Pod opadającymi kwiatami wiśni

Ela Kargol

Japoński Zakątek, droga muru i kwitnące wiśnie

Blady ten róż w tym roku, wypłukany deszczem. Płatki sklejone, kolor rozmyty.

Jakby deszcz chciał wypłukać pamięć o miejscu.

A jednak jak co roku zakwitły i nie tylko przy tej alei telewizyjnej, nazwanej od jednej z japońskich stacji TV, TV-Asahi-Kirschblütenallee. Nazwa bez krzty romantyzmu, przynajmniej w pierwszym członie i tak trudna do zapamiętania, i tak dziwaczna, że jednak zapamiętywana.

Gdy kwitną, stają się bolesną przeciwwagą do czasów, gdy tędy przebiegał mur, że aż boli.

O sadzeniu wiśni wzdłuż drogi muru i o zachwycie nad ich różowym kwitnieniem pisałam już nieraz, więc nie będę powtarzać, skąd te drzewa i dlaczego.

Kilka dni temu wybrałam się do tzw. Zakątka Japońskiego, czyli w okolice trójkąta granicznego („Dreiländereck”) między Berlinem a brandenburskimi powiatami Teltow-Fläming i Potsdam-Mittelmark. Miałam nadzieję wejść na dawny teren amerykańskiego poligonu Parks Range, który leżał tuż przy granicy niemiecko‑niemieckiej. Obiecałam Asi (Joannie Trümner, 1958–2020), – kiedyś przejeżdżałyśmy tamtędy razem na rowerach – że wrócę dokładnie w to miejsce, gdy zakwitną wiśnie, i wejdę w las, żeby odnaleźć pozostałości wymyślonego przez Amerykanów miasta duchów. Asia pisała w naszej książce o Murze („Śladami Berlinskiego Muru”, Joanna Trümner, Elżbieta Kargol, Krzystyna Koziewicz) o Parks Range, o miejscu nie tyle co wymyślonym, ale naprawdę zbudowaym jak scenografia do jakiegoś filmu, z ratuszem, szkołą, ulicami, stacją metrą. Wszystko na niby, albo właśnie nie na niby, bo zimna wojna, bo nie wiadomo, co się wydarzy. Żołnierz musi być zawsze wyszkolony i przygotowany na każdy scenariusz, a szczególnie po berlińkim czerwcu 1953.

Podobno, gdy Amerykanie opuszczali teren po zjednoczeniu Niemiec, zrównali wszystko z ziemią..

Chciałam się upewnić, czy wszystko. Jednak spoźniłam się parę lat. Teren zewsząd ogrodzony, a dziury w płocie nie znalazłam.

Teren Parks Range ma bardzo zawirowaną i trudną historię.

W 1933 roku spadkobiercy żydowskiej rodziny Sabersky’ch, poprzednich właścicieli majątku, zostali zmuszeni do sprzedaży swojej posiadłości lokalnym członkom partii nazistowskiej. Ci z kolei przekazali ją Reichsbahn. Planowane było wybudowanie dużego zakładu naprawczego taboru kolejowego (RAW Reichsbahnausbesserungswerk). Projekt ten jednak nie został zrealizowany.

W 1939 roku Wehrmacht wydzierżawił część terenu i utworzył tam obóz dla jeńców wojennych, początkowo głównie Polaków, a następnie przede wszystkim Francuzów.

Jesienią 1953 roku, po wydarzeniach 17 czerwca, armia amerykańska zajęła rozległy obszar między linią kolejki podmiejskiej Anhalter Bahn a ulicą Osdorfer Straße. Nadano mu imię generała majora Floyda Laviniusa Parksa, który od lipca do początku września 1945 roku pełnił funkcję pierwszego dowódcy amerykańskiego sektora Berlina.

Obawiając się kolejnych powstań brutalnie tłumionych przez wojska radzieckie oraz ryzyka niekontrolowanej eskalacji zimnej wojny, Amerykanie zbudowali poligon do ćwiczeń walki w zabudowie miejskiej. Całość powstawała na oczach władz NRD, a prowadzone tam szkolenia generowały znaczny hałas, który dawał się we znaki mieszkańcom po obu stronach granicy niemiecko‑niemieckiej.

Dziś teren od wielu lat należy już do Groth Gruppe i wszystko wskazuje na to, że wkrótce ruszy budowa nowych domów, tym razem prawdziwych, a nie „na niby”. Czy cokolwiek ocaleje z dawnego Parks Range? Najpewniej nie. A ja, która nie lubi, gdy ślady historii znikają bezpowrotnie, bardzo tego żałuję.


Po upadku muru berlińskiego w 1989 roku, a następnie rozpadzie Związku Radzieckiego w 1991 roku, poligon utracił swoje dotychczasowe znaczenie strategiczne. W grudniu 1993 roku armia amerykańska opuściła teren na dobre. Wkrótce potem „miasto na niby” zostało rozebrane. Z dawnej zabudowy przetrwał jedynie układ ulic, fragmenty betonowych fundamentów oraz nasypy ziemne, których i tak nie udało mi się zobaczyć z bliska.

Dzięki oddolnym inicjatywom szansę na przetrwanie mają dwa baraki, pozostałość po obozie jenieckim z czasów II wojny światowej. Zdjęcia, które zrobiłam przez płot i z drogi, na którą właściwie nie powinnam już wchodzić, przedstawiają właśnie te budynki, baraki dawnego Stalagu III D.

Kwitnące wiśnie przybyły w to miejsce jeszcze później, dwa lata po likwidacji amerykańskiego poligonu. Ich czas kwitnienia jest krótki: zaledwie około dwóch tygodni w roku. Wtedy różowe korony drzew zamieniają aleję w niemal nierealny pejzaż.


Wśród tego różu, słońca i spacerujących rodzin stoi stela upamiętniająca Hansa-Jürgena Starrosta, człowieka, którego los mógł potoczyć się zupełnie inaczej. Mógł być jednym z tych, którzy dziś przechadzają się wiśniową aleją; panem z pieskiem lub dziadkiem fotografującym wnuczkę w różowej sukience. Ale jego nie ma. Nigdy nie zobaczył kwitnących wiśni w miejscu, w którym do niego strzelano.

Pamięci Hansa-Jürgena

Hans Jürgen był młody, gdy chciał na druga stronę.
Był kwiecień,1981.
W Europie zimna wojna.
Miasto podzielone.
Za zimno na kwitnienie wiśni.
Za zimno na ludzki odruch
Za zimno na marzenia
I na empatii okruch.
I jeden strzał odebrał wszystko.
Życie, marzenia i te okruchy
Jak płatki bladoróżowej wiśni
Skończyło się, umarło, prysło.
A mogło być inaczej, różowo każdej wiosny.
Gdyby nie strzał i głupia śmierć.
Strzał z bliska, strzał bezlitosny.

Leave a comment