Wspomnienia o Maryli (12)

Magdalena Ciechomska

Moje rozmowy z Marylą, ciąg dalszy

Nie jest mi łatwo pisać o rozmowach z Marylą, bo gdy usiłuję przypomnieć sobie ich treść, spostrzegam, jak łatwo wymykają się mojej pamięci. Znajduję w niej tylko urywki, nieokreślone wrażenia, emocje, nastrój chwili. Niemożliwe jest zorientowanie się w czasie, określenie, czy ta rozmowa odbyła się wtedy? A może innego dnia, w innych okolicznościach? Zostały w pamięci sytuacje zapisane jakby na pojedynczych kadrach, bez dalszego ciągu, który zaciera się, ginie jakby we mgle. Próbuję przywołać niektóre z tych kadrów. Letni zmierzch i spacer po parku zdrojowym w Rymanowie, kiedy rozmawiałyśmy o problemie dobra i zła. Rozmowa zeszła na powiązania etyki z estetyką. Ja chyba powiedziałam coś o tym, że zło czasem przybiera pozory dobra i bywa atrakcyjne estetycznie. Na co Maryla odpowiedziała, że zło jest zawsze paskudne. A ja zapytałam, czy w takim razie można powiedzieć, że ludzie piękni są jednocześnie zawsze dobrzy? No nie – zgodziła się jakby z wahaniem. Dalej pamiętam już tylko alejkę w parku, ławki wokół fontanny, pewnie o czymś jeszcze rozmawiałyśmy, nie wiem już o czym. Innym razem była to dyskusja o Bogu, o grzechu i Maryla obraziła się na mnie, bo na jej wątpliwości odpowiedziałam, że powinna skonsultować temat nie ze mną, tylko z Katechizmem KK. A ja miałam na myśli tylko to, że katechizm lepiej niż ja objaśnia problem, zgodnie z nauką kościoła. Parę lat później, przy podobnej rozmowie, poradziłam jej, żeby temat omówiła z jakimś mądrym księdzem. Tym razem moją radę przyjęła dużo spokojniej. Wiem też, że koniec końców z niej skorzystała.

Tematyka religijna powracała w naszych rozmowach. Problem Boga i wiary – niewiary Maryla przerabiała stale. Kiedyś, jako nastolatka, zbuntowała się przeciwko tradycyjnej, nieco dewocyjnej religijności rodziców, ale nie odrzuciła wiary do końca. Moim zdaniem przyjęła postawę, którą można nazwać nieustannym wadzeniem się z Bogiem. A skoro nie można się kłócić z kimś, kogo nie ma, trzeba uznać, a przynajmniej założyć ewentualność jego istnienia. Na pewno nie chciała zgodzić się na tradycyjny wizerunek Boga Ojca. Feministycznie odrzucała wszystkie jego patriarchalne atrybuty. Poszukiwała obecności pierwiastka żeńskiego. Interesował ją kult maryjny, w pewnym sensie kolekcjonowała wizerunki Matki Bożej, fotografowała figurki Maryi, zwłaszcza te, które wprowadzały motywy dekoracyjne ze świata przyrody. Odnajdywała w nich relikty pogańskich żeńskich bóstw natury i płodności. Gdy przyjeżdżała do Warszawy w maju, zawsze przynajmniej raz musiała być w kościele na nabożeństwie majowym. Odmawiała różaniec. Jednym z prezentów gwiazdkowych, na który składała co roku zamówienie, był polski kalendarz z ilustracjami o tematyce religijnej. Najchętniej maryjnej. I z zaznaczonymi katolickimi świętami kościelnymi. Ważny był dla niej rytm roku liturgicznego oraz połączenie go z cyklicznością wegetacji i prac rolniczych. Jeśli nie mogła tego zrobić sama, prosiła, żeby kupić jej w okolicy danych świąt ich tradycyjne, symboliczne atrybuty: wielkanocną palmę, wianek na Piotra i Pawła, tzw. „ziele” na święto Matki Boskiej Zielnej.

Bywało, że mówiąc o swej religijności, żartowała, oświadczała, że wierzy w wielu bogów, albo że Bóg w rzeczywistości jest Boginią… W ogóle często podczas dyskusji, obojętnie na jaki temat, nagle obracała wszystko w żart. Jakby chciała tym zamknąć dysputę albo częściowo ją unieważnić. Śmiech był rodzajem bezpiecznika. Nie należało posuwać się za daleko w pewnych dywagacjach, bo nie wiadomo, dokąd mogły zaprowadzić… Pamiętam, jak przyjechała z wycieczki do Szwajcarii, gdzie zwiedziła m.in. miasto założone przez wyznawców antropozofii. Pokazywała zdjęcia, które tam zrobiła, wśród nich zwłaszcza jedno, przedstawiające cmentarne krematorium z kominem w kształcie kłosu zboża. Wskazywała mi to jako przykład związków mitów agrarnych z wiarą w życie wieczne.

Ten temat pojawił się w całej ostrości wraz ze śmiercią rodziców, a później ciotek, z którymi była mocno związana. Pustka, jaką zostawia odejście bliskich osób, często domaga się wypełnienia myślami i wiarą o charakterze konsolacji. Ale dla Maryli to chyba nie było tylko proste szukanie pocieszenia. Raczej jakby stawianie pytań o ciąg dalszy. Przypominam sobie jedną z rozmów, w której powoływałam się na zakład Pascala. Myślę, że Maryla w końcu przyjęła ten zakład.

Jastarnia (4)

Jacek Krenz

Dziewczyny

Gdy dołączały do nas dziewczyny, spacerowaliśmy do oddalonej o dwa kilometry Juraty. Na kilka sposobów: wygodnie szosą, w słońcu plażą, torami lub leśną ścieżką. Można było oczywiście jechać pociągiem lub autobusem, ale woleliśmy pieszo. Celem była położona wśród drzew kawiarenka „Paloma” z okrągłą salą taneczną.

Zasiadaliśmy na pufach przy okrągłych stoliczkach z pucharami lodów, a z czasem przy kieliszkach wina. Atrakcją była grająca szafa z aktualnymi przebojami. Cliff Richards śpiewał The Young Ones, Paul Anka You are My Destiny, Roy Orbison Pretty Woman, “The Shadows” grali romantyczne Themes for Young Lovers i Apache, a “The Tornados” swój instrumentalny przebój Telstar.

O godzinie piątej po południu rozpoczynały się potańcówki, zwane odpowiednio five’ami. Wejście ułatwiała nam zaprzyjaźniona kelnerka Ela, córka naszej gospodyni. W towarzystwie zwykle był ktoś, kto grał na gitarze. Z Ryśkiem Ambroziewiczem śpiewaliśmy Meksykanę, gdzie sprawy damsko-męskie układały się bardzo prosto i dla nas zrozumiale:

Piękne życie spędzają kowboje,
A ich miłość jest piękna jak kwiat.
Rzucę lasso i serce jest moje,
Porwę dziewczę i pojadę w świat.

Może mnie kochasz, piękna dziewczyno,
Może lasso połączy serca dwa.
Wiatr upaja jak szampan i wino,
Dzika miłość po stepie nas gna.



Morze, plaża, ryby w zatoce, wakacyjne przyjaźnie, tańce. Pierwsze poruszenia serca, zakochania, spacery z trzymaniem się za ręce lub obejmując się wzajemnie za biodra. Obok domu, gdzie mieszkaliśmy, był zasobny dom pana Hermana, rybaka z dużym kutrem, szkunerem. Miał żonę Francuzkę i dwie piękne córki, Françoise i Marie-France. C’est vrai, żałuję, że nie znałem francuskiego, by zrozumieć, co odpowiedziała mi Françoise na pytanie: Czy mnie kochasz?

Pierwsze niewinne miłości: Żywia, Elżbieta, Iwona, Kasia, Marysia… Z Elżbietą odbywaliśmy długie spacery brzegiem morza. Była nastoletnią łyżwiarką i opowiadała mi o obozach kondycyjnych. Zimą, podczas szkolnej wycieczki do stolicy, wyrwałem się z klasowej grupy i z tzw. bełtem, czyli butelką najtańszego wina, ukrytą w kieszeni kurtki poszedłem ją odwiedzić na Saskiej Kępie i powspominać lato.

