Z wolnej stopy 43

Zbigniew Milewicz

Pofyrtany ten Śląsk

Kiedy urodziła się moja mama, dziadek Erwin ubrał się odświętnie i poszedł do chorzowskiego magistratu, żeby to zgłosić. Niemiecki urzędnik zapisał w swojej księdze datę, dane rodziców i oczywiście zapytał o imię córki.
– Janina – odparł petent.
– Czyli Johanna – stwierdził człowiek za biurkiem i zanurzył pióro w kałamarzu.
– Janina – powtórzył pogodnie Erwin, kładąc przed tamtym pistolet.

Dziadek Erwin lubił fotografować, ale sam niechętnie pozował do zdjęć.

Dziadek był na ogół spokojnym człowiekiem. Nie wiem natomiast, czy ten pistolet należał wcześniej do jego starszego brata Jorga, albo był zdobyczny, z powstania. Jorg czuł się Niemcem i służył w Grenzschutzu, kiedy dowiedział się, że Erwin idzie walczyć za polski Śląsk i ma na uzbrojeniu jakąś małokalibrową zabawkę, ironicznie to skomentował, ale dał mu dla pewności swoją broń. Pisałem o tym w czwartym odcinku W górę rzeki. Mama Nina urodziła się 14 czerwca 1921 roku, wtedy losy III Powstania Śląskiego jeszcze się ważyły. Od dwóch dni trwało zawieszenie broni, dziadek mógł więc przyjechać do domu i powitać swoją pierworodną córkę, ale czy był przy tym, jak jego Jadka rodziła tego również nie wiem. Nie poznałem też nigdy szczegółów dotyczących jego udziału w powstaniu, które mógł spędzić w okopach pod Anabergiem, albo w obsłudze nielicznych dział, którymi dysponowali Polacy, czego się nauczył w Wielkiej Wojnie, jako pruski artylerzysta, lub siedział w jakimś sztabie, przy telefonie, czy pisaniu meldunków, bo ładnie kaligrafował. Oczywiście moja chłopięca wyobraźnia kreśliła zawsze sceny batalistyczne, bohaterskie, a mogło być różnie, skoro nikt w domu nigdy mi na ten temat niczego nie powiedział. Zawsze się tylko powtarzało: jak będziesz duży, to się dowiesz. A kiedy dorosłem, zajęło mnie własne życie.

Oddział powstańczy na ulicach Królewskiej Huty po powrocie z walk. 1921 r. Fot. CAW

III Powstanie Śląskie, o którym zwykło się mówić, że było zwycięskie, w przeciwieństwie do poprzednich dwóch, przegranych, wybuchło w nocy z 2 na 3 maja 1921 roku, walki trwały dwa miesiące. Poprzedził je marcowy plebiscyt w sprawie przynależności państwowej Górnego Śląska; w głosowaniu dopuszczono udział osób, które wcześniej wyemigrowały ze Śląska. W tym celu z Niemiec przyjechało 182 tys. emigrantów, z Polski – 10 tysięcy. Jak łatwo zatem odgadnąć, większość uprawnionych do głosowania, stanęła za pozostawieniem tego regionu w dotychczasowych granicach Niemiec, za przyłączeniem do Polski opowiedziała się mniejszość – 40,3% głosujących. W miastach większość obywateli stanęła za Niemcami, wieś była za Polską.

Międzysojusznicza Komisja Rządząca i Plebiscytowa z siedzibą w Opolu, w skład której wchodzili przedstawiciele Anglii, Francji i Włoch zdecydowała o przyznaniu prawie całego obszaru Niemcom – Polska miała otrzymać tylko powiaty pszczyński i rybnicki. Na to dictum dotychczasowe pojedyncze strajki niezadowolonych z materialnej biedy i bezrobocia mieszkańców regionu przekształciły się w strajk generalny, a następnie w zbrojny zryw. Znany śląski działacz społeczny, Wojciech Korfanty, który ogłosił się dyktatorem III Powstania Śląskiego napisał w odezwie do rodaków:

„Zwycięstwo osiągniemy za wszelka cenę i nie ma takiego mocarza na świecie, który by mógł nas okuć ponownie w kajdany germańskie”.

Wcześniej, jako komisarz plebiscytowy z nadania komendanta Józefa Piłsudskiego, był gorącym zwolennikiem rozwiązania konfliktu na drodze dyplomatycznej. Kiedy jednak przekonał się, że angielscy i włoscy rozjemcy nie są bezstronni i trzymają stronę Niemiec (z Polakami sympatyzowali jednak Francuzi) – zmienił zdanie. Przyznał rację swojemu oponentowi, hrabiemu Maciejowi Mielżyńskiemu – z którym w kwietniu 1921, w bytomskim hotelu „Lomnitz“, toczył burzliwe spory o to, jak odzyskać Śląsk – że trzeba chwycić za broń. Datę wybuchu powstania, z 2 na 3 maja, wybrano starannie. Duże grupy Ślązaków, szykujących się w nocy do wymarszu na powstańcze pozycje, tłumaczyły przypadające nazajutrz rocznicowe obchody Konstytucji 3 Maja, na które trzeba było zawczasu dotrzeć to tu, to tam. Zaczęto od świetnie przygotowanej akcji „Mosty”. Grupa Destrukcyjna „Wawelberga”, pod dowództwem Tadeusza Puszczyńskiego, zniszczyła w zsynchronizowany sposób około 50 przepraw na Odrze, aby uniemożliwić przeciwnikom komunikację kolejową z resztą Niemiec, czyli odciąć ich od dostaw broni, amunicji, żywności i nowych kontyngentów wojska. Zaskoczenie było totalne, dzięki temu udało się uniknąć większych strat po własnej stronie.

Grupy powstańców na pozycjach nad Olzą.

Do walki stanęli przede wszystkim Polacy z Górnego Śląska, jednak nie brakowało wsparcia i spoza kordonu. Wojskami dowodził ppłk. Maciej Mielżyński, z Wielkopolski; później zastąpił go ppłk. Kazimierz Zenkteller, również Wielkopolanin. W ciągu tygodnia, wykorzystując zaskoczenie przeciwnika, powstańcom udało się opanować cały teren plebiscytowy. Kiedy Niemcy się z grubsza pozbierali, rozpoczęli mobilizację sił samoobrony w rejonie Raciborza. Największą bitwą pierwszej fazy powstania były walki o Kędzierzyn oraz o pobliski port na Odrze, tzw. Przystań Kozielską. 10 maja 1921 roku Korfanty ogłosił zawieszenie broni, Niemcy zaś rozpoczęli mobilizację swych jednostek w rejonie Krapkowic i Kluczborka. Ich głównodowodzący, gen. Karl Hoefer, który wcześniej był komendantem straży granicznej na Górnym Śląsku, wydał rozkaz natarcia w kierunku Góry św. Anny. Ofensywa ruszyła w nocy z 20 na 21 maja. Po zaciętych walkach bataliony Freikorpsu „Oberland“ z Bawarii zajęły to ważne strategicznie wzgórze, skąd można było poprowadzić bezpośrednie natarcie w kierunku śląskiego rejonu przemysłowego.

Mimo kilkakrotnie podejmowanej kontrofensywy powstańcom nie udało się ponownie zdobyć Anabergu. Niemcy mieli przewagę w uzbrojeniu i wyszkoleniu bojowym, powstańcy rekompensowali to odwagą i sercem do walki, ale każda ofiara ma swoje granice. W maju i czerwcu toczyły się również walki o Kędzierzyn i Koźle, które ucichły po zawieszeniu broni 12 czerwca 1921 roku. Chociaż powstańcom udało się utrzymać ten strategiczny rejon, Korfanty wiedział, że Niemcy mają militarną przewagę i dalsza walka może pogorszyć sytuację jego wojsk na froncie. Rozpoczął więc negocjacje z przeciwnikiem. 26 czerwca Wojciech Korfanty i Karl Hoefer podpisali porozumienie o wycofaniu swoich wojsk z linii frontu, a 5 lipca zakończono ich ewakuację. Siły przeciwników rozdzielały oddziały alianckie. Zawarto rozejm z Niemcami, przy czym polska strona rządowa oficjalnie odcięła się od odpowiedzialności za powstanie. 12 października 1921 roku, po dyplomatycznych rozmowach, przeprowadzonych przez Korfantego z aliantami, Komisja Międzysojusznicza podjęła decyzję o korzystniejszym dla Polski podziale Górnego Śląska i to była główna wygrana tego powstania. Z obszaru plebiscytowego, czyli ponad 11 tys. km kw., zamieszkanego przez ponad 2 miliony ludzi, do Polski przyłączono 29% terenu i 46% ludności.

W Polsce znalazły się m.in. Katowice, Świętochłowice, Królewska Huta (obecny Chorzów), Rybnik, Lubliniec, Tarnowskie Góry i Pszczyna. Podział był też korzystny dla nas gospodarczo – na przyłączonym terenie znajdowały się 53 z 67 istniejących kopalni, 22 z 37 wielkich pieców oraz 9 z 14 stalowni.

„Cud nad Wisłą uratował Polskę od zguby, cud nad Odrą dał Polsce Śląsk. Cudu nad Wisłą i cudu nad Odrą nie stworzył żaden dyktator, żaden mocarz, który wziął odpowiedzialność za losy narodu, ale duch narodu, jego solidarność narodowa, duch obywatelski i poczucie odpowiedzialności każdego obywatela” – oceniał Korfanty efekty powstań.

W tym trzecim, według danych historycznych, wzięło udział około 60 tysięcy Polaków. 1218 spośród nich poległo a 794 odniosło rany. Niemieccy naziści nie darowali tym, którzy przeżyli. Kiedy we wrześniu 1939 roku Hitler napadł na Polskę, za udział w trzecim powstaniu i poprzednich karano śmiercią. Niemcy dysponowali spisami powstańców, sporządzonymi dla celów ewidencyjnych przez polską administrację i na ich podstawie docierali do kombatantów, których likwidowano później w obozach zagłady, albo zaraz po zatrzymaniu. Przykładem lista chorzowska, znajdująca się w zbiorach Muzeum Śląskiego. Widnieją na niej głównie ludzie, którzy należeli do Związku Powstańców Śląskich ; lista jest zdigitalizowana i dostępna w sieci, więc ją przeglądałem, szukając nazwiska mojego dziadka. Zrobiła na mnie ponure wrażenie, bo w rubrykach zapisanych odręcznie przez polskich urzędników, są późniejsze adnotacje ich niemieckich następców w magistracie. Pisali, kto zmienił miejsce zamieszkania, albo już zmarł śmiercią naturalną, przy niektórych nazwiskach stoją znaki zapytania, lub wykrzykniki. Na szczęście Seweryna Palucha nie znalazłem, bo w przeciwnym razie pewnie bym go nie poznał osobiście. Z tego co wiem, nigdy nie dał się namówić na oficjalne członkostwo w tym związku, bo mierziły go wewnętrzne spory między ludźmi Korfantego i zwolennikami jego największego wroga – Michała Grażyńskiego, który po powstaniu został wojewodą śląskim. Wolał nie mieć tych paru złotych dodatku kombatanckiego do emerytury, ale za to swój święty spokój. Poza tym zawsze był ostrożny, jak by znał rosyjski, to by pewnie mawiał: będziesz cichszy, to dalej pojedziesz…

Mama Nina (w kapelusiku – w wieku 19 lat)

Wczoraj minęło sto lat, jak urodziła mu się jego pierworodna córka, moja mama Nina. Może dlatego, że była powstańcza, zapamiętałem ją przede wszystkim, jako człowieka bez strachu, z wielkim sercem, zawsze gotowego spieszyć innym z pomocą. Zawsze pogodnie uśmiechnięta, miała piękny alt i lubiła śpiewać stare, harcerskie piosenki, albo te śląskie, powstańcze, a ja jej w tym chętnie towarzyszyłem. Na przykład : Już zachodzi czerwone słoneczko… Natomiast irytowało ją zawsze, jak jej siostra Irka, która bywała złośliwa, intonowała jako następny szlagier: Horst Wessel Lied. Po pierwsze bowiem była to pieśń SA, a po drugie ciocia okropnie fałszowała. Mama wykształciła się w dobrym, polskim liceum w Chorzowie, im. Marii Curie-Skłodowskiej a jej młodsza o siedem lat siostra, już w niemieckim, choć też dobrym. Mama była przedwojenną, polską harcerką, ciocia należała do Bund Deutscher Mädel i każda była przekonana, że to był najpiękniejszy czas w ich życiu. Nie pamiętam, żeby sprzeczały się między sobą o to, który był piękniejszy.

Siostry Janka i Irka, pewnie w ukochanej Bukowinie Tatrzańskiej

Kiedy ja znowu jadę z Monachium do tych swoich Tychów, wiem, że mój młodszy syn Mikołaj tylko się dziwi, bo to jest już czwarta, albo piąta podróż do Polski na przestrzeni roku, ale nic nie mówi. Tylko, żebym nie zasnął za kierownicą, bo już nie mam dwudziestu lat. Mikołaj, tak, jak ciotka Irka, lubi stare, niemieckie pieśni szturmowe i też mu tego nie mam za złe. Mieszka na bawarskiej wsi, niedaleko Glonn, gdzie po II wojnie żył ujek Jorg, starszy brat mojego dziadka, który za Hitlera służył w SA i pewnie nie raz sobie śpiewał: Die Fahne hoch… Zapamiętały to pewnie drzewa rosnące koło jego domu i kiedy mój syn pojechał tam, żeby zobaczyć, gdzie Jorg mieszkał, to mu pieśń powtórzyły i się młodemu spodobała. Taki jest pofyrtany ten Ślask i jego dzieci.

Wspomnienia o Maryli (4)

Magdalena Ciechomska

Feministki

Gdy wyszłam za Tadeusza, Maryla już działała jako feministka. Nasze pierwsze rozmowy na ten temat, nie licząc dyskusji o tym, kto właściwie powinien sprzątać, gotować lub pozmywać naczynia (tu poglądy zmieniały się zależnie od okoliczności), miały związek z literaturą. Zaczęło się od pewnej książki dla młodzieży, którą wygrzebaliśmy wśród szpargałów, zalegających w jakimś zakamarku naszego starego, mokotowskiego domu. Była to powieść z gatunku science fiction, autorstwa Andrzeja Janickiego, pt. Porwany w przestrzeń, wydana w 1959 roku w Londynie, przez katolickie wydawnictwo Veritas. Dość atrakcyjnie skonstruowana rzeczywistość fantastycznego świata przedstawionego tworzy w niej kostium dla dydaktyzmu i moralizatorskiego przesłania, w duchu katolickiego wychowania młodzieży. Rzecz dzieje się na planecie Wenus, co niewątpliwie ma znaczenie symboliczne, ponieważ tematem utworu są miłosne perypetie głównego bohatera, młodego ziemianina i atrakcyjnych mieszkanek drugiej planety Układu Słonecznego. Wenusjanie również są przedstawicielami gatunku homo sapiens, więc darmo szukać tu problematyki konfrontacji z Obcym, jaką znamy ze Star Treka. Nas interesowało przede wszystkim operowanie damsko-męskimi stereotypami obyczajowymi i ogranym schematem romansu, który dla autora stanowił pretekst do przekazania umoralniających pouczeń na temat przyzwoitości, czystości przedmałżeńskiej, a także rycerskości w stosunku mężczyzn do kobiet oraz niewinności i czułości tychże. Odkrywanie i demaskowanie tych schematów tak nas rozbawiło, że zabrałyśmy się do dalszych poszukiwań. Dobrałyśmy się do naszej narodowej klasyki. Maryla przyjęła rolę inspirującą, powiedzmy, ideowo, ja, z racji mojego zawodu nauczycielki języka polskiego, zajęłam się wyszukiwaniem przykładów literackich. W ten sposób odkryłyśmy temat: kobieta w literaturze polskiej. Uwagę skierowałyśmy przede wszystkim na twórczość romantyków i pozytywistów. No i się zaczęło! Po pierwsze dość szybko okazało się, że najtrafniej całą prawdę na ten temat wyraził Cyprian Kamil Norwid: „(…) literatura nasza nie określiła jeszcze ani jednego skończonego typu kobiety (…)”*. Po drugie, zaczęłyśmy odkrywać mizoginizm naszej dziewiętnastowiecznej literatury narodowej i tę prawdę, że, wbrew pozorom, „Polska nie jest kobietą”. Najbardziej chyba pastwiłyśmy się nad Sienkiewiczem. I świetnie się przy tym bawiliśmy, we trójkę, bo i Tadeusz dał się w to wciągnąć. W końcu Maryla podsunęła mi pomysł spisania naszych odkrywczych interpretacji.

