Wspomnienia o Maryli 28

Magdalena Ciechomska

Życie każdego człowieka ma początek i koniec. Nasz czas przebiega linearnie, od punktu narodzin do punktu śmierci. Śmierć zamyka każdą pojedynczą, indywidualną historię. Wiadomo, że nie będzie już dalszego ciągu, rzeczy pozostaną takie, jakie były, już nie można dokonać korekty. Śmierć równocześnie zatrzymuje zdarzenia w czasie i unieważnia wszelkie pytania, jakie jeszcze chcielibyśmy zadać. Nie pozostawia innych możliwości poza tym, co już się dokonało.

Pisząc te wspomnienia staram się umieszczać je w cyklu pór roku. Po pierwsze, dlatego że ten cykliczny rytm czasu, zgodny z rytmem natury, nazwałabym żeńskim, kobiecym. Odsyła do mitów agrarnych, ulubionej symboliki Maryli i mojej też. Po drugie, ten czas, przedstawiany graficznie w kształcie koła, powtarzający cykl agrarny jesiennego siewu, zimowego snu w głębi ziemi, wiosennego kiełkowania, letniego rozkwitu i jesiennego obumierania, jakoś ewokuje trwanie, niezmienność, wieczność. Staram się umieścić Marylę w tym rocznym cyklu, w zamkniętym kole zatrzymać kadr z jakimś zdarzeniem, rozmową, gestem. Chronologia trzydziestu kilku lat, które dane było nam spędzić razem, staje się bez znaczenia.

Gdy myślę o wiośnie, przypominam sobie pierwszą komunię syna. Razem z Marylą przygotowywałyśmy obiad dla gości w naszym domu na Mokotowie. Na stołach ustawionych w podkowę rozkładałyśmy białe, wykrochmalone obrusy, a na nich, między nakryciami stawiałyśmy bukieciki biało-zielonych narcyzów zerwanych świeżo w ogrodzie. Było ciepło, goście wyszli do ogrodu, w którym biel kwitnących drzew w pełnym słońcu wyraźnie odcinała się od soczystej, wiosennej zieleni.

Wspomnienia lata to szereg obrazów ze wspólnych wakacji, schronisko w Pieninach, gdzie jedliśmy naleśniki z jagodami, park zdrojowy w Rymanowie, spacer po Kazimierzu Dolnym i parku w Nałęczowie, popołudnie na działce u cioci w Mogielnicy.

Jesień zaczynała się od zapachu powideł, które Maryla robiła w brytfannie, w piekarniku, a kończyła się z początkiem Adwentu i świątecznych przygotowań. Zima – to wspólnie spędzone Boże Narodzenie… Początek nowego roku i czas do lutego, niekiedy Maryla przyjeżdżała na tłusty czwartek, była więc poranna wyprawa po pączki, którymi obżeraliśmy się do końca dnia. Potem był Wielki Post i przygotowania do świąt wielkanocnych. I znów wspólne pieczenie, gotowanie, malowanie jajek , liturgia Triduum Paschalnego, Rezurekcja, wiosenne święto Zmartwychwstania.

Planowanie kolejnych świąt, powtarzalność tych samych czynności, przygotowanie tych samych przysmaków, to był rytuał podkreślający trwanie; jesteśmy, żyjemy, za miesiąc, za pół roku, za rok znów będą święta.

Tak sobie myślę, że Maryla dlatego przyjechała na Boże Narodzenie w grudniu 2018, gdy tylko jako tako doszła do siebie po operacji, ponieważ dawało jej to poczucie tego trwania, poczucie, że wszystko wraca do normy, bo może upiec ciasto na święta , jak co roku, a więc nic się nie zmienia, żyjemy dalej.

I w naszych rozmowach telefonicznych, w lutym 2019, i w tej ostatniej, 24 marca, przed południem, Maryla za każdym razem wspominała, że chciałaby przyjechać na Wielkanoc do Warszawy. Może to powtarzanie – będą znów święta – znaczyło dla niej: będę żyła?

Z wolnej stopy 58

Zbigniew Milewicz

Zaduszki

Zawsze lubiłem ten dzień. W Zaduszki na cmentarzach nie było już tłumów, a pojedynczy ludzie, stojący w zadumie przy grobach swoich bliskich, pasowali mi do tego melancholijnego pejzażu. Do morza zniczy, płonących od poprzedniego dnia, wieńców i różnobarwnych chryzantem, zeschniętych liści i kasztanów pod stopami. Jako dziecko towarzyszyłem zwykle babci Jadzi, albo jej siostrze, ciotce Gryjci w wędrówce po chorzowskich cmentarzach. Pomagałem im dźwigać ciężką torbę ze świeczkami, albo zniczami na groby moich pra- i prapraprzodków, których nie zdążyliśmy odwiedzić we Wszystkich Świętych, wszędzie odmawialiśmy zdrowaśki za spokój ich duszy i to był długi dzień, bo rodzinę mieliśmy dużą. Najpierw szliśmy jeszcze raz nasz parafialny cmentarz do św. Ducha, później do Jadwiżki, gdzie wcześniej należeliśmy, do św. Józefa i na koniec do św. Barbary.

Zawsze najbardziej lubiłem palić świeczki przed pomnikami nieznanych żołnierzy i bezimiennych zmarłych, które były na każdym cmentarzu, bo wydawało mi się, że oni najbardziej tego gestu potrzebują, skoro żadni bliscy ich nie odwiedzają. Myślę, że to moje uwrażliwienie na nich miało swój początek w Bukowinie Tatrzańskiej, dokąd zwykle jeździliśmy na letnie wakacje.

Był tam piękny,stary kościół, w którego przedsionku, obok kropielnicy znajdowała się misternie rzeźbiona, drewniana skrzynka z prawdziwymi skarbami. Stanowiły je ciekawie sformułowane intencje modlitewne, które się losowało na chybił – trafił. Wyciągając jedną z nich, człowiek nie wiedział, co tam jest napisane, więc jeżeli miał żyłkę hazardzisty, to mógł się modlitewnie uzależnić. Nie wiem, ile wtedy miałem lat, ale umiałem już czytać i w tej intencji, którą wylosowałem, chodziło właśnie o pamięć o duszach zapomnianych przez żyjących. Musiała być ona bardzo sugestywnie sformułowana, skoro pozostaję jej wierny do dziś.

Po takim pieszym rajdzie po cmentarzach dom dziadków na Wesołej witałem z wielkim entuzjazmem. Ciocia Irka – nasz domowy mól książkowy – już czekała na nas ze stosowną lekturą. Siadaliśmy w najcieplejszym pomieszczeniu, czyli w kuchni, przy stole, dziadek Erwin dokładał do pieca jeszcze jedną bryłę węgla i zaczynała się recytacja fragmentów Części II mickiewiczowskich Dziadów:

CHÓR

Ciemno wszędzie, głucho wszędzie,
Co to będzie, co to będzie?

