietnikiem, żagiel lugrowy zrobiłem z resztek podartego foka. Wiedząc, że w tych warunkach pogodowych nie mamy szans dopłynąć do naszego ulubionego miejsca na wyspie, poprosiłem Ewę Marię by czuwała nad wiatrami i w razie czego czyniła, co do niej należy. Z portu wypłynęliśmy „na śrubkę”, a jak w końcu chwyciliśmy wiatr, zaczęła się ruletka – dopłyniemy czy nie. I prawie się udało, gdyby nie to, że na drodze do naszej zatoczki legło przewrócone drzewo wystające z brzegu. Widać było, że tego drzewa nie ominiemy, zabrakło wiatru, choć brakowało niewiele. I wtedy przyszedł niespodziewany lekki powiew wiatru, takie muśnięcie, które delikatnie przeniosło nas do naszej cichej zatoczki.
Czy Ewa Maria miała z tym coś wspólnego, czy też był to szczęśliwy zbieg okoliczności?”

Jeszcze rok wcześniej na tym samym jeziorze Wdzydze miało miejsce wydarzenie, o skomentowanie którego poprosiłem Jacka – bosmana w marinie “Wdzydzki Kąt”:
„Przypadkowa uczestniczka kursu sztuki żeglowania. Miała około 12 lat i była oczywiście z rodzicami. A było to tak. Rysiek poprosił mnie i Jacka, byśmy poprowadzili dwoma jachtami krótki rejs dookoła wyspy Glonek. Mi się trafiła rodzina z córką i synem. Jacek wypłynął pierwszy i dość znacznie się oddalił. Na wypadek braku wiatru zabrał silnik i miał mnie pociągnąć. Wiatr był słaby i nie miałem szans go dogonić. I wtedy poprosiłem tę małą dziewczynkę, by pomogła mi zaklinać wiatr. To co się potem działo, to była magia, wielokrotne zaklinanie wiatru przy współudziale małej czarodziejki. Jacek mógłbyś opisać jak to wyglądało z twojej strony?” A bosman jak to bosman odpisał bardzo zwięźle: „Miała taka moc, że zostaliśmy daleko z tyłu.”

Będąc gościem ojców Benedyktynów w Tyńcu dowiedziałem się, że Biblia to taka cudowna księga, że nawet jej błędne tłumaczenia są dobre. W Biblii Tysiąclecia czytamy ,,Szczególne błogosławieństwo Boże odnosi się do rozrodczości a przy tym również do ujarzmiania, deptania ziemi (kabasz), tzn. podporządkowania jej człowiekowi. W słowach tych zawiera się więc wyraźny rozkaz, a zarazem i zachęta, pochwała rozwoju kultury i cywilizacji na świecie.” Problem w tym, że w innych tłumaczeniach mówi się o tym, byśmy czynili ziemię sobie poddaną. Czy to są dwa różne tłumaczenia tej samej myśli, czy to jest błąd tłumaczenia, a może to coś poważniejszego, może „ujarzmianie ziemi” jest błędem i to fundamentalnym, który jest zaprzeczeniem czynienia ziemi sobie poddaną.

Nie widzę przyszłości Europy w dalszym ujarzmianiu. To się może źle skończyć. Czy jest inna droga? Magia rejsu s/y Barlowento sugeruje, że tak. Ale to wymaga sprawdzenia i uzasadnienia. ORP Szefowa II jest już gotowa do drogi.

PS. Co do starożytnej wiedzy Kahunów to wygląda na to, że wszelka magia oparta na amuletach totemach, zaklęciach czy czarodziejskich różdżkach to był to okres, gdy ludzie przechodzili od czynienia ziemi sobie poddaną do jej ujarzmiania, a magia tak się ma do czynienia ziemi sobie poddaną, jak kicz do awangardy.

Bal u Salomona, czyli

Ewa Maria Slaska

90 lat temu w Berlinie

1 czerwca 1930 roku Konstanty Ildefons Gałczyński poślubił Natalię Awałow, w rok później, też w czerwcu, oboje wyjechali do Berlina, gdzie Konstanty podjął pracę jako referent do spraw kultury w Konsulacie Generalnym RP. Pobyt potrwał do połowy kwietnia 1933 roku. Poeta i jego żona zwiedzali Berlin i Niemcy, wyjeżdżali do Danii, Szwajcarii i Kopenhagi, chodzili na koncerty i do muzeów, do kabaretów i bibliotek. Konstanty Ildefons uczył się niemieckiego i łaciny, czytał Fausta i Wyznania świętego Augustyna, ale męczyło go urzędowanie, czy raczej urzędniczenie, i czuł, że traci wenę poetycką. Wtedy Natalia pewnego pięknego dnia w 1931 roku, przypomniała mu jego dawny sen, który jej kiedyś opowiedział.

Śniło mu się, że zaproszony został na bal do króla Salomona. Jednak gospodarz nigdy się na tym balu nie pojawił. Goście nie doczekali okazji, by zadać mu ważne, filozoficzne pytania. Poeta śnił, że goście tańczą śniąc i śnią, że tańczą.