Niedługo potem zajęła się sprawą wyjazdu do Berlina. Kiedy pojechałam do niej, zabrałam ze sobą wszystkie notatki. Właściwie nie bardzo wiedząc jeszcze po co i dla kogo, raczej „sobie a Muzom”, zaczęłam składać z nich jakąś całość. Traktowałam to jako rodzaj intelektualnego fitnessu po całodziennym trudzie pracy w „sprzątalnictwie”. Polskie książki pożyczałam od Romana, znajomego Szwajcara, studenta polonistyki. Kolejne fragmenty dawałam Maryli do przeczytania i oceny. Udało nam się wyodrębnić kilka typów, którym dałyśmy nazwy od bohaterek literackich: „dziewica-bohater”, „Matka Polka”, „niewinna Zosia”, „anielska Marynia”, „niezłomna Oleńka”, „Hajduczek”, „Siłaczka”. Najbardziej interesująca wydała mi się postać Matki Polki. Napisałam na ten temat rodzaj szkicu krytycznego; później powstał na jego podstawie tekst, z którym wystąpiłam na kilku spotkaniach poświęconych tematyce feministycznej, w Krakowie i w Berlinie. Mój udział w tych spotkaniach zawdzięczam Maryli, która nie tylko mnie tam ściągnęła, ale także tłumaczyła na żywo to, co czytałam i mówiłam.

W 1993 roku urodziłam syna. Sama zostałam Matką Polką. To był czas wielu przemian w Polsce; z postkomunistycznego śmietnika wyłaniała się nowa rzeczywistość państwa, które wracało do Europy. Feminizm odbierany był wtedy jak coś zupełnie nowego, dziwnego, choć przecież miał już swoje miejsce w naszej historii, w pismach warszawskich pozytywistów, w wystąpieniach kobiet, które po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku upomniały się o swoje prawa. Ale w Polsce lat 90 budził często zdziwienie, obawy i niechęć, zwłaszcza ze strony kościoła katolickiego i środowisk z nim związanych. Przez same kobiety był postrzegany jako zjawisko niszowe, rodzaj dziwacznego hobby wielkomiejskich intelektualistek, niemających pojęcia, jak wyglądają prawdziwe problemy tzw. „zwykłych kobiet”. Coraz częściej w rozmowach z Marylą przyjmowałam też punkt widzenia takiej zwykłej kobiety. Stawałam się coraz bardziej krytyczna; irytowała mnie elitarność ruchu, który w trudnym czasie polskiej transformacji zdawał się reprezentować interesy tylko pewnej grupy kobiet, w dodatku tych, które już były samodzielne, wykształcone, miały dobrą pracę. Maryla, pryncypialna w swoich poglądach, starała się odpierać moje zarzuty. Później przekonałam się, że jednak uważnie słuchała.

cdn

Wspomnienia o Maryli (3)

Magdalena Ciechomska

Żółte tulipany

Mam takie zdjęcie, zrobione w mieszkaniu Maryli na Nordufer; siedzę na sofie, przede mną, na stoliku stoi duży bukiet pięknych, żółtych tulipanów. Zdjęcie zrobiła Maryla, drugie, podobne, chyba ja zrobiłam jej. Te tulipany dostałyśmy od niemieckich feministek. To był rok 1996 lub 1997. Zostałam zaproszona na konferencję zorganizowaną w ramach kobiecej współpracy polsko-niemieckiej. Maryla, która już od paru lat aktywnie działała na tym polu, zaproponowała mi wygłoszenie referatu na temat pracy nauczyciela w liceum, mającym swój własny, autorski program nauczania. Od 1995 roku pracuję w warszawskim XIX LO im. Powstańców Warszawy, które wówczas realizowało taki program. Był to czas, kiedy w polskiej oświacie, uwolnionej od komunistycznej, ideologicznej cenzury, nastąpiła erupcja twórczej inwencji nauczycieli, głównie tych wcześniej związanych ze środowiskiem opozycji antykomunistycznej, teraz zrzeszonych w NSZZ Solidarność. Chodziło o to, żeby stworzyć szkołę wolną, otwartą na różne potrzeby i zainteresowania uczniów, kreatywną. Na tym spotkaniu opowiadałam właśnie o mojej szkole, która była tego przykładem. Mówiłam po polsku, Maryla tłumaczyła na żywo, na niemiecki. Na zakończenie dostałyśmy bukiet żółtych tulipanów. Nie pamiętam dokładnie, ale wydaje mi się, że to był marzec, chyba nawet blisko Dnia Kobiet i może stąd te tulipany? Pisząc te wspomnienia podejmuję rodzaj gry z własną pamięcią. Nie zawsze jestem pewna, czy zdarzenia, które kojarzy moja wyobraźnia, w rzeczywistości miały ze sobą coś wspólnego?

Mieszkanie na Nordufer Maryla przejęła po moim kuzynie, Jurku i był to punkt zwrotny w historii jej pobytu w Berlinie. Znalazła wreszcie stałe lokum, miejsce dla siebie. Obie znałyśmy dobrze to mieszkanie, gdyż to właśnie Jurek pomógł Maryli w przyjeździe do Berlina Zachodniego (wtedy konieczne było tzw. zaproszenie). Pomógł też znaleźć na początku pracę, polegającą na sprzątaniu mieszkań po remontach wykonywanych przez firmę, w której on sam był zatrudniony. W tym jego mieszkaniu na Nordufer ja też wcześniej bywałam, bywałyśmy tam obie. Tego wieczora siedziałyśmy więc przy stoliku, na którym stał bukiet żółtych tulipanów, w pokoju mieszkania Maryli, z poczuciem, że jesteśmy tu, w tym mieście jakby u siebie, bo już można było wsiąść w pociąg na Dworcu Centralnym w Warszawie i pojechać do Berlina bez żadnych wiz itp., bo to w końcu przecież tylko trochę dalej niż do Poznania.

Po przyjęciu Polski do UE przestrzeń dzieląca kraje i miasta kurczyła się coraz bardziej. Maryla przyjeżdżała do Warszawy systematycznie, mniej więcej co miesiąc. Przede wszystkim na święta – Boże Narodzenie, Wielkanoc. To było tak oczywiste, jak to, że my też kiedyś wybierzemy się do niej, w odwiedziny… Później działo się dużo w naszej rodzinie i czas nie sprzyjał planowaniu wycieczek. Gdy już zdołaliśmy pozbierać się po większych i mniejszych dramatach, pomyśleliśmy, że warto byłoby znów odwiedzić Berlin, zwłaszcza, że Maryla miała już swoje naprawdę własne mieszkanie. I znów stało się oczywiste, że możemy pojechać tam kiedy przyjdzie na to ochota, więc nie trzeba było się spieszyć ….

W marcu 2019 roku uświadomiłam sobie, czego nie mogłam wiedzieć tego wieczora z bukietem żółtych tulipanów, że taki berliński wieczór już się nie powtórzy.

Wspomnienia o Maryli (2)

Magdalena Ciechomska

Berlin Zachodni

Mój wyjazd do Berlina Zachodniego, do Maryli, która już tam była, miał jeden zasadniczy cel: potrzebne były nam pieniądze na remont starego, rodzinnego domu Ciechomskich. Dom na Starym Mokotowie, przedwojenny, z dużym, dość zaniedbanym i bardzo kolorowym ogrodem, kupiony przez dziadków Tadeusza i Maryli w 1939 roku, spalony częściowo w czasie wojny, później został odbudowany. Życiowe perturbacje jakie przechodzili rodzice mojego męża, sprawiły, że od czasu powojennej odbudowy właściwie nie był remontowany. Postanowiliśmy we trójkę, Tadek, Maryla i ja, że teraz my zadbamy o rodzinne gniazdo. Przyjechałam do Berlina jakieś dwa lub trzy miesiące po zburzeniu muru, z zamiarem podjęcia pracy sprzątaczki i zarobienia tym sposobem zachodnioniemieckich marek, które po przeliczeniu na złotówki miały dać kwotę potrzebną na remont domu. Praca jakoś tam się znalazła, pieniądze odkładałam, ale była to dla mnie przede wszystkim przygoda. Berlin Zachodni – brama do Europy, do wolnego świata! Miasto pełne kolorów, urzekające bogactwem form, gdzie najzwyklejsze przedmioty stawały się oryginalne, niepowtarzalne.

Mieszkałyśmy kątem u znajomego na Kreuzbergu. Maryla wówczas też pracowała w „sprzątalnictwie”. W soboty, po pracy chodziłyśmy na pływalnię. W niedzielne przedpołudnie oglądałyśmy telewizję. Odkryłyśmy kanał, na którym w tych godzinach szły tzw. „Monumentalfilmen”. Były to produkcje z lat chyba 60, kiczowate adaptacje mitologii greckiej pomieszanej z innymi tekstami starożytności, np. Biblią, co dawało zadziwiający, chwilami absurdalny i bardzo zabawny miszmasz. Był to efekt komiczny, raczej niezamierzony przez twórców owych filmów, za to nam, filolożkom, dostarczający mnóstwo inspiracji i radości. Zabawa polegała na wyszukiwaniu i szyderczym komentowaniu różnych schematów oraz absurdów, jak np. to, że wszystkie młode kobiety w tym filmowym, „antycznym” świecie chodziły w podkasanych szatach, prezentując zgrabne nogi… Najbardziej cieszyłyśmy się, gdy na planie filmowym spotykali się nagle bohaterowie, których w oryginalnych historiach mitologicznych dzieliło kilka pokoleń a greckim herosom towarzyszyli celtyccy druidzi… Miałyśmy uciechę, wymyślając, co też jeszcze można by dopisać do tych historii. Niestety, nie zapisywałyśmy naszych komentarzy i już ich oczywiście nie pamiętam. Ale przypominam sobie, że jakieś dwa lata później, podczas konferencji feministycznej w Krakowie, gdy przy kolacji Maryla opowiadała mi radośnie jakiś niedawno obejrzany „monumentalfilm”, siedząca obok kobieta zapytała: „Przepraszam, czy wy rozmawiacie o jakimś nowym filmie Monty Pythona”?

Do wspomnień berlińskich należą również wyprawy do różnych knajpek. Była wśród nich jedna, na Kreuzbergu, niedaleko naszego mieszkania, w której podawano owocowe wina domowego wyrobu. Pamiętam jak piłyśmy takie wino, w kolorze czerwonych porzeczek, nalewając je z niewielkiej, szklanej karafki. Tę knajpkę przypomniałam sobie jakieś pięć, sześć lat temu. Pomyślałam wtedy, że pewnie już jej tam nie ma, ale kiedy znów przyjadę do Berlina, to znajdziemy jakieś podobne, fajne miejsce…

Maryla

Ewa Maria Slaska

Gdy odeszła dwa lata temu, opublikowałam TU na blogu wpis, złożony z tego, co na wiadomość o jej śmierci napisali o niej ludzie Z Berlina, Warszawy, Krakowa…

26 marca 2019 roku odeszła na zawsze znana berlińska tłumaczka, Maria Gast-Ciechomska czyli Maryla lub Marlena. Była wnuczką ostatniego sołtysa Mokotowa, germanistką i świetną tłumaczką, działaczką antykomunistyczną, członkinią Solidarności Mazowsze, działaczką ROPCiO (Ruch Obrony Praw Człowieka i Obywatela). W czasie stanu wojennego była internowana w obozie dla kobiet w Gołdapi – była najmłodszą więźniarką stanu wojennego, internowaną w tym obozie. Później wyjechała do Berlina, gdzie nadal działała na rzecz kobiet i relacji polsko-niemieckich, między innymi w Polsko-Niemieckim Towarzystwie Literackim WIR i w Inicjatywie Kobiecej Berlin-Warszawa. Była współzałożycielką Polskiego Stowarzyszenia Feministycznego i inicjatywy Ruch Przeciw Kryminalizacji Aborcji.
Napisała książkę “Od matriarchatu do feminizmu”.
Jeszcze kilka tygodni przed śmiercią, podczas niemieckiej premiery filmu Siłaczki w Regenbogenfabrik i kinie “Lichtblick”, mogliśmy po raz kolejny zachwycić się jej kunsztem translatorskim. To bowiem ona znakomicie przetłumaczyła ścieżkę dźwiękową filmu. Maryla od zawsze angażowała się w sprawy kobiet i wydaje się znamienne, że ostatnia jej praca też była związana z tą tematyką.

Jutro zatem miną dwa lata od śmierci Maryli, czyli Marii Gast-Ciechomskiej. W zeszłym roku Ania Krenz, Iwona Dadej, Christine Ziegler i ja chciałyśmy zorganizować spotkanie o Maryli w pierwszą rocznicę jej śmierci. Spotkanie miało się odbyć w Regenbogenfabrik, ale stanęła nam na przeszkodzie pandemia, a właściwie wprowadzony 15 marca lockdown. W tym roku już z góry jedna zaproponowałyśmy spotkanie zoomowe. Z jakiegoś względu oficjalne spotkanie nie dojdzie jednak do skutku, zorganizuję je więc ja – nieoficjalnie. Odbędzie się w najbliższy poniedziałek o godzinie 19. Do udziału zaproszę i mam nadzieję, że w rozmowie wezmą udział:

Magdalena Ciechomska, (ukochana) szwagierka Maryli, polonistka, feministka
Karina Garsztecka, archiwistka, archiwum Wydziału Badań Wschodnioeuropejskich na Uniwersytecie w Bremie, feministka; osoba przechowująca archiwum Maryli
Gudrun Koch, kulturoznawczyni, organizatorka kultury, Stowarzyszenie Kobiet Europejskich, feministka
Anna Krenz, architektka wolnego zawodu, założycielka Dziewuch Berlin, Botschaft der Polinnen, współzałożycielka Polonijnej Rady Kobiet, aktywistka, feministka
Monika Wrzosek-Müller, autorka, tłumaczka

Christine Ziegler, organizatorka kultury, Regenbogenfabrik, feministka

Mam też nadzieję, że poruszymy następujące tematy:

  1. Wspomnienie o Maryli
  2. Dokonania Maryli
  3. Jak upamiętniać kobiety takie jak Maryla – zaangażowane, emancypowane, kreatywne, ale skromne i (przeto?) nie z pierwszych stron gazet?
  4. Co zrobimy na stałe, aby takie kobiety jak Maryla, zostały na trwałe w świadomości i pamięci?

