Slavs and Tatars

English

At the exhibition Thousand Times Berlin Monika Wrzosek-Müller and me, both of us seeing that exhibition separately, found that interesting piece of art and that small explanation, which we found utmost interesting.

Mother Tongues and Father Throats, 2012, Wool yarn – Foto (c) Monika Wrzosek-Müller

Continue reading “Slavs and Tatars”

Wyprawa po złote runo

Kasia Krenz i Ewa Maria Slaska

Jest teoria, napisała moja siostra, gdy wysłałam jej artykuł o bisiorze, że i Złote Runo i to, co na polski zostało przetłumaczone z Biblii jako “perły przed wieprze” to bisior, czyli oceaniczny jedwab. Aż dziw, że dopiero teraz naukowcy wzięli się za odtworzenie tych niteczek, bo np. podobno w medycynie to byłby idealny naturalny materiał do implantów.

W książce Katarzyny Krenz i Julity Bielak Księżyc myśliwych jest szczegółowy opis bisioru.

Ale zacznijmy od tego artykułu. Zaczynał się tym niezwykłym zdjęciem i tym tytułem: A legendary golden fabric lost for 2,000 years has returned

Legendarna złota tkanina, zaginiona od 2000 lat, powróciła

Zacznijmy od tego, że nie zaginiona, tylko taka, której w chwili obecnej nie da się już pozyskać. Po drugie w tłumaczeniu użyję polskiej nazwy bisior.

Naukowcom z Uniwersytetu Naukowo-Technicznego w Pohang w Korei Południowej udało się odtworzyć legendarny bisior, złoty jedwab morski z czasów starożytnych – i wyjaśnić, dlaczego jego olśniewający kolor może przetrwać wieki nie blaknąc. Otóż ów słynny złoty połysk wynika z drobnych struktur białkowych, które odbijają światło, a nie z barwników. Ponieważ kolor jest wbudowany w strukturę włókna, może pozostawać żywy przez wieki. Struktury te odbijają i manipulują światłem w podobny sposób, w jaki bańki mydlane lub skrzydła motyla i tworzą podobne wielobrawne, żywe kolory. Im precyzyjniej te białka są zorganizowane, tym mocniejszy i bardziej żywy staje się kolor.

Bisior był niegdyś ceniony przez cesarzy, a pozyskiwano go z włókien wielkiego małża pinna nobilis (szumień szlachetny). Jednym z najbardziej znanych przykładów dzieła wykonanego z bisioru jest Święte Oblicze Jezusa z Manoppello. Do pozyskania zaledwie 200–300 gramów czystego włókna potrzebne było pozyskanie wydzieliny ponad 1000 małży. Po wydobyciu włókna są starannie oczyszczane i ręcznie tkane. Bisior nie jest dostępny na rynku komercyjnym i jest praktycznie bezcenny. Jeśli jednak pojawia się na aukcjach czy w muzeach, jego cena może sięgać nawet kilkudziesięciu tysięcy złotych za gram. To czyni go nie tylko luksusowym materiałem, ale także ważnym dziedzictwem kulturowym i historycznym.

http://www.voltosanto.it/ wikipedia

Jednak w ostatnich dziesięcioleciach zanieczyszczenie mórz i degradacja środowiska doprowadziły gatunek pinna nobilis do niemal całkowitego wyniszczenia, Unia Europejska całkowicie zakazała więc pozyskiwania bisioru. W rezultacie autentyczny jedwab morski stał się niezwykle rzadki i jest produkowany jedynie w niewielkich ilościach przez garstkę rzemieślników.

Aby znaleźć alternatywne źródło, naukowcy koreańscy zbadali małża atrina pectinata, który jest hodowany na potrzeby spożywcze w wodach koreańskich. Podobnie jak pinna nobilis, małż piórowaty wytwarza nici biszowe, które pomagają mu przyczepiać się do powierzchni. Nici, podobne i fizycznie, i chemicznie, rzeczywiście dają się przetworzyć we włókna przypominające starożytny bisior. Co ciekawe, włókna małża koreańskiego były dotychczas traktowane jako śmieci, a to oznacza, że nowa technologia nie tylko pozwala odtworzyć bisior, ale zmniejsza ilość odpadów.

