Teresa Rudolf
Jestem wolna…
Filomena delikatnie odsłoniła firankę koloru lekko migdałowego, otworzyła okno i z niedowierzaniem patrzyła na pustą ulicę.
Jedynie gołębie swobodnie poruszały się po jezdni, licząc na to, że z góry z różnych okien spadną okruchy “z pańskich stołów”.
No i spadały…
Ciągle nie mogła uwierzyć w to, co słyszała przez radio, co widziała w telewizji. Przerażające wiadomości, błyskawicznie zmieniające egzystencję każdego, dochodziły w półgodzinnym odstępie.
Teraz już i Polska znalazła się w kwarantannie, czyli w zbiorowym, prawie światowym więzieniu, składającym się z miliona klatek, tak sobie to wszystko właśnie wyobraziła.
Z domu można było wyjść jedynie po zakupy żywnosci, których dokonuje się w masce na twarzy, w bezpiecznym odstępie od drugiej osoby.
Ubieram się zaraz i wyjdę z domu, zrorganizuję sobie popołudniową orgię podniebienną, wezmę też listę od Klary, w większości na pewno znajdzie się na niej karma dla kotów, które już chyba na zawsze u niej zostaną, myślała Filomena.
Regina ostatnio z wściekłością odniosła Klarze kosz z Salomonem, wykrzykując, że podczas obecnej epidemii nie życzy sobie, aby ona, Klara, kiedykolwiek jeszcze przynosiła go Lesławowi, łamiąc tym przepisy. Klara nie jest członkiem jego rodziny, i kot (ha, ha) nie jest też jego dzieckiem, a to co Lesław o tym myśli i czego chce, nie ma tu żadnego znaczenia, bo to ona się nim opiekuje…
Filomena rozmyślając o tym, nagle poczuła jakąś apatię, wiedziała, że zakupy dla siebie nie dadzą jej odpowiedniej motywacji, (raczej myślała o nich ze swoistym sarkazmem), a do wyjścia z domu zmuszają ją jedynie zakupy dla kotów, bo zadanie to wzbudza w niej poczucie odpowiedzialności, “bo muszą przecież coś jeść, no i nie są winne temu, co się w tym świecie akurat dzieje”.
Siedziała tak, zaciągając się papierosem i pijąc trzecią kawę tego dnia, a była przecież dopiero 12 w południe.
Stanowczo, nie była dzisiaj w swojej skórze, zżerała ją już od dawna (między innymi) ostra samokrytyka, zaobserwowała bowiem w sobie negatywną zmianę. Zrobiła się trochę grubiańska, prawie prostacka w sposobie wyrażania, a przecież “nigdy wcześniej taka nie byłam”, myślała.
Często, w duchu, nie tylko wyrażała się jak jakiś robotnik na budowie, lub przysłowiowy szewc, ale też same myśli formułowała agresywnie i wulgarnie. Zawstydziła się przed samą sobą.
Co się ze mną stało, rozważała, ooooooo Boże, muszę wreszcie iść po te zakupy, zreflektowała się i zaczęła się szybko ubierać.
Klara odebrała telefon od Filomeny, która pytała, czy nie dopisać jeszcze czegoś do listy z zakupami, bo własnie już wychodzi.
Dodała więc jeszcze masło, cztery bułki i mleko, a do karmy dla kotów też suchy pokarm, zwany przez nią keksami.
– Pani Filomeno, bardzo dziekuję, że pani mi tak pomaga, pomyślałam też, czy pani rodzice w tej Rabce, też mają kogoś, kto im czasem pomoże, skoro pani akurat jest tutaj, czy wie pani coś o nich?
Z drugiej strony słuchawki zapadła krótko cisza, po czym Filomena odpowiedziała: – Dawno u nich nie byłam, a teraz akurat już nie mogę, myślę jednak, że może mógłby ktoś z młodszych sąsiadów, jeśli ich oczywiście nie zaczęli wykańczać tak jak wcześniej pani, teraz to jaśniej wszystko widzę, aż mi za nich wstyd i głupio. Przez telefon mówią że wszystko jest w porzadku. No to co, już idę, zamelduję się z zakupami, na razie,zakończyła rozmowę.
Wychodząc z mieszkania, przekręcając klucz w zamku, Filomena usłyszała znany jej już, dziarski krok Reginy schodzącej z trzeciego piętra. Kiedy zaczęła już sama również schodzić, poczuła prawie potrącenie, kiedy tamta jak burza przeleciała obok niej, z lewej strony, krzycząc: – Gdybym wiedziała wczesniej, jakim niewdzięcznikiem stał się ten Lesław, nie zajmowałabym się nim teraz, zakończyła i było już tylko słyszeć trzaśnięcie drzwi wyjściowych z kamienicy.
Filomena pomyślała tylko, a rób sobie co chcesz, teraz to już naprawdę mi obojętne, pomęcz się z nim, a ja może miałam właśnie szczęście, że wzięłaś to na siebie.
Nagle poczuła przypływ dobrej energii i wyszła z bramy również pewnym krokiem, jak i już… była rywalka.
Zza chmur wyłoniło się nieśmiałe słońce, zrobiło się jakby jaśniej na zewnątrz i w sercu Filomeny.
– Jestem wolna, powiedziała do siebie tak głośno, że wymijający ją młody człowiek uśmiechnął się do niej figlarnie.