Als sie vor zwei Jahren starb, veröffentlichte ich HIER einen Blogeintrag, der sich aus dem zusammensetzte, was Menschen aus Berlin, Warschau, Krakau und sonstwo her über sie geschrieben haben, als sie erfuhren, dass sie gestorben ist…

Am 26. März 2019 verstarb die bekannte Berliner Übersetzerin Maria Gast-Ciechomska, Maryla oder Marlena genannt. Sie war die Enkelin des letzten Bürgermeisters von Warschauer Stadtteil Mokotów, eine Germanistin, hervorragende Übersetzerin, antikommunistische Aktivistin, Mitglied von Solidarność Masoviens, Aktivistin der Bewegung zur Verteidigung der Menschen- und Bürgerrechte. Während des Kriegszustands wurde sie im Frauenlager in Gołdap interniert – sie war die jüngste Gefangenen in diesem Lager. Später zog sie nach Berlin, wo sie sich weiterhin für Frauen und polnisch-deutsche Beziehungen einsetzte. Sie war unter anderem in der deutsch-polnischen Literaturverein WIR tätig und in der Berlin-Warschauer Fraueninitiative. Sie war Mitbegründerin der Polnischen Feministischen Vereinigung und der Initiative Bewegung gegen die Kriminalisierung der Abtreibung.
Sie schrieb das Buch Vom Matriarchat zum Feminismus.
Einige Wochen vor ihrem Tod wurde ihre Arbeit in der Regenbogenfabrik und dann im “Lichtblick”-Kino bei der deutschen Premiere des Films von Marta Dzido und Piotr Śliwowski Siłaczki / Frauen der ersten Stunde präsentiert. Sie hat den Soundtrack des Films perfekt übersetzt. Maryla war schon immer in Frauenangelegenheiten involviert, daher ist es kein Wunder, dass ihre letzte großartige Arbeit auch mit diesem Thema zu tun hatte.

Morgen sind also zwei Jahre her, als Maria (Maryla Gast-Ciechomska) gangen ist. Letztes Jahr wollten Anna Krenz, Iwona Dadej, Christine Ziegler und ich ein Treffen zu Marias ersten Todestag in der Regenbogenfabrik organisieren; leider wurden wir durch die Pandemie oder vielmehr die am 15. März eingeführten Lockdown verhindert. In diesem Jahr schlug Iwona Dadej im Voraus ein Zoom-Meeting vor, das jedoch aus irgendeinem Grund wahrscheinlich nicht stattfinden wird. Das Treffen werde also ich ganz privat organisieren. Es wird nächsten Montag um 19 Uhr stattfinden. Ich lade Sie zur Teilnahme ein und hoffe, dass die folgenden Gesprächspartnerinnen daran teilnehmen werden:

Magdalena Ciechomska, Marylas (geliebte) Schwägerin, polnische Philologin, Feministin
Karina Garsztecka, Archivarin, Archiv der Fakultät für Osteuropastudien an der Universität Bremen, Feministin
Gudrun Koch, Kulturwissenschaftlerin, Kulturorganisatorin, Association of European Women, Feministin
Anna Krenz, freischaffende Architektin, Gründerin von Dziewuchy Berlin  und Botschaft der Polinnen, Mitbegründerin des Polnischen Frauenrats im Ausland, Aktivistin, Feministin
Monika Wrzosek-Müller, Autorin, Übersetzerin
Christine Ziegler, Kulturorganisatorin, Regenbogenfabrik, Feministin

Ich hoffe auch, die folgenden Themen zu besprechen:

  1. Erinnerung an Maria
  2. Marias Leistungen und Erfolge
  3. Wie kann man Frauen wie Maria gedenken – Frauen, die engagiert, emanzipiert und kreativ sind, aber bescheiden und (daher?) nicht von den ersten Reihen?
  4. Was werden wir tun, damit Frauen wie Maria dauerhaft in unseren Gedanken und Erinnerungen bleiben?

    I na marginesie ciekawostka – grusza posadzona we wsi Mokotów przez dziadka Maryli, Walentego Ciechomskiego w roku 1870; dziś na ruchliwym skrzyżowaniu ulic Bałuckiego i Racławickiej. / Dieser Birnbaum im Zentrum Warschaus wurde von Marias Großvater 1870 gepflanzt.

 

Z wolnej stopy 29

Zbigniew Milewicz

Dudek, czyli sposób na życie

Dzisiaj mija 56 lat od pierwszego, premierowego spektaklu kabaretu „Dudek“ w stołecznej kawiarni „Nowy Świat“, o którym mawiano, że był najlepszym przedwojennym kabaretem w powojennej Polsce. Miał on charakter literacko-aktorsko-satyryczny. W ciągu 10 lat działalności dał około 1000 przedstawień, na które złożyło się blisko 200 skeczy, monologów i piosenek kilkudziesięciu kompozytorów i autorów. W pamięci jego sympatyków, w tym także i mojej, żyje nadal, w słowach ze skeczy i piosenek, głosach wykonawców i obrazach, na szczęście uwiecznionych w zapisach fonograficznych oraz filmowych. Pewnie najsłynniejszy jest Sęk, ale wybór jest ogromny. Dudek kształtował gusta intelektualne całkiem sporej rzeszy rodaków w PRL-u i pochodził w prostej linii od Edwarda Dziewońskiego, który „był klasycznym przykładem artysty – przedwojennego warszawskiego inteligenta. I dlatego nie wyobrażał sobie życia bez towarzyskich spotkań, bez wymiany myśli, dowcipów, bon motów. Jego sposobem na życie towarzyskie stał się kabaret Dudek, gdzie umiał otoczyć się najwspanialszymi aktorkami i aktorami, (…) niekiedy bardzo zajętymi. Poza tym, że był doskonałym aktorem i reżyserem, (…) był niezrównanym animatorem kabaretowego życia. Przez te dziesięć lat, trzy razy w tygodniu, dobrze po godzinie 22, spotykali się ludzie w „Nowym Świecie”, żeby oklaskiwać swoich ulubieńców. Mimo że za szybami tej kawiarni panował socjalizm, było szaro, ponuro i nudno, Dziewoński przeciwstawiał się temu, kreując świat barwny i interesujący. Umiał doskonale ‘obchodzić’ cenzurę, wykłócał się z cenzorami, żeby przepuszczali co odważniejsze teksty. Pod koniec życia był już oczywiście panem leciwym i niedołężnym, ale zapamiętam go jako człowieka niesłychanie aktywnego, pełnego dynamiki – takiego, jakim był w Dudku.”

Tak wspominał go Wojciech Młynarski, który jako autor tekstów współpracował Dudkiem-Dziewońskim od początku istnienia kabaretu. Dudek to był pseudonim artysty, nad sceną kawiarni widniała łacińska nazwa tego pstro upierzonego ptaka: upupa epops. Poza Młynarskim stałym tekściarzem kabaretu był Stanisław Tym, pisywali dla Dudka Agnieszka Osiecka, Andrzej Jarecki, Jerzy Jurandot, Jonasz Kofta, Sławomir Mrożek, Jaremi Przybora i wielu innych, znanych twórców. Na scenie Dudka występowali regularnie Irena Kwiatkowska, Wiesław Gołas, Jan Kobuszewski, Wiesław Michnikowski i oczywiście sam jego założyciel.

Życiorys artystyczny Edwarda Dziewońskiego jest barwny, jak upierzenie dudka. Urodził się 16 grudnia 1916 roku w Moskwie, w rodzinie ze scenicznymi tradycjami. Ojciec, Janusz Dziewoński był znanym i dobrym aktorem, dziadek Romuald Wasilewski – basem, a także dyrektorem Opery Moskiewskiej. Potomek poszedł ich śladem. Po maturze zdanej w Berlinie i rozpoczęciu studiów aktorskich, postanowił kontynuować je w Warszawie. Tuż przed II wojną światową ukończył Wydział Aktorski w Państwowym Instytucie Sztuki Teatralnej, ale dyplom odebrał dopiero w 1945 roku. W tymże roku zadebiutował na deskach łódzkiego teatru Syrena, a dwa lata później na wielkim ekranie – w roli gestapowca w Zakazanych piosenkach, którą mu zapewniła biegła znajomość niemieckiego. Potem był Ostatni etap Wandy Jakubowskiej, po czym przyszły role w innych filmach, m.in. w Ulicy Granicznej i Przygodzie na Mariensztacie. Prawdziwym sukcesem aktorskim okazał się jednak jego Dzidziuś Górkiewicz w Eroice Andrzeja Munka z 1957 roku.


Jako Dzidziuś Górkiewicz w Eroice

W audycji radiowej Anny Napiórkowskiej * poświęconej historii Dudka i jego twórcy, Stanisław Tym tak mówi o tej roli: zagrał w tym filmie wymyślonego antybohatera Powstania Warszawskiego, który robił wszystko co możliwe, aby uniknąć narażania życia i uciec z ogarniętej rewoltą Warszawy, paradoksalnie przyczyniając się do zwiększenia szans walczących powstańców. Ten niezwykle przewrotny film był polemiką z bogoojczyźnianą wizją historii najnowszej, a postać Dzidziusia, między innymi dzięki znakomitej kreacji Dziewońskiego, stała się tej polemiki symbolem.

Po czterech latach spędzonych w Łodzi, Dziewoński przeniósł się do Warszawy, do Teatru Narodowego. Później było Ateneum, Kabaret Wagabunda, Teatr Współczesny, Ludowy i Komedia. Z jego aktorskim i reżyserskim udziałem powstało około 74 spektakli. Jak głosi plotka, zaangażowano go w teatrze, bo miał … tupet. Dziewoński stanął przed dyrektorem teatru i oznajmił, że słyszał, iż ten poszukuje zdolnego aktora.
– Ma go pan przed sobą – dodał.
Dyrektor nie miał innego wyjścia, jak zatrudnić pewnego siebie młodzieńca.

Anegdot o nim opowiadało się wiele. Przytoczę jeszcze jedną, którą wspominałem już we wpisie Moja Kalina, ale to było tak dawno temu, że ją odświeżę. Wtedy zdarzenie wspominał Andrzej Łapicki, dziś mówi Gustaw Holoubek, a więc trochę się będą różnić te wersje od siebie:

W jednym z teatrów na próbie Kalina Jędrusik zapaliła papierosa. Na scenie nie wolno palić papierosów. Zbliżył się strażak i powiedział: “Proszę zgasić papierosa, bo tu nie wolno palić”. A Kalina jak Kalina – z wdziękiem odparła: “Odpie… się, strażaku”. I on strasznie się zamyślił, poszedł za kulisy i tam trwał jakiś czas. Potem nabrał powietrza, wrócił na scenę, ale tam już nie było Kaliny, tylko Basia Rylska. On jednak tego nie zauważył, bo oczy zaszły mu bielmem z wściekłości, i krzyknął do Rylskiej: “Ja też potrafię przeklinać, ty ku… stara!”. Kompletnie zdumiona Basia pobiegła do Edwarda Dziewońskiego, który był reżyserem spektaklu, i powiedziała mu, że strażak zwariował, bo ją zwyzywał bez żadnego powodu. Dziewoński strasznie się zezłościł, poszedł do strażaka i powiedział: “A pan jest ch….!” Przy czym strażak był inny.

– Jesteśmy na Ziemi, żeby się pośmiać. Nie będziemy mogli ani w czyśćcu, ani w piekle. A w niebie nie będzie wypadało – wygłosił Dziewoński w pierwszym programie swojego kabaretu na Nowym Świecie i od tamtej pory nieustannie bawił Polaków, żartując sobie ze wszystkiego i wszystkich.

Tak go zapamiętałem, razem pewnie z większością fanów – jako wybornego komedianta, choć sam całe życie bronił się przed szufladkowaniem. Wielomilionowej widowni telewizyjnej znany był przede wszystkim z Kabaretu Starszych Panów, z postaci Dosmucacza, operatywnego Kuszelasa czy frywolnego sędziego Kocia. Erwin Axer, współtwórca Teatru Współczesnego w Warszawie, wybitny reżyser teatralny tak wspominał Edwarda Dziewońskiego: był aktorem sceny i kabaretu, reżyserem, konferansjerem, recytatorem; bywał szefem teatrów i pamiętnikarzem. Wyróżniał się i zabłysnął we wszystkich tych dziedzinach. To zdarza się nieczęsto, ale się zdarza. Stworzył jednak coś jeszcze, co zdarza się znacznie rzadziej. Wykreował sam siebie: niepowtarzalną postać znaną wszystkim, co się z nim w życiu prywatnym i publicznym zetknęli. Postaci tej zapomnieć niepodobna, opisać ją bardzo trudno.

“Dudek” kochał kobiety i trzykrotnie stawał na ślubnym kobiercu. Pierwsza z jego wybranek była o 14 lat starsza od niego a ostatnia – młodsza o 20. W rozmowach z przyjaciółmi żartował, że teściowa jest od niego starsza tylko o cztery lata. Z drugiego małżeństwa z tancerką baletową, Janiną Smoszewską miał syna Romana.

Na zdjęciu z Ireną Małcużyńską

– Rodzice rozstali się trzy lata po ślubie i ojca jako takiego w domu nie pamiętam – wspominał w rozmowie z Tele Tygodniem Roman Dziewoński. – Mama nigdy nie powiedziała o nim złego słowa. Powtarzała, że jest genialnym aktorem i powinien mieć swój teatr.

W późniejszych latach kontakty ojca z synem przybrały charakter głównie zawodowy. Ich wspólną fascynacją był teatr. – Odwiedzałem ojca w kabarecie Dudek – opowiadał Dziewoński. Ostatecznie wybrał reżyserię, kończąc wcześniej architekturę. – Potem tak się potoczyło moje życie, że zostałem sam z pięcioletnim synem Piotrem i to był najwspanialszy okres mojego życia – dodał.

Swoje zaległości rodzinne dziadek nadrabiał z wnukiem. – Uwielbiali się. To taka przewrotka życiowa, z której bardzo się cieszę – zdradził Roman Dziewoński. Piotrek odziedziczył po mieczu talenty i zainteresowania. Skończył teatrologię i zajmuje się m.in. reklamą, pisaniem książek, scenariuszy oraz muzyką. Swoje relacje z dziadkiem opisał w ostatnim rozdziale książki Dożylnie o Dudku.

Choć Dudek nie wyobrażał sobie życia bez spotkań i wymiany myśli – mawiał wszak z upodobaniem, że jedyne życie, które ma sens to życie towarzyskie – nigdy nie przeszkadzała mu samotność. W dzieciństwie nie miał zbyt wielu kolegów, a w dorosłym życiu otaczał się tzw. przyzwoitymi ludźmi. Zaledwie do kilku osób miał zaufanie absolutne. W jego najbliższym kręgu do końca pozostały aktorki: Gabriela Kownacka, Ewa Wiśniewska, Magdalena Zawadzka, Agnieszka Kotulanka i Grażyna Barszczewska. – Dudek miał też inną twarz, smutną – wspominała Magda Zawadzka.** – Często ludzie, którzy proponują nam komedię, radość, wcale nie są w życiu tak zabawni. On był znakomitym przyjacielem, ale bardzo często miał smutną twarz, podejrzewam, że będąc sam ze sobą, wieloma rzeczami się martwił i przejmował – mówiła.

