Wpis będzie ostatni, nie dlatego by cierpienie zwierząt przestało mnie poruszać i nie dlatego, że nic się w tej sprawie nie dzieje, bo dzieje się dużo, choć niestety z reguły na zasadzie krok naprzód i dwa do tyłu. W Niemczech wprowadzono zakaz hodowli zwierząt na futra, ale jednocześnie cofnięto przepisy chroniące zwierzęta przed testami medycznymi i kosmetycznymi. Kończę wpisy na ten temat, bo każdy temat kiedyś trzeba skończyć. Po prostu.
A na zakończenie chciałam się z Wami podzielić pewną refleksją, powiedzmy, literacko-etyczną. Skłoniły mnie do tego Wasze komentarze do wpisu, w którym podzieliłam się z Wami przemyśleniami na temat fragmentu książki Gottland Mariusza Szczygła.
McDonald’s przegrywa proces sądowy z kucharzem Jamie’em Oliverem, który udowodnił, że jedzenie, które sprzedają, jest nie nadające się do spożycia przez ludzi, ponieważ jest wysoce toksyczne.
Szef kuchni Jamie Oliver wygrał proces sądowy przeciwko największej na świecie sieci fast food.
Oliver pokazuje, jak wytwarza się hamburgery.
Według Olivera tłuste kawałki mięsa są „prane” wodorotlenkiem amonu, a następnie używane do nadziewania kotletów na hamburgery. Nawet przed tym procesem, jak mówi prezenter telewizyjny, to mięso nie nadawało się do spożycia przez ludzi.
Oliver, radykalny aktywista kulinarny walczący z przemysłem spożywczym, mówi:
„Mówimy o mięsie, które sprzedaje się jako karma dla psów, a potem podaje ludziom. Pomijając jakość mięsa, wodorotlenek amonu jest szkodliwy dla zdrowia”. Oliver nazywa to „procesem różowego szlamu”.
Jaki przy zdrowych zmysłach człowiek włożyłby kawałek mięsa nasączonego wodorotlenkiem amonu do ust dziecka?
W innej inicjatywie Oliver pokazał, jak wytwarza się nuggetsy z kurczaka: Po wybraniu „najlepszych części” reszta — tłuszcz, skóra, chrząstki, oczy, kości, głowa, stopy — jest poddawana procesowi mechanicznego oddzielania zwanemu „Canica” — eufemizm stosowany przez inżynierów żywności. Ta krwisto-różowa pasta, która jest odświeżana, wybielana, neutralizowana zapachowo i ponownie barwiona, jest następnie obtaczana w mące i smażona na głębokim oleju. Zazwyczaj smaży się ją w częściowo uwodornionych olejach — innymi słowy, w toksycznych substancjach.
Przemysł spożywczy używa wodorotlenku amonu jako środka przeciwdrobnoustrojowego, co pozwala McDonald’s na używanie w swoich hamburgerach mięsa nie nadającego się do spożycia przez ludzi. Jeszcze bardziej alarmujące jest jednak to, że substancje na bazie wodorotlenku amonu są uważane za „legalne składniki procesu produkcyjnego” w globalnym przemyśle spożywczym, za zgodą organów zdrowia. W konsekwencji konsumenci nigdy nie będą wiedzieć, jakie substancje znajdują się w ich jedzeniu.
PS. Jednak mimo iż mięso wygrywa, są też pewne zwycięstwa w kwestii dobrostanu zwierząt. W Niemczech definitywnie skończyła się hodowla zwierząt na futra. W Polsce prezydent podpisał ustawę zakazującą trzymania psów na łańcuchach. W Egipcie zakazano zabijania wałęsających się psów. W Brazylii nie wolno już produkować foie gras czyli pasztetów z wątroby przymusowo tuczonych gęsi. Sąd Najwyższy Unii Europejskiej uznał weganizm za światopogląd taki sam jak wiara w Boga – praktycznie oznacza to, że instytucje państwowe w całej EU muszą swoim habitantom i służbom, a więc żołnierzom, więźniom czy pacjentom, zapewnić dietę wegańską.
Oba przekazy dotarły do mnie w tym tygodniu. I teraz nie wiem. Nie jedzenie mięsa, jak twierdzą polscy autorzy podkastu Dwa kilo mózgu upadło, przebrzmiało, nigdy go tak na poważnie nie było. A tymczasem redaktorzy Timesa głoszą, że właśnie zdobyło władzę nad ziemią, no w każdym razie zaczęło nową erę. Times mi bardziej przypadł do serca niż Dwa kilo mózgu, ale nie wiem czy to właśnie nie Polacy mają bardziej obiektywny ogląd świata.
