Droga do Santiago. Leon

Ewa Maria Slaska, niedziela 23 września 2007 roku

Historia rodzinna przechowała taką opowieść: Dziadek, gdy ich 25 stycznia 1945 roku wygoniono na mróz z obozu w Stutthofie i pognano do Gdańska, i dalej, przyobiecał Przenajświętszej Panience pielgrzymkę do Częstochowy, jeśli ujdzie z życiem. Uszedł. Po powrocie do Warszawy, gdy sprawy się już nieco uładziły, Dziadek i Babcia wsiedli do pociągu i przechadzali się przez całą drogę po korytarzu.

Córka Dziadków, a moja Ciocia, wyjaśniła mi, że po wojnie, gdy okazało się, że tłumy ludzi przyobiecały Matce Boskiej Częstochowskiej pielgrzymkę i ani nikt na trasie, ani w samym mieście nie był w stanie poradzić sobie z masowym i niekontrolowanym napływem pielgrzymów, Episkopat wydał dyspensę dla wszystkich ślubujących, umożliwiającą odbycie pielgrzymki w pociągu.

Przypomniała mi się dziś ta historia, bo przez pierwsze cztery godziny poranka dowlokłam się z Reliegos do odległej o 6 kilometrów Mansilla de las Mulas, gdzie usiadłam na skraju drogi, płacząc z bólu. Tak mnie znalazła arabska rodzina, która zatrzymała się koło mnie, załadowała do samochodu (na tylne siedzenie koło dziecięcia), wcisnęła do garści mandarynkę wielkości mango i zawiozła do cudownie pięknego miasta Leon, oddalonego o 7 kilometrów. Zastanawiam się, jak mam ocenić fakt, że przejechałam kawałek drogi autem? Myślę, że przecież, gdyby to było średniowiecze i napatoczyłby się wóz z sianem albo osiołek, toż bym podjechała, nie czyniąc sobie zbytnich wyrzutów sumienia. Ale jakoś robal wątpliwości mnie gryzie. Mam nadzieję, że jakieś mądre instytucje wydały na taką okoliczność jakieś stosowne dyspensy.

Gdy wysiadałam z auta, Państwo Arabowie powiedzieli, tu jest schronisko, a tu pogotowie ratunkowe. Potulnie pokiwałam głową, zostawiłam bagaż w schronisku i powlokłam się do szpitala.

urgenciaCzekałam 5 minut, nie zapłaciłam ani grosza, przyszła wspaniała młoda lekarka, obejrzała nogę, prześwietliła i oznajmiła, że… za szybko chodzę! Odparłam, że wcale nie chodzę szybko, tylko człapię, ale mądra pani uśmiechnęła się i orzekła, że no tak, teraz, ale przedtem chodziło się stanowczo za szybko. Noga nad cholewką buta nie wytrzymuje takiego tempa. Pokiwała głową, pogłaskała mnie po ręce i wystawiła kwitek, uprawniający do noclegu w jednym i tym samym schronisku przez następnych 48 godzin. Bo bez kwitka nie wolno w schroniskach pozostawać dłużej niż jedną noc. Przyszła pielęgniarka, nałożyła mi kompres i obwinęła go bandażem. Teraz już na poważnie wyglądam jak inwalidka. Muszę też na poważnie zacząć myśleć jak inwalidka. Do Santiago zostało ponad 300 kilometrów. Coś muszę zrobić. Sama silna wolna nie wystarczy.

Leon jest pięknym miastem, moi Państwo Arabowie wysadzili mnie jednak w jego najnowocześniejszej i chyba najbrzydszej części. Chwała niech im będzie, że o nic nie pytali, wiedzieli dokąd mnie zawieźć i dostarczyli wprawdzie do najbrzydzszego schroniska na trasie (szara betonowa konstrukcja, długie korytarze, szare drzwi – skrzyżowanie urzędu i poprawczaka, funkcjonalna sterylność bez fidrygałków), ale też takiego, które o kilka kroków oddalone było od szpitala. Na pewno wiedzieli, co robią i na pewno było to słuszne, a że estetyka na tym nieco ucierpiała… Zresztą – w sterylnym schronisku są sterylne łazienki i pokoje ośmiosobowe.

Oczywiście ani przez chwilę nie zamierzam zastosować się do surowego nakazu, że teraz na 48 godzin mam się położyć do łóżka. Będę się po prostu oszczędzała. Zaczynam oszczędności od powolnej wędrówki-kuśtykania do centrum miasta.

Katedra Najśwętszej Matki Panny w Leon jest tak piękna, że dech zatyka.

Przede wszystkim cudowne są okna, trzy rozety pełne kwietnych witraży. Plaza Mayor jest, jak wszędzie w Hiszpanii, zadbany jak wysprzątana sala balowa w arystokratycznym pałacu. Błyszczące wypolerowane marmury posadzki, naokoło domy z podcieniami i balkonami. Nigdzie ani papierka, ani świeczki, ani ogarka.  Jest niedziela. Po placu przechadzają się elegancko ubrane hiszpańskie rodziny. Stare miasto wokół Plaza Mayor jest mieszaniną slumsów i ślicznej egzotyki. Podniszczone domy z balkonami, wąskie ulice, brudno, modne lokale, kawiarnie, bary, dyskoteki…

Leon to rzymskie miasto założone  za czasów cezara Galby przez VII Legion Gemini (i tak się też wtedy nazywało Legio – Legion). Zachowały się fragmenty rzymskich murów.

Wielkie wrażenie robi na mnie romański kościół św. Izydora z relikwiam świętego i grobami 24 królów, królowych i książąt. Wysłuchuję mszy w dziwnej kolejności. Od podniesienia w kościele św. Anny, a potem do podniesienia – u św. Izydora. Ale nie mam siły wtrwać do końca. Dostałam od miłej pani doktor środek przeciwbólowy, który mnie po prostu zwalił z nóg. Muszę wracać do schroniska i natychmiast położyć się do łóżka. Spać!

Oglądam jeszcze dom Gaudiego, wcale nie taki szalony, prawie zwykły, neośredniowieczny. Przed domem rzeźba przedstawiająca artystę na ławeczce, w domu zaś wystawa malarstwa flamandzkiego.

Lucy, która od dłuższego czasu idzie w towarzystwie dwóch Szkotów z kolorowymi irokezami i gitarą, przenosi się do mnie. Twierdzi, że nie chce być sama jedna chica w towarzystwie siedmiu chicos.

Schronisko ma przedziwną kuchnię. Na samym końcu korytarza pomieszczenie bez wody i zlewu! Nie ma też żadnych naczyń. Są tylko lodówki i mikrofalówka. I nie wiadomo skąd pół tabliczki czekolady. Ale jakoś w tych niezwykłych warunkach udaje mi się najpierw sprokurować jakiś obiad, a potem herbatę. Do wieczora żywię się już tylko tą zdobyczną czekoladą.

Schronisko ma też swój zieleniec, z którego jednak w ogóle nie korzystają pielgrzymi. Jestem jedyną pielgrzymką, która tu siedzi i coś robi, czyta, pisze. Ogród służy natomiast młodym mieszkańcom okolicznych domów do odprawiania rytuału godowego. Przy drewnianym stole siedzą młode Hiszpanki, za płotem na ulicy zbierają się miejscowe chłopaki. Toczy się skomplikowany flirt, a między oboma grupkami biegają dzieci. Wszyscy rzucają śmieci – stół, ulica, trawnik toną w odpadkach. Gdy jedna grupa dziewcząt odchodzi, przychodzi następna, a w międzyczasie dzieci sypią naokoło podarte papierki, jakby to była polska procesja Bożego Ciała, gdzie papierek zastępuje kwiatek. Albo miejscowy rytuał witania jesieni.

Polski Listopad

Wczoraj pod hasłem Wolna i Niepodległa odbył się w Berlinie koncert zorganizowany przez Konwent Organizacji Polonijnych w Niemczech. Głównym gościem koncertu był znakomity polski zespół rockowy Budka Suflera, który po 40 latach śpiewania i grania żegna się w tym roku z publicznością w kraju i za granicą. Z Budką przyjechała wypromowana ongiś przez zespół, dziś całkowicie samodzielna gwiazda – Izabela Trojanowska oraz “zapomniany głos” BS – Felicjan Andrzejczak.

W pierwszej części koncertu, rocznicowej i patriotycznej, wystąpiły berlińskie zespoły Bloody Kischka Wojciecha Zawadzkiego i Crazy Vibes Iwony Cudak. Jak już wiele razy w ostatnim czasie z Polski przyjechał do Berlina Piotr Kajetan Matczuk z zespołem Piramidy,  a z nimi gościnnie wystąpiła też Eliza Banasik, również już dobrze znana w Berlinie. Muzykom towarzyszył chór młodzieży z europejskiej szkoły w Berlinie: Robert-Jung-Oberschule prowadzony przez Mariusza Łagodzińskiego.

Imprezę rozpoczął nasz berliński poeta patriotycznym wierszem o tym, jak zaczęła się Polska.

Roman Brodowski

Rozmowy z wnukiem – Monolog
(Wolność przybyła pospiesznym z Berlina)

…Pytasz mnie jak zaczęła się Nasza Polska ?

Było to dziesiątego Listopada 1918 roku
W pochmurny i chłodny niedzielny poranek
Staliśmy na dworcu obok siebie, w milczeniu,
Ramię przy ramieniu, jak dwoje bliskich przyjaciół
Czekających na zbliżający się koniec beznadziei.

Wujek Antek w rosyjskim podartym, szynelu
Ja w pruskim, pachnącym ziemią mundurze.
Nieopodal nas stały młode sanitariuszki.
Widać, że przyjechały z dalekiego frontu
Ubrane w galicyjskie uniformy, dzieliły się chlebem

Być może kiedyś siedzieliśmy w okopach
Naprzeciwko siebie, we wrogich sobie armiach
Modląc się w tym samym, polskim języku,
O szczęśliwy powrót do rodzinnych domów.
Tak, mój wnuku, w tym samym polskim jezyku.

