Ewa Maria Slaska o rodzinie Boguckich czyli Słówka
Zabawą, w jaką graliśmy wszyscy namiętnie, były słówka. Moja cioteczna babka, Karusia i ja grałyśmy w wersję uproszczoną – jedno i to samo słowo pisze się z góry na dół a obok, w pewnej odległości, z dołu do góry. W powstałe przerwy trzeba wpisać słówka i tak opisać je partnerowi, by odgadł, jakie mamy słowo.
Na przykład:
S atanist A wierzy w moc szatana
Ł u K średniowieczny do strzelania, np. przez babę
Ó (ów) W O roku…, kto ciebie widział…
W – Ó –
K łu Ł Zbyszko niedźwiedzia widłami
A pi S gdyby mu dodać L na początku byłby XXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXciemno niebieski kamień, a tak jest byk
Ale naprawdę ulubioną naszą rozrywką były słówka polegające na tym, by z jednego wyrazu ułożyć mnóstwo innych. Dwuliterowe ani jednoliterowe się nie liczą – zawracanie głowy. W słówku możemy użyć każdej litery tylko raz, ale oczywiście jeśli litery się powtarzają, można ich użyć w występującej w danym słowie ilości (np. a występujące dwa razy w słowie architektura może zostać użyte do stworzenia słowa arka, tarka, karta, kara itd)
Na przykład
O d s t ą p i ł
odstąp, pił, piłą, dopił, siąp, odą, post, idą, dostąpi(ł), połą, sit, topi(ł), płot…
i wreszcie ukochany wyraz Mamy, który zaczerpnęła z Bolesława Chrobrego, Głubiewa – pło!
Słowo odstąpił wybrałam tu, żeby móc ułożyć pło.
Wikipedia podaje, że Pło (regionalnie także pod nazwą spleja) to kożuch roślin torfowiskowych, występujący na wodzie w formie zarastającego brzegu lub rodzaj pływającej wyspy, powstałej w wyniku odrywania się mszarów torfowcowych porastających brzegi jeziora. Stanowi etap zarastania zbiornika wodnego, tworząc trzęsawisko. Zwykle ma charakter torfowiska przejściowego.
Pło mszyste pojawia się na powierzchni jezior dystroficznych (kwaśny odczyn wody).
Rodzajem pła jest wiszar.
I tak dalej.
Drugim obok pła słówkiem Mamy był ponik. O poniku słownik języka polskiego mówi, że był to potoczek, strumyk wytryskujący spod ziemi lub znikający pod powierzchnię ziemi. A jakiś uczony komentator dodaje, że jest to rzeka, która kończy swój bieg w ponorze czyli wchłonie.
Niezależnie od tego, co wiedzą mądrale, Mama wiedziała, że pło i ponik to były małe jeziorka czy inne dziury wypełnione wodą.
Ponik i pło przeszło z nami do gry w scrabble, o której nie będę tu pisać, bo my w nią wprawdzie chętnie gramy, ale Mama jej nie znała. Scrabble ma już wprawdzie tyle lat co ja, ale w Polsce pojawiło się za późno, by mogło zainteresować Mamę. Dodam jednak, że scrabble jest łatwiejsze od naszych słówek, bo można tworzyć dwuliterówki. Dzięki scrabble zatem pło i ponik otrzymały towarzystwo w postaci oza. Oz jest to (patrz Wikipedia) wał lub silnie wydłużony pagórek o wysokości najczęściej kilkunastu metrów i długości nawet kilkudziesięciu kilometrów, wyniesiony wskutek osadzania piasku i żwiru przez wody płynące pod lądolodem, w jego szczelinach lub na powierzchni.
I tak dalej.
W deszczowe letnie poranki lub wakacyjne popołudnia graliśmy w słówka i potrafiliśmy ambitnie ułożyć z jednego wyrazu nawet do 150 słów. Mama, która z reguły miała najdłuższą listę, dopisywała z boczku wyrazy, jakie ułożyliśmy my, a których ona, o dziwo, nie miała.
Ciekawe, że w internecie tych zabaw nie ma. Nawet pod hasłem “gry z kartką i ołówkiem” pojawią się różne kalambury, okręty, oczywiście “państwa-miasta”, ale słówek nie ma.
Nie wiem, może i tę zabawę, wymyśliła sobie nasza kochana rodzina.
***
Wyzwałam Was do ułożenia listy słówek dla wyrazu POPRZYSIĘGŁA.
Od razu było widać, że możliwe były i oz, i pło, ale ponik nie miał szans. Wiszar takoż.
W komentarzach pod wpisem nadesłane słówka i wytypowanie zwycięzcy, który zgodnie z obietnicą dostał nagrodę – autobiografię Dariusza Boguckiego, “Śladami życia”.
Miesiąc temu pojawił się tu tekst Krzysztofa Miki o Elblągu. Autor zapowiedział kilka wpisów i teraz, równo po miesiącu, kolejny wpis o FrauLanganke, przypominam, że koniecznie pisanej razem.
Krzysztof Mika
FrauLanganke (cz.2)
Awantura w mediach: o pomnik gwałconej przez sowieckiego sołdata gdańszczanki… Polki, Niemki, brali jak popadło. Ciężarna kobieta po prostu w najgorszej, nieskończenie strasznej dla siebie sytuacji… nie do wyrażenia. I spór: czy Polacy mogą postawić taki pomnik, taki wprost, tak brutalnie dosłowny.
I właśnie sprawa się zakończyła: wyrokiem za nieobyczajność. Tak to prawda historyczna stała się nieobyczajna.
W tym momencie powraca wspomnienie… historii mojego rodzinnego miasta – Elbląga. Wiedzę o tych wydarzeniach przekazali Dziadkowie. Ale była ona całkowicie pozbawiona realnego kształtu. Chowałem się na ”Czterech Pancernych i psie”. Wiedziałem, że w trakcie i po zdobywaniu miasta działo się źle . Nie wywoływało to specjalnych emocji. Po prostu było. Wiadomo wojna. Może potrzeba było awantury o gdański pomnik i wcześniejszej lektury o zdobyciu Elbląga, żeby emocje, wspomnienia i skojarzenia osiągnęły masę krytyczną. Wtedy powrócił pierścionek FrauLanganke, który nie chciał „zejść” z palca i sowiecki sołdat za pomocą bagnetu rozwiązał problem, odcinając ów oporny palec, wraz z pierścionkiem oczywiście. FrauLanganke prowadziła na co dzień sklep z papeterią i książkami, na pewno sprzedawała „Mein Kampf”.
No cóż, powie ktoś, sami sobie winni, ci Niemcy. Obraz żołnierza obcinającego palec starszej kobiecie tkwił w mojej pamięci. Niezwykle plastyczny z chirurgiczno- anatomiczną dokładnością, z bagnetem zgrzytającym o kości. W medycznym podręczniku sprawdzałem, jak się amputuje palce. Sowiecki żołnierz pewnie po prostu położył rękę na stole i tępym bagnetem załatwił sprawę, nie dbając o higienę, tamowanie krwi. Można przyjąć, że wcześniej tym samym bagnetem otwierał amerykańską tuszonkę. FrauLanganke przeżyła. To może niewielka cena dziejowych rozliczeń – córka FrauLanganke zapłaciła cenę najwyższą – zgwałcona, popełniła samobójstwo. Czy FrauLanganke i jej córka były winne?
Wkrótce pozbawiona palca FrauLanganke wyjechała – nie było dla niej miejsca w nowej rzeczywistości, zresztą Elbląg kojarzył się z bólem i grozą. Gdzie pochowano jej córkę – po latach udało się ustalić, ale o tym za chwilę. Wyjazd Frau L. towarowym wagonem (opowieść Babci) to symboliczny w koniec niemieckiego Elbląga. Opowieść jeszcze tylko Babci, ponieważ Dziadek nie wracał ciągle z obozu i Babcia była sama z moją Mamą, wówczas gimnazjalistką. Oczywiście koniec ów miał charakter wyłącznie symboliczny – w rzeczywistości na co dzień nurzaliśmy się w niemczyźnie, elbląskiej niemczyźnie. Langankowa w pewnym sensie pozostała z nami. A ja w tej niemczyźnie nurzam się do dzisiaj: wspomniane obrazki, zegar, meble, jakieś naczynia, nóż, fajansowy pojemnik na herbatę, rzeczy, które mieszkają ze mną.
Jeszcze list wysłany do niemieckiego dziennikarza kontaktującego się ze stowarzyszeniem niemieckich elblążan, ale na razie przynajmniej, bez odpowiedzi. Moją ciekawość podsycała relacja żony elbląskiego lekarza, dotycząca wydarzeń w momencie wkroczenia sowietów. Można powiedzieć typowy w swoim dramatyzmie obraz zniszczenia, przemocy, zabijania. Dlaczego właśnie ta relacja? Ze względu na adres – państwo doktorostwo mieszkali o cztery kamienice od domu, w którym mieścił się sklep z papeterią i materiałami biurowymi Fraulanganke. Po sąsiedzku. Bardzo po sąsiedzku. Doktorostwo: Alter Markt 45, Langankowa – 63. Liczyłem na to, że doktorowa coś wie o mojej Fraulanganke. Podawała bowiem dziesiątki nazwisk, daty, wydarzenia. Przecież nie mogła nie znać kupcowej z niedalekiego sąsiedztwa. Niestety nic. Może w koszmarnej zawierusze ognia, przemocy, gwałtów doktorowej „umknęła” kupcowa z sąsiedztwa. Ze Starego Rynku, tak typowego dla miast hanzeatyckich, został bruk i Markttor. Po kamienicach 63 i 45 śladu…
Dopiero w latach 70 zaczęto odkopywać fundamenty elbląskich kamienic – potem wybudowano na nich „pseudostarówkę”, nawiązującą do historycznej architektury. Może i dobrze, że niczego ta nowa starówka nie udaje, ale z drugiej strony trochę szkoda, bo elbląskie Stare Miasto to była perełka. Można dość dokładnie określić, gdzie stał dom nr 63, bo, co ciekawe, w archiwum Elbląga zachowały się księgi wieczyste i przedwojenne plany. A na pierwszym planie powojennego Elbląga z 1946 roku nie znajdzie się Starego Rynku, jest jedynie zaznaczony plac „Przy Bramie”. No właśnie Markttor… obrazek, który nie bardzo lubiłem, choć prawdopodobnie najcenniejszy spośród pamiątek po FrauLanganke. Grafika, podpisana, kupiona, pewnie wiele lat przed wojną, w firmie „Kunsthandel Fritz Wolter”- na odwrocie niewielka metka, która przetrwała ponad 75 lat. Kunsthandel Herr Woltera mieścił się przy ulicy Mostowej 20. Ulica Mostowa, czyli przedwojenna Brückstrasse figuruje na planie z 1946 roku, ale w moich czasach był już tylko ciąg komunikacyjny na skraju największego chyba trawnika w Europie, koło kościoła św. Mikołaja.