Była, tak chce legenda, sobota wieczorem, gdy “srebrna Natalia” opowiedziała mężowi jego sen. Poeta wstał, wyszedł do swojego gabinetu i opuścił go dopiero w poniedziałek rano z gotowym poematem. Będzie potem twierdził, a krytycy się z tym zgadzają, że pisał w „strumieniu natchnienia”, co przypomina inne terminy obowiązujące w teorii literatury XX wieku, a przede wszystkim Joyce’owski „strumień świadomości”. To najbardziej niezwykły utwór KIG i bardzo niezwykłe dzieło w historii polskiej literatury. Oniryczne, nielogiczne, tajemnicze. Piękne.

Okazuje się, że w sieci nie ma ani tekstu ani recytacji tego niezwykłego poematu. Tu znaleziony fragment, a resztę musicie sobie kochane Czytelniczki i kochani Czytelnicy przeczytać sami w starej, dobrej, poczciwej formie, czyli książce:

Bal u Salomona (fragment)

Z wolnej stopy 47

Zbigniew Milewicz

Rock and roll

Dzisiaj obchodzimy Międzynarodowy Dzień Rock and Rolla, który się urodził na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych XX wieku za oceanem, a do Polski dotarł ponad dekadę później. Nazwa muzyki, tańca mówiła kołysz się i huśtaj (lub tocz) i na tym on mniej więcej polegał, ale jak to wyglądało na parkiecie, wie tylko ten, kto wtedy miał kilkanaście, albo dwadzieścia lat i chciał udowodnić całemu światu, że zrobi najwymyślniejsze wygibasy ze swoją partnerką. Przerzuci ją sobie przez ramię, przeciągnie pod sobą, okręci wielokrotnie wokół jej własnej osi, ten żywiołowy rytm dawał pomysłowym tancerzom przeróżne możliwości. Oczywiście rock and roll miał swoje reguły, których uczono na kursach tańca, ale takim amatorom jak ja i moi licealni koledzy, wystarczała improwizacja i niespożyta energia plus czyjaś wolna chata, kiedy można było zorganizować prywatkę z potańcówką.

Muzykę odtwarzaliśmy z gramofonowych singli i pocztówek dźwiękowych, które przywozili nam krewni z Zachodu, albo namierzaliśmy na bazarze, nadawało ją też radio Luxemburg, tylko ciężko się go słuchało, bo było zagłuszane. Słuchaliśmy utworów Elvisa Presleya i Paula Anki, może również Roya Orbisona, Jerry`ego Lee Lewisa, albo Chucka Berry`ego. Później, w drugiej połowie lat sześćdziesiątych, kiedy zacząłem chodzić na studenckie bale, po raz pierwszy zetknąłem się z twórczością Beatelsów, ale ich muzyka mnie jakoś nie wciągnęła, podobnie jak The Rolling Stones. Historia rock and rolla jest jednak warta opowiedzenia i według Wikipedii wygląda mniej więcej tak:

Nowy gatunek muzyki rozrywkowej – wywodzący się z uproszczonego i zredukowanego, do trzech lub czterech akordów, schematu bluesowego, granego w szybkim tempie przy pomocy zelektryfikowanych instrumentów – powstał w wyniku połączenia “czarnego” bluesa, rhythm and bluesa, tradycyjnego jazzu oraz “białej” country. Promotorem owego stylu był Alan Freed, amerykański disc jockey z Cleveland, który obserwując swoją klientelę zauważył, że biali nastolatkowie często kupują w sklepach muzycznych płyty z muzyką Afroamerykanów. Podążając za tym trendem zaczął lansować czarną muzykę w radiu, nazwał ją rock and rollem – po raz pierwszy w 1951 roku, czyli siedemdziesiąt lat temu – i muzyka spodobała się słuchaczom. Alan Freed był również organizatorem pierwszych koncertów rock and rollowych, które cieszyły się dobrą frekwencją wśród białej i kolorowej młodzieży. Tym samym przyczynił się on do obniżenia barier rasowych w swoim kraju. DJ z Cleveland żył barwnie i intensywnie, ale niestety krótko. Zmarł w wieku 43 lat na przewlekłą niewydolność nerek i marskość wątroby, co było następstwem alkoholizmu. W 1986 r. Alan Freed został uznany za osobę godną uwiecznienia w muzeum honorującym artystów i osoby, zasłużone dla muzyki rockowej, zaś 21 marca 2002 roku jego szczątki przeniesiono do Rock and Roll Hall of Fame.

Rock and roll cechowała prostota harmoniczna i rytmiczna oraz szybsze i agresywniejsze brzmienie, niż w dotychczasowej muzyce rozrywkowej. Skład zespołów wykrystalizował się pod wpływem wzorcowej grupy Muddy`ego Watersa – śpiew (często wielogłosowy), gitara prowadząca, gitara rytmiczna, gitara basowa, pianino lub organy i perkusja. Jeżeli chodzi o teksty utworów, to podobnie jak muzyka, były proste w formie, lecz często głębokie w treści i dotyczyły miłości oraz spraw młodzieży. Nic więc dziwnego, że wielu młodych Amerykanów utożsamiało się z tą muzyką, na ogół wbrew swoim rodzicom i nauczycielom, którzy tradycyjnie uważali, że dzieci powinny „być widziane i nie być słyszane”. Rock and roll motywował nastolatków do buntu przeciwko sztywniactwu starszego pokolenia, jego podwójnej moralności, różnym stereotypom myślowym i uprzedzeniom, więc zarówno dom, jak i szkoła postrzegały tę muzykę jako realne zagrożenie.