Wycofanie się Dudka z życia zawodowego było związane z usunięciem go w 1982 roku z Teatru Kwadrat, który założył po zamknięciu kabaretu na Nowym Świecie. Był jego głównym animatorem i kierownikiem artystycznym, bardzo więc przeżył swoją dymisję, co się odbiło na zdrowiu. Pod koniec życia największą radość sprawiały mu wizyty wnuka. Z zapartym tchem słuchał jego opowieści o tym, jak zmienił się świat i ludzie. Ostatni film, w którym zagrał, to Straszny sen Dzidziusia Górkiewicza, w reżyserii Kazimierza Kutza, z roku 1993. Przedstawiał on dalsze dzieje głównego bohatera noweli Scherzo alla polacca z filmu Eroica. Górkiewicza ponownie zagrał Edward Dziewoński. Oba filmy powstały na podstawie scenariuszy Jerzego Stefana Stawińskiego. Artysta zmarł 17 sierpnia 2002 roku, w wieku 86 lat, w Warszawie.


Autor wyszukał dla Państwa materiał radiowy, który pozwoliłam sobie nazwać po prostu:

Dudek

* Historia kabaretu w rozmowie Anny Napiórkowskiej z Edwardem Dziewońskim w audycji z cyklu Sekrety, konkrety

* Rozmowa z Romanem Dziewońskim

*Edward “Dudek” Dziewoński we wspomnieniach. Audycja Natalii Grzeszczyk z cyklu Powtórki z rozrywki

No, a tu najsłynniejszy skecz Dudka, czyli Sęk (kolejne znajdą się same, jak się wejdzie na youtube’a):

Mur po raz kolejny, czyli początek nowych czasów

Ewa Maria Slaska

W listopadzie 2019 roku minęło trzydzieści lat od upadku berlińskiego muru. Joanna Trümner i Elżbieta Kargol, dwie autorki od wielu lat związane z tym blogiem, postanowiły wspólnie napisać kilka(naście) wpisów pod wspólnym tytułem „30 lat temu upadł Mur Berliński”. Z czasem ich plany uległy pewnej zmianie, Joasia i Ela wybrały kilka fragmentów trasy i opowiedziały historię tych miejsc. Nie tę znaną z podręczników i filmów dokumentalnych, lecz historie ludzi żyjących po obydwu stronach muru oraz ciekawostki związane z tym jedynym tego rodzaju miejscem na świecie. Niektóre z wybranych przez nie lokalizacji są prawdziwymi magnesami dla turystów z całego świata, niektóre są mało znane, o niektórych, zaczynając projekt, nie wiedziały nic.

Z góry było wiadomo, że teksty zostaną opublikowane tu na blogu. Gdy w listopadzie 2020 roku, po śmierci Joanny, postanowiliśmy je również wydać jako książkę, okazało się, że dla potrzeb książki, która zapewne powędruje poza Berlin, musimy dodać to tego, co obie napisały, kilka innych miejsc i opowieści bardziej znanych. O dopowiedzenie historii o murze poprosiłam Krysię Koziewicz.

Książka ukaże się w najbliższych tygodniach, właśnie przygotowujemy ją do druku.
Jeśli ktoś zechce nas wesprzeć finansowo w tym przedsięwzięciu, bardzo proszę
– oto link
Każde 5 euro bardzo się przyda!


Krystyna Koziewicz

A mury runą, runą, runą
I pogrzebią stary świat…

Słowa piosenki Lluisa Lllacha w wykonaniu Jacka Kaczmarskiego zaczęły żyć własnym życiem w Polsce podczas Sierpnia 80, dziesięć lat później, w roku 1990 w sąsiadującym z Polską kraju – NRD, gdy 30 lat temu nadszedł czas przełomu: upadek Muru! Tak się złożyło, że od tego momentu datuje się mój pobyt w Berlinie, ba, to właśnie upadek Muru mój przyjazd tu sprowokował. Mur runął w listopadzie 1989 roku, połączenie Niemiec oznaczało dla mnie, jak i dla wielu Polaków koniec bezwizowej jazdy do Berlina. Geograficznie, politycznie i mentalnie Berlin roku 1990 nadal był podzielony na WEST i OST, choć formalnie należał do RFN czyli kraju, gdzie obowiązywać ruch wizowy. Wzięliśmy ślub, po to bym ja swobodnie mogła wjeżdżać do Berlina, a my oboje mogli równie swobodnie podróżować do Polski. I tak oficjalne Zjednoczenie Niemiec nastąpiło 3 października 1990 roku, ja z moim narzeczonym Bartkiem wzięliśmy ślub miesiąc później czyli 3 listopada 1990 roku.

Mój świeżo poślubiony małżonek zaraz po Zjednoczeniu oszalał na punkcie odnajdywania śladów przeszłości, w tym wypadku poznawania historii podzielonego Berlina, ekscytowała go nowa sytuacja po upadku muru. I ja połknęłam tego samego bakcyla, od tej pory dokumentowałam wszystko, co spotykałam na swej drodze. Ślady minionego czasu widoczne były na każdym kroku, warto było oczywiście zobaczyć życie mieszkańców zza muru. Teraz myślę nawet, że te wędrówki po byłych terenach NRD, zwłaszcza wzdłuż Muru zastąpiły nam podróż poślubną.

Pierwszą wycieczkę odbyliśmy do Wandlitz – leśnej rezydencji rządu Ericha Honeckera, strzeżonego osiedla dla kierownictwa NRD.

Osiedle składało się z 23 jedno- i dwupiętrowych domów jednorodzinnych z 7 i 15 pokojami, klubu z gabinetem lekarskim, basenu, sauny, kina i restauracji, strzelnicy, boiska sportowego, kortu tenisowego, kąpieliska nad pobliskim jeziorem Liepnitzsee, przychodni zdrowia, budynków mieszkalnych i socjalnych dla personelu obsługi (około 650 pracowników) i ochrony (140 żołnierzy), którą zabezpieczał Główny Zarząd Ochrony Osób. Pewien odcinek drogi do Wandlitz (F 273) prowadzącej w bok od autostrady Berlin – Szczecin był przystosowany do lądowań i startów samolotów. Byłam nieco zaskoczona wyposażeniem willi, nie było tam widać wielkich luksusów, jedyne co mnie zaszokowało to wykładziny dywanowe w garażach, a tak poza tym żadna rewelacja. Żałuję, ale z tego okresu nie posiadam żadnych zdjęć, ale, cóż, robienie tam zdjęć było zabronione! Taka pozostałość po minionych czasach.

Schyłek socjalizmu w Berlinie Wschodnim był pełen zaskakujących obrazów, z jakimi przyszło nam się konfrontować. Zazwyczaj był to świat niezwykle smutny, szary, ponury, pustki w sklepach, zwłaszcza ulice, które najbardziej utkwiły mi w pamięci. Dominowały na nich śmierdzące i wydające terkoczące dźwięki „trabiki” oraz Wartburgi – szczyt marzeń, luksusu i elegancji. Z jednej takiej wycieczki udało nam się zrobić fotkę parkujących aut na głównej ulicy Berlina – Unter den Linden.

Trabiki w miarę szybko popadły niełaskę, krótko po Zjednoczeniu porzucano je bezpańsko na ulicach, w lasach i na wolnych placach. Kto by pomyślał, że kiedyś wyśmiewany trabant, ma dzisiaj grono oddanych fanów.

Ciekawym śladem po komunie był wielki pomnik Marksa i Engelsa, usytuowany pomiędzy wieżą telewizyjną a Pałacem Republiki. Nowe władze Berlina chciały pomnik usunąć, gdyż ich zdaniem nie można było „honorować despoty i mordercy“. Dochodziły jednak również głosy samych mieszkańców wschodniej części miasta, którzy wiązali z tym miejscem konkretne wspomnienia. Ludzie uważali, że pomnik jest integralną częścią historii miasta, a jego usunięcie spowoduje zmianę charakteru tego fragmentu przestrzeni miejskiej i będzie pogwałceniem prawa mieszkańców do jej określania. Pomnik pozostawiono i dzisiaj stanowi ważną atrakcję turystyczną.

W samym centrum Berlina uwagę przykuwał Pałac Republiki – duma mieszkańców wschodniej części Berlina. Podczas jednej z wędrówek mieliśmy okazję wejść do środka. Mieszkańcy cenili ten prestiżowy obiekt głównie dlatego, że znajdowały się tam restauracje, odbywały się imprezy kulturalne i można było nawet bez problemu pograć w kręgle. Nam też się udało „bez żadnego trybu” znaleźć się w tym miejscu. W Pałacu Republiki występowali tacy artyści jak Harry Belafonte, Katja Ebstein i Udo Lindenberg. Myślałam, że to Bóg wie, jakie cudo, tymczasem „sklep z lampami Ericha Honeckera”, jak berlińczycy nazywali ten obiekt, wielkiego wrażenia na mnie nie zrobił, ani lampy, ani sala koncertowa. Do budowy Pałacu Republiki wykorzystano biały marmur, pod sufitem zawieszono ponad 10 tysięcy kulistych lamp. Ten kolos z betonu i szkła o długości 180 metrów i szerokości 86 metrów wybudowano w ciągu zaledwie 32 miesięcy. Do ochrony przeciwpożarowej zastosowano 5 tysięcy ton azbestu. Tuż po obaleniu muru właśnie z powodu azbestu Pałac Republiki zamknięto. Potem rozgorzała gwałtowna dyskusja na temat jego przyszłości.

W 2006 Bundestag zadecydował o rozbiórce Pałacu. Dla wielu Niemców wschodnich równała się to likwidacji części historii NRD. Skruszony w zgniatarce beton wykorzystano do budowy dróg. Z tego okresu zachowało się zdjęcie, gdzie widać na parkingu trabiki na tle Pałacu Republiki w pełnej jeszcze krasie. (Trabant jako dzieło sztuki to okres późniejszy – zdjęcie Ela Kargol)

 

Mieszkaliśmy na Kreuzbergu, około 100 metrów od muru, na Koethenerstrasse. Z balkonu rozpościerał się widok na Potsdamer Plac. Tak właśnie oglądaliśmy legendarny koncert „The Wall” 21 lipca 1990 roku ze sztandarową piosenką Pink Floyd „The Wall” (“Mur”) Rogera Watersa. W widowisku udział wzięły orkiestra dęta Armii Czerwonej i muzyczne znakomitości, takie jak Bryan Adams, Cyndi Lauper czy zespół Scorpions. I choć ten symboliczny mur składał się nie tylko z ran i pamięci, oferując szeroki wachlarz możliwych interpretacji, w Berlinie w 1990 roku dominowała ta jedna – mur jako symbol bolesnych wspomnień, rozdartych biografii i realiów życia, a także ideologicznej samoizolacji tej części Niemiec. Pod tym względem zakończenie koncertu może być również rozumiane jako historyczna terapia zbiorowa dla jednoczących się Niemiec. W tym gigantycznym rockowym spektaklu w obecności 350 tysięcy fanów na widowni i setek milionów widzów przed telewizorami, Berlin doświadczył wspólnie nowej formy porozumienia ponad wszelkimi podziałami.

W pobliżu naszego mieszkania znajdowała się słynna ulica Niederkirchnerstrasse, gdzie znajduje się dziś parlament Berlina – Abgeordnetenhaus. To ciekawy budynek o ciekawej, zmiennej historii, pamiętający pięć epok w dziejach miasta. Zbudowany został za czasów cesarstwa, w roku 1899 jako gmach drugiej izby parlamentu pruskiego. Gdy w roku 1918 w dniu zakończenia I wojny światowej cesarz abdykował, Niemcy przestały być monarchią, a gmach stał się siedzibą Parlamentu Republiki. Drugą fazę “życia” parlamentu zakończyło dojście Hitlera do władzy w 1933 roku. W maju tego roku odbywa się ostatnie posiedzenie domokratycznego parlamentu. Do roku 1941 w budynku mieściło się kasyno oficerskie, a przez ostatnie trzy lata wojny gmach został przemianowany na “Haus der Flieger” (Dom Lotników). Podczas walk o Berlin budynek został uszkodzony. Po koniecznej odbudowie przeprowadzonej przez Sowietów, od roku 1953, w gmachu zainstalował się I rząd NRD. Gdy rząd przeniósł się do innej siedziby, w gmachu działała Komisja Planowania i mieściły się biura osławionej enerdowskiej StaSi (Staatssicherheit, czyli mówiąc prosto: bezpieka). W piątej epoce swych dziejów, po Zjednoczeniu, budynek został ponownie odremontowany i od roku 1993 mieści się tu parlament Berlina.

Mur


     

Dawniej wokół parlamentu berlińskiego przebiegał MUR, gdzie turyści niczym dzięcioły stukali młotkami, zabierając kawałki muru na pamiątkę.

Niemal codziennie mijałam Niederkirchenstrasse idąc na zakupy do Aldika, który był bardzo popularny wśród Polaków w czasach transformacji ustrojowej. Na parkingi zjeżdżały dziesiątki autokarów z firankami w oknach, ale przyjeżdżali też drobni handlarze papierosów, którzy gromadzili się wokół metra Gleisdreieck na polskim targowisku (Polnischer Flohmarkt). Obciach był nieprzecięty, gdy się widziało handlarzy, którzy zza pazuchy pokazywali sztangi Marlboro. Niemcy pogardliwie spoglądali na Polaków (choć papierosy kupowali), rzeczywiście trzeba było kryć się z mową polską, choć ja osobiście nie miałam z tym problemu.

Dworzec kolejowy – Lichtenberg

To właśnie z tego dworca we Wschodnim Berlinie, w dzielnicy Lichtenberg jeździłam pociągami tam i z powrotem z Opola do Berlina. W początkowym okresie po upadku muru, w pobliżu dworca spotkać można było stacjonujące samochody wojskowe i żołnierzy rosyjskich, tak samo na całej długości Stresemannstrasse. Granicznicy pojawiali się dla postrachu, ale już nie mieli żadnych sił sprawczych. Armia Czerwona opuściła Niemcy 31 sierpnia 1994 roku.

Checkpoint Charlie i Muzeum Muru

Checkpoint Charlie – było to legendarne i najpopularniejsze przejście graniczne między Wschodem i Zachodem Berlina. Na zdjęciach widać ślady amerykańskiej strefy wojskowej, budkę celników, oraz symboliczny znak polskiej Solidarności. Tutaj turyści z całego świata z uśmiechem pozują do zdjęć, wiele elementów ówczesnej scenerii jeszcze istnieje, choć polski napis niestety zniknął. Mur od 13 sierpnia 1961 roku do 9 listopada 1989 roku odgradzał hermetycznie wschodnią część miasta od zachodniej. Tylko czerwono-brązowe kostki bruku przypominają o przebiegu muru w tym miejscu. Także charakterystyczna budka amerykańskich strażników została zlikwidowana krótko po obaleniu muru. Dziś na jej miejscu, na dawnym Checkpoint Charlie stoi kopia postawiona 13 sierpnia 2000 – biała budka z megafonem, reflektorami i tablicą z napisem “US Army Checkpoint” na dachu oraz barykadą worków z piaskiem przed drzwiami. Worki wypełnione są jednak tak naprawdę betonem, ponieważ prawie żaden turysta nie omieszka nie oprzeć się o nie pozując do zdjęcia. 

Jedno ze zdjęć wykonane zostało w Muzeum Muru gdzie oglądam auto, które posłużyło do ucieczki do lepszego świata.

Reichstag!