Podtrzymaniem letnich przyjaźni był też Sylwester w Zakopanem w 1963 roku. Zaraz po Świętach dostałem list od Krzysztofa z serdecznym spontanicznym zaproszeniem:

Przyjechała Kaśka i Krystyna, Pżryjerzdrzaj na pewno. Spanie masz ó mnie, rzarcie takrze!

Kolorytu zaproszeniu dodawała autorska ortografia listu.
Po marcu 1968 roku Kasia Forbert już do Jastarni nie przyjechała.
I tak, nawet tutaj doświadczyliśmy wpływu polityki.

Iwona z kolei lubiła recytować Pchłę Szachrajkę Brzechwy, wierszowaną opowieść o sprytnych postępkach pewnej pchły. Recytowała też zabawny wiersz Gałczyńskiego Strasna zaba w wersji dla sepleniących, który do dziś znam na pamięć:

Pewna pani na Marsałkowskiej
kupowała synkę z groskiem
w towazystwie swego męza, ponurego draba;
wychodzą ze sklepu, pani w sloch,
w ksyk i w lament: – Męzu, och, och!
popats, popats, jaka strasna zaba!

Mąz był wyzsy uzędnik, psetarł mgłę w okulaze
i mowi: – Zecywiście cos skace po trotuaze!
cy to zaba, cy tez nie,
w kazdym razie ja tym zainteresuję się;
zaraz zadzwonię do Cesława,
a Cesław niech zadzwoni do Symona –
nie wypada, zeby Warsawa
była na „takie coś” narazona.
Wspólnym wysiłkiem ządu i społecenstwa
pozbyliśmy się zabiego bezeceństwa.

Biedna żaba! Dlaczego więc Iwonka nie mogła mi wybaczyć, że rozdeptałem żuczka? Na jej: „O! Popatrz, żuczek”, machinalnie rozgniotłem go butem. Dopiero po 40 latach uzyskałem oficjalne wybaczenie na piśmie. Przyjaźnimy się serdecznie i odwiedzamy z rodzinami do dziś, chociaż podejrzewam, że mimo wszystko ciągle chowa skrywaną urazę, nie doceniając być może rycerskiej intencji obrony swojej damy. Z radością możemy myśleć, że ta nasza młodzieńcza przyjaźń przeszła na pokolenie naszych dzieci i trwa nadal. Pomimo żuczka.

Zdarzyło się, że dwaj bracia, tj. Jurek i ja “chodziliśmy” w Jastarni z dwiema siostrami: Zosią i Marysią Biegańskimi. Mama ich była pianistką, a ojciec dyrektorem Wydawnictw Artystycznych i Filmowych. Mieszkali w fińskim domku w pięknej zielonej dzielnicy Jazdów w centrum Warszawy. Zdałem wtedy na Wydział Architektury Politechniki Gdańskiej. Kierowany jednak porywem serca, postanowiłem przenieść się do Warszawy, by być blisko Marysi. Stało się to możliwe dzięki jej wujkowi, ówczesnemu dziekanowi warszawskiego Wydziału Architektury, który – dzięki mojej wysokiej ocenie z egzaminu wstępnego – stwierdził, że „nie widzi przeszkód”. Gdy nadeszła jesień okazało się jednak, że letnie miłości nie zawsze utrzymują się poza wakacjami. Pozostałem na studiach w Gdańsku, Marysia poszła na malarstwo do warszawskiej ASP. Nasze drogi się rozeszły, przestaliśmy jeździć na wakacje do Jastarni i straciliśmy kontakt.

Lubiłem towarzystwo tutejszych chłopaków: Romka i Edka Soleckich, Piotra Wilkuszewskiego, Henia Selina, Henia Oksa, Ryśka Ambroziewicza, Staszka Rybarczyka, Bogdana, Franka i innych. Uczyliśmy się od nich języka kaszubskiego, często mało cenzuralnych zwrotów, nie nadających się do cytowania tutaj, ale do dziś potrafię trochę kaszëbsczim jãzëkem godac. Była to przydatna umiejętność. Wiedziałem, na przykład, że należy czym prędzej uciekać, gdy wchodząc w szkodę słyszeliśmy: Të diôble, jak jô ce chyce, to utopse.

Wojtek z Ryśkiem przewodzili bandzie tutejszych chłopaków, która przybywającym na wakacje chłopcom, zwłaszcza tym wywyższającym się swoim stołecznym pochodzeniem, pięścią pomagała przywrócić odpowiednie proporcje zachowania. Często odbywało się to już na dworcu, ledwie wysiedli z pociągu.

Miałem też swoją paczkę znajomych, od lat przyjeżdżających na wakacje nad morzem: Iwona Borysowicz, Marysia Biegańska, Kasia Forbert, Krystyna Zajączkowska, Małgosia Kubiak, Ania Domańska i Tomek Stawiński z Warszawy. Byli też tacy, których dziś pamiętam tylko z imienia lub przezwiska: Danek, Grzybówna, Młynarka, Zarzycki… Każdy z moich braci miał swój odrębny krąg znajomych, ale często trzymaliśmy się razem.

Niektórzy nazywali nas Kanarkami (Jurek Kanarzycho, Wojtek Kanar i ja Kanarek). Do tego Krzysztof Starczewski był jeszcze jakby moim trzecim bratem, młodszym o rok ode mnie.

Przyjeżdżała do Jastarni i Juraty warszawska elita. Pisarze, aktorzy, filmowcy, dziennikarze. Bywały tu Anna Nehrebecka, Małgorzata Braunek, Maja Komorowska, Wojciech Gąssowski, Tadeusz Kubiak (ojciec Małgosi), Wojciech Młynarski, Edward Dziewoński i inni. Mówiło się, że na premierowych pokazach w kinie „Żeglarz” było więcej gwiazd na sali niż na ekranie.

W owym czasie samochodów w Jastarni prawie nie było. Andrzej Badeński, medalista letnich Igrzysk Olimpijskich w 1964 roku, tym bardziej zadawał szyku, pojawiając się w otwartym kabriolecie NSU Prinz. Szliśmy pewnego razu z Krzysztofem, gdy zatrzymał się przy nas, wypytując o urodziwą siostrę Krzysztofa, Beatę. Poczęstował nas wyrostków Chesterfieldami z filtrem, by wydobyć informację, gdzie mógłby ją spotkać. Krzysztof lubił na plaży grać w badmingtona z Wojciechem Młynarskim ze względu na jego niezwykłe poczucie humoru. Błyskotliwe dowcipy zapisywało okoliczne towarzystwo. Krzysztof, czarujący, przystojny, dość wcześnie zakosztował dziewczęcych uroków i przez jedno lato mieszkał nawet z jedną panną ze stolicy, za przyzwoleniem jej ojca, który robił sobie nadzieje, płonne, jak się zresztą okazało, że obrotny młodzieniec wspomoże go w interesach tzw. prywatnej inicjatywy. Po latach Krzysztof przyjechał do Jastarni z dorastającym synem w sentymentalnym nastroju odnajdywać ścieżki dzieciństwa. Krzysztof junior zżymał się, że zaaferowany tata oprowadzał go po jakiś chaszczach.

Wspomnienia o Maryli (11)

Magdalena Ciechomska

Moje dyskusje z Marylą, nie licząc rozmów na tematy rodzinne, dotyczyły w zasadzie dwóch zagadnień: feminizmu i wiary w Boga. Tu od początku trwał proces uzgadniania zbieżności i rozbieżności poglądów. Pierwsza rozbieżność dotyczyła sprzątania i zmywania naczyń. Maryla początkowo traktowała te prozaiczne, codzienne czynności jak symbole kobiecej opresji i starała się je kontestować. Nie znaczy to, że uchylała się od sprzątania, ale prace te, zwłaszcza mycie naczyń (ręczne, bo zmywarki w końcu lat 90 ubiegłego wieku były w Polsce ciągle trudno dostępnym luksusem) traktowała z wyraźną niechęcią i starała się wykonywać je jak najrzadziej. Mieszkaliśmy wtedy wszyscy w jednym domu, ja z mężem i Maryla na parterze, moi teściowie – na piętrze. Były to dwa osobne mieszkania, jedno z nich dzieliliśmy, ja i Tadek, z Marylą. Oczywiście wszyscy troje uznaliśmy ten stan za przejściowy i szybko zaczęliśmy planować remonty, a także modernizację domu. Efektem tego było podjęcie decyzji o wyjeździe i pracy za granicą, co Maryla potraktowała w końcu jako sposób na życie, a ja tylko na zarobienie większych pieniędzy.

