Dziś przypada osiemset lat od śmierci Giovanniego Bernardone, znanego światu bardziej pod przezwiskiem Francesco, które dzięki niemu stało się imieniem jakże popularnym w wielu krajach. Słusznym zdaje się przy tej okazji pytanie: co nam, ludziom XXI wieku, może powiedzieć ten człowiek, żyjący w XIII stuleciu? Co z historii jego życia, jego nauczania, może być inspiracją w naszej epoce? Z pewnością nie wszystko. Kiedy mówi do swoich współbraci, że przełożonym należy się bezwzględne posłuszeństwo a im głupszy przełożony, tym większą będzie zasługą w niebie gdy okażemy mu posłuszeństwo, to z pewnością tego naśladować dziś nie można. Dziś powiedzielibyśmy słusznie, że jest to zdanie bardzo przemocowe, że przez całe wieki tłumaczono w ten sposób łamanie sumień ludzi w zgromadzeniach zakonnych i nie tylko. Szczególnie dziś, kiedy po latach milczenia wychodzą na jaw różne nadużycia i manipulacje kościelnych decydentów (por. Monika Białkowska „Siostry. O nadużyciach w żeńskich klasztorach”, Wydawnictwo Apostolstwa Modlitwy 2023; Monika Białkowska „Z woli Bożej. Historie duchowej przemocy”, Wydawnictwo Znak 2026).
W którymś tam życia mego lecie, Żółcią do syta napoiony, Ni źrały mąż, ni puste dziecię, Mimo iż ciężko doświadczony Kaźnią, ścirpianą z ręki krwawey Nieprzeliczonych hord waszmości Chwytayąc resztki myśli żwawey Powracam snadnie w czas juności…
Juności, czyli młodości… Powracam w czasy, gdy, pacholęciem będący – naiwnym i pełnym miłości ku światu – zafascynowałem się postacią Biedaczyny z Asyżu. Postaci żyjącej jakieś dwa i pół wieku wcześniej, niż Poeta Szubieniczny François Villon, którego Inwokację do Le grand testament pozwoliłem sobie nieco przerobić i przytoczyć na początku tego tekstu, gdyż dobrze oddaje moje nastawienie do tamtych dawnych fascynacji.
3 października mija 800 lat od śmierci świętego Franciszka. Poświęcimy mu tu na blogu w najbliższych miesiącach kilka wpisów. Na pewno na nie zasłużył. Zapraszam też każdego, kto chciałby coś o Franciszku napisać, do nadsyłania materiałów. Ela Kargol pisała kiedyś o franciszkańskich świętych, Tomasz Fetzki o świętym Franciszku na Łużycach, Lidia Głuchowska o tym, że był to ulubiony święty Stanisława Kubickiego. Może coś napiszą, może coś zrebloguję.
Zacznijmy jednak od tego, że jak już postanowiłam, że na przełomie września i października będzie na blogu sporo o św. Franciszku, byłam w Londynie i poszłam z pewnym artystą zjeść kluseczki z miseczki w czarodziejskim ogrodzie, który jest taką skromną, osadzoną w Londynie, polską, ludową wersją Wielkiego Ogrodu Tarota Niki de Saint Phalle w Toskanii.
W Ogrodzie Pana Wiesława, tak jak w wielkim pierwowzorze, są rzeźby. Nie ma, jak tam, królów, władców i wisielców, kielichów i mieczy, są za to kaczki, kury, samochody, misie i pajace. Siedzą, stoją na postumentach, zamieszkują groty wycięte w gęstych krzakach. Nad wszystkim czuwa święty Franciszek w towarzystwie żaby i kota, a to dwa moje ulubione zwierzęta.
Diesmal hatten wir ein fürs Auge sehr schönes Appartement, wirklich einmalige Stuckdecken, dezent bemalt, dazu passende Kandelaber; leider waren die Wände wie aus Pappe, so dass man jede Bewegung, jeden Lärm von draußen direkt in der Wohnung zu hörten bekam, obwohl die Fenster neu waren. Jedes Gespräch unserer Nachbarn hörten wir mit, jede Putzkolonne und das Treppensteigen, den Hund sowieso; das alles wäre eigentlich nicht das Problem, problematisch war die Bar/Bistrot unten, die die ganze Nacht, bis vier Uhr morgens geöffnet war und sehr seltsame Geschäfte machte und oft ziemlich aggressive Kunden hatte. Oder werden wir einfach immer empfindlicher, sprich älter?