Zdjęcie zostało zrobione podczas naszego pierwszego spotkania z Bartkiem, czyli moim przyszłym mężem. Poszliśmy na spacer w pobliżu jego domu i zwiedziliśmy jedną z najsłynniejszych budowli Berlina, czyli Reichstag z ogromnym placem zieleni, na którym mieszkańcy grali w piłkę nożną. Zdziwił mnie ten widok, bo przecież w Polsce trawniki były miejscem świętym – z zakazem deptania, a tu proszę bardzo – teren do rekreacji. Ciekawiło mnie, że gmach został wzniesiony na miejscu, gdzie przedtem znajdował się pałac polskiego arystokraty, dyplomaty pruskiego i historyka sztuki – Atanazego Raczyńskiego.

Ludzie przed Reichstagem gromadzili się tłumnie, kiedy Christo i Jeanne Claude w 1995 roku opakowali budynek srebrną ognioodporną folią związaną mocnym sznurem. Niezapomniane przeżycia towarzyszyły tej niezwykłej atrakcji, a wielu berlińczyków było zdania, że tak właśnie, zapakowany, Reichstag wygląda najlepiej i spokojnie może zostać w opakowaniu jeszcze długi czas.

PS. Jednak nie został. Został najpierw odpakowany, potem odrestaurowany, a wreszcie w roku 1999 stał się siedzibą rządu Niemieckiej Republiki Federalnej, a jednocześnie jednym z najczęściej zwiedzanych przez turystów miejsc w Berlinie.


W lustrach kolumny wspierającej kopułę Reichstagu odbija się nowe, beztroskie życie nowego demokratycznego Berlina, który na szczęście ma za sobą wszystkie epoki przemocy i tyranii.
I oby tak było dalej…

Z wolnej stopy 24

Zbigniew Milewicz

Dalszy ciąg opowieści o i z ulicy Mariackiej w Katowicach. Odcinek 1 TU.

W cenzurze

Urodziłem się niedaleko tej chacharskiej ulicy, w kamienicy przy Starowiejskiej, o czym już pisałem kiedyś, w swoim cyklu rodzinnym W górę rzeki. W kościele Mariackim zostałem ochrzczony, ale na tym na razie skończyły się moje katowickie dzieje, bo niebawem dostałem nowy, chorzowski adres, w domu dziadków. Do Katowic wróciłem oficjalnie dopiero w 1969 roku, w związku z moją pierwszą pracą po studiach; to był Wojewódzki Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk, który mieścił się przy ulicy Mariackiej 1. Przepracowałem w nim mniej więcej rok i w tym momencie trzeba byłoby mi odpowiedzieć na pytanie, co robi młody człowiek, który jeszcze niedawno domagał się od komuny wolności słowa, w obozie wroga? Szczerze odpowiem, że nie wiem. Dobrze pamiętam natomiast, że po odsiedzeniu w Krakowie wyroku za Marzec 68 niełatwo mi było znaleźć pracodawcę, który chciałby mnie zatrudnić i dopiero Kazimierz Dworecki to zaryzykował. Naczelnika katowickiej cenzury znał prywatnie ktoś z kręgu znajomych mojej mamy, poręczył za mnie i tym sposobem wylądowałem w instytucji, mającej ostatnie zdanie w życiu ówczesnych mediów, wydawnictw i twórców kultury.

Zatrudniono mnie na stanowisku praktykanta i zgodnie ze zwyczajami panującymi pewnie w całym świecie, powierzono różne podrzędne roboty, takie jak odkurzanie i segregowanie akt, przesuwanie biurowych mebli, albo pilnowanie dalekopisu, który stale drukował jakieś wiadomości, a lubił się zacinać. Gdy szefostwo nabrało do mnie pewnego zaufania, dostałem dodatkowo funkcję tzw. biegłego przysięgłego, czyli kogoś, kto biegnie po wódkę i przysięga, że nikomu o tym nie powie. Byłem najmłodszy w tym kilkunastoosobowym zespole i trudno było nie pójść po flaszkę, jak ktoś jej potrzebował. A pili w urzędzie w czasie służby prawie wszyscy, jedni więcej, drudzy mniej, niektórzy codziennie, tylko Olek Ochenkowski nie mógł, bo prowadził służbowe auto.

Naczelnik Dworecki wódki nie lubił. Na emigracji we Francji, czy też w Belgii rozsmakował się w winach i niekiedy chodziłem po nie do delikatesów, gdzie zaprzyjaźniona z urzędem kierowniczka zawsze trzymała pod ladą odpowiedni zapasik. Przynosiłem mu dwie, trzy butelki i dziwiłem się w duchu, jak on może pić taką glicerynę, bo gustował w ciężkich, słodkich winach. Był to ludzki szef, zawsze pytał, czy nie mam ochoty na szklaneczkę i czasami dotrzymywałem mu towarzystwa. Przez chwilę, bo nie chciałem przeszkadzać mu w pracy, ani w rytuale samotnej degustacji trunku. Jak się przynosiło wódkę, to później biegły też musiał łyknąć, tylko mnie ciepła gorzała opornie przechodziła przez gardło, zwłaszcza bez zagrychy. Miła sekretarka Trudzia starała się więc zawsze coś wyczarować kulinarnie, a to śledzika, czy jajeczko, albo przynamniej kawałek ciasta i tym sposobem nauczyłem się pić, jak normalny człowiek. Tak to określał Dzidek Pietrzycki, który był najbardziej elokwentny w naszym zespole i poza urzędem miał niezliczone fuchy w postaci wykładów z marksizmu-leninizmu dla mas pracujących. Sączył czystą ze szklanki jak wodę, drobnymi łykami z miną olimpijskiego boga raczącego się nektarem, a Staszek Zaród potrafił łyknąć na raz setkę, ale w tym nawet nie próbowałem im dorównać. Tylko z pierwszą dawką alkoholu zawsze mieli kłopoty; grubawy Dzidek, który wił na swojej łysinie misternego ślimaka z resztek włosów, dławił się zawartością szklanki, jak gęś karmiona kluskami. Purpurowiał na twarzy i pocił się, płyn kilkakrotnie wracał, ale Dzidek zawsze w końcu go połknął. Staszek przechodził mniejsze męki, jako były partyzant wiedział, że z wrogiem nie należy się cackać.

Pierwszy pochodził z Ostrowca Świętokrzyskiego, drugi z Zagłębia Dąbrowskiego. Staszek Zaród, najniższy wzrostem, w urzędzie miał najwyższe notowania jeżeli chodzi o pracowitość w referacie prasy i był ogólnie lubiany za pogodny charakter, koleżeństwo i smakowite pieczonki, które urządzał dla nas na swojej działce w Gołonogu. Komunista z przekonania, jako młody chłopak walczył z Niemcami w szeregach Batalionów Chłopskich, albo Gwardii Ludowej. Był również zawołanym akordeonistą i chętnie nam przygrywał w czasie tych biesiad, najczęściej Samotną harmonię, Spoza gór i rzek, albo Na strażnicy.

O czym nie wolno było w PRL-u pisać i mówić traktowały zawiłe i obszerne zapisy cenzorskie. Do nich dopuszczono mnie dopiero po odbyciu szkolenia w głównym urzędzie, na ulicy Mysiej w Warszawie. Wtedy zagoniono mnie również do prawdziwej roboty, czyli do czytania szczotek drukarskich gazet i czasopism oraz książek, które czekały na wydanie. Działy prasy i publikacji miały najwięcej zadań i odpowiedzialności; największy luz był w widowiskach, którymi jednoosobowo zajmował się Dzidek i udało mi się go przekonać, że potrzebuje asystenta. W urzędzie spędzałem od tej pory mniej niż połowę roboczego dnia, resztę czasu zajmowały generalne próby sztuk w śląskich teatrach i wszelkich innych imprez kulturalnych, które cenzor musiał obejrzeć i zakwalifikować. Jako praktykant o niczym samodzielnie na ogół nie decydowałem, ale nie pamiętam poważniejszych ingerencji. U większości twórców działał mechanizm autocenzury, sami wiedzieli, na co mogą sobie w swojej twórczości pozwolić. Poza tym wcześniej czytaliśmy z Dzidkiem scenariusze przedstawień, ewentualne uwagi konsultowało się z autorami, lub reżyserami, którzy nanosili sugerowane zmiany w tekstach, albo korygowali interpretację i spektakle mogły się odbywać. Niemniej byliśmy dla nich klasycznym wrzodem na tyłku (proszę, jak działa autocenzura ) i to trzeba było przyjąć po męsku.

Najmilej wspominam przedpremierowe przeglądy filmów i próby variete, prowadzonego przez muzyczną gwiazdę – Marię Artykiewicz, z dopiero raczkującym na Śląsku stripteassem, gdzie raz osobiście rozpinałem czeskiej tancerce biustonosz. Kiedy zapytałem Dzidka, w co cenzor może ingerować w tańcu erotycznym, odparł, że w obrazę poczucia moralności widza. Biust tancerka mogła pokazać, ale majtki wolno jej było ściągnąć ewentualnie dopiero przy zgaszonych reflektorach na scenie. Opowiedział mi, że kiedyś stripteasserka miała na osobistej bieliźnie wydrukowaną flagę amerykańską i wtedy musiał zaingerować politycznie. Kazałem jej wszystko z siebie zdjąć, w Polsce nie ma miejsca dla wrogiej propagandy – uzasadnił. Nie wiedziałem, czy mówił prawdę, czy żartował, bo lubił.

Dziegciu do tego miodu dołożyłem sobie sam, na nocnym dyżurze w drukarni na Liebknechta, który dostałem w zastępstwie za chorego kolegę. Puściłem szpunta na sportowej stronie Trybuny Robotniczej o trzecioligowym meczu piłkarskim, którego powinienem był wywalić, bo jedna z drużyn reprezentowała barwy utajnionego w cenzorskich zapisach klubu wojskowego. Wrogi, zachodni szpieg mógł przeczytać tę informację i wydedukować, że w podanej miejscowości stacjonuje jednostka wojskowa, więc naraziłem system obronny Układu Warszawskiego na straty i musiałem ponieść za to konsekwencje. Naganę służbową na piśmie sporządził osobiście nowy naczelnik WUKPPiW, towarzysz Imielski, ponury aparatczyk z Sosnowca. Zastąpił mojego protektora, który naraził się czymś wojewódzkiej nomenklaturze i poszedł na boczny tor. Edward Gierek, z którym Dworecki znał się osobiście, nie użył swoich wpływów, żeby tę decyzję zmienić.

Na domiar złego prywatnie podłożyłem się nowej władzy, recytując w urzędzie fragmenty słonego Alfabetu Studenckiego. To było na moich urodzinach, które odprawiałem po pracy w pokoju konferencyjnym. Mój dobry kolega, Wicio Bieńkowski, z którym później spotkałem się znowu w Dzienniku Zachodnim, lubił po kieliszku recytować różne perełki z polskiej, klasycznej poezji. M.in. Maraton Kornela Ujejskiego, za którym przepadałem; robił to świetnie, a kiedy skończył i dostał od nas zasłużone brawa, dałem czadu na zupełnie inną nutę:

Armia nasza jest zwycięska
Alfons jest to k…. męska

Jakby tego było za mało, przy literze C, zaimprowizowałem:

Cygan w kartach lubi bujać
Cenzor to jest kawał h…

Naczelnika Imielskiego nie było przy tym, ze względu na wrzody żołądka unikał zakrapianych przyjęć i zabraniał picia na służbie, ale ktoś mu doniósł, że miały miejsce szkodliwe wypowiedzi. Nowy szef nosił imię Alfons i wziął tę moją recytację osobiście do siebie. Do tego przy literze C pokalałem własne gniazdo i nie pozostało mi nic innego, jak poszukać sobie nowego. Ciągnęło mnie do świata artystycznego, a wtedy akurat wakowało miejsce kierownika Organizacji Widowni w Teatrze Śląskim, ale to już temat na kiedy indziej. Jeszcze nie jestem gotów z Mariacką.

Wspomnienia (3): po wojnie

Zofia Slaska i Jacek Slaski

Jacek Slaski: Wyście też w końcu musieli wyjechać z Bystrzanowic?

Zofia Slaska: Nas wyrzucano w 1945 roku i to oczywiście nie Raczyńscy nas wyrzucali, tylko komuniści, dla których umowy dzierżawy niewiele znaczyły. Jednakże znaczyły przynajmniej tyle, że wiadomo było, że majątek nie jest własnością mojego ojca, czyli nie jest obszarnikiem. Mogliśmy wywieźć cały dobytek, meble i wyposażenie domu, tego nie odbierano. Gdybyśmy byli właścicielami, to byłoby inaczej, to wolno było zabrać tylko walizkę. W majątku rodziny mojego męża, twojego dziadka, Jacka Slaskiego, w Turnawcu zarekwirowano wszystko i uratowało się tylko to, co się udało wykraść. Ale i u nas nie było lekko. Mojego ojca w 1945 roku zamknięto do więzienia, prewencyjnie, na wszelki wypadek, żeby nie przeszkadzał w reformie rolnej. Dostał wezwanie do Częstochowy, pojechał i nie wrócił. To musiał być marzec 1945 roku, bo w maju wyszedł. Trzy miesiące był w więzieniu, ale mogło być gorzej, bo ojca Lilki Duninowej wywieziono i wielbłądy pasał w Kazachstanie. A ja zostałam sama w Częstochowie. We dworze mieszkali już inni ludzie, mama nie żyła, rzeczy wywiozła moja ciotka, jeszcze zanim ojciec poszedł do więzienia. Ale pomagali mi różni ludzie. Był na przykład nadleśniczy lasów w Złotym Potoku, żeby było śmieszniej, Grabowski się nazywał, bardzo mili ludzie, i on i jego żona, mój ojciec się z nimi przyjaźnił. Pan Grabowski załatwił mi przez Urząd Ziemski zaświadczenie, że mój ojciec był dzierżawcą, i że cały sprzęt rolniczy i zwierzęta były jego własnościąi nie podlegają reformie rolnej. I wtedy ja z urzędnikiem z Wydziału Rolnego pojechałam do Bystrzanowic po odbiór sprzętu, a tam ci ludzie, którzy tam mieszkali, zabrali już wszystko.

Ukradli?

Chcieli obrobić ziemię, był maj, to nawet rozumiałam, ale powinni mi byli za te narzędzia zapłacić. Nie wszystko odzyskałam, ale jednak dużo, i to kupowali ode mnie różni ludzie, a to leśniczy, a to jacyś inni. Poradziłam sobie.

Bardzo byłaś dzielna. Przecież wciąż jeszcze byłaś uczennicą. Młodą dziewczyną.