Złote runo

Była to skóra z sierścią mitycznego złotego, skrzydlatego barana Chrysomallosa, będąca celem wyprawy Argonautów. Chrysomallos został zesłany zmuszonym do ucieczki dzieciom Atmasa – Helle i Fryksosowi, przez ich zmarłą matkę Nefele. Po ocaleniu i dotarciu do Kolchidy Fryksos złożył go Zeusowi w ofierze. Król Kolchidy Ajetes uważał runo za talizman przynoszący szczęście jego krainie. Zawiesił je na dębie w gaju Aresa, gdzie pilnował go smok. Jazon dokonał niezwykłych czynów, zabił smoka i zabrał runo. Z baranem o złotym runie kojarzony jest astrologiczny znak zodiaku, gwiazdozbiór Barana, a pośrednio również judajska symbolika baranka, który zastąpił ofiarę Izaaka, a przez to również chrześcijańska symbolika baranka jako symbolu zbawienia.
Mit o złotym runie może mieć zupełnie prozaiczne podłoże. Skóry baranów wykorzystywano do wyławiania drobin złota z rzek. Takie „pozłacane” runo suszono w słońcu, a złoty pył strzepywano.
Jazon, syn obalonego króla Tesalli, Azjona, został wysłany na naukę do centaura Chejrona. Gdy dorósł, spotkał zarówno swych rodziców, jak i stryja, który obiecał zwrócić mu nieprawnie zagarnięte królestwo, jeśli zdobędzie Złote Runo.

Wiadomość o niezwykłej wyprawie lotem ptaka rozeszła się po całej Grecji. Na wezwanie Jazona odpowiedziało 50 herosów m.in. Herkules, Tezeusz, Kastor czy Nestor. Popłynęli na statku Argo do Kolchidy, gdzie król Ajetes oddał im złote runo po spełnieniu trudnych warunków. Jazonowi pomogła córka króla, Medea. Jazon powrócił do Tesalii, gdzie zabił swojego wuja uzurpatora i odzyskał tron. Niestety okazał się niewdzięcznikiem i porzucił Medeę, która okrutnie się na nim zemściła.

Nie jest to nieznany motyw w mitologii greckiej, bo Tezeusz też pokonał Minotaura dzięki pomocy córki króla, Ariadny, po czym wracając z Krety do Aten, porzucił ją na wyspie Naksos.

Perły przed wieprze

To ustęp 7,6 z Ewangelii św. Mateusza: Nie dawajcie psom tego, co święte, i nie rzucajcie swych pereł przed świnie, by ich nie podeptały nogami, i obróciwszy się, was nie poszarpały (wg. Biblii Tysiąclecia).

Tu już pomyślałam, że moja siostra przesadza, twierdząc, że te perły to też bisior, i co znalazłam? To:

Jezus powiedział do faryzeuszów:
Żył pewien człowiek bogaty, który ubierał się w purpurę i bisior i dzień w dzień ucztował wystawnie.
(Ewangelia wg. św. Łukasza 16,19)

A poza tym to:

Bisior (starorus. biser – naszyjnik z pereł) – wiązka jedwabistych nici powstająca z szybko krzepnącej wydzieliny niektórych, głównie morskich małży (omułek, szołdra) lub rzadko słodkowodnych (racicznica). Wśród gatunków występujących w Polsce bisior wytwarza racicznica zmienna.

Nici te powstają z wydzieliny gruczołu bisiorowego, leżącego u nasady nogi małża i służą do przytwierdzania się małża do podłoża. Osiągają długość do 6 cm. U niektórych gatunków małży z rodziny gniazdówkowatych służą także do sklejania materiałów gniazda. Bisior nie zrasta się z nabłonkiem małża – jest przytrzymywany mięśniem nogi i w każdej chwili może być porzucony.

W starożytności i w średniowieczu wyrabiano z bisioru bardzo cienkie i lśniące tkaniny określane jako jedwab morski lub oceaniczny, po włosku „tarantine” (od miejscowości Tarent, gdzie bisior był produkowany); były one prawdopodobnie najdroższą tkaniną starożytności. Powstawał z nici pozyskiwanych głównie z dużego, bo dorastającego do 60-90 cm długości, małża Pinna nobilis L. (pol. przyszynka szlachetna) z Morza Śródziemnego.

