Berlin tu teraz

Właśnie się ukazała najnowsza książka Doroty, “Berlin. Miasto, które niczemu się nie dziwi” Gratuluję Autorce i zapraszam do lektury! Zapowiada się świetnie! Na zachętę uwertura.

Dorota Danielewicz

Jest rok 2025. Są tacy, którzy mówią, że lepiej było tu dziesięć lat temu. W 2015 roku Berlin zmienił się w ogromny obóz dla uchodźców. Kanclerz Angela Merkel otworzyła granice dla miliona poszukujących schronienia po wojennych przejściach i długiej wędrówce. Berlińczycy wydawali zupę, a przed urzędami stały ogromne kolejki nowo przybyłych.

Berlin w 2015 roku czarował przybyszów swobodą i jeziorami. Było tu spokojnie i pusto. Wtedy pociągi jeszcze nie spóźniały się tak bardzo, a na wakacje latało się z lotniska Tegel.

Reprezentacja Niemiec została mistrzem świata w piłce nożnej i wszyscy byli szczęśliwi, oprócz zagrożonej grupy cudzoziemców protestujących na Oranienplatz przeciw deportacjom, o których pisała Ewa Wanat, modląc się za nich w Deutsche nasz.

Niektórzy twierdzą jednak, że trzeba było być tutaj dwadzieścia lat temu, kiedy burmistrz stwierdził, że jest to miasto biedne, ale sexy, kiedy stało się w kolejce na wystawę MoMa, mieszkania były tanie jak barszcz i zbudowano nowy dworzec, na który nie przyjeżdżały jeszcze matki z dziećmi uciekające przed wojną w Ukrainie.

I nikt wtedy nie przyklejał dłoni do autostrady w proteście przeciw katastrofie klimatycznej.


Ach, ale tak naprawdę trzeba było tutaj być trzydzieści lat temu, odwiedzać nocą kluby w piwnicach, na podwórkach, smakować wolność. Pod Bramą Brandenburską przejeżdżało się samochodem i było tam więcej nierządu niż rządu. Wschód i zachód Berlina zrastały się w jedno, w rytmie techno, w niekończącym się rave. Na Prenzlauer Berg paliło się w piecach i nikt nie mówił o gentryfikacji. W Tresorze zamiast klejnotów migotały stroboskopy i cały świat spotykał się na Love Parade.

Nie, trzeba było być tutaj czterdzieści lat temu, koniecznie za murem i przed murem, zobaczyć Berlin z obu stron, z wieży telewizyjnej i z Funkturm, tańczyć w Dżungli i pić szampana na Kurfürstendamm, okupować pustostany albo dawać punkom markę na piwo. W niedziele na Potsdamer Platz brodzić w błocie na pchlim targu, a w bibliotece miejskiej wypatrywać aniołów z filmu Wima Wendersa Niebo nad Berlinem.

Pięćdziesiąt lat temu, tak, pięćdziesiąt lat temu to dopiero były czasy! Kabriolety paradujące po Ku’dammie, futra, łapówki i strzały w bankach, a na dancingach stołowe telefony. Po zachodniej stronie miasta policja poszukiwała terrorystów z Frakcji Czerwonej Armii.

Na choinkach migotała lameta, a po wschodniej stronie toczyło się życie na podsłuchu i jedna partia wyznaczała jedynie słuszny kierunek. Na pasie śmierci przy murze ładowano ostrą broń.

Właściwie to trzeba było przyjechać do Berlina sześćdziesiąt lat temu, pójść na spacer z Gombrowiczem do parku Tiergarten, tańczyć na dancingach z Amerykanami i zaciągać się Marlboro, a potem drążyć pod dopiero co zbudowanym murem tunele dla uchodźców z socjalistycznego raju.

Warto też było tutaj być siedemdziesiąt lat temu, kiedy miasto było podzielone na sektory, ale nikt nie wiedział, że niedługo podział zacementuje mur. Jeździło się wtedy z zachodnią walutą na tanie zakupy do sowieckiej strefy, gdzie rosła pod okiem partii Aleja Stalina. Ulice odpoczywały od ruchu drogowego, panowała cisza, wszędzie widać było ruiny kamienic, a na stołach królowało piwo i Coca-Cola.

Osiemdziesiąt lat temu… nikt nie wybierał się do Berlina, oprócz Armii Czerwonej, aliantów i samolotów zrzucających bomby na stolicę Trzeciej Rzeszy, a Hitler i jego sztab ukrywali się w bunkrze. Berlin zmienił się w jedno wielkie gruzowisko, a Trzecia Rzesza przeszła do historii.

Dziewięćdziesiąt lat temu to dopiero się działo! Do Berlina przyjechała Pola Negri, a swoje rodzinne miasto opuściła Marlena Dietrich. Potem uciekali ci, którym zabroniono wykonywania zawodu, którym palono książki, a z czasem nawet ich samych. Berlin zrobił się brunatny i poważny. Nie, wtedy nie należało przyjeżdżać do Berlina, nie wtedy.

Niektórzy wierzą, że trzeba było tutaj być sto lat temu, kiedy babiloński Berlin tańczył całe noce w rytmie charlestona, kobiety nosiły rękawiczki, a mężczyźni nie wychodzili z domu bez kapelusza. Co prawda brakowało mieszkań i pracy, za to kokainy było jak kiedyś śniegu zimą. Na ulicy Otto Dix rysował szybką kreską portrety morfinistek i inwalidów wojennych bez kończyn. Wtedy trzeba było tutaj być, szukać szczęścia w kawiarniach i kabaretach.

Ale najlepiej jest być tutaj teraz, właśnie teraz, kiedy Berlin po raz kolejny zmienia swoje oblicze, kiedy tysiące ludzi z dalekich krajów suną w tłumie przez Sonnenallee, a dyplomaci zaklinają w zamkniętych pomieszczeniach konflikty tego świata. Teraz, kiedy wszystko trzeszczy w szwach i nikt nie wie, jakie będzie jutro nowego berlińskiego Babilonu. Teraz, kiedy ulicami przemykają lisy w poszukiwaniu wyrzuconego hamburgera, a w budynkach zamkniętych fabryk planuje się technologie przyszłości albo tańczy.

Opowiem wam więc, jak jest tu teraz.

Leave a comment