Reblog: Otwarty dostęp do nauki

Artykuł ukazał się we wrześniu

Emanuel Kulczycki

Jakiś czas temu obrońcom „jedynej i niezbywalnej jakości nauki” został wytrącony z ręki kolejny argument. Jedno z najlepszych czasopism naukowych na świecie, tj. „Nature Communications”, ogłosiło, że przechodzi na publikowanie tekstów w otwartym dostępie i od tej pory materiały będą publikowane m.in. na licencji Creative Commons BY 4.0. Co to oznacza? Między innymi to, że każdy użytkownik Sieci może nie tylko za darmo i bez technicznych ograniczeń (tzn. bez potrzeby logowania się i zakładania konta) pobrać i przeczytać artykuł, ale może go również przetłumaczyć i bez pytania wydawcy czy autora o zgodę opublikować u siebie w antologii. Dlaczego tak ważne czasopismo (jako jedno z wielu – co trzeba podkreślić) postanowiło zrobić taki krok? To naprawdę proste: przede wszystkim dlatego, że celem nauki i komunikacji naukowej jest jak największa popularyzacja wyników badań. Gdyż dzięki temu nasze społeczeństwa szybciej się rozwijają, a badania finansowane – najczęściej – ze środków publicznych służą tym, którzy je finansują.

Otwarty dostęp do publikacji

Otwarty dostęp do publikacji naukowych jest jednym z kluczowych filarów otwartej nauki. Mówi się o nim i wdraża już od wielu lat. Publikacje naukowe (poza tajemnicami państwowymi itd.) nie powinny być towarem reglamentowanym. Dlatego wszystkie publikacje, które powstają w oparciu o finansowanie ze środków publicznych, powinny być dostępne za darmo dla każdego. Piszę o darmowym dostępie do publikacji i mam na myśli „darmowość” dla ostatniego elementu tego łańcucha – czyli dla zwykłego czytelnika. Nie ma bowiem co się oszukiwać: ta darmowość musi kosztować i koszty tego musi ktoś ponosić. Otwarty dostęp jest możliwy przede wszystkim dzięki rozwojowi technologii – i jeżeli ktoś obraża się na „internetowe zasoby” oraz „darmowe bazy danych”, to przypomina piętnastowiecznych mnichów ze scriptorium, którzy obrażali się na ruchomą czcionkę Gutenberga.

Publikowanie w otwartym dostępie ma swoje „lokomotywy”, takie jako BioMed Central (w Wielkiej Brytanii) czy Public Library of Science (PLOS) w Stanach. W ten sposób zmienił się model finansowania kluczowych dla nauki czasopism: do tej pory były finansowane głównie przez subskrypcje opłacane przez biblioteki uniwersyteckie. W modelu open access (a dokładnie w tzw. „złotej drodze”) koszty opublikowania tekstu zostają przerzucone na konkretnego naukowca – który oczywiście najczęściej nie płaci z własnej kieszeni, lecz z funduszy grantowych czy uczelnianych.

Ktoś może powiedzieć, że zarówno BioMed jak PLOS są nowymi instytucjami o jeszcze nieugruntownej renomie (co byłoby całkowitym minięciem się z danymi). Moglibyśmy przyjąć taki argument; ale jak wówczas poradzić sobie z faktem, że najstarsze towarzystwo naukowe na świecie – tj. Royal Society (Towarzystwo Królewskie) – ogłosiło uruchomienie nowego otwartego czasopisma „Royal Society Open Science”.

W przyszłym roku minie 350 latach od powstania – właśnie w ramach Towarzystwa Królewskiego – pierwszego czasopisma naukowego o nazwie „Philosophical Transactions”. Towarzystwo Królewskie rozpoczęło wielką rewolucję w nauce (bo tak trzeba postrzegać powstanie czasopism naukowych). Teraz ma szanse wesprzeć trwające już zmiany; a jak widać ma taki zamiar, gdyż pisze wprost: „Mamy nadzieję, że Royal Society Open Science pokaże nasze nieustające wsparcie dla publikowania w otwartym dostępie i zaangażowania w publikowanie wyników badań, które służą nauce i ludzkości”.

Co takiego umożliwia otwarty dostęp do publikacji?

Aktywnych naukowców nie trzeba przekonywać do tego, jak ważny jest dostęp do literatury i wyników najnowszych badań. Chociaż nasze biblioteki akademickie robią co mogą, to i tak wciąż napotykamy mnóstwo barier (finansowych!), jeśli chcemy być na bieżąco z najnowszymi książkami i artykułami. A nie da się uprawiać nauki nawet na przyzwoitym poziomie, bazując na publikacjach, które nie są przedmiotem żywych dyskusji.

Naturalnie można wskazywać bardzo wiele zalet otwartego dostępu do publikacji (chociażby promocja własnych badań, potencjalny wzrost cytowań a przez to wskaźników bibliometrycznych służących do oceny naukowców). Warto jednak spojrzeć na tę całą sytuację w szerszym kontekście, tj. nie z perspektywy naukowca, lecz normalnego obywatela-​podatnika. Ta bowiem perspektywa sprawia, że wszystkie badania finansowane z nowego programu unijnego Horyzont 2020 (a także np. wszystkie badania prowadzone i finansowane ze środków budżetowych w Wielkiej Brytanii) będą musiałyby być udostępnione w otwartym dostępie.

Jeżeli podatnicy finansują badania naukowców, to powinni mieć dostęp do wyników owych badań. Obecnie natomiast bardzo często sprawa wygląda tak, że naukowcy otrzymują finansowanie, a następnie publikują artykuły i książki w taki sposób, że dostęp do nich jest płatny. Biblioteka zatrudniająca danego naukowca musi kupić dostęp do tych pozycji, aby koledzy naukowca mogli z nich korzystać. Podatnik również musi zapłacić za książkę wydawnictwu, chociaż przecież wyniki zawarte w tej książce zostały sfinansowane ze środków publicznych.

Nie chodzi o to, żeby zablokować możliwość sprzedawania książek i czasopism. Wręcz przeciwnie! Chodzi o to, aby np. oprócz owej wersji papierowej czy elektronicznej sprzedawanej w wydawnictwie można było pobrać (np. ze strony repozytorium instytucjonalnego) darmową wersję owej publikacji.

Otwarty dostęp to śmierć jakości

Przeciwnicy otwartego dostępu podnoszą wiele argumentów przeciw takiemu podejściu do komunikacji naukowej. Najczęściej podnoszonym jest coś, co ja nazywam „Argumentem ze śmierci jakości”. Okazuje się bowiem, że dla przeciwników otwartego dostępu to, że coś jest opublikowane w taki sposób, oznacza, że tych wyników nikt nie chciał gdzie indziej (powinniśmy niby to rozumieć tak: w zamkniętym, czyli prestiżowym wydawnictwie).

Oczywiście wszędzie tam, gdzie są ludzie i pieniądze, pojawiają się wszelkiej maści patologie. Tak też i jest z otwartym dostępem – powstają bowiem tzw. drapieżni wydawcy. Są to firmy, które zakładają wiele czasopism, pobierają od autorów opłatę za publikację i publikują wszystko jak leci – najczęściej bez procesu recenzyjnego. Takie patologie opisuje i śledzi m.in. Jeffrey Beall na swoim blogu Scholarly Open Access.

Sprawa drapieżnych wydawców jest oczywiście poważna – jednakże deprecjonowanie otwartego postępu z tego powodu, przypominałoby deprecjonowanie najlepszych winnic we Włoszech, gdyż w Polsce robi się tanie wyroby winopodobne.

Otwarty dostęp a „sprawa polska”

W Polsce debata na temat otwartego dostępu i otwartej nauki… powoli się toczy. Można nawet powiedzieć, że przyśpieszyła, aczkolwiek wciąż pojawiają się różne przeszkody. To, jak aktualnie wygląda otwieranie nauki, widoczne jest w najnowszym raporcie przygotowanym przez ICM UW pt. Otwarta nauka w Polsce 2014. Diagnoza.