Mój Boże, jak wiele nas wówczas dzieliło

Na peron wjechał pociąg pospieszny z Berlina.
Niemiecki, a na lokomotywie Biało-Czerwona.
Pamiętam godzinę. Była siódma trzydzieści pięć.
Na peronie przebywało niewiele jeszcze ludzi.
Pierwsi podróżni, żołnierze wracający do domu.

Do jednego z wagonów podeszło kilka osób.
Czekali cierpliwie na odgłos otwierająch się drzwi.
Twarze niektórych z nich były mi znane.
W środku stał Książe Zdzisław Lubomirski
Obok por. Adam Koc komendant P.O.W.-u.

Nagle drzwi zajęczały, odsłaniając tajemnię wagonu.
Na schodkach ukazał się pułkownik Sosnkowski
Po nim, zmęczony, w rozpiętym, szarym płaszczu
W maciejówce z orłem strzeleckim, na głowie
Wyszedł gwarant naszej wolności – Brygadier J. Piłsudski.

Na peronie zapanował cisza, mój wnuku. A potem?

Potem na naszych twarzach ukazały się słone krople rosy.
Ktoś zaintonował „Nie rzucim ziemi skąd nasz ród”,
Inni wspomogli go wydając dźwięki podobne do śpiewu.
Słowa odbijajały się o mury dworca, donośnym echem
Wypełniając przestrzeń najwyższym be-mol patriotyzmu

Twórca Legionów rozejrzawszy się dookoła, wyszeptał
– nie rzuciliśmy rodacy, nie rzuciliśmy! –
Po czym odwróciwszy, powoli, w towarzystwie przybyłych, oddalił się
A my staliśmy wpatrzeni w znikający symbol odrodzenia

Tak, nasza wolność przybyła pociągiem pospiesznym z Berlina…

Berlin, 4 listopada 2012

Rozbrajanie Niemców w Warszawie – 10 listopada 1918 r. Fot. CAW  

Portal ściąga.pl podaje, inaczej niż w wierszu, ale też inaczej niż widzą to historycy, że Piłsudskiego na dworcu witały rozentuzjazmowane tłumy. Tak nie było. Marszałek przyjechał i udał się na narady. W dzień później, 11 listopada 1918, Rada Regencyjna przekazała Józefowi Piłsudskiemu władzę nad podległym jej wojskiem. Tak powstała Polska. Był to jednocześnie dzień bezwarunkowej kapitulacji Niemiec. Tak zakończyła się I wojna światowej. Jednak tzw. wojny Pigmejów, jak to powiedział Churchill, trwały na całym świecie jeszcze do roku 1922. Wojna polsko-bolszewicka, zakończona wielkim zwycięstwem Piłsudskiego, też jest uważana za część Wielkiej Wojny.

***
Poeta o bladym świcie napisał jeszcze jeden wiersz patriotyczny, wysłał go do mnie i poszedł spać:

Polski Listopad

Kolejny miesiąc gdzieś odchodzi
Nowy przypływa w nieboskłonie
Niosąc ze sobą czas nostalgi
I kilka wspomnień…, właśnie o Niej.

O tej, co kiedyś Jej nie było
Przez sto dwadzieścia trzy wiosenki.
O tej co nigdy nie zdradziła
Mimo poniżeń, zbrodni , męki.

Trzeba nam o tym przypominać,
By nigdy nie zapomnieć tego
Co w naszym kraju się zdarzyło,
Ileż w Ojczyźnie było złego.

To w Listopadzie Król Stanisław
Który narodem polskim rządził
Królestwo oddał wschodniej pani
Ileż tym aktem szkód wyrządzł.

To w listopadzie w noc pochmurną
By świat usłyszał słowo Polska.
Powstanie wszczęli chorążowie
Polscy Patrioci, szlachta, wojska.

To w Listopadzie o poranku
Promyk zaświecił niby gwiazda
Przynosząc wolność, niepodległość
Polskiego, piastowskiego gniazda.

Polski listopad, polski miesiąc
Jest w nim i radość i dramaty
Więc pamiętajmy o tym zawsze

Tam jest historia…, gdzie są daty

Berlin 06 listopada 2014, godz. 4³°

Maria Rodziewiczówna

Dariusz Morsztyn (Biegnący Wilk)

jest jednym z inicjatorów zorganizowania uroczystości poświęconej 150 rocznicy urodzin i 70 rocznicy śmierci Marii Rodziewiczówny.

page2O Dariuszu i jego niezwykłych inicjatywach już tu pisałam.

ogloszenieRodziewiczownaUroczystości odbędę się w miejscowości Żelazna koło Skierniewic, gdzie 6 listopada 1944 roku, po wyjściu z Powstania Warszawskiego, w nieistniejącej już leśniczówce Leonów, zmarła pisarka Maria Rodziewiczówna. Będą to jedyne polskie obchody poświęcone pisarce w tym roku. W Republice Ściborskiej stale jest czynna duża wystawa poświęcona Marii Rodziewiczównie, budujemy tu też jej muzeum, które będzie repliką chaty leśnych ludzi.

Maria Rodziewiczówna to wyjątkowa postać w polskiej historii i polskiej literaturze, niestety dzisiaj zapomniana… Bohaterska uczestniczka Powstania Warszawskiego, Strażniczka Kresowych Stanic – symbol przedwojennych kresów, autorka 44 powieści, a wśród nich Lata Leśnych Ludzi, najbardziej harcerskiej i ekologicznej polskiej książki (choć słowa takie w niej nawet nie padają…). To od tej powieści powstał w polskim harcerstwie ruch puszczański i zaczęło się rodzić myślenie ekologiczne.
Maria Rodziewiczówna to niezwykły symbol pracowitości, patriotyzmu, chrześcijaństwa, jedyna pisarka, która swoje słowa wprawiła w czyn.

W ramach uroczystości zapraszam też na prezentację podsumowującą moje dotychczasowe badania poświęcone pisarce oraz powstaniu książki Lato Leśnych Ludzi.  W Żelaznej pokażę część zbiorów  muzealnych związanych z Marią Rodziewiczówną.

Jeszcze Zaduszki

Karolina Kuszyk

Wszystkich nieświętych

Zamykam oczy i znów widzę tamten sen. Mama i tata, młodzi, w kraciastych koszulach, na odkrytej platformie pociągu towarowego, plecami do mnie, zajęci sobą. Śmieją się. Ja leżę za nimi, nieruchawy bobas w śpioszkach, na wznak.

A potem nagle dostaję nóżek. Tak się czasem u nas mówiło, gdy coś zniknęło i nie leżało tam, gdzie powinno. Co, nóżek dostało? I dzięki tym nowym, ruchliwym nóżkom zsuwam się z platformy i ruszam na rekonesans. Dworzec jest niebotycznie wysoki, jak katedra, a na samej górze siedzą szare gołębie i zlewają się z szarościami sklepienia. Podobno urodziłam się w szpitalu na Jaworzyńskiej, ale ja w to nie wierzę. Urodziłam się na dworcu, który jest jednocześnie katedrą, nie mogło być inaczej, zważywszy moje upodobanie do częstych podróży i nabożeństw. A potem raz-dwa dostałam nóżek. W rodzinnych opowieściach zaczęłam chodzić bardzo późno, za to podobno dużo i ładnie mówiłam. Znowu nieprawda, było dokładnie odwrotnie. Odkąd sięgam pamięcią, wolałam chodzić i milczeć zamiast siedzieć i mówić. To inni zmusili mnie do mówienia, i to zazwyczaj nie tego, co naprawdę chciałam powiedzieć. Naprawdę. Podobno każdy ma swoją prawdę. Babcia Zofia powiedziała kiedyś w okolicznościach, o których z całej siły nie chcę pamiętać, że jej prawdy nikt nie dostrzega. Ja wolę myśleć, że każdy ma swoją naprawdę, tak jest bezpieczniej.

W tamtym śnie biegam po dworcu i przyglądam się pociągom i lokomotywom, jakbym już wtedy wiedziała, że za paręnaście lat wyjadę, i że to w nich, pociągach, spędzać będę połowę życia. Ale gdy w końcu, syta wrażeń, chcę wrócić do rodziców, widzę z przerażeniem, że znikła platforma towarowa, na której siedzieli. Czyżby odjechali beze mnie? Podbiegam do stojącej w pobliżu wielkiej, starej parowej lokomotywy, jakie widywało się jeszcze w końcu latach siedemdziesiątych, wchodzę na stopień i otwieram ciężkie żeliwne drzwi. Chcę zobaczyć, czy w środku nie ma mamy i taty. Może się schowali dla żartu. Ciągnę, ciężko. Otwieram. W środku jest całkiem czarno.

W dzieciństwie budziłam się z tego snu wielokrotnie i zawsze w tej samej chwili. Otwieram drzwi, a w środku jest całkiem czarno. Nigdy potem, ani w snach, ani na jawie nie widziałam większej, bardziej czarnej, bardziej nasyconej i nieprzeniknionej czerni. To musi być ta sama czerń, w którą dwa lata temu weszła babcia Zofia. Od tamtego czasu wiem, że muszę coś zrobić z pamięcią, zanim niesyta czerń pochłonie pozostałych, a wreszcie i mnie. Nie wiem, czy ta lokomotywa jeszcze tam czasem przyjeżdża. Nawet jeśli tak jest, widzą ją pewnie tylko dzieci, specjalny gatunek staruszek i może jeszcze gołębie pod dworcowym sklepieniem, potomkowie tych niemieckich. I jeśli raz po raz wracam na ten dworzec i przekradam się na ostatni peron, oglądając się za siebie, jakby ktoś mnie śledził, to po to, żeby sprawdzić, czy nie stoi tam tamta lokomotywa. Bo jeśli rzeczywiście czasem tu przystaje, to chyba tylko tam, na ostatnim, gorszym peronie, na którym na pewno nie zatrzyma się żaden intercity.