W 1946 roku zapewne stały jeszcze wypalone ruiny budynków, więc pojęcie „ulicy” miało jeszcze jakiś sens. Fritz Walter sprzedał podpisaną grafikę FrauLanganke, a ona wymieniła Wieżę Targową, pewnie na chleb, może jeszcze babcia dała jej trochę cukru i margaryny. Zresztą z tym Fritzem to śmieszna sprawa: na rewersie grafiki nalepka Fritz Wolter Kunsthandel, ale w książce telefonicznej mowa jest o warsztacie szklarskim. Szklarz handlujący sztuką? A może wyraz wygórowanych ambicji? Zakład Fritza mieścił się w ładnej, dużej manierystycznej kamienicy, tak typowej dla Gdańska i Elbląga, a zapewne i Królewca. Po tym budynku oczywiście śladu nie zostało. Sklep z papeterią i materiałami biurowymi FrauLanganke zajmował parter typowej XIX-wiecznej kamienicy, pozbawionej wdzięku i sznytu typowego dla bogatych miast hanzeatyckich. Przeciętność, jak gorsze kamienice Dolnego Miasta czy na Oruni w Gdańsku Po niej również ani śladu, poza zachowanymi księgami wieczystymi. Sama wieża stoi, resztka gotyckiego Elbląga, a na ścianie wieży pamiątka po wojnie 13-letniej z Zakonem Krzyżackim – reliefowy odcisk łopaty, symbol buntu mieszczan i rzemieślników Elbląga. Bunt był skuteczny – zamek Krzyżacki został praktycznie całkowicie zniszczony, ale wieża pozostała. Propaganda polska buntowi miast pruskich nadawała patriotyczny, polski wymiar. W rzeczywistości chodziło o handel zbożem i opiekę króla polskiego, a co za tym idzie większe swobody i dochody. W większości miast mieszczaństwo było w swojej masie niemieckie i dzisiejsze pojęcie patriotyzmu nie da się zastosować do tamtych czasów. Mieszczanie mieli dość Krzyżaków, monopolizujących handel zbożem – tak naprawdę była to wojna wewnątrz Hanzy, której członkami byli i Krzyżacy, i Elbląg, i większość miast pruskich. A zatem mniej „polskości”, a więcej interesu i handlu. Wojna 13-letnia miała również swój wymiar europejski: była początkiem upadku Hanzy. Europa otwierała się na handel atlantycki… Dla Elbląga to były dobre czasy, które trwały do pierwszego najazdu szwedzkiego – miasto popełniło błąd, który zaważył na całej przyszłości miasta: Elbląg poddał się Szwedom. Z miasta wyprowadziła się faktoria kupców angielskich, skończyła się przychylność Korony… dostęp do morza stawał się coraz trudniejszy: rzeka Elbląg i Zalew Świeży czyli Wiślany coraz płytszy. Gdańska dominacja narastała, Elbląg stawał się coraz bardziej prowincjonalnym miastem, stolica Prus książęcych była w Królewcu, a „stolica” gospodarcza – w Gdańsku. Zboże w przeważającej ilości płynęło tamtędy.
Wracamy do 1945 roku. Próbuję osadzić FrauLanganke w jakiejś społecznej rzeczywistości. Trochę to śmieszne – zbieranie jakichś malutkich fragmentów owej rzeczywistości: są sąsiedzi z Alter Markt – jedyni „stwierdzeni”: doktorostwo, a raczej żona doktora. Jakiś człowiek który sprzedał obrazek… Mało tego, prawie nic. Zupełnie przypadkiem, w jednym z portali dotyczących najnowszej drugowojennej historii Prus Wschodnich, znajduję przejmującą historię rodziny Langanków spod Barczewa i ich dramatyczną, i w pewnym sensie heroiczną ucieczkę przed nacierającą Armią Czerwoną. Czy tamci Langankowie to rodzina „mojej” FrauLanganke”? Zimowy koszmar, podróży-ucieczki z piątką dzieci… Szukam dalej: pod Kętrzynem kilka wsi z „langanke” w nazwie, co oznacza miejsce bagienne, wilgotne. Źródłosłów niemiecki czy pruski? Jak stary? Rodzina o korzeniach niemieckich, czy pruskich? Ciągle czekam na odpowiedź wspomnianego już dziennikarza, zajmującego się przedwojennymi elblążanami. I zupełnie internetowym przypadkiem znajduje się jeszcze jeden Langanke, który zmarł w roku 2012. Na dodatek jest to „historyczny” Langanke, bo był ostatnim, najdłużej żyjącym Niemcem, posiadaczem rycerskiego krzyża żelaznego. Za Ardeny. Walczył w formacjach pancernych SS. Czy to też rodzina? Ten Langanke był z Dortmundu. Strasznie dużo tych niewiadomych. Dziwna fascynacja, ale w końcu w jakiś sposób, całkowicie przypadkowy stałem się spadkobiercą FrauLanganke. Przecież żyję z jej rzeczami. Przez dziesiątki lat towarzyszą mi jej przedmioty, przedmioty, które z jakichś powodów nabyła, posiadała, pewnie lubiła. W przedmiotach, które posiadamy jest cząstka nas, bo zawsze wybieramy rzeczy, przedmioty z jakiegoś powodu. Tak jak wybieramy imiona naszych dzieci… Niektóre z tych przedmiotów wybiera się z powodów oczywistych, praktycznych, prostych. Inne, bo odpowiadają naszym potrzebom emocjonalnym, estetycznym, może filozoficznym, może systemowi wartości. Grafika Markttor – to zrozumiałe, bo to jej, FrauLanganke, najbliższe sąsiedztwo i w pewnym sensie symbol Elbląga. Podobnie kuchenne drobiazgi – są praktyczne, po niemiecku praktyczne. Ale niezły zupełnie obraz wmarzniętych w lód tolkmickich lomm ( lokalny typ stateczku żaglowego).
A widok z wzgórz nad Kadynami? A panorama kawałka zakładów Schichaua, z jakimiś stateczkami… Po co one kupcowej z Altermarktu? Po co mojej Babci? Nauczycielce z Warszawy? W 1946 to były bezwartościowe śmieci… Jakie potrzeby spowodowały, że FrauLanganke kupiła te obrazki, a jakie, że moja Babcia wymieniła je na jedzenie. Przecież takich gratów wtedy w Elblągu walało się mnóstwo. A może po prostu taka babcina przyzwoitość panienki z dobrego domu, która zdawała sobie sprawę, że okaleczona dosłownie i psychicznie Niemka nie ma nic innego. Więc te nabyte w akcie dobrej woli obrazki, w magiczny sposób zaprogramowały moje życie. Tajemnicze statki, tajemniczy widok z Wysoczyzny Elbląskiej nad Kadynami. Były obecne od moich najmłodszych lat, ale dopiero w latach 70, 80 i 90 dowiedziałem się, a raczej doświadczyłem, co przedstawiają. Co prawda tolkmickich lomm już nie było, natomiast przedstawiony na innym kawałek zakładów Schichaua zobaczyłem w naturze dopiero w roku 1973, podobnie jak wspomniany kawałek Wysoczyzny Elbląskiej. Dlaczego?
Jako podkład muzyczny proponuję oczywiście Cesarskiego Walca…
Czy Alma wiedziała czyje dziecko nosi w swoim łonie? Być może nie. Z poprzednich odcinków wiemy, że decyzja o przerwaniu ciąży, z wiedzą czy bez wiedzy biologicznego ojca, nie przysparzała jej wielkich dylematów. Co więc zaważyło? Rozbudzone przez Manon Gropius uczucia macierzyńskie? Ciekawość? Zdanie się na łaskę losu?
A co myślał o tej ciąży jej mąż? Trudno odgadnąć. Wiadomo, że Walter Gropius był cały czas zazdrosny o miniony związek Almy z Oskarem Kokoschką. Wracał często do niego w korespondencji, a kiedyś, w napadzie gniewu, podarł jeden z papierowych wachlarzy podarowanym Almie przez Oskara na pożegnanie.
Temat kontaktów z Franzem Werflem nie pojawial sie w korespondencji Almy z mężem. Być może Walter zdawał sobie sprawę ze swojej bezradności. Przeszłość okazywała się łatwiejsza do kontrolowania niż teraźniejszość.
Rok 1917 przyniósł znaczne pogorszenie sytuacji finansowej Almy. Małżeństwo z Gropiusem oznaczało utratę wdowiej renty. Inflacja zmiejszyła dochody z wykonań i publikacji utworów Mahlera. Alma przeniosła się do swojego domu w Semmering. Spowodowało to pewne scementowanie rodziny. Starsza córka Almy – Anna Mahler – miala 13 lat, była wszechstronnie utalentowana, akceptowała i miała bardzo dobry kontakt z kolejnymi partnerami matki i darzyła wielką sympatią swoją młodszą (jednoroczną) siostrę.
W lipcu, gdy Alma była w 7 miesiacu ciąży, odwiedził ją Werfel. W pamiętniku zapisał: “Straciłem kontrolę nad sobą. Kochaliśmy się! Nie oszczędzałem jej...”
Kilka godzin później Alma dostała silnego krwotoku. Służąca posłała Franza po lekarza. Po ciemku zbłądził, zabłąkał się na jakieś mokradła. Zdesperowany złożył ślub – jeśli wszystko zakończy się pomyślnie, to nigdy nie opuści Almy i rzuci palenie.