Obecnie Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego prowadzi konsultacje na temat Planu wdrożenia otwartego dostępu do treści naukowych w Polsce. Konsultacje na temat otwartości są… zamknięte i ograniczone do wyznaczonych podmiotów. Dlatego zwykły naukowiec może zapoznać się jedynie z oficjalnymi stanowiskami odpowiednich instytucji, które na swych stronach zamieściły opinie. Tak uczyniło np. Narodowe Centrum Nauki czy Polska Izba Książki. I tak jak opinia NCN-​u jest stonowana i wyważona, tak opinia PIK-​u jest po prostu absurdalna. Na szczęście już pojawiły się polemiki z tym stanowiskiem, które – co zasługuje w pełni na uznanie – PIK zamieściła na swojej stronie. Jedną z odpowiedzi napisało wydawnictwo De Gruyter Open, które podkreśliło:

Ubolewamy, że PIK, mająca służyć polskim wydawcom, przyjęła tak zachowawczą i zaściankową postawę, oddalającą polską branżę wydawnictw akademickich od nowych trendów na rynku światowym. Nasze wydawnictwo (pod poprzednią nazwą Versita) było członkiem PIK, ale zrezygnowało z członkostwa widząc brak zainteresowania, brak zrozumienia, a nawet wrogość PIK wobec modelu OD.

Za kilka tygodni ma odbyć się konferencja podsumowująca dotychczasowe konsultacje i opinie, które spłynęły do MNiSW. Przyznaję, że nie mogę się doczekać lektury tych dokumentów i sprawozdań.

Historycy, obudźcie się!

Napisałem, że stanowisko Polskiej Izby Książki jest absurdalne (De Gruyter Open nazwało to stanowisko zachowawczą i zaściankową postawą – to chyba taki delikatny eufemizm). Skoro tak mocnego słowa użyłem w stosunku do PIK-​u, to nie wiem, co mi pozostanie, aby określić wypowiedź prof. Jana Szymczaka, prezesa Polskiego Towarzystwa Historycznego, która została wygłoszona na XIX Powszechnym Zjeździe Historyków Polskich w Szczecinie. Prof. Szymczak powiedział (film poniżej):

Uważamy, że pewnym zagrożeniem dla polskiej humanistyki staje się tzw. otwarty dostęp – jak nazywa to Ministerstwo Nauki – będący w zasadzie próbą zlikwidowania rozwoju badań z jednym z najważniejszych jego cech, jaką jest krytyka naukowa, ale także poszanowanie dla praw autorów, badaczy do wyników ich badań.

Powyższą wypowiedź chyba trzeba nazwać wprost: jest to wyraz absolutnego niezrozumienia i/​lub niekompetencji. Nic tak nie sprzyja krytyce naukowej, jak dostęp do publikacji. Może część historyków nadal uważa, że najlepiej opublikować monografię w nakładzie 100 egzemplarzy i rozprowadzać ją po zaprzyjaźnionych czytelniach. Wówczas rzeczywiście krytyka naukowa będzie prawdziwa, bo od prawdziwych przyjaciół. Jednakże prawdziwa nauka – o czym już 350 lat temu wiedzieli członkowie Towarzystwa Królewskiego – opiera się na ocenie eksperckiej. I nie ważne kto jest tym ekspertem – ważne jest to, na czym się zna i czy ma dostęp do publikacji.

Również drugi argument, jakoby otwarty dostęp nie był „poszanowaniem” praw autorów i badaczy jest całkowicie bałamutny. Bo niby w jaki sposób rodzaj dostępu do publikacji miałby łamać prawa autorów? Może ktoś wciąż myśli, że „jak będzie w internecie, to ktoś to ukradnie”. Tylko że – ponownie – jest to wyraz niezrozumienia współczesnego systemu autorsko-​prawnego oraz tego, jak działa współczesna Sieć.

Okazuje się jednak, że takie niezrozumienie nie jest tylko domeną historyków. W bardzo ciekawym artykule Kariery lewarowane opublikowanym w „Polityce” prof. Leszek Pacholski – analizując różne patologie – napisał: „Moda na open access (publikowanie wyników prac naukowych w otwartych czasopismach w internecie) sprawiła, że zupełnie zapomniana o trosce o jakość”. W żaden sposób nie potrafię się z tym zgodzić, gdyż taka opinia brzmi niczym: „Moda na wbijanie gwoździ młotkiem sprawiła, że zupełnie zapomniano o trosce o ładne paznokcie”. Zakażmy używania młotków, gdyż można zrobić sobie krzywdę. Przecież otwarty dostęp do wyników badań jest tylko narzędziem, a nie celem samym w sobie. Jeżeli będziemy nasze opinie budować tylko na skrajnych przypadkach i patologiach, wówczas dobrze na tym nie wyjdziemy. Okaże się, że każdy naukowiec to patologiczna jednostka, która chce wszystkich oszukać.

To nieprawda, że wielokrotne powtarzanie nieprawdziwych słów, czyni z nich prawdę. Wręcz przeciwnie: przede wszystkim odsłania niekompetencję wypowiadających.


Powyższy tekst powstał z inspiracji (1) dyskusji zainicjowanej na Facebooku przez Marcina Wilkowskiego z Historii i Mediów oraz (2) dyskusji z Romanem Sidorskim – redaktorem Histmag. org.

Miejsce pierwotnej publikacji: Histmag​.org

Zdjęcie: kshelton – Public Domain

Głos krytyczny w dyskusji na temat otwartego dostępu podczas XIX Powszechnego Zjazdu Historyków Polskich w Szczecinie, w dniach 17-21 września 2014 roku; uwaga: tekst znajduje się na samym początku nagrania, potem są marynarskie szanty.

A tu prof. Maria Poprzęcka na rzecz otwartej nauki:

Lusatia alias Vita 9

Tomasz Fetzki

reportaż poetyzujący

Już sporo wody spłynęło nurtami Lubszy, Nysy i Szprewy, odkąd Viator (który wówczas jeszcze nawet nie nosił tego miana) skarżył się Czytelnikowi, iż trwać musi w niewygodnym szpagacie między nauką i sztuką (TU). W dniach teraźniejszych zwyciężyła nauka. I gdy Czytelnik we wtorkowy ranek lub przedpołudnie zasiada do lektury tego tekstu Viator, ukryty pod maską Prelegenta, produkuje się na pewnej konferencji. Wcześniej zaś musiał się do swego wystąpienia solidnie przygotować, co wymagało zaangażowania uwagi, ale przede wszystkim czasu. Miał więc trzy możliwe wyjścia z sytuacji, w jakiej się przez to znalazł: primo – w ogóle nie pisać odcinka opowieści o Łużycach (tego ani Czytelnikom, ani Ewie Marii uczynić nie chciał), secundo – poświęcić jakość tekstu, tertio – poświęcić jego objętość. Zdecydował się na rozwiązanie trzecie. Będzie krótko, ale zajmująco, miejmy nadzieję. Suspens i zagadka. Aby zaostrzyć apetyt przed kolejnym odcinkiem. Jako rekompensatę za tydzień obiecuje Viator wystawną ucztę, godną tego wzmożonego apetytu!

*************************

Opuszczamy rankiem mury Budyšina, kierując się na wschód, na spotkanie słońca. A że Łużyce to ziemia czarowników i mistyków, przeto wszystko zdarzyć się może takiego dnia. Ktoś wyszeptał zaklęcie. Jest początek siedemnastego wieku, któreś z jego pierwszych dwudziestu lat – nieistotne, które dokładnie. Viator, jak na ubogiego pątnika przystało, idzie pieszo (mógłby dodać, że boso i z kosturem w ręku, ale po co błaznować?) A Czytelnik nie odmówi mu przecież swej kompanii… Do pokonania mamy trzydzieści kilometrów, musielibyśmy się postarać, aby zdążyć do kolejnego miasta przed zapadnięciem zmroku. Ale po co pośpiech? Trakt jest bezpieczny, wszak Zwjazk šěsćiměstow, czyli Związek Sześciu Miast dba o to, aby nie grasowali tu żadni zbóje. Wokół lasy, strumienie, pola malowane zbożem rozmaitem… Po co się spieszyć? Jedyne, co nam grozi, to nocka spędzona sub Iove frigido. Nie pierwsza i nie ostatnia na pielgrzymim szlaku.

