Finissage & Finisaż

Ela Kargol

Finisaż wystawy w Humboldt Forum „Freiheit, Gleichheit, Solidarność“

Finissage der Freifläche „Freiheit, Gleichheit, Solidarność“

pl / de

Finisaż z fanfarami i nowym miejscem dla białej, wyszczerbionej filiżanki KPM. Tuż obok niej na talerzyku leżą trzy czerwone kostki cukru. Dlaczego czerwone, skoro cukier jest biały? Bo gdyby były białe, filiżanka musiałaby być czerwona. A przecież chodzi właśnie o tę grę bieli i czerwieni. O to, że czasem trudno nam się porozumieć, nam sąsiadom, których dzieli i łączy Odra, wspólna historia, a może i coś jeszcze.

Continue reading “Finissage & Finisaż”

To, czym plujemy…

Nasz autor, Zbigniew Milewicz (hej, hej – dawnośmy Cię nie widzieli!) znalazł, umieścił na FB i opatrzył następującym komentarzem: Ależ świetna opowieść o tych zbawiennych istotach… I zaiste, świetna… Lecę do kuchni

Ryszard Piotr

rnoopSdest0t01la9 737u93hiu9a:04m5icuiM0mrh5a9a t1 h8c9551f8 ·

Pestki dyni. Te małe, zielone, płaskie dyski, które ludzie wywalają razem z miąższem jakby to był gruz po remoncie kuchni. A to jest zielona mafia. Cicha. Zorganizowana. Działa systemowo. Wyciągasz je z dyni – śliskie, niepozorne, wyglądają jakby same nie wiedziały, po co tu są. A one w środku: „Spokojnie, my mamy więcej konkretu niż twoja półka z suplementami”.

Prażysz je lekko i nagle pachnie jak luksusowy orzechowy wieczór. Chrupiesz. Chrup. Chrup. I to nie jest przekąska. To jest rytuał przejścia. Bo w tym małym zielonym liściu siedzi cynk jak kierownik zmiany – ogarnia odporność, hormony, regenerację, prostatę. Telefon na 8% baterii? To ty bez cynku. Z cynkiem? System działa, aplikacje się nie zawieszają.

Obok siedzi magnez. Nie robi show. Nie tańczy na stole. On po prostu uspokaja cały ten cyrk zwany układem nerwowym. Spięte barki, szczęka jak imadło, myśli jak betoniarka? Magnez mówi: „Oddychaj. Nie jesteś w busie o 7 rano”. I nagle człowiek mniej iskrzy przy byle pierdołach.

A tryptofan? Brzmi jak robot z przyszłości, a to cegiełka do serotoniny. Jesz regularnie i zamiast nastroju „listopad w deszczu” masz „jest okej, świat się nie wali”. To nie fajerwerk. To ciche strojenie instrumentu.

Fitosterole robią w jelicie kabaret sytuacyjny. Cholesterol ustawia się w kolejce do wchłonięcia, a pestki mówią: „Przepraszamy, lista gości zamknięta”. Wypychanie bez awantury. Mechanika, nie magia.

I wjeżdżają kukurbitacyny – brzmi jak kapela metalowa z Podkarpacia. A to związki, które pasożytom mówią: „Panowie, impreza skończona, światło włączone”. Nie wybuch, nie dramat. Raczej eleganckie „prosimy opuścić lokal”.

A teraz zastosowania, bo tu zaczyna się kabaret kulinarny. Mielisz – bam – masło z pestek dyni. Zielone, gęste, konkretne. Smarujesz kanapkę i chleb nagle przestaje być statystą. Dodajesz czosnek, chili, sól – pasta wchodzi do lodówki i mówi do hummusu: „Przesuń się, młody”. Wersja deserowa? Pestki + kakao + odrobina miodu. I masz krem, który nie wali cukrem jak baton z kiosku.

Pesto z pestek dyni? Bazylia, oliwa, czosnek. Makaron przestaje być studencką tragedią o północy. On ma charakter. On ma historię. On ma plan na życie.

Mielisz drobno – masz mąkę. Dodajesz do chleba i nagle bochen nie jest napompowany jak marketing, tylko ciężki, treściwy, jakby skończył kurs przetrwania. Kroisz kromkę i czujesz, że to nie powietrze z glutenem, tylko konkret.

Olej z pestek dyni… ooo, to jest arystokrata. Ciemnozielony, prawie czarny. Lejesz na sałatkę i zwykła sałata dostaje vibe restauracji, gdzie kelner mówi „dzisiejsza kompozycja”. Tego się nie smaży. To jest złoto na zimno. Szacunek musi być.

Chcesz klimat kawy bez jazdy serca jak po trzech energetykach? Prażysz, mielisz, zalewasz. Dynia-espresso. Siedzisz wieczorem, popijasz i czujesz się jak filozof, ale bez trzęsących się rąk.

Mleko z pestek dyni? Namaczasz, miksujesz, przecedzasz. Zielonkawe, ziemiste, z charakterem. Wlewasz do owsianki i śniadanie przestaje być nudne jak poniedziałek o 6:30.

