Pokolenie Solidarności 22

Ewa Maria Slaska

Eli

Ten odcinek już kiedyś był TU na blogu publikowany, ale teraz pojawia się nie jako wybrany fragment prozy “na temat”, tylko jako część powieści. Są zmiany. Na przykład bohater ma inaczej na imię.

Jaworze (1981)

Gdy wprowadzono stan wojenny, Stefan przesiedział się najpierw w areszcie na Białej we Wrzeszczu, a potem w więzieniu na Kurkowej w Gdańsku i dopiero po przesłuchaniach, z których nic dla władzy ciekawego nie wynikało, został internowany. Z przesłuchań nic nie wynikało, bo skądinąnd okazało się, że wcale nie jest tak dobrze rozpracowany, jakby się można było domyślać i władza nie umiała go do końca przyporządkować. Próbowano mu udowodnić, czy raczej wziąć go na spytki, żeby się dwiedzieć, czy dałoby mu się udowodnić coś więcej niż działalność związkową. Na przełomie roku 1981 i 1982 władzy bardzo by się przydało wykrycie małej, nieważnej i niegroźnej komórki rzeczywiście antypaństwowej, takiej, która planowała obalenie ustroju. Komórka powinna była być mała, żeby nie trzeba było świecić oczyma przed Wielkim Bratem i żeby nie okazało się, że to go jednak zmusza do interwencji zbrojnej. No, ale powinna była być, tak, żeby można było zrobić proces pokazowy. Była już wprawdzie wersja, że Ewa Kubasiewicz planowała taki zbrojny zamach, ale przydałoby się jeszcze jedno ognisko zapalne, tak żeby lud uwierzył, że generałowie naprawdę musieli zbrojnie interweniować. Z jakiegoś powodu Stefan został uznany za świetny materiał na pokazówkę. Ponieważ jego rodzice przyjaźnili się ze słynną samotną żeglarką, Teresą Remiszewską, połączono ich osoby w jedną wydumaną komórkę anarchistyczną. Oboje mieli skrycie knuć obalenie ustroju za pośrednictwem kontaktów, jakie w świecie nawiązywali, czy mogli byli nawiązywać, żeglarze. Ponieważ jednak tak nie było, Stefan, który oczywiście znał Remiszewską, ale nigdy z nią nic nie „knuł”, mógł swobodnie i właściwie nawet beztrosko na każde zadane mu pytanie odpowiadać „nie” lub „nie wiem”.

Continue reading “Pokolenie Solidarności 22”

Pokolenie Solidarności 21

Ewa Maria Slaska

Nie ma Teleranka! (1981)

Przez jakiś czas było pięknie i początkowo nikt chyba nie przypuszczał, czym skończą się te miesiące wolności. Ludzie przyzwyczaili się do codziennych pogróżek i manifestacji siły ze strony tracącej swoją pozycję władzy. Przyzwyczailiśmy się też do pustych sklepów. Ponieważ pogróżki powtarzały się nieustannie, nikt już w nie nie wierzył. Waldemar Kuczyński pisze, że gazety, a może tylko gazety solidarnościowe, 12 grudnia dostały teleksy z informacjami o wzmożonych ruchach wojsk, ORMO i milicji, ale nikt nie potraktował ich poważnie. W ciągu tych kilkunastu miesięcy dużo mówiło się o konfrontacji władzy i opozycji, ale tak naprawdę Solidarność nie była na nią w ogóle przygotowana. I dlatego już w tę pamiętną noc 13 grudnia Solidarność przegrała, podobnie jak przegrało społeczeństwo. Polska nie stanęła do walki, nie zdobyła się na strajk generalny. Nikt nie przewidział scenariusza na godzinę W, nie przygotował drugiego, ani trzeciego garnituru działaczy. Szkoda, bo przezorność może nie pozwoliłaby uniknąć stanu wojennego, ale zdołałaby zmniejszyć impet napaści, uchronić przywódców ruchu przed internowaniem i umożliwić im zejście w podziemie. Może można było zabezpieczyć archiwa, przygotować rezerwy finansowe.
Co to było? Naiwność, pycha, arogancja?

13 grudnia od rana telewizja pokazywała na przemian przemówienie Jaruzelskiego i czołgi jeżdżące po ulicach Warszawy. Ale niewątpliwie doświadczeniem pokoleniowym dzieci, które były dziećmi w okresie Solidarności i przeżyły wprowadzenie stanu wojennego, był brak Teleranka. Podobnie jak chleb z cukrem był doświadczeniem wszystkich dzieci z PRL-u z czasów Bieruta i Gomułki, podobnie brak Teleranka stał się symbolem dzieciństwa dla pokolenia urodzonego w latach 70. Dzieci bowiem jako pierwsze dowiedziały się, że Solidarność się skończyła. Dopiero wtedy okazało się, że w milionach domów w Polsce w niedziele rodzice spali, a dzieci o 9 rano brały sobie mleko z lodówki, czasem też kawałek chleba z kredensu i włączały telewizję, żeby obejrzeć Teleranek. A 13 grudnia 1981 roku Teleranka nie było. Zdziwione dzieci obudziły rodziców, wygłaszając oburzone zdanie, które przeszło do historii Polski: Nie ma Teleranka!

Zdanie to na pewno dorównuje sile angielskiej reakcji na wybuch II wojny światowej. Gdy BBC poinformowała o tym, wszyscy Anglicy zareagowali podobno tak samo. Oh, powiedzieli, it’s awful, put the tea on. Och, coś okropnego, wstaw wodę na herbatę.

Nie było Teleranka. Tak zaczął się stan wojenny. Telewizja pokazywała czołgi na ulicach, resztę dopowiadała Wolna Europa – internowania, aresztowania, przerwany Kongres Kultury Niezależnej w Warszawie, zabici strajkujący górnicy w kopalni Wujek, przerwane połączenia telefoniczne Polski ze światem. Zablokowane lotniska i dworce. Godzina policyjna.

Nocna akcja była zakrojona na dużą skalę, pisze Kuczyński, i dzięki kompletnemu zaskoczeniu – okazała się skuteczna.

Prawie. Są jednak wyjątki. Komuś udało się uciec. Ktoś wykołował komucha.

W Gdańsku słynna była się ucieczka Karola Krementowskiego. Gdy w nocy milicja głośno zapukała do drzwi, Karol i jego żona zabarykadowali je tym, co akurat było pod ręką, po czym wybiegli na balkon. Walili pokrywkami o garnki i krzyczeli, że partia właśnie wypowiedziała wojnę narodowi, że próbuje zastraszyć społeczeństwo i że trzeba się bronić. Nie Warszawianka, nie Marsylianka, lecz Gdańszczanka na garnki. Do broni! Do broni!
W okolicznych domach kolejni ludzie wychodzili na balkony i przyłączali się do walenia czymkolwiek o cokolwiek i krzyku. W tym samym czasie Karol wycofał się z balkonu do mieszkania i pomyślał, że to znakomicie się składa, że mieszkają w eleganckiej poniemieckiej willi. Jak niemal wszędzie we Wrzeszczu, willa była podzielona na kilka mieszkań, a ich mieszkanie zajmowało całe piętro i posiadało dwa wejścia – główne, którego używali, i tylne, służbowe, z którego nikt nigdy nie korzystał. No ale było i teraz wreszcie miało okazać swą przydatność. Karol ubrał się, zabrał trochę jedzenia do kieszeni kurtki i wyszedł owymi tylnymi drzwiami, zszedł do piwnicy, wyszedł na podwórko, przeskoczył płot i ogrodami wydostał się na sąsiednią ulicę. Spiesznym krokiem, ale nie biegnąc, żeby nie wzbudzać podejrzeń, poszedł do znajomych, u których przenocował. Przez tę noc przeanalizował sytuację, ocenił, gdzie i jak może się teraz ukryć i jak się tam dostać. Spokojnie i z rozwagą zrealizował swój plan. Nie został ani złapany, ani zadenuncjowany i wyszedł z ukrycia dopiero, gdy skończył się stan wojenny.

Stefan bardzo się sobie dziwił, że nie wpadł na taki świetny pomysł jak Karol, ale jeszcze bardziej dziwił się, że w czasach wolności nigdy nie zrobili nawet krótkiej narady na ten temat, nie omówili sposobów ucieczki, sygnałów, struktury konspiracyjnej. Kuczyński miał rację, byli kompletnie nieprzygotowani i okazali się pętakami. Zabrakło im nie tylko starannego planowania, ale również refleksu i przytomności umysłu. Dali się zaskoczyć jak dzieci. Dostali dwóję z politycznych kwalifikacji. Niewielu było takich ludzi jak Józef Pinior, który nie tylko sam czmychnął, ale jeszcze zdołał przezornie już kilka dni wcześniej zadeponować kasę Solidarności u biskupa Gulbinowicza. Zbyszek Bujak, który też fantazyjnie uciekł, omalże znowu nie wpadł, bo nie wiedział, co ze sobą zrobić i poszedł do siedziby redakcji Tygodnika Mazowsze. Dla tych, którzy może nie wiedzą lub nie pamiętają – to była gazeta opozycji solidarnościowej, poprzedniczka Gazety Wyborczej. Innego z działaczy złapano, bo wrócił do domu się ogolić. Leszek Szaruga w wierszu Przyzwyczajenie napisał:

Gdy jadę do Śródmieścia,
mijam po drodze patrole
szukają Zbyszka Bujaka powielacza bibuły
lub dowodów na istnienie Boga

co znajdą aresztują…

Wyłapali nas jak kaczki, pomyślał Stefan, gdy samochód milicyjny dowiózł go do aresztu na ulicy Białej we Wrzeszczu. I tak miał szczęście, że ci, którzy po niego przyszli, pozwolili mu się porządnie ubrać, włożyć ciepłą bieliznę i gruby sweter, zabrać czapkę, rękawice, szal, kalesony i najważniejsze przybory toaletowe. Zdołał nawet włożyć książkę do kieszeni kurtki. Była to Czaszka w czaszce Piotra Wojciechowskiego. Miał szczęście, bo słynnego grafika i satyryka, Andrzeja Czeczota, wyprowadzono z domu w piżamie, a Ance Kowalskiej nie pozwolono zabrać osobistych rzeczy.

Odczuwam żal, pisze Kuczyński. Żal za posierpniową Polską, która jest już historią. Żal mi tego wszystkiego i mego życia w ostatnich miesiącach. Tak nerwowego i wyczerpującego, ale i wspaniałego przez wolność, którą było przesiąknięte, przez poczucie czynnego uczestnictwa w pracy społeczeństwa nad wydobywaniem swego prawdziwego oblicza spod betonowej prasy realnego socjalizmu. Zapadamy z powrotem w przepisamy nam przez suwerena tej części Europy świat strachu, pozorów życia publicznego, szarzyzny cenzurowanej prasy, pustych sloganów, dyktatury.

Stefan, który podczas odsiadki dużo o tym rozmawiał z współosadzonymi, dodawał w tym miejscu dyskusji jeszcze co najmniej dwa swoje własne żale. Żal o to, że Jaruzelski rozwalił to, co mogło się stać największą wartością Polaków w nowoczesnym świecie, czyli międzyludzką solidarność, i żal, że stan wojenny zniszczył w zarodku szansę na powstanie w Polsce prawdziwej lewicy, takiej, jakiej od czasów PPS-u nigdy już w Polsce nie było. Na pytanie, kto to jest ta jego wymarzona lewica, odpowiadał, że to ci, którzy kładą nacisk na samoorganizację społeczną, odwołują się do demokratyczno-socjalistycznych haseł samorządu, samorządności pracowniczej, demokracji uczestniczącej i powszechnej sprawiedliwości społecznej. Godząc się na mechanizmy rynkowe, chcą jednak, by rynek nie rządził wszystkim, i chcą objąć specjalną opieką tych, którym nie dał on szans.

Teraz już każdy czytelnik się zorientował, że to oboje, nie tylko Basia, ale również Stefan, są alter ego autorki.

***

Ogromną pomocą w napisaniu tego rozdziału była książka Waldemara Kuczyńskiego Obóz, Wydawnictwo Aneks, 1983.

Pokolenie Solidarności (20)

Ewa Maria Slaska

Pomnik (1980)

Pomnik poległych stoczniowców 1970 postawiono na placu przed stocznią. Upamiętniał ofiary wydarzeń Grudnia 1970 roku. Pomnik powstał w szybkim tempie. Już pierwszego dnia strajku, w sierpniu 1980 roku, Bogdan Pietruszka naszkicował pierwszy pomysł, a zgodnie z tym pierwszym szkicem pomnik to miały być cztery krzyże, połączone w krąg ramionami, z kotwicą na każdym i zniczem u dołu. Już dwa dni później dyrekcja Stoczni Gdańskiej wyraziła zgodę na wzniesienie pomnika i, wciąż jeszcze podczas strajku, pomnik skierowano do realizacji. Wtedy też ustalono termin odsłonięcia – w rocznicę wypadków grudniowych, 16 grudnia 1980 roku.

Po podpisaniu porozumień powołano do życia Społeczny Komitet Budowy Pomnika, który ogłosił konkurs na opracowanie koncepcji rzeźbiarsko-architektonicznej. Wygrał zespół Bogdana Pietruszki, ten naszkicowany podczas Strajku na odwrotnej stronie jakiegoś urzędowego, ten z czterema krzyżami. Tylko że w międzyczasie postanowiono, iż krzyże jednak będą trzy. Dla przypomnienia śmierci Jezusa i trzech zabitych podczas Grudnia 1970 roku. Zabito ich w tym miejscu, gdzie teraz stawał pomnik. Z Pietruszką pracowali znani gdańscy rzeźbiarze Robert Pepliński, Elżbieta Szczodrowska-Peplińska i Wiesław Szyślak oraz architekci Jacek Krenz i Wojciech Mokwiński. Od 30 listopada trwały prace przy budowie, odsłonięcie nastąpiło zgodnie z planem 16 grudnia 1980 roku.
Pomnik składał się więc z trzech krzyży o wysokości 42 metrów i wadze 42 ton każdy, ustawionych na planie trójkąta, o nieregularnych, spękanych kształtach. Spinają je trzy kotwice, po dwie tony każda, które, podobnie jak krzyże, są zarówno symbolem stoczniowców, jak chrześcijańskim znakiem nadziei. Krzyże mają jeszcze dodatkową symbolikę – są znakiem żałoby. W dolnej części pomnika umieszczone zostały wykonane ze stali nierdzewnej płaskorzeźby, przedstawiające życie stoczniowców, wykonane przez Roberta Peplińskiego i Elżbietę Szczodrowską. Na płaskorzeźbach zostały umieszczone daty protestów stoczniowców – 1956, 1970, 1980 i 1981. Na jednej z płyt umieszczono dwa fragmenty wiersza Czesława Miłosza, ułożone jednak tak, jakby były całością:

Który skrzywdziłeś człowieka prostego,
śmiechem nad krzywdą jego wybuchając,
nie bądź bezpieczny,
poeta pamięta.