Jak mamusia umarła, to skończyło się moje dzieciństwo, dom prowadziła ciocia Azia, ale ja już byłam traktowana jak dorosła. Na przykład to ja pisałam listy do rodziny o tym, że mamusia zmarła. Ale to, że mnie traktowano jak dorosłą przewróciło mi w głowie całkowicie. Uważałam się za nie wiadomo kogo. Potem jednak okazało się, że ta twarda lekcja się przydała. Bo jak mojego ojca zamknęli, to spędzałam pół dnia w szkole, a pół dnia pod więzieniem. I też jakoś ze wszystkim dawałam sobie radę. Dziś już nawet nie wiem, kto mi pomógł, ludzie mi pomagali. Zanosiłam ojcu jedzenie – siostry dawały mi obiadw menażki. Musiałam też przynieść mu czyste rzeczy, a odebrać zawszone. Musiałam jakąś praczkę wynaleźć, która te rzeczy zgodziła się wyprać. Wszystko musiałam i jakoś sobie radziłam. Mieszkałam w Częstochowie, w internacie, a trzeba się było też zająć Bystrzanowicami. Nie przyjechał niktz rodziny, choć nie, i owszem, przyjechał wuj Umiastowski, ten morfinista. Tłumaczył, że on mi pomoże i że ja mam mu dać pełnomocnictwo. To był ten Umiastowski, co go potem zastrzelili. Ale wtedy jeszcze żył. Jednak ja już byłam za mądra. Wiedziałam, że on chciał zająć co się da i rozprzedać. Był jeszcze wuj Henryk Woźniakowski, ojciec Jacka, który mieszkał z drugą żoną w Częstochowie. I on mnie namawiał, dawał mi adresy, że mam wziąć adwokata, żeby wyciągnął mojego ojca. Ale się na to nie zgodziłam, bo trzeba by było płacić. Grzecznie wysłuchałam wujka, ale nie poszłam za jego radą. Było tak, że rodzina może nie bardzo mogła pomagać, bo wszyscy mieli podobne problemy, wszyscy byli wyrzucani i wszyscy musieli kombinować swoje. Natomiast najwięcej mi pomagali ci panowie z tej instytucji rolnej – pan Grabowski i inni panowie. Była też cała heca, bo, nawet nie wiem, jak się o tym dowiedziałam, ale przyjechała jakaś komisja, która miała sprawdzać sprawy tych zatrzymań. Chodziłam do tych ludzi na UB, tam częściowo byli jeszcze Ruscy. Poszłyśmy razem z taką moją koleżanką na to UB, bo jej ojciec też był zamknięty za jakieś sprawy, czy za AK, czy za coś innego, już nie sklecę. I ona chodziła przed gmachem UB po drugiej stronie ulicy, pilnowała, czy ja w ogóle wyjdę. A ja tam weszłam, a potem wyszłam. I rozmawiałam z nimi, tłumaczyłam, że przecież ojciec nie był właścicielem, że jest dzierżawcą, że jest stary. I udało się. W końcu, jak na tamte czasy, wypuścili go bardzo szybko, po trzech miesiącach. I to chyba ta komisja załatwiła, do której też się dostałam.

Wszystkich ziemian wtedy zamykano?

Nie, nie wszystkich zamykali. Byli tacy, jak mój teść, Ludwik Slaski, który po prostu od razu wyjechał poza granice powiatu i jego nie zamknęli, ale ojciec mojej koleżanki, z takiego majątku oddalonego o 12 kilometrów od Bystrzanowic, był w więzieniu znacznie dłużej.

Twojego tatę wypuszczono.

Któregoś dnia, właśnie gdzieś byłam w mieście, spotkałam na ulicy koleżankę, a ona mówi: „ty leć do klasztoru, bo twój ojciec przyszedł”. I tak to się zakończyło. Bystrzanowic już nie było, rzeczy zostały sprzedane, było trochę pieniędzy, ojciec wyszedł, a ja musiałam jeszcze w następnym roku szkolnym zdać maturę.

Maturę zdałam w 1946 roku, w PRL-u. To był mój najlepszy rok, z 1945 na 46. Z powrotem byłam uczennicą, nie byłam osobą decydującą, nie byłam osobą, na której ktoś polega. Cieszyłam się z normalności. Byłam uczennicą, taką jak inne, mogłam się przejmować tym, czy mam co włożyć na zabawę karnawałową. Ze strojami były straszne problemy – każda z nas miała po jednej spódnicy, więc się wymieniałyśmy, żeby nie chodzić zawsze w tym samym. Ja na maturę miałam jakąś białą bluzkę, ale spódnicę pożyczałam od dziewczyny, córki młynarza, bardzo zamożnej, która kończyła właśnie czwartą klasę gimnazjalną i miała prawdziwą układaną spódnicę. I w tej spódnicy zdawałam maturę. Ogromnie się przejmowałam strojami, bo ogromnie się przejmowałam kolegami. Brat jednej z moich koleżanek uczył sięw tej samej klasie co ja, ale w liceum męskim. W czasie karnawału maturzystki zostały zaproszone do tego liceum na studniówkę. Może to zresztą nie była studniówka, tylko zabawa karnawałowa. Bo w „Nazarecie” myśmy tańczyły ze sobą, żadnych chłopców nie było. I się ogromnie przejmowałam, tam mi się jeden chłopiec podobał, ale nic z tego nie wyszło, nawet nie było kiedy, bo już na Wielkanoc wyjechałam do Poznania.

Dlaczego do Poznania?

Do mojego ojca, bo mój ojciec już był wtedy w Poznaniu. Pojechał tam na zaproszenie państwa Zwolińskich, tych którzy mieszkali w Bystrzanowicach po upadku powstania warszawskiego, i Hulewiczów, którzy byli z nami spokrewnieni. Genialna była matka wuja, jak ja to mówiłam, Leona Zwolińskiego. Zwolińscy mieli majątek na Wołyniu, kamienice w Warszawie i hektary, i dom w Poznaniu. Jak Rosjanie weszli do wschodniej części Polski i odebrali im majątek, to wyjechali do Warszawy, a jak powstanie upadło i trzeba się było wynosić, to najpierw mieszkali w Bystrzanowicach, a potem pojechali do Poznania, gdzie chcieli zamieszkać w swoim domu. Nie umiem powiedzieć, skąd i jak, ale oni mieli zawsze pieniądze, po wojnie też. W Poznaniu mieli dom na ulicy Dąbrowskiego i gospodarstwo, ale w międzyczasie ten dom i gospodarstwo zajęli Rosjanie. Wynajęli więc pokój na tej samej ulicy, żeby być w pobliżu i pilnowali. Jak Rosjanie się wynieśli z ich gospodarstwa – było małe i nie podlegało reformie, pewnie było tam ze trzy hektary, ale było w mieście – to Zwolińscy natychmiast tam weszli. W domu były cztery pokoje i, zabawne, bo dwie kuchnie, jedna – zimowa w domu, a w lecie druga – w przybudówce, w budynku gospodarczym. I tam, u Zwolińskich, zamieszkał mój ojciec, a Hulewicze, którzy też się przenieśli, wynajmowali dwa pokoje w budynku parafialnym w pobliżu. Czyli cała grupa, która pod koniec wojny mieszkała w Bystrzanowicach, to byli przyjaciele i rodzina, z którymi się nawiązało bliskie stosunki jeszcze wtedy, jak oni wszyscy byli na Wołyniu.

Czyli twój tata pojechał, a ty zostałaś w Częstochowie?

Najpierw myśmy tam pojechali razem z ojcem, oboje, latem 1945 roku, gdy ojciec wyszedł z więzienia, a ja miałam wakacje, bo właśnie się skończył rok szkolny. Całe wakacje spędziłam w Poznaniu, tylko na dziesięć dni zabrali mnie do siebie wujostwo Edziowie Morawscy, bo ciocia z dwójką dzieci mieszkała na plebanii u księdza w pobliżu ich dawnego majątku. Majątku już oczywiście nie było, a wuj Edzio też podjął pracę w Poznaniu, tak jak mój ojciec, w tzw. PNZ – Państwowych Nieruchomościach Ziemskich. Tam zresztą był dyrektorem mój przyszły teść, zresztą kuzyn mojego ojca, Ludwik Slaski. W PNZ głównie pracowało ziemiaństwo. Dyrektorem naczelnym, bo centrala PNZ-ów była w Poznaniu, był pan Marenż, bardzo światły człowiek i pełen inwencji.

Po wakacjach wróciłaś do liceum w Częstochowie?

Na ostatni rok szkolny. I tu już też było zupełnie inaczej – cały dom został zwrócony zakonnicom, bo przedtem część ich budynku zajmowało wojsko niemieckie. Były więc normalne klasy, bo przedtem, w czasie wojny, myśmy miały lekcje w sypialniach. Sypialnie na dzień zamieniano na klasy szkolne i miałyśmy lekcje na zmianę, jedna klasa w godzinach rannych, a druga po południu. A teraz każda klasa miała swój pokój lekcyjny, choć były też oczywiście takie finezje klasztorne – myśmy na przykład nie mogły po południu siedzieć w klasie i lekcji odrabiać, tylko przebywałyśmy w pomieszczeniu, które się nazywało uczelnia – było wspólne dla wszystkich panienek, które mieszkały w internacie. Jednak były to już całkiem luksusowe warunki i byłam tam bardzo szczęśliwa. Finansowo też się jakoś wszystko dobrze ułożyło. Już w jesieni 1945 roku musiałam zacząć płacić za internat – w końcu siostry żywiły nas, ogrzewały, opierały. Nie wiem, czy zostały jakieś pieniądze ze sprzedaży inwentarza w Bystrzanowicach, opłaty z siostrami uzgadniał mój ojciec, gdy był już na wolności, ale siostry jakoś to wyliczyły, że starczyło. Ojcu przecież nie został żaden majątek, w czasie wojny nie zarabiał, nie handlował na lewo. Tyle co ten spirytus sprzedawał, ale to było na bieżące wydatki. A w domu w Bystrzanowicach było pełno ludzi. Ich wszystkich trzeba było wyżywić. Ludzi było tyle, że piec chlebowy we dworze nie starczał, nie dało się raz na tydzień napiec chleba dla wszystkich, dokupywało się chleb na wsi.

Nic się z Bystrzanowic nie uratowało?

Trochę, ale bardzo niewiele. Przepadły na przykład akcje papierni w Myszkowie, które miała moja mama, papiernia została upaństwowiona i nigdy nic z tych akcji nie dostaliśmy. (Tu gdzieś jeszcze leżą te akcje). Był moment, że ojciec był odpowiedzialny za jakieś pieniądze i miał manko. I wtedy sprzedał dwa obrazy szkoły holenderskiej, które miał po swoich rodzicach i które wisiały w Bystrzanowicach w jadalni, a potem zostały wywiezione i wisiały w Poznaniu. Bo obrazy czy meble można było wywieźć. Część tych mebli mam do dziś i stoją w moim mieszkaniu. To zresztą też nie było takie proste. Ruchomości z Bystrzanowic zostały najpierw przewiezione do klasztoru na Jasną Górę i odzyskiwaliśmy je stopniowo. Najpierw ojciec przywiózł trochę rzeczy do Poznania, ale nie meble, tylko jakieś mniejsze rzeczy. A później ja dwukrotnie, raz przed moim ślubem, a drugi raz, jak już dzieci były dobrze podrośnięte, przywoziłam meble z Jasnej Góry do Poznania. Ale cała reszta została. Bystrzanowice to nie był nawet taki wielki dwór, we dworze było dziewięć pokoi, ale dziewięć umeblowanych pokoi to było dużo mebli i nie dało się wywieźć wszystkiego. Ja już później, jak moje dzieci były duże, wywiozłam tapczany. Blejtramy się na to mówiło – w ramie drewnianej były sprężyny na pasach i to było obite. I to były takie dodatkowe miejsca do spania – był w salonie taki tapczan i w kancelarii mojego ojca. Również tak zwane wkłady z łóżek drewnianych – twoi rodzice spali na takim bystrzanowskim tapczanie jeszcze na Grunwaldzkiej. I te obrazy też się udało przewieźć. Dwa sprzedał mój ojciec, a inny, określany jako Murillo, to ja sprzedawałam. Taki chłopiec, pastuszek, siedzący na kamieniu, ma nogę założoną i wyciąga sobie cierń z pięty. Ten obraz został wyjętyz ram i nieprawidłowo zwinięty farbą do środka. Farba się mocno pokruszyła, ale przez jakieś znajomości to zostało w Poznaniu sprzedane, Muzeum to chyba wzięło. Guzik to był a nie Murillo, ale jednak muzeum to wzięło. Mnie to jednak nie interesowało, nawet nie chodziłam sprawdzać, czy to wisi, czy nie. Zresztą muzeum nie pokazuje wszystkich obrazów ze swoich zbiorów, równie dobrze mogli kupić ten obraz, odrestaurować i potem sprzedać. Nie wiem. W każdym razie innych obrazów w Bystrzanowicach nie było – te dwa holendry i Murillo. Portretów rodzinnych nie było, były fotografie – do dziś u Marka wisi portret babci Teodozji w ozdobnej rzeźbionej ramie i owalna fotografia jej rodziców. Morawscy mieli swoje portrety rodzinne, również po Łempickich, ale te obrazy były w Plancie i wszystkie przepadły. W Plancie był front, czy Niemcy wywieźli, czy Ruscy wywieźli, czy zostało spalone, zniszczone. Bystrzanowice nigdy nie zostały zajęte tak jak Planta, ale Bystrzanowice to było odludzie, z dwóch stron 8 kilometrów lasu – to zupełnie się nie nadawało do zajęcia przez wojsko.

Czyli twój tata jakoś zapłacił za internat u sióstr, ale za co na przykład kupowałaś ubrania czy pomoce szkolne?

Jesienią 1945 roku nie było pieniędzy, ale ja dawałam dużo lekcji i zarabiałam swoje pieniądze. I to był bardzo wspaniały rok. Tyle, że gdy pod koniec 1945 roku jechałam na Boże Narodzenie do Poznania, to się przeziębiłam. I to przeziębienie się ciągnęło i wciąż miałam stany podgorączkowe. Mam zwapnienia prawego szczytu płuc – to z tego okresu. A wtedy też miałam jakieś stany zapalne przy paznokciach, to się wtedy mówiło „obierały mi palce”. Było to ropne zapalenie, musiałam chodzić do infirmerii, w wodziez mydłem moczyć i maści mi jakieś przykładali. I, gdy zdałam maturę latem 1946 roku, rodzina zadecydowała, że trzeba mnie doprowadzić do porządku. Wtedy zabrał mnie do siebie Adam Grabkowski, bratanek mojego ojca. Był wtedy dyrektorem jakiejś stacji traktorów na Ziemiach Odzyskanych koło Kłodzka. I ja tam pojechałam wydobrzeć i odżywić się.

Ale najpierw zdałaś maturę?

Maturę zdałam dobrze, ale nie tak błyszcząco – byłam chyba trzecia w klasie, tylko że nas wszystkiego było w klasie osiem uczennic. Na maturze był stopień z geografii, który się uzyskało z czwartej klasy gimnazjum i tam miałam czwórkę, a inne przedmioty miałam na pięć. I chyba z religii miałam czwórkę, zresztą wszystkie miałyśmy obniżony stopień. Ksiądz się na nas okropnie wściekł, bo któraś mądralińska mu się przyznała, że się wycwaniłyśmy. Ksiądz dał tematy egzaminacyjne, które trzeba było sobie opracować i potem się zdawało końcowy egzamin, nie przed komisją, tylko u niego. I to było trudne, bo myśmy w pierwszej klasie liceum miały dogmatykę, a w drugiej – etykę. Kiedy ksiądz dał te tematy, a oczywiście młodzież była sprytna, każda z nas opracowała jeden temat, a reszty się uczyła z opracowań innych. I któraś mądralińska mu się przyznała, że to tak było. Skarżypyta straszna, ale awantura też była straszna. Zagrożone byłyśmy, że będziemy komisyjnie zdawać maturę z religii. W końcu nie doszło do tego, była komisja maturalna z kuratorium, ale się nie wtrącała do religii i tylko obniżono nam stopień. Czyli miałam te dwie czwórki na maturze.

A po maturze pojechałaś do wuja Grabkowskiego na Dolny Śląsk.