Za dwa dni znów znajdę się na tym dworcu. 1 listopada, święto zmarłych. Na przykościelnej religii, bo religii uczono kiedyś przy kościele, przestrzegając starego dobrego podziału na sacrum i profanum, ksiądz często nas poprawiał, powtarzając do znudzenia, że nie powinno się mówić „święto zmarłych”, tylko „wszystkich świętych”. Jakby w słowach „święto zmarłych” już wtedy przeczuwał czające się za oceanem bezbożne, szatańskie halloweeen, święto duchów, czarownic i wampirów, które przypłynie do nas z Ameryki pod postacią fałszywie uśmiechniętej dyni. Halloween, któremu dwadzieścia lat później ten sam ksiądz wypowie z ambony świętą wojnę.

Nikomu z żyjących nie mówiłam, że przyjadę, bo to sprawa między moimi zmarłymi a mną. Całe miasto już z samego rana popędzi na cmentarz, zajmie się rytualnymi przechadzkami od grobu do grobu, zapalaniem zniczy, stawianiem na wyszorowanych pomnikach doniczek z chryzantemami, skrytym czekaniem na znaki od tych, których ciała leżą tam, pod spodem – a ja pójdę na ostatni peron i będę czekać, popijając z termosu mocną, specjalnie posłodzoną na tę okazję herbatę. Bo ci, którzy odeszli, należeli do gatunku, który słodził, czasem nawet po dwie łyżeczki.

A potem na peron wtoczy się samotna lokomotywa, zatrzyma się, posapując, i wysiądą z niej wszyscy moi zmarli. Wysiądzie babcia Zofia, najnieszczęśliwsza osoba na świecie, która jak nikt inny potrafiła wygrywać na poczuciu winy, wreszcie spokojna, bo będzie ze swoim mężem Władkiem. Za nią – garnitur, koszula, spodnie na kant, chmura wody kolońskiej – sam dziadek Władek, znany mi tylko z listów, dziadek, którego w czterdziestym piątym zabrali Sowieci. Przez chwilę zadźwięczy mi w uszach straszne słowo Workuta i przypomnę sobie to wyobrażenie z dzieciństwa: pewnego dnia załomotali w drzwi, weszli i po prostu włożyli dziadka Władka do wora-Workuty. Jak straszni panowie w ciemnych klatkach schodowych, przed którymi ostrzegała mnie w dzieciństwie babcia Zofia. Wysiądzie stara szurnięta Ada, która mieszkała na pięterku i pasjami lubiła szczać na najbardziej wystawionej na spojrzenia sąsiadów części ogrodu, budząc sensację na osiedlu domków jednorodzinnych i mój szczery podziw, bo kto nie lubi robić siku pod gołym niebem, w dodatku na własnym kawałku ziemi, a jak niewielu na to stać. Wysiądzie małomówny dziadek Antek, który potrafił wszystko naprawić, ale niczego załatwić w urzędzie, i którego kochały psy, dziadek Antek, z którym najlepiej na świecie oglądało się filmy o zwierzętach. I wyjdą, popiskując, popuszczając z przejęcia, pomiaukując i machając ogonami, wszystkie psy i koty, te własne i te spotkane gdzieś po drodze, te, które przyszły i zniknęły, albo przyszły i zostały do końca, jedyne stworzenia, od których nauczyłam się niekłamanej radości. Wysiądą ciała pochowane niedaleko naszego domu, i wreszcie się dowiem, kim były; jak to dobrze, że znam niemiecki. Wysiądą wszyscy Żydzi zamordowani pod Chełmnem, o których opowiada czasem babcia Róża, i wiem, że gdy i ona zniknie kiedyś w tej lokomotywie, skończy się dla mnie wiek złoty, a zacznie żelazny. Wysiądzie wujek Marian, co służył u generała Maczka i nie cierpiał Ukraińców, nie pomijając własnego szwagra, a za nim przysadzista prababka Paraskewia spod Sambora, ze srogim wzrokiem i gotowa na wszystko. Wysiądzie Aneta, koleżanka ze studiów, która powiesiła się na pasku od spodni z nieszczęśliwej miłości, a przecież wszystko na pewno by się ułożyło. Wysiądzie wujo Rysio z nieodłączną szklaną lufką, w której tkwić będzie własnoręcznie skręcony papieros, a za nim wyskoczy ławeczka, na której siadywał, żeby zakurzyć, bo nie potrafię wyobrazić sobie wuja Rysia bez ławeczki. Wysiądą, pogawędzą, rozprostują kości. Wyjaśnią sobie to i owo. Może pośmieją się z żywych. Moi wszyscy zmarli, moi wszyscy nieświęci, no, może za wyjątkiem dziadka Antka i tych czworonożnych.

A gdy znowu zaczną zbierać się w dalszą podróż, powiem im, żeby już się nie martwili. I że wiem, że nie mogli inaczej. I że zrobili wszystko najlepiej jak się dało. A oni pokiwają głowami i jeszcze chwilę ze mną posiedzą, na czym tam kto będzie miał. A gdy przyjdzie czas, wsiądą z powrotem do swojego pociągu. A ja dołączę do rodziny spacerującej po cmentarzu, ani słowem nie wspominając o naszym spotkaniu, a następnego dnia wsiądę w powrotny do Berlina. I na jakiś czas będę miała od nich wszystkich święty spokój.

Berlin, tuż przed świętem zmarłych 2014

Lusatia alias Vita 11

Tomasz Fetzki

reportaż poetyzujący

Wprawek w obróbce Tworzywa dla kandydata na literata ciąg dalszy, albowiem dalece nie wszystko co możebne, wycisnąć nam się udało z przedrostka trans-.

Zaczęliśmy w zeszły wtorek opowieść o zgorzeleckich poszukiwaczach transcendencji, dziś nadszedł czas, by ją zakończyć. Nie jest bowiem kompletna. To, że przed oblicze Absolutu przystępowali mieszkańcy Zhorjelca zarówno na sposób rzymski, jak i wittemberski, nie jest niczym nadzwyczajnym w tych stronach. Tak się działo na całych Łużycach, czego ślady już wiele razy na szlaku naszej wędrówki mieliśmy okazję podziwiać. A gorliwi byli ci mocarze ducha, można by rzec, na zabój! Do krwi ostatniej.

Pamięć zbiorowa poszczególnych regionów i małych ojczyzn naszego kraju przechowuje tradycje już to Powstania Styczniowego, już to Listopadowego czy Kościuszkowskiego. Łużyce, jak zresztą i inne krainy Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego, naznaczone są chyba najsilniej wspomnieniem Wojny Trzydziestoletniej, której efekty w pewnym sensie odczuwa się tutaj do dziś. Była to, mimo wyraźnej domieszki motywów politycznych czy gospodarczych, a więc silnie doczesnych, prawdziwa wojna duchowa. Gdy żołnierze Gustawa Adolfa szli do boju śpiewając psalmy, trawił ich płomień szczerej wiary i dawał im prawdziwą moc. A że potem co nieco złupili i poturbowali okolicznych włościan, o zabawie z ich żonami i córkami nie zapominając? Cóż, prawa wojny! Pewnie i Albrecht von Wallenstein, po każdej krwawej i okrutnej rozprawie z kacerzami, najszczerzej dziękował, klęcząc przed tabernakulum, za bożą pomoc i zwycięstwo. Aleć przecież i nasz Kmicic, Jędruś, już po swej duchowej przemianie, spokojnie odmawiał różaniec przy blasku płonących osad niemieckich, a gdy krzyki mordowanych zmyliły mu rachunek, tedy zaczynał od początku, aby duszy grzechem niedbalstwa w służbie bożej nie obciążyć. Tak było, tak jest i tak, niestety, będzie. Nic się nie zmieni, nie łudźcie się, dobrzy ludkowie. Lusatia alias Vita…

A tu jeszcze, poza prawowiernymi z dwóch obozów, podążali za transcendencją samotni harcownicy – jak choćby szewc Jakub – których obie strony, tak katolicy, jak i protestanci, jako heretyków piętnowali. Ale i to nie wszystko! Z domów i świątyń Zgorzelca płyną do Przedwiecznego modlitwy jeszcze na inny sposób i w innych językach składane, z innej wrażliwości zrodzone i inaczej próbujące dotknąć Transcendentnego.

Jeśli na Śląsku, Pomorzu, Mazurach czy na Ziemi Lubuskiej zobaczycie kopuły cerkwi, obojętnie – prawosławnej czy grekokatolickiej – możecie bez ryzyka błędu przyjąć, iż to efekt Akcji Wisła, a w świątyni modlą się Ukraińcy lub Łemkowie. (Oczywiście, Viator jest świadom faktu, że to rozróżnienie wzbudza kontrowersje. Wie, iż część Łemków uważa się za Ukraińców, inni za naród całkiem odrębny; nie chcąc wszakże urazić tych drugich, nazwy obu grup przywołuje.) Tak jest wszędzie na Ziemiach Odzyskanych. Ale nie w Zgorzelcu. Tutaj Ortodoksi ród swój zazwyczaj z Hellady wiodą.

SONY DSCCerkiew pod wezwaniem Świętych Równych Apostołom Konstantyna i Heleny. Ten prawosławno-barokowy sposób wyrażania się ma swój specyficzny urok, prawda?