Możesz go zabić, narodzi się nowy,
spisane będą czyny i rozmowy.


Wszyscy byli na odsłonięciu Pomnika, Stefan i Basia też. Chcieli zabrać Małgosię, ale rodzice Stefana się nie zgodzili, przy czym nie chodziło im o politykę, ale o to, że jest ciemno, zimno i tłok, dziewczynka została więc z dziadkami.

Rzeczywiście było ciemno, zimno i tłoczno, nic nie było widać, ale nastrój był podniosły i tak dobrze było stać razem z innymi. Na zakończenie swojej przemowy Wałęsa chciał powiedzieć, że spotkamy się tu za rok i wtedy się rozliczymy. Miał na myśli rozliczenie władzy za śmierć tych stoczniowców, ku czci których teraz odsłanialiśmy pomnik. Przejęzyczył się jednak i powiedział, „a za rok się rozlecimy”. I było to niestety prorocze.

Po skończonej uroczystości Stefan i Basia zabrali ze sobą jakieś przyjezdne osoby, którym trzeba było dać nocleg, i pojechali do rodziców do Wrzeszcza. Na pewno była z nimi Joanna Szczęsna, ubrana w dwie sukienki, jedna na drugą – pod spodem batystowa, niebieska, a na wierzchu dżinsowa. Bardzo to ładnie wyglądało, oceniła Basia.

– Wiesz, powiedziała Basia, wydaje mi się, że ja znam tę panią Szczodrowską.
– O, zdziwił się Stefan.
– Jak byłam dziewczynką, przyjeżdżała do babci na wieś taka cienka, wysoka rzeźbiarka z Gdańska. Wszyscy mówili, że była szurnięta, bo dziwacznie gadała i wciąż coś rysowała. A czasem lepiła z gliny to, co narysowała. Kiedyś ulepiła mnie.
– No coś ty?
– No tak, taką małą głowę na bardzo długiej szyi. Chciała nawet, żebym jej pozowała do aktu, ale mama dostała ataku wściekłości i na tym się sprawa skończyła.
– A ta głowa, gdzie jest?
– Nie wiem, może jest gdzieś tam w szopie. Ta kobieta zrobiła trzy różne głowy, dwie zabrała do Gdańska, ale jedną nam zostawiła.

Gdy następnym razem pojechali do Matemblewa, poszli do składziku w głębi stodoły, przerzucili tony jakichś rupieci i głęboko pod spodem, znaleźli wysmotruchaną i lekko poobijaną głowę dziesięcioletniej Basi. Miała prostą grzywkę i koński ogon. I rzeczywiście – nadzwyczajnie długą szyję.

Zabrali tę głowę do Gdańska i powiesili w kuchni, ale po jakimś czasie Basia ją zdjęła i schowała do szafy.

– Nie lubię, jak ona na mnie patrzy.
– Jaka ona? Przecież to ty.
– Chyba nie, to jednak raczej starorzymska larwa i straszy.

Stefan myślał o tym, żeby pójść z tą głową do rzeźbiarki i zapytać, czy to jej dzieło, ale Basia nie chciała. Wolała poczucie, że kiedyś jako dziecko pozowała Szczodrowskiej (“samej Szczodrowskiej”) niż ewentualne rozczarowanie, gdyby się okazało, że jednak nie.

– A zresztą, ona na pewno nie pamięta każdej swojej byle jakiej rzeźby, powiedziała Basia. Stefan był zdania, że na pewno pamięta, ale była to Basi rzeźba i Basi portret, tylko ona więc mogła w tej kwestii decydować. Gdy Stefan wyjeźdżał do Berlina, zabrał tę głowę ze sobą. Do Nowego Jorku nie pozwolono mu jej jednak zabrać. Gdy szedł w stronę bramy, obrócił się jeszcze raz, żeby po raz ostatni (czuł, że jest to po raz ostatni) popatrzeć na Berlin, Niemcy, Europę. Ostatnie co zobaczył, to wypełniony po brzegi kosz na śmieci. Głowa Basi leżała na szczycie, twarzą do dołu.

Stefan wzdrygnął się. Zły omen.

Pokolenie Solidarności (19)

Ewa Maria Slaska

Solidarność sumień (1980)

Piękne słowo solidarność, napisał ksiądz Józef Tischner w książeczce Etyka Solidarności, która zaczynała się jego słynnym kazaniem wygłoszonym do stoczniowców w Częstochowie, na Jasnej Górze w październiku 1980 roku. Piękne słowo solidarność. Niesiemy je jak radość i jak brzemię.

Rzućmy okiem na ciężar, który niesiemy. Co znaczy to stare i nowe zarazem słowo „solidarność”?

Gdyby trzeba było bliżej określić znaczenie słowa „solidarność”, to należało by sięgnąć do Ewangelii i tam szukać jego rodowodu. Jedni drugich ciężary noście, a tak wypełnicie prawo Boże. Cóż znaczy być solidarnym? Znaczy nieść ciężar drugiego człowieka.

Słowo solidarność skupia w sobie nasze pełne niepokoju nadzieje, pobudza do męstwa i do myślenia, wiąże ze sobą ludzi, którzy jeszcze wczoraj stali od siebie daleko. Historia wymyśla słowa, aby następnie słowa mogły kształtować historię. Słowo «solidarność» przyłączyło się do innych, najbardziej polskich słów, aby nadać nowy kształt naszym dniom. Jest kilka takich słów: «wolność», «niepodległość», «godność człowieka» – a dziś «solidarność». Solidarność nie potrzebuje wroga lub przeciwnika, aby się umacniać i rozwijać. Ona zwraca się do wszystkich, a nie przeciwko komukolwiek. Trzeba zrobić porządek w domu. Właśnie to, co trzeba zrobić, zespala i pobudza do czynu. Zespala głębiej i trwalej niż strach przed wrogiem. Chcemy być narodem zespolonym, ale nie zespolonym strachem. Chcemy, aby nas jednoczył nasz najprostszy ludzki obowiązek. Przeżywamy dziś niezwykłe chwile. Ludzie odrzucają maski, wychodzą z kryjówek, ukazują prawdziwe twarze. Jesteśmy dziś tacy, jacy naprawdę jesteśmy. To, co przeżywamy, jest wydarzeniem nie tylko społecznym czy ekonomicznym, lecz przede wszystkim wydarzeniem duchowym.

Najgłębsza solidarność jest solidarnością sumień.

Solidarność jest dziełem nie tylko tych, którzy zawsze mieli sumienia, ale również tych, którzy je w sobie odbudowali.

W październiku w sklepach zabrakło nawet ziemniaków. Lato było mokre i ziemniaki zgniły na polach. Prości ludzie, którzy nie umieli rozróżnić stron, ani świata, ani politycznych, uznali, że klęska nieurodzaju jest karą boską za strajki. Jako autorka myślę, że przez ostatnich 40 lat niewiele się zmieniło. Głupców nie sieją, a i tak rosną.

W listopadzie 1980 roku Gdańsk wyglądał jak mała Portugalia. Napisy i plakaty były praktycznie wszędzie. Czerwony napis Solidarność z powiewającym sztandarem – symbol nadchodzących dni. Rozmowy jak karuzele obracające się wokół kilku zaledwie słów, wyznaczających ogromne połacie życia. Demokracja, odnowa, reforma gospodarcza, nowe związki i solidarność. Ogólna burza mózgów i każdy staje się politykiem.
– Na czym ma polegać reforma?, zapytała Basia podczas obiadu. Stefan skończył przeżuwać nieśmiertelnego klopsa. W sklepach nadal nic nie było, oprócz jakichś strasznych ochłapów. Basia twierdziła, że napisze książkę kucharską pod tytułem Sto potraw z ochłapów.
– Zniesienie limitu zatrudnienia i wolność w rozdzielaniu funduszu płac, a z góry tylko generalne wytyczne, a nie drobiazgowy plan. To powinno wystarczyć na początek.
– Gadasz zupełnie jak w telewizji. Nigdy w życiu bym czegoś podobnego nie wymyśliła.
– A jak myślisz, skąd ja to wiem? Też z telewizji.
– Ale tam są same pyskówki.
– Takie czasy nastały, walka na argumenty. Jest dobrze. Dziesięć lat temu strzelali i zamykali.
– Ale to już się robi nie do wytrzymania. Wieczna gadanina. Wszyscy łażą do wszystkich, rozsiadają się wygodnie i zaczynają odbudowywać świat.
– No nie wszyscy, jak przyszła Anna Walentynowicz, to siedziałaś i słuchałaś dokładnie tak samo jak Tadzio.
– A ja dostałem baloniki, czerwone, niebieskie i zielone, poinformował rodziców Tadzio. Z Japonii.
Była to prawda, Walentynowicz, gdy spotykała się z różnymi delegacjami z zagranicy, dostawała jakieś prezenty i rozdawała je znajomym dzieciom. Te baloniki Tadzio miał zapamiętać na całe życie, bo były pierwsze, jakie w ogóle zobaczył.
– Tak, synku, wiemy, powiedział Stefan.
– A pan Jaskólski z dołu mówił, że mieli jej oddać pracę, że po to były te całe cholerne strajki, a ona teraz ważniaczkę struga i wcale nie pracuje.
– Tadziu, zdziwił się Stefan, ale oczywiście pani Ania pracuje. Chyba nie wszystko, co mówi pan Jaskólski, jest zgodne z prawdą, wiesz. Ludzie często nie wiedzą różnych rzeczy, a mimo to mówią, bo lubią mówić. Pani Ania ma już 50 lat, niedługo pójdzie na emeryturę. Wiesz, co to znaczy? Jak ludzie długo pracują, to potem nie muszą już pracować, a i tak dostają pensję. To się nazywa emerytura. No więc pani Ania pracowała już bardzo długo. Zaczęła pracować jako mała dziewczynka. Miała 12 lat, wiesz. Potem pracowała w Stoczni. To jest ciężka praca, ona się upominała o to, żeby ta praca dla wszystkich była trochę lżejsza. Miała iść niedługo na emeryturę, i wtedy ją zwolnili z pracy.
– Aha, czyli pan Jaskólski miał rację.
– Miał i nie miał, westchnął Stefan. Ale tak, o to też były te strajki i cieszymy się, że pani Ania wróciła do pracy.
– I mogła mi dać baloniki.

10 listopada Sąd Najwyższy zarejestrował NSZZ Solidarność. Niezależny Samorządny Związek Zawodowy Solidarność. Polska szalała z radości, ludzie dzwonili do siebie bez opamiętania i wykrzykiwali nowinę zamiast przywitania. Stefanowi przypomniała się stara, zapomniana historia o szewcu Załuskim.

– O radości, iskro bogów, powiedział.
– Kwiecie elizejskich pól, odpowiedziała machinalnie Basia. Samorządny, dziwny wyraz. Wiem, nie musisz mi tłumaczyć, rządzi się sam, czyli jest niezależny od władz, partii i innych kacyków, ale jakoś dziwnie brzmi. Dlaczego nie samorządowy?
– Bo samorządy to władze, a związek zawodowy to nie władza, tylko reprezentacja pracowników, samodzielnie kierująca swą działalnością.
– Mama, zawołał Tadzio z drugiego pokoju. Chodź, coś ci pokażę.
– Widzisz? Tadzio pokazał Basi figurkę z plasteliny. To jest prezes.
– Bardzo ładny prezes. A czego on jest prezesem?
– Zaraz zrobię więcej prezesów i to będzie komitet strajkowy Solidarności.
– Teraz nie ma strajków.
– Ale moje prezesy zrobią strajk. Albo nie. Oni zrobią komitet założycielski i wybory, jak u taty w pracy. A kiedy ja będę mógł być w Solidarności?
– Jak będziesz duży.
– I też będę strajkował?
– Mam nadzieję, że już nie będzie trzeba.
– A dlaczego teraz było trzeba?
– Bo ludzie chcieli demokracji.
– A co to jest demokracja?
– Prawo wszystkich ludzi do równego prawa, równych przywilejów i obowiązków i równego udziału w życiu społecznym, odezwał się Stefan z kuchni.
– A wczoraj ten pan w telewizorze, ten co zawsze, mówił demokratyzacja a nie demokracja, powiedział Tadzio.
Stefan przyniósł do pokoju miskę gotowanego bobu.
– Może się pomylił, powiedział, stawiając miskę i talerzyki na stole, bo nam nie chodzi o demokratyzację, tylko o demokrację. Chcesz się pouczyć na gitarze?
– Tak, chcę, wrzasnął Tadzio.

Zaczęli więc grać i tak im dobrze szło, że byli prawie tak dobrzy jak Gintrowski z Kaczmarskim.

Póki co jednak w Polsce wprowadzono kartki.

Przyznaję jako autorka, że choć kartki pamiętam bardzo dobrze, to nie pamiętam ani konkretnych dat, ani zawiłości organizacyjno-prawnych, związanych z ich wprowadzeniem. Sięgam więc do Wikipedii, choć nie jestem pewna, że wszystko było tak, jak tu napisano.