Ten wpis powstaje od roku, a dziś cały czas się rozrasta.Wiersz Eliota otrzymałam od Magdaleny Ciechomskiej rok temu i rok temu przygotowałam ten wpis. Kolęda Mietka Węglewicza przyszła dziś, czyli już w dniu Trzech Króli 2024 roku, potem pojawiły się ludziki firmy Playmobil od Eli Kargol, a potem jeszcze jej wiersz. Do północy jeszcze daleko, ciekawe, co jeszcze przyjdzie. Przysyłajcie, ludzie, przysyłajcie.
W komentarzu pojawił się świetny wiersz Tibora Jagielskiego (przeniosłam do wpisu), potem jeszcze Ela Kargol przysłała inne zdjęcie z innymi trzema królami i wyjaśnienie.
Dziękuję Wam wszystkim, był to bardzo szczodry dzień.
Tak naprawdę to nic mi nie przyniósł, ale weszłam po południu na FB i znalazłam kilka przepięknych zdjęć oraz pewną wspaniałą opowieść. Gdy po raz chyba dziesiąty kliknęłam na lajka, zorientowałam się, że to właśnie te zdjęcia i tę opowieść przyniósł mi Mikołaj.
standPUNKTwidzenia: Nazywam się Slaski. Jacek Slaski
Pozwólcie, że się przedstawię. Jacek Slaski. Jacek po dziadku od strony ojca. No i Slaski, też po ojcu, jak wymaga tradycja. Niby prosto, ale jednak chyba zbyt polsko. Zarówno moje imię, jak i nazwisko wprowadzają Niemców w zakłopotanie. Mają trudności z wymową, z zapisem, z określeniem płci. Nie wiem już, jak często byłem Jaszkiem, Jaczkiem, czy Jatskiem.
To „c” w Jacku jest niebezpieczne. Niestety Jacka nie da się tak łatwo przetłumaczyć. I o ile każdy Michał jest Michaelem, a każdy Piotr Peterem, to moje imię nie ma germańskiego odpowiednika. No dobrze. Niby jest, ale Hyazinthem czy Hiacyntem od lat nikt już nikogo nie nazywa.
Za świętego Mikołaja przebierałem się sporo razy w życiu. Kiedy broda była jeszcze ciemna, doczepiano mi do niej sztuczną z waty, na nos wsadzano jakieś cudaczne okulary, wkładałem czerwoną opończę i dzierżąc w ręku obowiązkowy pastorał, ruszałem do dzieci. Nie powiem, lubiłem tę rolę, zwłaszcza jak udawało mi się doprowadzić do płaczu co wrażliwsze maluchy, a później znowu szybko je rozweselić jakimś żarcikiem. Jako dziennikarz manipulację miałem we krwi. I tylko raz zostałem zdemaskowany, rozpoznali mnie moi kilkuletni synowie, kiedy rozdawałem prezenty w domu dla azylantów i przesiedleńców w Monachium, w którym mieszkaliśmy pod koniec lat osiemdziesiątych. Chłopaki zachowały jednak klasę i powiedziały mi o tym dopiero po imprezie. Po butach skubani mnie poznali, bo takich paradnych z cholewkami nie było i musiałem założyć własne.