GUŚLARZ

Zamknijcie drzwi od kaplicy
I stańcie dokoła truny;
Żadnej lampy, żadnej świecy,
W oknach zawieście całuny.
Niech księżyca jasność blada
Szczelinami tu nie wpada.
Tylko żwawo, tylko śmiało.

STARZEC

Jak kazałeś, tak się stało.

Wszystkie kwestie czytała ciocia Irka swoim trochę skrzekliwym głosem, którym świetnie później naśladowała nocne ptaki. Dziadek i ja robiliśmy za rekwizytorów – wieszaliśmy w oknie całuny, czyli koce, używane w czasie okupacji w domu do zaciemnienia przeciwlotniczego, a mama z babcią i ciocią Gryjtą krzątały się koło kolacji, która też należała do sztuki. Dusze są w niej, jak wiadomo, zapraszane do stołu, ale odmawiają posiłku, więc padają znane słowa:

A kto prośby nie posłucha,
W imię Ojca, Syna, Ducha.
Czy widzisz Pański krzyż?
Nie bierzesz jadła, napoju?
Zostawże nas w pokoju!
A kysz, a kysz!

Tą kwestią recytatorka kończyła zwykle przedstawienie, bo wszyscy byli już bardzo głodni. Kilkadziesiąt lat później sam zainscenizowałem takie przedstawienie w Zaduszki dla moich dzieci. To było już w Monachium, ale czy wyszło równie efektownie, jak to bywało na Wesołej, tego nie wiem. Czasami w ten dzień mieliśmy w Chorzowie gości; przychodziły ciotki i wujkowie, moje kuzynostwo, państwo Brachaczkowie z sąsiedztwa, z którymi byliśmy zaprzyjaźnieni. Przy herbacie i babcinym cieście płynęły wspomnienia o nieżyjących bliskich, nostalgiczne, ale zawsze pogodne, okraszone humorem i anegdotą.

Jeżeli ktoś za życia nie był ponurakiem, to niech tak pozostanie w naszej pamięci – przeczytałem kiedyś na cmentarnym murze w tyskim Wartogłowcu – a jeżeli był, to zostaw sprawę Panu Bogu. Nie uprawiam graffiti, ale podpisuję się pod tą sentencją oburącz.

Wszyscy moi bliscy, o których tutaj wspominałem, już odeszli. Może kiedyś przekonam się – dokąd. Ich mogiłami pięknie opiekuje się mój kuzyn z Chorzowa, Romek z rodziną i teraz jest okazja, abym im za ten trud z serca publicznie podziękował, co też robię. Szukając zaś w sieci zdjęć do tego wpisu, natrafiłem na bardzo ciekawy tekst o pogańskich korzeniach Dnia Zadusznego, czyli właśnie Dziadach, który warto przeczytać, więc poniżej zamieszczam odnośny link. Materiał pochodzi z województwa lubuskiego, sprzed trzech lat, kiedy na cmentarzach jeszcze nie obowiązywały covidowe rygory, stąd jedyne w swoim rodzaju fotografie nekropolii o zmroku.

A tu link

Odeszły

Ela Kargol, Krystyna Koziewicz, Ewa Maria Slaska

Byłyśmy z nimi zaprzyjaźnione, co roku odwiedzamy ich groby, myślimy o nich, piszemy, również tu, na blogu Ewa Maria & Friends.

Chcemy o nich jutro z Wami porozmawiać – zapraszamy do Galerii NaKole na Neukölln, którą prowadzi Wiesław Fiszbach, malarz.

Viki – odeszła 11 grudnia 2020 roku zabierając ze sobą pierwszą chanukową świeczkę, pół roku po swoich urodzinach 11.06.1945.

Była zawsze świetnie ubrana, mnóstwo podróżowała, wszystkich znała, napisała kilka książek. Słynęła z z ciętych wypowiedzi i ripost. Tu kilka z nich:

Każdy ma wrogów, nie warto się przejmować, po prostu trzeba mieć więcej przyjaciół niż wrogów.
Uciekinierzy chcieliby mieć nasze problemy.
Wolę nie zarabiać, niż użerać się Urzędem Skarbowym.
Nie ma to, jak przygotować na kolację dla wegetarian porządną, soczystą pieczeń wieprzową.
Jestem niewierząca w czterech religiach.
Na zewnątrz mógł być sobie bardzo poważny i dramatyczny stan wojenny, ale ja wysyłałam moim przyjaciołom do Warszawy nie tylko leki, ale również staniki, majtki, prezerwatywy i podpaski – dla mnie to już na zawsze będzie “stanik wojenny”.

Joasia – zachorowała dwa lata temu, umarła przed rokiem – w myślach zawsze sobie mówię, że zabrał ją październik, bo i choroba, i śmierć nadeszły w tym miesiącu.

Była jedną z najaktywniejszych autorek tego bloga – pisała dużo, ciekawie, na różne tematy i nigdy nie nawalała – jak obiecała tekst, to on zawsze był. Jeśli chodzi o ilość opublikowanych wpisów w dziesięcioletniej historii tego bloga na pierwszym miejscu jestem (niestety) ja (bo muszę wypełniać wszystkie dziury), na drugim Zbigniew Milewicz (197 wpisów), na trzecim właśnie ona – 89 tekstów. Proza, eseje, reportaże z podróży. Dużo z mężem podróżowali, ostatnią wielką podróż odbyli do Peru. W ostatnim wpisie o tej podróży czytam niezwykłą wiadomość.

Następnego dnia wstajemy o świcie. Ronaldo czeka na nas przed bungalowem. W świetle latarki wspólnie pokonujemy drogę do miejsca postoju naszej łodzi. W ciemnościach odpływamy od brzegu, przez godzinę płyniemy przez pola mgły przy akompaniamencie odgłosów dżungli. Kiedy docieramy na miejsce, Ronaldo opowiada nam, że niedaleko stąd widział przed rokiem „uncontacted person”, czyli indygennego Indianina, który nie miał do tej pory żadnego kontaktu z naszą cywilizacją. „Co się w takim przypadku robi?”, pytam z ciekawością. „Nie wolno podejmować żadnych prób nawiązania kontaktu, Indianie mogą poczuć się zagrożeni i zareagować agresywnie. Należy niezwłocznie poinformować dyrekcję parku”. Ronaldo dodaje, że naukowcy szacują, że na terenie parku Manu mieszka od tysiąca do trzech tysięcy Indian, którzy nie mieli do tej pory żadnego kontaktu z naszą cywilizacją.

Wiedzieliście o tym? Bo ja nie, a w końcu studiowałam etnografię.

Irena – była taka młoda, miała 40 lat, jak odeszła. Ela Kargol zapamiętała ją, jak w ogrodzie wspięła się na drzewo, żeby zebrać śliwki. “Taka była młoda, szczupła, gibka.”