Na szczęście córka Almy – Anna – nie straciła głowy i wezwała telefonicznie lekarza z Wiednia. Gdy wreszcie Franz wrócił do domu, Alma poprosiła go do swojego pokoju. Była tak piękna, że Franz miał łzy w oczach. Powiedział Almie, że czuje się winny tego co się wydarzyło.
Odpowiedź Almy: “Winny. Jesteś tak samo winny jak ja. A ja nie jestem wcale winna. Wina! Dla mnie takie pojęcie nie istnieje.”
Alma została przeniesiona do szpitala w Wiedniu. Franz próbował dodzwonić się do szpitala, żeby dowiedzieć się o stan jej zdrowia. Dodzwonił się następnego dnia o 9 rano. Telefon odebrał… Walter Gropius. Dziwnym trafem dostał właśnie przepustkę i przyjechał niezapowiedziany. Grzecznie poinformował Franza: “To była bardzo trudna noc. Dziecko urodziło się żywe. Alma czuje się dobrze, jak można się było spodziewać.”
Franz odwiedził ją w szpitalu następnego dnia…
“Z jej twarzy odpłynęła wszelka krew, ale nigdy nie była tak piękna. Kobieta, którą kochałem… a ja musiałem udawać obojętnego znajomego.”
Pierwsza refleksja Werfla na widok nowonarodzonego dziecka była – “nie miałem watpliwości, ten chłopiec należał do mojej rasy.”
Blade, milczące, niemowlę deprymowało go. Żeby chociaż płakało.
Kilka dni później Alma rozmawiała przez telefon z Franzem. Dyskutowali, jakie imię dać chłopcu. W tym momencie do pokoju wszedl Walter i usłyszał, że Alma zwraca sie do Werfla per Ty. Na widok męża odłożyła słuchawkę. To Twój kochanek? – spytał Gropius. Alma nie odpowiedziała.
Tego samego dnia Walter zapukał do drzwi apartamentu Franza. Nikt nie otworzył więc zostawil w drzwiach list następującej treści – “błagam Pana na miłość boską – bądź ostrożny z Almą, łatwo o nieszczęście i możemy stracić dziecko” – podkreślenie moje.
Refleksja Franza Werfla – “gdy przeczytałem ten szlachetny list, nie wiedziałem gdzie się podziać.”
Alma naradzała się z Franzem, jakie imię nadać synowi? Nie znalazłem wzmianki o tym, żeby naradzała się na ten temat z mężem. Wybrano imię Martin, które jest imieniem stryjecznego dziadka Waltera, również słynnego architekta – KLIK– ale może to tylko przypadek.
W pierwszych dniach listopada 1918 roku Walter został zwolniony z wojska, odwiedził Franza Werfla i razem zapukali do drzwi domu Almy. “Wynoście się!” – krzyknęła Alma – “wynoście sie obaj. Nie chcę mieć nic wspólnego ani z Tobą Walterze, ani z Tobą Franz. I nie tkniesz moich dzieci. One są moje!”
12 listopada 1918 roku abdykował następca Franciszka Józefa, cesarz Karol I, Austria stała się republiką. Tłumy pod nową czerwono-biało-czerwoną flagą ruszyły pod budynek parlamentu. W zamieszaniu komuniści wydarli z flagi biały pas i szczepili ze sobą dwa pozostałe. Franz Werfel, który w swojej dotychczasowej twórczości głosił hasła braterstwa ludzi, wpadł w euforię. Następnego dnia zgłosił się do Almy w mundurze Czerwonej Gwardii, prosząc ją o błogosławieństwo. Alma pocałował go w czoło bez wiekszego przekonania. Gdy wrócil do niej wieczorem, brudny, cuchnący tytoniem i tanim alkoholem, odesłała do z powrotem, tam gdzie należy. Stał więc cały dzień na ławce w parku krzycząc – precz z kapitalizmm i wzywając tłum do wzięcia banku siłą.
Jednak rewolucja potoczyła się swoim torem i ostatecznie władzę przejęło zamożne mieszczaństwo. Franza spotkało powszechne potępienie, poszukiwała go policja. Na szczęście znalazł się poręczyciel – Walter Gropius ze swoją nieskazitelną kartą z frontu – cztery razy ranny, dwa razy odznaczony Krzyżem Żelaznym.
Po tym szlachetnym czynie Walter wyjechał do Belina, żeby zdobywać środki na utrzymanie swoje i rodziny.
W styczniu 1919 roku Martin poczuł się źle i został zabrany do szpitala. Alma pojechała odwiedzić męża. Gropius był pełen entuzjazmu – przeniosą się do Weimaru. Przedstawił jej swój nowy projekt – Bauhaus – KLIK.
Reakcja Almy – Co? Wegetować do końca życia z Walterem w Weimarze? Nigdy!
W następnych dniach Walter otrzymał z Wiednia depeszę powiadamiającą go o śmierci syna. Nienaganny jak zawsze, powiadomił o tym fakcie Franza Werfla.
W tym momencie Alma miała wszystkiego dosyć. Wiedziona nagłym impulsem, pozostawiła Waltera z córką, a sama pojechala do Wiednia odwiedzić… Oskara Kokoschkę, który zasypywał ją błagalnymi listami twierdząc, że bez niej nie jest w stanie niczego namalować.
Na szczęście dla stanu moich nerwów nie zastała go. Wróciła do męża z ostateczną decyzją – chce się rozwieść. Walter był właśnie całkowicie pochłonięty swoją pracą, sprawy rodzinne zeszły na drugi plan, był więc skłonny zgodzić się na rozwód. Pod jednym warunkiem – Manon zostanie pod jego kuratelą.
Alma wróciła do Wiednia, gdzie czekał na nią Franz Werfel zakochany jeszcze bardziej niż przedtem. W liście do Almy przedstawił bardzo logiczne argumenty:
“Almitschka, żyj dla mnie. Swoją przyszłość widzę tylko w Tobie. Chcę się z Tobą ożenić. Nie tylko dlatego, że Cię kocham, ale ponieważ wiem, że jeśli jest na świecie osoba, która może przynieść mi samorealizację i zrobić ze mnie artystę, to jesteś nią Ty.”
Alma ocenila tę deklarację bardzo trzeźwo:
“Franz to mały ptaszek w mojej dłoni, z bijącym sercem i rozbieganymi oczami, którego muszę chronić przed pogodą i kotami. Czasem udaje bohatera, ale wolę go uważać za małego ptaszka, gdyż w gruncie rzeczy nie potrzebuje on mnie, ani nikogo innego.”
Na początek narzuciła Franzowi bardzo ostrą dyscyplinę twórczą. Sytuacja materialna nie zmuszała go do wytężonej pracy, gdyż ojciec wypłacał mu regularną pensję. Teraz Alma uzależniała częstotliwość spotkań od postępów w pracy. Efekty nie kazały na siebie długo czekać. W pierwszej połowie 1919 roku Franz napisał adaptację Trojanek Eurypidesa i dwie sztuki teatralne wystawiane w Lipsku, Monachium i Pradze.
W połowie lipca 1919 roku Walter Gropius postanowił ostatecznie zakończyć swoje, zakrawające na farsę, małżeństwo. Aby oszczędzić Almie wystąpień w sądzie, wziął całą winę na siebie. W tym celu zaaranżował spotkanie z prostytutką w obecności świadków, którzy złożyli w sądzie odpowiednie zeznanie. Zrezygnował również z żądania kurateli nad Manon, domagał się jedynie regularnych wizyt. Alma nie spełniła nawet tego żądania. W ciągu następnych lat Manon spędziła u ojca tylko jeden dłuższy okres. W międzyczasie Walter wysyłał córce regularnie drobne prezenty, w których znajdowały się listy ukryte przed czujnym wzrokiem Almy.
Nieco inaczej postąpił Oskar Kokoschka. Po zakończeniu wojny przeniósł się z Wiednia do Drezna, gdyż bliska obecność Almy mąciła mu spokój. W Dreźnie zamówił lalkę wielkości człowieka przypominająca Almę. Woził ją ostentacyjnie powozem, zabierał do opery, siedziala wraz z nim przy stole podczas posiłków. Jednak i to się skończyło. Któregoś wieczora Oskar urządził wielkie przyjęcie, przygrywała orkiestra kameralna drezdeńskiej opery. Wino lało się strumieniami plamiąc garderobę lalki. W końcu rzucono ją w krzaki urywając przy okazji głowę. Sen o powrocie Eurydyki się zakończył.
Wyjaśnienie: Kokoschka napisał sztukę Orfeusz i Eurydyka. W 1923 roku została ona przerobiona na operę. Muzykę napisał Ernst Krenek – mąż Anny Mahler, córki Almy. Na marginesie zaznaczę, że to był już drugi mąż 19-letniej wówczas Anny. Córka wyraźnie prześcignęła matkę.
Franz Werfel nieustannie namawial Almę do małżeństwa – przecież złożył ślub, że jej nie opuści. Alma nie była do tego przekonana. Być może zadawała sobie sprawę, że status wdowy po Mahlerze daje jej wyższą pozycję społeczną.
Salon pani Almy był miejscem spotkań przedstawicieli rządu, kościoła, świata dyplomacji, literatury, muzyki, teatru – każdy kto się liczył, tam był. Pani domu, wysoka, nienagannie ubrana, nadal imponująca twarzą i figurą, krążyła między nuncjuszem papieskim, Ryszardem Starussem, Arnoldem Schönbergiem. Między ministrem a czołowym tenorem, arystokratami i obecującymi poetami – pisał Klaus Mann.
W swoim salonie Alma prezentowała niczym Artemida, bogini polowania, swoje trofea – portert autorstwa Oskara Kokoschki przedstawiający ją w roli Lukrecji Borgii i rękopis X symfonii Gustawa Mahlera strategicznie otwarty na stronie z pamiętną dedykacją: „Boże, Boże, dlaczego mnie opuściłeś? Do widzenia moja liro! Żyć dla Ciebie, umrzeć dla Ciebie, Almschi!”