Ośrodkami produkcji bisioru były Włochy, Tarent, Korsyka, Sardynia i Sycylia. Jedwab morski był bardzo ceniony ze względu na swoją rzadkość i złocisty połysk. Był niebywale drogi, ponieważ produkowano go ręcznie, a zdobycie nici bisiorowych nie było proste. Przyczyniło się to też do przetrzebienia siedlisk Pinna nobilis L.

W wieku XVIII modna była bisiorowa galanteria (pończochy, apaszki, rękawiczki) – zachwycano się jej lekkością: poskładaną parę rękawiczek dało się zmieścić w skorupce włoskiego orzecha.

W dzisiejszych czasach morski jedwab produkowany jest tylko na wyspie Sant’Antioco koło Sardynii. Mieszka tam jedyna na świecie kobieta, która potrafi wytwarzać tkaniny bisiorowe – Chiara Vigo. Jej przodkami mają być Chaldejczycy i Fenicjanie, ludy, u których umiejętność wytwarzania jedwabiu morskiego przekazywano sobie z pokolenia na pokolenie od tysięcy lat.

Czyli spokojnie tłumacz mógł napisać, że ten bisior, którego nie mamy rzucać świniom, to perły. Bo perły łatwiej zrozumieć. Luter też tak to przetłumaczył: Ihr sollt das Heilige nicht den Hunden geben, und eure Perlen sollt ihr nicht vor die Säue werfen, damit die sie nicht zertreten mit ihren Füßen und sich umwenden und euch zerreißen. I angielski tłumacz takoż: Do not give dogs what is sacred; do not throw your pearls to pigs. If you do, they may trample them under their feet, and turn and tear you to pieces. I po łacinie: Nolite dare sanctum canibus: neque mittatis margaritas vestras ante porcos, ne forte conculcent eas pedibus suis, et conversi diripiant vos.

Wędzidło końskie (cierpienie zwierząt)

Gdy zapytasz sieć, czy wędzidło boli konia, znajdziesz masę odpowiedzi, że ależ skądże, że to subtelny sposób prowadzenia konia i porozumiewania się z nim. Tym niemniej nawet sztuczna inteligencja przyznaje, że jeździec niewprawny, szarpiący konia lub o twardej ręce zada koniowi ból. W trakcie tych poszukiwań trafiłam na artykuł niejakiej Czubajki (ale nie kani, bo czubajka kania to grzyb) tylko tej od Koni.

Na zdjęciach drewniane koniki z Dalarny, popularna zabawka szwedzka; podobno czerwony konik postawiony koło komputera pomaga w pracy 🙂


Czubajka

10 mitów na temat wędzidła

Nie wyobrażamy sobie konia do jazdy bez wędzidła w pysku. Tak jak sami zakładamy toczek i bryczesy, tak koń powinien mieć siodło i kiełzno. Wszyscy chętnie się zgadzają, że tradycja wymaga kiełznania konia, ale ile jest mitów, w które wierzymy, wkładając koniowi w zęby narzędzie tortur? Dziś rozprawiam się z najpopularniejszymi.

Continue reading “Wędzidło końskie (cierpienie zwierząt)”

Byłam w Poznaniu

Ela Kargol

Między domem Greisera a cmentarzem żydowskim

Byłam w Poznaniu. Nie pierwszy raz i nie ostatni. Urodziłam się w tym mieście, tam dorastałam, tam przeżyłam swoje najpiękniejsze, bo młode lata.

Na Junikowie w Poznaniu mam już miejsce w grobie rodzinnym, choć o tym, czy będzie to ostatecznie moje miejsce, zadecyduje i tak rodzina. Mnie natomiast w zaświaty jeszcze się nie spieszy.

Berlin, w którym mieszkam od wielu lat i znacznie dłużej, niż mieszkałam w Poznaniu – jest dziś moim miastem. Jestem tu trochę z przypadku a teraz już z przyzwyczajenia, ze względu na rodzinę, na skromną emeryturę, na zasiedzenie i kilka innych powodów, które pewnie też by się znalazły. Na pewno jednak nie ze względu na sentymenty, korzenie czy groby przodków, bo te są gdzie indziej.