Życie boli. Boli inaczej jak głowa, zwichnięta noga, wyrwany ząb, albo rwa kulszowa. Nie pomoże pigułka. Życie jest lekoodporne.

Przyjeżdżałaś rowerem do naszego ogrodu, smukła, gibka, wysportowana. Sama jeżdżę rowerem, a więc za ten rower miałaś już u mnie dodatnie punkty i za góry. Zazdrościłam tobie twoich górskich wypraw. Bo ja też miłośniczka gór, ale bardziej w schronisku, przy gitarze i wódeczce. A ty naprawdę przemierzałaś alpejskie i tatrzańskie szlaki. Pamiętasz, jak obiecałyśmy sobie wysłać kartkę z wakacji? Wiem, że od ciebie dostałam, a ja swoją do ciebie wysłałam dopiero z Berlina.

Ewa – nie miała 60 lat, jak odeszła. Monika Wrzosek-Müller tak o niej napisała:

Była gorliwą czytelniczką, czytała książki z niesamowitym zapałem i zaparciem, dyskutowała żarliwie.
Była kochającą matką, która uwielbiała swojego syna-przyjaciela.
Była wspaniałą nauczycielką, którą uwielbiały generacje obcokrajowców przybywających do Berlina.
Była towarzyska, lubiła życie codzienne, z kawą, papierosem i kieliszkiem czerwonego wina.
Była towarzyszką dla wielu osób, którym było dane ją spotkać. Potrafiła słuchać i próbowała pomagać w rozwiązaniu problemów, zapominając często o swoich własnych.

Choroba przyszła niespodziewanie, walczyła z nią przez kilka lat, nie poddając się pesmistycznym diagnozom większości lekarzy.

Dla mnie odeszła moja bardzo bliska przyjaciółka, osoba wielkiej kultury
i charyzmy.

Maryla – odeszła tak jak Ewa i Joasia, na raka, w wieku około 60 lat. W ciągu kilku lat z Berlina zniknęły trzy charyzmatyczne tłumaczki polsko-niemieckie, takie, które potrafiły nie tylko przetłumaczyć jeden język na drugi, ale też jeden z tych krajów przetłumaczyć mieszkańcom drugiego. I to w obu kierunkach.

Od wielu tygodni jej szwagierka, Magda, pisze dla nas, Czytelników bloga o Maryli. W ostatnim wpisie napisała:

Jesień coraz bardziej kolorowa, drzewa sypią żółto-czerwonym confetti, niedługo początek listopada. Naturalnie w tym czasie więcej myślimy o bliskich, którzy odeszli, jedziemy na cmentarz, trzeba uporządkować groby, zapalić znicze, położyć świeżą wiązankę. Coraz więcej wspomnień, tych zaduszkowych, z czasu, kiedy jeszcze przychodziliśmy na cmentarze z kimś, a nie do kogoś. Te polskie Zaduszki mają jedyny w swoim rodzaju, melancholijny, podszyty smutkiem nastrój, poważny, otwierający na eschatologię. Komercyjna, jarmarczna zabawa Halloween wprowadza jakiś dysonans, przełamuje smutek i religijną powagę, pozwala na śmiech, na kpinę ze śmierci, ma zapewne łagodzić lęk egzystencjalny. Według mnie Halloween po prostu nie pasuje do tych naszych świąt. Maryla była innego zdania. Może podobała jej się groteskowość Halloween, może też dlatego że w ogóle lubiła wszelkie poważne rozmowy zamykać żartem. Może w tym jej zwyczaju kryła się jakaś myśl o nietrwałości wszystkiego, może te żarty były rodzajem przypomnienia, że nie warto wszystkiego traktować tak bardzo serio, w końcu nic nie jest wieczne, wszystko się zmienia, a wreszcie kiedyś kończy. Może w tych żartach przejawiała się jej prywatna filozofia, zakładająca konieczność zachowania stoickiego dystansu wobec tego, co nieuchronne.


Wspomnienia o Maryli (22)

Magdalena Ciechomska

Cisza zapada w przyrodzie jesienią. Odleciały ptaki, ucichły owady. Na to miejsce pojawiają się dwa rodzaje dźwięku, które słyszymy do wiosny: szum wiatru i szmer jesiennego deszczu. To pora, kiedy myślimy częściej o naszych zmarłych bliskich. Pamięć przechowuje pojedyncze obrazy, urywki wspomnień, jakieś kadry zatrzymane w czasie, fragmenty rozmów.

Patrząc w okna pokoju Maryli, przypominam sobie, że nie znosiła krat w oknach. Został jej uraz z czasu internowania. Wiem, że potem, gdy odzyskała wolność, prowadziła bardzo intensywne życie towarzyskie. Wtedy też zaczęła jeździć z Uniwersyteckim Klubem Turystycznym UNIKAT. Na imprezach klubowych panowała atmosfera zabawy i beztroski, na przekór otaczającej nas szarej, ponurej rzeczywistości. To była nasza rzeczywistość alternatywna, częściowo odkryta, częściowo wykreowana. Szukaliśmy niezwykłości, egzotyki. To UNIKAT eksplorował i właściwie odkrył północno-wschodnią Polskę z jej wielokulturowym bogactwem: polskich Tatarów, prawosławnych , Litwinów. Oczywiście, klub miał już wtedy wieloletnią tradycję, był jednym z najstarszych klubów studenckich. Marylę zapamiętano w klubie przede wszystkim jako osobę radosną, lubiącą dobrą zabawę. Trzymała się blisko tych osób, które miały poczucie humoru i chęć do wygłupów. Ale nawet w tym czasie nie zrezygnowała z działalności opozycyjnej. Gdy pierwszy raz przyszłam do domu Ciechomskich, zobaczyłam na biurku Maryli dużą, elektryczną maszynę do pisania. Taka maszyna wskazywała jednoznacznie na rodzaj prowadzonej działalności, mogła być jedynie wypożyczona z podziemnej Solidarności. Zobaczyłam ją przez uchylone drzwi, oczywiście solennie przyrzekłam, że zachowam absolutną dyskrecję.

Początki mojej znajomości z Marylą to właśnie kilka takich obrazów: sylwestrowa impreza UNIKAT-u , wieczorne ognisko na rajdzie Orient w okolicy Kruszynian, spotkanie w Riwierze na projekcji Blaszanego bębenka, seminarium profesor Marii Janion, no i ta maszyna do pisania. Jakby znak firmowy Maryli. Bo potem już zawsze widziałam ją piszącą. Zawsze aktywną, zaangażowaną. I taka była do końca. Do czasu, gdy w berlińskim szpitalu, leząc w łóżku kończyła tłumaczenie na niemiecki filmu Marty Dzido i Piotra Śliwowskiego pt. Siłaczki.