Moje i Maryli kryteria dotyczące porządku w domu znacznie się różniły. Podczas gdy ona nie przejmowała się tym zanadto, ja miałam poczucie obowiązku młodej gospodyni i pani domu. Nie znaczy to, że wszystko wzięłam na siebie, o nie, mój mąż nigdy nie uchylał się od prac domowych. Zresztą, często powtarzałam wtedy, że umiejętność radzenia sobie z utrzymaniem porządku jest naprawdę jedną z podstawowych, a jej brak świadczy nie tyle o wyzwoleniu z opresji, co o zwykłym życiowym kalectwie. Maryla prędko dostała możliwość zweryfikowania swoich teorii, gdyż w Berlinie, na początku, jedyną dostępną pracą okazało się sprzątanie, a poza tym przekonała się, że mieszkając u kogoś nie można pozwolić sobie na bałaganiarstwo. Jej marzeniem było samodzielne, własne mieszkanie, w którym będzie się czuła w pełni swobodnie. Gdy wreszcie wprowadziła się do tego mieszkania, sama wiedziała już, jak trzeba dbać o porządek. Bez ideologii.

Zagadnienie podziału obowiązków domowych rzecz jasna nie wyczerpywało tematyki feministycznej, wokół której toczyły się nasze dyskusje. Oczywiście dużo rozmawiałyśmy o problemie aborcji, antykoncepcji, ale też o macierzyństwie, o tym, czym jest ono dla kobiety. Maryla nie widziała siebie w roli matki, jej sprzeciw powodowała perspektywa podporządkowania się wymaganiom związanym z opieką nad dzieckiem. Widziała natomiast, na przykładzie swojej mamy oraz innych kobiet, których życie upłynęło w PRL-u, jak w praktyce wyglądało ówczesne „równouprawnienie”. Była w niej jakaś odraza do całej rzeczywistości tamtego życia. Myślę, że chciała uciec od niego jak najdalej. Tak, jakby ten kierat, w jaki wprzęgła kobiety socjalistyczna, zgrzebna rzeczywistość, uważała za istotę zniewolenia przez komunę. Chyba długo nie rozumiała kobiet, które rezygnowały z podejmowania innych ról życiowych, poświęcając się macierzyństwu i rodzinie. Zwykle dopiero po dłuższej dyskusji przyznawała, że to także może być uprawniony, wolny wybór, nie wymuszony okolicznościami. Nie potrafię do końca ocenić, jak wpłynęła na jej poglądy nasza sytuacja, rodziców niepełnosprawnego dziecka, pokazująca dobitnie, do jakiego stopnia rodzicielstwo może przeorganizować całe życie. Na pewno nie zmieniła swych poglądów zasadniczo. Maryla pozostała sobie wierna. Wiem jednak, że w ostatnim czasie bywała krytyczna wobec niektórych feministek, przede wszystkim tych dość radykalnie kwestionujących wartość macierzyństwa i rodziny.

Kolejny nasz ulubiony temat to problemy wiary w Boga, religii, Kościoła katolickiego. Oczywiście Maryla ostro przeciwstawiała się patriarchalnej, konserwatywnej i mizoginicznej postawie kleru. Wychowana w dość tradycyjnej, katolickiej rodzinie, buntowała się przeciwko wizerunkowi Boga, który przedstawili jej rodzice. Nigdy jednak nie przekroczyła granicy ateizmu, nie stała się obojętna. Tym, co nurtowało ją stale, było powracające pytanie: unde malum? Pamiętam, jak opowiadała mi o swojej pracy w berlińskim szpitalu neurologicznym. Pracowała w szpitalnej kartotece. Przez jej ręce przechodziła dokumentacja chorych na SM, nieraz ludzi młodych, dwudziesto- trzydziestoletnich. Ich los odbierała jako przykład jakiejś absurdalnej niesprawiedliwości. Gdy o tym mówiła, wyczuwałam w jej głosie silne emocje. W podobny sposób reagowała na historie dzieci umierających na choroby nowotworowe. Dla niej był to egzystencjalny absurd, który kazał wątpić w Boga, w Jego sprawiedliwość.

Nigdy nie nadawałam szczególnego znaczenia tak zwanym datom granicznym, ale teraz uświadamiam sobie, że dla naszej rodziny lata przełomu milenijnego były wyjątkowe. W 1998 roku zmarł mój teść, pół roku później, w lutym 1999, mój ojciec. W 2001 odeszła teściowa. Jednocześnie w tle tych wydarzeń, od roku 1997, trwało odkrywanie autyzmu naszego syna, diagnozowanie, poszukiwanie terapii, miejsca w przedszkolu integracyjnym, potem w szkole… Śmierć najbliższych pozostawia w nas ślady, rana goi się powoli, blizna zostaje na zawsze. Ja zaczęłam wtedy stawiać sobie pewne pytania od nowa. Czy Maryla robiła to samo, w tym samym czasie? Nasze rozmowy były coraz dłuższe. Wtedy Maryla zaczęła częściej chodzić do kościoła. Wiem, że to zdanie wygląda trochę naiwnie. Ale ona od tego czasu chodziła do kościoła systematycznie. I to była jej autentyczna potrzeba.

Jastarnia (3)

Jacek Krenz

Kapliczka, dawna szkoła i stodoła – królestwo naszych dziecięcych zabaw.
Szkołę i kapliczkę ufundowała Urszula Przebendowska w 1755 r. – rys. J. Krenz

Świat dziecięcych zabaw

Po plaży, po południu toczyły się zabawy i opowieści koło domu pod rozłożystym kasztanowcem białym, który został posadzony w 1897 roku przez Walentego Strucka, mieszkańca Jastarni-Boru; dziś jest pięknym pomnikiem przyrody.

W sąsiedztwie, przy ulicy Rybackiej, jest dawny budynek szkoły, w którym mieszkał dyrektor Alfons Groenwald z rodziną. To on rozpoczynał nauczanie jastarnieńskich dzieci po wojnie, słabo lub wcale nie znających języka polskiego. Przyjaźniliśmy się z jego sympatycznymi córkami Oleńką i Hanią oraz młodszym Tadziem. W stodole, na poddaszu, mieliśmy swoje królestwo, gdzie razem z nimi i moimi braćmi bawiliśmy się całymi dniami, zwłaszcza gdy padał deszcz. Czasem do późna wystawaliśmy z Wojtkiem w warzywniaku pod oknem dziewczyn szykujących się do spania i czas płynął na przekomarzaniach i figlach.

W głębi chata i kasztanowiec, w pierwszej linii letnicy i miejscowi; autor – pierwszy po lewej

Wojtek podkochiwał się w Oleńce. Do sąsiedniej przysadzistej chaty pana Hebla przyjeżdżały z mamą panny Sommerówny, Joanna, Marysia i najmłodsza Elżbieta. Czasem wpadał też ich najstarszy brat Wojtek, którego żona znana była potem z ekranów telewizyjnych, jako Chmurka, prezenterka pogody. Marysia, nazywana przez nas Kajakiem, stała się kolejnym obiektem równie nieszczęśliwych westchnień mojego brata Wojtka.

Przygody

Z najwcześniejszego dzieciństwa pamiętam słoneczne dni na plaży z zabawami na brzegu morza. Brodzenie w przyboju fal, meduzy poruszające się w przejrzystej wówczas toni, małe flądry pływające przy karbowanej powierzchni dna, tamy i zamki z piasku, skrzypiący dźwięk piasku pod stopami. Szczególnie lubiłem przesypywać bialutki piasek z jednej piąstki do drugiej.

W miarę dorastania świat wakacyjnych przygód poszerzał się. Chodziliśmy do portu, gdzie było mnóstwo atrakcji z łowieniem ryb, pływaniem bączkiem, przyglądaniem się przybijającym do nabrzeża statkom żeglugi, jachtom i łodziom rybackim. Szczególny zachwyt budził żaglowiec „Generał Zaruski”, przywodząc marzenia o dalekich morskich podróżach. Z wieżyczek latarni na końcach falochronów, wytyczających tor do portu, obserwowaliśmy to wszystko z góry.