Toteż i nie spieszy się Viator. Maszeruje powoli, co i raz spogląda w prawo, gdzie na horyzoncie rysuje się ciemne i majestatyczne pasmo górskie, a wędrowiec kocha góry. Im więcej drogi we wschodnim kierunku pokona, tym wyraźniej widzi, jak wprost przed nim, pośród rozległej równiny, wyrasta jeszcze jedna, samotna góra, ostrym szczytem kłująca niebo. Tą swoją samotnością, osobnością intryguje. Viator zapatrzył się na nią i… stało się. Zmrok zapadł. Wędrowiec nigdzie już dziś nie dojdzie. Siada więc i, jak na romantyka przystało, patrzy na gwiazdy i słucha ciszy.

1 LandeskroneTajemnicza, samotna góra… Za tydzień odkryje swój sekret.

 A kilka kilometrów stąd, w małej izdebce, za drewnianym stołem, zasiadł prosty, ubogi szewc. Po całym dniu ciężkiej pracy i starań o chleb powszedni zajmuje się tym, co naprawdę ważne. Może siedzi w ciemności, pogrążony w modlitwie, albo i w mistycznej wizji. A może w migotliwym blasku kaganka zapisuje to, co usłyszał od aniołów.

Prostaczek bez żadnych szkół ani nauk takie słowa w górze usłyszał: Jeśli jest tak, że tylko powierzchownie panujesz nad wszelkim stworzeniem, wówczas ze swoimi chęciami i panowaniem należysz do zwierzęcego rodzaju i znajdujesz się tylko w niedoskonałym, przemijającym panowaniu. W zwierzęcą istotę wprowadzasz także twoje pożądanie, zarażasz się nią i jesteś w niej uwięziony, otrzymując również charakter zwierzęcy. Lecz jeśli jest tak, że porzuciłeś ten niedoskonały charakter i panujesz nad wszystkimi stworzeniami w otchłani, z której są one stworzone, to nic nie może ci zaszkodzić na ziemi, bowiem jesteś podobny do wszystkich rzeczy i do niczego nie jesteś podobny.

Takie oto przesłanie musi ogłosić rodzajowi ludzkiemu: To jest tak, że miłość może w tobie zapalić ogień. Wtedy poczujesz, jak spala się twoja jaźń a zatem cieszy się wtedy wielce twoim ogniem, że raczej pozwoliłbyś się zabić niż znowu wstąpić w twoje coś. Także jej płomień jest tak ogromny, że nie odstąpiłaby od ciebie, acz dotyczy to twego doczesnego życia, tedy idzie z tobą w swych płomieniach do śmierci. I gdy udajesz się do piekieł, niszczy piekło ze względu na ciebie.

Co to za ziemia, która rodzi takich szewców? Cóż to za szewc, który z Panem gadał? Co go ku niebu pociągnęło: tajemnicza samotna góra, czy może pewna kaplica? I co to za kaplica, którą jeden z ziomków szewca wzniósł tutaj po wyprawie do Ziemi Świętej? o i jak to możliwe, że bogate miasto, wręcz personifikacja mieszczańskiej stabilizacji, naznaczone jest po wielokroć i na różne sposoby duchem pielgrzymstwa? Jakie to miasto? Czytelniku, czekaj cierpliwie, a stokrotnie nagrodzony zostaniesz! (A jak bardzo chcesz wiedzieć już i natychmiast, to zajrzyj do komentarzy – przyp. EMS)

2 KaplicaW niecierpliwym oczekiwaniu na Jeruzalem niebieskie wzniesiono tę kaplicę.

W górę rzeki (2)

Zbigniew Milewicz

Moje stare kąty…

Kiedy przed laty pracowałem, jako nocny portier w pensjonacie „Maja“ w Monachium, przychodził tam czasami w gości pewien stary Żyd. Pensjonat prowadził jego współplemieniec o nazwisku Zimmermann, rodem z miasta Krakowa, więc przychodził jak najbardziej do swoich. Już na progu się chwalił: prawda, że ładnie mnie w Hajfie ostrzyżono? Albo częstował wszystkich w recepcji orzeszkami pistacjowymi, które nigdzie w świecie nie smakowały lepiej, jak te z bazaru w Hajfie.
Oczywiście chwaliłem jego fryzurę i jego pistacje, ale w myślach drwiłem ze starego dziwaka: jak to do fryzjera specjalnie do Hajfy latać, gdzie mu się podziała jego kepele ? Pewnie nie wie, co zrobić z forsą… Rozumiałem, że do fryzjera chodzi się także dla przyjemności porozmawiania o nowinkach w świecie i nie ma to, jak z rodakiem je wymienić, sam odwiedzałem co jakiś czas salon pana Ochmanna, mówiącego po polsku fryzjera, niedaleko Hackerbrücke, pewnie więc nie brakowało i jego żydowskich kolegów w mieście.

Dziś robie dokładnie to samo, co on. Każdy powód, żeby pojechać do Polski, zwłaszcza na mój Górny Śląsk, jest dobry. Fryzjer ma z moimi włosami coraz mniej do roboty, coraz więcej czasu zostaje więc na inne zajęcia. Tychy są moim polskim domem od połowy lat 60, dzieciństwo i wczesną młodość spędziłem w Chorzowie. Tam zostało jeszcze paru krewnych i trochę koleżeństwa klasowego, z którym przeważnie nie rozpoznajemy się już na ulicy, tam są groby bliskich. Zaczynam zwykle od nich, samochód parkuję na dziedzińcu przy kościele św. Ducha i idę na cmentarz, zapalić znicze mamie, dziadkom, cioci. Później ulicą Dąbrowskiego, koło mojej dawnej podstawówki na rogu z Omańkowskiej, mijam niegdysiejszą drukarnię na skrzyżowaniu z Hajducką, budynek ubezpieczalni, dom, w którym dziadkowie ze swoimi córkami mieszkali, zanim wybudowali własny na Wesołej i już jestem przed Słowakiem. Kiedyś ta droga z domu do budy wydawała mi się bardzo długa, a mijane budynki przytłaczały swoimi rozmiarami, dziś widzę to wszystko w odwrotnych proporcjach, dziwne, dlaczego tak się dzieje.

dziadkowiezbycha

Moja babcia po “kądzieli”, Jadwiga Paluch, z córkami Niną i Irką, około 1929 r.
Nie jestem natomiast pewien, kim jest mężczyzna na zdjęciu?

Naprzeciw, na rogu z ul. Zjednoczenia, stoi majestatycznie najstarsza średnia szkoła w Chorzowie, liceum im. M. Curie-Skłodowskiej, dawniej wyłącznie żeńskie, do którego uczęszczała moja mama Nina. Budynek postawiono jeszcze w pruskich czasach, ale mama chodziła już do polskiej szkoły. Urodziła się w 1921 roku, pod koniec III powstania śląskiego, które zakończyło się zwycięstwem, jej ojciec a mój dziadek bił się w tym powstaniu o polski Śląsk, nie mogło być zatem inaczej. Liceum im. Juliusza Słowackiego, w którym ja z kolei zdobywałem w PRL-u wiedzę, powstało dużo później od Curie, w połowie lat trzydziestych, kiedy już gęstniała brunatna mgła nad Śląskiem. Przeznaczeniem prywatnej Eichendorffschule było kształcenie zdolnej młodzieży mniejszości niemieckiej miasta, na co w skarbcu Republiki Weimarskiej nie mogło zabraknąć pieniędzy. Dano jej jak najlepszych pedagogów i wyposażono tak dostatnio w pomoce naukowe, że po zakończeniu II wojny światowej część tego dobytku, którego nie udało się wyszabrować, została podarowana na dobry początek Wyższej Szkole Pedagogicznej w Katowicach i dobrze tam służyła. Wspominam zaś o tym dlatego, że do Eichendorffschule uczęszczała m.in. młodsza o siedem lat siostra mojej mamy, ciocia Irka. Mama należała do Związku Harcerstwa Polskiego, a jej siostra do Bund Deutscher Mädel, takie są zachodnie Kresy, nic nie jest tutaj jednoznaczne w swoim pochodzeniu.