Wspomnienia o Maryli (21)

Magdalena Ciechomska

Jesień w pełni, teraz bardzo piękna, kolorowa i słoneczna. Złota polska. Taką jesień lubię najbardziej. Robi się coraz chłodniej, naturalną koleją rzeczy. W sklepach pojawia się coraz więcej zniczy, sztucznych kwiatów na nagrobne wiązanki, na straganach królują wrzosy, suszki, coraz więcej chryzantem. Za niecały miesiąc Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny, te nasze polskie Dziady, najważniejsze, po Bożym Narodzeniu święto w całym roku. Ponieważ wszyscy mamy coraz więcej mogił do odwiedzenia, uporządkowania, przystrojenia, już powoli zaczyna się wędrówka po cmentarzach, również do tych miejsc położonych w odległych zakątkach kraju. Jesień w naturalny sposób przywołuje temat przemijania i śmierci. To pora roku gdy najbardziej odczuwam obecność archetypów. Czas uświadamiania sobie istnienia granic, schyłku, przesilenia, zamknięcia. Czas zwrócenia się ku eschatologii. Dla mnie jest to jednocześnie pora obfitująca w doznania zmysłowe. Bogactwo kolorów, mocnych, nasyconych, intensywne zapachy, ostre, korzenne, jakby płynące z samego wnętrza ziemi, powiedziałabym – chtoniczne. Jesienne warzywa i owoce mają też inny smak niż letnie.

Nasz stary, mokotowski ogród pachniał jesienią liśćmi drzew orzecha włoskiego. Orzechy spadały na ziemię i trzeba było systematycznie je zbierać, żeby zdążyć, zanim zostaną przykryte kolejną warstwą liści. Te liście grabiliśmy i początkowo paliliśmy w ogrodzie, wtedy jeszcze w mieście wolno było to robić. Charakterystyczny był ten zapach jesiennych ognisk, unoszących się ze wszystkich ogrodów. Później, gdy w zamieszkały u nas jeże, zostawialiśmy pryzmy liści i gałęzi dla nich na zimę. Przez wiele lat ogrzewaliśmy dom za pomocą starego, jeszcze przedwojennego pieca koksowego. Był to niewątpliwie zabytek techniki, wyglądem przypominał mały parowozik, wmurowany był w podłogę piwnicy, w wydzielonej kotłowni, obok której znajdowało się pomieszczenie na opał. I działał jeszcze dobre dziesięć lat. Codziennie rano musieliśmy w nim rozpalać. Rozgrzewał się powoli i trzeba było poczekać z godzinę, zanim gorąca woda zacznie krążyć w kaloryferach. Zapach dymu węglowego każdego rana wypełniał kuchnię, z której schodziło się do piwnicy, żeby dorzucić do pieca. Jesienne chłody zawsze były utrapieniem Maryli, z trudem je znosiła. Często się przeziębiała. Narzekała na jesień i zimę w Berlinie, bardziej deszczowe i wilgotne niż w Polsce. Otulała się w wełniane, luźne swetry, pod które mogła założyć kilka warstw, „na cebulkę”. Pamiętam czasy, gdy sama dziergała na drutach te swoje swetry, chusty, szale. Potem zrezygnowała, gdyż intensywna praca przy komputerze zbytnio męczyła jej wzrok. Za to nieraz szyła coś na starym Singerze, do którego domontowano elektryczny silnik. Przeważnie były to przeróbki zasłon lub poszewki na poduszki. Jesienią Maryla odkładała do szafy krótkie spódniczki, które tak chętnie nosiła latem. Przez cała zimę chodziła wyłącznie w spodniach, wtedy nie marzła. Do tego zakładała długie płaszcze lub kurtki sięgające przynajmniej za kolana. Przez pewien czas miała długie, prawie do kostek, sztuczne futro . Zwykle dużo wcześniej niż ja zakładała czapkę lub beret i wełniane rękawiczki.

W domu po wstaniu rano z łózka otulała się w długi, ciepły szlafrok, na nogi naciągała wełniane getry i ciepłe skarpety. W tym stroju i z kubkiem gorącej herbaty w ręku zasiadała do pisania. Początkowo przy maszynie, później przy komputerze. Było to zawsze miejsce, w którym spędzała najwięcej czasu. Z jej pokoju dobiegał stukot klawiatury, a gdy nie pracowała, grające radio lub jakaś muzyka. Tak było również w nowym domu, gdy przyjeżdżała z Berlina. Te dźwięki oznaczały, że Maryla jest w domu. Zawsze miała jakąś pracę do wykonania. Po jej śmierci, wchodząc na górę do jej mieszkania, długo odczuwałam przede wszystkim dojmującą ciszę.

Wspomnienia o Maryli (19)

Magdalena (i Tadeusz) Ciechomscy

Ze wspomnień Tadeusza

Ostatnio pisałam o dzieciństwie Tadeusza i Maryli, dlatego pomyślałam sobie, że byłoby dobrze przywołać tu również wspomnienia mojego męża o jego siostrze. Będzie to zapis jego opowieści.

Prababka Tadeusza i Maryli ze strony matki była z pochodzenia Węgierką, jej rodowe nazwisko w wersji spolszczonej brzmiało – Samoraj. Przekazała swojej córce i trzem wnuczkom piękne, czarne włosy i zgoła nie słowiańską, nietuzinkową urodę. Przyciągała ona uwagę nie tylko adoratorów. Najmłodszą z sióstr, Aleksandrę, zaatakował raz w szkole jakiś chłopak, nazwał ją Żydówką i uderzył. Najstarsza, Henryka, została aktorką. Były utalentowane artystycznie, wszystkie – po matce – muzykalne, oprócz tego, Aleksandra i Henryka malowały. Mój mąż wspomina, że babcia Jędrzejewska kochała muzykę, niestety, nie miała warunków, żeby uczyć się gry na jakimś instrumencie. Tadeusz zresztą też jest muzykalny, uczęszczał nawet do szkoły muzycznej, ale chyba zabrakło determinacji, a może niełatwe życie całej rodziny spowodowało, że przerwał naukę.

Tadek i Maryla także mieli czarne włosy, które zawdzięczali węgierskiej prababce. W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku modne były wyjazdy turystyczne do tzw. „demoludów”. Dużym powodzeniem cieszyły się wycieczki na Węgry, jako że „Polak, Węgier – dwa bratanki i do szabli, i do szklanki.” Oboje, Tadek i Maryla, postanowili nauczyć się węgierskiego, języka swoich przodków. Zapisali się na kurs w Węgierskim Instytucie Kultury, wówczas przy ulicy Marszałkowskiej. Już w czasach licealnych zaczęli jeździć na Węgry, podróżowali ze znajomymi, autostopem, później z Uniwersyteckim Klubem Turystycznym UNIKAT. Maryla po maturze miała zamiar studiować hungarystykę na Uniwersytecie Warszawskim. Znakomicie zdała egzamin wstępny z języka polskiego, nawet dostała wyrazy uznania za „filologiczny talent” od jednego z egzaminatorów. Niestety, egzamin z języka niemieckiego, wymagany wówczas na ten wydział, okazał się porażką. Egzaminatorka zapytała o mało znanych pianistów z NRD, Maryla nic o nich nie potrafiła powiedzieć. Po tym niepowodzeniu cały rok poświęciła na prywatne lekcje niemieckiego. Tym razem złożyła papiery na wydział germanistyki i egzaminy zdała pomyślnie. To był rok 1978. Dwa lata później zaczął się „karnawał Solidarności”. Zaangażowała się w działalność opozycji antykomunistycznej. Była członkinią Zarządu Uczelnianego NZS UW. Redagowała „SUMIENIE” – pismo Regionalnego Komitetu Obrony Więzionych za Przekonania przy Regionie Mazowsze Solidarności.