Pewnego poranka w porcie przy pawilonie LOK-u byłem świadkiem dziwnej sceny: na trawniku jakiś mężczyzna leżał z tabliczką z napisem STRAJK. Okazało się, że to kucharz z ośrodka żeglarskiego. Po kilku godzinach przyjechał na rowerze milicjant z Helu i go zwinął.

Chodziliśmy do pobliskich bunkrów obronnych z czasów II wojny, najczęściej do tego, który położony był na szczycie wydmowego wzniesienia, z kręgiem dawnego stanowiska ogniowego. Z trudem wdrapywaliśmy się na górę, ale warto było, bo roztaczał się stamtąd widok wokół na morze, zatokę i zalesiony półwysep z latarnią morską, wieżą kościoła i zabudowaniami Jastarni.

Dalej, za Juratą w stronę Helu, wchodziliśmy potajemnie na teren wojskowy, gdzie było mnóstwo jagód, borówek i grzybów, których nikt nie zbierał. Chłopacy z Jastarni zbierali tam nie tylko jagody… Znalezioną amunicję przeciwlotniczą wykorzystywali do ryzykownych zabaw polegających na uruchomieniu zapalnika i wrzuceniu po chwili do zatoki, co wywoływało wysokie gejzery wodne. Był to swoisty sposób łowienia ryb, łączący niebezpieczne z pożytecznym.

W przeciwnym kierunku, w stronę Kuźnicy, chodziliśmy na jeżyny bujnie rosnące po stronie zatoki. Na wydmach przy plaży zachowały się bunkry z grubego betonu. Przez szczeliny strzelnicze można było obserwować morze, a czasem też amatorki szczególnie dokładnego opalania na dzikiej plaży. Heniek nie patrzył, nie musiał, bo dostał od wujka marynarza długopis z obrazkiem kobiety, która przy odpowiednim nachyleniu pokazywała się bez ubrania.

Trochę dalej w kierunku Kuźnicy było wzniesienie na wydmach, zwane Lubekową Górą. Był na niej krzyż upamiętniający morską katastrofę, kiedy zatonął statek. Jeszcze dalej przed samą Kuźnicą znajdował się nowoczesny dom wakacyjny Andrzeja Łapickiego.

Opuszczaliśmy Jastarnię w ostatnie dni sierpnia. Mama dzień wcześniej kupowała bilety. Zdarzyło się raz, że jej niesforne chłopaki poszły pożegnać się z morzem i wrócili pod koniec dnia już po odjeździe pociągu, by w ten sposób przedłużyć pobyt w wakacyjnej krainie.

Wspomnienia o Maryli (10)

Magdalena Ciechomska

Maryla miała naturę wędrowca, takiego trochę cygana. Lubiła podróżować, poznałyśmy się zresztą w studenckim klubie turystycznym. Pamiętam jej wyjazdy na festiwal w Jarocinie. Kiedy tylko nadarzyła się okazja, wybrała się do Grecji, to znów do Paryża. Pilotowała niemieckie wycieczki do Polski i na Litwę. W Berlinie długo nie miała stałego mieszkania. Korzystała z uprzejmości znajomych, przyjaciół, czasem co miesiąc mieszkała kątem u kogoś innego. Twierdziła, że częste przeprowadzki jej nie przeszkadzają. Potem wynajęła mieszkanie przy Nordufer, z którego wyprowadził się mój kuzyn, Jerzy.

Dziś, z perspektywy czasu, dostrzegam pewne napięcie, jakie istniało między tym zamiłowaniem do włóczęgi, a chęcią posiadania własnego, stałego miejsca na ziemi. Tym miejscem miał być dom rodzinny, chociaż Maryla tak naprawdę nie założyła rodziny. To był stary, przedwojenny dom na Mokotowie, własność Ciechomskich, któremu mieliśmy wspólnie przywrócić dawną świetność. Maryla swą przyszłość zawodową wiązała z Berlinem, ale z pełnym zaangażowaniem, finansowym i nie tylko, uczestniczyła w remontach. Musiała nieraz pokonywać wspólnie z nami opór rodziców, a moich teściów, którzy żywili różne obawy, zwykle irracjonalne, wobec naszych planów. Po śmierci teścia a potem teściowej okazało się, że jednak nie poradzimy sobie finansowo. Stanęliśmy przed koniecznością zapłacenia wysokiego podatku od dziedziczenia gruntu, Stary Mokotów to wszak jedna z najdroższych lokalizacji w Polsce. Dodatkowo ja i mój mąż coraz bardziej zdawaliśmy sobie sprawę, że potrzebujemy naprawdę sporych pieniędzy na terapię naszego autystycznego syna. Tymczasem nasz piękny, stary dom okazał się skarbonką bez dna…

Decyzje o sprzedaży Tadeusz i Maryla podjęli razem. Wiem, ile ich to kosztowało. Za otrzymane pieniądze kupiliśmy wspólnie z Marylą nowy dom, tzw. „szeregowiec”, z dwoma osobnymi mieszkaniami. Postanowiliśmy, że będziemy mieszkać razem, dbając o rodzinne więzi i jednocześnie szanując wzajemnie swą niezależność. Zachowaliśmy wszystkie meble ze starego domu, te podniszczone oddaliśmy do renowacji. Maryla zabrała się za to z wielką energią i entuzjazmem. Za każdym przyjazdem do Warszawy dokonywała czegoś nowego. Cieszyła się widząc odnowione sprzęty: starą szafę po babci, fotele ocalałe z wojennej pożogi, stół, który przez kilkadziesiąt lat porastał kurzem na strychu, a teraz cieszył oczy ciemną politurą i rzeźbionymi nogami. Starannie przeglądała książki, zgromadzone przez teścia papiery, rodzinne fotografie. Znajdowała wśród szpargałów prawdziwe perełki, te najcenniejsze oddała do introligatora, do oprawienia w ramy. Odkrywała pamiątki, które przez lata zalegały w pudłach, wyraźnie zafascynowana tą rodzinna archeologią. Ustabilizowała też swoją sytuację w Berlinie, kupując tam mieszkanie. I obserwowałam, jak w drugą stronę zachodzi analogiczny proces zadomowiania się Maryli, gdy zabierała do swego berlińskiego mieszkania różne drobiazgi, jakieś półeczki, które tu nie pasowały a tam owszem, kubeczki, naczynia, drewniane pudełko w kształcie kota, znalezione na działce u cioci stare, strugane w drewnie korytko…

Moja teściowa miała dwie siostry. Maryla bardzo dbała o kontakty z nimi, zwłaszcza z ciocią Oleńką, która, podobnie jak ona, nie miała własnej rodziny. Od śmierci swych rodziców, to jest dziadków Maryli i Tadka, mieszkała w Grójcu, w niezbyt dobrych warunkach. Za pieniądze, które jej zostały, Maryla kupiła cioci nieduże, ale wygodne mieszkanie w bloku. I systematycznie odwiedzała ją, sprzątała, wykonywała potrzebne prace, a także przywoziła ciocię do nas. Te wędrówki na trasie Berlin – Warszawa – Grójec odbywały się co miesiąc lub raz na dwa miesiące. Kiedy teraz o tym myślę, przypominają mi się sceny z jednego z moich ulubionych filmów – La strada Federico Felliniego, kiedy Gelsomina, której domem jest cyrkowy wóz jej męża brutala, na każdym dłuższym postoju próbuje założyć mały ogródek, robi grządki, sadzi rośliny, podlewa… a potem trzeba jechać dalej…

Odprowadzaliśmy Marylę na dworzec, gdy wracała z Warszawy do Berlina. Czasem Tadeusz, czasem ja. Kiedyś odprowadziły ją obie ciocie. Maryla zrobiła wtedy zdjęcie z okna pociągu – ciocie stoją na peronie i machają jej na „do widzenia”. Niedługo potem zmarła starsza z sióstr, chrzestna Maryli. Wtedy widziały się ostatni raz. Młodsza, Oleńka, zmarła kilka lat potem, w roku 2017. Niecały rok później Maryla zachorowała. Na początku marca 2019 roku znalazła tę fotografię, przedstawiającą obie ciocie. Napisała do nas, że patrząc na nią dopiero teraz mogła przeżyć żałobę po śmierci cioci Oleńki, że wcześniejsze zdarzenia związane z chorobą jej to udaremniły. I że dużo rozmyśla o obu zmarłych ciociach. Maryla odeszła 26 marca.