Ponieważ akurat dzisiaj obchodzimy mikołajki, chciałbym przynajmniej w skrócie opowiedzieć o patronie tego święta, choć ściśle naukowo wiadomo o nim niewiele. Według średniowiecznych przekazów urodził się w 270 roku, niedaleko Myry w dzisiejszej Turcji. Obecnie Myra nazywa się Demre, co po turecku znaczy twierdza, a że leży ona nad Morzem Czarnym, w rejonie popularnej Antalii, więc jest chętnie odwiedzana przez turystów. Nikolaos był jedynym dzieckiem bardzo zamożnych rodziców i po ich śmierci odziedziczył fortunę. Musiał sobie lekceważyć materialne dobra, skoro chętnie dzielił się nimi z potrzebującymi, ale nie wiem, czy najpierw robił to tylko z potrzeby serca, a później także w duchu wiary chrześcijańskiej, czy od razu spełniał obydwa kryteria. Innymi słowy, czy pochodził z chrześcijańskiej rodziny, czy też pogańskiej? Chrześcijanie działali wówczas jeszcze w ukryciu i wiadomo tylko, że już we wczesnej młodości Nikolaos postanowił powierzyć swoje życie Bogu i wstąpił do klasztoru. Po kilku latach pokornej posługi został biskupem; uczestniczył w Soborze Nicejskim w 325 roku. Wedug niektórych przekazów, za głoszenie prawd nowej wiary był torturowany i wtrącony do więzienia. Nie wiadomo dokładnie, w jakich okolicznościach zmarł, ale jak na antyczne czasy dożył sędziwego wieku, miało to nastąpić między 342 i 352 rokiem, w Myrze.
Dopiero ponad dwieście lat później doczekał się pierwszej biografii. W 565 roku został spisany żywot „archimandryty Mikołaja“ z klasztoru Syjon; w czasach wczesnego chrześcijaństwa archimandryta (ze starogreckiego przełożony owczarni) był opiekunem klasztorów w diecezji. Jest to opowieść o męczenniku, który za życia zdziałał wiele dobrego dla ludzi.
Najbardziej znana jest opowieść o trzech córkach na wydaniu. Ich ubogi ojciec nie posiadał wystarczających środków, by zapewnić im posag, w związku z tym nikt nie chciał poślubić dziewcząt. Aby zdobyć pieniądze, ojciec, który także moralnością nie grzeszył, postanowił wysyłać je do domu publicznego, aby tam zarobiły co trzeba. Kiedy Mikołaj się o tym dowiedział, chcąc uchronić dziewczynki od nierządu, trzy razy tajemnie podrzucił im sakiewki ze złotem. Na koniec nawrócił się wyrodny papa, kiedy zawstydzony poznał prawdę o darczyńcy.
Kolejna legenda prawi o tym, że Mikołaj wstawił się za trzema niesłusznie oskarżonymi o coś oficerami. Prefekt Eustachios skazał ich na śmierć. Biskup w ostatniej chwili powstrzymał kata przed egzekucją, udowadniając niewinność żołnierzy.
Inna historia związana jest z morzem. Opowiada o nieszczęściu żeglarzy, którym podczas sztormu zaczął tonąć statek. Zaczęli modlić się o pomoc do Mikołaja. W pewnym momencie objawił się im na statku, naprawił kadłub i przepędził wiatr. Według średniowiecznych przekazów nie dał nawet czasu żeglarzom na podziękowania, ponieważ od razu zniknął. Dzięki Niemu udało im się dopłynąć bezpiecznie do portu w Myrze, gdzie złożyli ofiary cudotwórcy w kościele.
Tak zapisywał się patron dzisiejszego święta w ludzkiej świadomości, jako obrońca ludzi w potrzebie i ten, który wspiera ubogich. Podobnych opowieści jest więcej, ale legenda pozostaje legendą, a cuda to, jak wiadomo, sprawa wiary. Największym cudem byłoby pewnie, gdyby wszyscy ludzie na świecie uwierzyli, że świętym Mikołajem może zostać każdy, bez względu na płeć, wiek, kolor skóry i społeczny status, że czynienie dobra w życiu należy przede wszystkim do nas samych.
Świętego Mikołaja czci zarówno kościół katolicki, jak i prawosławny. Jest patronem wielu miast i niektórych państw, orędownikiem m.in. ludzi morza, pielgrzymów, podróżnych, panien szukających kandydata na męża, jeńców, więźniów i… sędziów, uczonych i studentów, gorzelników i piwowarów oraz – uwaga – pojednania Wschodu i Zachodu. Pewnie tym ostatnim sektorem dzisiejszy Solenizant zajmuje się od niedawna, bo póki co nie zanosi się na pokój w Ukrainie, albo za słabo się o niego modlimy.