Międzypokoleniowy rozdźwięk wykorzystała kultura Hollywood. Zaczęto kręcić filmy, lansujące nową muzykę, pojawił się styl zwany rockabilly, który miał korzenie w country, bluesie i swingu oraz Elvis Presley, jako jego najbardziej znany wykonawca. Połączył ambitną gitarę z basem i wyniósł ten rytm do rangi znaczącego nurtu. Pożądany był również styl śpiewu Elvisa. Kiedy w lipcu 1954 roku wytwórnia Sun Studios wypuściła na rynek utwór That’s All Right Mama i stacje radiowe w pobliżu Memphis zaczęły grać tę piosenkę, błyskawicznie została ona lokalnym hitem, a w grudniu była już transmitowana w całych Stanach. Wtedy artysta zaczął zgłębiać inne gatunki muzyczne, wzbogacił swój styl oraz repertuar i tak zasłużył na tytuł Króla Rock’N’Rolla.

Nowy czas w muzyce rozrywkowej wpłynął na zmiany w obyczajach. Słowa Sex, drugs and Rock’N’Roll były często ze sobą łączone, w kontekście muzyki rockowej lat 60. Jej wykonawcy mieli skłonność do chaotycznego stylu życia, co wprawdzie było typowe także dla poprzedniej dekady, ale dopiero później stało się jawne. Muzycy zaczęli pić alkohol i używać narkotyków w miejscach publicznych; towarzyszyły temu opowieści o ich szalonych zachowaniach podczas koncertów, wszystko to trafiało do mediów i jeszcze bardziej podkręcało popularność gwiazd.

W latach 60 wyłonił się Garage rock – o charakterystycznym szorstkim brzmieniu, nazwany tak, ponieważ zespoły grające ten rodzaj muzyki, ćwiczyły zwykle w garażu któregoś z członków zespołu. W ślad za tym szły tanie, niskonakładowe i proste nagrania, była to muzyka undergroundowa, co utrudniało ustalenie dokładnej daty powstania utworów. Z niej prawdopodobnie narodził się też późniejszy punk rock.

Rock and roll nie zdobył jednak w Stanach wiodącej popularności. Wśród młodzieży miejskiej ciągle dominowała muzyka folk, a wśród dorosłych różne odmiany tradycyjnego popu. Przyjął się natomiast w Europie Zachodniej, głównie w Wielkiej Brytanii. W połowie lat sześćdziesiątych artyści tego nurtu – przede wszystkim grupy The Beatles, The Dave Clark Five, Herman’s Hermits i The Rolling Stones – reeksportowali go z powrotem za ocean. Wydarzeniem, które praktycznie z dnia na dzień otworzyło Stany na brytyjskich wykonawców, było amerykańskie tournée Beatlesów z 1964 roku i sukces ich singla I Want to Hold Your Hand. Entuzjastyczne przyjęcie tych grup przez publiczność graniczyło z histerią. Charyzmatyczni Brytyjczycy przewrócili dotychczasową scenę muzyczną USA, spychając w cień wszystkich „grzecznych chłopców”, śpiewających banalne piosenki i wywołali pojawienie się silnych, amerykańskich zespołów rock and rollowych. Na skutek tej drugiej fali popularności, nurt stał się wiodącym w muzyce, aż do czasów powstania rapu i hip-hopu.

Prawdopodobnie jednym z najbardziej godnych zapamiętania wydarzeń muzyki rockowej był festiwal w Woodstock, w sierpniu 1969 roku, który odbył się na farmie M. Yasgura w Bethel, koło Nowego Jorku. Jego hasłem było: Peace, Love and Happiness (pokój, miłość i szczęście). Mimo tego, że festiwal nie był reklamowany w środkach masowego przekazu, przyciągnął ponad 500 tysięcy ludzi. Wzięła w nim udział większość najwybitniejszych wykonawców tamtego okresu – m.in. Santana, Janis Joplin, The Who, Jimi Hendrix. Amerykańska młodzież epoki dzieci kwiatów, znudzona polityką i szachrajstwami kapitalistycznego świata, szukała ucieczki w różnego rodzaju środkach odurzających, dlatego też obok gołąbka pokoju siedzącego na gryfie od gitary, pojawił się nieoficjalny symbol Woodstocku – liść konopi indyjskich. Stało się tak również dzięki policji, która na okres trwania festiwalu zawiesiła swoją walkę z narkobiznessem. Godnym uwagi jest fakt, że przez cały czas festiwalu nie zanotowano ani jednego przypadku kradzieży, rozboju czy gwałtu.

Lata 70 stały pod znakiem kontynuacji muzyki, stworzonej przez Beatelsów i Rollingstonsów, ale jej tonacja była już ostrzejsza. Zaczęły się koncerty na stadionach sportowych, później do głosu doszedł hard rock i jeszcze agresywniejszy heavy metal, grały go Led Zeppelin, Deep Purple, Judas Priest, Black Sabbath, czy nasz rodzimy – Test. Z popularnością nowych gatunków rocka było różnie, ale na początku nie miały one dobrej prasy. Podobnie, jak kolejne – punk, disco i glamrock. Dopiero dekadę później, kiedy emocje się uspokoiły, rock podzielił się na wiele gatunków i każdy miał swoich fanów, ale to już nie były moje rytmy. Mój rock and roll grano w Polsce w latach 60 i odbywało się to właściwie nielegalnie. Miał on politycznie czerwone światło, bo była to muzyka wrogiego i wstecznego Zachodu.