O, pan dyrektor miał mieszkanie służbowe, w domu była Niemka – gospodyni, pewnie była właścicielka tego domu, bo wtedy mieszkało tam jeszcze dużo Niemców, ich dopiero później wysiedlali. I tam spędziłam te wakacje, bite dwa miesiące. Były tam ze mną dwie siostry Adama, po kolei, pierwszy miesiąc jedna, a drugi – druga, bo one pracowały już i nie miały tyle wakacji, co ja. Rzeczywiście wydobrzałam tam, skończyły mi się stany podgorączkowe, palce się wyleczyły, wszystko było w porządku. Wyzdrowiałam i przyjechałam do Poznania. Ja sobie wymarzyłam, chciałam pójść na chemię albo na medycynę, ale oczywiście było dawno po egzaminach wstępnych. Poszłam więc na ekonomię na Uniwersytet Poznański, gdzie nie było egzaminów wstępnych – przychodził człowiek, zapisywał się i był studentem. Przeczekanie roku nie wchodziło w rachubę, trzeba było się uczyć. Natomiast było oczywiste, że będę studiowała, co jeszcze w pokoleniu mojej matki, która przecież matury nawet nie miała, jeszcze oczywiste nie było. Wszystkie kobiety w rodzinie miały wprawdzie ogromną wiedzę, ale uczyły się tylko w domu i nie studiowały, studiowali synowie.

W tym czasie poznałaś mojego dziadka, swojego przyszłego męża, Jacka Slaskiego.

Jacek przedtem też uczył się w domu, zdał maturę jako ekstern w Pińczowie i od razu zapisał się na pierwszą otwartą uczelnię w Krakowie – Akademię Handlową. Rok akademicki zaczął się w marcu 1945 roku i trwał do września. I jesienią 1945 roku, jak ja szłam dopiero do drugiej (ostatniej) klasy licealnej, żeby zdawać maturę, to on już przyjechał na II rok studiów do Poznania. Jego rodzice mieszkali jeszcze w Rawiczu, dokąd się przeniosły PNZ-ty i gdzie pracował jego ojciec, Ludwik. A Jacek w Poznaniu wynajmował kwaterę studencką. Decyzja zmiany miasta wynikała więc u Jacka tylko z tego, że chciał być z rodziną. Jego brat Michał nie przeniósł się za rodziną, studiował w Krakowie i bardzo długo tam mieszkał, a potem przeprowadził się do Warszawy. W każdym razie jak ja się zapisałam na I rok ekonomii, Jacek był na tym samym wydziale studentem III roku. Tyle, że w tym właśnie czasie doszedł do wniosku, że wcale nie chce być pracownikiem administracyjnym. Skończył studia ekonomiczne i już pracował, ale jednocześnie od III roku ekonomii studiował archeologię.

Drugie studia kończył równo ze mną. Jego zainteresowania archeologią datują się jeszcze na czas, kiedy mieszkał z rodzicami w ich majątku – Turnawcu, gdzie przed wojną dokonano jakichś odkryć archeologicznych. Znaleziono jakąś siekierkę, która zawsze leżała na biurku u jego ojca, ale znaleziono też jakiś skarb.

Poznałaś Jacka na studiach?

Wcale nie. To mój ojciec zarządził, a ja musiałam być posłuszna i grzeczna, że muszę iść z wizytą do wujostwa Slaskich, którzy właśnie się przeprowadzili do Poznania. A ja wcale nie miałam ochoty, miałam inne plany, spotkać się z kolegami czy coś. Zmuszona do wizyty, ze złości postanowiłam poderwać kuzyna. Było to w 1946 roku, właśnie przyjechałam i zaczęłam studiować. Poznaliśmy się więc na herbatce u jego rodziców.

Mieszkałaś razem z tatą w domu państwa Zwolińskich?

Nie, nie mieszkałam z moim ojcem, tylko wynajmowałam pokój na mieście. U Zwolińskich, w tym gospodarstwie, nie było miejsca, ale ja też nie miałam żadnej ochoty tam mieszkać. Najpierw długo mieszkałam u Berszów, których syn, malarz, był kolegą naszych – ze strony Morawskich – kuzynów Kicińskich. Staś Kiciński był przez rok w Bystrzanowicach jako praktykant. Kiepskim on był praktykantem, bo on nie lubił rolnictwa. Zresztą Staś później skończył szkołę mechaniczną i był specjalistą od samochodów. A młodzi Berszowie, bo ich było dwóch braci, też przyjeżdżali do Bystrzanowic, w lecie, na wakacje albo jak w mieście było więcej łapanek. Berszowie mieli mieszkanie w Poznaniu na ulicy Matejki, na III piętrze w kamienicy. Ale jakoś tak było, że starszy pan Bersz umarł i rodzice pani Berszowej mieli się sprowadzić do Poznania, żeby jej pomóc, więc już nie było dla mnie miejsca. Ale ja zawsze miałam jakieś pokoje i sobie świetnie radziłam. Trochę pieniędzy na życie dawał mi ojciec, a ja udzielałam lekcji. Biednie było, na pewno było biednie. Obiady jadałam w stołówce studenckiej i to się wypatrywało, w której stołówce jest trochę lepiej albo trochę taniej. Ciuchy się dostawało z Caritas Akademika, od czasu do czasu można było jakieś ciuchy dostać, jakąś bluzeczkę, jakieś coś tam. Z kupowaniem było trudniej, ale od ojca miałam całkiem porządny kostium, już nie wiem, czy on w tej firmie, gdzie pracował jakiś kupon dostał. Chodziłam w tym kostiumie na wszystkie egzaminy i może nawet byłam w tym kostiumie z wizytą u wujostwa Slaskich. Nie pamiętam. W każdym razie od połowy miesiąca zawsze chodziłam z wizytami do ciotek, tak koło godziny 19.00, żeby się załapać na kolację. I tak chodziłam do cioci Józinki Kicińskiej albo do cioci Elżuni Slaskiej. A z Jackiem to trwało a trwało, bo poznaliśmy się przecież w 1946 roku, tak z rok trwały podchody, w 1948 roku się zaręczyliśmy, w 1949 braliśmy ślub.

Było jakieś życie studenckie?

Ależ było, oczywiście. Namiętnie chodziłam na wszystkie występy, do teatru bardzo dużo i do opery, ale nie z Jackiem, raczej sama albo z ojcem. Bardzo się przyjaźniłam z Zosią, później Kolberg, Mogilnicką, która była moją koleżanką na roku, z tym że ona przez pierwszy rok studiowała jeszcze w Lublinie, bo oni pochodzili z lubelskiego, mieli tam majątek. Później państwo Mogilniccy, Zosia i jej brat przenieśli się do Poznania, i myśmy na moim roku ekonomii tworzyli taką szóstkę czy ósemkę przyjaciół, w tym Anka Uznańska i Iza Łaszyn, potem Kwilecka. To nie wszystko byli ziemianie, jednak w dużej części. Uznańscy byli właścicielami Szaflar, to taki majątek na Podkarpaciui tam była fabryka nart. Ale to czy moi koledzy byli ziemianami nie odgrywało zbyt ważnej roli, a w Klubie Włóczęgów już zupełnie nie. To była wspaniała instytucja, ten Klub Włóczęgów, zorganizowana przez Komorowskich, rodziców obecnego marszałka sejmu, Bronisława. Ja z Jadzią, jego matką, jestem w stałym kontakcie, bo ona teraz mieszka u córki tu, w Gdańsku. Zyś, ojciec marszałka, już nie żyje. Klub Włóczęgów to była tradycja. W dwudziestoleciu międzywojennym był taki Klub na Uniwersytecie Wileńskim, a Komorowscy są z Wileńszczyzny i dlatego ten nasz Klub tak się nazywał. Wiosną i jesienią organizowano niedzielne wycieczki po okolicy,a w lecie dłuższe, kilkutygodniowe wyprawy. Na przykład na Mazury. Byłam członkiem Klubu Włóczęgów, też mocno byłam zaangażowana w harcerstwie i w lecie jeździłam na obozy harcerskie. Natomiast bardzo się w poznańskim Klubie udzielali Krysia Slaska, córka wuja Jana Slaskiego, brata mojego teścia i Jurek Wiśniewski, za którego Krysia potem wyszła za mąż. Krysia studiowała rolnictwow Poznaniu, dopiero wiele lat potem stryj Jan kupił im dom w Krakowie.

I to wszystko byli ziemianie?

W tych organizacjach powiązania ziemiańsko-rodzinne niby nie od grywały już takiej roli, ale jednak jakąś odgrywały, bo wiele lat później, jak już byłam dorosła i miałam dzieci, kiedy powstał Klub Inteligencji Katolickiej, i ja się tam udzielałam i chodziłam na prelekcje, zebrania, to tam też było mnóstwo ziemian. Bo to była inteligencja, ludzie o szerszych zainteresowaniach, było to też dla tej grupy jakieś miejsce, gdzie mogli się spotykać. W drugiej połowie lat 40. taką funkcję pełniły zresztą te PNZ-ty – tam pracowali ziemianie, bo oni mieli wykształcenie rolnicze, odpowiednie, aby zarządzać gospodarstwami. Trwało to tylko kilka lat, potem zaczęły się czystki, wyniszczono ich, zamknięto do więzienia. Teść mój poszedł do więzienia w 1948 roku. Jak braliśmy ślub, to teścia nie było i były całe hece ze ślubem, bo teściowa Elżbieta Slaska, zwana Babunią, uważała, że trzeba czekać, aż dziadzio wróci z więzienia. Nie wiadomo było, jak długo to mogło trwać, bo teść był na razie aresztowany, zanim doszło do rozprawy w 1950 roku, to ja już byłam w ciąży z Ewunią. Dopiero potem dziadzio dostał wyrok, 10 czy 12 lat, z czego odsiedział siedem.

Czy planowaliście ślub?

Dogadaliśmy się z Jackiem w 1948 roku, że chcemy razem żyć, ale mieliśmy już zaplanowaną wspólną wycieczkę rowerową z Klubu Włóczęgów. Jacek też był w Klubie i był głównym organizatorem tej wycieczki. Jechała nas czwórka czy piątka, jeszcze jedna dziewczyna oprócz mnie i trzech chłopaków. To myśmy się nie przyznali, że myśmy się dogadali, Jacek nie oświadczył się mojemu ojcu o moją rękę, nie powiedział też nic swoim rodzicom. Tylko sobie pojechaliśmy spokojnie na tę wycieczkę. Wspaniała to była wyprawa, przez Zieloną Górę do Wrocławia. Wszystko rowerami. Zresztą wiele lat później pojechałam znów na taką wycieczkę rowerową z dziećmi, szlakiem orlich gniazd. Ale wtedy w 1948 roku, to się nocowało w gospodarstwach, to już nie były PNZ-ety, tylko PGR, mieliśmy takie papierki, to Jacek wszystko załatwił, żeby nas wspomóc, dać nocleg. Nocowaliśmy gdzieś na jakimś stryszku, na sianie. Bardzo to było romantyczne i bardzo sportowe. A we Wrocławiu zatrzymywaliśmy się u jakichś kolegów czy znajomych. I później we Wrocławiu wycieczka się rozwiązała, a myśmy pojechali we dwójkę do wujostwa Bronikowskich. To było kuzynostwo dziadzi Ludwika i do nich przyjechała na wakacje Babunia czyli mama Jacka. Myśmy tam pojechali i tam się przyznaliśmy, że jesteśmy zaręczeni. Jeszcze się gdzieś wybraliśmy na rowerach i potem wracaliśmy do Poznania razem z Babunią pociągiem, a na stacji czekał na nas ojciec Jacka, który już też wiedział, bo Babunia mu dała znać.

Rodzina była zadowolona, że się zaręczyliście?

Myślę, że rodzice Jacka byli zadowoleni, byłam z dobrej rodziny, znali mnie dobrze, choć Babunia w stosunku do mnie miała dużo wymagań, ale ona była takim człowiekiem i w stosunku do wszystkich miała dużo wymagań. Współżycie z Babunią nie było łatwe, ale ona też była w bardzo trudnej sytuacji. Teścia wkrótce potem zamknęli w więzieniu, ona pracowała, pracowała ciężko, w jakiejś ogrodniczej instytucji. Przenieśli ją z Poznania do Środy i codziennie dojeżdżała do Środy. Nie była już też najmłodsza, była po pięćdzisiątce. A dziadzio Ludwik wyszedł z więzienia dopiero w 1956 roku.

Jak wyglądał wasz ślub?

Ślub się odbył w domu wujostwa Zwolińskich, tam gdzie ojciec mieszkał. Tu też się nie obyło bez komplikacji. Dawało się na zapowiedzi, a ja nie miałam wtedy jeszcze 21 lat i mój ojciec musiał za mnie chodzić do księdza proboszcza, żeby dać na zapowiedzi. Myśmy oboje byli bardzo młodzi, ale Jacek był rok ode mnie starszy, on już miał 21 lat. Nasz ślub był w czerwcu, a ja dopiero w sierpniu osiągnęłam pełnoletniość. Nie miałam też skończonych studiów, tylko trzy lata. Na ślubie nie było zbyt wiele rodziny. Był Franek Morawski, który wtedy mieszkał w Poznaniu, wujostwo Edziowie Morawscy, już nawet nie pamiętam, może ciocia Ola, jego matka, bo na też już mieszkała wtedy w Poznaniu. A ze Slaskich przyjechali z Krakowa stryjostwo Janowie i dwie ich córki, Brońcia i Hala, i stryj Michał był i Basia – rodzeństwo Jacka. Ślub nie był w mojej parafii, tylko u Pallotynów, w parafii mojego ojca.

Gdzie zamieszkaliście po ślubie?

Jacek mieszkał już wtedy u mamy, a ja najpierw mieszkałam w jego stancji na ulicy Matejki. Po ślubie musieliśmy się oboje przenieść na ulicę Zakręt, do domu, gdzie mieszkali moi teściowie – trzeba było zapełnić metraż, żeby nie odebrano im mieszkania. Mieszkanie było trzypokojowe, a i tak, mimo że Jacek po aresztowaniu ojca przeprowadził się do mamy, UB zajęło jeden pokój. Babunia miała dwa pokoje, w jednym z nich mieszkał Jacek, bo Basia była wtedy w szkole u sióstr Urszulanek w Pniewach, a Michał studiował w Krakowie. Mieszkało się z ubecją, wspólna kuchnia była, wspólna łazienka. Wyprowadziliśmy się wszyscy z tego mieszkania, jak dziadzio Ludwik wrócił z więzienia. Dziadzio przeprowadził proces o rehabilitację, bo to sądownie trzeba było przeprowadzić, wygrał i dostał nawet odszkodowanie, choć od sumy odszkodowania odjęto sumę za wyżywienie przez siedem lat.

Legenda rodzinna głosi, że za odszkodowanie kupiony został telewizor.

To rzeczywiście tylko legenda, bo pierwszy telewizor został kupiony przeze mnie, już po przeprowadzce na ulicę Marcelińską. Miałam stałą pracęi mogłam dostać talon na telewizor. Mnie potrącano z pensji raty, a dziadzio Ludwik mi co miesiąc zwracał te pieniądze.