13 grudnia 1981 roku pojechali oboje z bratem do siedziby Regionu Mazowsze na ulice Mokotowską. Miała zabrać stamtąd jakie ważne dokumenty. Nie wiedzieli, że milicja urządziła tego dnia w siedzibie regionu tak zwany „kocioł” – co jakiś czas oddział MO wkraczał do budynku i „wygarniał” wszystkich, którzy tam właśnie przyszli. Szczęśliwie Maryla i Tadek trafili na moment pomiędzy tymi łapankami. Zabrali dokumenty i spokojnie wrócili do domu. Mieszkańcem tegoż lokalu, zajmowanego przez Solidarność, był kot. Z przekazów wiadomo, że po opanowaniu budynku przez milicję i SB „ubecy” zaopiekowali się zwierzakiem, a on przyzwyczaił się do nowych gospodarzy, „zdradzając” tym samym ideały Solidarności…

Noc z 13 na 14 grudnia 1981 roku Maryla spędziła u koleżanki. Wróciła do domu rano, 14 grudnia. Zdążyła wziąć prysznic i właśnie suszyła włosy, kiedy przed bramą pojawiło się trzech smutnych panów. Jeden milicjant w mundurze i dwóch w kurtkach moro. Milicjant nie odzywał się w ogóle, widać było, że nie on tu podejmuje decyzje… Poczekali, aż Maryla wysuszy włosy. Zabrali ją najpierw do Komendy Stołecznej MO w Pałacu Mostowskich. Podczas przesłuchania najpierw krzyczeli i grozili. Potem przychodził tak zwany „życzliwy ubek”, częstował papierosem, zdarzyło się, że był młody i przystojny, próbował umawiać się na randkę… Maryla później, z właściwym sobie poczuciem humoru, stwierdziła, że ten przystojniak „byłby nawet niczego sobie, gdyby nie to piętno ubectwa na twarzy.” Konsekwentnie trzymała się zasady, żeby nie podejmować z nimi rozmowy. Milczała.

Jednym z zarzutów, jakie stawiano jej podczas przesłuchania, było to, że chodziła na procesy członków KPN (Konfederacji Polski Niepodległej), a potem pisała z nich relacje do “SUMIENIA”. Jej teksty, według ubeków, były „tendencyjne i złośliwe”. Często cytowała tę opinię, podkreślając, że uważa to za jeden z największych komplementów, jakie zdarzyło jej się usłyszeć na temat tego, co pisała…

Po dwóch dniach z Mostowskich została przewieziona do aresztu śledczego dla kobiet w Warszawie – Olszynce Grochowskiej. Tam znalazła się śmietanka warszawskiego podziemia antykomunistycznego. Maryla wspominała, że w Wigilię Bożego Narodzenia ’81 łamała się opłatkiem z „Korówami” (kobietami z KOR – Komitetu Obrony Robotników).

Wspomnienia o Maryli (18)

Magdalena Ciechomska

Dzieciństwo to taki czas w życiu człowieka, który nosi znamiona mitu arkadyjskiego. Mówimy: mit dzieciństwa, czas niewinności, kraj lat dziecinnych, dzieciństwo to czas pogody, szczęścia, beztroski. Ostatnio daje się zauważyć tendencję do demitologizacji dzieciństwa. Coraz częściej mówi się, że dzieciństwo nie musi być szczęśliwe, podejmuje się temat traumatycznych przeżyć, toksycznych relacji z rodzicami, dysfunkcyjności rodzin. Okres dzieciństwa przestaje być traktowany jak czas święty, często nabiera charakteru dramatycznego, przedstawiany jest jako pełen napięć i mocno przeżywanego bólu egzystencjalnego.

Maryla niekiedy wspominała, że dla niej takim czasem był okres dojrzewania, zwłaszcza lata szkoły średniej, zresztą jednego z najlepszych warszawskich liceów, VI LO im. Tadeusza Rejtana. Samą szkołę wspominała raczej dobrze, zwłaszcza nauczycielkę języka polskiego, która uważała ją za najlepszą polonistkę w klasie. Zdecydowanie nie lubiła nauczyciela matematyki, twierdziła, że z jego powodu znienawidziła sam przedmiot. Utrzymywała stale kontakt z kolegami z klasy, przyjeżdżała z Berlina na jubileuszowe spotkania. Na pogrzebie Maryli była też grupa „Rejtaniaków”.

Wspominając czas dojrzewania Maryla często mówiła o problemach z własną cielesnością, z nieakceptowaniem swojego wyglądu, kompleksami na jego tle. Dla wszystkich, którzy znali ją jako piękną kobietę, zapewne jest to zaskoczeniem, ale ja pamiętam, jak opowiadała mi, że jako nastolatka wstydziła się swojej – wtedy – lekko korpulentnej figury, widziała siebie jako grubą i niezgrabną. Do tego dochodziły, typowe dla wielu dziewcząt, problemy z bolesną menstruacją, a także migreny, na które miała cierpieć do końca życia. I poczucie własnej nieatrakcyjności, spowodowane zapewne skromnością ubioru, co z kolei było skutkiem panującego w domu niedostatku. Naznaczył on całe dzieciństwo Tadka i Maryli. Nie była to może bieda, na pewno nie chodzili głodni i zaniedbani, ale żyło się w ich domu naprawdę skromnie. Widziałam to, kiedy zamieszkałam z moim mężem. Styl życia moich teściów uważałam za przesadnie oszczędny, Maryla i Tadeusz byli tego samego zdania, próbowali przekonać rodziców, że naprawdę nie ma powodu odmawiać sobie aż tylu rzeczy. Widziałam, jak skromnie się ubierali. Maryla próbowała to zmienić, przywożąc im ubrania z Berlina. Kiedyś podarowała ojcu porządny wełniany płaszcz. Gdy jednak przyszły jesienne chłody, teść nadal chodził w swoim starym, wytartym paletku, a na uwagi córki przypominającej o nowym płaszczu odpowiadał, że szkoda mu nosić go na co dzień, będzie go miał od święta. Po śmierci ojca, porządkując jego rzeczy, Maryla natrafiła na ten płaszcz i ze smutkiem stwierdziła: „No tak. Ojciec chciał oszczędzać ten płaszcz. I oszczędził. Nie nachodził się w nim długo.”