Continue reading “Byłam w Poznaniu”

Debata nt Pomnika Polskich Ofiar II Wojny (3)

Tadeusz Rogala

Upamiętnienie Polaków – ofiar II wojny światowej w Ludwigsburgu

O ile w Berlinie już dziewiąty rok realizowany jest projekt upamiętnienia Polaków – ofiar II wojny światowej – i jego zakończenie wciąż pozostaje odległe, to w Ludwigsburgu przedsięwzięcie to zostało przeprowadzone sprawnie, we współpracy z zainteresowanymi środowiskami i instytucjami, a także bez zbędnych kosztów. Nie organizowano konkursów na formę pomnika ani nie ponoszono wydatków na dodatkowe ekspertyzy – projekt zrealizowano w dużej mierze społecznie.

Continue reading “Debata nt Pomnika Polskich Ofiar II Wojny (3)”

Ludzie byli już prawie gotowi się poddać. Ale delfin nie.

Wpis portalu kawa z mlekiem, znaleziony i udostępniony przez Zbigniewa Milewicza na Facebooku, od którego ja go przejęłam i publikuję dziś w naszym co sobotnim cyklu o zwierzętach. Właściwie chciałam napisać o tym, że już kilka tygodni temu znakomitą większością głosów sejm polski przyjął ustawę antyłańcuchową. Już nie wolno trzymać kotów i psów na uwięzi. To będzie karane zgodnie z prawem. Już teraz polskie sużby porządkowe używają dronów, żeby odkrywać, gdzie się trzyma psy na łańcuchach. To wielkie osiągnięcie. Media napiętnowały od razu 28 osób, które głosowały “nie”. W tym trzy kobiety. Karina Bosak, Anna Cicholska, Maria Kurowska. Chciałam je też napiętnować, ale wpis Zbycha powiedział mi: nie, zostaw, karma wraca. Jeśli usiądziemy nad rzeką i będziemy spokojnie czekać, nurt kiedyś przyniesie nam ciała naszych wrogów. Zapamiętajmy więc raczej delfina Moko niż Karinę Bosak.

Continue reading “Ludzie byli już prawie gotowi się poddać. Ale delfin nie.”

Amerykański sen. Małe rzeczy.

Czytam dziś w Polskiej Kafejce Językowej

Schulzestr. 1
Berlin-Pankow

Tuż przy stacji kolejki Wollankstrasse, po jej wschodniej stronie.

Godzina 19


Ludzie, którzy już czytali moją książkę, chwalą ją między innymi za to, że zwróciłam uwagę na “małe rzeczy”, jak to ostatnio określiła Dorota Danielewicz.

Zapraszając Was na dzisiejsze spotkanie, wybrałam kilka takich “małych rzeczy”.

Majtki

W życiorysie mamy nie było miejsca na wychowanie antyautorytarne i na Presleya, Basia nie mogła więc dostać zgody na noszenie mini spódniczki, rajstop i czarnego golfika. Nawet uczesanie się w gładki czarny hełm natapirowanych włosów, ze szpicami na policzkach i grzywką do brwi nie było proste, a zielono-czarny ciężki makijaż oczu Basia robiła po ciemku i bez lusterka na klatce schodowej. Tam też zdejmowała ciepłe majtki, bez których dziewczynki i dziewczyny nie mogły wyjść zimą z domu.
Ciepłe majtki były zmorą wszystkich dziewczyn urodzonych na przełomie lat 40. i 50. Były tak ohydne, że po prostu nie dało się ich nosić, szaroburoróżowe, szerokie, z grubego materiału, szorstkie. Zawsze spadały. Zdejmowało się je na półpiętrze, zwijało w kłębek i upychało w tornistrze, co jednak było ryzykowne, bo ktoś mógłby je w szkole zobaczyć. Ale na klatce nie bardzo było gdzie je schować. W końcu Basia nauczyła się, że najlepiej pobiec prędko do piwnicy i ukryć je na półce za słoikami weków, głęboko, tak żeby mama lub tata, gdyby akurat przyszli do piwnicy po wiaderko ziemniaków lub kompot na obiad, ich nie znaleźli. Na szczęście w szufladzie w kuchni było kilka kluczy do kłódki i Basia mogła sobie niepostrzeżenie przywłaszczyć jeden. W piwnicy było wstrętnie, śmierdziało gnijącymi kartoflami i sikami dzikich kotów, które dostawały się tu przez zawsze stłuczone okienko. Nie było światła, trzeba było zapalić stojącą na parapecie świeczkę, ale nie zawsze zapałki chciały się zapalić, wtedy ukrywanie majtek było jeszcze trudniejsze, bo mogło się zdarzyć, że po omacku dotknie się ręką czegoś wstrętnego, na przykład zdechłego szczura. Wprawdzie nic takiego nigdy się nie zdarzyło, ale już sama myśl o tym przyprawiała Basię o dreszcze.
Po szkole trzeba tu było wrócić, zabrać majtki i włożyć, bo mama nie była głupia i mogła sprawdzić, czy Basia ma te diabelne gacie na sobie.