Same fryzury na Beatelsów miały w szkołach szlaban, ale nieoficjalnie często się go przekraczało. Muzycznie nie zapomnę licealnych akademii w chorzowskim Słowaku, w czasie których po tradycyjnej pieśni Ukochany kraj, umiłowany kraj, nasz klasowy kolega, Seweryn Sowiak, siadał za klawiaturą fortepianu i rozbrzmiewały pierwsze nutki melodii, zakorzenionej gdzieś w okolicach czarnej rzeki Missisipi. Zaczynał delikatnie, ale to, co on później robił z fortepianem, tego opowiedzieć się nie da, to trzeba było zobaczyć i usłyszeć. Dzisiaj już nie wiem, czy Seweryn grał jazz, bluesa, czy rock and rolla, pewnie wszystko po trochu, bo kochał muzyczne improwizacje i robił to naprawdę świetnie. Szkoda, że później poszedł na medycynę, a nie do akademii muzycznej, ale jego pacjenci tego nie żałowali, bo został dobrym chirurgiem.

Na pewno jednak szkoda, że już go nie ma między nami. Nie zapomnę tego jego trochę Fernandelowskiego uśmiechu, pogody ducha, serdeczności i tego, co potrafił wyczarować na klawiaturze instrumentu. Grał tak lekko i naturalnie, jak człowiek, który się z tym talentem urodził. Najbardziej żal, że odchodząc, człowiek zabiera ze sobą każdy swój Boży dar.

Zapiski na mankietach

Tibor Jagielski

sudelbücher, mai 21 (1)

niczym szczury opuszczamy himalaje, machamy ogonkami na pożegnanie
und tschüß, ambasada zamknięta;
peter struck hat es gut genannt – die verteidigung von hindukusch
ta bitwa jest przegrana;

waadza (obojętnie jakiego rodzaju) to narkoticum, tak jak opium, potrafi uśpić całe narody;

o rzut kamienia od mojej logii stoi teraz flüchtlingsheim; zrobiło się prawie jak w neapolu,
mieszkam teraz w cieniu wezuwiusza;

niedlugo wybory do bundestagu i senatu; skrzynka pocztowa pełna reklamy politycznej,
nagle ktoś mnie kocha i uśmiecha się niewinnie z plakatu;

bogowie się zmienili, ale nie świątynie;

przyczyny katastrofy “titanika” były prozaiczne: pycha, niedbałość i złodziejstwo,
brak lornetek na wronim gnieździe – sic!



pomijając wszelkie niesprawiedliwości i beznadziejności – jakie ciasto upiec na urodziny mojej ukochanej?
w tym roku nieźle rośnie rabarbar;


tak jak przewidywaliśmy zrobiła się moda nie tylko na brazylijski waxing, ale i na brasilian butt;
koń by się uśmiał? tak, ale taka jest rzeczywistość;

ciekawa, typowo nietypowa historia
https://www.tagesspiegel.de/berlin/nachruf-auf-nina-muehe-die-regeln-gaben-ihr-halt/27298634.html

“wszystko co nasze oddam za kaszę, a co nie nasze oddam za chleb”
(robienie ze mnie żołnierza, lata 60 u.s.);
“wszystkie ręce do pomp!”
(robienie ze mnie marynarza, lata 70, 80, 90 u.s.);
“do roboty!”
(robienie ze mnie poety, teraz i zawsze);

no, a agrest też obrodził,  bo on z reguły potrzebuje dużo cienia i niskie temperatury mu nie przeszkadzają, a teraz kiedy formują się owoce słońce daje czadu (wczoraj i dzisiaj 38°C w cieniu);
raz, kiedyś na węgrzech piłem agrestowe wino własnej roboty, coś wspaniałego;
ach, to se ne vruti…



Jastarnia (1)

Jacek Krenz

Wszystkie moje wakacje w dzieciństwie i młodości spędzałem w Jastarni. Rybacka wioska leży na wąskiej kosie piaszczystego lądu pomiędzy morzem a zatoką, midzë wieldzi muerze a mołi muerze, jak mówią tutejsi Kaszubi. Była cudowną krainą przygód i beztroskiej szczęśliwości, choć, jak to w życiu bywa, miała też wątki poważniejsze.
Zabudowa rybackich domków skupiała się wzdłuż wyłożonej klinkierem, obsadzonej drzewkami ulicy Żymierskiego (obecnie Księdza Bernarda Sychty). Przy wąskich uliczkach stały chaty z dwuspadowym dachem pokrytym dachówką. Niektóre trochę większe miały na poddaszu facjatkę. Były dwa sklepy spożywcze, jeden wielobranżowy, mięsny i księgarnia. I dwa kioski „Ruch”.
W obejściach rybacy sprawiali ryby, suszyli i naprawiali rozpięte na drągach sieci. Psy i koty wypatrywały rzucanych im odpadków, ale większość z nich przeznaczona była do karmienia norek.
Fermy norek, ogrodzone pełnymi drewnianymi parkanami, lokalizowane były na obrzeżach. Część ryb trafiała do przydomowych wędzarni. Dym o charakterystycznym smakowitym zapachu unosił się wokoło.