Pamiętam, jak podczas jednej z naszych rozmów na tematy eschatologiczne, powiedziała, jak wyobraża sobie życie po śmierci. Że będzie to stan egzystencji pozbawionej fizycznych ograniczeń, umożliwiający swobodne przenoszenie się w różne, nawet najbardziej niedostępne miejsca, jak głębiny oceanów, wnętrza wulkanów i odległe planety. Myślę, że to bardzo piękny obraz wieczności.

Wspomnienia o Maryli (9)

Magdalena Ciechomska

Koty

Ponieważ jest lato, są wakacje, przyroda rozkwita, więc i moje wspomnienia krążą wokół naszego dawnego ogrodu i jego mieszkańców. Ogród ten otaczał stary, rodzinny dom Ciechomskich na warszawskim Mokotowie. Z czasów przedwojennych ocalało w nim pięć wysokich drzew orzecha włoskiego, dwie stare jabłonie i śliwa węgierka. Było jeszcze kilka mirabelek, najwcześniej wiosną pokrywających się białymi kwiatami. Od ulicy rósł szpaler świerków, posadzonych przez mojego teścia, między nie wcisnęła się czeremcha i dwa krzewy bzu lilaka, jaśminowiec oraz różowo kwitnący migdałowiec. Jeden róg domu oplatała liliowa glicynia, po murze ganku pięły się pędy winorośli, podobno przywiezionej przez dziadka gdzieś z głębi Rosji. Z tyłu ogrodu rosły cztery dorodne, rozłożyste krzewy dzikiego bzu.

Od kwietnia do końca czerwca ogród pełen był zapachów. Oprócz krzewów na trawniku przed domem pyszniły się amarantowe peonie. Kiedy przekwitły, nadchodził czas różowych i niebieskich hortensji. Na początku lipca kwitła wielka stara lipa, rosnąca (rośnie chyba do dziś?) w ogrodzie Muzeum Władysława Broniewskiego, od którego odgradzał nas mur z tyłu ogrodu, a jej rozłożyste konary zacieniały cały jego róg. W sierpniu wzdłuż alejki prowadzącej od furtki zakwitały floksy.

Wiosną ogród napełniały o świcie ptasie trele, a o zmierzchu biegały po nim jeże. Nocą budziły nas piski kun ogrodowych i od czasu do czasu rozpaczliwy krzyk ptaka, nieszczęsnej ofiary ich nocnych łowów. Najważniejszymi rezydentami ogrodu były jednak zawsze koty. Koty dzieliły się na „nasze – stałe” oraz „dochodzące”. Te ostatnie to były koty wolno żyjące, które dokarmialiśmy. Nie byliśmy w tym osamotnieni, mieszkająca na piętrze muzeum staruszka, dawna gosposia Broniewskich, systematycznie wystawiała na taras miseczki z jedzeniem, do których też zachodziły i nasze, „stałe” koty. Liczebność tego stadka zmieniała się, od czasu do czasu przybywał nowy kot, zdarzały się też tragiczne historie. Dwa kotki zginęły pod samochodem, dwa przepadły bez śladu… Kilka zmarło wskutek chorób, na które wówczas nie było skutecznych lekarstw.

Kiedy Maryla dowiedziała się, że jej brat i ja zamierzamy wziąć ślub i – zgodnie z wolą ich rodziców – zamieszkać w ich rodzinnym domu, zapytała, czy ja lubię koty. Odpowiedziałam, że w ogóle nie rozumiem, jak można kotów nie lubić? Moja odpowiedź bardzo ją ucieszyła, często później wspominała tę rozmowę i zawsze podkreślała, że tą odpowiedzią trafiłam w samo sedno, no bo przecież, jak można kotów nie lubić?!

Tych stałych kotów przewinęło się przez nasz dom chyba kilkanaście. Każdy miał swoje imię, ale były takie, które pamięta się szczególnie. Na przykład Jednooczka. Pewnego listopadowego wieczoru Maryla znalazła przy ogrodzeniu pobliskiej budowy metra młodą, burą kotkę z ogromnym ropniem w miejscu jednego oka. Natychmiast zawiozła ją do weterynarza. Operacja nie uratowała oka, ale prawdopodobnie życie kota, bo stan zapalny był już bardzo zaawansowany. Jednooczka była z nami sześć lat. Urodziła kocięta, potem, gdy została poddana sterylizacji, zmieniła zarówno wygląd jak i obyczaje. Urosła i zaczęła zachowywać się jak kocur. Wypuszczała się na dalekie eskapady, toczyła boje z kotami wolno żyjącymi. Wyróżniała się niezwykłą inteligencją i ostrożnością. Mając jedno oko, doskonale umiała przechodzić przez ulicę. Bywało, że nie widywaliśmy jej przez trzy-cztery dni. Zawsze wracała. Kiedyś wróciła bardzo chora. Niestety, nie udało się jej uratować. Została jej córka, Kluska. Żyła 19 lat, kilka razy miała młode. Zachodziła w ciążę tak szybko, że zanim się zorientowaliśmy, było za późno na sterylizację. Kilkoro jej dzieci zostało w domu, kilka kotków rozdaliśmy. Gdy ostatni raz była w ciąży, tuż przed porodem – zniknęła… Byliśmy pewni, że wydarzyło się coś złego. Pół roku później zjawiła się, tak , jakby wyszła poprzedniego dnia… Była sama. Nie znamy losu jej ostatnich dzieci. Ostatnich, bo czym prędzej umówiliśmy się z weterynarzem na operację. Potem żyła jeszcze długo i szczęśliwie. Już nie uciekała, tolerowała swoich wcześniejszych potomków. Przeprowadziła się z nami do nowego domu. W nowym, znacznie mniejszym ogrodzie najchętniej drzemała w zacisznym kątku pod jałowcem. Przeżyła wszystkie swoje dzieci. Spośród „ kotów dochodzących” wyróżniał się jeden, duży czarny kocur o zbójeckim wyglądzie, z zielonymi oczami, naderwanym uchem i górną wargą odsłaniającą biały kieł… Nazwaliśmy go przekornie Małym Czarnym Kotkiem, bo gdy przychodził do naszego domu był bardzo przymilny, mruczał, łasił się. Ale nigdy nie pozwolił zatrzymać się dłużej, jeśli nie miał na to ochoty. Chadzał własnymi drogami. Być może miał kilka domów. Za to gdy potrzebował pomocy, pojawiał się z głośnym lamentem, raz ze zropiałą raną na pyszczku, innym razem z łebkiem pokrytym świerzbowcem. Podleczony zaraz ruszał w świat i znikał na długie tygodnie.

Maryla przyjeżdżając do Warszawy, często mówiła, że w berlińskich mieszkaniach brakuje jej kota. Jakiś czas mieszkała w akademiku, tam, w okolicy znalazła chorego jeża, którym się zaopiekowała. Później, gdy już miała stałe lokum, wzięła do siebie kotkę Ewy, Matyldę. Matylda była mniej więcej w wieku naszej Kluski, umarła chyba niedługo po niej, zresztą również dożyła sędziwego, kociego wieku. W Berlinie Maryla zajmowała się także kotami osób wyjeżdżających. W ogóle zawsze była bardzo wrażliwa na los zwierząt, zwłaszcza na ich cierpienie. Pewnego razu latem znalazłyśmy na chodniku przed domem chorego gołębia, pokrytego jakimiś pasożytami. Ja następnego dnia wyjeżdżałam z synem nad morze. Maryla zapakowała ptaka w koci transporter i odniosła do przychodni weterynaryjnej.

Przez wiele lat była wegetarianką. Musiała z tego zrezygnować z powodu problemów z układem pokarmowym. Wiem też, że wspierała finansowo różne organizacje zajmujące się zwierzętami.