Na Marcelińską przeprowadziliśmy się już, gdy dziadzio Ludwik wyszedł z więzienia. Właściciele tego domu sprzedali go pewnemu panu Siekierczakowi, który wymienił z dziadziem Ludwikiem mieszkanie. Mieszkanie na Zakręcie było już znowu trzypokojowe, bo jeszcze zanim dziadzio wrócił, to ten ubek, pan Ledzian, dostał ataku serca, był w szpitalu i bardzo szybko umarł. Czyli nigdy się z dziadziem nie spotkał. Została jego żona i córeczka, ale one się wkrótce wyprowadziły. I bardzo śmiesznie się wyprowadziły. Bo jak ubecy zajęli Slaskim jeden pokój, to wtedy jednocześnie zajęli jeden pokój na piętrze właścicielom tego domu. Slascy zajmowali parter i tam były trzy pokoje, a właściciele – dwie siostry i brat, mieli takie samo trzypokojowe mieszkanie na piętrze. Też im wtedy zajęto jeden pokój, bo nie ma żadnego powodu, żeby dwie siostry nie mogły mieszkać w jednym pokoju. I tam się też wprowadziła rodzina ubecka, małżeństwo z córeczką. Córeczka miała na imię Grażyna, a Marek to przekręcił i nazywał ją gadzina. I to się Babuni szalenie podobało, że słusznie ją tak nazywa. No i jak już wszystko zostało załatwione, to tamta rodzina dostała jakieś ubeckie mieszkanie, a wdowa po panu Ledzianie z córeczką przeniosła się na I piętro.

Twój teść, czyli dziadzio Ludwik, bo tak go wszyscy nazywali, wrócił do pracy?

Dziadzio potem jeszcze bardzo długo pracował.

A babunia też pracowała?

Babunia przeszła na rentę dosyć szybko po tym, jak dziadzio wrócił. To była renta chrobowa. Babunia pracowała w magazynach owoców, nie fizycznie, bo prowadziła papierkową robotę, ale tam było zimno i wilgotno.

Czyli cała rodzina mieszkała na ulicy Marcelińskiej. Ale ty się potem wyprowadziłaś na Hetmańską?

Na Marcelińską przenieśliśmy się wszyscy w 1959 roku, jak był ślub Basi, siostry Jacka. Mieszkali tam moi teściowie, matka Babuni, pani Ostrowska, i ja z dwójką dzieci. A Basia z mężem, Zygmuntem Kanigowskim mieszkali w Warszawie, a potem w wynajętym mieszkaniu w Milanówku. Tomek się urodził w Poznaniu w 1960 roku, bo Basia tam pojechała rodzić, i potem Tomek mieszkał z nami, pod opieką Babuni. Basia pracowała w Warszawie i na sobotę i niedzielę przyjeżdżała do synka. W 1962 roku już jak była w ciąży z Joasią, a ja już miałam się wyprowadzić na Hetmańską, zaproponowałam, że na ten czas ja się przeniosę z dziećmi do takiej połówki pokoju, za szafę, gdzie przedtem mieszkała prababcia, a ona będzie mogła zająć z dziećmi mój pokój. Tymczasem oddanie mojego mieszkania na Hetmańskiej opóźniło się o trzy kwartały i przez ten czas tam już było potwornie ciasno.

Na Hetmańskiej mieliśmy nareszcie swoje mieszkanie, ale tylko dwa pokoje. W jednym ja mieszkałam z Ewunią, a w drugim mój ojciec z Mareczkiem. To było duże mieszkanie – 56 metrów – i ja musiałam mieć cztery osoby. Jak dostałam mieszkanie, to mój ojciec wyprowadził się od Hulewiczów i zamieszkał z nami. Miałam wniosek i przyznane trzypokojowe mieszkanie, ale nie wytrzymałabym tego finansowo.To było mieszkanie spółdzielcze, tzw. własnościowe, wpłacało się 15%, a resztę się spłacało przez 30 lat. A jak potem w 1978 roku wymieniałam Hetmańską na mieszkanie w Sopocie na Kolberga, to ja to mieszkanie już musiałam wykupić.

Na Hetmańskiej mieszkałam 15 lat, a tu w Sopocie już mieszkam 28 lat, największy odcinek mojego życia spędziłam w tym mieszkaniu. Biórków to było 6 lat, Bystrzanowice 12 lat, od 1933 do 1945 roku, potem w Częstochowie rok czy dwa, różne pokoje w Poznaniu, a od 1949 roku Zakręt i Marcelińska. Poznań to też było 30 lat, ale różne mieszkania. I to mieszkanie to twój tata z ciocią Ewą wybrali. Ta zamiana się ciągnęła przez dwa lata.

Wróćmy jeszcze do Poznania. Wzięliście z Jackiem ślub…

… i pojechaliśmy w podróż poślubną do Biskupina, gdzie Jacek miał praktykę, ale nie na samych wykopaliskach, tylko w magazynie, gdzie wszystkie te skorupki opisywał. Jacek był bardzo uczonym człowiekiem, dużo pisał, dużo publikował, pewnie by został profesorem, gdyby nie zginął w katastrofie samolotowej w listopadzie 1951 roku. Na pewno zostałby po studiach na uczelni i na pewno zostałby profesorem. Przed śmiercią został mianowany kierownikiem wykopalisk w Opolu, gdzie budowano halę widowiskową, w której się potem odbywał festiwal piosenki polskiej. Zanim podjęto budowę trzeba było przeprowadzić ogromne prace wykopaliskowe. I Jacek został dyrektorem całego tego interesu. On wprawdzie jeszcze studiował archeologię, ale miał już magisterium na Szkole Handlowej, a pracę magisterską pisał na temat ziaren zbóż na wykopaliskach w Egipcie. Czyli już na ekonomii znalazł sposób, żeby pisać pracę o archeologii. I tę pracę pisał, jak Ewunia była malutka, w 1950 roku. Potem skończył archeologię i jak zginął, to był już w trakcie pisania doktoratu. Jak zginął miał więc żonę, dwoje dzieci, dwa skończone fakultety i pisał doktorat. Był bardzo wybitnym człowiekiem.

Jacek zginął w pierwszej katastrofie samolotowej w Polsce powojennej.

Ten lot, w którym zginął, też był przez ten doktorat, bo Jacek konsultował się w sprawach numizmatycznych z jednym profesorem w Krakowie. I leciał wtedy do Krakowa. Ten doktorat Jacka tu jest, bo skończył go pisać Tabaczyński, jego młodszy kolega z archeologii. Praca została opublikowana, I część – Slaski, Tabaczyński, a II już tylko Tabaczyński. W każdym razie, wtedy Jacek leciał do Krakowa, a w Krakowie była mgła i ich nie przyjęto, więc zawrócili, a jest zasada, że niezależnie od warunków atmosferycznych samolot musi przyjąć to lotnisko, z którego wyleciał. I oni wracali do Łodzi, bo lot był z przesiadką, Poznań – Łódź, Łódź – Kraków. I tak to było, oni mieli mały zakres czyli dostawali mało paliwa. To oczywiście było nietypowe, że on wtedy poleciał samolotem, a nie pojechał pociągiem. Atrasznie się cieszył na ten lot, pierwszy w życiu. Ja w trzy miesiące po śmierci Jacka poleciałam do sanatorium do Krynicy i leciałam tą samą trasą, Poznań – Łódź, Łódź – Kraków.

Nie bałaś się?

Nie, nie miałam żadnych obaw, uważałam, że jak ma być, to niech będzie, niech się skończy raz na zawsze. Tak się wtedy czułam. Dostałam choroby wieńcowej na tle nerwicowym ze wszystkimi objawami, jakby to była angina pectoris i leciałam do Krynicy na kurację. Ja się nie bałam, ale nikomu nie powiedziałam, że lecę, dopiero z Krakowa zatelefonowałam i powiedziałam, że jestem na miejscu. Myślę, że Babunia by protestowała, gdyby wiedziała, że zamierzam lecieć. W końcu zostawiałam jej i takiej płatnej opiekunce dwoje maleńkich dzieci. To wszystko było strasznie dramatyczne. Teść w więzieniu, ja jako młoda wdowa z dwójką maleńkich dzieci, ciasnota mieszkaniowa, ubecy za ścianą. Przynajmniej Mareczek i Ewunia dostali od LOT-u renty sieroce… choć to bardzo długo trwało.

A twój tata? Co robił w PRL-u, jak przestały istnieć PNZ-ty?

Ojciec pracował bardzo długo. Jeszcze w wieku 80 lat pracował na uniwersytecie.

A ty studiowałaś jeszcze?

Ostatni egzamin dyplomowy zdawałam w listopadzie 1950 roku. Mój opiekun naukowy, profesor Curkiewicz miał zawał i we wrześniu nie pytał, a od października pytał tylko jednego studenta dziennie, a i to nie codziennie. Ewa była wtede maleńka. I miała do mnie potem o to pretensje, że jak jeździłam na egzaminy, to albo ją zostawiałam w wózeczku u krawcowej, którą mieliśmy w śródmieściu w Poznaniu, albo u portiera. Nie miałam żadnej opiekunki do niej, a wszyscy pracowali. Opiekunkę miałam, het, jak już dwoje dzieci urodziłam. Ewa zawsze miała pretensje, że ją zostawiałam u portiera, a tak by już miała zaliczone jakieś egzaminy czy wykłady, jakbym ją ze sobą brała na zajęcia. Gdy skończyłam studia, mój kuzyn Leitgeber pomógł mi znaleźć pracę. Bardzo chciałam od razu pójść do pracy.

Zatem poszłaś do pracy.

Tak. W listopadzie 1950 roku zdałam egzaminy dyplomowe i bardzo mi zależało, żeby już od razu, jeszcze w tym samym roku zacząć pracę, bo wtedy w następnym roku miało się już miesiąc urlopu. Leitgeber załatwił mi po znajomości u głównego księgowego jednej firmy budowlanej, że mnie przyjęli od 15 grudnia. I pech chciał, że dokładnie wtedy zaszłam w ciążę i rodziłam dokładnie 9 miesięcy potem, jak zaczęłam pracować w tej firmie. Pracowałam w dziale finansowym i zajmowałam się jakimiś rozliczeniami. Pracowałam tam, ciocia Ewa była w żłobku, a ja byłam na trzymiesięcznym okresie próbnym. I nie mogłam się nikomu przyznać, że jestem w ciąży, bo by mnie zwolnili natychmiast. Bo po co komu taki pracownik, który potem pójdzie na 3 czy 4 miesiące na urlop macierzyński? Na początku oczywiście nie wiedziałam nawet, ale potem już wiedziałam. I to ukrywałam. Nosiłam zapaskę – taki ludowy strój, pelerynka w kolorowe pasy, który był równieżw Częstochowskiem. I w biurze w tej zapasce chodziłam. Dopiero w maju, jak byłam w piątym miesiącu, a czas próbny dawno minął, przyznałam się, że jestem w ciąży. Jaki ten główny księgowy był wściekły, oburzony, cała heca była. W sierpniu urodziłam Marka i do ostatniego dnia chodziłam do pracy. Jeszcze w sobotę byłam w pracy, a w niedzielę 12 sierpnia urodził się Marek. Potem byłam na urlopie macierzyńskim, trzy miesiące i miałam miesiąc urlopu wypoczynkowego – Jacek jeszcze żył, zginął 15 listopada. A w firmie już wszystko było przygotowane, że jak tylko wrócę do pracy, to dostanę wypowiedzenie. Ale jak się okazało, co się stało, to pani personalna powiedziała: nie wolno, nie wolno zwolnić kobiety, która jest jedynym żywicielem rodziny. Był pełen socjalizm i takich rzeczy przestrzegano. Ale trzeba też dodać, że personalną była pani Jasnoszowa, której mąż był archeologiem, kolegą Jacka. Jacek pracował w Instytucie Historii u profesora Hensla, a tamten pracował w Muzeum Archeologicznym u profesora Kostrzewskiego. Więc jeszcze wykorzystywałam ten urlop, a potem jeszcze dostałam zwolnienie lekarskie. Bardzo się bałam, że mnie wyrzucą, tak że do pracy przyszłam dopiero w styczniu i wtedy personalna mi powiedziała, że nie grozi mi żadne wypowiedzenie. W tej firmie pracowałam do końca 1963 roku, dobre 10 lat. I oni mi dali częściowo wkład na to moje mieszkanie na Hetmańskiej. Bo to była Spółdzielnia Pracowników Budownictwa i firmy dawały częściowo wkład na mieszkania swoich pracowników. Ale trzeba było podpisać cyrograf – zobowiązanie, że się nie odejdzie z firmy do czasu zamieszkania w tym mieszkaniu. Zawsze mówiłam, że ja jestem chłop pańszczyźniany glebae adscripti, mówiłam to publicznie. Podpisałam, musiałam tam pracować i nie dostawałam żadnych podwyżek, bo po co dawać podwyżki pracownikowi, o którym wiadomo, że nie odejdzie. I wytrwałam tam aż do 1963 roku i natychmiast, jak się tylko zameldowałam w mieszkaniu na Hetmańskiej, złożyłam wypowiedzenie, choć nawet jeszcze nie wiedziałam, dokąd pójdę pracować.

I dokąd poszłaś?

Zosia Kolbergowa mnie ściągnęła do spółdzielczości pracy, gdzie troszkę więcej dostałam pieniędzy, a spółdzielczość organizowała świetne wakacje dla dzieci. To był Wojewódzki Związek Spółdzielni Pracy, a spółdzielnie były fryzjerskie, szewskie, budowlane, lekarskie, wszelkie. Tam najpierw pracowałam w różnych wydziałach, w administracji, a później w ramach tej spółdzielczości pracy przeszłam do Gdańska do Wojewódzkiego Związku Spółdzielni Pracy. I tutaj w Gdańsku bardzo szybko awansowałam. Byłam sumienna i pracowita, i bardzo szybko zostałam kierownikiem działu ekonomicznego. Miałam lepsze pieniądze, bardziej odpowiedzialną pracę, swój gabinet. W 1983 roku, w momencie jak skończyłam 55 lat, przeszłam na emeryturę.

Dlaczego? Przecież miałaś dobrą pracę, lepsze pieniądze?

Bo to były te zmiany, euforia roku 1980 i 81, później stan wojenny, ciągle się też zmieniały przepisy administrowania tą spółdzielnią i powoli miałam wszystkiego dosyć. Mogłam przejść na wcześniejszą emeryturę i skorzystałam z tego. To prawda, ja szalenie wcześnie przeszłam na emeryturę i dlatego mam taką małą tę emeryturę. Później zmieniły się przepisy, emerytury były wyższe i jak Zosia Kolberg przechodziła na emeryturę, trochę później niż ja, to dostała o wiele lepsze pieniądze. Myśmy były na równorzędnych stanowiskach, to znaczy ja w Gdańsku uzyskałam takie stanowisko, jakie ona miała w Poznaniu. I ona, jak tylko przeszła na emeryturę, to poszła na pół etatu do takiej niedużej spółdzielni. A ja tu przestałam pracować w 1983 roku i dopiero w 1986 roku, po urodzeniu się Adasia, poszłam w Sopocie do biblioteki na pół etatu. I wtedy mi się te trzy lata dołożyły do stażu pracy. To był jakiś taki przelicznik i potem miałam troszkę wyższą tę emeryturę.


Rozmowa z Zofią Slaską, zwaną Babaciem, przeprowadzona wiosną 2009 roku, przez jej najstarszego wnuka Jacka Slaskiego.
Spisała Ewa Maria Slaska

Zofia Slaska była mamą mojej najlepszej przyjaciółki na studiach, Ewy Marii Slaskiej. Gdy wyszłam za mąż za brata Ewy, Marka, ja też nazywałam się Ewa Maria Slaska, a mama Ewy i Marka została moją teściową. Gdy rozwiedliśmy się z Markiem, nadal mówiłam do niej “mamo” i często odwiedzałam ją i Ewę. Ewa umarła w roku 2005, teściowa dwa tygodnie temu. Zdjęcie zrobione tydzień wcześniej.