Spod liceum oczywiście na ulicę Wolności, na główny trakt handlowy i spacerowy miasta. Pod numerem 18, na pierwszym piętrze, mieszkałem kiedyś z mamą. Stare kamienice są dziś pięknie odnowione, środkiem porządnie wybrukowanej jezdni biegnie, jak dawniej linia tramwajowa, bo samochody od lat tędy już nie jeżdżą. Kuszą witryny eleganckich sklepów, kawiarń, klubów, czuć pieniądze ze strefy euro. W miejscu przedwojennej synagogi, brzydki jak pryszcz McDonalds, który psuje Wolce wygląd. Na szczęście u szczytu ulicy wszystko po dawnemu – neogotycka poczta stoi, jak stała. Zawsze zachwycała mnie swoją architekturą i staromodną elegancją. Kiedy mam więcej czasu idę dalej, w górę przez wiadukt, nad ratuszem i pozostałymi tylko w pamięci zabudowaniami części rynku. Królowała wśród nich popularna kawiarnia „Nasza“, dokąd zabierała mnie co niedzielę po mszy w Jadwiżce mama w asyście przyjaciół. Lokal miał pyszne ciastka i lemoniadę, grała w nim damska orkiestra i w ogóle było elegancko. Odkryłem tam po raz pierwszy swoje zamiłowania taneczne i przyjemność, jaką dają oklaski publiczności, ale o tym może kiedy indziej opowiem.

chorzowwczoraj
Z albumu Mariana Gałuszki : “Chorzów wczoraj, Königshütte gestern”

Wiaduktem koło zabudowań dawnej hali targowej i placu, na którym stoi Pomnik Powstańca Śląskiego, dzieło z lat 70, nawiązujące do przedwojennego monumentu, który hitlerowcy zburzyli we wrześniu 1939 r. Pierwowzór stał przed pocztą, w miejscu wcześniejszej Germanii i zwrócony był wymownie w stronę najbliższej granicy niemieckiej. Obecnie patrzy na hutę, która po wojnie nazywała się Kościuszko, a od przemian ustrojowych – znowu Królewska. Podobnie, jak pierwowzór, postać powstańca ma rysy piewcy polskości na Śląsku, poety-kowala z Królewskiej Huty, Juliusza Ligonia, przepasana jest hutniczym fartuchem i w ręku trzyma miecz. Za czasów PRL-u zakład był żywicielem wielu mieszkańców Chorzowa, dziś zatrudnia raptem trochę ponad 200 osób. Po modernizacji i reorganizacji zamknięto szereg wydziałów, pozwalniano ludzi, nie ma pieców martenowskich, które witały mnie żarem, ilekroć tamtędy przechodziłem lub przejeżdżałem. Hutą zarządza obecnie hinduski fabrykant, a Romek Wypler, mój kuzyn jest jednym z tych szczęśliwców, którzy nie stracili u niego pracy. Jak będzie jutro, pojutrze, tego nie wie, ale na dziś rodzina jest zabezpieczona.

Podobnie jak Ligoń, Romek jest kowalem hutniczym. Mieszka wraz z żoną, córką, jej mężem i dwoma wnuczkami na czwartymi piętrze przedwojennej kamienicy, na przedłużonej ulicy Wolności. Ciasno im nie jest, bo mieszkanie ma kilka przestronnych pokoi; z niektórych okien roztacza się piękny widok na dachy Chorzowa. Kiedy jestem u Wyplerów na bezuchu, czyli w gościach – a zdarza się to mniej więcej raz w roku, w okolicach Wszystkich Świętych – zawsze sobie z sentymentem pooglądam tę panoramę. Kuzyn wraz z żoną Ewą i córką Izą opiekują się grobami moich bliskich, więc czas odwiedzin jest logiczny. Romek ma także duszę artysty, nie dosyć mu kowalstwa w pracy, w domu uprawia metaloplastykę. Jak ma wolny czas i natchnienie, siada przy jednym z tych panoramicznych okien, które poza pięknym widokiem dają mu jeszcze lepsze światło i dłubie, tnie, kuje, a Ewa goni go z tą robotą, bo jej marasi. Przynajmniej się nie nudzą a efekty są: różnego rodzaju biała broń wisi na ścianach mieszkania, widzę starodawne pistolety, miniatury armat, militaria najbardziej Romka interesują.

SAMSUNG CAMERA PICTURES
Romek Wypler z żoną Ewą w domowych pieleszach.Ten kominek robił oczywiście jeszcze jego ojciec…

Niedawno stracił mamę, parę miesięcy później ojca, mieszkali niedaleko, w Batorym. Ciocia Jutka była schorowana, ale wujek Józek, znany w Chorzowie zdun, w życiu nie był u lekarza. Jak pamiętam zawsze wadzili się o coś obydwoje, ale nigdy na bij zabij, tylko tak dla zasady. Widocznie zabrakło mu tej soli w zupie.

Tym razem nie wchodzę na czwarte piętro, bo trochę się spieszę, spotykamy się z Romkiem na krótko przed jego domem. W czasie rozmowy moją uwagę przyciąga mężczyzna, który stoi nieopodal, na rogu Strzelców Bytomskich. Twarzy na razie nie widzę, bo stoi bokiem, ale jest w nim coś znajomego. Kiedy się odwraca do nas, zatyka mnie z wrażenia. Trącam kuzyna, reaguje podobnie. Józek – mówi. Wierzę w duchy, ale w to, że zmarłemu ojcu Romka chciało się do nas jawnie pofatygować w biały dzień, to nie bardzo. W podwójną halucynację i przypadki też wątpię. Może mi więc ktoś powie, dlaczego w tym samym czasie i akurat pod domem Romka zobaczyliśmy to samo? I wreszcie: co reżyser tego spotkania chciał nam powiedzieć?

Na Wesołą 5, na osiedlu Ruch, gdzie słynny stadion piłkarski, zachodzę rzadko i niechętnie. Ten adres pamiętam najlepiej, ale mi żal, że po śmierci dziadka dom został sprzedany jakimś babom z Gdańska, do tego za półdarmo. Nie wiem, kto teraz tam mieszka, podobno już ktoś inny, sąsiedzi też się zmienili, oglądam go więc sobie tylko z zewnątrz i nie za długo, żeby się zupełnie nie rozkleić. Widać, że nowi właściciele zainwestowali w modernizację domu, ale nie ma już śladu po naszym czarodziejskim ogrodzie, w którym babcia z dziadkiem hodowali różne warzywa, gdzie rosły jabłonie, grusze, krzaki agrestu i pachniało bzem. Nie ma więc sensu szarpać duszę.

Materiał na żonę i inne materiały

Dorota Cygan

Materiał na żonę

Materiał na żonę powinien być w kwiatki, najlepiej w całą łąkę. Na przedwiośniu bielić się przebiśniegiem, na wiosnę kwieciem jabłoni, na lato stokrotką, a na jesień chryzantemą. Może też być materiałem w kratkę, by lepiej podzielić wspólne życie na segmenty, choć trochę różniące się od siebie. Może być też w kropki, ale broń Boże nie w znaki zapytania lub wykrzykniki. Musi być drogi, by nie wytarł się od codziennego siedzenia przed telewizorem i gruby, by chronił przed chłodem przymusowej konwersacji. Ma gwarantować nieprzemakalność na burzę emocji i grad tak zwanych twardych argumentów.

Patrzę w lustro na materiał bez wzoru.

Mój znajomy mawia, tobie to się fajnie opowiada historie, bo ich potem nie pamiętasz, można je bezkarnie wciąż opowiadać od nowa. No to może jestem dobrym materiałem na żonę?

Materiał na przyjaciela

Materiał na przyjaciela to zwykła skóra, najlepiej (bardzo) ludzka. A pod nią, wiecie sami – “włókna duszy i chrząstki sumienia”. Zapewniająca osmozę westchnień rozterki, westchnień ulgi i podobnych. Starzejąca się i bynajmniej nie piękna, ale zabliźniająca rany i dopasowana jak ulał. Nie rzuca się w oczy, lubi być okryta.

Materiał na naukowca

Materiał na naukowca to stop metali nieszlachetnych, odkształcających się nietrwale zależnie od środowiska, optymalnie funkcjonujący w oprawie świetlnej, chętnie świecący światłem odbitym. Wyceniany najczęściej poniżej lub powyżej faktycznej wartości. Nie dotykać, gdy się robi gorąco lub ściął ostry mróz. Przytulić nie sposób.