Kiedy przyjechała do Warszawy już po badaniach, mając zdiagnozowanego raka przełyku, opowiedziała mi, jak po otrzymaniu wyników poszły z Ewą do kawiarni, gdzie fruwały kolorowe papugi. Rok po śmierci Maryli ponownie usłyszałam tę historię również od Ewy. Bo też było to dla Maryli charakterystyczne, że w takiej chwili wybrała miejsce, w którym mogły towarzyszyć jej zwierzęta, kolorowe ptaki.

Jastarnia (1)

Jacek Krenz

Wszystkie moje wakacje w dzieciństwie i młodości spędzałem w Jastarni. Rybacka wioska leży na wąskiej kosie piaszczystego lądu pomiędzy morzem a zatoką, midzë wieldzi muerze a mołi muerze, jak mówią tutejsi Kaszubi. Była cudowną krainą przygód i beztroskiej szczęśliwości, choć, jak to w życiu bywa, miała też wątki poważniejsze.
Zabudowa rybackich domków skupiała się wzdłuż wyłożonej klinkierem, obsadzonej drzewkami ulicy Żymierskiego (obecnie Księdza Bernarda Sychty). Przy wąskich uliczkach stały chaty z dwuspadowym dachem pokrytym dachówką. Niektóre trochę większe miały na poddaszu facjatkę. Były dwa sklepy spożywcze, jeden wielobranżowy, mięsny i księgarnia. I dwa kioski „Ruch”.
W obejściach rybacy sprawiali ryby, suszyli i naprawiali rozpięte na drągach sieci. Psy i koty wypatrywały rzucanych im odpadków, ale większość z nich przeznaczona była do karmienia norek.
Fermy norek, ogrodzone pełnymi drewnianymi parkanami, lokalizowane były na obrzeżach. Część ryb trafiała do przydomowych wędzarni. Dym o charakterystycznym smakowitym zapachu unosił się wokoło.


Miejscowość składa się z historycznie ukształtowanych dwóch części: Jastarni Puckiej i Boru. Przybliżoną linię podziału stanowiła ulica Portowa. Prowadziła od stacji kolejowej, mijała kawiarnię „Maleńka”, budynek Urzędu z parkiem naprzeciwko.
Zaraz za skrzyżowaniem z główną ulicą po lewej były kioski z pamiątkami wyklejanymi muszelkami, restauracja „Meduza”, a dalej wędzarnia. Po prawej, alejka z ławkami obsadzona drzewkami prowadziła do kina „Żeglarz” i domu wczasowego „Rybak” oraz do małego stylowego domku, który należał do właściciela kawiarni. Dalej, po przecięciu szosy omijającej miejscowość ulica prowadziła wzdłuż budynku koszar WOP-u (Wojsk Ochrony Pogranicza) do portu. Stąd żółte kutry wypływały na połów.
W porcie było też nabrzeże żeglugi pasażerskiej, do którego przybijały statki z Gdyni: „Wanda”, „Jadwiga”, „Grażyna”, „Aldona” i największa z nich „Panna Wodna”. Po drugiej stronie basenu
portowego było nabrzeże LOK (Ligi Obrony Kraju) z jachtami, mniejszymi kutrami i łodziami rybackimi. Rybacy wypływali stamtąd i z piaszczystych brzegów wczesnym świtem na zatokę w drewnianych łodziach żaglowych lub motorowych. Wracali z ładunkiem w porze obiadu, by sprawić ryby i wyczyścić sieci.
W Puckiej części Jastarni jest kościół z charakterystyczną wieżą z hełmem w kolorze zielonkawej patyny miedzi. Ksiądz głosił kazania z ambony o oryginalnym kształcie łodzi na falach.
Po niedzielnej mszy wierni szli na kawę lub mrożone kakao do kawiarni „Gwiazda Morza”, dołączali do kolejki po świeże bułeczki maślane w kawiarni „Maleńka” lub szli na pocztę wysłać list lub zamówić rozmowę telefoniczną i czekać na połączenia. Czasem trwało to dość długo, co sprawiało, że poczta stawała się miejscem spotkań. Świat był prosty, kontakty międzyludzkie bezpośrednie (bez RODO), bezkomórkowe. Z perspektywy pobytu tutaj właściwie istniały dwa światy: ten zwykły, pełen rygorów
i wymagań, i ten beztroski, wakacyjny. Ich rozdzielność przerywała korespondencja:
Przyjedź! Kiedy przyjedziesz? Jest piękna plażowa pogoda!

Wspomnienia o Maryli (8)

Magdalena Ciechomska

Książki

Zamiłowanie do książek, pasja czytania – to łączyło nas, mnie, mojego męża i jego siostrę, od początku. Maryla zawsze dużo czytała. Właściwie to czytała ciągle, bo jeśli akurat nie pracowała nad jakimś tłumaczeniem, to przy zwykłych, codziennych czynnościach towarzyszyła jej zawsze książka lub czasopismo. Gdy przyjeżdżała do Warszawy, zaraz na dworcu kupowała najnowszy numer Polityki i Newsweeka. W domu czekały numery Tygodnika Powszechnego z całego miesiąca, ponieważ my kupujemy go regularnie od lat. Ten najnowszy numer przeważnie mi podbierała, orientowałam się po niewczasie, gdy chcąc po niego sięgnąć, nie znajdowałam go tam, gdzie go ostatnio położyłam. Jeśli Maryla była u siebie i akurat coś jadła, to oznaczało, że ma mój Tygodnik. Jak większość moli książkowych, do których i siebie zaliczam, Maryla uwielbiała czytanie przy jedzeniu.

Pewnego razu przyjechała z Berlina i od razu oświadczyła, że jest bardzo zmęczona, niewyspana i zaraz musi się położyć. Poprzedniego dnia skończyłam czytanie książki Joanny Olczak-Ronikier pt. W ogrodzie pamięci. To historia rodzin Mortkowiczów i Horwitzów, przodków autorki. Ponieważ książka jest fascynująca, podsunęłam ją Maryli, a ona zabrała ją i poszła do siebie. Do wieczora nie pojawiła się, więc uznaliśmy, że śpi, staraliśmy się nie chodzić na górę i upomnieliśmy syna, żeby nie hałasował i nie budził zmęczonej cioci. Na drugi dzień, gdy siedzieliśmy w kuchni przy śniadaniu, a Maryla zeszła z góry, zauważyliśmy, że nie wygląda na wypoczętą. Zapytana jak się czuje, popatrzyła na mnie i powiedziała: „ Wiesz co? Dałaś mi wczoraj tę książkę, a ja zajrzałam do niej chcąc poczytać trochę przed snem… No i jak zaczęłam czytać, tak nie mogłam się od niej oderwać, przeczytałam do końca! Skończyłam nad ranem. Jest świetna! Niesamowita! A teraz coś zjem i napiję się herbaty a potem muszę się przespać.”

Maryla nieraz mawiała, że zazdrości polonistom, którzy chlubią się bogatym zasobem rozmaitych cytatów literackich na każdą okoliczność. Sama wręcz je kolekcjonowała. Ona i jej brat, a mój mąż, oboje obdarzeni doskonałą, fotograficzną pamięcią i ja jako polonistka, dorzucaliśmy stale coś nowego do naszych codziennych rozmów. Mieliśmy też ulubione lektury, z których czerpaliśmy, np. Mistrza i Małgorzatę Bułhakowa, powieści Gombrowicza. Do kota, który wskoczył na stół przemawiało się słowami: Kotom nie wolno! Z kotami nie wolno! i kot natychmiast rozumiał o co chodzi. Na drugi dzień po zakrapianej imprezie witaliśmy się cytatem z Lalki: Jak to mawiał Ignacy Rzecki? Katz, stary przyjacielu! Ciemne piwnice w starym domu na Mokotowie nosiły nazwę Moria, a gdy w nowym domu na poddaszu odkryliśmy obszerną garderobę z dodatkowym schowkiem, nasz syn od razu stwierdził, że jest to stara szafa, która prowadzi do Narni.

Są takie książki, do przeczytania których zachęciła mnie Maryla. To między innymi Moby Dick Melville’a i fantastyczne opowiadania Lovecrafta, powieść Marion Zimmer Bradley Mgły Avalonu, feministyczna wersja legend arturiańskich, która tak mi się spodobała, że kupiłam w Berlinie jej niemieckie wydanie, ponieważ nie mogłam dostać polskiego przekładu. Nie przekonała mnie natomiast do twórczości Elfriede Jelinek, choć sama była nią zafascynowana. Tłumaczyła mi , że Jelinek można w pełni zrozumieć jedynie w oryginale a polskie przekłady są nie najlepsze.