Miejscowość składa się z historycznie ukształtowanych dwóch części: Jastarni Puckiej i Boru. Przybliżoną linię podziału stanowiła ulica Portowa. Prowadziła od stacji kolejowej, mijała kawiarnię „Maleńka”, budynek Urzędu z parkiem naprzeciwko.
Zaraz za skrzyżowaniem z główną ulicą po lewej były kioski z pamiątkami wyklejanymi muszelkami, restauracja „Meduza”, a dalej wędzarnia. Po prawej, alejka z ławkami obsadzona drzewkami prowadziła do kina „Żeglarz” i domu wczasowego „Rybak” oraz do małego stylowego domku, który należał do właściciela kawiarni. Dalej, po przecięciu szosy omijającej miejscowość ulica prowadziła wzdłuż budynku koszar WOP-u (Wojsk Ochrony Pogranicza) do portu. Stąd żółte kutry wypływały na połów.
W porcie było też nabrzeże żeglugi pasażerskiej, do którego przybijały statki z Gdyni: „Wanda”, „Jadwiga”, „Grażyna”, „Aldona” i największa z nich „Panna Wodna”. Po drugiej stronie basenu
portowego było nabrzeże LOK (Ligi Obrony Kraju) z jachtami, mniejszymi kutrami i łodziami rybackimi. Rybacy wypływali stamtąd i z piaszczystych brzegów wczesnym świtem na zatokę w drewnianych łodziach żaglowych lub motorowych. Wracali z ładunkiem w porze obiadu, by sprawić ryby i wyczyścić sieci.
W Puckiej części Jastarni jest kościół z charakterystyczną wieżą z hełmem w kolorze zielonkawej patyny miedzi. Ksiądz głosił kazania z ambony o oryginalnym kształcie łodzi na falach.
Po niedzielnej mszy wierni szli na kawę lub mrożone kakao do kawiarni „Gwiazda Morza”, dołączali do kolejki po świeże bułeczki maślane w kawiarni „Maleńka” lub szli na pocztę wysłać list lub zamówić rozmowę telefoniczną i czekać na połączenia. Czasem trwało to dość długo, co sprawiało, że poczta stawała się miejscem spotkań. Świat był prosty, kontakty międzyludzkie bezpośrednie (bez RODO), bezkomórkowe. Z perspektywy pobytu tutaj właściwie istniały dwa światy: ten zwykły, pełen rygorów
i wymagań, i ten beztroski, wakacyjny. Ich rozdzielność przerywała korespondencja:
Przyjedź! Kiedy przyjedziesz? Jest piękna plażowa pogoda!

Rowerem przez Polskę

Lech Milewski

Kilka tygodni temu zauważyłem informację, że w marcu tego roku, wydawnictwo Znak, wydało książkę angielskiego autora Bernarda Newmana – Rowerem przez II R.P. – KLIK.

Rowerem przez II R.P. – wyznam, że przestraszyłem się dystansu i możliwych restrykcji po drodze i poszukałem skrótów. Znalazłem, w Amazonii – Pedalling Poland…

Po kilku minutach mój “kindel” pomachał ogonem na znak, że możemy jechać. Przed startem zajrzałem jednak do własnych wspomnień. Otóż po 2 roku studiów wybrałem się na wędrówkę rowerową po Polsce. Przejechałem prawie 1 500 km, odwiedziłem sporo ciekawych miejsc, ale jednak główne wrażenie jakie pozostało to – droga i pedałowanie.
Już po kilku stronach książki zauważyłem, że nie byłem wyjątkiem – jakieś 20% książki Bernarda Newman’a to uwagi na temat dróg, jazdy na rowerze i samego roweru – George’a – który czasami nabiera cech ludzkich.
Uwaga: Bernard Newman przejechał przez całą Polskę, ale ja ograniczę się tylko do pierwszego etapu podróży, gdyż wydał mi się najbardziej charakterystyczny dla ówczesnej oceny sytuacji w Europie.
Podróż zaczyna się w Wolnym Mieście Gdańsku, ale autor dość sceptycznie odnosi się do tego formalnego statusu.

Uwaga: podane w tym wpisie cytaty z książki to moje, dość luźne, tłumaczenie z angielskiego oryginału.