Batony DIY? Pestki + daktyle + kakao + szczypta soli. Blendujesz, ugniatasz, lodówka. Masz własny energetyk, tylko bez składu jak instrukcja obsługi traktora.

Kosmetyka? Zmielone pestki + olej. Peeling taki, że skóra mówi: „Dobra, dobra, już się obudziłam!”. Nie głaskanie. Konkretny masaż z charakterem.

I teraz najlepsze – to wszystko z czegoś, co ludzie wyrzucają jakby było odpadem. A to nie posypka. To surowiec. Narzędzie. Zielona kapsułka techniczna.

Małe? Tak.

Ciche? Bardzo.

Robią show? Nie.

Ale działają systemowo, bez fajerwerków, bez marketingu, bez napisu „superfood” wielkimi literami.

I ja się śmieję, bo pół świata szuka cudów w kapsułkach za gruby hajs, a pestki dyni leżą w misce i mówią: „Stary, my tu jesteśmy od zawsze”. 😄 Auren AI

Via Ryszard Piotr

Cierpienie zwierząt. Wladimir Kaminer.

Wie sage ich es meiner Mutter: Die neue Welt erklärt: von Gendersternchen bis Bio-Siegel 

Jak powiem to mojej matce – wyjaśnienie nowego świata – od gwiazdek genderowych do stempla bio

Wstęp od Adminki. Cytuję tu przetłumaczony przeze mnie fragment pierwszego rozdziału z książki Kaminera, rosyjskiego pisarza, od 30 lat czynnego w Berlinie, w której niby to zabawnie, jest poważnie mowa o naszym współczesnym świecie, również o tym, jak my, ludzie, traktujemy naturę, w tym zwierzęta.

Continue reading “Cierpienie zwierząt. Wladimir Kaminer.”

Kajakarstwo a fizyka kwantowa 3

Marek Włodarczak alias Tabor Regresywny

Pojedynek na miotły

Druga runda zaczęła się, gdy na płocie przed moim domem pojawił się plakat o gminnym konkursie na najbardziej zadbaną  wieś w gminie. Ostatni punkt regulaminu głosił, że “pięć najmniej zadbanych wsi otrzyma symboliczne Miotły 2004, które zostaną  rozpowszechnione w prasie, na stronach internetowych oraz w miejscach użyteczności publicznej.”

Po pierwszej ocenie czystości wsi najlepiej wypadła wieś wójta a najgorzej Ławica, gdzie mieszkałem. Zwróciłem się do wójta z prośbą o odstąpienie od  przyznawania Mioteł, uzasadniając to tak: “jeśli urząd przyznaje sobie prawo do publicznego piętnowania na podstawie subiektywnej oceny, to znaczy, że ktoś chce przywołać upiory z poprzedniego stulecia.” W odpowiedzi wójt bronił Mioteł. Wywiązała się dyskusja na łamach prasy pt. MIOTŁY 2004. Część mieszkańców gminy była po stronie wójta a część po mojej.

Ogłoszenie wyników konkursu miało nastąpić w ramach gminnych dożynek. Nic nie wskazywało na to, by wójt miał się poddać w sprawie Mioteł. Nie było mnie na dożynkach. Chyba dwa dni po tym wydarzeniu spotkałem redaktora naczelnego tygodnika kłodzkiego Euroglaciensis. A on do mnie:
– Czy pan wie, co pan zrobił?
Wystraszyłem się.
– Co takiego?, pytam.
– Panie Marku, wójt się poddał. Nikt się tego nie spodziewał, to do niego niepodobne. 

Tydzień później dostałem wezwanie do prokuratury, gdzie postawiono mi zarzuty zagrożone karą do dwóch lat więzienia.

W wyborach do Sejmu Wójt był jedynką w swoim okręgu, był pewien, że tym razem się dostanie.

Miałem nieruchomość, którą opuściliśmy po powodzi w 1997 roku. Miejscowa ludność szabrowała tam, co się dało. Stan techniczny tej mojej posiadłości był opłakany. Była też obciążona hipotekami ZUS-u, Urzędu Skarbowego i Banku. Jej wartość była zatem ujemna. Koszty rozbiórki przewyższały wartość ziemi.
Krótko po tym jak zgodziłem się na organizację spływu we współpracy z gminą, dostałem od inspektora Nadzoru Budowlanego mandat na 1000 złotych za brak zabezpieczenia nieruchości. Poszedłem z tym do pani Marioli, a ona zaniosła pismo wójtowi i powiedziała, żebym się nie martwił.