Jeszcze gorzej było podczas okresu. Krew się lała, a twarda lignina, której najczęściej dziewczyny używały z braku podpasek, źle ją wchłaniała. Mogła też wypaść ze zwykłych majtek, co znaczyło, że siłą rzeczy zimą w dni, kiedy miała okres, Basia musiała iść do szkoły w tych cholernych galotach. A Basia miała okres często, czasem nawet co trzy tygodnie, i trwał on zawsze długo. To, że bolał ją przy tym brzuch, było właściwie najmniejszym problemem.
Pod koniec liceum Magda, koleżanka Basi, z którą od trzech lat siedziały w jednej ławce, pokazała Basi ciepłe majtki, które z Zachodu przywiózł jej tata, pływający jako mechanik na statkach handlowych. Majtki były czarne, obcisłe, w drobne niebieskie kwiatki.
– O matko, jęknęła Basia.
– Oni tam mają wszystko, powiedziała Magda.
Magda nosiła te majtki tak, że brzeżek wystawał spod krótkiej spódniczki, żeby je pokazać!
A Basia pomyślała, że kiedyś i ona tak będzie żyła, będzie miała wszystko, również takie cudowne ciepłe majtki w kwiatki.

Salceson

W Komunie mięso było codziennie na obiad, mimo że Kościół oczekiwał, że naród będzie pościł w piątki, a Komuna, że w poniedziałki. Mięso było nie tylko na talerzu jako nieodłączna część „drugiego” (zupa, drugie, deser), ale też na kolację i na kanapkach do pracy lub do szkoły. Być może nie w każdym domu na śniadanie i kolację były wędliny, ale było ich zawsze dużo. Wędliny to do dziś polska specjalność. Już nawet w czasach, gdy mięso przestało być symbolem awansu społecznego, polskie firmy prezentując się na targach żywieniowych na świecie, pokazują przede wszystkim góry kiełbas, baleronów i szynek. Kiełbasy, balerony, szynki, boczek, kabanosy, polędwice, rolady, galantyny, wędzonki, półgęski, golonki, pieczenie, rozbefy. Nigdy nie widziałam na takich wystawach kaszanki ani salcesonu. To były produkty zarezerwowane na użytek krajowy. Oczywiście salceson to była bieda, w lepszych domach jadło się lepsze wędliny. Stefan dobrze pamiętał wstrząs, gdy na pierwszą kolację, jaką zjadł u Basi, pani Gruba podała kanapki z białym salcesonem. Pani Gruba podała do kanapek cienką osłodzoną herbatę w szklankach na szklanych spodeczkach. Stefan bohatersko przełknął galaretę, chrząstki i skórę, z których składał się salceson. Być może to poświęcenie utrwaliło na wieki jego miłość do Basi.
(…) Marcel Proust był ulubionym autorem Basi, co sprawiało, że w szkole uważano ją za dziwaczkę. Ale czytała też Hessego, Manna, Joyce’a i Dostojewskiego. Czytała bez przerwy i potem twierdziła, że niczego nie nauczyła się w szkole ani na studiach (studiowała psychologię) i wszystko co wie, zawdzięcza książkom, a przede wszystkim Proustowi. Przez wiele lat fakt, że Basia była tak oczytana, zachwycał Stefana, ponieważ on sam raczej wolał chodzić niż czytać. Czasem, gdy siedzieli u Basi w kuchni przy stole przykrytym ceratą, w mieszkaniu, gdzie nie było książek, Stefan zastanawiał się nad tym, dlaczego to się tak ułożyło, że on, chłopak z dobrego domu, gdzie było wszystko, książki, koncerty, teatr, muzea i podróże, chętnie się dowiadywał, uczył, studiował, ale właściwie nie czytał, natomiast Basia, wychowana pod wielkim świętym obrazem, przedstawiającym dobrą Matkę Boską, osłaniającą płaszczem uciekające się pod jej opiekę dzieci, wyrastając w jednopokojowym mieszkaniu i jedząc kanapki z salcesonem, czytała bez przerwy.
Kiedyś, już w Nowym Jorku, Stefan pomyślał, że może to właśnie salceson stał się siłą napędową wszystkiego, co Basia w życiu osiągnęła i że Basia zrobiła wszystko, żeby wydostać się z życia, które każe człowiekowi jeść salceson.