Na zdjęciu widać wyraźnie, że świątynia i jej otoczenie są jakby z innej bajki. Bo też mamy do czynienia z prawdziwą transplantacją. Gdzie Łużyce, a gdzie Attyka! Gdzie Grek, a gdzie Polak czy Niemiec! O Hellenach, którzy w liczbie niemal 9 tysięcy nad Nysę przybyli, uciekając z ojczyzny po przegranej w 1949 roku wojnie domowej, słyszał chyba każdy. Większość już dawno wróciła do Grecji. Dzieci i wnuki tych, którzy zostali, modlą się w małej drewnianej cerkiewce. Tak przynajmniej myślał Viator, dopóki nie dane mu było kilka lat temu o sprawach tych porozmawiać z gospodarzem świątyni, proboszczem parafii prawosławnej w Zgorzelcu, księdzem Mikołajem Bonifatiukiem. To od niego usłyszał, że owszem, modlą się tu przede wszystkim potomkowie Greków, ale wielu z nich przybywa na nabożeństwa z niemieckiego brzegu Nysy. I w ogóle, że emigracja lat czterdziestych to drugi grecki przeszczep na Łużycach. O wcześniejszym, którego istnienia dotąd wcale nie był świadomy, usłyszał Viator pierwszy raz właśnie od ojca Mikołaja.

Trzy dekady przed grecką wojną domową w całej Europie toczyła się Wielka Wojna. Grecy, jak tylko umieli, starali się zachować równy dystans pomiędzy Ententą i Państwami Centralnymi. I w wyniku tego skomplikowanego kontredansu, w okolicznościach dość niezwykłych (o których w Wielkiej Sieci więcej przeczytać możecie), 6 tysięcy greckich żołnierzy, Korpus Delta, pozwoliło się wziąć do niewoli, a następnie jako goście rządu niemieckiego i samego Cesarza, przez kilka lat wygodnie oraz spokojnie w Görlitz sobie mieszkali. Zaś po wojnie nie wszyscy wrócili na Bałkany. Zostały greckie groby na görlitzkim cmentarzu. I zostali wnukowie oraz prawnukowi, którzy modlą się w cerkwi Konstantyna i Heleny. Kto spragniony więcej się na temat tej niezwykłej parafii dowiedzieć, niech co prędzej TUTAJ zagląda!

My zaś dalej w Tworzywie dłubiemy. Transakcja i transport. Bogactwo oraz pomyślność miast w całej Europie przez wiele wieków zależały od pracy i kunsztu rzemieślników, ale jeszcze bardziej od inicjatywy i przemyślności kupców. Tak to już jest, że zawsze najlepiej zarabia pośrednik. A jeśli przypomnimy raz jeszcze, że Zwjazk šěsćiměstow, czyli Związek Sześciu Miast dbał o to, żeby transakcje zawierano uczciwie, a transport towarów przebiegał bezpiecznie, łatwo zrozumieć, dlaczego Zhorjelc, gród tranzytu i pielgrzymów, zręcznych rzemieślników i bywałych w świecie kupców, właściwie skazany był na ekonomiczny sukces. Przy zgorzeleckiej Starówce nawet budziszyńska, choć imponująca, jawi się jako uboższa i mniej zaradna siostra. Co prawda przez kilka powojennych dziesięcioleci haniebnie ją zaniedbano, ale w ostatnich latach przeszła prawdziwą transformację: pieczołowicie odnowiona znów rozkwitła. I gdy tak się po niej włóczy Viator, czuje, jakby w jakimś transie trwał permanentnym! Popatrz zresztą sam, Czytelniku.

SONY DSC4 -5 GoerlitzBogato żyło się w Zhorjelcu, bogato się w nim spoczywało, gdy dusza translokacji w inne światy już doświadczyła. Ale w mieście Wielkiej Pielgrzymki nie sposób zapomnieć o sławetnej zgorzeleckiej gorliwości duchowej i wrażliwości na transcendencję! Nigdy nie brakło tutaj takich, którzy mieszczanom, biednym i bogatym (bogatym może nawet bardziej, bo przecież łatwiej wielbłądowi przejść przez ucho igielne…), prawdy wiary gotowi byli stawiać przed oczy wciąż i wszędzie, także na ulicach.

6 Dom BiblijnyDom Biblijny na zgorzeleckiej Starówce. Cała fasada gęsto pokryta scenami ze Starego i Nowego Testamentu. Tu akurat Grzech Pierworodny.

Czy zauważyłeś Czytelniku, że podczas naszej wizyty w Zhorjelcu kilkakrotnie przekraczaliśmy granicę państwową? Raczej nie, bo tego faktycznie się tutaj od paru lat nie czuje. Miasto jest transgraniczne, ale stanowi całość. Inną niż kiedyś, ale przez to może nawet ciekawszą. Kto wie?

Oj, poraniła historia Zgorzelec i całe Łużyce. Ale teraz przyszedł czas na to, żeby rany się zabliźniły. Najlepiej już na zawsze. No bo ile razy można tak kroić, szarpać, drzeć i przeorywać? Potrzebny nam kolejny cmentarz, taki jak ten zgorzelecki? Prawie trzy i pół tysiąca chłopców, którzy polegli w bitwie, której wspomnienie Viator niedawno przywołał, spoczywa właśnie tutaj. I może już wystarczy tego dobrego.

7 OrzelZazwyczaj patos budzi w Viatorze rozbawienie. Ale orzeł ze zgorzeleckiego cmentarza wojennego jakoś w ogóle nie nastraja do śmiechu. Przeciwnie.

Dużo czasu i uwagi poświęciliśmy miastu nad Nysą. Tak trzeba było, bo Zhorjelc to Łużyce w pigułce. Żeby jeszcze kilka kropelek wycisnąć z Tworzywa, dodajmy: tutaj specyfika i charakter tej krainy objawia się najbardziej transparentnie.

Zresztą, powoli zbliżamy się do kresu naszej podróży. Dwa-trzy tygodnie i ponownie zawitamy do Żar.
Ale przed nami jeszcze niejedno do zobaczenia.
Nie będziesz się nudził, Czytelniku!

W górę rzeki (4)

Zbigniew Milewicz

Paluchowie z ulicy Kościelnej

Według cioci Irki rodzina dziadka była bardziej zniemczona, niż babci. Jego przodkowie używali tytułu von Bleschtz (ale jak się pisało nie była pewna, wymawiało się Bleszcz) i nosili warkocze, co było symbolem szlacheckim. Była to jednak bardzo zbiedniała szlachta, która na domiar złego nie przywiązywała zbyt wielkiej wagi do pieniędzy, o nich się więc w tej rodzinie po prostu nie mówiło. Wielką namiętnością były tam natomiast karty, w które dziadek z braćmi potrafili grać całymi nocami. Ojciec dziadka, Franz, a może jego ojciec – tutaj również brak pewności – przywędrował na Górny Śląsk, jak już wcześniej pisałem, z Karkonoszy. Podobnie jak ojciec mojej babci był sierotą. Obydwoje rodzice zginęli tragicznie i pozostawili po sobie liczne potomstwo, którym zaopiekowali się później różni krewni.

Franz miał już wtedy kilkanaście lat, dostał się pod kuratelę krewniaka, który nosił nazwisko Paluch i który prawdopodobnie był bezdzietny. Usynowił chłopaka, później pewnie posłał do szkoły, albo znalazł mu jakąś pracę, z czasem młody człowiek założył rodzinę, przyszło na świat potomstwo. Jego wybranką była Franziska Brygida z d. Schnurawa. Mój dziadek urodził się jako drugi z kolei, po Georgu, 24 sierpnia 1895 r. Dano mu wyszukane imię Severin, ale od urodzenia i tak wszyscy na niego mówili Erwin. Później przyszli na świat jeszcze Max, Wilhelm, Franz, Joseph, Felix… Imion wszystkich dzieci ciocia nie pamiętała, ale mieli ich razem jedenaścioro albo dwanaścioro, najmłodsza była Marysia, jedyna dziewczynka w tej chmarze chłopaków. Paluchowie mieszkali przy Kirchstrasse, w Königshütte, czyli w późniejszym Chorzowie na późniejszej ulicy Kościelnej. W niedzielę do kościoła nie chodzili jednak razem, nie starczało dla wszystkich niedzielnych butów. Na jedną mszę szli więc starsi chłopcy, na drugą młodsi, podobnie było z zabawą na dworze w chłodniejsze pory roku, ktoś musiał zostać w domu, żeby inny mógł dokazywać, bo latem i tak wszyscy biegali boso. Ubrania młodsi nosili po starszych – zacerowane, połatane, ale zawsze czyste, o to babcia Franciszka mocno dbała.

Nie wiem, jak było z edukacją u potomstwa Paluchów, ale przypuszczam, że u większości dzieci skończyła się ona na obowiązkowych kilku klasach szkoły elementarnej, żeby jak najszybciej mogły nauczyć się jakiegoś praktycznego zawodu i pomogły ojcu w utrzymaniu rodziny. Georg poszedł do pracy na kolei, mój dziadek – podobnie, jak jego ojciec na dół, na kopalnię. Było biedniej, niż u Hamplów, ale tak żył wtedy przemysłowy proletariat w całej Europie. Skutkiem ekonomicznego kryzysu i niedożywienia w proletariackich rodzinach była m.in. wysoka śmiertelność, dziesiątkowały je choroby. Wiele dzieci umierało wkrótce po urodzeniu lub we wczesnym okresie życia, los ten nie oszczędził także Paluchów, chociaż dziadek mówił, że nie pamięta, aby w domu głodowali. Byt w rodzinie poprawił się, kiedy dwaj najstarsi chłopcy już zaczęli przynosić do domu wypłaty, ale mięso na obiad nadal było tylko w niedzielę. Dziadek wspominał, że z talerza wyjadało się najpierw ziemniaki i kapustę, a ten mały kąsek z wieprzka albo kury, który każdy dostawał, był na koniec, żeby go można było najdłużej zapamiętać i się nim nacieszyć.