Sterylna czystość i zwały śmieci

Joanna Trümner

Podróż do Chin

Shanghai

Jazda transrapidem z szybkością 400 km/godzinę i widziane z okna wieżowce niczym nie przypominały mojej wizji Chin, obrazów widzianych w filmie Ostatni cesarz Bertolucciego i scen z książki Pearl S. Buck Łaskawa ziemia. Szanghaj jest bardzo nowoczesnym miastem z panoramą drapaczy chmur, których w tej ilości nie znajdzie się w żadnej z metropolii Europy. Przy budowie tych wieżowców zatrudniono ekspertów Feng Shui lub wróżbitów, by zadecydowali o tym, w jakim miejscu budynki mają stanąć i kiedy najkorzystniej będzie rozpocząć ich budowę. Na dachach wielu z nich znajdują się okrągłe dziury, przez które zgodnie z zasadami Feng Shui przelecieć mają złe duchy, krążące wokół domów. Przerażająca ilość ludzi i sterylna czystość ulic i parków, o którą nieustannie dbają armie kobiet, krążących tam ze szczotką i zmiotką, usuwające każdy niedopałek i liść spadający z drzewa.

chinyshanghaiZ okna naszego hotelu widać slumsy – rozpadające się domy bez kanalizacji i światła. W tej świątyni modernizmu i techniki nikt nie potrzebuje rzeczy starych. Niedługo zapewne zostaną zburzone, by zrobić miejsce dla kolejnego Starbucksa lub McDonalda. Może to miał na myśli Mao, mówiąc, że „trzeba zniszczyć wszystko co stare, aby móc zacząć budowę nowego systemu”.

chinytargpionW programie wycieczki jest zwiedzanie rynku i wspólne gotowanie obiadu z chińską rodziną. Po zwiedzaniu rynku apetyt niestety wszystkim przechodzi – opuszczamy rynek w stanie szoku, mając przed oczami te worki żywych żab skaczących po ladzie, niezidentyfikowane gatunki mięsa (psów i kotów na ulicach niewiele!) i ryb, mózgi, podroby, nigdy jeszcze nie widziane owoce i warzywa. „Rodzina” to, jak się okazuje, mieszkańcy wzorowej komuny zbudowanej w końcu lat 70 dla pracowników napływowych z prowincji. Przed obiadem oprowadzają nas po muzeum, pokazującym z dumą, jak wielką szansę życiową otrzymali oni od państwa chińskiego. Wśród eksponatów: racjonowane słodycze marki „White Rabbit” i stojące w każdym mieszkaniu maszyny do szycia, na których z przydziałowego materiału rodziny szyły sobie obowiązujące w całych Chinach mundurki w trzech kolorach: czarnym, szarym i niebieskim. Patrząc na zdjęcia tych szczęśliwych ludzi myślę o rolniku Wang Lung z książki Pearl S. Buck Łaskawa ziemia, który w sto lat przed stworzeniem przez Mao tego „raju dla klasy chłopskiej i robotniczej”, w czasie nieurodzaju jadł dla zabicia głodu ziemię. Czy czułby się w tej komunie szczęśliwy? Pod koniec zwiedzania pada żenujące pytanie: „Czy chcecie zobaczyć film propagandowy z tamtych lat?” Sytuację ratuje Erich – nauczyciel z Szlezwika-Holsztynu zapewniając oprowadzających nas przewodników, że właśnie po to przyjechaliśmy do Chin, żeby poznać historię tego wspaniałego kraju, ale niestety nieznajomość języka uniemożliwi nam zrozumienie filmu. Jedzenie przygotowane przez rodzinę (widzieliśmy tylko panią domu – 52-letnią emerytkę – w Chinach kobiety pracujące fizycznie przechodzą na emeryturę w wieku 50 lat, mężczyźni w wieku 55 lat) było fantastyczne. Mieszkania nam nie pokazano, otrzymaliśmy tylko informację, że w trzech pokojach mieszka małżeństwo z synem i teściową.

Hangzhou

Z Szanghaju jedziemy pociągiem do Hangzhou, siedem godzin podróży mija na miłych rozmowach i oglądaniu niewielkich wiosek i pól. Razi nas brak zwierząt i niewielka ilość pól uprawnych: kto to wielkie państwo karmi? Spędzamy cały dzień nad przepięknym jeziorem West Lake, odwiedzając sterylnie czyste parki. Mijają nas tysiące chińskich turystów – dla nich jesteśmy gwiazdami filmowymi – co chwila ktoś prosi nas o zrobienie z nim zdjęcia, często jesteśmy filmowani bez pytania. Świadomość, że jakaś mała Chinka lub Chińczyk na drugim końcu świata zaczyna dzień patrząc na moje zdjęcie lub że pocieszam ją/jego, gdy ma stresujący dzień w pracy czy też złamane serce napawa mnie radością – każdy ma przecież prawo do odrobiny próżności.

Płynąc statkiem po jeziorze popełniam jedną z wielu gaf pytając naszego przewodnika: „Dlaczego nie ma tu plaż?” Liu patrzy na mnie z dezaprobatą, zaskoczony takim brakiem wyobraźni i naiwnością: „Wyobraża sobie Pani, co zostanie z jeziora, jak 18 milionów ludzi przyjdzie się tu wykąpać?”

chinyjangcybrudnawodaJangcy

Cztery kolejne dni spędzamy na statku płynącym po Jangcy – trzeciej co do wielkości rzece świata. Rzeka jest rzeczywiście olbrzymia – krajobrazy widziane z okna naszej kabiny byłyby jednymi z najpiękniejszych widoków jakie widziałam w życiu, gdyby nie sterty śmieci płynące wzdłuż rzeki. A wśród tych plastikowych butów, butelek, płyt, resztek mebli, jedzenia małe łódki – całe rodziny grzebią w śmieciach szukając rzeczy, które można byłoby sprzedać na skupie. I pierwsi pływający Chińczycy – młodzi chłopcy nieświadomi tego, jak czyste są rzeki w innych częściach świata. Pełną rekompensatą jest kiczowate wręcz, pełne gwiazd niebo, które oglądamy wieczorem popijając na pokładzie piwko i rozmawiając do północy o tym dziwnym kraju, który wszyscy w naszej grupie zwiedzają po raz pierwszy. Podczas jednej z proponowanych przez biuro wycieczek widzimy największą na świecie elektrownię wodną na Jangcy. Przy tworzeniu tego projektu, zwanego przez rząd „projektem tysiąclecia”, przesiedlono 1,5 miliona ludzi i zalano wiele wiosek.

chinyjangcysmieciXian

Następnym etapem naszej wycieczki jest Xian – była stolica Chin – 10 milionowe miasto znane z armii żołnierzy z terakoty. Samo miasto jest również warte obejrzenia, ze starym murem miejskim o długości prawie 15 km – jeździmy po nim rowerami i oglądamy z góry tętniącą życiem starówkę. Załujemy, że program wycieczki przewidział tylko jeden nocleg w tym mieście. 7500 żołnierzy z terakoty sprawia niesamowite wrażenie, naukowcy stwierdzili, że do tej pory odnaleziono tylko 1% armii, stworzonej na zlecenie pierwszego chińskiego cesarza Qin Shi (zmarł w 210 roku przed naszą erą). Terakotowa Armia miała strzec grobowca cesarza i pomóc mu odzyskać władzę w życiu pozagrobowym. Zasiadł on na tronie Chin w wieku 13 lat i rządy rozpoczął od zlecenia prac nad armią z terakoty. Prace trwały 38 lat. Bohaterem narodowym jest jeden z trzech chłopów, którzy znaleźli części armii podczas budowania studni. Był to początek tego niesamowitego odkrycia, które znajduje się dzisiaj na liście światowego dziedzictwa Unesco. Yang Xinman szybko zrozumiał zasady gospodarki wolnorynkowej i codziennie siedzi w muzeum, sprzedając za 200 youanów (mniej więcej 25 Euro) swoje zdjęcie z podpisem. Nie widzieliśmy jego twarzy, bo zasłaniał ją parasolką uniemożliwiając wykonanie nieautoryzowanych zdjęć.