Jednak Alma nie czuła się dobrze w Wiedniu po upadku cesarstwa. Być może to zadecydowało o ostatecznej decycji poślubienia Franza. Bardziej praktycznym powodem tej decyzji mogła być chęć stworzenia stabilnego domu rodzinnego dla 13-letniej wówczas Manon. Córka Almy i Waltera Gropiusa była niezwykłym dzieckiem. Podczas pierwszego spotkania z teatrem w wieku 5 lat wykazała ogromną wrażliwość i talent aktorski. Matka stworzyła jej warunki do bliskich kontaktów z naturą. Manon czuła się doskonale w świecie roślin i zwierząt.
Ostatnią przeszkodą był napisany przez Werfla wiersz z okazji rocznicy śmiercu Lenina, ale Alma pokonała i tę przeszkodę. Śłub odbył się 8 lipca 1929 roku. Alma miała wtedy 50 lat.
W podróż poślubną wybrali się do Egiptu, Palestyny i Libanu. Tam Werfel zapoznał się z tragedią armeńskich uchodźców. Rezultatem była książka 40 dni Musa Dag – KLIK. Warto wspomnieć, że w tym czasie Werfel był jednym z najpopularniejszych pisarzy niemieckich. Stawiano go w jednym rzędzie z Tomaszem Mannem. Książka 40 dni Musa Dag przyniosła mu światowy rozgłos. Zgłoszono jego kandydaturę do Nagrody Nobla.
To było trochę za wiele dla Almy. Znalazła się w cieniu słynnego pisarza. Kompensowała to gorliwością religijną. Codziennie uczestniczyła w mszy świętej odprawianej przez Johannesa Hollnsteinera. Po mszy odwiedzała go w jego apartamencie, a popołudniu limuzyna duchownego stała pod jej domem.
“Moje całe jestestwo domaga się, abym mu się poddała, ale muszę stawić opór tym żądaniom. To pierwszy mężczyzna, który mnie podbił.” Pierwszy?
Tak nadszedł rok 1933, książki Franza Werfla znalazły się na stosie. Werflów odwiedzili H.G. Wells, Dorothy Thompson i Sinclair Lewis, którzy zostali właśnie wydaleni z Niemiec i opowiadali, co tam widzieli. Alma i Franz byli oślepieni społecznymi osiągnięciami faszyzmu i nie słuchali ich argumentów. Franz nie miał oporów, żeby zgłosić swoją kandydaturę do Nazistowskiego Związku Pisarzy Niemieckich. Jako obywatelstwo podał – mniejszość niemiecką w Czechosłowacji. Podpisał deklarację lojalności wobec Hitlera. Dopiero gdy jego kandydatura została odrzucona, zaczęły go nachodzić wątpliwości.
Walter Gropius zachował się podobnie. W kwietniu 1933 roku policja wkroczyła do Bauhausu i aresztowała 30 studentów. Nazistowska prasa określała Bauhaus jako wylęgarnię bolszewizmu i źródło zdegenerowanej sztuki. Walter nie był już wtedy dyrektorem Bauhausu, nie doświadczył żadnych prześladowań i nadal uważał, ze architektura jest niezależna od polityki. Zgłosił swoje projekty na nazistowską wystawę sztuki.
W lipcu 1934 roku austriaccy naziści zamordowali kanclerza Dolfussa. Wiedeński walc się skończył.
PS. Jako przeciwwagę dla zdetronizowanego Cesarskiego Walca proponuję utwór Maurycego Ravela – La Valse – KLIK– dla którego inspiracją był pobyt w Wiedniu. Artysta mieszkał wtedy w domu Almy Mahler. Wybrałem transkrypcję fortepianową Glenna Goulda, która według mnie odkrywa wnętrze tego utworu. La Valse był powodem gniewnego zerwania kontaktów Ravela z Diagilewem i nieomal doprowadził do pojedynku, ale to już nie należy do tej historii.
Bibliografia:
1. Françoise Giroud – The art of being loved – KLIK.
2. Alma Mahler – And the bridge is love – KLIK.
Siostrą Anieli, drugą córką Józefa Berlinerblau’a była Dorota, (w domu mówiono o niej Dosia), urodzona 1 sierpnia 1898 roku. Po matce, która uzyskała dyplom warszawskiej Szkoły Rysunku, odziedziczyła talent i po ukończeni w Warszawie na pensji 6 klas, studiowała w Krakowie na Akademii Sztuk Pięknych pod kierunkiem Wojciecha Weissa, Józefa Pankiewicza i Felicjana Szczęsnego Kowarskiego. Po studiach w 1925 roku przeniosła się do Paryża, przystując do Komitetu Paryskiego tj. do grupy polskich malarzy działających w stolicy Francji pod patronatem Józefa Pankiewicza i ówczesnego rektora ASP w Krakowie A. Szyszko-Bohusza. W skład Komitetu Paryskiego wchodzili między innymi Jan Cybis i jego żona Hanna Rudzka-Cybisowa. Nazwa ugrupowania – kapiści – pochodzi od liter KP, które oznaczały Komitet Paryski czyli Komitet Paryskiej pomocy dla wyjeżdżających studentów
na studia malarskie do Francji.
Kapiści byli grupą artystyczną, malującą zgodnie zasadami pointylizmu, polegającym na kładzeniu obok siebie podobnych w formie, jednakowej wielkości małych plamek czystego koloru, dzięki czemu powierzchnia obrazu stwarza wrażenie barwnej wibracji. Jest to metoda charakterystyczna dla twórczości neoimpresjonistów, a wywodząca się z francuskiego impresjonizmu. Kapiści organizowali wspólne wystawy, pierwsza odbyła się w 1930 roku w Paryżu, następna w galerii Moos w Genewie. Powrót kapistów do kraju nastąpił w 1931 roku, wtedy grupa „KP” miała wystawę w Polskim Klubie Artystycznym w Warszawie, następna wystawa tej grupy była zorganizowana w 1934 roku w Warszawie w Instytucie Propagandy Sztuki, a ostatnia w Salonie 35 w Poznaniu.
Dorota Berlinerblau poślubiła Mieczysława Seydenmanna i stąd, w pracach naukowych pojawia się często jako polska malarka Dorota Seydenmann. W czasie II Wojny Światowej Hanna Rudzka-Cybis, która pomagała prześladowanym Żydom, ukrywała Dorotę, która dzięki temu nie poszła do getta. Na skutek denuncjacji, Dorota Seydenmann nie chcąc ryzykować życia Rudzkiej-Cybis, wyjechała do kuzynki do Rabki, tam jednak została wydana i mimo dobrych dokumentów, osadzona w więzieniu w Nowym Sączu. Została zgładzona koło Nowego Roku. Miejsce jej grobu nie jest znane.
Na aukcjach jej obrazy pojawiają się niezwykle rzadko i są przez znawców bardzo cenione.
Elektrownia Boxberg rozpiera się dumnie na równinie w pobliżu Běłej Wody. Jest tak wielka i tak mocno przyciąga wzrok, że łatwo byłoby przeoczyć znajdujący się w jej bezpośrednim sąsiedztwie Park Głazów Narzutowych w Wochozach, który odwiedziliśmy tydzień temu. Byłoby, ponieważ stał się on tak sławny, a dojazd do niego jest na tyle dobrze oznakowany, że przeoczyć go nie sposób. Za to dokładnie po przeciwnej stronie kompleksu budynków elektrowni ukrywa się obiekt, który zazwyczaj i z zasady jest pomijany. Nie doczekał się godnej publicité, a szkoda. Mały, drewniany kościółek w wiosce Sprjowje (Sprey).
Kościół w Sprjowje. Stareńki, bo z początku szesnastego stulecia pochodzący. Trzyma się świetnie, jak na swój wiek.
Katolicki czy ewangelicki? Ano właśnie! W tym, jak mówią, sęk. Stereotyp głosi, że Dolne Łużyce przyjęły protestantyzm, zaś Górne pozostały przy rzymskiej wierze. A skoro to Hornja Łužica… Lecz stereotyp, jak to stereotyp: jest w nim ziarno prawdy, ale znajdzie się też spora domieszka przekłamań oraz nieścisłości. Nie całe Górne Łużyce pozostały katolickie. I tutaj nauka Lutra znalazła licznych wyznawców. A kościółek w Sprjowje jest właśnie ewangelicki.
W ogóle trzeba zauważyć, że epizod reformacyjny mocno zaważył na historii Łużyc. Viator już wielokrotnie w swych peregrynacjach prezentował spuściznę Mikławša Jakubicy. A przecież nie był on jedyny. Cała generacja pastorów Serbołużyczan, realizując luterański postulat wprowadzenia do liturgii języków narodowych, dokonała licznych przekładów Pisma Świętego i Katechizmu, stworzyła arcydzieła piśmiennictwa religijnego, położyła podwaliny pod literaturę serbołużycką. I na kilkaset lat spowolniła proces wynarodowienia Wendów. Najsłynniejszym wśród nich był z pewnością Kaspar Peuker, o którym Viator już TU wspominał. Ale przypomnijmy raz jeszcze, bo warto. Urodził się przyszły pastor w Budyšinje (dokąd wciąż konsekwentnie zmierzamy) w rodzinie bogatego rzemieślnika, który miał możliwość sfinansowania nauki syna. I tak los dał młodemu Łużyczaninowi niepowtarzalną szansę na rozwinięcie talentów, którymi go hojnie uprzednio obdarzył. Wieloletnie studia na licznych uczelniach zaowocowały ukształtowaniem jeszcze jednego człowieka renesansu: matematyk, astronom, filozof, historyk, geograf i medyk – nadworny lekarz elektorów saskich. Wybitny teolog i działacz reformacyjny. Uczeń, przyjaciel, a wreszcie zięć wielkiego Filipa Melanchtona, któremu, jako biegły w języku górnołużyckim, umożliwiał i moderował kontakty z licznymi teologami oraz duchownymi pochodzącymi z wielu krain słowiańskich. Nauczyciel Niemiec był dumny ze swego zięcia i w nim właśnie znalazł wiernego oraz skrupulatnego strażnika swej spuścizny. Stanowczo za mało znamy historię najmniejszego narodu słowiańskiego… I to my na tym tracimy, a nie Serbołużyczanie!
Kaspar Peuker. Czy podczas którejś ze swych licznych podróży między Budziszynem, Wittenbergą, Lipskiem, Dreznem, Zgorzelcem i tyloma innymi miastami zatrzymał się kiedyś, aby podumać w zaciszu sprjowskiej świątyni? Niewykluczone, kościółek za jego życia już stał.
