Jastarnia (3)

Jacek Krenz

Kapliczka, dawna szkoła i stodoła – królestwo naszych dziecięcych zabaw.
Szkołę i kapliczkę ufundowała Urszula Przebendowska w 1755 r. – rys. J. Krenz

Świat dziecięcych zabaw

Po plaży, po południu toczyły się zabawy i opowieści koło domu pod rozłożystym kasztanowcem białym, który został posadzony w 1897 roku przez Walentego Strucka, mieszkańca Jastarni-Boru; dziś jest pięknym pomnikiem przyrody.

W sąsiedztwie, przy ulicy Rybackiej, jest dawny budynek szkoły, w którym mieszkał dyrektor Alfons Groenwald z rodziną. To on rozpoczynał nauczanie jastarnieńskich dzieci po wojnie, słabo lub wcale nie znających języka polskiego. Przyjaźniliśmy się z jego sympatycznymi córkami Oleńką i Hanią oraz młodszym Tadziem. W stodole, na poddaszu, mieliśmy swoje królestwo, gdzie razem z nimi i moimi braćmi bawiliśmy się całymi dniami, zwłaszcza gdy padał deszcz. Czasem do późna wystawaliśmy z Wojtkiem w warzywniaku pod oknem dziewczyn szykujących się do spania i czas płynął na przekomarzaniach i figlach.

W głębi chata i kasztanowiec, w pierwszej linii letnicy i miejscowi; autor – pierwszy po lewej

Wojtek podkochiwał się w Oleńce. Do sąsiedniej przysadzistej chaty pana Hebla przyjeżdżały z mamą panny Sommerówny, Joanna, Marysia i najmłodsza Elżbieta. Czasem wpadał też ich najstarszy brat Wojtek, którego żona znana była potem z ekranów telewizyjnych, jako Chmurka, prezenterka pogody. Marysia, nazywana przez nas Kajakiem, stała się kolejnym obiektem równie nieszczęśliwych westchnień mojego brata Wojtka.

Przygody

Z najwcześniejszego dzieciństwa pamiętam słoneczne dni na plaży z zabawami na brzegu morza. Brodzenie w przyboju fal, meduzy poruszające się w przejrzystej wówczas toni, małe flądry pływające przy karbowanej powierzchni dna, tamy i zamki z piasku, skrzypiący dźwięk piasku pod stopami. Szczególnie lubiłem przesypywać bialutki piasek z jednej piąstki do drugiej.

W miarę dorastania świat wakacyjnych przygód poszerzał się. Chodziliśmy do portu, gdzie było mnóstwo atrakcji z łowieniem ryb, pływaniem bączkiem, przyglądaniem się przybijającym do nabrzeża statkom żeglugi, jachtom i łodziom rybackim. Szczególny zachwyt budził żaglowiec „Generał Zaruski”, przywodząc marzenia o dalekich morskich podróżach. Z wieżyczek latarni na końcach falochronów, wytyczających tor do portu, obserwowaliśmy to wszystko z góry.

Pewnego poranka w porcie przy pawilonie LOK-u byłem świadkiem dziwnej sceny: na trawniku jakiś mężczyzna leżał z tabliczką z napisem STRAJK. Okazało się, że to kucharz z ośrodka żeglarskiego. Po kilku godzinach przyjechał na rowerze milicjant z Helu i go zwinął.

Chodziliśmy do pobliskich bunkrów obronnych z czasów II wojny, najczęściej do tego, który położony był na szczycie wydmowego wzniesienia, z kręgiem dawnego stanowiska ogniowego. Z trudem wdrapywaliśmy się na górę, ale warto było, bo roztaczał się stamtąd widok wokół na morze, zatokę i zalesiony półwysep z latarnią morską, wieżą kościoła i zabudowaniami Jastarni.

Dalej, za Juratą w stronę Helu, wchodziliśmy potajemnie na teren wojskowy, gdzie było mnóstwo jagód, borówek i grzybów, których nikt nie zbierał. Chłopacy z Jastarni zbierali tam nie tylko jagody… Znalezioną amunicję przeciwlotniczą wykorzystywali do ryzykownych zabaw polegających na uruchomieniu zapalnika i wrzuceniu po chwili do zatoki, co wywoływało wysokie gejzery wodne. Był to swoisty sposób łowienia ryb, łączący niebezpieczne z pożytecznym.

W przeciwnym kierunku, w stronę Kuźnicy, chodziliśmy na jeżyny bujnie rosnące po stronie zatoki. Na wydmach przy plaży zachowały się bunkry z grubego betonu. Przez szczeliny strzelnicze można było obserwować morze, a czasem też amatorki szczególnie dokładnego opalania na dzikiej plaży. Heniek nie patrzył, nie musiał, bo dostał od wujka marynarza długopis z obrazkiem kobiety, która przy odpowiednim nachyleniu pokazywała się bez ubrania.

Trochę dalej w kierunku Kuźnicy było wzniesienie na wydmach, zwane Lubekową Górą. Był na niej krzyż upamiętniający morską katastrofę, kiedy zatonął statek. Jeszcze dalej przed samą Kuźnicą znajdował się nowoczesny dom wakacyjny Andrzeja Łapickiego.

Opuszczaliśmy Jastarnię w ostatnie dni sierpnia. Mama dzień wcześniej kupowała bilety. Zdarzyło się raz, że jej niesforne chłopaki poszły pożegnać się z morzem i wrócili pod koniec dnia już po odjeździe pociągu, by w ten sposób przedłużyć pobyt w wakacyjnej krainie.

1 thought on “Jastarnia (3)”

  1. Ależ fajny,
    sugestywny wpis, czuje się piasek pod malymi stopami, słone powietrze z wiaterkiem, szum fal, wolność beztroski, więc widzi się też te nieustająco nowe pomysły zgranej społeczności, która miała tylo jedno zadanie: zaspakajać swoją własną ciekawość życia.
    Czuje się ten urok wieku dziecięcego i młodzieńczego,
    no i to ogromne przywiazanie, do tamtych mejsc i lat.
    Dziekuje, T.Ru

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.