Było kilka przyczyn tego, jak żyła rodzina mojego męża. Teściowie nie zarabiali zbyt dużo. Teść, z wykształcenia magister farmacji, początkowo pracował w aptece, później w stacji sanitarno- epidemiologicznej. Pracownicy SANEPID-u przeprowadzali kontrole w zakładach przetwórstwa spożywczego i sklepach. Często brali łapówki od właścicieli, więc ta praca uchodziła wówczas za lukratywną. Mój teść był tu absolutnym wyjątkiem. Uczciwy do bólu i niezwykle skrupulatny, budził wśród współpracowników i przełożonych szacunek pomieszany z obawą. No i nie miał ze swojej pracy nielegalnych profitów. Teściowa, z wykształcenia chemiczka, od wielu lat nie pracowała z powodów zdrowotnych. Rodzina była więc na utrzymaniu ojca. Dodatkowo, przez jakieś czterdzieści lat borykali się z uciążliwym lokatorem, który opuścił ich dom dopiero pod koniec lat 70 ub. wieku. Zatem dzieciństwo Maryli i Tadka upływało w atmosferze wiecznych trosk, w cieniu wlokących się latami procesów sądowych, pochłaniających znaczną część dochodów ojca, w pięknym domu, którego połowę zajmował złośliwy, nieżyczliwy człowiek, a rodzina właścicieli musiała pomieścić się w dwóch pokojach z kuchnią. Myliłby się jednak ten, kto sądziłby, że ich dzieciństwo pozbawione było radości. Oboje często opowiadali mi przeróżne zabawne anegdoty, np. to jak układali razem żartobliwe wierszyki. Pamiętam jeden, zdecydowanie pozbawiony politycznej poprawności, w którym chodziło o to, żeby przedstawić sytuację w najwyższym stopniu nieprawdopodobną: „Ojciec nasz jest nic nie warty/ Przegrał dom do Żyda w karty…”

Albo taki, gdy podczas wspólnej modlitwy śmieszyło ich archaiczne słowo „raczył”: „Abyś nas rakami uraczyć raczył…” Inna zabawna historyjka związana była z osiemnastymi urodzinami Maryli. Lokator wówczas jeszcze nadal zamieszkiwał piętro domu, a na parterze, w mieszkaniu rodziny, urządzono imprezę. Ponieważ był ciepły, majowy wieczór, towarzystwo przeniosło się do ogrodu, na pięterko małego budynku gospodarczego, stojącego w zacisznym kącie pod starą jabłonką. Ponieważ zdążyli już wypić parę butelek wina, zebrało im się na chóralne śpiewy. Na tradycyjny repertuar biesiadny lokator jakoś nie reagował, ale gdy zaintonowali hymn państwowy, nie zdzierżył i wezwał milicję… Przed domem zaparkował radiowóz i w jednej chwili zrobiło się cicho.

Najlepsze wspomnienia z dzieciństwa Tadka i Maryli związane były z dwiema miejscowościami. Jedna z nich to Mogielnica, miasteczko położone niedaleko Grójca, gdzie spędzali wakacje w domu dziadków ze strony matki. Drugim były Michałowice pod Warszawą, tam miały dom ciotki ojca. Mój mąż do dziś wspomina ich letni ogród pełen poziomek, z których przyrządzały dzieciom pyszne desery.

Maryla zawsze kochała koty, znosiła je do domu, mimo dezaprobaty rodziców, pełnych obaw natury higienicznej. Sojusznikiem za to zawsze był Tadek. Oboje hołubili koty, rozpieszczali je. Wymyślili państwo o nazwie Kocja , gdzie koty były najważniejsze. Znane wiersze i piosenki przerabiali na takie o kotach, w rodzaju: „O ty nasz kocie, będziesz jadał na złocie…”, tworzyli listę pieszczotliwych przydomków kota, obejmującą kilkadziesiąt wyrazów…

Wyniesiona z domu umiejętność minimalizowania swoich potrzeb widoczna była chyba w berlińskim życiu Maryli. Skrupulatnie prowadziła swoje rachunki, kontrolowała wydatki. Wśród jej rzeczy moją uwagę zwrócił kosz pełen kolorowych skrawków tkanin, łatek, które wykorzystywała do różnego rodzaju napraw krawieckich. Miała mnóstwo rzeczy, jak mówiła „z odzysku”. Niektóre z tych sprzętów przywoziła do Warszawy. Jej styl w pełni zasługiwał na miano „zero waste”. Ale nigdy nie odrzucała prostych przyjemności i chętnie korzystała z uroków życia. Lubiła dobre jedzenie, choć nie była łakoma. Lubiła podróżować, zwiedzać, kochała piękno przyrody, zarówno to widoczne w prostych kwiatach wyhodowanych w skrzynce na balkonie, jak i w malowniczych krajobrazach. No i kochała muzykę, która towarzyszyła jej zawsze, przy różnych codziennych czynnościach.

Jastarnia (10)

Jacek Krenz

Plener malarski

Podczas wakacji, po drugim roku studiów, we wrześniu z grupą Koła Plastycznego im. prof. Adama Gerżabka przyjechaliśmy do Jastarni na plener malarski. Byli Regina i Jacek Czapiewscy, Ewa Andrzejewska, Arkadiusz Bor, Mariola Czarnecka, Danka Giełdon, Włodek Jaroszewski, Jurek Kaczorowski, Rysiek Pawłowski, Leon Rugień, Ela Szalewska, Krysia Żuławska.

Użyczono nam bezpłatnie noclegu w pustych po sezonie pawilonach na terenie portu. Obiady jedliśmy w drewnianym przedwojennym budynku ośrodka żeglarskiego, w świetlicy z półkolistą oszkloną ścianą z widokiem na wejście do portu. Śniadania i kolacje przygotowywaliśmy sami na prowizorycznym stole ustawionym na zewnątrz, bo wrześniowa pogoda dopisała, było słonecznie i bezwietrznie.

Na zakup prowiantu dostaliśmy pieniądze od rektora, były dyżury i pamiętam, że nasze śniadania i kolacje były zawsze niezwykle malarskie, bo prześcigaliśmy się w pomysłach, dekorując stół np. gałązkami jarzębiny czy liśćmi dzikiego wina.

Pewnego dnia Dana Giełdon i Krysia Żuławska zostały w swoim domku, ponieważ postanowiły wzajemnie namalować swoje akty. Ktoś tam je podglądał, chyba był to…, zresztą on pewnie sam to pamięta najlepiej, jak również to, że dziewczyny, jak się zorientowały, to kocami i prześcieradłami zasłoniły okno. No, ale wtedy zrobiło im się za ciemno i akty skończyły się na niczym.