chinyarmiaPekin

Zwiedzanie rozpoczynamy od placu Tianamen – znanego na Zachodzie z masakry, którą rząd chiński przeprowadził na swoich protestujących obywatelach 3 i 4 czerwca 1989 r. Aby wejść na Plac musimy przejść przez dwa punkty kontrolne – te kontrole są zresztą wszechobecne – nawet do kolejki miejskiej nie można wejść bez przepuszczenia plecaka przez rentgena. Dlatego zapewne tak niewiele się słyszy o zamachach terorystycznych i protestach. My zresztą też musimy protestować, bo Liu koniecznie chce nas zaprowadzić do mauzoleum Mao na placu Tianamen. Mao i bez mauzoleum jest wszechobecny – patrzy na nas z każdego banknotu, a jego wielki, pięknie wyretuszowany portret wisi również przed wejściem do Zakazanego Miasta, upokarzając w ten sposób pokolenia cesarzy z dynastii Ming i Xing, którzy tu mieszkali. Zakazane Miasto jest olbrzymie – w religii taoistycznej niebo składa się z 10 tysięcy pokoi – a pałac cesarski ma ich 9999 i pół.

chinymurNastępnego dnia pojechaliśmy autobusem za miasto, żeby zobaczyć Mur Chiński. Po przejściu 1337 stopni udało nam się stanąć na Murze. Jest to budowa niesamowita i czoła należy chylić przed architektami. Niestety – duża część ponad 6000 km muru musi zostać w miarę szybko naprawiona. Jego zygzakowaty przebieg na pewno też ma coś wspólnego z Feng Shui – nie buduje się prostych dróg i mostów, aby utrudnić złym duchom pokonanie drogi.

Jednym z ciekawszych przeżyć w Pekinie była wizyta w centrum medycyny chińskiej. Mówiący doskonale po niemiecku profesor wyjaśnił nam w krótkim wykładzie zasady stawiania diagnozy w medycynie chińskiej, np. mierzenie pulsu w pięciu punktach ręki, bo każdy punkt odpowiedzialny jest za inny organ. Każdemu z nas postawiono diagnozę, zaskakująco pokrywającą się zresztą z diagnozami lekarzy w Niemczech. Jedynym szczęśliwcem był nasz senior – 74-letni Hilar, który usłyszał, że będzie jeszcze żył 25 lat. Oprócz Hilara wszyscy opuściliśmy centrum zdruzgotami świadomością licznych chorób, zaopatrzeni w torby pełne lekarstw z rosnących w Tybecie ziół. Na koniec zaaplikowano nam bezpłatny masaż nóg, błogosławieństwo dla turystów zmaltretowanych poprzedniego dnia chodzeniem po Chińskim Murze.

Rzekomo każda podróż nas zmienia – ja wracam do Berlina z radością patrząc na niebo bez smogu, małą ilość ludzi i zrozumiałe napisy i z pewnym niedosytem, myśląc o tym jak niewiele zobaczyłam i dowiedziałam się o tej prastarej kulturze

Łużyce w Berlinie…

Urszula Usakowska-Wolff i Ewa Maria Slaska

… a będzie też i o tłumaczeniach z łużyckiego

Od wielu tygodni Tomasz Fetzki, który na użytek tego blogu, przybrał przydomek Viator, wędruje z nami po Zachodnich Kresach Polski i Wschodnich Kresach Niemiec czyli po Łużycach. Ciekawe, że dopiero teraz, dzięki wpisom Viatora, my dwie, Urszula i Ewa, od lat zamieszkałe w Berlinie, ustaliłyśmy, że obie jeździłyśmy na Łużyce, obie organizowałyśmy projekty polsko-niemiecko-łużyckie lub brałyśmy w nich udział i obie kiedyś tłumaczyłyśmy wiersze łużyckich poetek na polski i/lub niemiecki.

Zacznijmy jednak od tego, że w Berlinie te Łużyce nie są aż tak odległe i nieznane jak odległe i nieznane są w Polsce. W Berlinie tradycyjnie jeździ się do Spreewaldu, popływać barkami lub kajakami, pooglądać z wody wiosnę, lato czy jesień, kupić kiszone ogórki, najlepsze w całych Niemczech i szprewaldzką ciemnoniebieską ceramikę w białe kropy, a wiosną piękne pisanki, najpiękniejsze w całych Niemczech. Łużyczanie zwani tu Sorbami przyjeżdżają na polskie festyny do Berlina. Są sorbskie sklepy z lokalnymi produktami. Wszystko razem nie oznacza może jakichś niezwykle ożywionych kontaktów, ale te kontakty są i są nacechowane wzajemną sympatią.

Był jeszcze jeden ścisły związek łączący Berlin i Łużyce.

Poznałam Łużyce w ramach polsko-niemieckiego projektu kulturalnego Statek Literacki (Deutsch-Polnischer Poeten Dampfer) w latach 1995-1999, wtedy też widziałam wsie zniszczone przez wydobycie węgla brunatnego i księżycowy krajobraz jaki pozostawiają po sobie kopalnie odkrywkowe. Ten węgiel brunatny, w Polsce niemal zapomniany, mimo że oczywiście i my mamy jego wychodnie, że wspomnę Konin, Bełchatów i Turów, był w Berlinie i Brandenburgii po prostu wszechobecny. W Berlinie było i nadal jest, choć oczywiście teraz mniej niż przed 30 laty, mnóstwo mieszkań wciąż jeszcze ogrzewanych piecami, a najtańszym opałem był i jest właśnie węgiel brunatny. Sama tak mieszkałam kiedyś dawno temu. Opalane brykietami z węgla brunatnego mieszkania produkowały tony lotnego brązowego popiołu i wysyłały nad miasto kilometry sześcienne dymu w kolorze rdzy, co sprawiało, że zimą cały Berlin przybierał rudawy kolor. Co jakiś czas ogłaszano zagrożenie smogowe i wtedy jeździło trochę mniej samochodów, a to przecież mieszkania produkowały ten brązowy smog a nie samochody i pewnie trzeba by było zakazać palenia w piecach, ale na to by się przecież nikt nie poważył.
Już dawno nie mieszkałam w mieszkaniu z piecami, gdy podczas Polsko-Niemieckiego Statku Literackiego dotarłam na krawędź takiego wyrobiska węgla brunatnego i dopiero wtedy dotarło do mnie, że jego szkodliwość ekologiczna w Berlinie była małym problemikiem w porównaniu z tym, co on oznaczał na Łużycach. Choć oczywiście zanim zaczniemy urągać przemysłowi, przeczytajmy raz jeszcze wpis Tomasza Fetzkiego, który pisze o tym, jak trudno jest zachować równowagę pomiędzy naszymi potrzebami życiowymi a naszymi poglądami ekologicznymi.

Podczas projektu Poetendampfer (Parowiec Poetów – świetna nazwa, znacznie lepsza niż nudna nazwa po polsku!) poznałam też poetkę łużycką Róžę Domašcynę i na bieżąco tłumaczyłam jej wiersze na polski. Urszula z kolei brała udział w 32 Festiwalu Poezji Sorbskiej w Budziszynie w 2010 roku, też tłumaczyła wiersze Róžy i promowała ją w Westfalii. Moje tłumaczenia, wykonywane odręcznie na papierze, odczytywane podczas imprez z karteluszków, z kretesem zaginęły. Również Urszula nie ma wierszy Róžy po polsku, ale znalazła tłumaczenie wiersza Hańžy Budarjowej (1860-1937).

Prządki u kołodzieja w Łazie

W tym pięknym ogrodzie, do którego chętnie chodzę,
rosną kwiaty czarujące,
wszystkie pięknie kwitnące, w blasku wiosny lśniące,
młode, zapatrzone w słońce.
Te kwiaty są tak cnotliwe,
jak nasze wiejskie dziewki,
co u kołodzieja w Łazie zbierają się na prządki i śpiewki.

Może w tym ogrodzie znajdą się trzy róże,
które cudne imiona mają:
miłość, pokój i jedność, bo wszyscy Łużyczanie je znają
i za najpiękniejsze uważają.
Z tych róż przykład brać
i o nie dbać będziemy,
ale teraz sobie w Łazie znowu poprzędziemy.

Chcemy w naszym towarzystwie dalej się gromadzić,
żyć w spokoju i w pokoju, nikomu nie wadzić,
i do środy razem prząść i śpiewać wesoło,
bo już wkrótce słońce wzejdzie i zaświeci wkoło:
nad łąkami, nad lasami, nad polami,
i z ciemności nas wyzwoli,
byśmy mogli pracować na roli i śpiewać ze skowronkami.