Słoneczniki

W PRL-u sztuka na długo przed czasami sieci, Facebooka i Instagrama była popularna i popularność tę dawało się mierzyć na przykład ilością reprodukcji jakiegoś dzieła, wiszących w mieszkaniach i instytucjach w całej Polsce. Nie robiłam badań, bo to nie rola pisarki, dziennikarki czy blogerki, opieram się więc tylko na czymś tak niewymiernym jak “poczucie”, ale wydaje mi się, że niezaprzeczalnym Królem Malarzy był w PRL van Gogh, a Dziełem Numer 1 jego Słoneczniki.W dzisiejszych czasach wraz z takimi obrazami jak Mona Lisa Leonarda da Vinci oraz Krzyk Edwarda Muncha, Słoneczniki uznawane są za najbardziej rozpoznawalne arcydzieła malarstwa światowego. PRL i w tej sprawie był prekursorem. W epoce Gierka reprodukcja Słoneczników była jednym z podstawowych elementów klasycznego mieszkania peerelowskiego inteligenta: regał Kowalskich, pralka Frania, encyklopedia PWN, ceramika z Włocławka, palmy wielkanocne z Cepelii, obrus mereżkowany z Polskiego Lnu i van Gogh. Jedyny obcy wtręt w swojskim dostatku. Słoneczniki van Gogha na pewno były w PRL-u jednostką świadomości. Pozostaje pytanie – czego? Myślę, że świadomości awansu, świadomości, że dotarło się do punktu, którego przedtem nie dało się osiągnąć. Słoneczniki wisiały w mieszkaniu Basi tuż obok tego dużego świętego obrazu, przed którym mama i one obie, Asia i Basia, modliły się głośno wieczorem. Tata się nie modlił, siedział na kanapie w kuchni i palił papierosa. Potem, gdy mama i obie dziewczynki kładły się spać w pokoju, tata na tej samej kanapie spał. Nie mieli regału Kowalskich, ale w mieszkaniu Grubów były inne nieodłączne elementy peerelowskiego „dojścia do celu” – cerata na stole, kryształy i fikus. Jako autorka dodam, że sprawa ceraty nie daje mi ostatnio spokoju. Wydawało mi się, że nie pamiętam z domu ceraty na stole, ale teraz, gdy to piszę, zdaje mi się, że widzę kuchnię, gdzie jeszcze się zmywało w blaszanym cebrzyku, widzę w tej kuchni w głębi, po prawej stronie prostokątny stół nakryty ceratą w drobną brązową kratkę. Czy tak było, to jakież to było okropne dla kogoś, kto jak moja mama wyrastał przed wojną w wielkim pięknym mieszkaniu, pełnym eleganckich mebli, lamp i obrazów. Jakie to musiało być dziwne, a może nawet odrażające, siedzieć przy stole przykrytym ceratą zamiast białym cieniutkim lnem. Oczywiście, w międzyczasie była wojna i bieda, niedostatek, a być może nędza, i ukrywanie się, ale wojna to wojna, od wojny nie można wiele wymagać, natomiast bieda w normalnym pokojowym życiu musiała być czymś nie do zniesienia. Ta cerata w brązową krateczkę, wyszarzała, wytarta i bura woda w szafliku. Pomyje, mówiły mama i Karusia, kobiety z innego świata.
Bieda i braki, szarzyzna i tandeta życia w PRL-u. Bure książki, bure pończochy, bure szmaty do podłogi. Cerata, tak, ale były kryształy i fikus, i Słoneczniki.