W roku 1980 kartki wprowadzono po raz trzeci. Starsi pamiętali niemieckie kartki z czasów wojny, ale pamiętali też kartki z okresu powojennego i lat 50. Trzeci okres systemu kartkowego rozpoczęło wprowadzenie kartek na cukier w lipcu 1976 roku. Kartki najpierw drukowano z licznymi zabezpieczeniami, niemal jak banknoty, co później zostało uproszczone. Zniesiono je 1 listopada 1985 roku, czyli niemal po 10 latach. W trakcie wydarzeń sierpniowych z 1980 jednym z 21 postulatów było wprowadzenie kartek na mięso, które faktycznie wprowadzono 28 lutego 1981 roku. System kartkowy został rozszerzony 30 kwietnia 1981 roku i obejmował wszelkie przetwory mięsne, masło, mąkę, ryż i kaszę; 1 września 1981 roku system objął też mydło i proszek do prania. Po wprowadzeniu stanu wojennego system został rozszerzony na czekoladę, alkohol, benzynę. W szczytowym okresie reglamentacji jako dowody zakupu stosowano też książeczki zdrowia dziecka, w których sklep wstemplowywał każdy zakup waty, pieluch, mleka w proszku, masła itp., albo np. pokwitowania z punktów skupu makulatury, uprawniające do zakupu papieru toaletowego. Reglamentacją objęto też papierosy, co Basię bardzo obeszło, bo paliła, i wódkę, ale wódka była na razie mniej ważna.


Jest oczywiste, że duże fragmenty tego rozdziału zawdzięczam księdzu Józefowi Tischnerowi, a fragment o kartkach Wikipedii.

Pokolenie Solidarności (17)

Ewa Maria Slaska

Eli

Stocznia. Amerykański sen. (1980)

Napięcia, których kulminacją był Sierpień 1980 roku trwały w Polsce od dłuższego czasu. Już w lipcu po podwyżce cen mięsa rozpoczęły się masowe protesty. Władze poczyniły tymczasowe ustępstwa i wydawało się, że wszystko wraca do normy. Gierek pojechał odwiedzić Breżniewa na Krymie.

Polacy codziennie zasiadali przed telewizorami, żeby obejrzeć igrzyska olimpijskie w Moskwie i większość z nas zobaczyła słynny gest Kozakiewicza po medalowym skoku o tyczce.

Wydaje mi się, że tego nie trzeba tłumaczyć, że każdy wie, co to był gest Kozakiewicza. Ale może jednak trzeba. Zacznijmy więc od tego, że “Gest Kozakiewicza” to tak zwany „wał”, zgięcie lewej ręki w łokciu i włożenie w zgięcie prawej ręki. Dziś często zastępowany „palcem” czyli wystawieniem w górę środkowego palca prawej ręki. Władysław Kozakiewicz pokazał wała na Letnich Igrzyskach Olimpijskich w Moskwie. Skoczył trzy razy, uzyskując za trzecim razem 5,78 metra. Był to rekord świata i zapewnił Polakowi medal olimpijski. A rosyjska publiczność go wygwizdała. Stąd wał. Ambasador ZSRR w PRL, Borys Aristow domagał się odebrania Polakowi medalu, unieważnienia rekordu oraz dożywotniej dyskwalifikacji za obrazę narodu radzieckiego.

Ani władze ani media nie dostrzegły tego, co się szykuje na Wybrzeżu. Wiadomością miesiąca była informacja o tym, że na Majorce odnaleziony został fortepian Chopina. Tak twierdzi wrocławski historyk, doktor Władysław Kucharski. Gest Kozakiewicza oczywiście pamięta cała Polska, ale fortepian Chopina?

Do kin wchodziły Gwiezdne wojny, a pod Bydgoszczą zdarzyła się największa katastrofa kolejowa w powojennej Polsce, w której zginęło 67 osób, a 64 odniosły rany.

Uprawiana przez ekipę Gierka propaganda sukcesu ze sztandarowym hasłem “Aby Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej” latem 1980 roku definitywnie zbankrutowała. Puste półki sklepowe, wydłużające się kolejki i coraz częstsze przerwy w dostawach prądu – tak wyglądała rzeczywistość.

Mimo to, kiedy w lipcu 1980 roku fala strajków rozlała się po całym kraju, władze powtarzały utarte formułki o “czasowych przerwach w pracy” i “przejściowych trudnościach gospodarczych”.

Nawet w Gdańsku początek sierpniowego strajku dzienniki skwitowały krótką notatką o „zakłóceniach w rytmie pracy”. Wśród partyjnych notabli, jak zawsze przedtem, pojawiły się opinie, że strajki to wynik działania “sił antysocjalistycznych”.

Strajk na Stoczni zaczął się 15 sierpnia.

Po dyskusjach w nocy z 17 na 18 sierpnia opublikowano w Gdańsku słynne 21 postulatów, komunikując Polsce i światu, że robotnicy Wybrzeża walczą nie tylko “o mięso”, ale także o “wolności obywatelskie”.

W niedzielę 17 sierpnia Basia poszła na imieniny swojego kuzyna, Jacka. O tym, że trzy dni wcześniej stanęła Stocznia wiedziało już całe miasto. O tym, że było to związane z działaniami Wolnych Związków i że dlatego Stefana nie było – może nie całe miasto, ale na pewno wszyscy ich przyjaciele. CETO stanęło już w pierwszych minutach strajku na Stoczni. Nauka nie poszła w las, działania KORu, Wolnych Związków, Niezależnych Komitetów Studenckich odniosły ogromny sukces. Tym razem nie było tak, że jak studenci strajkują, to robotnicy milczą, a jak robotnicy strajkują, to inżynierowie dalej ślęczą w biurach. 15 sierpnia 1980 roku stanęła cała Stocznia i wszystkie jej biura, a następnego dnia zaczęli już napływać delegaci z Trójmiasta, potem – z innych miast. W nocy radio podało komunikat, że na terenie Stoczni zawiązał się Międzyzakładowy Komitet Strajkowy, czyli MKS. W poniedziałek w Trójmieście stało już kilkaset zakładów. Zawiązywały się zakładowe komitety strajkowe, które wysyłały delegatów na Stocznię. Krążyły pogłoski o strajku generalnym, pod bramą Stoczni gromadziły się tłumy, a gazety nadal donosiły o „przerwach w pracy”.

Pierwszy tydzień Strajku w Trójmieście miał charakter strajku powszechnego, był pełen napięcia i lęku. Pomiędzy wierszami gazetowych wypowiedzi narastała groźba, że znowu robotnicze – więcej nawet, bo tym razem społeczne – wystąpienie stłumione zostanie siłą. Podczas wspólnych modlitw pod krzyżem u wejścia do Stoczni ksiądz proboszcz z kościoła św. Brygidy zapowiedział gotowość duszpasterską, w celu niesienia strajkującym wszelkiej pomocy duchowej, z ostatnim namaszczeniem włącznie. A ogromny tłum ludzi zdecydowanie i z godnością przyjął to do wiadomości. Ludzie zdawali sobie sprawę z tego, że i oni w tej grze odgrywają pewną rolę. Wspierali, to oczywiste, ale też chronili strajkujących. Każda próba zmiażdżenia siłą strajku musiała się zacząć od ataku na tłum dniem i nocą stojący przed Bramą Stoczni. To była żywa tarcza ochronna i ci, którzy tam stali, nie mogli liczyć na to, że jeśli taki rozkaz będzie wydany, atakujący cofną się przed rozlewem niewinnej krwi. W miejscu gdzie teraz stali, dziesięć lat wcześniej padły pierwsze strzały Grudnia 1970. Cóż więc mogło zaskoczyć tych, którzy tam stali?

Niestety, zanim przejdę do własnej opowieści o tym, jak to było w Sierpniu, muszę po raz kolejny pójść daleko do przodu i skomentować piękne zdanie z poprzedniego akapitu: “ksiądz proboszcz z kościoła św. Brygidy”, czyli Henryk Jankowski. Był już wtedy, w sierpniu 1980 roku osobą bardzo znaną. W Gdańsku opowiadało się cuda o jego przemyślności, która pozwoliła mu właściwie samotnie dokonać odbudowy kościoła św. Brygidy. Pełnił tam służbę duszpasterską od roku 1970, najpierw jako kapłan, organizujący duszpasterstwo w ruinach kościoła, potem administrator, w końcu jako proboszcz. Zapisał się więc bardzo dobrze w pamięci gdańszczan, choć już we wczesnych latach 80 mruczano z niezadowoleniem na temat jego prywatnych luksusów, o tym, że dostaje dary z Zachodu i rozdziela je wśród bogatych, którzy wspierają budowę jego kościoła, że ma samochody, które nie przystoją duszpasterzowi. Byłam tam kiedyś z prośbą o zezwolenie na zostanie matką chrzestną i dość nieprzyjemnie uderzyło mnie, że otaczają mnie wielkie polerowane gdańskie meble, że krzesła są kryte prawdziwym kurdybanem, a w szafach błyszczą wielkie srebrne naczynia. O tym się mówiło, to się potępiało, ale przeważało poczucie, że podniósł tę świętą Brygidę z ruin, że był kapelanem Solidarności, że pracowała dla niego Elżbieta Szczodrowska, rzeźbiarka słynna, a najszlachetniejsza ze szlachetnych. O tym, co dziś, po 40 latach, wciąż jeszcze budzi oburzenie i gniew – o seksualnym wykorzystywaniu dzieci – nikt się nawet nie zająknął. Ale chyba wtedy nikt w ogóle o czymś takim nie wiedział, nie myślał, nie przypuszczał. Jeżeli gdzieś się ten temat pojawiał, to w wychowaniu dziewczynek, w miarę jak podrastały, coraz bardziej je przestrzegano przed ciemnymi zaułkami i nieuczęszczanymi ścieżkami. Zły, który im zagrażał, był anonimowy, krył się przed światem, czaił w ciemnościach jak pająk albo karaluch. Nikt z nas nie wiedział, że można było być światłą i szlachetną osobą publiczną, że zło czaiło się w zakrystii i dotyczyć mogło chłopców.

Pisząc to, zastanawiam się, kiedy w ogóle po raz pierwszy mogłam usłyszeć o tym, co grozi chłopcom i że jest to groźba tym straszniejsza, że nieznana, niespodziewana. A że Jankowski? Na pewno już od dawna byłam w Niemczech, gdy usłyszałam o skardze na niego, pierwszej, drugiej… Jego działania wyszły na jaw w 2004 roku. Zajęły się nimi prokuratura, kuria, prasa. Gdański pisarz Paweł Huelle oskarżył go publicznie o pławienie się w zbytku jak Kadafi. W rok później wyszło na jaw, że pedofilia spowodowała, że ubecja łatwo mogła Jankowskiego zaszantażować i zmusić do współpracy. Wszystko gotowało się przez chwilę i zamierało, aż wybuchnęło z całą siłą w roku 2018. W międzyczasie Jankowskiemu postawiono pomnik, który po ujawnieniu pedofilii księdza prałata, obalono.

Jedno tylko było nowe – słowa. Słowa rodziły się na nowo. Solidarność… Słowa żyły na nowo… Lęk, niepokój, strach. Entuzjazm, optymizm, patriotyzm. Posłanie, idea, program. I wreszcie porozumienie. Nowe słowo w historii polskich powstań i polskich Miesięcy.

A tu zimno, wiatr, deszcz, koniec sierpnia i po lecie – witamy w domu! Koniec wakacji.

Czasem ludzie, którzy słuchali co wieczór Wolnej Europy, wiedzieli więcej niż mieszkańcy Trójmiasta. Niekiedy były to informacje wyssane z dziennikarskiego palca, ale za wzruszeniem ramion zawsze kryła się myśl, że może ci w Monachium wiedzą za jakichś swoich źródeł więcej niż ci, co są na miejscu.

– Mama mówi, powiedziała pewnego dnia Basia, że Wolna donosi, że są jakieś manewry na Bałtyku i lada moment przyjdą Rosjanie.
– I co? spytał Stefan.
– No przecież wiesz, jaka jest mama. Boi się.
Ludzie się bali. Nie wiedzieli, co się dzieje, bo to, co się działo było niezwykłe. Ale przez to, że było niezwykłe, mogło budzić dumę i nadzieję. Ale ludzie tacy już są, że ponurość wydaje się im prawdziwsza niż optymizm. Nie wiedzieli, jak zaklasyfikować to, w czym sami brali udział, a to budziło strach, lęk, niepokój, obawy.

Jednak z każdym dniem strajkujący i mieszkańcy coraz mniej się bali. Tym razem nie przyjdą, powiedziała dziennikarce jakaś kobieta koło 50, repatriantka z Kresów. Ten jeden raz się wreszcie uda, ludzie mają tego wszystkiego dosyć. Wystarczy stanąć pod stocznią, zobaczyć te tłumy, które popierają stoczniowców. Całe życie będziemy to pamiętali.

Stocznia codziennie wydawała ulotki, a od trzeciego dnia biuletyny. Informowały o tym, ile zakładów aktualnie strajkuje, zapewniały, że nie ma żadnych incydentów i panuje porządek, że od początku było wiadomo, że tym razem strajk musi się skończyć porozumieniem między strajkującymi, a rządem. Biuletyny kończyły się tym jednym słowem pisanym wielkimi literami: WYTRZYMAMY!!!

W mieście było również spokojnie. Bez ingerencji władz miasto zadecydowało o wprowadzeniu całkowitej prohibicji. W kolejce kursującej między Wejherowem a Tczewem zawsze można było przeczytać ulotkę, albo przynajmniej dowiedzieć się od ludzi, co słychać. Całe miasto, a może już nawet cała Polska, czekało na przyjazd komisji rządowej. Rząd zadeklarował dość jednak niezobowiązującą chęć prowadzenia rozmów z Komitetem Strajkowym, ale najpierw do Trójmiasta przyjechał wicepremier Tadeusz Pyka, który prowadził rozmowy z poszczególnymi zakładami pracy, próbując rozbić jedność strajkujących. MKS szybko jednak zakazał tych rozmów. Czekano więc na przyjazd prawdziwej delegacji, takiej, która poprowadzi prawdziwe rozmowy.

W kolejce zawsze był ktoś, kto wiedział, że „jeszcze nie przyjechali, czekamy, wytrzymamy”.