Wśród wspomnień literackich pojawiają się takie, jak przednia zabawa, którą mieliśmy przy wspólnym czytaniu Lema w niemieckim przekładzie. Ale też i takie, jak wieczór poezji Wisławy Szymborskiej na berlińskim spotkaniu feministycznym. Wiersze w tłumaczeniu Karla Dedeciusa nabierały nowego znaczenia, brzmiały dla mnie jakoś bardziej dobitnie i przejmująco.

Po śmierci rodziców Maryla zajęła się porządkowaniem rodzinnych zbiorów bibliotecznych. Z czasów przedwojennych nie zostało wiele, z opowiadań teścia wiedzieliśmy, że mokotowski dom Ciechomskich po wysiedleniu rodziny został przez Niemców spalony miotaczem ognia. Gdy w 1945 roku wrócili do niego, mury stały. Teść opowiadał, że po wejściu do pokoju, w którym znajdowała się biblioteka, zobaczyli całe, stojące regały z książkami. Wszystko było czarne jak węgiel, a przy dotyku rozsypywało się w popiół… To, co przetrwało, latami leżało w szafach i pudłach, teściowie, przytłoczeni problemami codzienności nie mieli czasu, żeby się tym zająć. Maryla za każdym przyjazdem do Warszawy wydobywała woluminy, odkurzała, niektóre dawała do oprawy. Są wśród tych pamiątek pięknie ilustrowane akademickie podręczniki starszego brata mojego teścia, studenta medycyny, który zginął w obozie koncentracyjnym. Jest kilka roczników czasopisma literackiego z końca XIX wieku. Jest prawosławne wydanie Biblii pisane cyrylicą.

Po śmierci Maryli, postanowiliśmy przewieźć z jej berlińskiej biblioteki do Warszawy tylko książki w języku polskim. Niemieckie zostały rozdane wśród przyjaciół i znajomych oraz przekazane bibliotekom publicznym. Ponieważ jestem bibliotekarką, teraz przede mną zadanie uporządkowania rodzinnego księgozbioru.

PS od Adminki: Maryla (Maria Gast-Ciechomska) była też autorką; poniżej okładka jej książki z 1999 roku. Tę książkę warto nadal czytać, jest pełna świetnych opowieści.


Wspomnienia o Maryli (7)

Magdalena Ciechomska

Zaczęły się wakacje i pojawiają się takie wakacyjne wspomnienia. O tym, że Marylę i jej brata, a obecnie mojego męża, poznałam w 1983 roku, w Uniwersyteckim Klubie Turystycznym UNIKAT, już wcześniej wspominałam. To były czasy studenckich rajdów, letnich pobytów w klubowych bazach namiotowych – UNIKAT eksplorował północno-wschodnią Polskę, Suwalszczyznę i Podlasie, tereny dziś turystycznie popularne, wtedy jeszcze mało znane. Maryla swoje doświadczenia z czasów klubowych wędrówek wykorzystała później w pracy zawodowej, pilotując wycieczki z Niemiec do Polski i na Litwę. My z mężem i synem pozostaliśmy na etapie rodzinnych weekendowych wypadów do lasu i wakacyjnych wyjazdów. Maryla odbyła więcej zagranicznych podróży, była w Paryżu, w Grecji, zwiedziła niektóre niemieckie landy.

Był taki czas, że ja, ze względów zdrowotnych, wyjeżdżałam do Szczawnicy Zdroju, uzdrowiska położonego u stóp Pienin, malowniczych gór, niewysokich, jakby miniaturowych w porównaniu do stojących tuż za nimi Tatr. W Szczawnicy wynajmowałam pokój dwuosobowy, siedziałam tam za każdym razem miesiąc, a w tym czasie przyjeżdżali do mnie, raz mama, raz mój mąż, no i dołączała do nas Maryla. Wynajmowała sobie osobny pokój, ale czas spędzaliśmy wspólnie. Mnie wypełniały go głównie zabiegi, Maryla też zawsze wykupywała w uzdrowisku jakieś kąpiele czy masaże dla siebie. Czerpaliśmy wielką przyjemność z leniwych, niespiesznych spacerów po parku zdrojowym, gdzie tradycyjnie znajdowała się muszla koncertowa, w której każdego popołudnia grała niewielka orkiestra. Repertuar był klasyczny, składał się głównie z wiedeńskich walców Straussów, utworów Schuberta, Schumana. Słuchaliśmy, sącząc z dzbanków lecznicze wody, tworzył się klimat jak w przedwojennym „badzie”. Gdy zdarzył się dzień wolny od zabiegów, wędrowaliśmy w góry, bliższe i dalsze. Przeszliśmy pasmo Pienin od Trzech Koron do Sokolicy i z Wąwozu Homole na szczyt Wysokiej. Najczęściej odwiedzliśmy najbliżej położoną, niewielką, uroczą Bryjarkę, a za nią małe schronisko, w którym serwowano pyszne naleśniki z jagodami. Maryla, wtedy konsekwentna wegetarianka, zawsze lubiła wszelkie naleśniki, pierogi, kluski itp. W tym czasie schyłkowego PRL-u mięso kupowało się na kartki, więc w pensjonacie, w którym mieszkaliśmy, także oddawało się część tych kuponów. Kuchnia przygotowywała tylko tyle potraw mięsnych, na ile starczyło z „kartek”. Kucharki, rodowite góralki, wykazywały się kulinarną pomysłowością, przygotowując znakomite pierogi, naleśniki, drożdżowe bułeczki, ciasta, zapiekanki, co nam, a zwłaszcza Maryli, bardzo odpowiadało. Pamiętam, że kiedy kilka lat później byliśmy w Szczawnicy z moim synem, Maryla wyraziła swoje rozczarowanie zmianą jaka zaszła w menu stołówki naszego pensjonatu. Mięso i wędliny pojawiały się na stole codziennie, a my wzdychaliśmy do pysznych pierogów ruskich i naleśników z serem, które podawano teraz tylko w piątki. Na szczęście tradycyjne bułeczki drożdżowe do kolacji pozostały.

W lipcu 2009 roku pojechaliśmy we trójkę, ja, nasz syn Jan i Maryla, na dwa tygodnie do Rymanowa Zdroju. Mój mąż nie miał w tym czasie urlopu, a syn był uczestnikiem turnusu terapeutycznego, zorganizowanego przez ośrodek prowadzący terapię dla dzieci z autyzmem. Janek od rana do obiadu miał zajęcia, a my szłyśmy na spacer. Maryla oczywiście korzystała z zabiegów, bardzo chwaliła sobie zwłaszcza masaż ciepłymi kamieniami. Uzdrowisko Rymanów jest otoczone niewielkimi, łagodnymi wzgórzami, porośniętymi lasem mieszanym, z przewagą buczyny. Po spacerze zachodziłyśmy do kawiarenki położonej w centrum zdroju. Pośrodku kawiarnianego ogródka rosło rozłożyste drzewo. Jedząc lody obserwowałyśmy kręcące się wszędzie niewielkie, urocze ptaki, wróble, ale też inne, których nazwy nie potrafiłyśmy odgadnąć.

Maryli pobyt w Rymanowie bardzo się spodobał, stwierdziła, wyjeżdżając, że musimy częściej odbywać takie wspólne wypady „do wód”. Chyba rok później zorganizowała dla siebie i swojej cioci pobyt w Nałęczowie. Ciocia była samotną siostrą mojej teściowej. Rodzice Maryli i Tadeusza już wtedy nie żyli. Maryla opiekowała się ciocią. Ten wyjazd niespecjalnie im się udał, to był wrzesień, prawie cały czas padało. Maryla jednak korzystała jak zwykle z zabiegów kąpielowych. I znów obiecywałyśmy sobie wspólne wyjazdy. Ostatni raz rozmawiałyśmy na ten temat, gdy Maryla była już po operacji onkologicznej. Dzwoniła wtedy z ośrodka rehabilitacyjnego, w którym dochodziła do siebie. Mówiła, że to jest coś w rodzaju sanatorium. Ale kiedy jej stan zdrowia wystarczająco się poprawi, pomyślimy, żeby znów pojechać razem do jakiegoś polskiego uzdrowiska.