Prawdą jest jednak, iż istnieją duże obszary Górnych Łużyc, gdzie ani Peuker, ani inni pastorzy nie odnieśli żadnych sukcesów. Trójkąt, którego wierzchołki wyznaczają miasta Budyšin, Kamjenc (Kamenz) i Wojerecy, czyli Hoyerswerda. To Katolska Hornja Łužica. I to jak katolska! Czy wydaje się czasem Czytelnikom, że w Polsce aż gęsto od przydrożnych kapliczek i krzyży? Wobec tego Viator zaprasza do Kulowa (Niemcom znanego jako Wittichenau), dziesięć kilometrów na zachód od Boxbergu. To już Łużyce Katolickie. A w miasteczku, nie tak znów dużym (bo zaledwie sześć tysięcy dusz liczącym) krzyż, można rzec, na krzyżu. Pobieżnie i w pośpiechu rachując, Viator naliczył ich ze dwadzieścia – po kilka na każdej ulicy. I co najmniej drugie tyle w sąsiednich wioskach.
Krzyż w Kulowje, jeden z wielu. Jakie jest ich przeznaczenie? Do tych danych Viator na razie nie dotarł, ale najprawdopodobniej są darami wotywnymi – wyrazem prośby lub podziękowania Bogu.
Wszystkie bardzo do siebie podobne: czarne krzyże, pozłociste postacie i szare cokoły, a na nich cytaty z Biblii lub pobożne sentencje. Na przykład taka:
Stož Božu martru
zanč nima a ju tež
njewopomina, tón nihdy
zbóžny njebudźe.
Ow wopomń wšak
to, čłowječe!
Zaiste, wielka była i jest pobożność tutejszych katolików! Mogli iść w zawody ze swymi ewangelickimi pobratymcami, do kogo bardziej odnoszą się słowa Pisma: Gorliwość o dom Twój pożera mnie! Ale, gdy w XVI wieku pastorzy tworzyli renesans łużycki, księża nie popisali się aktywnością na tym polu. Z nawiązką odrobili to zaniedbanie w wieku XIX. Wtedy, gdy całą Słowiańszczyznę ogarnął ruch odrodzenia, również Łużyce przeżyły swą drugą wiosnę. W roku 1847 utworzona została Maćica Serbska, organizacja mająca na celu pielęgnowanie języka i kultury serbołużyckiej. A po niej powstawały inne stowarzyszenia. Katolicy i protestanci działali w nich ramię w ramię.
Dziś górę wzięli papiści. Ostatnie zwarte obszary o wendyjskim charakterze językowym znajdują się już tylko na Łużycach Katolickich. Przywiązanie do tradycji też tutaj jest najsilniejsze. Koniecznie przyjedźcie do Kulowa lub do innej okolicznej miejscowości rankiem w niedzielę Paschy. Křižerjo, czyli konną procesję wielkanocną trzeba zobaczyć choć raz w życiu.
Nie pomyślał swego czasu Viator, żeby uwiecznić na zdjęciu proporzec z napisem Dzwońcie dzwony. Dlatego stosowną fotkę musiał pożyczyć.
Tradycje są żywe, a język łużycki wciąż pozostaje w użyciu. Dla coraz mniejszej liczby mieszkańców, to fakt. Ale jednak! A fotka absolutnie autorska.
Wiek XIX to czas współpracy Serbołużyczan katolików i ewangelików. Wcześniej różnie się układało. Ale to przecież nie Łużyczanie obu konfesji rzucili się sobie do gardeł. Całe Rzymskie Cesarstwo Narodu Niemieckiego (plus kilka krajów ościennych) ogarnął amok, który zaczął się defenestracją praską, a zakończył dopiero pokojem westfalskim. Dlaczego Viator przywołuje te zamierzchłe czasy? Jasne, że nie czyni tego bez przyczyny. Wszak sprytna z niego bestia i nieprzypadkowo zwabił Czytelników właśnie do Kulowa! Bo tutaj kole końca tej wojny, co się trzydzieści roków ciągła (jak to w niezapomnianych Igraszkach z diabłem ujął zapchlony, wsiowski czart Karborund, grany przez Jana Prochyrę) miało miejsce brzemienne w skutki zdarzenie. Elektor saski nadał jednemu ze swych pułkowników, zasłużonemu wielce w licznych bojach, folwark Wulkie Zdźary (Groß Särchen) opodal Kulowa. Pułkownik nazywał się Jan Szadowic i był Chorwatem na służbie elektorskiej. Jako właściciel folwarku okazał się panem sprawiedliwym i ludzkim, a przy tym, jako Słowianin, bez większych problemów porozumiewał się ze swymi wendyjskimi poddanymi. Zapewne niejednokrotnie stawał też w ich obronie. Zapisał się trwale w pamięci miejscowych jako opiekun i przyjaciel prostego ludu. Z czasem legenda połączyła postać pułkownika Szadowica z innymi miejscowymi baśniami i podaniami (zaklęty młyn, młynarz czarnoksiężnik, co pakt z diabłem podpisał, biedny ale bystry parobek jako uczeń czarnoksiężnika i jeszcze kilka innych). Tak z Chorwata, czyli Kroata powstał… Krabat – dobry łużycki czarodziej. Wielokrotnie i na różne sposoby serbołużyccy (i nie tylko) pisarze starali się zaprezentować tą największą postać łużyckiej mitologii. Měrćin Nowak – Njechorński w książeczce Mistrz Krabat, dobry łużycki czarodziej z myślą o młodszych czytelnikach przedstawił wersję legendy rzeczową, z wyraźnym przesłaniem społecznym. Otfried Preussler w swym Krabacie snuje opowieść baśniową i ekspresyjną. Jurij Brězan, pisząc Čorny młyn oraz Krabat albo przemiany świata stworzył niemalże traktaty filozoficzne, w których dzieje Czarownika są metaforą ludzkiego losu.
Njechorński, poza opowieścią, wykreował też wizerunek Mistrza Krabata, który chyba najsilniej zakorzenił się w powszechnej świadomości. Nie jest to wszakże wizerunek jedyny.
Poza Czarnym Młynem wszystkie wymienione książki zostały przetłumaczone na język polski. Nic, tylko siadać i czytać – Viator nie powie ani słowa więcej! Można, rzecz jasna, obejrzeć również film Uczeń czarnoksiężnika, ale, jak to z dziełem popkultury bywa, filmowy Krabat ma tyle wspólnego z pierwowzorem, co… powiedzmy… Myszka Miki z Myszeis? Czy jakoś tak… Łużyckości w nim za grosz nie uświadczysz.
Grób pułkownika Szadowica znajduje się w kulowskim kościele, zaś na rynku stoi posąg Krabata.
Krabat na rynku w Kulowje. Co oznaczają ptaki i pozostałe symbole? Przeczytajcie.
XXXXX
XXXXX
XXXX
XXXXX
XXXX
Lektura wyjaśni także, czemu na pomniku uwieczniono tę niewątpliwie sympatyczną myszkę. Z Mickey Mouse nie ma ona oczywiście niczego wspólnego!
Ufff, sporo czasu zmitrężyliśmy w Wittichenau. Ale chyba było warto? Tak czy inaczej, cierpliwości Czytelników nie można dłużej doświadczać i wystawiać na próbę. Viator obiecuje solennie, iż za tydzień już na pewno przekroczymy bramy Budyšina. Ale najpierw wspomnimy tych, którym nie było dane tego uczynić…
Kochani, zapewne wiecie, że skończyłam właśnie miesiąc temu 65 lat. Oznacza to, że już na pewno nie umrę młodo, choćbyśmy tę młodość przeciągali w niekończoność, ale oznacza to też, że zapewne będę długo żyła i umrę staro. Nie zależy mi specjalnie na długości życia, ale po prostu tak teraz jest, że ludzie długo żyją, znacznie dłużej niż dawniej. Jak byłam małą dziewczynką, znałam tylko jedną starą osobę – była to prababcia Jadwiga, babcia mojego ojca. Teraz znam masę osób po 80, a ktoś wyliczył, że w rodzinie mojego męża żyje jeszcze i w większości ma się dobrze kilkanaście osób z wieku i urzędu należących do kategorii prababcia i pradziadek.
Czyli jeszcze pożyję, chyba, że Los zadecyduje inaczej. Ponieważ jednak o postanowieniach Losu nie nam decydować, zakładam teoretycznie dla potrzeb tego wpisu, że jeszcze pożyję i że, jeżeli nic się nie zmieni, wciąż będę miała masę znajomych. I to do nich skierowany jest ten wpis. Reszta niech jednak też poczyta i powie sobie w głębi ducha uczciwie, że mam rację. Bo kochani, możemy się różnić w szczegółach, ale na pewno każdy z nas i w każdym wieku chętnie zrobiłby taką listę i przybił, jak Luter, do drzwi najczęściej używanych czyli, zapewne, drzwi do klopa.
I zanim się na mnie na śmierć obrazicie, o to, co tu napisałam, pamiętajcie, że bardzo was lubię, a niekiedy nawet kocham.
A zatem, do rzeczy.
Proszę, nie sprzątajcie mi w domu (chyba, że wam za to zapłaciłam), nie naprawiajcie moich przedmiotów, dzbanków, żelazek, mikserów (chyba, że o to poprosiłam), nie ostrzcie mi noży, nie odpowietrzajcie mi kaloryferów, nie przetykajcie rur, nie otwierajcie okien bez porozumienia ze mną, bo w moim mieszkaniu panują przeciągi godne miana wichrów Historii, a jak uchylone przez was okienka mi potrzaskają, to przecież mi za nie nie zapłacicie. No.
Pomagajcie mi tylko wtedy, kiedy Was o to poproszę. A na pewno poproszę. I na pewno się odwdzięczę. Ale nie każcie mi na stare lata uczyć się, jak wykonać rzeczy, których nigdy jak dotąd nie robiłam. Nie robiłam, bo nie umiałam, nie chciałam, nie mogłam, nie byłam w stanie, nie miałam siły. Potrafiłam natomiast zawsze albo przekonać kogoś, żeby to za mnie i dla mnie zrobił, albo zarobić i zapłacić fachowcowi.