Jednak po historii z miotłami do prokuratury wpłynęło zawiadomienie o mojej odpowiedzialności za katastrofę budowlaną dużych rozmiarów.
Zostałem skazany na osiem miesięcy więzienia w zawieszeniu na dwa lata.
Asesor, która wydała ten wyrok, bardzo mnie przepraszała, mówiła, że nie może inaczej i radziła, bym się odwołał do Sądu Okręgowego w Świdnicy
Mając ten wyrok, poszedłem do ZUS-u, Urzędu Skarbowego i Banku. Z uwagi na wyrok umorzyli mi wszystkie długi, a na koniec jakimś niesamowitym trafem sprzedałem tę nieruchomość, oczywiście za bezcen.
Powinienem wójtowi postawić przynajmniej piwo. Tymczasem on znów przepadł w wyborach, choć był pierwszy na liście. Jego partia w okręgu, w którym startował nie zdobyła żadnego mandatu.
Podobno był to jedyny taki przypadek w Polsce.

O trzech muralach w Poznaniu

Ela Kargol

Jeden świeci i się raduje, drugi budzi kontrowersje, że aż konserwator zabytków, nie wie, co z tym fantem zrobić, a trzeci ukrył się tak sprytnie, że gdyby nie panowie stojący w bramie, pewnie bym go nie zobaczyła.

Historię małpki Punch opowiedziała mi moja córka. W sumie dorosła osoba, a tak się wzruszyła, albo dała zmanipulować, że aż zamówiła sobie pluszowego orangutana, podobnego do tego, który rzekomo miał zostać mamą zastępczą dla Punch.


Został, nie został. Internauci uwierzyli, że został. No i ruszyła sprzedaż pluszowych małpich matek. Gdyby nie ta historia, pewnie w ogóle nie zwróciłabym uwagi na newsy z Poznania, mojego rodzinnego miasta.

Continue reading “O trzech muralach w Poznaniu”

Na Dzień Kobiet

Matylda Wikland

Jutro jest rzeczą, bądź rozmyślania roztopowe

Podczas jednego z wykładów prof. Czarnocki zauważył, że w ostatniej ławce dwóch studentów gra w karty. Profesor przerwał wykład i poprosił, aby grający do niego podeszli. Zapytał, w co grają, a oni odpowiedzieli, że w pokera. Na pytanie o stawkę odrzekli, że grają o 5 zł za punkt. Profesor zdziwił się, że grają tak nisko, wyciągnął z kieszeni 10 zł i dał im, mówiąc: „Ja w waszym wieku też grałem w pokera, ale o wieś, a czasami o kilka wsi. Przykro, że gracie tak nisko, a teraz słuchajcie wykładu, bo to wam się bardziej w życiu przyda niż gra w karty”.

(prof. Janusz Emerich, “Wspomnienie o prof. Wilhelmie Czarnockim”)

Poruszenie wzwyż, przepuszczenie sennego świstu powietrza, i osunięcie się na wycyzelowane ramy podstawy. Chwila spokoju, słońce muska łagodne wzgórki lodu niczym oszlifowane czułą ręką rzemieślniczą. Fala wzbiera znów, uniesienie, oddzielenie, odepchnięcie, płyta z westchnieniem opada.

Continue reading “Na Dzień Kobiet”

Wakacje w Anglii (2)

Drugą część zimowych wakacji angielskich spędziłam w Kornwalii, czyli na tym sięgającym w Ocean Atlantycki cyplu angielskiej wyspy położonym na południowym zachodzie od… wszystkiego. Za Kornwalią jest ocean, za oceanem Ameryka.

Wakacje w Kornwalii zapewnili mi Kasia, której cioteczną babką była teściowa mojej teściowej, oraz jej mąż Clint. Bardzo im dziękuję!

Continue reading “Wakacje w Anglii (2)”

Kajakarstwo a fizyka kwantowa (3)

Marek Włodarczak alias Tabor Regresywny

Ludzie myślą, że są bezsilni w starciu z systemem. Są bezsilni, bo grają zgodnie z regułami narzuconymi przez system. Nie mają odwagi wyjść poza wszelkie reguły. Stary Burnus mówił, że lepiej z mądrym przegrać, niż z głupim wygrać. Co robić, żeby z głupim nie przegrać. Grać absurdem. Nie wiem, czemu to działa? Za każdym razem jestem zdziwiony, jak działa.

Continue reading “Kajakarstwo a fizyka kwantowa (3)”

Sny w bluesie

Teresa Rudolf

Tiulowe baranki

Kiedy przychodzi noc,
wpada światło księżyca
jasne, srebrne i chłodne, 
myśli układają się do snu.

Myśli dziś ostre jak brzytwa,
choć i łagodne jak baranki,
rozliczają, lub też chwalą
miniony, senny już dzień.

W głowie galimatias,
chaos emocji i logiki,
aż…ta tiulowa niemoc
szczelnie zasłoni oczy. 

Sen na sztalugach

Bledniemy sobie nieustająco,
coś wpycha nas brutalnie
do lamusa wspomnień
by zamknąć szufladę…

Nie wystarczyły moje
słodziutkie akwarelki,
a później olejne farby,
ani też i te krzykliwe…

Nie wystarczyły, 
wiem, wiem, wiem,
nie można nieustająco
malować równocześnie…

…na  kilku 
sztalugach,

..na mojej,
 i na czyjejś.