Na przystanku Gdańsk-Stocznia wysiadały tłumy i szły w kierunku Bramy, która tonęła w kwiatach. Bramę zdobiły zdjęcia papieża, wielki krzyż i obraz Matki Boskiej Częstochowskiej. Na murze stoczni siedzieli młodzi mężczyźni. Ludzie podchodzili do nich, podawali siatki z jedzeniem i koperty z pieniędzmi.
Panie, powiedział do kogoś, nie wiadomo do kogo starszy pan, Ruskie przyjdą, ale mamy chociaż kilka dni wolną Polskę! Opłacało się przyjechać z Białegostoku. U nas tego nie ma!
Tak, w tym tłumie było wiele nieznanych twarzy, z pewnością niejeden tu stojący przyjechał z Białegostoku, Warszawy, Wrocławia, wszystkich tych większych i mniejszych miasteczek i wsi w Polsce, które zaczynały się budzić z ponad czterdziestoletniej apatii i rezygnacji.

Nagle nad głowami tłumu zaczął krążyć helikopter.

Będą strzelać czy co?, odezwał się ponownie starszy pan. Ale nie strzelali. W kilka minut później z helikoptera zaczęły frunąć na dół ulotki jak olbrzymie płatki śniegu. Wiatr rozdmuchał je we wszystkich kierunkach, niewiele z nich trafiło na sam teren stoczni. Nikt w tłumie nie schylił się, aby je podnieść. Wszyscy wiedzieli, że to Wojewódzki Komitet Frontu Jedności Narodu w Gdańsku nawołuje robotników do zakończenia strajku. Te wielkie papiery pozostawione same sobie, na ziemi wypełniały kałuże.

Basia, która też tam była, myślała, że dobrze, że tu jest, wtedy, kiedy w jej mieście znowu dzieje się coś niezwykłego. Gdy się obróciła, widziała główne wejście do Jedynki, I Liceum Ogólnokształcącego, do swojej szkoły. Jej i Stefana. Tego głównego wejścia nikt nigdy nie używał, zawsze wchodziło się tylnymi drzwiami przez podwórko, naprzeciwko szkoły muzycznej i obok wejścia do Biblioteki Narodowej, którą założono na samym początku XVII wieku z książek, jakie przywiózł tu w beczkach wypełnionych słomą włoski markiz d’Oria. Statek wiozący markiza i beczki zatonął na Bałtyku koło Swarzewa. Pasażerów i bagaże, w tym również beczki wyłowili Kaszubi i wynieśli na plecach na plażę. Legenda twierdzi, że byli niezwykli – umieli chodzić po dnie morza. Tak to zapisał Jerzy Limon.

Było zimno, lał deszcz. Basia dojechała do domu kompletnie mokra i przemarznięta. Wieczorem próbowała znaleźć w radiu Wolną Europę, ale była tak potwornie zagłuszana, że nie dało się wyłowić ani jednego słowa.

Basię odwiedził jej kaszubski dziadek. Po raz pierwszy myślę, że to się może udać, powiedział. Takie wolne związki to byłby już początek. Może jeszcze dożyję, jak padnie komuna. Nie dożył, zmarł w maju 1982 roku, w samym środku stanu wojennego, żałując zapewne, że taki był koniec wspaniałej narodowej euforii. Pisał listy do Basi, kulfoniastymi literami. Do Basi docierały z linijkami wymazanymi czarnym flamastrem przez cenzora.

Po rozpoczęciu strajku w Stoczni Gdańskiej jednym z pierwszych posunięć komunistów było przerwanie łączności telefonicznej z Trójmiastem. Kiedy 23 sierpnia 1980, podczas pierwszych rozmów ze stroną rządową, padły pytania o przerwane połączenia, związkowcy usłyszeli, że to wina burzy, która dzień wcześniej przeszła nad Warszawą… Blokowano wszelkie informacje na temat wydarzeń na Wybrzeżu. Dopiero 25 sierpnia gdańska popołudniówka Wieczór Wybrzeża, jako pierwsza oficjalna gazeta, poinformowała o Gdańskim Międzyzakładowym Komitecie Strajkowym i 21 postulatach wysuniętych przez protestujących.

Ludzie zachłannie czytają te postulaty wywieszone na ścianach stoczni i wypisane na drewnianej tablicy, którą umieszczono tuż koło bramy. Są to właściwie dwie tablice, co sprawia, że przypominają trochę tablice Mojżeszowe. I tak jak w przykazaniach boskich, tak i w postulatach strajkowych – pierwsze punkty dotyczą czegoś innego niż reszta. Na kamiennych tablicach trzy pierwsze punkty dotyczą Boga, a dopiero reszta – ludzi. Na drewnianych tablicach z Gdańska cztery pierwsze punkty dotyczą polityki, a dopiero reszta – zwykłego życia robotników, mieszkań, mięsa, odzieży ochronnej. Proste żądania, w innych, lepszych częściach świata – oczywiste, tu po prostu święte. Ilu z tych, którzy je czytają, płacze, ilu wierzy, że ich spełnienie przyniesie ulgę w ich ciężkiej pracy i znojnym życiu.

Stołówka na Stoczni dwoiła się i troiła, żeby wyżywić coraz większą ilość przebywających na Stoczni delegatów. Zużywano zapasy, wykorzystywano wszystko, co ludzie przynieśli pod Bramę, bądź przysłały strajkujące zakłady spożywcze. Czasem stoczniowcy szli do sklepu w okolicy, ale w sklepach nigdy nic nie było. Octu i liści laurowych nikt nie potrzebował. Ale i tak cały czas popyt przewyższał podaż, jak by to określili ekonomiści spod znaku Marksa i Engelsa. Na Stoczni przebywało tak wielu przyjezdnych, że w końcu poproszono strajkujących z Trójmiasta, aby wracali na noc do domów.

Stefan pojawił się na stoczni jako jeden z pierwszych, był w końcu zarówno pracownikiem biura projektowego Stoczni, jak członkiem Wolnych Związków. Sam wyprodukował sobie przepustkę, która miała jeszcze bardzo niski numer. Gdy pisarz Tomasz Jastrun dotarł do Gdańska 27 sierpnia, dostał przepustkę numer 0012921. Jastrun dostarczył na stocznię aneks do „Apelu 64” z setkami nowych podpisów.

Sam „Apel” przywieźli już 22 sierpnia Tadeusz Mazowiecki i Bronisław Geremek. Był to list, pierwotnie podpisany przez 64 warszawskich intelektualistów, skierowany do władz PRL, z wnioskiem o przystąpienie do rozmów ze strajkującymi. Sygnatariusze listu podejmowali się stworzenia komitetu doradczego, traktując to jednocześnie jako gwarancję dla obu układających się stron, które się wcale jeszcze nie układały i nawet nie było pewne, czy będą. Komitet doradców został powołany 24 sierpnia, a w jego skład wchodzili zarówno ci, którzy się sami zgłosili, jak ci, jak Bogdan Borusewicz, których powołali strajkujący.

Rozmowy rządu ze strajkującymi rozpoczęły się 23 sierpnia.

15 sierpnia wielka sala BHP, w której potem miały się odbywać narady, świeciła jeszcze pustkami.

Dopiero w ciągu popołudnia zaczęło do Stoczni napływać coraz więcej delegatów. Po dwóch dniach są już tłumy.

Przez salę, napisze potem Jastrun, na całą długość pomieszczenia ciągnęły się stoły, na nich kartki z wypisanymi niedbale nazwami zakładów pracy, których przedstawiciele siedzą tu tłumnie. Szokuje ściana za podium. Po prawej stronie stoi duży pomnik Lenina, odwrócony nieco bokiem, jakby wódz proletariatu bał się spojrzeć polskim robotnikom w oczy. Na środku biały Orzeł, dalej krucyfiks na biało-czerwonej fladze. Niżej kilka stolików, stukają tam maszyny do pisania i kręci się w szaleńczej pracy grupa młodych ludzi. W ten wir wpadają co chwila nowe teksty, listy, apele. Tu też gromadzi się materiał do pisma Solidarność.

Całe Prezydium Strajkowe to byli opozycjoniści, ci z Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża, z redakcji Robotnika Wybrzeża. Walentynowicz, Wałęsa, Lis, Gwiazda. Stefan. Borusewicz. Taka maleńka organizacja, a tyle teraz potrafiła osiągnąć. Nim strajk się skończył, dzięki tym kilku osobom stanęła praktycznie cała Polska, a 12 milionów ludzi robiło to, co proponowało tych kilku brodaczy oraz jeden wąsacz i jedna robotnica, zwolnieni właśnie z pracy.

Na razie jednak nie mieli czasu, żeby się nad tym zastanawiać, byli bowiem zbyt zmęczeni i zbyt przytłoczeni odpowiedzialnością, która nagle spoczęła na ich barkach. Byli maleńką organizacją, zajmowali się głównie sprawami związkowymi, dokształcaniem robotników i wspieraniem ich w ich dążeniu do stworzenia lepszych warunków pracy i życia. A teraz nagle stali się przywódcami całego kraju i odpowiadali za powodzenie negocjacji z rządem. Myśląc o tym w roku 1990, Stefan zastanawiał się, czy w ogóle daliby radę, gdyby wiedzieli, że w odległej perspektywie to, co robią, zmieni nie tylko obraz Polski, ale Europy i świata.

16 sierpnia Stefan zabrał ze sobą Dicka Verkijka, znajomego dziennikarza holenderskiego, który przypadkiem przyjechał do Polski pod koniec lipca, żeby spędzić wakacje nad polskim morzem.

Dick otrzymał pierwszą na Stoczni dziennikarską przepustkę strajkową, był więc pierwszym zachodnim dziennikarzem, który wszedł na Stocznię i mógł nadawać pierwsze audycje na Zachód. To było prawie równie ważne, jak to, co oni robili na Stoczni. Bez tego kanału przesyłającego wieści o ich planach, zdecydowaniu i uporze, bez świata, który ich w tym wspierał i starał się osłaniać, nic z tego by się nie udało. Bo w ciszy, ukradkiem i bez publiczności reżimy mogą robić, co chcą, ustępują, kiedy staną nagle w świetle ramp.

Dick nadawał swoje audycje wieczorami z mieszkania Stefana i Basi, gdy obaj potwornie głodni, wracali do domu. Na Stoczni było wprawdzie sporo jedzenia, ale widać jednak za mało. Stefan twierdził, że były na pewno jabłka, a poza tym zupy, kanapki, kawa, herbata, przygotowywane na zapleczu, z tego, co dostarczały na Stocznię zakłady pracy, ale też i z tego, co one, te stojące pod Bramą żony, pakowały do siatek. Podobne siatki przygotowywali też ludzie z zakładów. Bo codziennie rano, przed rozpoczęciem obrad, a czasem również wieczorem, każdy delegat jechał do swojego Zakładu i przekazywał strajkującym pracownikom druki, informacje i dyspozycje, a zabierał te siatki.

Przygotowanie ich nie było łatwe. Przez te dwa tygodnie Sierpnia życie w ogóle nie było łatwe. Przede wszystkim cały czas straszono strajkujących i ich rodziny, co chyba bardziej uderzało w rodziny, niż w tych, którzy byli na Stoczni. Oni tworzyli Historię, mieli poczucie Misji i Posłannictwa, byli blisko tego człowieka, który nagle okazał się charyzmatycznym Przywódcą. A żony mogły tylko być. Być, czekać, trwać. Zapewne również bać się.

Oni, tam, to byli przeważnie ludzie młodzi, mieli młode żony i małe dzieci. I to one stały pod Stocznią. Były grupą społeczną zdawałoby się wybitnie podatną na straszenie, a jednak okazały się równie nieustraszone, jak owi dzielni brodaci faceci w sali BHP. One też były dzielne. Nie wiedziały, co powiedział Seneka, ale jednak stosowały się do tego: Kto się boi, jest niewolnikiem. To było mniej patetyczne i znacznie bardziej pragmatyczne, niż to co głosili owi brodaci mężczyźni ze Stoczni, którzy pisali na plakatach, że “lepiej umrzeć stojąc, niż żyć na kolanach”.

One zajmowały się dziećmi, stały w kolejkach, gotowały jedzenie, piekły chleb i placki drożdżowe, i chodziły pod Bramę. Boże, jak myśmy przy tym strasznie wyglądały! pomyślała Basia kiedyś, gdy po kilku latach Stefan pokazał jej zdjęcia ze strajku. Na zdjęciach, które obiegły świat, ten tłum pod Stocznią był imponujący. Ale gdy się przyjrzeć bliżej, a jest taka fota w sieci, to groza. A to my właśnie tam stoimy, myśli Basia, za tymi stalowymi prętami, ubrane w ortalionowe kurtki, z włosami od fryzjera, u którego byłyśmy przed miesiącem, więc odrosły. I te nasze buty! A przecież starałyśmy się być jeszcze przy tym eleganckie. Miałyśmy te jakieś sweterki z komisów, kosmetyki. I co? I nic. Zdjęcia pokazują, jakie byłyśmy. Zapuszczone, zmęczone, zdesperowane, dzielne, młode kobiety. Mieszkanki świata zwanego komuną.

Tłumy pod Stocznią nie malały.

Strajkujący są spokojni, ale zdeterminowani. Oni też wiedzą, jak wielką dźwigają odpowiedzialność. Po kilku dniach, od czasu, gdy po raz pierwszy delegacja rządowa weszła na teren Stoczni, mogli się może nieco wyluzować, bo widmo zbrojnego ataku na Stocznię przestało być aż tak realne. Ale wielu z nich pamiętało przecież, że to tu, przed tą samą Bramą, gdzie teraz stoją tłumy ludzi, dziesięć lat temu padły pierwsze strzały i zaraz potem padli na ziemię pierwsi zabici stoczniowcy. Dlatego teraz nie ufają rządowym negocjatorom, są czujni i pełni podejrzeń, bo wiedzą, że atak wciąż jeszcze może nastąpić. Ale teraz nie dadzą się zaskoczyć i nie pozwolą się wystrzelać jak kaczki. Ich bronią będą butle acetylenowe, a jak to nie starczy, wysadzą w powietrze rafinerię.