Danzig – w Anglii wiemy, że to niemieckie miasto, które zwycięzcy alianci zgodzili się przyznać Polsce wraz z dostępem do morza, ale nasz własny Lloyd George sprzeciwił się temu pomysłowi i stanęło na jego propozycji – Wolne Miasto. W tym miejscu pozwolę sobie przypomnieć, że dla tego miasta to nie nowina – rok 1454 – po rewolcie przeciwko Krzyżakom, Gdańsk był polski aż do roku 1793, kiedy to został wchłonięty przez Prusy podczas II Rozbioru Polski. Wspomnę jeszcze, że w latach 1807-1815 Gdańsk był pod kontrolą Francuzów i miał również status Wolnego Miasta. Jednak obecnie, tu na miejscu, byłoby głupotą dyskutować, że Danzig nie jest niemieckim miastem… Byłem wiele razy i w wielu miastach niemieckich, ale po kilku minutach pobytu w Danzig stwierdziłem, że bardziej niemieckiego miasta dotąd nie widziałem... Gdy pedałowałem przez jego ulice, byłem zdumiony. Oczywiście, nie wolno oceniać politycznych nastrojów miasta na podstawie wywieszonych flag, ale sądząc po ilości swastyk, Danzig wygląda na bardziej nazistowski niż jakiekolwiek inne miasto w Niemczech. Praktycznie na każdym domu wisiała nazistowska flaga, co druga osoba miała przyczepiony nazistowski znaczek, a co druga – dwa znaczki.
Autor podziwia stare budynki potwierdzające bogatą historię miasta. Na dłużej zatrzymuje się jednak tylko w Bazylice Mariackiej.
Dla niego jest to jednak …chyba największy na świecie kościół protestancki po londyńskiej katedrze św Pawła – pogrubienie moje.
Razi go monotonia gołej cegły i puste wnętrze urozmaicone tylko obrazem Memlinga – Sąd Ostateczny – namalowanym na zamówienie florenckiego bankiera i przeznaczonym dla kaplicy pod Florencją. Podczas żeglugi z Holandii do Włoch obraz został zrabowany przez gdańskich (hanzeatyckich) piratów i darowany gdańskiej katedrze, która nie miała oporów z przyjęciem daru.
Historia obrazu TUTAJ.
Autor łatwo sobie poradził z zaszufladkowaniem Gdańska, dużo bardziej interesuje go Korytarz – byłe tereny pruskie przydzielone Polsce w Wersalu.

Wikipedia – KLIK.

Danzig opuściłem jadąc przez dzielnicę Schidlitz (Siedlce). Granicę przekroczyłem bez trudności, w samej rzeczy straż graniczna była kwintesencją grzeczności. Wkrótce otoczyły mnie łagodne, zielone wzgórza – politycy tyle bębnią o problemach tego rejonu, a żaden nie wspomni jak czarujące są to okolice. Wspomnę więc, że popularna nazwa tych terenów to Szwajcaria Kaszubska – nazwa pompatyczna, ale okolice tak piękne, że tę przesadę można wybaczyć.
Podczas kilku dni jazdy z Kartuz, przez Wejherowo, do Gdyni, autor wypatruje śladów tarć między mieszkającymi tu od lat Niemcami a ludnością o polskim rodowodzie i przekonuje się, że takich tarć tu nie ma. Większość mieszkańców to Kaszubi o słowiańskim rodowodzie, a Niemcy mieszkają tu od tak wielu lat, że nikt nie uważa ich za obcych.
Gdynia – tu autor nie kryje podziwu: Polska ma prawo być dumna ze swojego przedsięwzięcia, chyba nigdzie w Ameryce osiągnięto takiego tempa budowy. Miasto jest świetnie zaplanowane, budownictwo nowoczesne… Supernowoczesny port wciąż jest rozbudowywany… W pobliżu niewielka baza marynarki wojennej. Zaskoczyła mnie informacja, że polska marynarka nie miała kłopotów ze znalezieniem dowódców. Okazało się, że wielu Polaków służyło na dowódczych stanowiskach w marynarce rosyjskiej i z radością zmienili barwy. Co innego marynarka handlowa. W pobliżu portu w Gdyni zauważyłem szkoleniowy żaglowiec. Polska marynarka handlowa obsługuje nie tylko Bałtyk i Morze Północne, ale również Amerykę. Kadra oficerska to młodzi, świeżo wyszkoleni Polacy prowadzący świeżo zbudowane statki. Jakże smutno kontrastuje z tym Anglia.
Korytarz się kończy: Przez Orłowo dojechałem z powrotem na terytorium Wolnego Miasta. Zoppot – pretensjonalne miejsce zdominowane przez kasyno i podobne obrzydliwości. A chwilę później byłem znowu w Danzig, który po łagodnym spokoju Korytarza zrobił na mnie jeszcze bardziej nazistowskie wrażenie.
W tym miejscu autor poświęca sporo miejsca na ocenę sytuacji politycznej w Polsce i Europie.
Jest ona optymistyczna, do czego zapewne przyczyniła się podpisana kilka miesięcy wcześniej polsko-niemiecka deklaracja o niestosowaniu przemocy – KLIK.
Konkluzja autora:
Fala nazizmu może dokonać wiele dobrego, niezależnie od jego licznych ekscesów, gdy zetknie się z twardą rzeczywistością. Upokorzone i pobite Niemcy lat powojennych były równie niebezpieczne dla światowego pokoju, co Hitler i jemu podobni. Niemcy odzyskały dziś szacunek dla siebie samych, a jeśli zdołają uniknąć arogancji, rysuje się przed nimi jasna przyszłość. Dla Hitlera nadszedł czas próby.
Jeśli natomiast chodzi o przyszłość Korytarza…
Dwa punkty są dla autora oczywiste: Korytarz to rdzennie polskie ziemie i Niemcy powinni to uznać natomiast Gdańsk to niemieckie miasto i powinno zostać zwrócone Niemcom, gdzieś tak w 1945, 1950 roku i wtedy, …wspólnie z Gdynią oraz portami w Stettin i Königsberg, będzie obsługiwał niewyczerpany potencjał Polski.
Pozostała jeszcze jedna sprawa – opieczętowany pociąg (sealed train).
Miałem trudności ze znalezieniem polskiej strony internetowej na ten temat, Google zaproponowało niemiecką – KLIK. Chodziło o to, żeby pasażerowie podróżujący miedzy Niemcami a Prusami Wschodnimi nie musieli posiadać polskich wiz ani podlegać polskiej kontroli celnej. Dlatego na stacjach granicznych (Chojnice, Tczew) do wagonów wsiadali polscy kontrolerzy.