I tak zamierzam funkcjonować aż do śmierci.
Nie karmcie kota, ani go nie głaszczcie, bo jak was podrapie i pogryzie, to sami będziecie sobie winni. Natomiast pamiętajcie, że w apteczce zawsze jest jodyna, plaster i bandaże, i nawet jakby mnie nie było, to ktoś, na przykład wy sami, udzieli wam pierwszej pomocy. Ale też nie urągajcie kotu, nie nazywajcie go sierściuchem, i nie marudźcie na jego charakter. Mój kot JEST istotą z charakterem (w końcu to mój kot), a poza tym, jest stary i jak ja, umrze staro, skoro już dziś ma 19 lat.
Nie wtrącajcie się w moje garnki, chyba, że umówiłam się z wami, że będziemy wspólnie gotować. Ale jeśli nie, to gotuję ja i gotuję po swojemu. A wy w każdej chwili, jeśli się tak umówimy, możecie ugotować czy upiec coś po swojemu. I ja wam się też nie będę wtrącać.
Nie każcie mi solić i pieprzyć wspólnego jadła, bo ja nie cierpię zbyt słonego i zbyt ostro przyprawionego jedzenia, a co gorsze mój organizm go nie cierpi. Czyli, łagodnie mówiąc, potem choruję. Jeśli wam nie smakuje, to nie jedzcie, OK? Zawsze mogę was, całkiem w stylu obywateli społeczeństwa przyjmującego, poinformować, gdzie jest najbliższa knajpa.
Nie oczekujcie, że po 65 latach mówienia, co ja myślę, zacznę nagle mówić to, co wy myślicie. Już jako kilkunastoletnia panna usłyszałam od mojego ukochanego profesora Tadeusza Kielanowskiego, że mam nadzwyczaj oryginalny sposób myślenia. I tej wersji będziemy się trzymać. Natomiast jeśli naprawdę tak was wpieprza to, co i jak mówię, to rozmawiajcie ze mną tylko o pogodzie. Podporządkuję się na pewno.
Nie mówcie mi, proszę, że jestem gruba. Sama wiem. A ja wam przecież tego nie mówię.
I ostatnie – nie udzielajcie mi porad, jeśli o to nie poprosiłam. A jeśli poprosiłam, to pamiętajcie, że poprosiłam o opinię, a nie o podjęcie za mnie decyzji. Czyli nie rozliczajcie mnie z tego, że nie postąpiłam tak, jak mi kazaliście.
Ufff, długa lista. Ale skoro zaczęłam ten wpis od Lutra, to i na Lutrze go zakończę.
Oto stoję przed wami. Nie mogę uczynić inaczej./ Hier steheich, ichkann nicht anders, Gott helfe mir, Amen!
Anton von Werner (1843-1915), Staatsgalerie Stuttgart
Przypominam, że Luter powiedział to w roku 1521 w Wormacji na obradach Sejmu Rzeszy, który oskarżył go o herezję.
31 kilometrów plus 2 na dwukrotne błąkanie się w poszukiwaniu drogi.
Spuchła mi noga i człapię sobie powolutku.
Wychodzę z Palencji i wchodzę do prowincji Leon. W mijanych miastach i wioskach pojawiają się napisy Leones libros lub Leones sin Castilla. Prowincja Leon nie ma ochoty należeć do tzw. junty. Napis Junta Castilla y Leon można znaleźć praktycznie rzecz biorąc wszędzie i każdy Polak, zanim się przyzwyczai, otrząsa się jak kot w kąpieli. Nic na to nie poradzę, w mojej polskiej podświadomości junta to Jaruzelski, Pinochet i Pol Pot. A to takie zwykłe słowo, jak – nie przymierzając – joint.
Na wielkim bilboardzie reklamującym Drogę do Santiago de Compostela jako dziedzictwo europejskie, ktoś dopisał Camino del Marketing. Nieznany mi człowiek, który to napisał, myślał sobie zapewne dokładnie to samo, co ja dziś sobie przez cały dzień myślę. Biznes. Biznes wszędzie, cwaniactwo, oszustwo i biznes. Dochodzę do wielkiego jak koszary schroniska w Sahagun. To fabryka przerabiająca pielgrzymów na pieniądze, a chyba nawet nie pielgrzymów, tylko turystów albo jeszcze jakichś innych uczestników tego biznesu. Po schronisku pałętają się jacyś dziwni ludzie, których nigdy nie spotka się w drodze. Muskularny piękniś, w śnieżnobiałym szlafroku frotee, rozwalony na łóżku jak aktor w filmach pornograficznych. Rozsunięte poły szlafroka to ewidentna zachęta do erotycznych kontaktów. Może krzywdzę tego pana, ale sądzę, że mają to być kontakty, w których mu się płaci. W łazience jego żeński odpowiednik – biuściata opalona kobieta w obcisłym kostiumie kąpielowym, ponętnie wygięta przed lustrem, układa włosy lokówką. Obok na krześle kosmetyczka wielkości połowy mojego plecaka.
Zapłaciłam już za nocleg 7 euro, próbuję je odzyskać w recepcji, ale nie można, nie da się, nie da rady… Nie słucham, co jeszcze powie mi przystojny recepcjonista, zabieram plecak i idę. Pal diabli 7 euro. Do Bercianos jeszcze 11 kilometrów. Trudno. Lepiej 11 kilometrów niż to panopticum w schronisku.
Człapię powolutku, ale docieram na czas, choć wcale nie wiedziałam, że jest jakiś czas, w którym mam dotrzeć. Ale był. Dostaję ostatnie miejsce w schronisku. Mam materac w trzyosobowym pokoju, w dużych salach już nie ma miejsc. Och, jaka szkoda.
W Bercianos mieszkamy w starym wiejskim domu parafialnym z XVII wieku. O 19 przychodzi ksiądz i błogosławi nas wszystkich, o 20 – wspólna kolacja, a potem wychodzimy za wioskę i oglądamy wspólnie zachód słońca. Spotkałam masę znajomych z drogi. Wszyscy dotarli tu przede mną. Nie człapali ze spuchniętą nogą i nie próbowali szczęścia w Sahagun. Okazuje się, że każdy pielgrzym wie, iż to żółte schronisko trzeba omijać ogromnym łukiem. Każdy wie, tylko ja nie. Ale za to już nigdy nie zapomnę. Myślę, że na łożu śmierci uniosę się jeszcze ostatkiem sił, popatrzę uważnie na zgromadzoną wokół mnie rodzinę i powiem z naciskiem, nigdy nie nocujcie w schronisku w Sahagun!
W Bercianos spotykam ślepego pielgrzyma. Idzie w towarzystwie kobiety i młodego człowieka, których traktuje wyniośle i rozkazująco. Nie wiem czy to żona i syn, czy ludzie wynajęci, czy wreszcie przypadkowi towarzysze podróży. Wiem, że dostaję tu mocno po głowie za pielęgnowanie idealistycznych przekonań, wedle których jeśli ślepy idzie na taką trudną wędrówkę, to prowadzi go miłość, dobroć i pokora. Bogdaj tam! To autorytarny tyran i każdy, kto mu się napatoczy pod rękę, ma mu czołobitnie służyć. Czuje się arogancką pewność siebie, że jeśli on, inwalida, przyjął na siebie ciężar pielgrzymki, to należy mu się absolutnie wszystko. Widzę, że po kolacji nie tylko ja, ale i reszta pielgrzymów, odsuwamy się jak najdalej od tej dziwnej niechętnej postaci.
Ale jest też przeciwwaga – 70-letnia francuska babcia z wnuczką, tak na oko około 10 lat. Są przemiłe, i dla siebie, i dla nas. Mała opowiada o trasie i o tym, że już od roku trenowały z babcią chodzenie, żeby sprostać trudom drogi. Rodzice załatwili dziewczynce zwolnienie ze szkoły. Odwieźli obie do Burgos i przyjadą też po nie do Santiago.
Tak to po raz pierwszy słyszę z ust pielgrzyma, że dojdzie się do Santiago. Najwyraźniej istnieje jakieś niepisane prawo, które pozwala podczas wędrówki rozmawiać o życiu i o drodze, ale zabrania rozmów o celu tej drogi. Francuska dziewczynka nic sobie z tego nie robi. Dojdą z babcią do Santiago, a tam będą czekali mama i tata.
Kładziemy się spać. Hospitalera prosi, żeby nie nastawiać budzików i nie wychodzić przed śniadaniem. Obudzi nas muzyka, zjemy śniadanie, posprzątamy, pozmywamy i wtedy pójdziemy.
To pierwsze schronisko, w którym obudzi nas muzyka. Miłe doświadczenie, niestety od teraz będzie to się zdarzało coraz częściej i będzie to wszędzie ta sama muzyka. Widocznie ktoś zrobił biznes na budzeniu pielgrzymów.
Ptaki żegnają przestrzeń
Szybując niby kluczami
Po bezkresie szarego nieba
Do nowej przystani spokoju.
Na chlebowych polach chłopi
Zbierają ostatnie plony,
Ostatnie dary bożej łaski
Na czas długiego snu.
I tylko łosie beztrosko stąpają
Po bujnej zieleni mokradeł,
Witają jesienny czas nostalgii.
Na dalekiej, kresowej rubieży.
Berlin, 02.10. 2013
Czas wrzosu
Niedługo zakwitną wrzosy
Na barwnej polanie mej duszy,
I jesień nadejdzie – czas zbioru
Uczynków, doświadczeń i wzruszeń.
Usiądę przed wyschłym żurawiem,
Przy którym wiatr tańczy żałosny
I wspomnę, co tylko potrafię
I wrócę pamięcią do wiosny.
Zawitam pieszczotą młodzieńczą
Pod strzechę matczynej czułości
By poczuć raz jeszcze – ostatni
Smak miodnej i winnej miłości.
A potem na skrzydłach gołębich,
Odziany w biel prawdy sumienia,
Odwiedzę żyjące w przestrzeni
Tęsknoty, pragnienia, marzenia.
I może napiszę tę powieść
O losie człowieczym, o trwaniu.
Tę powieść znaczoną mym życiem,
Mym smutkiem, radością, kochaniem.