Czy widzą w tym momencie pana Wołodyjowskiego? Czy ten sienkiewiczowski wzór jeszcze wtedy obowiązywał? W stanie wojemnnym na pewno przestał, ale być może na Stoczni wciąż kręcił się pomiędzy robotnikami w drelichach mały rycerzyk z wąsikiem i szablą, który właśnie zdjął hełm z głowy; chwilę jeszcze spoglądał na tę ruinę, na to pole chwały swojej, na gruzy, trupy, odłamy murów, na wał i na działa, następnie podniósłszy oczy w górę, począł się modlić…
Ostatnie jego słowa były:

– Daj jej, Panie, moc, by zaś cierpliwie to zniosła, daj jej spokój!…
W tej chwili zakołysały się bastiony, huk straszliwy targnął powietrzem: blanki, wieże, ściany, ludzie, konie. Działa, żywi i umarli, masy ziemi – wszystko to porwane w górę płomieniem, pomieszane, zbite jakby w jeden straszliwy ładunek, wyleciało w powietrze…

Na pewno pamiętali o nim eksperci, doradcy strajkujących, przerażeni tym, co sami przecież zaproponowali. Bo jeśli negocjacje się nie powiodą i do Polski wkroczą Rosjanie, to powtórzy się Budapeszt w roku 1956 i Praga w 1968, a również i Berlin Wschodni z roku 1953, choć o nim nikt wtedy nie myślał i nawet nie wiedział. Eksperci są przestraszeni, powściągliwi, umiarkowani w żądaniach. Robotnicy ze Stoczni i ci, którzy przyjechali z innych zakładów i miast, chcą znacznie więcej. Nie mają przerostów wyobraźni, pisze Jastrun, historię znają na ogół słabo, ale wystarczająco dobrze, by wyciągnąć jeden wniosek – liczy się przede wszystkim siła i tę siłę mają właśnie teraz, popartą głębokim przekonaniem o słuszności sprawy. Poszli już na kompromis. Nie wyrzucono z sali pomnika Lenina, nie wykrzykiwano – nawet nie szeptano – haseł antyradzieckich, nie żąda się rozwiązania partii. Ale gdy posłuchać ich rozmów, nie ulega wątpliwości, że są zdecydowanie antypartyjni. Wiele ideałów socjalizmu jeszcze żyje, ale przywalono je złomem pogruchotanych złudzeń. Jeszcze wczoraj związki zawodowe i cenzura to były dla tych ludzi niewiele mówiące nazwy, chociaż czuli własną bezradność w fabrykach, których byli rzekomo gospodarzami i zaciskali pięści czytając pełne kłamstw gazety. Tu w krótkim czasie przeszli niezwykłą edukację polityczną. Opór władz przy omawianiu poszczególnych postulatów uświadomił im ogromną ich ważność.

W sobotę 23 sierpnia o godzinie 14 do Stoczni przybywa pierwszy przedstawiciel władzy, a więc pierwszy negocjator ze strony rządowej. To wojewoda gdański, profesor Jerzy Kołodziejski. Ale to jeszcze nie są prawdziwe negocjacje, tylko ustalenia warunków rozmów, które się zaczną dziś o godzinie 20. Przyjeżdża wicepremier Mieczysław Jagielski. O Pyce nikt już nie pamięta. Przez dwie godziny, bo tyle mają trwać rozmowy, premier będzie przedstawiał opinie rządu na temat kolejnych postulatów. Związki zawodowe, prawo do strajku, cenzura i dostęp do środków masowego przekazu, uwolnienie więźniów politycznych – te cztery punkty to świeczka dla pana Boga. Cztery punkty polityczne. I już wiadomo – tylko prawdziwa zgoda na powołanie prawdziwych, niezależnych związków zawodowych może oznaczać przerwanie strajku. I żadnych obietnic, prosta i jasna zgoda!

Następnego dnia, w niedzielę – jest przerwa w obradach, premier pojechał do Warszawy – MKS przyjmuje i zatwierdza projekt pomnika mającego upamiętnić stoczniowców poległych podczas zamieszek w grudniu 1970 roku. Pomnik ma powstać od razu, zostaje ustalony termin jego odsłonięcia: 16 grudnia. Dokładnie w rocznicę.

Mają niespełna cztery miesiące. I wiedzą, że jak wygrają, to ten pomnik postawią. Jak nie, to i im może kiedyś ktoś będzie chciał stawiać jakiś pomnik. Albo ułożą o nich piosenkę, jak ta o tym, że Janek Wiśniewski padł.

Komisja rządowa powraca do Stoczni po trzech dniach, 26 sierpnia, we wtorek. W rozmowach pomijają na początek sprawę związków zawodowych i w ogóle punkty polityczne, choć może sprawa wypłaty pensji za okres strajkowy jeszcze mieści się w kategorii spraw politycznych. A może, z punktu widzenia ówczesnej sytuacji gospodarczej, każdy z tych punktów jest przede wszystkim polityczny, a dopiero potem dotyczy poprawy warunków życia i pracy robotników. Mięso (będzie więcej), kartki na mięso (będą), podwyższenie zasiłków rodzinnych (zostaną podniesione do końca listopada), podwyższenie rent (powoli), poprawa warunków służby zdrowia, zwiększenie ilości miejsc w przedszkolach i żłobkach, skrócenie czasu czekania na mieszkanie, podwyżki płac, poprawa warunków i bezpieczeństwa pracy, poprawa wyżywienia, lepsze zaopatrzenie (wszystkie punkty zatwierdzone do realizacji). Szwankuje porozumienie w sprawie przywrócenia komunikacji telefonicznej w Polsce, które nie jest postulatem z tablic strajkowych, tylko bieżącym żądaniem rozwiązania bieżących restrykcji ze strony władzy w stosunku do strajkujących i wciąż jeszcze pozostaje do omówienia punkt zasadniczy – wolne związki zawodowe. Władza chce reformować te, które istnieją, strajkujący żądają zgody na powołanie nowych.

W imieniu strajkujących mówi Andrzej Gwiazda i mówi wstrząsającą prawdę. Od wielu lat władze terenowe i resortowe są rozliczane z tego, ile produkują stali, ile węgla, ile metrów kabla. Nikt nie rozlicza ich z tego, jak żyją ludzie. Powinny to robić Związki Zawodowe, ale nie robią, tylko idą na rękę dyrekcji i partii. Nie chcemy tych związków, mówi Gwiazda, chcemy nowych, naszych własnych.
Niewątpliwie strajkujący robotnicy wiążą z propozycją utworzenia nowych związków również swoje własne nadzieje, że zwycięski strajk przywróci im ich robotniczą godność, zapewni sprawiedliwość społeczną i pozwoli w całym kraju ukrócić kumoterstwo, korupcję i przywileje partii.

O godzinie 14.15 narada się kończy. Od teraz w imieniu obu układających się stron warunki porozumienia będą negocjować eksperci, czterech mężczyzn po stronie rządowej – trzech mężczyzn i jedna kobieta po stronie opozycji. Mają dyskutować o wszystkich punktach, ale wiadomo – ważny jest tylko jeden – tak lub nie w sprawie nowych związków. I o nim nie będą decydowali eksperci, tylko Biuro Polityczne, a może nawet Moskwa.

Piątek, 29 sierpnia. O godzinie 16.35 przychodzi wiadomość, że Warszawa wyraża zgodę. Ale o 18 przychodzi kolejna wiadomość, nie, rząd nie wyraża zgody na utworzenie niezależnych związków zawodowych. O godzinie 20 kolejna informacja – tak, jest zgoda.

W Warszawie tymczasem zaczynają się aresztowania opozycjonistów, głównie przedstawicieli KOR-u. Równolegle do negocjacji toczy się zatem walka o uwolnienie KORowców.

Sobota, 30 sierpnia. Godzina 10.30. Komisje obu stron uzgodniły brzmienie tekstu.

W niedzielę 31 sierpnia odbędzie się uroczyste podpisanie porozumienia, ale nawet w trakcie uroczystego czytania wszystkich podpisywanych punktów trwa spór o aresztowanych KORowców. O 16.30 strona rządowa informuje, że ludzi z opozycji zwolniono z aresztów. Wałęsa i Jagielski podpisują Porozumienie. Wałęsa słynnym ogromnym długopisem z wizerunkiem papieża.

O 17 dokonało się.

Tłumy pod Stocznią nie malały. 31 sierpnia, w dniu podpisania porozumień, robotnicy opuszczali stocznię witani oklaskami i skandowanym „Dzię-ku-je-my”, a tłum dwoma palcami pokazywał „victorię”. A potem wszyscy wyszli do miasta i tańczyli na ulicach karmaniolę, tak jakbyśmy właśnie uwolnili więźniów z Bastylii.

I tak rozpoczęło się niezapomnianych kilkanaście miesięcy marzeń o życiu w lepszym państwie i zawdzięczaliśmy to oczywiście przede wszystkim sobie, ale zawdzięczaliśmy to też Lechowi.

Lech Wałęsa. Śmieszne, bo przecież go nawet nie lubię, ale staram się patrzeć uczciwie na moje i na nasze życie, i wiem, że tego dnia, 31 sierpnia 1980 roku NIGDY, ale to nigdy nie zapomnę. Bo chociaż nie pamiętam, co dokładnie tego dnia robiłam, ani co było na obiad, to jednak pamiętam i ZAWSZE będę pamiętać, że tańczyliśmy karmaniolę na ulicy. I że zawdzięczaliśmy to jemu i jego słynnej już na cały świat charyzmie.

Byłam wystarczająco mądra, żeby wiedzieć, że wysokie C dnia, kiedy rewolucja zwyciężyła, szybko zmienia się w nużące glissando znojnego uprawiania poletka tejżeż rewolucji. Znałam powiedzenie Dantona, które potem musieliśmy sobie niemal co dzień powtarzać jak mantrę, że Rewolucja, jak Saturn, pożera własne dzieci i że nie minęło wiele czasu, a ci, co tańczyli karmaniolę w pamiętnym roku 1789, położyli głowy pod rewolucyjną gilotyną.

Oczywiście teraz jesteśmy jeszcze mądrzejsi o wiedzę, że prezydentura Wałęsy była marna, a on okazał się politykiem nieobliczalnym i, nawet jak na polityka, egoistycznym i zapatrzonym w siebie.

A mimo to, mimo to… żałuję tych, którym nie dane było tańczyć na ulicach. To dodaje skrzydeł na całe życie.

Jak dobrze, że tam byłam.


Inspiracji do tego rozdziału dostarczyli mi Krystyna Koziewicz, Joanna Trümner, Dick Verkijk, Tomasz Jastrun, Wojciech Giełżyński i Lech Stefański, Katarzyna Krenz, Maksymilian Berezowski, Marek Slaski, Andrzej Gwiazda, Karol Krementowski, Krzysztof Dowgiałło

Wojenne rekreacje Mikołajka (2)

Tibor Jagielski

Jak to było z Ośrodkiem Internowania Klasy IV B Na Ulicy Topolowej.

Świetnieśmy się bawili. Nawet Alcest, straszny łakomczuch, dzielił się z nami kruchymi ciasteczkami swojej mamy, mówiąc, że jak jesteśmy internowani to wszystko jest teraz wspólne i dodał, że szwedzką czekoladę z orzechami, którą schował w kieszeni skafandra Maskencjusz też ma na myśli.

Siedzieliśmy więc w zrobionym przez dziewczyny igloo, a raczej w Ośrodku Internowania Klasy IV B Na Ulicy Topolowej i było bardzo fajnie. Dziewczyny uwijały się jak w ukropie, podtrzymując nas na duchu: przynosiły nam komiksy z  kapitanem Klossem oraz gume do żucia i przemycały grypsy do Rufina, który jest chory na świnkę i dlatego nie mógł się z nami internować.

W grypsach pisaliśmy, że się trzymamy i nie damy, choćbyśmy mieli siedzieć tutaj do wakacji.

Rufin odpisywał, że całe podwórko patrzy na nas z podziwem i sam chętnie by się do nas dołączyl, ale mu mama nie pozwala wyjść na dwór.

Ale wszystko co dobre nie trwa dłużej niż pacierz, jak mawia mój dziadek po niedzielnym obiedzie, bo przyszedł dozorca Libuda (ten z ORMO) z panią Roztropkową (to ta, która zezuje na lewe oko i ma sztuczną szczękę) i zaczeli rozbijać łopatami nasz internat, wołajac, że to skandal i hanba, i żebyśmy sie cieszyli, że nie wezwali milicji, a to ze względu na transparent “ZIMA WASZA – WIOSNA NASZA”, zawieszony na igloo.

Euzebiusz, który ma z nas największe doświadczenie, bo jego tata strajkowal w Fabryce Urządzeń Niesamowicie Ważnych, powiedział, żebyśmy stawiali bierny opór i abym natychmiast schował korkowiec, który wyciągnałem z plecaka. Trudno.

Wobec tego chwyciliśmy się za ręce i zaczeliśmy śpiewać słynną piosenkę opozycyjną “Bo w partyzantce nie jest źle”.

Dozorca Libuda zrobił się czerwony jak flaga naszego bratniego kraju i zaczął wrzeszczeć, że nam nogi z pup powyrywa. Natomiast pani Roztropkowa, która tym razem zapomniała sztucznej szczęki, sepleniła, że zawoła zaraz dzielnicowego (tego, który przychodzi do niej wieczorami z kwiatami, a czasami nawet i z bombonierką, budząc tym zawiść Alcesta).

Wobec tak jawnej przemocy, oświadczył Euzebiusz, nie pozostaje nam nic innego, jak tylko z podniesionym czołem opuscić nasz ośrodek internowania IV B, co też natychmiast uczyniliśmy, tym bardziej, że i tak niewiele z niego pozostało – parę rozwalonych brył śniegu.

Ruszyliśmy więc do odwrotu ze zrobionym przez dziewczyny transparentem (“ZIMA WASZA – WIOSNA NASZA”) i nieśliśmy też Maskencjusza, który twierdził, że jest ranny, bo trafił go odłamek lodu. Całe szczęście jego mamy nie było w domu, ponieważ stała w kolejce do rzeźnika.