Obraz z czasów komuny, po zmianach politycznych usunięty do piwnicy

Agenci SB

„Strój służbowy” ubeka pracującego w latach 80. wśród inteligencji i studentów w PRL-u był od kilku lat ustalony. Dżinsy, podniszczone, ale prawdziwe, nie jakieś szariki czy teksasy, koszula w kratę, też niezbyt nowa, mocne buty skórzane typu trapery, w zimne dni kurtka z kapturem lub wciągany przez głowę brezentowy skafander typu kangur z kieszenią z przodu. Strój agentki obejmował długą spódnicę, farbowaną domowym sposobem w białe koła, drewniaki i jakąś, też farbowaną bluzkę. Kilku tak ubranych osobników przyszło na pogrzeb i zapewne według instrukcji, takich właśnie posthippisów mieli również wypatrywać wśród gości. Nikogo nie znaleźli, za to sami zostali natychmiast rozpoznani jako ubecy, bo mężczyźni, z opozycji czy nie, przyszli na uroczystość ubrani w garnitury i pod krawatem, a kobiety miały na sobie czarne sukienki za kolana, rajstopy i czółenka.

Zocha i Zenek

Stefan wrócił ze szpitala do swojego mieszkania, do tych dawnych dwóch pokoi na Bronxie, nie ogrzewał ich, potem już siedział po ciemku, gotował makaron na palniku spirytusowym i jadł go z mielonką. Oczywiście dawno już nie płacił czynszu i wiedział, że prędzej czy później wygonią go z tego mieszkania. Zimę przetrwał w pokoju wynajmowanym „na łóżka” u Zochy, góralki, która cztery lata temu przyjechała do ciotki na wakacje i już została, a od roku „pomagała cioci w pracy”. Ciocia już w latach 60 kupiła za bezcen trzy mieszkania na „Greenpojncie”, umeblowała je byle jak i wynajmowała polskim rodzinom, które właśnie przyjechały. Ale od roku 1980, kiedy nagle zjechały do Nowego Jorku masy samotnych Polaków, ciocia wpadła na pomysł, wynajmowania ich „na łóżka”, a właściwie „na materace” i „na zmiany”. Każdy pokój zajmowało od trzech do pięciu „kawalerów” na poranną zmianę i drugie tyle na wieczorną. Ciepła woda była tylko raz w ciągu dnia od 5 do 8 rano, wtedy gdy poranna zmiana wychodziła do pracy, a nocna wracała. Ciepłą wodę włączała Zocha, ona też, gdy okazało się, że „kawalerowie” zużyli za dużo prądu, po prostu wykręcała korki. Przychodziła też o niespodziewanych porach w ciągu dnia i nocy, sprawdzać, czy „kawalerowie” jej przypadkiem nie oszukują, co nie było takie głupie, ponieważ każdy „Zenek” był w stanie kawałkiem drutu zastąpić korek i uruchomić wyłączonego junkersa. Zocha zarządzała tym wszystkim bardzo sprawnie, raz na tydzień kasowała z góry czynsz za materac, kontrolowała czystość w mieszkaniu i śmieci. Jeżeli znalazła gdzieś butelki po wódce, wyrzucała „na zbity pysk” całą aktualną obsadę mieszkania, czyli, bywało, 20 chłopa. Informowała o tym, że tak będzie każdego, kto się wprowadzał, ale właściwie nie musiała, bo koledzy współmieszkańcy sami pilnowali porządku i sami wyrzucali kogoś, kto się odważył przynieść do mieszkania alkohol. Niektórzy przemycali „na kwaterę” jakąś wódkę w butelkach po soku. Stefanowi przypomniało to czasy w „internacie” i popijanie ukradkiem bimbru z butelek po wodzie utlenionej lub puszek z ananasem. Zresztą w Nowym Jorku alkohol trzeba było ukrywać wszędzie. Na ulicy nie wolno było nawet wypić piwa, ci więc, którzy nie mogli pić w domu, pili piwo z puszek zapakowanych do papierowych torebek. To się tak spodobało młodym, zbuntowanym, że nawet jak pili na ulicy tylko wodę mineralną albo sok jabłkowy, też pakowali te legalne puszki do legalnych papierowych torebek, udając, że piją nielegalny trunek. U Zochy trzeba było mieć własny materac i własną żarówkę. Obie te rzeczy kupowało się „u żydka” i tam też można je było odsprzedać, gdy się człowiek wyprowadzał. Materac i żarówka były obowiązkowym wyposażeniem każdego, kto przychodził do Zochy. Trzeba też było mieć dość pieniędzy, żeby zapłacić z góry za tydzień.