A gdy starość nastanie, będzie czas na bajanie
o pięknych latach młodości,
o tym, ile radości sprawiało nam chodzenie
do kołodzieja przy Stawie w Nowym Łazie na przędzenie.
Oj, będą się nam dziwować,
oj, będą się naśmiewać
z naszych bajek, z naszych fraszek – młodzieńczych igraszek.

1927

Przekład z języka górnołużyckiego: Urszula Usakowska-Wolf, 2010

Hańža Budarjowa (1860-1937), aktywistka łużyckiego stowarzyszenia „Handrij Zejler“ w Lohsa (Łaz) i poetka ludowa, autorka 158 opublikowanych wierszy i 13 nieopublikowanych manuskryptów, pisała prawie wyłącznie po łużycku.

Róža Domašcyna, urodzona w roku 1951 w Zerna, mieszka i tworzy w Budziszynie. Foto Jens Domaška.

Zersplittet
den brustkorb an seinem brustkorb halten
mit der rechten hand seine linke herzkammer melken
mit der linken hand seine rechte herzkammer melken
dabei
das eigene vordertürchen verschlüsselt wissen
rücklings eine ferse in die hintertür stellen
und so wie so den hals verstöpselt tragen

Rozfragmentowanie
opierając klatkę piersiową o jego klatkę piersiową
prawą ręką dojąc lewą komorę jego serca
lewą ręką dojąc prawą komorę jego serca
a przy tym
pilnując by własne klapy były dobrze zamknięte
od tyłu wstawiając stopę w kuchenne drzwi
a szyjka i tak zakorkowana

Tłumaczyła Ewa Maria Slaska

A tu jeszcze wiersz Róży po łużycku, pełen gier słownych i gier z różnymi językami. Konia z rzędem temu, kto go przetłumaczy na jakikolwiek język 🙂

Kosycka, Reiherschnabel, Eródium

Rólerkacka: Odin! Mu Bechery heiss.
Reimscheues lobe. Dny corki. Hórka.
Hólce reibe krydu. Kino ma es. Rasch.
Birne, hack Kurioses. A hdy mrócele?
Rohes kusa irr. Cim bóle necke hody.
Hei, bóle minus. Sydk Recher kacora.

Alma (8)

Lech Milewski

Wielka ucieczka

Jako podkład muzyczny proponuję Symfonię Nr 9 Antoniego Dworzaka – Z Nowego Świata. Wybór dość oczywisty gdyż tam właśnie zakończyła się ucieczka głównych bohaterów tej serii wpisów.

Ostatnim wydarzeniem w poprzednim odcinku było morderstwo kanclerza Dolfussa. Cofnijmy się o rok i przenieśmy do Niemiec.
8 kwietnia 1933 roku Studenckie Biuro Propagandy ogłosiło Akcję przeciwko nie-Niemieckiemu Duchowi.
Nie-niemiecki Duch objawiał się w:
– książkach zdrajców oczerniających Nowe Niemcy,
– literaturze komunistycznej i pacyfistycznej,
– literaturze liberalnej popierającej Republikę Weimarską,
– literaturze propagującej sztukę dekadencką lub czysto konstruktywistyczną (np. Bauhaus)
– literaturze stworzonej przez żydowskich autorów bez względu na jej zawartość.

Uczelnie otrzymały listę najgroźniejszych autorów. Na pierwszych trzech pozycjach znaleźli się: Karol Marks, Karol Kautsky i Henryk Mann. 10 kwietnia zapłonęły stosy. Największy na Opernplatz w Berlinie.

Zwróciłem uwagę na nazwisko Henryka Manna, pierwszego literata na tej liście. Już rok wcześniej, na łamach pisma Die Weltbühne, pojawił się artykuł A. Hitlera pod tytułem – Prezydent? Autor przeprowadzil całkiem logiczny dowód, że Henryk Mann jest lewicowcem nie uwikłanym w żadne układy partyjne i byłby w stanie doprowadzić do porozumienia szerokiego frontu lewicowego z komunistami i w rezultacie objąć stanowisko prezydenta Republiki Weimarskiej.

Na szczęście w 1933 roku Henryk Mann przebywał we Francji, gdyż w innym przypadku nie skończyłoby się tylko na paleniu książek.
Henryk Mann już od młodych lat demonstrował niezwykły instynkt polityczny w przeciwieństwie do swojego dużo słynniejszego, brata Tomasza, który każdą sytuację polityczną oceniał błędnie i potem wielokrotnie zmieniał zdanie.
W przypadku nazizmu było podobnie. Henryk Mann stał się przywódcą antyfaszystowskiego ruchu intelektualistów. Tomasz Mann, podobnie jak większość Niemców, w pierwszej chwili wiązał pewne nadzieje z Hitlerem. Nadzieje bardzo szybko się skończyły, ale słynny pisarz bardzo długo grał z nazistami w kocie łapki. Przezornie przebywał poza granicami Niemiec, ale bardzo długo zwlekał z podpisaniem listu intelektualistów antyfaszystowskich, twierdząc, że więcej pożytku przyniesie Niemcom możliwość dostępu do jego książek. Uległ dopiero naciskowi własnej rodziny, która była mocno zażenowana jego postępowaniem.
Rzeczywistość okazała się bardzo okrutna dla Henryka, który po zaprzestaniu publikacji jego książek w Niemczech, znalazł się w bardzo trudnej sytuacji materialnej i utrzymywał się na powierzchni dzięki ciężkiej pracy żony i regularnej pensji wypłacanej mu przez brata.
Natomiast Tomasz Mann stał się ambasadorem niemieckich intelektualistów i artystów szukajacych bezpiecznej przystani w USA.

Wróćmy jednak do ducha nie-niemieckiego. Muszę stwierdzić, że zaskoczyło mnie zaliczenie do tej kategorii Bauhausu. Wszak propagował on funkcjonalność, ergonomię, czystość konstrukcji. To całkiem podobne do koncepcji samochodu dla ludu – volkswagena, który był ulubieńcem Hitlera i został skonstruowany i wprowadzony do produkcji przez nie byle kogo lecz samego doktora-inżyniera Ferdynanda Porsche.
Nie mogę się oprzeć nie popartemu żadnymi dowodami podejrzeniu, że w przypadku Bauhausu i Waltera Gropiusa jakąś rolę mogła odegrać osoba naczelnego architekta Rzeszy, Alberta Speera, który miał zupełnie inne koncepcje architektoniczne.

Walter Gropius bardzo szybko pozbył się złudzeń i w 1934 roku wyjechał do Anglii, a trzy lata później do Stanów Zjednoczonych, gdzie kontynuował swoją błyskotliwą karierę. Na początek zaprojektował i wybudował dom dla swojej rodziny (po rozwodzie z Almą ożenił się powtórnie i miał córkę z adopcji). Ten dom i jego otoczenie uchodzą do dzisiaj za wzór budownictwa funkcjonalnego – KLIK.
Kilka dni temu zapytałem żonę mojego bardzo młodego kuzyna, z zawodu architektkę, czy zna nazwisko Gropius. Spojrzała na mnie z urazą – też mi pytanie.
Proszę podać w google hasło “Gropius doorhandle” albo “Gropius chair” a może się okazać, że bez Waltera Gropiusa nasze warunki życiowe mogłyby być zupełnie inne…

Oskar Kokoschka nie miał żadnych złudzeń co do nazizmu. Przecież już w 1911 roku arcyksiążę Ferdynand (ten zastrzelony trzy lata później w Sarajewie) oglądając obrazy Kokoschki powiedział – ktoś powinien połamać temu człowiekowi wszystkie kości. Teraz czas wiedeńskiej operetki się zakończył, przyszedł czas na łamanie kości.
W 1934 roku Oskar przeniósł się do rodzimej Czechosłowacji. Powstała tam grupa artystów ekspatriantów, która przyjęła nazwe Oskar Kokoschka Bund. W Czechosłowacji ożenił się z Olgą Pavlovską. W 1938 roku, po podpisaniu układu monachijskiego, wyemigrował do Anglii, gdzie jego twórczość była zupełnie nieznana i wraz z żoną do końca wojny żyli w biedzie. Po zakończeniu wojny jego dzieła szybko wróciły do czołowych galerii Austrii, Włoch i Niemiec, a on sam osiedlił się w Szwajcarii, gdzie zmarł w wieku 93 lat.