Alcest powiedział, że na ciężkie obrażenia najlepsze jest kakao z miodem i ruszył natychmiast do kuchni. Usiedliśmy wokół łóżka, do którego położyliśmy Maskencjusza i byliśmy w bardzo ponurych nastrojach .

Prawdopodobnie zaczelibyśmy nawet płakać, gdyby nie Euzebiusz, który powoli wyrasta na prawdziwego przywódcę, chociaż nie posiada jeszcze wąsa. Nawet jednego włoska!

Walka trwa nadal, stwierdził, i weźmy sie w garść, bo o przyszłości należy myśleć organicznie. Co to znaczy organicznie? Zapytaliśmy się chórem.

Euzebisz podniosł palec do góry (tak jak Rosół, dyrektor naszej szkoły, kiedy ma coś ważnego do powiedzenia) i wyjaśnił, że organicznie oznacza myśleć nie tylko o rzeczach wielkich, ale i małych, na przykład o naszym odwołanym przez wybuch wojny meczu hokejowym z piątą C.

Fakt, przyznałem mu rację, zwłaszcza, że po Rufinie, który jest chory na świnkę, wypada nam z drużyny ranny Maskencjusz. Ledwo skończyłem mówić, Maskencjusz zerwał się z łóżka, wołając, że czuje się już znakomicie i nie potrzebuje nawet kakao z miodem.

Alcest wracając z kuchni rzekł, że spodziewał się takiego obrotu sprawy, więc wypił kakao sam, bo po dzisiejszych przeżyciach czuł się jakoś nieszczególnie.

Zaczęło się ściemniać, więc podjeliśmy jednomyślną uchwałę o rozejściu się do domów na kolację.

Pokolenie Solidarności (16)

Ewa Maria Slaska

Eli

Blaszany bębenek (1979)

Nie do wiary, ale znali się już dziesięć lat. Poszli do klubu Kwadratowa na pokaz filmu Güntera Grassa Blaszany Bębenek.

Polska była takim dziwnym krajem, w którym zakazany film mógł jednak zostać pokazany w klubie studenckim. Takich imprez nie wolno było nigdzie zapowiadać, ani w prasie, ani w radio, na wszelki wypadek ludzie nie informowali się również telefonicznie, ale i tak, cokolwiek by to nie było – spektakl teatralny, recital piosenki zakazanej lub zakazanego piosenkarza, wieczór autorski czy pokaz filmowy, chętnych zawsze było więcej niż miejsc. Jeden z pisarzy opowiadał kiedyś, że po takim legalno nielegalnym wieczorze autorskim podszedł do niego młody człowiek i podał mu do podpisania wszystkie jego nielegalnie wydane książki – te z wydawnictwa zagranicznego zwanego trzecim obiegiem i te opublikowane w Polsce, w nielegalnym wydawnictwie czyli tzw. drugim obiegu. Zaintrygowany pisarz zapytał, jak to się stało, że chłopak miał przy sobie wszystkie jego książki – spotkanie zostało przecież zapowiedziane trzy godziny temu i nie podano, kto będzie czytał.

Ach, powiedział chłopak, zawsze jak usłyszę, że ktoś będzie, idę do domu, mieszkam na szczęście bardzo blisko i zabieram ze sobą wszystkie książki wszystkich pisarzy opozycyjnych.

I pokazał zdumionemu autorowi ogromny wypchany plecak. Na stosach nieprawomyślnych książek leżały… ziemniaki.

– Oczywiście, powiedział Stefan, bardzo prosta historia. Wszyscy to robiliśmy. Ten skryba był durniem, że tego nie wiedział. Tyle tylko, że chodzenie po mieście z wielkim plecakiem też nie było bezpieczne, nawet z ziemniakami na wierzchu. Lub czymkolwiek innym. Trzeba było wciąż zmieniać kamuflaż w zależności od pory roku, zimą mógł to być węgiel, wiosną makulatura lub puste butelki, a czasem nawet złom. O węgiel w komunie było trudno, można więc było udawać, że się właśnie “zdobyło” parę kilo, dla siebie, dla babci, dla starej sąsiadki. Makulaturę i butelki się sprzedawało i robili to wszyscy, również profesorowie Politechniki.

A więc poszli do Kwadratowej. Była jesień 1979 roku, Volker Schlöndorf nakręcił film Blaszany bębenek w roku 1978, film w maju 1979 roku wszedł na ekrany (odznaczono go Złotą Palmą na 32 festiwalu Cannes) i ktoś przeszmuglował taśmy z zagranicy. W Gdańsku nie takie rzeczy były możliwe. Film był po angielsku, został po części nakręcony w Gdańsku i we Wrzeszczu, ale powieść Grassa była zakazana, nie można więc było oczekiwać, że władze wydadzą bezwarunkową zgodę na kręcenie w Gdańsku filmu, w którym pokazane zostanie jak Sowieci wchodzą do Gdańska w marcu 1945 roku, palą, mordują i gwałcą, a po ich tryumfalnym przejściu z pięknego miasta zostaje kupa dymiących gruzów. O dziwo władze wydały zgodę, część scen filmowych nakręcono bezpośrednio w Gdańsku, ale na przykład sceny początku wojny i słynnej obrony Poczty Polskiej – zostały nakręcone w Zagrzebiu, w Jugosławii.

Książka była zakazana we wszystkich krajach Bloku Wschodniego, siłą rzeczy zakazano więc też pokazów filmu, choć grali w nim przecież Polacy, przede wszystkim Daniel Olbrychski, kochanek głównej bohaterki i być może ojciec Oskara.
Kwadratowa naprawdę nazywała się Akademicki Klub Politechniki Gdańskiej KWADRATOWA i mieściła się w siedzibie dawnej organizacji studenckiej „Bratniak”, zbudowanej w dwudziestoleciu międzywojennym. Od samego początku tworzono tu kulturę studencką, były występy chóru, orkiestry. Mimo że po wydaniu przez studentów tak zwanej Jednodniówki w roku 1948 władze odgórnie zlikwidowały „Bratnią Pomoc”, to nazwa budynku Bratniak pozostała. Od końca lat pięćdziesiątych klub w Bratniaku przyjął nazwę Kwadratowa. Organizowano tu występy jazzowe i festiwal teatrów studenckich. Gdy Juliette Greco w maju 1962 przyjechała do Polski, występowała w Kwadratowej. Na początku lat siedemdziesiątych powstał tu Decathlon Dixieland Jazz Band później znany jako Detko Band.

Duch Święty (1979)

“Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi. Tej ziemi.” Słowa Papieża Jana Pawła II padły w Warszawie w 1979 roku. Rok później Duch porwał Polaków, zjednoczył ich i dał im siłę, by umieli powiedzieć NIE! komunistycznej władzy. Powstał 10 milionowy ruch społeczny Solidarność. Związek odmienił Polskę, a konsekwencją tych zmian była środkowoeuropejska Jesień Ludów ’89 i upadek komunistycznego reżimu. Symbolicznie to Solidarność wyzwoliła Europę, choć na tak zwanym Zachodzie nie wszyscy o tym pamiętają, chcą pamiętać i lubią pamiętać.

O tym, jaki był naprawdę Jan Paweł II, o tym, że krył pedofilów i zlikwidował kościelną opozycję, dążącą do unowocześnienia Kościoła, nikt wtedy jeszcze nie wiedział. Papież, “nasz papież”, był Bogiem, tak, takim z dużej litery, bliższym przeciętnemu Polakowi niż ten jakiś abstrakcyjny Pan Bóg tam gdzieś na górze. Hierarchia wiary polskiej była jasna – Matka Boska Królowa Polska i Papież Polak, no może jeszcze święty Stanisław, biskup zamordowany w roku 1079 przez króla Bolesława Szczodrego. Był opozycjonistą, a zamordował go władca – to oczywiście powód, by Polacy widzieli w nim swojego patrona. Legenda głosi, że król własnoręcznie poćwiartował zbuntowangeo biskupa, choć historycy twierdzą, że zrobił to jednak kat. Tak czy owak król uznany został za bezbożnika a rozbicie dzielnicowe przez wieki uważano za karę boską za świętokradczy mord. Polska została poćwiartowana tak, jak Stanisław męczennik.

2 czerwca 1979 roku Jan Paweł II rozpoczął pierwszą pielgrzymkę do Polski. Odwiedził Warszawę, Gniezno, Częstochowę, Kraków, Oświęcim, Kalwarię Zebrzydowską i Wadowice. Stefan i Basia pojechali na mszę papieską do Gniezna. Mieli już wtedy dzieci i malucha. Jechali w towarzystwie innych samochodów, udekorowanych biało-żółtymi flagami. Basia i Stefan poczuli się bardzo głupio, bo nawet dzieci zauważyły, że trzeba było powiesić na antenie jakieś kokardy w kolorach papieskich. W końcu zatrzymali się na łące, żeby odpocząć i się wysikać, a Basia uplotła wianki z rumianków i rzepaku, dla siebie, dzieci i auta. Podczas mszy dzieci tak słodko wyglądały w tych wiankach z więdnących już kwiatów, że zostały sfotografowane przez jakichś zachodnich dziennikarzy. Ale oczywiście nie wiadomo, czy zdjęcie gdzieś się ukazało.

Podczas mszy dzieci nie mogły się wysikać na jakimś trawniku czy pod jakimś drzewem. Sikały więc, a i robiły kupy, do słoików, które się zakręcało i wkładało do plecaka. Wszyscy rodzice to robili. Msza Papieska, Wielkie Przeżycie dla Całego Narodu, była po gombrowiczowsku podszyta słoikami pełnymi gówna.

W sierpniu 1980 roku, już w czasie strajków, czyli właściwie w Sierpniu, Komitet Strajkowy na Politechnice poprosił Stefana o wizytę i spotkanie ze strajkującymi. Miał opowiedzieć o życiu opozycjonisty w PRL-u. Opowiedział więc o aresztowaniach na 48 godzin, podsłuchach, inwigilacji, obserwacji, marnych pracach na wypomóżki za marne pieniądze i o tym, że nikt z nich nigdy nie zrobi kariery. Basia wiedziała, że tak jest, sama tego doświadczała na własnej skórze, a jednak zawsze się jej wydawało, że to był jakiś inny świat, oddalony o lata świetlne od zwykłego życia. Stefan mówił, że opozycjoniści nie są sami, że są setki odważnych ludzi, żyjących w każdym zakątku kraju i świetnie zorganizowanych w walce o lepsze życie.

– A co będzie potem?, zapytała Basia, kiedy wracali z Politechniki do domu. Stefan chciał się jeszcze wykąpać, zanim wróci na Stocznię.
– Co potem?, zdziwił się Stefan.
– Kiedyś to się przecież skończy. I co, przypomnicie sobie wtedy o nas? Przecież większość z was ma rodziny, narażacie więc nie tylko siebie samych, lecz również wasze żony, dzieci, rodziców.
– Jak możesz? Przecież tu chodzi o wielką rzecz, o wolność, dla nas i dla naszych dzieci. Jak możesz być taka małoduszna?
– Mogę, powiedziała Basia. Wiesz, dziś w domu u mojej mamy widziałam taki napis namalowany szminką na lustrze w windzie: Kobiety! nie przeszkadzajcie nam! My walczymy o Polskę! To ty napisałeś?
– Nie, nie ja. Jakiś inny zezłoszczony facet. Jego baba przyszła pod Bramę Stoczni, przyniosła mu bułki i kiełbasę, ale marudziła, wrócił więc na noc do domu, pobył trochę z dzieciakami, przespał się z żoną, a jak rano wychodził, zabrał jej szminkę i przekazał jej to, co miał do powiedzenia.
– Bym ci odpisała, powiedziała Basia.
– A co byś napisała?, zapytał.
– Bohaterowie, odpowiedziała. Odpalantujcie się od nas, bo naprawdę mamy co robić, mamy pracę, dom, dzieci i jeszcze was do obsłużenia.
– Naprawdę?, zapytał Stefan. Tak byś napisała?
– Tak, bo wy wcale nas nie dopuszczacie do tej waszej Wielkiej Sprawy. Jak my się mamy poczuć integralną częścią tego wielkiego zrywu, skoro nawet ty, a ty nie zgrywasz bohatera, ale nawet ty właśnie powiedziałeś tam na zebraniu, że strajki sierpniowe robią trzydziestoletni mężczyźni z brodami.
– To był żart, powiedział Stefan.
– Nie sądzę, powiedziała Basia. Bo wiesz, jestem kobietą i nie mam brody.


Za inspiracje i przypomnienia dziękuję Eli Kargol, Krystynie Koziewicz, Dickowi Verkijk i Joannie Trümner. Ponadto kieruję treść tego rozdziału do Marty Dzido, którą zawiodłam, gdy powiedziałam jej, że odezwa do kobiet, była napisana na lustrze, a nie na… Murze Stoczni. Bardzo Cię przepraszam, Marto.

Wojenne rekreacje Mikołajka 1

Tibor Jagielski (René Niegościnny)

Odcinek 1: Jak wybuchła wojna.

Bardzośmy się wszyscy cieszyli, bo nareszcie spadł śnieg, a i mróz trzymał tak, że woźny przyrzekł zrobić ślizgawkę. Maskencjusz, który ma bogatego tatę, zaczął już paradować. W żółtym kasku z napisem SVERIGE i bardzo byliśmy wszyscy zazdrośni, kiedy chwalił się, że ma w domu, najprawdziwszy i zagraniczny kij hokejowy, a jemu można wierzyć.

Alcest oświadczył, że w tym roku stać na bramce nie będzie. Choćbyśmy mu przyrzekli wszystkie czekoladki świata. Na dodatek Rufin, nasz najlepszy napastnik był chory na świnkę. Kłopotów co niemiara. Kiedy wróciłem do domu, mama zapytała, czy wytarłem nogi. I co w szkole, odparłem, że wszystko w porządku, bo nie chciałem jej martwic widmem Maskencjusza w żółtym kasku z napisem SVERIGE, mającego dwie lewe nogi. I grającego na prawym skrzydle. Dorośli też mają swoje kłopoty.

