Ewa Maria Slaska
Bardzo lubię książki nieoczywiste i nie chodzi mi tylko o takie, gdzie tytuł jest enigmatyczny, bo skąd niby mamy wiedzieć, że Pan Tadeusz to ostatni zajazd na Litwie? Ale takie, gdzie długi czas a może nawet od początku do końca książki naprawdę nic nie wiadomo. Gdy Maria Iwaszkiewicz twierdzi, że napisała książkę o rozmowach ze swoim ojcem o jedzeniu, to tak naprawdę napisała o tych rozmowach malutki eseik, a całą resztę książeczki wypełniają przypisy, a w nich przepisy, jak ugotować, upiec, zrobić to, co z ojcem jedli. Podobnego zabiegu dokonał Vladimir Nabokov w książce Blady ogień. Jest to przedmowa napisana przez fikcyjnego wydawcę do fikcyjnego poematu napisanego przez fikcyjnego dwudziestowiecznego poetę amerykańskiego o fikcyjnym księciu Zembii i jego ucieczce po objęciu władzy przez rewolucjonistów (oczywiście fikcyjnych), a tak naprawdę pean owego wydawcy na własną cześć. Taką właśnie niedużą i całkowicie nieoczywistą książeczkę znalazła dla mnie i nabyła w antykwariacie moja siostra.


Wydawałoby się, że po raz kolejny jakiś autor opisał po swojemu dzieje Rycerza o Smętnym Obliczu. Zarówno tytuł, jak ilustracja na okładce dokładnie to właśnie obiecują.
A tymczasem… Na stronie 69 tej powieści w ostatniej linijce pojawia się taki oto początek zdania:
Jest rzeczą niezbędną, by aż nadto do tej pory cier-
Na stronie 70 (obróciliśmy stroniczkę!) zdanie się kończy:
pliwy czytelnik dowiedział się o sprawie głównej niniejszego opowiadania, pod tytułem “Powrót Don Kiszota” i to wiarygodnie i prawdopodobnie.
I na tym koniec. Niczego się nie dowiadujemy, ani wiarygodnie, ani prawdopodobnie. Fabuła opowieści wartko toczy się dalej, ba, pojawia się w niej nowa opowieść, wygodnie pomieszczona w tej pierwszej, a Don Kiszota jak przedtem nie było, tak i dalej nie ma.
Powieść zasadnicza opowiada o tym, jak latem 1904 roku znudzone towarzystwo angielskich arystokratów po amatorsku wystawia w prowincjonalnej posiadłości Seawood Abbey sztukę teatralną, a powieść w powieści, to treść owej sztuki, przygody dzielnego trubadura Blondela, który szuka swojego króla, Ryszarda Lwie Serce. Co najmniej trzy osoby w tej historii błąkają się po świecie i przeżywają różne przygody – znudzony arystokrata Duglas Murrel, który szuka specjalnej czerwonej farby dla autorki sztuki a zarazem malarki-miniaturzystki, Król Ryszard Lwie Serce, który postanawia, że nie chce być królem i wałęsa się po lasach środkowej Europy, zaznając przygód najrozmaitszych, aż w końcu wpada w niewolę austriacką, a wreszcie ów szukający go trubadur, dokonujący podobnych błędnych wędrówek z przyczyn politycznych, kipi bowiem lojalnością dla swojego króla i ojczyzny, oraz pragnieniem wprowadzenia pierwszego w drugą. Chce osadzić króla i wprowadzić ład…
I tak dalej.
Powieść cała, wydana w serii “Najpiękniejsze powieści świata”, liczy stron 248, a do jej sedna docieramy dokadnie w jej połowie – tak się kiedyś pisywało! Wtedy to bibliotekarz zamkowy, specjalista do spraw kultury paleohetytów (sorry, jednak trzeba to napisać z wielkiej litery, a więc Paleohetytów), zmuszony przez arystokratyczne towarzystwo, zgadza się na objęcie w sztuce “Blondel Trubadur” roli króla, Nie bez znaczenia jest tu fakt, że zakochuje się przy tym w córce swojego chlebodawcy. Sztuka się kończy i dopiero tu zaczynają się perypetie, bo król bibliotekarz nie tylko porzuca miłość do Hetytów na rzecz średniowiecza, to jednocześnie odmawia zdjęcia teatralnego kostiumu. Ba, nie jest już bibliotekarzem w średniowiecznym kostiumie króla włóczęgi, tylko się nim staje. Jest królem, który ze względów etycznych nie chce być królem i po kilku przygodach, staje się namiestnikiem! Jest nadal rok 1904, bibliotekarz jest namiestnikiem królestwa zwanego Anglią! Upada rząd i parlament, nie ma konstytucji, powraca prawo średniowieczne. Namiestnik (jak Sancho Pansa w Baratarii) zwycięża bunt strajkujących górników, a przywódcę strajku stawia przed sądem. I jak to w średniowieczu, nie ma podziału władzy. Król mniemany jest tym, kto wywołuje wojnę, tym, kto ją prowadzi i wygrywa, a wreszcie – sędzią. I… zgodnie ze średniowiecznym prawem cechowym, gdzie majster jest właścicielem swojego warsztatu, przyznaje rację… strajkujacym. Odtąd to oni, a nie panowie magnaci będą właścicielami swoich kopalni i fabryk.
Tu kończy się farsa władzy. Panowie magnaci mogli się z namiestnikiem bawić w średniowiecze, dopóty, dopóki nie odebrał im własności. Teraz sięgają po mocniejsze argumenty niż miecze i halabardy. Nowy władca w rozdziale “Odjazd Don Kiszota” musi zmykać jak niepyszny.
On i jego giermek ruszają staromodnym powozikiem na wędrówkę po Anglii. Teraz już są prawdziwą parą z powieści Cervantesa – Don Kiszotem jest bibliotekarz, jego giermkiem ów wysłany po farby arystokratyczny malarz. Autor zapewnia nas, że, tak jak należy, obaj panowie ratują piękne dziewice, bronią wdów i sierot, a przy okazji rozwożą po prowincjonalnej Anglii dobrą nowinę, pocztę i kawę. To już niemal koniec książki, ale jeszcze w przedostatnim rozdziale arystokratyczną posiadłość obejmą z powrotem mnisi, boć jest to przecież Abbey, czyli Opactwo. A wraz z powrotem mnichów wraca miłość i małżeństwo. Giermek żeni się z panną, której ojciec produkował wspaniałe farby, panna, która go po owe farby wysłała, zostaje żoną przywódcy strajku, a bibliotekarz oświadcza się córce magnata, który jednak już magnatem nie jest. Zresztą nie żyje, a jego córka pracuje jako pielęgniarka. To “Powrót Don Kiszota”, ostatni rozdział, a zarazem tytuł całej książki.
Na końcu więc wszystko staje się oczywiste. A że to Barataria czyli Oszustwo wiemy my, wierni Czytelnicy tego bloga, barataryści niezrównani.