Kiedy wybuchła Wielka Wojna czyli I wojna światowa, Erwin poszedł z poboru do pruskiej armii. W 1915 r. dostał przydział do artylerii przeciwpancernej, służył przy moździerzach. Walczył na Bałkanach, w bitwach pod Belgradem i Salonikami, w Karpatach oraz we Francji pod Verdun. W 1917 r. wrócił szczęśliwie z frontu do domu, via szpital polowy, z powodu dyfterytu i postrzału w nogi. W miarę tanio udało mu się więc wykupić z wojennej machiny zniszczenia.

dziadek, pierwsza wojna 015Dziadek walczył w Armii Pruskiej, ale od roku 1925 miał polską książeczkę wojskową.

dziadek, pierwsza wojna 013

Nie wiem, czy wrócił wtedy do pracy w kopalni, czy też przyjął się już do Zakładów Azotowych, z czegoś musiał żyć. Nie należał zaś do typów, którym trzeba było stawiać piwo za to, że walczyli na wojnie. Kiedy się skończyła i Polska po wieloletnim okresie zaborów stała się znowu niepodległa, stanął po stronie orędowników polskiego Śląska i jego powrotu do macierzy. Nie miał w związku z tym lekkiego życia w rodzinie.

dziadek, pierwsza wojna 006Ojciec czuł się śląskim Niemcem, starszy Jorg tak samo, inni bracia z nimi trzymali, tylko Józek popierał Erwina. Brat Francek nie mieszał się do ich sporów, denerwowały go te wieczne polsko-niemieckie kłótnie na Śląsku i pewnego dnia wyemigrował do Francji, do górniczego okręgu Pas de Calais, jak tysiące innych Ślązaków. Tam znalazł pracę, założył rodzinę i pozostał na zawsze, ale tęsknił za rodzicami, rodzeństwem, miejscem, które opuścił. Długie lata wymieniali listy, ale później jakoś się urwało.

Jak pisze historyk Danuta Sieradzka, specjalizująca się w dziejach Górnego Śląska w XIX i XX w.*, życie polskie w Królewskiej Hucie, do czasu plebiscytu i zakończenia III Powstania Śląskiego, skupiało się w różnych organizacjach. „Do aktywnych stowarzyszeń w mieście należały: Spółka Spożywców Poczciwych Wiarusów, założona w 1871 r. (twórcą był Juliusz Szaflik), Towarzystwo Robotników, zwane też Związkiem Górników i Hutników (1881 r.), Związek Wzajemnej Pomocy (1887 r.) czy Kasyno Polsko-Katolickie, utworzone w 1889 r. przez Pawła Dubiela. Szczególny charakter miały zespoły śpiewacze (chóry); w mieście panował dobry klimat dla tego typu działalności, choć były one często prześladowane przez władze pruskie. Najwcześniej powstał chór męski „Silesia“ (1895 r.), następnie „Lutnia“ (1907 r.), „Echo“ (1919 r.) czy „Cecylia“. Wspólnym śpiewaniem przypominano, że w Królewskiej Hucie i innych miastach mieszka ludność polska, która nie zapomniała języka i pieśni przodków. Inną pamiętną dla Polaków organizacją było Towarzystwo Gimnastyczne „Sokół“, założone 25 listopada 1901 r. Jego członkowie śpiewali polskie pieśni, prowadzono dyskusje w języku polskim, wygłaszano prelekcje na temat historii i literatury polskiej, urządzano wycieczki poza granice państwa niemieckiego. Zebrania odbywały się w różnych miejscach, albowiem stowarzyszenie znajdowało się pod czujnym okiem policji.

Towarzystwo Śpiewacze “Lutnia” z Królewskiej Huty pod dyrekcją Józefa Budzyńskiego. Pamiątka z udziału w Zlocie Sokołów w Oświęcimiu (1908)

Babcia Jadzia śpiewała w „Lutni“, dziadek Erwin był w „Sokole“, a że czasami grupy występowały razem, więc któregoś dnia wpadli sobie w ucho i oko. Inna opowieść rodzinna mówi, że to nie przy śpiewaniu się poznali, tylko na deskach amatorskiego teatru, gdzie grali razem w jakiejś sztuce, tak czy owak odbyło się to kulturalnie. Niemcy mieli swoje stowarzyszenia, a że czasami próby, albo występy jednych i drugich odbywały się w sąsiedztwie, dochodziło później do wzajemnych przepychanek, a nawet burd ulicznych, z użyciem pałek i kamieni. Za tymi awanturami stali policyjni prowokatorzy. Babcia moja z lubością wspominała pewien występ śpiewaczo-teatralny na jednej z chorzowskich scen, Impreza odbywała się legalnie, za zezwoleniem władz miejskich. Na zmianę prezentowano utwory w języku niemieckim i polskim, wszystkie politycznie grzeczne, nie było żadnej propagandy, tak, jak sobie życzyła góra. Publiczność na sali stanowili Polacy i Niemcy, w pierwszym rzędzie siedział burmistrz, obok oberpolicmajster i bardzo im się spektakl podobał. Aż do momentu, kiedy na zakończenie cały zespół uroczyście odśpiewał „Rotę“: Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród… Oczywiście wybuchł skandal, cenzor po występie bezradnie rozłożył ręce, nie było tego w programie.

Mimo narodowościowych pyskówek i kuksańców, których sobie bracia wzajemnie nie szczędzili, Paluchowie z ulicy Kościelnej byli kochającą się rodziną. Zilustruję to pewnym zdarzeniem familijnym. Jest czerwiec 1921 roku, moi dziadkowie są od kilku miesięcy szczęśliwym małżeństwem, na dniach urodzi się moja mama Nina, a młody Erwin szykuje się, by iść na powstanie, na trzecie. W sieni domu – ale nie wiem którego, przy Katowickiej, gdzie wtedy mieszkał z żona, czy u swojego ojca, przy Kościelnej – spotyka swojego starszego brata Jorga. Tamten już nie pracował na kolei, był w mundurze Grenzschutz i właśnie wracał ze służby. Kaj to idziesz Erwin? – zapytał. Na powstanie, z wami sie bić – odparł dziadek. A czym to bydziesz strzeloł? Powstaniec pokazał mu jakiś małokalibrowy pistolet, brat roześmiał się, stwierdził, że tym to psińco zrobi. Po czym rozpiął kaburę i dał mu swojego slużbowego gnata i jeszcze jeden dodatkowy magazynek.
– To jest lepsze – dodał.
Po czym obydwaj uścisnęli się serdecznie, ucałowali po bratersku. Grüss Gott, Erwin! Z Panem Bogiem, Jorg! Znałem tę historię jeszcze z dzieciństwa, ale kiedy spisywałem ją przed osiemnastu laty, ciocia Irka skomentowała zdarzenie mniej więcej tak: zawsze Bóg im w życiu towarzyszył, zostali w domu konsekwentnie wychowani w katolickim duchu i myślę, że właśnie dlatego jeden wobec drugiego zachował się tak pięknie, po ludzku.

* Królewska Huta, Chorzów w latach 1868 – 1945, Szkice do portretu miasta.

Przyjdzie na pewno

Wiersze o śmierci i umarłych

W ciągu prawie dwóch lat istnienia tego blogu pojawiło się tu sporo wierszy o śmierci. Oczywiście – groby i śmierć to tematy, które bardzo mnie interesują, ale przede wszystkim to sami poeci nigdy daleko nie odchodzą od tego tematu. Przejrzałam blog pod tym kątem i wybrałam kilka najbardziej przejmujących wierszy o śmierci.

Krzysztof Paczuski
Nad ranem. Kołysanka

Nie bój się miła, śmierć przyjdzie na pewno,
by opiekuńczym otoczyć ramieniem
wszystkie złe myśli: śmiech, płacz i znużenie
i świt złowrogi, i żelazną ciemność.

Nie bój się. Mówisz, że dni wolno biegną,
że czas bezczasem upił się i drzemie.
Z drzew już wyczesał wiatru mokry grzebień
Ostatnie liście. Śmierć przyjdzie na pewno.

Śpij, miła, we śnie upadną reżimy,
a wolność rosą zabłyśnie na łąkach.
Z banicji wrócą zapomniane rymy,
by zdradę z kłamstwem postawić do kąta.

Tymczasem uśnij. Śmierć przyjdzie tej zimy.
Spójrz, oto ona z ganku biała stąpa.

Po Krzysztofa śmierć już przyszła. Umarł 10 lat temu. Oczywiście Stary Poeta Katarzyny Krenz też już stoi na krawędzi śmierci, ale jeszcze nie umarł, jeszcze patrzy na życie i ocenia, kto oszuka, a komu pomóc. Odszedł natomiast Ezekiel w ósmym wierszu z cyklu Raport z wizyty w zakładzie dla starców i niewidomych dzieci.

Katarzyna Krenz
Ezequiel, brat Snu

W głębi korytarza nareszcie po dniach
cierpienia zapadła cisza – to nasz brat
odszedł tej nocy do Pana. Requiescat in pace.

Przyczyna zgonu: serce. Nie pękło
z porywu żalu czy rozpaczy – zgasło
od podmuchu wieczornego wiatru.
Ramus Interventricularis Paraconalis
odmówił dalszej służby. R.I.P. Właściwości
izometryczne życia i snu wiecznego
ograniczyły pierwsze, by drugie
stało się faktem dokonanym, Amen.

Łagodny uśmiech na twarzy Ezequiela
wyraża zrozumienie: tak, czekał na
życie po życiu, każdy z nas czeka,
nawet jeśli o tym nie pamięta. Słyszał też,
że łąki w raju nie są tak kolorowe
jak te nasze w Alentejo. Nie szkodzi,
on przyjmuje to z pokorą i wybacza.
Raj nie musi być piękny, żeby być rajem.

Szelest płótna zgniata ciszę jak papier i
zapach lizolu dociera aż tutaj z końca
korytarza, gdzie przez pół wieku mieszkał
nasz brat. Opuszczoną celę trzeba będzie
wywietrzyć i pobielić. W sieni czeka już
młody nowicjusz, Dómine, exáudi
oratiónem meam. Mimo wszystko śmierć
ma swoje dobre strony: wyzwala od bólu,

który każe krzyczeć długo i przeciągle.
Clamor meus ad te véniat, Dómine.