Mama powiedziała, że zaraz siadamy do obiadu, gdyż tata wróci późno, bo po pracy ma jeszcze zebranie „Solidarności”. Oboje wiedzieliśmy, że to zły znak. Nastąpią niechybne przepytywania z biologii albo z matmy i narzekania, że zupa znowu przesolona. Tak było już od jesieni, bo przedtem tata wracał z zebrań wesoły jak skowronek, nawet z kwiatami dla mamy i gumą do żucia dla mnie. A czasami zabierał nas nawet na wieczorny spacer nad rzekę.

Potem zadzwonił Alcest i powiedział, że w ostateczności zgadza się na kilogram mieszanki wedlowskiej, a jak nie, to będziemy musieli postawić na bramce którąś z dziewczyn. Bardzo się zdenerwowałem.

Tato wrócił rzeczywiście bardzo późno i zamknął się z mamą w kuchni, a ja siedziałem przed telewizorem, bardzo zdziwiony tym, że nie wysłano mnie spać. W telewizji leciał właśnie jeden z filmów bułgarskich, które, nie wiem dlaczego, tak nie podobają się dorosłym. Uśmiałem się, bo jeden aktor, biorąc jakąś panią za rękę, robił takie miny jak Zenobiusz wywołany do tablicy. Niestety zabawa nie trwała długo, bo rodzice zgasili „to straszne pudło“ i kazali mi iść do łazienki.

Leżąc już w łóżku usłyszałem jeszcze słowa taty, że „jak ci w Gdańsku dzisiaj czegoś stanowczego nie uradzą, to…“

Zasnąłem. W środku nocy obudziło nas wszystkich natarczywe pukanie do drzwi. Tato narzucił szlafrok, wcisnął między zęby wygasłą fajkę i udał się do przedpokoju. Zapytał głośno – Kto tam? – Swój – usłyszeliśmy cichą odpowiedź. – Jaki swój?! – sapnął zirytowany tato, otwierając w międzyczasie drzwi. Do środka wtoczyła się ośnieżona, futrzana kula, która po pewnym czasie okazała się być Panem Ignacym, mieszkającym parę ulic dalej znajomym taty. – Aresztują – powiedział pan Ignacy, zrzucając futro. – Co?! Jak?! – krzyknęli chórem moi rodzice. – Ciii…cho – przyłożył palec do ust pan Ignacy – Aresztują, zamykają, wszystkich wyciąga z domów ubecja, istna noc świętego Bartłomieja, Sodoma i Gomora! Uciekłem ledwo co…- wskazał na swoje stojące na klatce schodowej zaśnieżone traktory. Ojciec zatrzasnął drzwi, a matka poszła do kuchni robić herbatę. Na kanapie  w pokoju gościnnym rozsiadł się, ubrany w strój harcerski i z finką u boku, pan Ignacy i zaczął opowiadać, że jego znajomych zaaresztowano przed godziną, a on sam, powiadomiony przez życzliwych, w ostatniej chwili rzucił się do ucieczki.

– Hmm… – mruknął tato, nalewając do kieliszka, który postawił przed uciekinierem na stole, wiśniową nalewkę, zrobioną przez babcię i, chociaż milczał, to ja dobrze wiedziałem, co ma na myśli – że choćby zamknęli pół miasta, to i tak między zatrzymanymi nie znalazłby się pan Ignacy.

Mama przyniosła herbatę i powiedziała, że telefon nie działa. Wobec tego wlaczylismy radio, ale leciała na wszystkich programach tylko muzyka. Na okrągło same marsze i marsze, aż tata stwierdził, że mu kiszki grać zaczynają. Po pewnym czasie usłyszeliśmy głos spikera, który powiedział, że jest wojna i że niczego nie wolno teraz  robić. Nawet chyba grać w hokeja.

Chciałem zapytać rodziców, ale mieli takie zmartwione miny, iż postanowiłem się nie odzywać. Pan Ignacy wypił herbatę z nalewką i powiedział, że czas mu w dalszą drogę, bo tu zaczyna się robić niebezpiecznie.
– Gdzie? Tutaj?! – spytała odrobinę nieprzytomnie mama.
– No u was – ruszył po swoje futro pan Ignacy – jestem tu  prawie godzinę i prawdopodobnie zdążyli już zrobić na mnie namiar i mogą się pojawić lada chwila.
– Tak, tak – przytaknął skwapliwie tato i z oddechem ulgi wypuscił go za drzwi.
– Co teraz będzie? – zapytała mama, gdy zostaliśmy sami. Tato wzruszył bezradnie ramionami.
Ja też mógłbym zadać to samo pytanie, w związku z naszym poniedziałkowym meczem z piątą C.

Pokolenie Solidarności (7)

Ewa Maria Slaska

Eli

Muzyka (1966)*

Na wakacje się jeździło nad morze, do Jastarni, Kuźnicy, Juraty. Zasadniczo miałoby większy sens, gdyby dzieci znad morza jechały w góry, ale tak nie było. Kolonie dla dzieci szkolnych z Trójmiasta organizowano też nad morzem. A gdy Basia, już w liceum, zamiast na kolonie jeździła na obozy harcerskie, wyjeżdżali zawsze na Kaszuby. Dopiero pod koniec liceum, gdy Basia zaczęła jeździć autostopem, zobaczyła Mazury, Puszczę Białowieską, Tatry, Bieszczady i Góry Świętokrzyskie.
Komunistyczna rzeczywistość była szara i przaśna, młodzi ludzie posiadali niewiele, ale na szczęście dorastali już w czasach postalinowskich, w związku z tym mieli jednak jakieś kino, jakieś książki, również te z Zachodu, jakiś teatr i przede wszystkim muzykę. Muzyka była bardzo ważna, bardziej niż książka, a nawet niż kino była przepustką do kolorowego świata i romantycznych uniesień. Radio tranzystorowe, magnetofon, adapter, szafa grająca w kawiarni, ale przede wszystkim jednak muzyka na żywo: jazz w klubie, pop na zabawie ludowej, orkiestra na dansingu. No i wszyscy sami śpiewali przy gitarze, albo grali na fortepianie. Od roku 1961 były już koncerty w Non Stopie w Sopocie, pod płóciennym dachem rozpiętym przy samej plaży. To było świetne, prawdziwa dyskoteka, jedna z pierwszych w Polsce. Stefan pamiętał zespół Pięciolinie, potem przemianowany na Czerwone Gitary. W Non Stopie śpiewali wszyscy, Seweryn Krajewski, Krzysztof Klenczon, Helena Majdaniec, Karin Stanek, Czesław Niemen.

Po 50 latach od tamtych czasów berliński artysta performansu, Jemek Jemowit wymyślił postać Zygmunta Blaska, polskiego Davida Bowie, Ułożył dla niego piosenki i nagrał je na płycie, stworzył film, w którym grałam dziewczynę, żonę, a potem wdowę po Zygmuncie Blasku. Opowiadałam o życiu muzyka, przydając mu biografię człowieka, z którym kiedyś krótko byłam, a który stał się pierwowzorem postaci Stefana. Wyjechał z Berlina do Nowego Jorku i tam… O tym, co tam, opowiem później, tu przytoczę tylko piosenkę o mnie, oczywiście tej filmowej, ale może trochę i o mnie, dziewczynie która chodziła do Non Stopu gdy miała 18 i 19 lat, i płakała, gdy kończyła lat 20, bo była już za stara.

Ruda z Non Stopu, piosenka Jemka Jemowita z filmu Legenda Zygmunta Blask.

Jedna jest rodem z Bydgoszczy,
a druga rodem z Warszawy
Trzecia tutejsza
Sopot Grunwaldzka
Co je łączy?
To dansing i noc
Lecz czwarta JEDYNA
jak róża ognista
Trochę trzeźwa trochę przejrzysta
Chodź kocie, zapraszam na kawę,
Pokaż w Sopocie jak tańczą warszawę
Prowadź mnie jak Lodzia Krajewska
W oczach czarnych elektryczna iskra
Firany bujają żyrandol trzęsie
Wpadam prosto w twoje ręce
RUDA Z NON-STOPu,
HEJ! RUDA Z NON-STOPu,
HEJ! RUDA Z NON-STOPu,
hej, mała, mała
A ja jak koń młody
Głupi, lecz silny i pełen swobody
Na parkiecie, w namiocie, na plaży wzdłuż mola
Naucz mnie tańczyć tu rock’n’rolla

Tańczyliśmy jive’a, twista i let’s kiss, charlestona, madisona i warszawę, ale przede wszystkim rock’n’rolla z obrotami, przerzucaniem i przeciąganiem partnerki po podłodze. Oczywiście rock and roll miał swoje reguły, których uczono na kursach tańca, ale takim amatorom jak Stefan, Marek, Jacek, Piotrek czy ich kumpel Zbigniew, zwany Zbychoo, i ich licealnym kolegom wystarczała improwizacja, niespożyta energia i czyjaś wolna chata, gdzie można było zorganizować prywatkę z potańcówką. Muzykę odtwarzali z gramofonowych singli na adapterach Bambino, z pocztówek dźwiękowych, kupowanych w kioskach i na stoiskach targowych, czasem z płyt, o które w Gdańsku było łatwiej niż gdziekolwiek w Polsce, bo przywozili je marynarze. Był taki komis we Wrzeszczu na Grunwaldzkiej, być może jedyne takie miejsce w Polsce, gdzie można było kupić „Szedousów”, „Bitlesów” i „Stonsów”. Jednak i tak najważniejsze dla tych, którzy słuchali muzyki, było radio Luxemburg, choć ciężko się go słuchało, bo było zagłuszane prawie tak samo jak radio Wolna Europa.

Stefan i Marek czasem mieli jakieś fajne płyty, czasem chatę, ale przede wszystkim obaj świetnie umieli tańczyć. Byli wysocy, mocno zbudowani i silni, mogli ryzykować przerzucanie partnerki przez ramię albo przetaczanie jej po plecach, bez obawy, że spadnie na ziemię. Kiedy mieli chwilę wolnego, czasem nawet kilka razy w tygodniu trenowali w domu różne wymyślne figury taneczne, które im potem pozwalały „rządzić na parkiecie”. Choć oczywiście z reguły nie był to parkiet, lecz deski, wykładzina dywanowa albo linoleum.

Tak się zdobywało lokalną popularność, trzeba było mieć dżinsy, najnowszą płytę The Beatles i umieć podrzucić dziewczynę pionowo do góry tak, żeby okręciła się w powietrzu wokół własnej osi, zanim się ją znowu złapało i postawiło na ziemi.

Rock and roll był muzyką prostą i nieskomplikowaną, a to sprawiało, że w każdej szkole na świecie, a czasem nawet w każdej klasie powstawały zespoły rockowe. W większości męskie. Może dlatego, że chłopakom odpowiadało mocne uderzenie, szybsze i agresywniejsze, niż to, co dotychczas się grało w muzyce rozrywkowej. W każdym liceum i technikum, w każdej zawodówce byli chłopcy, którzy fantastycznie grali, a zdobycie sprzętu było wystarczająco proste, by każdy mógł grać. Ktoś kiedyś powiedział, że wystarczyło mieć gitary i garnki. Ale to nie takie proste. W polskim filmie Yesterday, z 1984 roku (nie mylić z amerykańskim z roku 2019) perkusista gra rzeczywiście na garach i garnkach, ale znawcy twierdzą, że „na wiadrach to nie pograsz, bo to nie ma odbicia zupełnie. Odczucia muszą być podobne do odbicia z naciągu”. Ale perkusja była niewątpliwie najdroższym elementem wyposażenia takiego szkolnego zespołu. W Liverpoolu, w czasie, gdy powstał zespół The Beatles, było pięć tysięcy zespołów młodzieżowych. Zespół Stefana nazywał się SZOPA, od pierwszych liter ich imion – Stefan, Zbychoo, Olek, Piotrek, Antek. Marek chodził do innej klasy, grał z nimi czasami, ale jednak jego imię nie przyłożyło literki do nazwy zespołu, z którym zyskali “nieśmiertelną sławę” na miarę ich własnego liceum.

Każdy zespół musiał mieć wokal, gitarę prowadzącą, gitarę rytmiczną, gitarę basową i perkusję, czasem pianino lub organy, czyli tak zwane klawisze. Chłopcy grali na szkolnych zabawach i na akademiach, chociaż wtedy najpiew musieli odwalić klasyczny repertuar z czasów Komuny – Międzynarodówkę, My ze spalonych wsi, Ukochany kraj, umiłowany kraj lub Wszystko tobie, ukochana ziemio. Po tej triadzie, ewentualnie tetradzie, mogli już grać, co chcieli, i czasem był to Armstrong, czasem Presley, niekiedy Penderecki, czasem Bach lub Czerwone Gitary, „Beatlesi” albo „Stonsi”. Stefan śpiewał, grał na gitarze i klawiszach jakąś własną mieszaninę jazzu, bluesa i rock and rolla. Nic dziwnego, że kiedyś Tadzio, jego syn, zostanie muzykiem hip-hopowym.

Teksty utworów były proste, chłopcy je sami pisali, i prawie zawsze dotyczyły miłości, z reguły samych jej początków. Każdy młody człowiek na całym świecie bez trudu utożsamiał się z tą muzyką i jej przekazem – kocham i nie ma nic ważniejszego niż miłość. I o ile nieszczęśliwie zakochane dziewczęta mogły jeszcze szukać pomocy u poetek, a w PRL-u przede wszystkim u Małgorzaty Hillar, o tyle chłopcy na wszelkie rozterki duchowe mieli tylko rock’an’rolla, zwanego w Polsce najpierw big beatem, a potem, żeby było jeszcze bardziej swojsko – mocnym uderzeniem. I to pomagało. Zawsze. W każdej sytuacji, na każdą miłość, tęsknotę i rozczarowanie, mieli swoje melodie i teksty. I can get no satisfaction. Albo: when you leave me, I will surely die.

Muzyka to była wolność. Wolność od dorosłych, od opresji ze strony rodziców, szkoły, partii, kościoła, społeczeństwa, wścibskich ciotek, złośliwych sąsiadów, nadmuchanych własną ważnością dyrektorów. Od, od, od. Od wszystkiego.