Gdy zapytasz sieć, czy wędzidło boli konia, znajdziesz masę odpowiedzi, że ależ skądże, że to subtelny sposób prowadzenia konia i porozumiewania się z nim. Tym niemniej nawet sztuczna inteligencja przyznaje, że jeździec niewprawny, szarpiący konia lub o twardej ręce zada koniowi ból. W trakcie tych poszukiwań trafiłam na artykuł niejakiej Czubajki (ale nie kani, bo czubajka kania to grzyb) tylko tej od Koni.
Na zdjęciach drewniane koniki z Dalarny, popularna zabawka szwedzka; podobno czerwony konik postawiony koło komputera pomaga w pracy 🙂
Nie wyobrażamy sobie konia do jazdy bez wędzidła w pysku. Tak jak sami zakładamy toczek i bryczesy, tak koń powinien mieć siodło i kiełzno. Wszyscy chętnie się zgadzają, że tradycja wymaga kiełznania konia, ale ile jest mitów, w które wierzymy, wkładając koniowi w zęby narzędzie tortur? Dziś rozprawiam się z najpopularniejszymi.
Wpis portalu kawa z mlekiem, znaleziony i udostępniony przez Zbigniewa Milewicza na Facebooku, od którego ja go przejęłam i publikuję dziś w naszym co sobotnim cyklu o zwierzętach. Właściwie chciałam napisać o tym, że już kilka tygodni temu znakomitą większością głosów sejm polski przyjął ustawę antyłańcuchową. Już nie wolno trzymać kotów i psów na uwięzi. To będzie karane zgodnie z prawem. Już teraz polskie sużby porządkowe używają dronów, żeby odkrywać, gdzie się trzyma psy na łańcuchach. To wielkie osiągnięcie. Media napiętnowały od razu 28 osób, które głosowały “nie”. W tym trzy kobiety. Karina Bosak, Anna Cicholska, Maria Kurowska. Chciałam je też napiętnować, ale wpis Zbycha powiedział mi: nie, zostaw, karma wraca. Jeśli usiądziemy nad rzeką i będziemy spokojnie czekać, nurt kiedyś przyniesie nam ciała naszych wrogów. Zapamiętajmy więc raczej delfina Moko niż Karinę Bosak.
Wczoraj kopnął pan kota, myśląc że nikt tego nie widzi… ale on poczuł i tego nie zapomni, – no, niby czego? – zapytał pan, – że pan to kanalia a to mało?
***
Ubliżasz sąsiadom, swoim dzieciom, swojej żonie, też i sobie podobno…
Słychać wieczorem; już psy szczekają, a rano też ptaki niosą twe słowa.
***
Dziś, taki dzień pachnący patrzył mi kokieteryjnie w oczy, szeptał w zaspane uszy…
gdy nagle
zadzwonił budzik, i zza okna wpadł wiatr szalony, zainfekował wiadomości wszystkie i straszy…
…”INFLUENCER” !
***
“Dziwny jest ten świat” śpiewał Czesław Niemen; a on coraz dziwniejszy,
leży chory i załamuje z bezradności miliardy, miliony-bilionów rąk.
A Sztuczna Inteligencja, chichocze i organizuje w korzystnych cenach…
Nie pamiętam dokładnie kiedy, ale na pewno ze 30 lat temu pojechałam z moim kilkunastoletnim (a może 20-letnim) synem do Nepalu i Indii. Byliśmy też na Wyspach Andamańskich na Oceanie Indyjskim. W Nepalu bardzo mi się podobało, podobały mi się wspaniałe góry, godni ludzie i cudowne niebo gwiaździste nade mną. Również Wyspy były wspaniałe – piękne plaże, uprzejmi ludzie, smaczne jedzenie, cisza, spokój. Ale Indie to było paskudne doświadczenie, może najpaskudniejsze w życiu. Byliśmy latem, czyli w porze monsunów. Było potwornie gorąco. Jasne, powiecie, że przecież wiedziałam, dokąd jadę, ale nigdy przedtem nie byłam latem w tropikach i tak naprawdę, nie wiedziałam, dokąd jadę i jak tam będzie. Sztuka i architektura mnie nie zachwyciły, jedzenie było za ostre, wszędzie było przeraźliwie brudno, a ludzie byli potwornie nachalni i zarazem uniżeni w stosunku do białych turystów, a w stosunku do rodaków zachłanni, agresywni i egoistyczni. Miałam wrażenie, że źle traktują każdego, kto stał niżej niż oni, mimo że ci, z którymi my, turyści mieliśmy do czynienia, z reguły sami wcale nie stali jakoś specjalnie wysoko. Przypisywałam to systemowi kastowemu, który wprawdzie oficjalnie nie obowiązywał, ale w rzeczywistości był mocno odczuwalny. Widziałam w tym też przejaw wiary w karmiczne przeznaczenie. To, co my, Europejczycy od ponad stu lat widzieliśmy w Indiach, to była wiara w czystą filozofię karmiczną. Czystą. Uprawiało ją zapewne w Indiach parę milionów osób, których jednak nie spotkałam. Reszta stosowała myśl o karmie pragmatycznie, jako “prawo alibo powód”, jak pisał Sienkiewicz w Krzyżakach, do gardzenia każdym, biednym, brudnym, słabym, chorym, nieszczęśliwym. No i oczywiście kobietą. Każdy był sam sobie winny – w poprzednim życiu musiał być złym człowiekiem, jeśli dziś żyje w nędzy. Nasz los to kara za dawne grzechy. Bez łaski i bez wybaczenia. Do dziś jak myślę o Indiach, to ciarki mnie przechodzą.