Magdalena Parys

jeszcze parę słów o zosi

poetki cierpią inaczej
i inaczej się je kocha
katastrofy sypią się im na głowy,
a one piją alkohole
i palą cienkie cygarteki-śmieszki,
umierają młodo
albo rodzą dużo dzieci
i wtedy nikt się nie dowie
że ta zocha spod czwórki,
co ma męża pijaka
pisała kiedyś wiersze
zresztą kogo to obchodzi
bo to nie ma wcale być o zosi.
te co nie umarły i nie rodzą
mają kocie głosy i maniery
chce im się ciągle pić
i rwą włosy jak papier.

***
10 listopada 2013 roku obchodziliśmy 75 rocznicę pogromu ludności żydowskiej zwanego Nocą Kryształową. Dlatego opublikowałam na blogu słynną piosenkę Dona Dona, o cielaczku, który nie mógł być jaskółką. Podobnie jak Dance me to the end of love i Fuga śmierci Paula Celana również i ta piosenka była lamentem na śmierć milionów ofiar Shoah. Cielaczek, który nie ma skrzydeł i nie może cieszyć się wolnością jak jaskółka, to symbol żydowskiego losu. Piosenka powstała w czasie wojny, śpiewano ją w musicalu Esterka, jej autorem był Aaron Zeitlin, muzykę skomponował Shalom Secunda. Dona Dona to inwokacja do Boga. We wpisie opublikowałam tekst tej piosenki po żydowsku, hebrajsku, niemiecku i angielsku. Dziś polski tekst. Piosenkę śpiewała (między innymi) Edyta Geppert:

Jedzie Mojszele furką Mojszele
Dzisiaj w mieście jest wielki targ
Wietrzyk w górze gra
Dróżka w dole gna
Do cielaczka on mówi tak
Biednym figa z makiem
A bogatym świat
Kto ci kazał być cielakiem
Teraz marsz na targ

Dona Dona…

Mądry Mojszele
Sprytny Mojszele
Myśli cielak schylając łeb
Gdyby stał się cud gdyby mówić mógł
Tak Żydkowi by odparł wnet
Biednym figa z makiem
A bogatym świat
Kto ci kazał być biedakiem
Teraz marsz na targ

Dona Dona…

Zagłada to temat, który wciąż na tym blogu powraca.

Katarzyna Krenz

Theresienstadt
Inwokacja

Ja jestem Miasto Upokorzone
któremu zmieniono kod genetyczny

by zamiast domu stało się trumną
a zamiast schronienia, by dało
pozór życia, prawdę śmierci
a smak ciepłej strawy zastąpiło
pustym garnkiem i garścią zimnego
popiołu.

Nie wierzcie mi, gdy ofiarowuję wam
dach nad głowami.

Odkąd mężczyźni w czarnych płaszczach
nauczyli mnie zdrady zimnego serca

nie ufam nikomu.

Mascha Kaléko, Kadisz

Krwawy krzyk wznoszą maki nad Polski zielony step
W czerni leśnych ostępów Polski czai się śmierć.
Pożółkłe stogi gniją,
Ci, co je siali, nie żyją,
Bledną matki tułacze,
Dzieci wołają z płaczem
O chleb

Ze swych gniazd wygnane ptaki umilkły, żaden nie śpiewa.
Wznosząc w górę gałęzie lamentują drzewa,
A gdy ku Wiśle się chylą z szeptem i szelestem
Na wschód wicher unosi ich rozpaczliwą pieśń,
Z brodatych Żydów modlitewnym gestem.
Drżą rozległe, krwią nasiąkłe ziemie,
Płaczą kamienie.

Kto w tym roku dąć będzie w szofar, jak każe prawo,
Zamilkłym błagalnikom, pod zwiędłą murawą,
Setkom tysięcy, co imion nie mają na grobie,
A tylko Bóg jedyny wie, jak kto się zowie.
Siadłszy na sądzie, trwa z niezłomną mocą,
Aby każdego z Księgi Życia skreślić.
Panie, niech drzew wołanie do ciebie doleci.
Ostatnie światło zapalmy dziś nocą.

Tłumaczyła Irena Kuran-Bogucka

***
Gdy w roku 2013 organizowałam w Berlinie i w Szczecinie wystawę o cmentarzach i grobach, zatytułowałam ją
Ich bin nicht tot / Nie umarłem. Była to pierwsza linijka z wiersza Michała Anioła.

Michelangelo Buonarroti  (1475-1564)

wiersz XVI z cyklu „Na śmierć Cecchina Bracci”

Qui vuol mie sorte c’anzi tempo i’ dorma:
Nè son già morto: e ben c’ albergo cangi,
resto in te vivo, c’ or mi vedi e piangi;
se l’un nell’ altro amante si trasforma.

Qui son morto creduto; e per conforto
del mondo vissi, e con mille alme in seno
di veri amanti: adunche, a venir meno,
per tormen’ una sola non son morto.

Federico García Lorca
Lament na śmierć Ignacia Sanchez Meijas

Utwór uważany za najwybitniejsze dzieło poety, a może nawet za jeden z najważniejszych wierszy współczesnych w ogóle. Ignacio Sanchez Meijas – słynny torero rodem z Sewilli zginął na arenie w Manzanares w sierpniu 1934.

1. Cios i śmierć

O piątej po południu.
Była dokładnie piąta po południu.
Niósł mały chłopiec białe prześcieradło
o piątej po południu.
A reszta była śmiercią, tylko śmiercią
o piątej po południu.

Wicher unosił kłęby białej waty
o piątej po południu.
Tlen zgasił połysk niklu i kryształu
o piątej po południu.
Synogarlica już walczy z lampartem
o piątej po południu.
Żałobnym tonem zadźwięczały dzwony
o piątej po południu.
Dzwonił arszenik i dymy dzwoniły
o piątej po południu.
Stali w milczeniu ludzie na ulicach
o piątej po południu.
W sercu byk tylko miał triumf i radość!
o piątej po południu.
Kiedy pot w zimny chłód śniegu zastygał,
o piątej po południu.
Kiedy arena jodem się okryła,
o piątej po południu.
Śmierć zniosła jajka wprost w otwartą ranę
o piątej po południu.
O piątej po południu.
Równo
o piątej po południu.

W trumnę na kołach przemienia się łoże
o piątej po południu.
W uszach mu dźwięczą flety i piszczele
o piątej po południu.
Byk już zaryczał wewnątrz jego czoła
o piątej po południu.
Pokój się mienił tęczami agonii
o piątej po południu.
Z niezmiernej dali już idzie gangrena
o piątej po południu.
W zieleni pachwin ostre trąby lilii
o piątej po południu.
Rany płonęły jak ogromne słońca
o piątej po południu.
Szyby pękały pod naporem tłumów
o piątej po południu.
Ach, jak straszliwa piąta po południu!
Wybiła piąta na wszystkich zegarach.
Wybiła czarna godzina piąta.

Tłumaczyła Irena Kuran-Bogucka

I na zakończenie ostatni wiersz napisany przez niezwykłą poetkę argentyńską. Alfonsina Storni wysłała go do redakcji czasopisma, z którym współpracowała. Tego dnia, gdy wiersz się ukazał, Alfonsina popełniła samobójstwo wchodząc lub skacząc do morza w Mar de la Plata.

Voy a dormir

Dientes de flores, cofia de rocío,
manos de hierbas, tú, nodriza fina,
tenme prestas las sábanas terrosas
y el edredón de musgos escardados.

Voy a dormir, nodriza mía, acuéstame.
Ponme una lámpara a la cabecera,
una constelación, la que te guste,
todas son buenas, bájala un poquito.

Déjame sola: oyes romper los brotes.
Te acuna un pie celeste desde arriba
y un pájaro te traza unos compases

para que olvides. Gracias… Ah, un encargo:
si él llama nuevamente por teléfono
le dices que no insista, que he salido.

Jeśli zadzwoni, powiedzcie mu, że wyszłam…

Profesor Brückner jak co roku

Ewa Maria Slaska

Profesor czyli walka o grób

Zaproponowałam dziś berlińczykom, żeby poszli ze mną na grób profesora Brücknera.
Myślę więc, że parę faktów trzeba tu przypomnieć. O profesorze, i o jego grobie.

Profesor Brückner pochodził z niemieckiej rodziny spod Tarnopola, która w ciągu trzech pokoleń zachowała wprawdzie niemiecką pisownię nazwiska, ale poza tym całkowicie się spolszczyła. Aleksander studiował we Lwowie i Wrocławiu, został jako młody obiecujący indogermanista powołany na Uniwersytet w Berlinie, założył tu, pierwszą w Niemczech, katedrę slawistyki i kierował nią do emerytury czyli przez 44 lata. Był niespożytym badaczem i wspaniałym pisarzem, bo choć pisał o sprawach naukowych, nie pisał jak naukowiec lecz jak pisarz. Jego zasługi dla lingwistyki polskiej są równie ogromne jak dla niemieckiej. Jest i był jednym ze świetnych przykładów, że mamy, Niemcy i Polacy, osoby, z których wspólnie możemy być dumni.

Grób profesora znajduje się na cmentarzu Parkfriedhof Tempelhof.

Od wielu lat chodzimy z moją przyjaciółką Anią na ten grób. To takie nasze miejsce, gdzie możemy też zapalić świeczki dla naszych bliskich, którzy leżą pochowani na innych cmentarzach. Jednak cmentarz, gdzie leży profesor, pustoszeje z roku na rok, a nawet z dnia na dzień. Znajduje się w stanie likwidacji i za 10 lat go nie będzie. Od czasu, gdy się tego kilka lat temu dowiedziałyśmy, próbowałyśmy z Anią przekonać ludzi i instytucje, w Polsce i w Berlinie, by zechcieli i zechciały zająć się tym, co się wtedy stanie z  grobem profesora. Nie będę ich tu wymieniać, ale wierzcie mi, były to wielkie instytucje i wspaniałe osoby. Nasze prośby pozostawały bez odpowiedzi, aż w zeszłym roku, całkowicie rozgoryczona, napisałam kilka gorzkich słów na Facebooku. Reakcja facebookowców przeszła wszelkie oczekiwania i do dziś wspominam ją z wielkim wzruszeniem. Odezwała się masa ludzi, z których koniecznie muszę tu wymienić trzy osoby, Monikę Stefanek, dziennikarkę z Berlina, Dawida Junga, poetę z Gniezna i Łukasza Narolskiego, historyka spod Bydgoszczy. Powstała strona facebookowa poświęcona Profesorowi, która w ciągu kilku dni zebrała ponad tysiąc lajków. Zrodziła się wielka akcja, którą nagle wszystkie instytucje skutecznie nas przedtem ignorujące, musiały zauważyć. Nie zawsze reagowały miło, obrywały się nam nagany, pogróżki, pomówienia. Ale sprawa ruszyła do przodu.