Tak – pora nostalgii i wspomnień
Czas kwiecia chryzantem i wrzosu
Jest czasem rozliczeń, pokory…,
Czekaniem w ramionach Logosu.
Berlin, 18.08.2014
Wierszyk jesienny
Kasieńce
W zielonym parku
Niewielkiego miasta
Rosną dwa drzewa
Obak siebie, w zgodzie.
Jednym jest kasztan
Rozłożysty, zdrowy,
Drugim zaś dąb wielki…,
Widać, że wiekowy.
Chociaż są tak różne,
Niepodobne do siebie
Począwszy od koron
A na pniach skończywszy,
Mają coś wspólnego,
Jedną wspólną cechę
Darzą wszystkie dzieci
Radością i śmiechem.
Od lat niepamiętnych,
Zawsze w złotą jesień
Gdy dojrzeją owoce,
Gdy pożółkną liście,
Zrzucają swe skarby
Na trawiasty taras,
By je ktoś zobaczył
By je ktoś odnalazł.
Tak leżąc cierpliwie
Brzuchate kasztany,
Żołędzie w czapeczkach,
Liście wielobarwne,
Marzą sobie o tym
By je ktoś pozbierał,
Zaniósł do przedszkola
By się nimi bawiły
Kasia, Zbyszek, Ola…,
By wszystkie dzieciaki,
W jesienną pogodę,
Gdy na dworze szaruga,
Gdy pochmurne niebo,
Mogły z darów przyrody
Tworzyć świat wesoły
Z kasztanów, z żołędzi,
Ludziki, psy, pszczoły…
Wygląda na to, że Alma wzięła swój los we własne ręce. Teraz inni będą tańczyć tak jak ona zagra. Jako podkład muzyczny proponuję zatem pięć pieśni jej autorstwa…
Z książki Almy:
“Pod koniec roku 1914 moja znajoma wspomniała, że pewien młody architekt, niejaki Walter Gropius, osiągnął ogromny sukces na wystawie Deutscher Werkbund. Walter Gropius… moja krótka, poważna przyjaźń z Tobelbad rozpłynęła się gdzieś w mgle czasu, ale nigdy nie wątpiłam w jego talent. Napisałam list z gratulacjami… Otrzymałam odpowiedź, że porucznik Gropius, z takiego to regimentu, przebywa w szpitalu lecząc kontuzje, których doznał podczas działań wojennych” – bibliografia (2).
Niejaki Walter Gropius? Według Francois Giroud – bibliografia (1) – Alma nigdy nie straciła kontaktu z Gropiusem. Dowodem są jej listy, które Gropius skrupulatnie przechowywał. Alma przeprowadziła drastyczną cenzurę swojego archiwum korespondencji, ale nie przewidziała, że Walter zachował nie tylko otrzymane od niej listy, ale również kopie swoich listów do niej.
Przenieśmy się na chwilę na solidniejszy grunt oficjalnych faktów.
W 1914 roku Deutscher Werkbund – stowarzyszenie artystów, architektów, projektantów – zorganizowało w Kolonii, przy wydatnej pomocy wiceburmistrza miasta Konrada Adenauera, pierwszą swoją wystawę – KLIK. Architekci Walter Gropius i Adolf Meyer zaprezentowali tam swoją modelową fabrykę.
Czytając powyższą informację przetarłem oczy ze zdumienia – Konrad Adenauer?!
Konrad Adenauer – ten sam, którym często nas straszył towarzysz Wiesław Gomułka?
Ten sam.
Dopiero ten fakt uświadomił mi, jak bliskie czasowo są opisywane tu historie.
Walter odpowiedział na list z gratulacjami chyba dość chłodno, gdyż Alma skomentowała to tak:
Luty 1914: “Czuję, że mnie nie kocha. Będę musiała zrobić wiele, żeby znowu zaistnieć w jego oczach. Ten Niemiec nie będzie tak niewierny jak Oskar Kokoschka (…). Nie powinno zająć mi zbyt długo żeby go znowu zdobyć.”
“Pojechałam do Berlina z bewstydnym zamiarem odzyskania tego syna muz z wyższych sfer. Spędziliśmy dni na bolesnych pytaniach i noce na płaczliwych odpowiedziach. Walter Gropius nie może przejść do porządku nad moim związkem z Oskarem Kokoschką.”
Tak minęło kilka dni. Pożegnalny wieczór spędzili w restauracji. Stamtąd pojechali na stację kolejową odprowadzić Waltera, który wyjeżdżał odwiedzić matkę w Hanowerze. Przy pożegnaniu Walter trzymał Almę tak mocno w uścisku, że musiała wskoczyć do pociągu. “…bez koszuli nocnej, bez neseseru. Stałam się jego łupem. I podobało mi się to.”
Po kilku dniach spotkali się znowu. Gropius wyglądał bardzo dobrze w oficerskim mundurze.
“Nagle zaczął się zachowywać, jakby był moim mężem – robił wszystko żeby mnie poślubić, a ja dostaję dreszczy na myśl, że to może się rzeczywiście zdarzyć.”
Za kilka dni Walter pojechał na front. W liście napomknął o zazdrości, jaką nadal budzi w nim jej związek z Kokoschką. Komentarz Almy: “Oskar miał prawo być nietaktowny, ale nie ten człowiek, ten tak zwyczajny człowiek.”
Walter Gropius – tak zwyczajny człowiek?
19 sierpnia 1915 roku Alma zapisała w swoim pamiętniku: “18 sierpnia wzięłam ślub z Walterem Gropiusem. Nic nie odwiedzie mnie z mojego kursu. Moja wola jest jasna – nie pragnę niczego tylko uczynić tego człowieka szczęśliwym. Niech Bóg ochrania moją miłość.”
Urlop z okazji ślubu trwał tylko kilka dni. Walter musiał przy okazji uzupełnić swoje wyposażenie. “Było duszno, wyszłam na zewnątrz. I wtedy przytrafiło się, że zauważyłam ulicznego handlarza książkami. Kupiłam magazyn literacki a ten otworzył się na poemacie Franza Werfla – Der Erkennende.”
Ten przypadek jest na tyle istotny, że przytoczę wiersz w całości:
Ten, co rozpoznał
Ludzie nas kochają, nieszczęśliwi Wstają od stołu, by płakać przez nas. A my wciąż siedzimy pochyleni nad obrusem, Tak, jesteśmy chłodni, możemy ich zanegować.
Odrzucamy to, co nas kocha Nawet zimno nas nie zmiękczy ni o jotę. To, co kochamy wyzwoli się od słów i miejsc, utwardzi się i nigdy już nie będzie nasze
A słowo, najważniejsze, znaczy – samotnie płoniemy ku sobie w bezsile. Wiem jedno – nic nigdy nie będzie moje. A com posiadł jedynie, to tego rozpoznanie.
Przypadek na tyle istotny, że Alma wykorzystała wiersz do jednej ze swych pieśni – proszę przestawić wideo na 9 min 6 sek.
Następne miesiące to czekanie na kolejne krótkie wizyty Waltera. Po kilku miesiącach małżeństwa Alma zaszła w ciążę – to już po raz siódmy.
Latem 1916 roku gazety podały wiadomość, że Oskar Kokoschka zginął w bitwie pod Łuckiem. Alma miała klucze do pracowni, więc pospieszyła tam i zabrała wszystkie swoje listy. Po chwili zastanowienia zabrała również kilkaset rysunków i szkiców.
Ale Oskar nie zginął. Miał płuco przebite bagnetem i postrzał głowy. Uznany za zabitego, spędził noc na polu bitwy, lecz następnego dnia został zabrany do szpitala. Po kilkunastu dniach przewieziono go do szpitala w Wiedniu. Za pośrednictwem przyjaciół dał Almie znać o swoim miejscu pobytu i poprosił o wizytę. Alma stanowczo odmówiła. Widocznie wzięła sobie do serca nietzscheańską zasadę, której nauczył ją Burckhard – jeśli ktoś potrzebuje pomocy, to znaczy, że na nią nie zasługuje.
W październiku 1916 roku urodziła się córka, której nadali imię matki Waltera – Manon.
Walter był na froncie i nie mógł odwiedzić Almy, ale kupił jej w prezencie obraz, który bardzo lubiła – Edward Munch – Nocne Słońce…
Spotkanie nastąpiło kilka dni później. Walter jechał lokomotywą całą dobę z frontu zachodniego. W pierwszym odruchu Alma nie pozwoliła mu zobaczyć dziecka. Dopiero po długich prośbach pozwoliła mu popatrzeć na córkę z odległości. Walter powiedział jej później, że wyglądała jak tygrysica stająca w obronie swoich dzieci, Alma tłumaczy to inaczej: “…prawda leży głębiej. Sama nie zdawałam sobie wtedy z tego sprawy, ale to nie była kwestia higieny. Nie chciałam mu pozwolić na dostęp do dziecka gdyż instynktownie czułam, że to już zmierzch naszego związku, że nie potrafię żyć w tym małżeństwie dużo dłużej.”
Jednocześnie: “Czy ja jestem tą samą kobietą, która chciała się wznieść z Gustawem Mahlerem? Wszystko wokół zadziwia mnie. Opiekuję się dzieckiem i nie potrafię zrozumieć tej zmysłowości, której nauczyło mnie życie.”
To jest rzeczywiście zupełnie inna Alma, ale jednak: “Czasem mam dosyć tej prowizorycznej egzystencji i mam ochotę zrobić coś złośliwego. Och, odrobina złośłiwości. Moja miłość do Waltera ustąpiła miejsca znużeniu małżeństwem. Małżeństwo nie może funkcjonować na odległość.”
Alma prowadziła nadal ożywione życie towarzyskie. W jej salonie, dotychczas odwiedzanym głównie przez ludzi związanych z malarstwem lub muzyką, zaczęłi pojawiać się również literaci.
Pewnego dnia Franz Blei – wydawca i krytyk literacki – “…przyprowadził swojego znajomego, masywnego mężczyznę o zmysłowych wargach i pięknych niebieskich oczach pod goetheańskim czołem. To był Franz Werfel.”
Tak – autor wiersza Der Erkennende, który wpadł Almie przypadkowo w ręce tuż po ślubie.