Z wolnej stopy 45

Zbigniew Milewicz

Rajd ozdrowieńca

Wiele miesięcy nie było mnie w Polsce. Oczywiście wszystkiemu winna corona, najpierw były obostrzenia w ruchu granicznym, nie chciałem się więc w to pakować, później sam zachorowałem, na szczęście bez poważniejszych konsekwencji. Teraz, jako ozdrowieniec, jestem bezpieczny dla otoczenia, a ono samo może mi nagwizdać, cały czas jestem więc w ruchu i maski używam tylko w sklepie, kościele i autobusie.

Ludzie, z którymi w Tychach rozmawiam, wyliczają mi, kogo ze wspólnych znajomych zabrała pandemia, trudno mi uwierzyć, że znalazł się wśród nich między innymi nawet ogólnie lubiany Zefel, dawny właściciel piwnego baru na zecie. Dlatego spieszę się do ludzi, którzy jeszcze żyją, nie odkładam spotkań, jak zwykle, na następny raz, bo może go już nie być. Życie jawi się jak coś absolutnie jednorazowego i kruchego, takim, jakim jest w istocie, ale trzeba było dopiero śmiercionośnego wirusa, żeby to pojąć. Miłe są te nieudawane uwagi, czasami zaprawione ulgą: no, nareszcie znowu jesteś. Albo: długo Pana nie było – spotkania Marcysi z piekarniczego, dozorczyni Jańci, albo krawcowej Lusi, u której zawsze coś poszerzam, albo zwężam. Tym razem zwężam, bo corona pozbawiła mnie smaku i węchu, a przeto i apetytu.

Jadę na ulicę Gołębią, do moich starych przyjaciół, Justysi i Krystiana, oczywiście są już zaszczepieni i dziwią się, że ja mam do szczepionek sceptyczny stosunek. Ojciec Justyny był lekarzem, ona sama też nim jest, nie mam więc szans w merytorycznej dyskusji na temat, kto ma rację. Na szczęście ozdrowieńcy zaraz po chorobie się nie szczepią, bo mają własne przeciwciała i spór kończy się elegancko walkowerem.

Do Asi i Krzysia na osiedlu „A“ nie zaglądałem całe wieki, a sporo się u nich zmieniło. Gospodarz cierpi na miażdżycę, amputowano mu przez nią obydwie nogi, musiał się pożegnać z wykonywanym zawodem taksówkarza i obecnie utrzymanie całego domu spoczywa na barkach jego żony. Asia zajmuje się rozliczeniami podatkowymi, pracę ma w swoich czterech ścianach i może jednocześnie opiekować się mężem, ale łatwe to nie jest. Na szczęście czasami śpieszą im z pomocą córki, a medycznie to niezbędne minimum zapewnia terapeuta. Podziwiam ich obydwoje za hart ducha, a dodatkowo Krzysia – za niezmiennie pogodny charakter i poczucie humoru, których mimo choroby nie utracił. Obecnie wszystkie swoje siły koncentruje na wzmocnieniu mięśni kikutów nóg, aby móc przymierzyć się do protez i z serca życzę mu, aby osiągnął swój cel.

Marysia w Świerklanach, Lolek z Halinką w Ustroniu Śląskim i Stefcia w Chorzowie, których z kolei odwiedzam, też mają już za sobą szczepienia na covid, przynajmniej częściowe i tylko pierwsza z nich narzeka, że na drugi dzień bolała ją ręka. Stefcia spontanicznie organizuje w swoim mieszkaniu spotkanie klasowe. Jest nas razem czworo: ona, Helcia, Leszek i ja. Wszyscy mieszkaliśmy kiedyś przy tej samej ulicy Wesołej i chodziliśmy razem do szkoły podstawowej nr 9, róg Dąbrowskiego i Omańkowskiej. Do reszty koleżeństwa Stefcia nie umiała dotrzeć, wielu też niestety już nie żyje. Taksujemy się nawzajem życzliwie, nikt nie mówi, że na ulicy w pośpiechu to byśmy się nie rozpoznali, ale pewnie tak by było. Najważniejsze, że pamięć wszystkim nam jeszcze w miarę dopisuje i jesteśmy na chodzie. Jest wigilia polskiego Dnia Matki, jadę więc na cmentarz do Św. Ducha, żeby zmówić zdrowaśkę i zapalić u mamy znicz.

Swój ozdrowieńczy rajd po miejscach bliskich mojemu sercu zaczynam i kończę w Krakowie. Tam mieszka prawie od roku moja córka Ania z wnuczką Zosią. Mieszka pięknie, w zabytkowej kamienicy przy jednej z przecznic ulicy Karmelickiej, w samym śródmieściu; powodem zamiany Tychów na Kraków jest nowe miejsce pracy córki, więcej teraz zarabia, ale też sprawuje odpowiedzialniejszą funkcję i zadania są trudniejsze. Zosia szczęśliwie daje sobie radę w nowym liceum i środowisku, które ją w pełni zaakceptowało, w przyszłym roku będzie zdawała maturę. Chodząc po Krakowie, rozmawiamy o pracy Ani i szkole Zosi, o jej świeżych przyjaźniach i planach na przyszłość. To miasto świetnie się nadaje do takich spacerów. Idąc od Karmelickiej Parkiem Krakowskim w stronę Wisły, opowiadam im o moich pięciu latach spędzonych tutaj, o barwnych, corocznych Juvenaliach, pokazuję Collegium Paderevianum, w którym miałem zajęcia, Dom Studencki „Żak“, gdzie mieszkałem, później Collegium Novum. Wspominam o demonstracji studentów i pracowników naukowych UJ w marcu 1968 r., która miała miejsce pod tym historycznym budynkiem, a później została brutalnie spacyfikowana przez milicję i ORMO. Chłoną to wszystko, co im opowiadam, a ja czuję się trochę muzealnie, bo zdaję sobie sprawę z tego, że to wszystko było już bardzo dawno temu.

Rynek przypomina euforyczny Eden. Jeszcze niedawno z powodu sanitarnych rygorów świecił pustkami i martwotą, a dziś jest sobota, pierwszy dzień po zluzowaniu obostrzeń. Można nareszcie znowu usiąść z rodziną, albo przyjaciółmi w kawiarnianym ogródku, napić się piwa, lemoniady i ludzie z tego skwapliwie korzystają. Znowu są dorożki, uliczni muzykanci, są ognie w ogródkach, śmiech, gwar, uszczęśliwione buzie, improwizowane tańce na płytach rynku, stragany z wyrobami ludowymi i ponętnie wyglądającym jadłem, ale tego niestety nadal nie czuję. Nieznajomi ludzie sprawiają wrażenie, jak by znali się od dawna, toczą ze sobą miłe rozmowy, nie pamiętam, kiedy ostatnio doświadczyłem takich budujących scen.

Może ktoś w Krakowie rozpyla w powietrzu endorfiny. Na Wiślnej bowiem Ania, ni stąd ni zowąd, zaczepia jakąś kobietę i pyta, gdzie ta kupiła modne czółenka, po czym pada nazwa firmy, która mi nic nie mówi. Wywiązuje się śliczny dialog, czekam, kiedy babeczki padną sobie w objęcia, dwaj uśmiechnięci panowie z boku są tą sceną zachwyceni, my z Zosią oczywiście również. Trudno o pozytywniejsze relacje międzyludzkie, ale zapytam jeszcze raz: czy trzeba było pandemii, żeby ludzie się na siebie znowu otworzyli? I pytanie numer dwa: jak długo ten błogostan potrwa?

Fizycznie nie udało mi się powtórzyć podróży nad Wisłę, ale przed powrotem do Niemiec śniłem, że tam znowu jestem. W tym śnie byłem młodym człowiekiem, siedziałem na okrytych bujną zielenią Plantach w towarzystwie jakiejś pięknej kobiety i z czegoś śmialiśmy się serdecznie. Przecież do szczęścia niczego więcej mi nie trzeba.

Autor, na kuchennych schodach stancji przy Długiej 18, rok 1964, po jakimś egzaminie chyba, bo obowiązkowa, biała koszula i krawat.