W marcu tego roku delegacja parlamentarzystów polskich pod przewodnictwem marszałka Sejmu RP, Bogdana Borusewicza, podczas wizyty w Berlinie u parlamentarzystów niemieckich, odwiedziła grób Profesora.

Byłyśmy z Anią przy tym. Ja jestem na zdjęciu, Ania je zrobiła (zrobiła zresztą wszystkie te zdjęcia). Teraz już wiadomo, że Państwo Polskie zajmie się tą sprawą i zajmie się nią Konsulat i Ambasada.

Możemy być dumne.

Dziś przyszło około tuzina osób, Polaków i Niemców.

dzisbruecknermale
Na zakończenie piękny wiersz Przecława Słoty, napisany około roku 1400, znaleziony i opublikowany przez Profesora. Wiersz nosi tytuł “o chlebowym stole” i bardzo to piękny tytuł. To podobno najstarszy dokument świecki w historii literatury polskiej.

Gospodnie, da mi to wiedzieć,
Bych mogł o tem czso powiedzieć,
O chlebowem stole!
Zgarnie na się wszytko pole,
Czso w stodole i w tobole,
Czso le się na niwie zwięże,
To wszytko na stole lęże.
Przetoć stoł wieliki świeboda,
Staje na nim piwo i woda,
I k temu mięso i chleb,
I wiele jinych potrzeb —
Podług dostatka tego,
Kto le może dostać czego.
Z jutra wiesioł nikt nie będzie,
Aliż gdy za stołem siędzie,
Toż wszego myślenia zbędzie.
A ma z pokojem sieść,
A przy tem się ma najeść.

A mnogi jidzie za stoł,
Siędzie za nim jako woł,
Jakoby w ziemię wetknął koł.
Nie ma talerza karmieniu swemu,
Eżby ji ukrojił drugiemu,
A grabi się w misę przod,
Iż mu miedźwno jako miod
Bogdaj mu zaległ usta wrzod!

A je z mnogą twarzą cudną,
A będzie mieć rękę brudną,
Ana też ma k niemu rzecz obłudną.
A pełną misę nadrobi
Jako on, czso motyką robi.
Sięga w misę prze drugiego,
Szukaję kęsa lubego,
Niedostojen niczs dobrego.

Ano wżdy widzą, gdzie czsny siedzi,
Każdy ji sługa nawiedzi,
Wszytko jego dobre sprawia,
Lepsze misy przedeń stawia.
Mnodzy na tem niczs nie dadzą,
Siędzie, gdzie go nie posadzą;
Chce się sam posadzić wyszej,
Potem siędzie wielmi niżej.
Mnogi jeszcze przed dźwirzmi będzie,
Czso na jego miasto sędzie,
An mu ma przez dzięki wstać
Lepiej by tego niechać.
Jest mnogi ubogi pan,
Czso będzie książętom znan
I za dobrego wezwan.
Ten ma z prawem wyszej sieść,
Ma nań każdy włożyć cześć,
Nie może być panic taki,
Musi ji w tem poczcić wszelki;
Bo czego wie doma chowany,
To mu powie jeżdżały.
U wody się poczyna cześć:
Drzewiej niż gdy siędą jeść,
Tedy ją na ręce dają,
Tu się więc starszy poznają,
Przy tem się k stołu sadzają.

Panny, na to się trzymajcie,
Małe kęsy przed się krajcie.
Ukrawaj często, a mało,
A jedz, byleć się jedno chciało.
Tako panna, jako pani
Ma to wiedzieć, czso się gani;
Lecz rycerz albo panosza
Czci żeńską twarz – toć przysłusza.

Czso masz na stole lepszego przed sobą,
Czci ją, iżby chce sobie zachować,
Będą ji wszytki miłować
I kromie oczu dziękować.

Boć jest korona czsna pani,
Przepaść by mu, kto ją gani!
Ot Matki Boże tę moc mają,
Iż przeciw jim książęta wstają
I wielką jim chwałę dają.
Ja was chwalę, panny, panie.
Iż przed wami niczs lepszego nie.
Za to się ma każdy wziąć,
Otłożywszy jedno swąć.
Mnodzy za to niczs nie dbają
Iż jim o czci powiedają,
Przy tem mnogiego ruszają:
Kogo podle siebie ma,
Tego z rzeczą nagaba,
Nie chce dobrej mowy dbać,
Ni je da drugiemu słuchać.

Ktokoli czci żeńską twarz,
Matko Boża, ji tym odarz:
Przymi ji za sługę swego,
Schowaj grzecha śmiertnego
I też skończenia nagłego.
Boć paniami stoji wiesiele,
Jego jest na świecie wiele,
I ot nich wszytkie dobroć mamy,
Jedno na to sami dbajmy.
I toć są źli, czso jim szkodzą,
Bo nas ku wszej czci przywodzą.
Kto nie wie, przecz by to było,
Ja mu powiem, ać mu miło:
Ktokoli czsną matkę ma,
Z niej wszytkę cześć otrzyma,
Prze nię mu nikt nie nagani,
Tęć ma moc każda czsna pani.
Przetoż je nam chwalić słusza,
W kiem jeść koli dobra dusza.

Przymicie to powiedanie
Przed waszę cześć, panny, panie!
Też, miły Gospodnie moj,
Słota, grzeszny sługa Twoj,
Prosi za to Twej Miłości,
Udziel nam wszem swej radości!

Amen.

Serendipity i kairos…

Ewa Maria Slaska

Dziś Dziady
jutro Wszystkich Świętych
pojutrze Zaduszki

27 października umarła nasza koleżanka Anette Schill

Für Anette anette

Serendipity. Wydaje mi się, że nigdy przedtem nie słyszałam tego wyrazu! A to już coś, co potwierdzą ci, którzy mnie znają i którzy wiedzą, że lubię słowa i lubię znać ich pochodzenie. Marta użyła tego słowa pisząc do mnie maila o antykwariatach w Londynie.
Serendipity – angielski termin stosowany na oznaczenie sytuacji, w której przypadkowo dokonuje się szczęśliwego odkrycia, zwłaszcza wtedy, gdy szuka się czegoś zupełnie innego; szczęśliwy dar dokonywania przypadkowych odkryć.
Słowo pochodzi od dawnej arabskiej nazwy Sri Lanki – Serendip. Zostało użyte po raz pierwszy 28 stycznia 1754 roku przez hrabiego Horacego Walpole’a w liście do przyjaciela Horacego Manna. Po przeczytaniu starej perskiej bajki (The Three Princes of Serendip) hrabia Walpole postanowił, by jej wątek przewodni – przypadki prowadzące do szczęścia nieposzukiwanego – nazwać właśnie serendipity.(Zaczerpnięte z Wikipedii)

To już drugie słowo, które dostałam od Marty, a oba są podobne i dotyczą szczęścia oraz przypadku. Pierwsze brzmiało kairos. Samo słowo Kairos znałam, tak nazywał się pies przyjaciół, a myślałam, że jego imię pochodzi od miasta. Tymczasem od Marty dowiedziałam się, że jest to imię najmłodszego syna Zeusa, boga szczęśliwego zbiegu okoliczności, bożka szczęśliwego trafu. Szerzej: kairos to właściwy, dogodny moment.

Kairos z Sykionu, marmurowa rzeźba Lizypa.
Muzeum antyku w Turynie. Open source.
Zauważmy zwiniętą w lok grzywkę. Tylko za ten lok można uchwycić szczęście.

Wszyscy to wiemy – rzeczywiście tak czasem bywa, że wszystko pięknie ze sobą synchronizuje. Dzwoni teściowa i opowiada o moim przyjacielu, Krzysiu, który sto lat temu wyemigrował do Kanady. Tego samego dnia, kilka godzin później, spotykam jego siostrę na ulicy. Mieszkamy w innych miastach, nigdy się nie widujemy, lubię ją jednak bardzo, myślę więc, że to kairos. Wracam do domu, gdzie czeka paczuszka od kolegi wydawcy z Gdańska: Cezary Wodziński Kairos. Wydawałoby się, że jest to ukoronowanie szczęśliwych zbieżności, jakie się przydarzyły tego dnia. Ale nie. Jest wręcz przeciwnie… Marta nie wiedziała, albo nie chciała wiedzieć, że Kairos jest w równym stopniu bożkiem szczęśliwego trafu, co straconej szansy i przemijającej sposobności. Kairosowi zawsze się spieszy, może trzeba wręcz powiedzieć – Kairos zawsze ucieka. Dlatego ma skrzydełka u stóp jak jego przyrodni brat – Hermes. Biegnie po kuli i nigdy się nie zatrzyma, bo jakby się zatrzymał, to by spadł.

Kairos Wodzińskiego to nie jest rozprawa o greckim chłopcu z bardzo dobrej rodziny (bo jak się jest synem boga, to jest się chyba chłopcem z dobrej rodziny?), lecz rozważania o języku niemieckim i o niemieckiej ojczyźnie. Na okładce jest imię bożka, ale jego samego nie ma, jest tylko kamienna kula, po której biegnie. Kula z kamienia, która może też być kulą armatnią. Może zabić.