Autor bardzo się rozczula nad losem kanclerza Hindenburga, który musiał się poddawać tej procedurze, ilekroć chciał odwiedzić swoją rodzinną rezydencję w Neudeck (obecnie Ogrodzieniec) – KLIK.
Uważa, że z chwilą unormowania sytuacji Korytarza i Gdańska, Niemcy wybudują stosowny tunel lub most i problem zniknie.

Kilka słów o autorze.
Bernard Newman to niestrudzony wędrownik. Odwiedził 60 krajów, wiele z nich na rowerze. Efektem podróży było około 80 książek, co najmniej sześć z nich jest związanych z Polską.
Czas między podróżami wypełniał wykładami i spotkaniami z czytelnikami.
Podejrzewano go również o współpracę z brytyjskim wywiadem.
Faktem jest, że podczas I Wojny Światowej przebywał w Paryżu i był dorywczo wykorzystywany do zadań wywiadowczych.
Tematyka szpiegowska była mu bliska, napisał na ten temat kilka książek…
Interesującym zbiegiem okoliczności może być fakt, że podczas podróży rowerowej wokół Bałtyku zbłądził na tereny wojskowe na wyspie Rugii. Jego obserwacje z tego zbłądzenia były źródłem pierwszych raportów dotyczących budowy rakiet V-1. Więcej w Wikipedii – KLIK.

P.S. Anglik podróżuje na rowerze przez Europę.
Przypomniała mi się czytana dawno temu książka – Three Men on the Bummel – KLIK. Tytuł nie pozostawia wątpliwości – podróż przez Niemcy.
Ta książka została opublikowana w 1900 roku, więc znaczną jej część zajmują opisy funkcjonowania nowoczesnego roweru. Równie znaczna część to stereotypy na temat Niemców – przykład podany na zlinkowanej powyżej stronie.
Autor książki – Jerome K. Jerome.
To nazwisko kojarzy się z popularną w moich czasach powieścią – Trzech panów w łódce, nie licząc psa.
Wyznam, że od początku zainteresował mnie ten inicjał K w nazwisku autora.
Zainteresował jeszcze bardziej gdy odkryłem, że jest to skrót słowa Klapka. Tak, autor nazywa się Jerome Klapka Jerome.
Okazuje się, że autor na chrzcie otrzymał imiona Jerome Clapp. 
Drugie imię zmienił gdy dowiedział się o bohaterskich czynach węgierskiego generała György Klapka podczas wojny 1848 roku.

Wspomnienia o Maryli (8)

Magdalena Ciechomska

Książki

Zamiłowanie do książek, pasja czytania – to łączyło nas, mnie, mojego męża i jego siostrę, od początku. Maryla zawsze dużo czytała. Właściwie to czytała ciągle, bo jeśli akurat nie pracowała nad jakimś tłumaczeniem, to przy zwykłych, codziennych czynnościach towarzyszyła jej zawsze książka lub czasopismo. Gdy przyjeżdżała do Warszawy, zaraz na dworcu kupowała najnowszy numer Polityki i Newsweeka. W domu czekały numery Tygodnika Powszechnego z całego miesiąca, ponieważ my kupujemy go regularnie od lat. Ten najnowszy numer przeważnie mi podbierała, orientowałam się po niewczasie, gdy chcąc po niego sięgnąć, nie znajdowałam go tam, gdzie go ostatnio położyłam. Jeśli Maryla była u siebie i akurat coś jadła, to oznaczało, że ma mój Tygodnik. Jak większość moli książkowych, do których i siebie zaliczam, Maryla uwielbiała czytanie przy jedzeniu.

Pewnego razu przyjechała z Berlina i od razu oświadczyła, że jest bardzo zmęczona, niewyspana i zaraz musi się położyć. Poprzedniego dnia skończyłam czytanie książki Joanny Olczak-Ronikier pt. W ogrodzie pamięci. To historia rodzin Mortkowiczów i Horwitzów, przodków autorki. Ponieważ książka jest fascynująca, podsunęłam ją Maryli, a ona zabrała ją i poszła do siebie. Do wieczora nie pojawiła się, więc uznaliśmy, że śpi, staraliśmy się nie chodzić na górę i upomnieliśmy syna, żeby nie hałasował i nie budził zmęczonej cioci. Na drugi dzień, gdy siedzieliśmy w kuchni przy śniadaniu, a Maryla zeszła z góry, zauważyliśmy, że nie wygląda na wypoczętą. Zapytana jak się czuje, popatrzyła na mnie i powiedziała: „ Wiesz co? Dałaś mi wczoraj tę książkę, a ja zajrzałam do niej chcąc poczytać trochę przed snem… No i jak zaczęłam czytać, tak nie mogłam się od niej oderwać, przeczytałam do końca! Skończyłam nad ranem. Jest świetna! Niesamowita! A teraz coś zjem i napiję się herbaty a potem muszę się przespać.”