“Mój zachwyt jego twórczością spowodował, że od razu poczuł się swojsko. Był nieprzeciętnie muzykalny, kochał muzykę Mahlera i wyznał, że chciał mnie już wcześniej poznać z tego powodu. Miał piękny głos i był nadzwyczajnym mówcą, wykładowcą, gawędziarzem.”
Franz Werfel, młodszy od Almy o 11 lat, był typowym wiedeńczykiem, chociaż urodził się w Pradze, gdzie jego ojciec posiadał fabrykę rękawiczek. Nonszalancki, dogadzający sobie, spędzał czas w kawiarniach, palił za dużo, za bardzo lubił wino, kochał kobiety i wszelkie przyjemności życia.
Powołany do wojska, podczas pierwszego urlopu doznał kontuzji, za co został postawiony przed sądem wojennym. Dzięki wstawiennictwu wpływowego admiratora został oczyszczony z zarzutów i przeniesiony na najlepsze możliwe stanowisko – oficer prasowy z siedzibą w Wiedniu.
Wkrótce stał się stałym gościem w domu Almy.
Któregoś dnia w listopadzie (1917), gdy Gropius był na przepustce w domu, odbyło się urocze spotkanie towarzyskie. Przybyli Blei i Werfel – grali, śpiewali. Wieczorem nadeszła burza, goście nie mogli powrócić do domu, impreza przeciągnęła się do późnej nocy… “…staliśmy się nagle tak intymnie połączeni; to było duchowo-muzyczne cudzołóstwo na oczach wszystkich. Franz Werfel jest cudownym skarbem. Gdy w końcu udałam się z mężem do sypialni miałam bardzo dziwne uczucia.”
Dwa miesiące później:
“Jestem szalona… Werfel też. Gdybym była 20 lat młodsza rzuciłabym wszystko, żeby iść za nim. A tak muszę pozostać z płaczącym sercem, gdy on zajmuje się swoją karierą wybrańca bogów.”
Alma odwiedzała Franza codziennie w jego apartamencie w hotelu Bristol. Kochali się, po czym Alma pilnowała, żeby wziął się do pracy i spędził nad nią przyzwoitą ilość czasu.
W ramach swych obowiązków wojskowych Franz został wysłany z misją do Szwajcarii. Miał tam wygłosić serię prelekcji, promujących zaangażowanie Austrii w wojnę. Franz był jednak zdecydowanym pacyfistą i dał temu wyraz w swoich prelekcjach, wywołując oburzenie lokalnych Austriaków i entuzjazm szwajcarskiej klasy robotniczej. Został w trybie pilnym odwołany do Wiednia.
Walter walczył na froncie zbyt odległym od Wiednia, żeby mógł odwiedzić Almę. Na początku 1918 roku Alma pojechała spotkać się z mężem w Berlinie. Miała mu do zakomunikowania istotną wiadomość – jest w ciąży.
Bibliografia:
1. Françoise Giroud – The art of being loved – KLIK.
2. Alma Mahler – And the bridge is love – KLIK.
Foto oder Grafik? »Kabinett der historischen Fototechniken« von Mariusz Kubielas bei dem Europäischen Monat der Fotografie in Berlin 2014
Der Fotozyklus „Bruno Schulz – Mariusz Kubielas – In Transitu“ ist das Ergebnis eines 2004 initiierten Kunstexperiments, das vom literarischen und bildkünstlerischen Werk des polnisch-jüdischen Künstlers Bruno Schulz aus Drohobytsch (früher Österreich-Ungarn und Polen, heute Westukraine) inspiriert wurde. Sein Effekt bilden inszenierte und auf dem Negativ festgehaltene Szenen aus dem Grenzbereich zwischen Performance und Pantomime, die an eingefrorene Bildausschnitte aus einem Stummfilm erinnern.
Dieses transmediale Projekt, das auch durch Auszüge aus Schulz’s Prosa und die metaphorischen Titel der Arbeiten bereichert wird, dient der Aktivierung des internationalen und generationsübergreifenden Diskurs über das multinationale und multikonfessionelle Kulturerbes Mittelosteuropas.
Die größte Attraktion dieser Fotoschau ist jedoch das »Kabinett der historischen Fototechniken«, welches ca. 20 einmaliger Aufnahmen umfasst, welche Zeichen des persönlichen Stils des Künstlers tragen. Wie kaum einem zeitgenössischen Fotografen ist es Kubielas (geb. 1953) gelungen, einige um die Wende des 19. und 20. Jahrhunderts verwendete manuelle Techniken der Fotografie und deren Varianten zu rekonstruieren. Damit erreichte er Effekte von genauester Wiedergabe der Wirklichkeit sowie schärfster Licht-Schatten-Kontraste oder bis zur „impressionistischen“ Körnigkeit und edlen Matts der Bildoberfläche.
Der Realisierung des Kabinetts gingen Kubielas Studien zur Rekonstruktion archivalischer Technologien zur Schaffung von Lichtbildern voraus, die er 2004 an der Hochschule für Fotografie in Jelenia Góra/Hirschberg begann und bis heute in Zusammenarbeit mit führenden polnischen Experten, wie Cezary Chrzanowski, Roman Michalik, Janusz Sochacki und Rafał Warzecha weiterführt. Der Initiator dieser Arbeiten war Andrzej Pytliński, Patron des informellen Freundeskreises der historischen Fototechniken.
Das „Kabinett der historischen Techniken” von Mariusz Kubielas ist ein offenes Projekt: auch nach Ablauf des Europäischen Monats der Fotografie wird es fortgeführt und um weitere Varianten derselben Motive in weiteren Techniken ergänzt. In näherer Perspektive ist die Präsentation des Zyklus in Belgrad, Helsinki, Brüssel, Bratislava und Prag geplant – vorbereitet von dem Künstler in Zusammenarbeit mit der Kuratorin Dr. Lidia Głuchowska.
Ausstellung Bruno Schulz – Mariusz Kubielas – In Transitu
Kuratorin: Dr. Lidia Głuchowska
Vernissage: Donnerstag, 2. Oktober 2014, 19.00 Uhr
Ausstellungsdauer: 4. Oktober bis 14. November 2014
Begleitpublikation: Lidia Głuchowska (Hg.): Bruno Schulz – Klisza Werk – Transgresiones, Wrocław: Ośrodek Kultury i Sztuki we Wrocławiu, 2013.
Fotogalerie Friedrichshain, Helsingforser Platz 1, 10243 Berlin
Öffnungszeiten: Di, Mi, Fr, Sa 14 bis 18 Uhr, Do 10 bis 18 Uhr
Tel. (030) 296 16 84, Fax (030) 29 04 98 02
fotogalerie@kulturring.org • www.kulturring.org
S- und U-Bahnhof Warschauer Straße, Tram M10 und M13
Abbildungen
1. Mariusz Kubielas, Das große Glas oder Damals war die Mutter noch nicht da, jedoch…, 2010/14, 42 x 54,5 cm, 3 Paralell-Aufnahmen aus dem „Kabinett der historischen Techniken”
2. Mariusz Kubielas, Gebadet, Gummi-4-chromatschicht, „Kabinett der historischen Techniken”, 2011/14 (Im Rahmen).
2a. Mariusz Kubielas, Gebadet, Gummi-4-chromatschicht, „Kabinett der historischen Techniken”, 2011/14 (ohne Rahmen)
***
Photo or Graphics? “Cabinet of Historic Techniques” by Mariusz Kubielas during the European Month of Photography in Berlin 2014
The photography cycle „Bruno Schulz – Mariusz Kubielas – In Transitu“ is a result of an artistic experiment inspired by the literary and fine arts oeuvre of the Polish-Jewish artist of Drohobycz (previously Austria-Hungary and Poland, today located in Western Ukraine). Its result are scenes from the edge of performance and pantomime, recorded on the negative, which resemble the stopped frames of a silent movie.
That trans-media project also comprises fragments of Schultz’s poetry and metaphorical titles of the works. It aims at activating an international and beyond-generational discourse about a collective future, and the future of the multicultural and multi-confessional cultural heritage of Central-Eastern Europe.
The very special attraction of the show is the “Cabinet of Historic Techniques”, to which belong c. 20 versions of the unique photographs, which carry the hallmarks of inimitability as well as the artist’s style. Unlike many contemporary artists, Kubielas (1953) has managed to reconstruct numerous photographic methods from the turn of the 19th and 20th centuries, as well as their abbreviations. Using traditional manual techniques, he achieved not only a precise reflection of details of the reality or the sharp light-shadow effects but also the sophisticated mat of the picture’s surface up to its “impressionist” graininess.
The development of “Cabinet” was preceded by Kubielas’ study on the reconstruction of archival methods of creating photographs which he had started in 2004 at the Photography Professional School in Jelenia Góra and has continued up to today in cooperation with leading Polish experts, such as Cezary Chrzanowski, Roman Michalik, Janusz Sochacki and Rafał Warzecha. The initiator of these works was Andrzej Pytliński, patron of the informal Society of Historic Photographic Techniques.
“Cabinet of Historic Techniques” by Mariusz Kubielas is an open project: also continued after the end of the European Month of Photography it will be enriched by further variants of the same motifs in other techniques. In the nearest future it will be shown in Belgrade, Helsinki, Bratislava and Prague prepared by the artist in cooperation with the curator Dr. Lidia Głuchowska.
Fotogalerie Friedrichshain, Helsingforser Platz 1, 10243 Berlin Opening times: Tuesday, Wednesday, Friday, Saturday 2-6pm, Thursday 10am-6pm
Tel. (030) 296 16 84, Fax (030) 29 04 98 02
fotogalerie@kulturring.org • www.kulturring.org
S- and U-Station Warschauer Straße, Tram M10 and M13
Images
1. Mariusz Kubielas, The Great Glazing – The Mother Was Still not Present Then, Though 2010/14, 42 x 54,5 cm, 3 Paralell-Photographs from the “Cabinet of Historic Techniques”
2. Mariusz Kubielas, Bathed, gum 4-chromate technique, “Cabinet of Historic Techniques”, 2009/14 (in the frame)
2a. Mariusz Kubielas, Bathed, gum 4-chromate technique, “Cabinet of Historic Techniques”, 2011/14 (without the frame)