Malowaliśmy jednak głównie pejzaże, i głównie w porcie, gdzie było dużo interesujących tematów. Odwiedzili nas nasi profesorowie malarstwa, Anna Fiszer i Władysław Lam, którzy ocenili nasze postępy i udzielili korekt, tak jak zwykle robili to podczas zajęć na uczelni. Wystawę poplenerową urządziliśmy na roboczo w parku naprzeciw Urzędu. Wstęgę przecinał Przewodniczący Rady Narodowej, Henryk Kolubiński. Było sporo zwiedzających, głównie miejscowych, ale wśród gości była też Ewa Demarczyk w modnym wówczas spodniumie w kolorze zieleni, którą jedna z koleżanek nazwała burgundzką, ale pewnie chodziło jej o zieleń butelkową.

Pożegnalny bankiet odbył się w bardzo oryginalnej scenerii remontowanego kadłuba kutra, podpartego na brzegu drewnianymi drągami służącymi do stawiania żaków na węgorze. Wysmołowane zęzy stanowiły atrakcyjne tło dla obrazów i wesoło zakrapianej libacji.

Nasze obrazy zostały zaprezentowane również w Hallu Politechniki, wernisaż odbył się 21 lutego 1969 roku. W katalogu wystawy Dziekan Wydziału Architektury, Mieczysław Kochanowski, napisał:

Najważniejsze jest to, że bezpośrednie – choć na moment – dotknięcie sztuki czyni ją bliską na całe życie, że dodana do życia barwa, tak dosłownie jak i w przenośni, pozostaje na zawsze jako pryzmat, przez który patrzeć się będzie na świat.

Do dzisiaj jest to, przynajmniej dla mnie, zawsze aktualna dewiza, pozwalająca łączyć profesję architektoniczną ze sztuką, z malarstwem. Tego też staram się uczyć studentów.

Nastroju wystawie dodała też poetycka fraza Jacka Czapiewskiego:

Byliśmy w Jastarni we wrześniu, kiedy rybacy zostali wolni i sami.
Złote flądry stały w oknach pensjonatu: Gwiazda Morza, Adria – tak
się nazywały. Kto chciał, szedł do portu. Wracały flotylle: kutry, jachty
szampańskie. Śpiew transatlantyku. Fauna była przyjazna: zziębnięte
meduzy, bałtyckie ogiery. Słodka była flora.

Pośrodku półwyspu rozpięto sieć: wiatr skakał na jedną to na drugą
stronę. Raz o sztormie nocą poszliśmy nad morze.>
Stanęliśmy na plaży o rozprutym boku. To był skraj wszystkiego. Po
godzinach milczenia w ciemności i grzmocie usłyszeliśmy głos świata.

Prof. Anna Fiszer, pisząc w Katalogu wystawy w Salonie Klubu MPiK w Gdyni, bardzo trafnie sformułowała to, co próbuję uzyskać w malarstwie:

Jacek Krenz poszukuje w dynamicznych, pełnych ekspresji obrazach, wyrazu dla swych doznań w zetknięciu z człowiekiem i przyrodą. Usiłuje dotrzeć do istoty, do głównego nurtu zjawiska. Realizuje to przy pomocy silnych kontrastów form i kierunków oraz dużych płaszczyzn koloru, zróżnicowanych w walorze i temperaturze. Ta transpozycja rzeczywistości staje się często romantyczna i nastrojowa.

Ciągle mam w pamięci ostatnią kąpiel wtedy, we wrześniu, w nagrzanym przez lato morzu, którego powierzchnia była tak gładka, że prawie bez fal. Zwykle wskakiwałem z pluskiem do morza, ale tym razem wszedłem zanurzając się spokojnie, stopniowo, układając się do żabki, aż poczułem na szyi wyraźną granicę dwóch żywiołów. Czuję ją do dzisiaj.


Goodbye Yellow Brick Road…


Pożegnanie pleneru okazało się także momentem kończącym czas jastarnieńskich beztroskich wakacji, które – gdyby je dodać – złożyłyby się na niemal cztery lata mojego wczesnego życia. Potem zdarzały mi się jeszcze krótkie, jednodniowe sentymentalne odwiedziny miejsc i przyjaciół. Ale były to już tylko odwiedziny.

Kasię przywiozłem do Jastarni w drugim dniu naszej znajomości. Czar tej krainy podziałał, jesteśmy szczęśliwi razem przez całe życie.

Jastarnia (7)

Jacek Krenz

Dom Zdrojowy

Dom Zdrojowy wybudowany został z inicjatywy Klemensa Kohnke, wg projektu inżyniera Lange z Wejherowa. Powstał tuż przed wybuchem II wojny w stylu modernistycznym z mocno przeszkloną fasadą i szerokim gzymsem. Otwarto go na sezon letni 1939.

Do budynku, pięknie wkomponowanego w wydmowe wzniesienie porosłe lasem sosnowym i dzikimi różami, prowadziły schody z klinkieru, strome od strony plaży i łagodne, tarasowe z drugiej. Na parterze była restauracja i krąg taneczny. Półkoliste schody za orkiestrą prowadziły na piętro do kawiarni. Był tam barek, sala brydżowa i balkon z widokiem na morze. Krąg taneczny był także na zewnątrz. Dalej, na skraju skarpy opadającej w kierunku plaży, była metalowa barierka, na której lubiliśmy przesiadywać, bo roztaczał się z niej szeroki widok na plażę i morze.

Na ławeczce spotkać można było często panią wróżącą z kart. Była to obdarzona niezwykłym talentem przewidywania przyszłych losów, pochodząca z ukraińskich kresów Zofia Rosińska.

Na fajfy często szliśmy prosto z plaży i lokowaliśmy się na piętrze przy stolikach wokół kręgu otwierającego widok na zespół i pary tańczące na parkiecie poniżej. Tańczyliśmy jive’a i rocka z obrotami, przerzucaniem i przeciąganiem między nogami, twista i let’s kiss. Na parkiecie prym wodził Krzysztof ze znakomicie tańczącą aktorką Ewą Wiśniewską. Czasem atmosfera stawała się napięta, gdy pojawiała się banda Ryśka i Wojtka. Pilnowali, by nie zabierać im panien do tańca. Pewnego razu wyprowadził ich nawet milicjant, by młodzież mogła się swobodnie bawić. Ale i tak, wypuszczeni z komisariatu, zaraz wrócili.

Na dancing trzeba było kupić bilet z tzw. konsumpcją. Nasza paczka zwykle wchodziła przeciskając się przez okienko toalety w piwnicy, a dalej przez kuchnię i kręconymi metalowymi schodkami na parter i piętro. Wieczorni spacerowicze mogli obserwować tańczące pary przez duże francuskie okna.

Po dancingu, nad ranem, chodziliśmy do piekarni na świeże bułeczki prosto z pieca, które piekarz podawał nam przez okno.

Częściej jednak spotykaliśmy się w większym gronie w koszach na plaży i śpiewali przy dźwiękach gitary i butelce „bełta” z dużym W, wypisanym patykiem na naklejce.