Na prywatkę i do Non Stopu trzeba się było odpowiednio ubrać. Oczywiście szczytem bycia na topie były prawdziwe dżinsy, a jak się ich nie miało, to jak najbliższe oryginału podróbki. Stefan jeszcze przez wiele lat opowiadał, że żeby kupić od jakiego marynarza dżinsy, które na nich pasowały – byli podobnie zbudowani, wysocy i szczupli, ale wtedy prawie wszyscy byli szczupli – zebrali wszystkie pieniądze, jakie mieli, spieniężyli kilka pocztówek dźwiękowych, sporo butelek z piwnic rodziców i sąsiadów, a także parę książek z bibliotek rodziców. I tak kupili tę jedną, jedyną parę, po to, żeby ją… rozpruć. Było to straszne i gdyby nie byli chłopakami, to chyba by się rozpłakali, prując te najpiękniejsze na świecie blue jeans, ale dzięki temu zdobyli idealny wykrój, według którego potem przez lata szyli podróbki.
Pamiętam, że jak doczekałam się wreszcie tego, że mama poprosiła kogoś, kto przyjeżdżał z Anglii, żeby mi przywiózł dżinsy, mama nie przekazała prośby dokładnie i dostałam granatowe dzinsy sztruksowe! Jaka byłam w nich gruba! Do dziś pamiętam to nie dające się opisać rozczarowanie. To już chyba nawet szariki były lepsze!

Stefan dostał od mamy starą, poniemiecką maszynę Singera i nauczył się szyć, tylko po to, żeby te dżinsy były idealnie takie, jakie miały być. Zbychoo miał dojścia do fabryki włókienniczej w Łodzi, gdzie pracowała jakaś jego ciotka, został więc głównym zaopatrzeniowcem grupy. Tak właśnie funkcjonował PRL, kraj, w którym nigdy nic nie było, wszystko jednak dawało się zorganizować i wszyscy wszystko mieli. Antek został krojczym i twierdził, że bardzo mu się to przyda, jak już pójdzie na studia, bo inżynier budowy okrętów musi umieć zaplanować traserom układanie na grubych stalowych płytach elementów kadłuba tak, żeby po wycięciu zostawało jak najmniej odpadów. Trenował więc na spodniach. Stefan szył, a Piotrek i Olek, którzy mieli smykałkę do interesów, sprzedawali je na dużej przerwie w szkole, w kącie między płotem a salą gimnastyczną. Było to właściwie jedyne miejsce w całej szkole, gdzie prawie nigdy nie zaglądali nauczyciele, z reguły więc spotykali się tam palacze, ale i palacze potrzebowali porządnych spodni, jakoś zatem potrafili się podzielić tą przestrzenią wolności.

Pieniądze ze sprzedaży „dżinsów spodni” zużywali na zakup instrumentów, muzyki oraz taniego wina, czyli jabola. Jabol, zwany też czasem jabłko, alpaga lub bełt, był tanim winem owocowym, jak sama nazwa wskazuje, jabłkowym, rzadziej wiśniowym. Cieszył się właściwie złą sławą, ale podobnie jak pocztówki dźwiękowe, był niezbywalnym składnikiem ich młodości. Pisząc tę powieść, przeczytałam w Wikipedii ciekawe zdanie: Mimo niskiej ceny i negatywnych skojarzeń polskie wina owocowe, produkowane tradycyjną metodą fermentacji moszczu owocowego, uważane były przez fachowców za wina wysokiej jakości w swojej klasie, co zawdzięczały głównie dobrej jakości naturalnym surowcom oraz tradycyjnej technologii produkcji. Wyobrażam sobie, że napisał to mój rówieśnik. Ciekawe, czy wyglądał jak któryś z „Bitlesów”. Taka była norma, wychodziłyśmy za mąż za facetów, którzy wyglądali jak „Bitlesi”. Najlepiej jak John Lennon (oryginalny, chudy w drucianych okularkach, zwanych do dziś „lenonkami”) albo Paul McCartney (ładny, bez okularów i zarostu).

W drugiej połowie lat sześćdziesiątych, kiedy jako SZOPA byli już stałymi bywalcami studenckich tańców, Stefan i jego koledzy znali dobrze światowe trendy. Czasy „Szadousów” i Rity Pavone minęły, słuchali Presleya, Paula Anki i Chucka Berry’ego, który odegrał w historii rocka taką rolę, że ktoś potem powiedział, że gdyby Chucka Berry’ego nie było, to trzeba by go było wymyślić. Jednak od czasów That’s All Right Mama najważniejszym człowiekiem w świecie muzyki na świecie był oczywiście Presley, jak na górze, tak i na dole, jak na Zachodzie, tak i na Wschodzie, i jego styl, rockabilly. Presley został wylansowany już w lipcu 1954 roku, ale ta pierwsza fala jego popularności nie miała jeszcze szans, żeby dotrzeć do Polski. Stalin już wprawdzie nie żył, ale Blok Wschodni wciąż jeszcze trzeszczał w okowach mroźnej wojny, mimo iż co i raz zdarzał się bunt niewolników.

W latach 60 wszyscy ci idole ustąpili miejsca „Bitlesom”, których nazwę pisało się i mówiło w Polsce nader dziwacznie. Zaraz po „Bitlesach” lokowali się The Rolling Stones czyli po polsku „Stonsi”. A po piętach deptały im następne sławy, The Bee Gees, czyli trzej bracia Gib, The Beach Boys, The Lovin’ Spoonful, Herman’s Hermits, The Who, a potem The Doors i Jimmy Morrisson. No i wreszcie nadciągnęły dwie wielkie gwiazdy ich młodości, Jimi Hendrix i Janis Joplin. Oboje umarli w 1970 roku, i wtedy już na dobre skończył się świat młodości, muzyki, wakacyjnych flirtów na plaży i poszukiwania wolnej chaty.
W międzyczasie wszyscy z SZOPY wpadli w politykę, zanim to jednak nastąpiło, do Warszawy przyjechali „Stonsi”.


* Masy inspiracji do tego rozdziału dostarczyli mi Jacek Krenz i Zbigniew (Zbychoo) Milewicz oraz wspomnienie o mojej (nieżyjącej już) przyjaciółce, Basi Owsianej, która stała się wzorem bohaterki tej powieści (jeśli to w ogóle jest powieść) i dała jej imię. Dziękuję, Basiu, dziękuję, chłopaki!

Frauenblick: Europa in der Coronazeit

Monika Wrzosek-Müller

Wissen wir, was wir mit unserer EU in der Zukunft vorhaben?

Die Coronavirus Pandemie zwingt uns über viele Sachen nachzudenken, über Solidarität, Toleranz, Freiheit, Individuum, Rechte, Pflichten natürlich auch über finanzielle Risiken und Bürden, usw., die sie mit sich bringt. Es herrscht Unsicherheit und ja, doch auch etwas Angst, wie die Zukunft sein wird, danach. Wäre es nicht angebracht, über unsere Vorstellungen, quasi einen neuen Anfang für EU nachzudenken und vielleicht eine Umfrage starten in allen EU Ländern und bei allen Bürgern, mit einem breiten Fragenkatalog, sich vergewissern, was wir eigentlich von diesem doch künstlichen Gebilde wollen, wie wir es weiter entwickeln, lenken sollen.

Als in Polen die oppositionelle Bewegung entstand und daraus dann später auch Solidarność, als unabhängige Gewerkschaft wurde, wusste sie ganz genau, auf welcher Seite sie stand. Es war wie ein Imperativ, mobilisierte alle ihre Kräfte und Gedanken. Sie kämpfte dafür ohne Wenn und Aber, ohne viel zu überlegen, was passiert, wenn…

Die Entwicklung zeigte, dass das auch richtig war; es war der richtige Kampf, der richtige Weg. Natürlich mit vielen Mäandern, doch die Richtung stimmte. Es hat vieles verändert, auf einen guten Weg gebracht.

Lange blieb sie danach unpolitisch, es ging auch eigentlich nicht anders, sie zog nach Deutschland um und bis sie politisch hätte tätig werden können, vergingen Jahre. Die deutsche Staatsangehörigkeit nahm sie erst 2009 an. Eigentlich begleitete sie nur ein politischer Gedanke, dass wir Europäer zusammen kommen sollen, unabhängig von allen regionalen Unterschieden, sich zusammentun und eine bessere Welt vorleben. Vielleicht war das auch die andere Seite ihres Lebens, die Umzüge und Änderungen des Standortes haben sie offen und positiv neugierig für das andere gemacht, aber zugleich auch gezeigt, wie viel man gewinnt, wenn sich die Länder unterstützen und einige Herausforderungen gemeinsam meistern.

Die Gründung der EU am 1. November 1993 empfand sie mehr als richtig, sie war begeistert. Doch schnell kamen die Krisen, die Unterschiede machten sich allzu sehr bemerkbar. Trotzdem wuchs die EU, zu den sechs Gründungsländern kamen weitere hinzu. Immerhin schaffte es die Union, eine einheitliche Währung zu etablieren; der Bewegungsfreiheit innerhalb Europas waren kaum mehr Grenzen gesetzt. 1999 waren elf Staaten in der europäischen Währungsunion verbunden, bis 2015 traten weitere acht Staaten bei. Die Europäische Zentralbank wacht über die Preisstabilität und, mal und mehr mal weniger erfolgreich, über die Haushaltsdisziplin der einzelnen Mitglieder. Die Finanzkrise von 2008 überstand Europa weitgehend unbeschadet, doch es wurde schnell deutlich, dass es sogenannte „bessere und schlechtere“ Länder in Europa gab, und diese Aufteilung wurde eigentlich nicht mehr aufgehoben.

Dann kam 2015 die Flüchtlingskrise und die Spaltung oder das Auseinanderdriften der Staaten war nicht mehr zu übersehen. Europa konnte sich auf keine gemeinsame Vorgehensweise einigen, viele Staaten respektierten die europäischen Institutionen nicht. Die Risse zeigten sich natürlicherweise während der Krisen deutlicher; so ging es mit gemeinsamen Aktionen nach der Flüchtlingskrise immer mehr bergab. Einige der Länder spielten ihre eigene Musik ganz für sich und wurden arrogant und beleidigt, wenn man sie zurechtzuweisen versuchte. Manche Kritik an der Art und Weise, wie die EU funktionierte, war vielleicht auch angebracht, und so trieb die Uneinigkeit in der EU ihr Unwesen.

Das Referendum in Großbritannien von 2016 fiel knapp zugunsten des Austritts aus der EU aus; für den Verbleib hatten immerhin 48,11% der Bürger gestimmt. Trotzdem war es wie eine Ohrfeige für die EU, England entschied sich für den Brexit und der Austritt erfolgte im Januar 2020. Da war aber ganz Europa schon mit einem neuen Problem beschäftigt, mit dem es bis heute kämpft und das es auf seine größte Probe stellt. In März befiel ganz Europa, die ganze Welt die Virus-Pandemie, die sich bis heute weiter ausbreitet und in vielen Ländern riesige Problemen schafft.

Sie hat diese Zeit nicht in Berlin verbracht; während der dunklen winterlichen Monate war sie in der wunderschönen Stadt an der Moldau, in Prag. Sie erlebte dort den totalen lock-down und eine leere Stadt mit geschlossenen Geschäften, Restaurants, Cafés, Bars, Museen, Konzerthäusern, Theatern, Kinos. Praktisch das ganze Leben stand still in dieser sonst so von Touristen überlaufenen Stadt. Sie war angetan, wie diszipliniert und verantwortungsvoll die Tschechen mit den Maßnahmen umgingen und sich ihnen fügten.

Doch eines stach in dieser Zeit für sie ganz deutlich ins Auge: es gab praktisch keine gemeinsame Aktionen seitens der EU. Jeder Staat versuchte schleunigst, für sich eine Strategie zu entwickeln, kapselte sich mehr oder weniger ab; manche schlossen die Grenzen, andere ließen ihren Bürgern mehr Freiheit und wollten die sogenannte Herdenimmunität durch höheres Infektionsaufkommen herstellen, wieder andere waren einfach hilflos gegenüber der sich ausbreitenden Krankheit. Sie wartete vergeblich auf Signale aus Brüssel, einen Weg, einen Vorschlag seitens der europäischen Kommission. Es wäre doch möglich gewesen, einen Rat für die Erarbeitung eines Maßnahmenkatalogs zu bilden und, wenn nicht praktisch, dann doch wenigstens symbolisch, Geschlossenheit zu zeigen. Es war wie ein Schlag, nach dem die Schleier fielen, sah man ganz deutlich: die Länder lebten ihre nationalen Gefühle und Gebärden, ihren Stolz wieder aus; es kam zur Konkurrenz, wer es warum und wie besser machte. Das war ihr unverständlich und schmerzhaft, doch die Meldungen übermittelten eindeutig dieses Bild: jeder Staat agierte für sich allein. Irgendwann erst taten sich die Staatschefs zusammen und finanzielle Hilfe für ganz Europa wurde vereinbart. Das war ein gutes und richtiges Signal.

Doch für sie war der Traum ausgeträumt, die ersten Impulse hatten gezeigt, dass sich spontan alles wieder klar in Richtung Nationalstaat; dieser Reflex steckt weiterhin ganz tief in den Köpfen.

So denke sie, dass die EU nach der Corona-Krise einen neuen Anfang machen muss, etwas mehr Gewicht auf moralische, ethische Probleme legen, sich von bloß finanziellem Kalkül weg bewegen. Vielleicht würde, wiederhole ich noch einmal, eine allgemeine Umfrage helfen, in der Bürger aller EU-Staaten aufgerufen wären, sich über die Zukunft der EU, deren Aufgaben, Ziele, Pflichten auszusprechen. Dann könnte man sie (die Bürger und die Staaten) beim Wort nehmen und mit neuen Schwung die Einigung, den Fortschritt weiter vorantreiben, auch in den Bereichen, wo die Stimme der EU gefehlt hat, und bei allen Unterschieden und Interessengegensätzen zwischen den Länder.