Maryla nieraz mawiała, że zazdrości polonistom, którzy chlubią się bogatym zasobem rozmaitych cytatów literackich na każdą okoliczność. Sama wręcz je kolekcjonowała. Ona i jej brat, a mój mąż, oboje obdarzeni doskonałą, fotograficzną pamięcią i ja jako polonistka, dorzucaliśmy stale coś nowego do naszych codziennych rozmów. Mieliśmy też ulubione lektury, z których czerpaliśmy, np. Mistrza i Małgorzatę Bułhakowa, powieści Gombrowicza. Do kota, który wskoczył na stół przemawiało się słowami: Kotom nie wolno! Z kotami nie wolno! i kot natychmiast rozumiał o co chodzi. Na drugi dzień po zakrapianej imprezie witaliśmy się cytatem z Lalki: Jak to mawiał Ignacy Rzecki? Katz, stary przyjacielu! Ciemne piwnice w starym domu na Mokotowie nosiły nazwę Moria, a gdy w nowym domu na poddaszu odkryliśmy obszerną garderobę z dodatkowym schowkiem, nasz syn od razu stwierdził, że jest to stara szafa, która prowadzi do Narni.

Są takie książki, do przeczytania których zachęciła mnie Maryla. To między innymi Moby Dick Melville’a i fantastyczne opowiadania Lovecrafta, powieść Marion Zimmer Bradley Mgły Avalonu, feministyczna wersja legend arturiańskich, która tak mi się spodobała, że kupiłam w Berlinie jej niemieckie wydanie, ponieważ nie mogłam dostać polskiego przekładu. Nie przekonała mnie natomiast do twórczości Elfriede Jelinek, choć sama była nią zafascynowana. Tłumaczyła mi , że Jelinek można w pełni zrozumieć jedynie w oryginale a polskie przekłady są nie najlepsze.

Wśród wspomnień literackich pojawiają się takie, jak przednia zabawa, którą mieliśmy przy wspólnym czytaniu Lema w niemieckim przekładzie. Ale też i takie, jak wieczór poezji Wisławy Szymborskiej na berlińskim spotkaniu feministycznym. Wiersze w tłumaczeniu Karla Dedeciusa nabierały nowego znaczenia, brzmiały dla mnie jakoś bardziej dobitnie i przejmująco.

Po śmierci rodziców Maryla zajęła się porządkowaniem rodzinnych zbiorów bibliotecznych. Z czasów przedwojennych nie zostało wiele, z opowiadań teścia wiedzieliśmy, że mokotowski dom Ciechomskich po wysiedleniu rodziny został przez Niemców spalony miotaczem ognia. Gdy w 1945 roku wrócili do niego, mury stały. Teść opowiadał, że po wejściu do pokoju, w którym znajdowała się biblioteka, zobaczyli całe, stojące regały z książkami. Wszystko było czarne jak węgiel, a przy dotyku rozsypywało się w popiół… To, co przetrwało, latami leżało w szafach i pudłach, teściowie, przytłoczeni problemami codzienności nie mieli czasu, żeby się tym zająć. Maryla za każdym przyjazdem do Warszawy wydobywała woluminy, odkurzała, niektóre dawała do oprawy. Są wśród tych pamiątek pięknie ilustrowane akademickie podręczniki starszego brata mojego teścia, studenta medycyny, który zginął w obozie koncentracyjnym. Jest kilka roczników czasopisma literackiego z końca XIX wieku. Jest prawosławne wydanie Biblii pisane cyrylicą.

Po śmierci Maryli, postanowiliśmy przewieźć z jej berlińskiej biblioteki do Warszawy tylko książki w języku polskim. Niemieckie zostały rozdane wśród przyjaciół i znajomych oraz przekazane bibliotekom publicznym. Ponieważ jestem bibliotekarką, teraz przede mną zadanie uporządkowania rodzinnego księgozbioru.

PS od Adminki: Maryla (Maria Gast-Ciechomska) była też autorką; poniżej okładka jej książki z 1999 roku. Tę książkę warto nadal czytać, jest pełna świetnych opowieści.


Myśli (1)

Teresa Rudolf

Stare mury mają w sobie pamięć obrazów, głosów, są świadkami wielkości i podłości ludzkiej. I nawet gdyby je latami torturowano, niczego nie zdradzą…

Samotność swą można przeżyć w godności i pięknie, lub w brzydocie i obojętności do siebie i innych.

Piasek pochłania w sobie tysiące “odcisków palców” od nóg…
Największy i najstarszy Interpol Uniwersum.

Kot potrafi się nagle tak zdziwić, że stawia całą wiedzę dotychczasową pod znakiem zapytania.

Kwiaty swym wyglądem i zapachem piszą poezję o swym kwietnym życiu, od pączka aż do umierania.  Czasem padają też ofiarą eutanazji z próżności człowieka.