Dom Zdrojowy, piękny przykład architektury modernistycznej, rozebrano niestety w 2001 roku; na jego miejscu wybudowano luksusowy hotel. Podobny los spotkał kawiarnię „Palomę” w Juracie, drugie ulubione miejsce naszych tańców. Zniknęła żółta klinkierowa nawierzchnia ulic i chodników. Tamten świat przestał istnieć. Dlatego postanowiłem spisać to wspomnienie, by nie zatarł się całkowicie.

Jastarnia (5)

Jacek Krenz

Lata 60

Słoneczne dni spędzamy na plaży. Wylegujemy się w grajdołach – powieści, opowieści, dowcipy przeplatają się leniwie. Gadamy, czytamy, gramy w karty. Co pewien czas wskakujemy do zimnego zwykle Bałtyku. Najwięcej zabawy jest ze skakaniem na sztormowe fale, trzeba jednak uważać, by cofając się, nie wciągnęły w głąb. Nie lada wyczynem było dopłynięcie przy sporych falach na oddaloną od brzegu mieliznę, bo tuż przed nią silny prąd odpychał, utrudniając wejście na łachę piasku.

Lata 60 to już czas licealny. Beztroskie zabawy, figle i przekomarzania ustępują teraz poważniejszym rozmowom o książkach, filmach, o sztuce. Czytaliśmy też prasę, która wtedy była naprawdę ciekawa: „Świat Młodych”, „Poznaj Świat”, „Szpilki” z felietonami Toeplitza i rysunkami Mai Berezowskiej, „Forum” z fragmentami artykułów ze świata, no i „Przekrój” z komiksowym Panem Filutkiem i krzyżówką na ostatniej stronie. Z poważniejszych tygodników kupowało się „Kulisy”, „Film” i „Kulturę”. Należałem wtedy do Kółka Historii Sztuki w poznańskim Zamku. Mieliśmy więc z Iwoną wspólne zainteresowania, zwłaszcza że szykowała się na studia na Wydziale Historii Sztuki na Jagiellonce. Zachwycaliśmy się Barbarzyńcą w ogrodzie Herberta, malarstwem Jacka Malczewskiego. Lubiłem szczególnie jego Krajobraz z Tobiaszem, gdzie wyłaniająca się zza wzgórza wąska linia szczytu dachu zapowiadała ukryty świat. Obraz W tumanie, z grupą wirujących postaci na spokojnym tle melancholijnego pejzażu, za każdym razem odsłaniał coś nowego, czego wcześniej jakby nie dostrzegłem. Byłem poruszony, gdy Iwona zapoznała mnie ze Swietłaną i Jolą Malczewskimi, które podobno były jakoś z malarzem (malarzami, bo był przecież i Rafał) spokrewnione.

W gorszą pogodę graliśmy w karty w sali brydżowej Domu Zdrojowego. Spotykaliśmy się w kawiarni „Cichy Kącik” na rozmowy przy kieliszku wermutu Istra Bitter Sherry.

Odwiedzali mnie też wtedy moi szkolni koledzy. Do najbliższego mi przyjaciela Michała Ozdowskiego, dołączyli Romek Gabryel, Paweł Moś i Włodek Kaftański. Zmienił się zestaw naszych lektur. Czytaliśmy Salingera Buszującego w zbożu i Fanny i Zoe, i oczywiście Hemingwaya Ruchome święto, Pożegnanie z bronią i Za rzekę w cień drzew. Odkryciem okazał się też T.S. Eliot. Mama Krzysztofa, Krystyna Starczewska, wiedząc o moich zainteresowaniach, pożyczyła mi biografię Suzanne Valadon, o której tak czule pisał jej syn, Maurice Utrillo:

Tak się zwie moja matka, równie
piękna jak dobra, szlachetna i miła,
wszelkie ma zalety, jakie tylko są,
i jeszcze Bóg talentu natchnienie jej zsyła.

Pierwsze radio tranzystorowe przywiózł kolega Jurka, niejaki Mądry, po pobycie w Anglii. Mógłby też nazywać się Majętny, bo przyjechał wspaniałym motorem Victoria, równie czerwonym i opływowym w kształtach jak jego radio, które chętnie nam pożyczał. To dzięki niemu mogliśmy wysłuchać patetycznego Koncertu e-moll na fortepian i smyczki (Malédiction) Franciszka Liszta, który na sztormowej plaży brzmiał szczególnie wspaniale.

Z moim bratem Jurkiem i Krzysztofem chodziliśmy rysować i malować morskie tematy w porcie. Braliśmy od Jurka radio tranzystorowe, by słuchać muzycznego Radia Luksemburg ze słynną listą Top Twenty. Na pierwszym miejscu zwykle wtedy byli Beatelsi, za nimi Roy Orbison z Pretty Woman, The Animals, The Shadows, Dave Clark Five, Bob Dylan, The Kinks… Jeszcze w czasie roku szkolnego udało mi się zaprenumerować „The New Musical Express”. Przed wakacjami przekierowałem prenumeratę na adres w Jastarni, dzięki czemu mieliśmy najświeższe wiadomości z muzycznego świata.

Raz po raz jakimś cudem udawało nam się wykorzystać jakąś szczelinę w żelaznej kurtynie, oddzielającej nasz zgrzebny świat od tego kolorowego, zachodniego, który jakoś zupełnie nie kojarzył nam się ze „zgnilizną”, jak usiłowała nam to wmówić propaganda. Trafiały do nas takie atrakcje jak: para dżinsów cudem zdobyte gdzieś chyba przez Jurka, czerwone obiekty Mądrego czy wspomniany „The New Musical Express”. O ofercie darmowej prenumeraty tego tygodnika muzycznego dowiedziałem się z Radia Luxemburg; przychodził pocztą regularnie, wysyłany gdzieś ze Szkocji. W konsulacie amerykańskim w Poznaniu, jak się cierpliwie wyczekało, można było dostać egzemplarz czasopisma „Ameryka”, z pocztówką gramofonową w środku.

Jurek

Do wędkowania musieliśmy się przygotować dzień wcześniej, kopiąc robaki na łące. Wbijało się łopatę i poruszało, tak by wypłoszyć gąsienice na wierzch. Okonie i płocie najlepiej brały przy kamieniach portowego falochronu. Wędkarzom można wierzyć lub nie, ale raz zdarzyło mi się złowić całe wiadro ryb w ciągu godziny. Była wspaniała uczta, bo świeże ryby zaraz po złowieniu smakują najlepiej.

Koło południa ubieraliśmy się i schodziliśmy z plaży do miasta na lody, na smażoną rybę, no i żeby kupić bilet do kina na wieczorny seans. Pensjonat „Oaza” serwował najlepsze na świecie panierowane filety z dorsza. Ponoć polegało to na całonocnym moczeniu ich w mleku. Dla ochłody sprzedawano na ulicy, z saturatora na kółkach, wodę z sokiem, serwowaną w szklankach, ledwie spłukiwanych i mało higienicznych.