Pretekstem opowieści jest słynne spotkanie Paula Celana z Martinem Heideggerem. 25 lipca 1967 roku poeta przybył odwiedzić filozofa w jego samotni na górze wśród bagien w Szwarcwaldzie.  W książce poeta i myśliciel nie rozmawiają ze sobą. Bo o czym ma rozmawiać poeta, ofiara nazizmu z funkcjonariuszem reżimu? Ale jednak tu przybył, czegoś się po tym spotkaniu spodziewał. Czego? Zapewne przyznania się do współwiny w Wielkiej Winie Niemiec. Ale Filozof milczy. Poeta też milczy. Milczą więc. Obaj usiłowali dochować wierności przesłaniu Hölderlina, pisze Wodziński, który zapowiadał, że o ile jesteśmy rozmową, o tyle jesteśmy także – w tym samym okamgnieniu – milczeniem.

Kairos przynosi szczęście tylko temu, kto na to zasłużył. Dlatego ma w ręku wagę, podobnie jak Temida. I jest surowy, stąd brzytwa w dłoni. Poeta i filozof nie zasłużyli na szczęście jakim jest rozmowa z drugim człowiekiem, nie uchwycili właściwego momentu, musieli milczeć, bo nie mogli rozmawiać. Jak mówi Eklezjasta, jest czas milczenia i czas mówienia. Jeden z recenzentów napisał, że nie mogli rozmawiać, bo prześladowca nie porozumie się z prześladowanym. Poezja milczy, twierdzi krytyk, bo nie można już pisać wierszy po Auschwitz.

Ale to nieprawda. Nasłynniejszy wiersz Celana i jeden z najważniejszych wierszy
europejskich XX wieku to Fuga śmierci. Wiersz o Auschwitz, napisany po Auschwitz.

W Todtnaubergu, co angielski tłumacz wykłada jako Górę Śmierci, Paul Celan zostawił wpis i wiersz w książce gości. Pisze o dziwnych ziołach, o drodze po bagnach wykładanej okrąglakami i o pompie przy chałupie Heideggera, ozdobionej symbolem gwiazdy z poobcinanymi szpicami, co jemu kojarzy się, musi się kojarzyć, z symboliczną swastyką.

celanwierszTłumaczenie na angielski Robert R. Sullivan

Dziś Dziady, wypominki, czas przywoływania duchów, żeby nam nie zrobiły krzywdy, albo, może, żebyśmy my, żywi, im pomogli. Niech to będzie dla nas wszystkich dzień szczęśliwego spotkania z Naszymi Bliskimi, którzy odeszli wcześniej niż my. Jeśli mieliśmy do nich urazy, wybaczmy im, a może Kairos przebiegający obok skrzydlatą stopą muśnie nasz Los i podaruje nam szczęśliwy moment, którego nie szukaliśmy. Serendipity.

Droga do Santiago de Compostela. Reliegos

Dawno nie było kolejnego wpisu z Drogi, ale ja tam przecież wciąż i uporczywie idę, a jak się Czytelnicy zapewne domyślają, również kiedyś wreszcie dojdę.

Ewa Maria Slaska, sobota 22 września 2007 roku

Wstajemy z muzyką, zjadamy śniadanie i w drogę. Przed nami meseta. Z góry wiadomo, że będzie strasznie i jest strasznie. Po siedmiu kilometrach pierwsza i jedyna wioska na trasie. El Burgo Ranero. Piję kawę. Zaraz za wioską skręt w prawo i 13 kilometrów do następnego postoju. Reliegos. Chciałam dojść o 7 kilometrów dalej, do Mansilla de las Mulas, ale nie daję rady. Noga potężnie spuchnięta stanowczo odmawia jakiejkolwiek dalszej współpracy. Hospitalera daje mi lód na okłady i włącza komputer. Proszę bardzo, dostęp do internetu! Jednak życie jest piękne! Po kawie i sesji z siecią wychodzę na dwór zwabiona dziwnymi odgłosami. Przez miasteczko przeciąga demonstracja zorganizowana przez lokalny ośrodek opieki nad chorymi na Alzheimera. Następnego dnia przeczytam w gazecie, że w demonstracji wzięło udział około 200 osób.

2000sobIdę do sklepu, kupuję herbatę, bułki, ser i pomidory. Za mną młody niemiecki mnich nabywa 4 butelki wina. Zjadam sałatę w barze i idę do łóżka. To jedyne miejsce, gdzie można pisać. Wszędzie indziej ktoś się dosiądzie i zacznie rozmowę. Wczoraj była to ponownie spotkana czwórka starszych niemieckich panów, dziś też ponowne spotkanie z dwojgiem młodych Austriaków, którzy są już w drodze od czerwca, a idą z Melku.

f6b6b-2-teil2218W schronisku znalazłam porzucone sandały, poobcinałam im pourywane paski i mam co nosić po południu, gdy już człowiek zdejmie buciory. Od czasu gdy na górze w Castrojeriz robiłam porządek w plecaku, wypakowałam wszystko i zostawiłam japonki, muszę po południu biegać na bosaka, co na przykład w Berciano nie było łatwe, bo chodziło się po drobnym żwirku, który niestety nie masował stóp, tylko je kaleczył. Nie skarżyłam się specjalnie, w końcu pielgrzymka to wyprawa dla umartwienia, ale z radością powitałam porzucone przez kogoś sandały. Znalazłam też Maxi, pismo dla kobiet po niemiecku. To bardzo dziwne zajrzeć na chwilę do świata, gdzie czyta się (z zainteresowaniem!) 50 stron o modzie, która tu na Drodze nikogo nie obchodzi.

Wreszcie mam czas, żeby zapisać kilka uwag ogólnych, które już od jakiegoś czasu chodzą mi po głowie, ale w łóżku jest tak ciemno, że nie da się pisać. Daję Maxi Elisabeth i wychodzę ze schroniska. Siadam na progu zrujnowanej chałupki z żółtą strzałką Camino. Obok mnie przechodzą ślepy i jego świta. Ten człowiek ma nadzwyczaj szlachetną twarz, wysokie czoło, trochę jak Wołłejko w roli umierającego Chopina, ale już od wczoraj wiem, że jego zachowanie nie licuje z tym szlachetnym wyglądem i szlachetną bądź co bądź rolą ślepca na pielgrzymce. Teraz wypomina żonie źle przyrządzone pomidory! Wczoraj bardzo mi się nie podobał, ale dzisiaj już go przez ostatnie kilometry w lejącym się z nieba upale bez cienia cienia gruntownie przemyślałam, prześwietlając przy tym moje własne pragnienia. Jak spojrzałam na niego przez pryzmat moich pobożnych życzeń, to zmieniłam opcje. Teraz wiem, że to normalny człowiek, a nie jakiś cudowny duch zrodzony w naszej przesłodzonej, wyidealizowanej krainie, wyprodukowanej przez słodką Polyannę i nieszczęsne Słoneczko.

Jest jak jest.

Myślę, o krajobrazach, które nam od kilku dni towarzyszą. Skończyły się góry, jest tylko pusta ogromna meseta. Miasta na wzniesieniach (dla obrony), wioski w dolinach (woda). Domy z kamienia, tak charakterystyczne w górach, też się skończyły. Teraz wszystko jest z adoby, wysuszonej na słońcu gliny z dodatkiem sieczki lub kamieni.

Są też piwnice, składy i stare domostwa wkopane w gliniane wzgórza, tworzące krajobraz Shire’u, gdzie mieszkają hobbity. Półokrągłe drzwi i okrągłe okna w zboczu pagórka, a powyżej sterczące jak palce kominy. Tolkien, o ile dobrze pamiętam, mało podróżował, ale był chyba kiedyś w Hiszpanii. Ciekawe, czy tu?

Wracam do schroniska i próbuję dowiedzieć się czegoś w internecie, ale schronisko jest już pełne i zanim sprawdzę pocztę, stoi mi nad głową tłumek niecierpliwie czekający na to, że wreszcie sobie pójdę. Sprawdzam więc tylko szybko Atapuerkę, którą minęłam po drodze, nie czekając, aż otworzą wykopaliska dla zwiedzających. Minęło już kilka dni, a ja wciąż nie umiem się opędzić od myśli, że jako archeolog i to jeszcze specjalistka w  zakresie epoki kamienia (ba, podobno nawet miłośniczka tej epoki) wykazałam się kompletną ignorancją. I że przegapiłam jakąś życiową szansę. No i zaiste. W latach 1996 do 1997 w pobliżu miasta Atapuerca odkryto bogate stanowisko archeologiczne, zawierające najstarsze szczątki przodków człowieka znalezione w Europie, pochodzące z okresu sprzed 780 000 do 1 miliona lat. W 2000 roku stanowisko w Atapuerca zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Och, jak niedobrze być niedoukiem! Na tym istotnym stwierdzeniu życiowym kończy mi się drugi długopis, a nie wiem, gdzie mam trzeci. I nie chce mi się już wstawać i szukać. Na szczęście Elisabeth, która śpi na sąsiedniej pryczy, w lot pojmuje, co się stało i podaje mi swój długopis. Mogę więc jeszcze zapisać, że na mesecie już piękna jesień. Kwitną całe łany ziemowitów, a krzaki róż okryte są gęstwą czerwonych błyszczących owoców. Ale dominującą rośliną trawiastej wyżyny jest przede wszystkim oset. Wszędzie oset, w każdej fazie rozwoju, od młodziutkich krzaczków, przez kwitnące dorodne rośliny przypominające małe drzewa, po zeschłe badyle, które wiatr toczyłby po stepie jak perekatiepole, oczywiście pod warunkiem, że byłby jakikolwiek wiatr.

 Zasypiam z nogą obłożoną workami z lodem. Jak ja dojdę do Santiago? To przecież jeszcze 350 kilometrów. Wciąż więcej przede mną niż za mną.

Wszystkie zdjęcia znalezione w sieci…