Wiem, zapewne jestem niesprawiedliwa.
Wiem, wszystko się mogło zmienić.
Wiem, na pewno są też Indie piękne i szlachetne.
Wiem… Ale ja pamiętam biednych ludzi, wycieczki białych turystów do slumsów, walenie po głowie konkurenta, który też chciał nosić nasze bagaże, ulice pełne wycieńczonych krów, słonie…
Słonie były chyba w Jaipur. Zabrany z Berlina przewodnik sugerował przejażdżkę na słoniach, znaleźliśmy więc miejsce, gdzie organizowano takie przejażdżki. Słoń był łagodny i strasznie brudny. Laskar usadził nas na jakichś brudnych kocach na grzbiecie zwierzęcia, sam usiadł mu na karku i ruszyliśmy. Mężczyzna nie stosował żadnej innej metody powodowania zwierzęciem, jak walenie go kijem i wrzask. Było to tak okropne, że zaczęłam wołać, iż ma się zatrzymać, bo chcę zsiąść. Laskar zresztą nie chciał się zatrzymać. Wykrzykiwał, że nie zwróci mi pieniędzy. Ale ja nie chciałam żadnych pieniędzy, chciałam tylko natychmiast zsiąść. Jak tylko słoń się zatrzymał, zsunęłam się z grzbietu zwierzęcia, nie czekając na pomoc laskara i nie zastanawiając się nad tym, co naprawdę robię i czym to grozi. Bo słoń to wysokie zwierzę, a nieumiejętne zejście mogło sprawić, że dostałabym mu się pod nogi. Mógł mnie pewnie zdeptać, ale w ogóle o tym nie myślałam. Po prostu natychmiast musiałam przerwać to straszne doświadczenie. Przy schodzeniu nadwyrężyłam sobie prawe ramię, które do dziś potrafi boleć, jak pada deszcz, albo jak się przemęczę. Taka pamiątka z Indii.
***
Teraz Instagram przysłał mi informację:
Indonezja zakazuje jazd na słoniu. Myślę, że musi to być trend, bo z kolei Portugalia organizuje przestrzeń, gdzie słonie uwolnione od przekleństwa służenia ludziom, będą mogły żyć i jak byczek Fernando “hasać całą bandą”.
„Nigdy nie było nam po drodze i pewnie już nigdy nie będzie, ale powiedzmy sobie szczerze, ani ja nie będę z tego powodu płakał, ani Wy, smutni do lasu chodzić nie będziecie.
Adminka: Te wiadomości wybrałam z Instagrama, który, od czasu, gdy się zorientował, że temat mnie interesuje, przysła mi po kilkanaście informacji dziennie. Nie wiadomo, o czym najpierw pisać. Na dziś wybrałam tylko dobre nowiny, choć nie dalej jak tydzień temu dowodziłam, że jak jakaś akcja się powiedzie, to natychmiast zdarzy się również jej zaprzeczenie. Czyli zawsze to samo, wszystko jedno w którą stronę. Jak ktoś wymyśli broń, ktoś inny wynajdzie sposób, jak sobie z nią poradzić. Plus i minus są bez znaczenia, zawsze jest naprzemiennie. Ok, ale dziś i tak same dobre nowiny, bo dziś piękne wiosenne święto.
Jak wiadomo Mariusz Szczygieł lubi Czechy i dużo o nich pisze. Gottland to chyba jego najsłynniejsza książka o Czechach, kraju Karela Gotta, ale może może również kraju Boga po niemiecku. Książka została wydana w roku 2006 przez Wydawnictwo Czarne; została wyróżniona przez wybór czytelników Nagrody „Nike” 2007, otrzymała też nagrodę im. Beaty Pawlak w tym samym roku 2007 oraz Europejską Nagrodę Książkową w roku 2009.