Manon Gropius

Wracam do głównej postaci tej opowieści. Wiadomość o zabójtwie kanclerza Dolfussa niezbyt przejęła Almę i jej rodzinę, gdyż przeżywali swoją własną tragedię. 17-letnia Manon została porażona paraliżem dziecięcym i całkowicie sparaliżowana. Manon – cudownie wrażłiwa dzieczynka, która potrafila się porozumiewać z roślinami i zwierzętami, która po wizycie za kulisami teatru czuła się na scenie jak we własnym domu, została przykuta do wózka inwalidzkiego. Walter Gropius przyjechał z Londynu odwiedzić córkę. Lekarze byli pełni optymizmu. Alma wierzyła, że Manon wyzdrowieje, bo ona, Alma, tego chce. Przyjaciel domu – ksiądz Hollnsteiner – radził, żeby jej znaleźć męża, Manon prosiła tylko o jedno – pozwólcie mi umrzeć w spokoju. Pocieszała też na swój sposób Almę – zapomnisz o tym, Mamusiu, tak jak zapomniałaś o wszystkich innych.
Manon umarła w Poniedziałek Wielkanocny 1935 roku. Została pochowana na cmentarzu Grinzig tak jak Gustaw Mahler i piewsza córka Almy. Pogrzeb odbył się tak pospiesznie, że Walter Gropius nie zdążył przyjechać na czas. Za to Alma była pierwszy raz na pogrzebie. Elias Canetti (literacki Nobel 1981 – KLIK) – bezlitosny krytyk Almy – wspomina pogrzeb tak: …tym razem, też, wszystko było zrobione dla efektu. Cały Wiedeń był tutaj. (…) Ona (Alma) płakała i uderzyło mnie, że nawet jej łzy były ogromnie duże. Nie było ich zbyt wiele, ale ona potrafiła tak płakać, że one płynęły razem, niezwykłego rozmiaru. Takich łez nie widziałem nigdy w życiu, jak niezwykłe perły, drogocenna ozdoba…

Franz Werfel był bardzo blisko Almy. Starał się ją wesprzeć w każdy możliwy sposób, ale teraz to on był gwiazdą. To o nim pisały gazety, to on zostal zaproszony do Nowego Jorku, to dla niego Ormianie, wdzięczni za pokazanie ich losu w książce 40 dni Musa Dag, organizowali specjalne akademie. To on został zaproszony przez Ligę Narodów na dyskusję na temat roli literatury.
Alma pisała: Moje małżeństwo nie jest już małżeństwem. Żyję nieszczęśliwie przy Werflu, którego monologi zdają się nie mieć końca. Jego zamiary, jego słowa, wszystko jego, jego, jego! Zapomniał jak ważne były kiedyś dla niego moje słowa.

W 1938 roku, podczas pobytu we Włoszech, dotarła do nich wiadomość o spotkaniu kanclerza Schuschniga z Hiltlerem. Anschluss Austrii był kwestią dni. Alma zostawiła męża we Włoszech, a sama udała się do Wiednia, ratować co się da. Na wszelki wypadek zamieszkała w hotelu. Z wystaw sklepowych spoglądały na nią portrety Hitlera. A jednak jej córka, Anna, nie zdawała sobie ciągle sprawy z tego, że bycie dzieckiem Mahlera jest niebezpieczne. Jednym z pierwszych posunięć nowej administracji była zmiana nazwy Mahler-Strasse.
Ksiądz Hollnsteiner przygotowywał kazanie na temat wielkości faszyzmu. Rodzina jej ojczyma, Carla Molla, świętowała. Alma wyciągnęła wszystkie swoje oszczędności z banku, zaszyła je w pasie i poprosiła swoja służącą o przewiezienie ich do Szwajcarii. Pożegnała się z matka, a ojczymowi przekazała pod opiekę wszystkie swoje dzieła sztuki.
Z wielkim trudem przekonała swoją córkę do wyjazdu. Na ulicach Wiednia rozwieszano ogłoszenia o mającej nastąpić za kilka dni wizycie Hitlera, gdy Alma z Anną jechały na dworzec.
Przez Pragę, Budapeszt, Zagrzeb i Triest dotarły do Mediolanu, gdzie czekał na nie Franz.
W Zurichu odebrali oszczędności Almy i przez Paryż pojechali do Londynu. Anna mówiła biegle po angielsku, Franz miał zdolności do języków, a nowe otoczenie mobilizowała go do działania. Alma natomiast oczekiwała nadal, że wszyscy będą do niej mówić w jej języku. Tak się nie stało i wkrótce znienawidziła Londyn. Powrócili więc do Paryża. Tam Almie udało się odzyskać pozostawiony w Wiedniu manuskrypt III symfonii Brücknera, ulubionego kompozytora Hitlera.
We wrześniu wybuchła wojna i nagle stali się we Francji cudzoziemcami z wrogiego kraju. Dlaczego natychmiast nie wyjechali do USA? Jakaś wiara w siłę euroejskiej tradycji kulturalnej? Podjęli decyzję dopiero gdy Niemcy opanowały Francję, ale wtedy było już za późno. Nie posiadali francuskiej wizy wyjazdowej i musieli uciekać przez “zieloną granicę”. Po kilku tygodniach oczekiwania w Lourdes trafiła się wreszcie okazja. Wraz z Henrykiem Mannem, jego żoną i synem Tomasza Manna – Golo – przekradli się do Hiszpanii a dalej, już legalnie, do Portugalii i USA. Ucieczkę tę opisałem szczegółowo w pierwszym odcinku opowieści.

Po sukcesie Pieśni Bernadetty ich sytuacja materialna była bardzo dobra. Kupili duży dom w Beverly Hills. Mieli dobre ksiązki, fortepian, służbę. Byli w centrum życia niemieckiej emigracji. A jednak: Franz jest zmęczony. Zamknięty w sobie. Jak martwy. Chyba potrzebuje nowej miłości albo czegoś podobnego. A ja, ja nie potrzebuję i nie szukam już nikogo ani niczego.

26 sierpnia 1945 roku Franz Werfel zmarł na skutek ataku serca. Problemy z sercem odczuwał już od kilku lat. A przecież w dniu, gdy Alma dostała krwotoku i przedwcześnie urodziła synka, złożył ślub, że jej nie opuści i rzuci palenie. Wypełnił tylko pierwszą część tego ślubowania.

Pogrzeb odbył się trzy dni później. Tomasz Mann wspomina go tak:
Uroczystość pogrzebowa odbyła się w kaplicy Towarzystwa Pogrzebowego w Beverly Hills; obfitość kwiatów była wielka a grono żałobników, liczące wielu muzyków i pisarzy, bardzo liczne. Wdowa, wdowa po Mahlerze, a obecnie i po Werflu nie była obecna. ‘Nigdy przy tym nie bywam’ – powiedziała ta wspaniała kobieta – a słowa te, w całej swej szczerości, wydały mi się tak komiczne, że nie wiedziałem właściwie, czy szloch, czy śmiech, wstrząsnęly moją piersią nad trumną. W sąsiednim pomieszczeniu śpiewała Lotta Lehman przy akompaniamencie (Bruno) Waltera. Mowa pogrzebowa abbe Moeniusa długo się odwlekała…, gdyż Alma w ostatniej chwili zażądała nagle rękopisu celem energicznej cenzury. (Bibliografia 3)

P.S. Dla osób, które poczuły nieco sentymentu do bohaterów tej opowieści mam prezent – nagrania głosów Almy Mahler, Waltera Gropiusa, Oskara Kokoschki, Franza Werfla, Anny Mahler (córki Gustawa i Almy) – KLIK.

Zakończenie za tydzień.

Bibliografia:
1. Françoise Giroud – The art of being loved – KLIK.
2. Evelyn Juers – House of Exile – KLIK.
3. Tomasz Mann – Jak powstał Doktor Faustus.

Śmierć i wielka jasność

Bronisława Raszkiewicz

Śmierć, powrót i śmierć Ludwika

W 1929 roku Ludwik zapadł w śpiączkę, która trwała trzy dni. Rodzina była pewna, że umarł, nawet lekarz potwierdził zgon. Nie uwierzył w jego śmierć jedynie jego brat Feliks Tomkiewicz. Już pierwszego dnia, kiedy rozpoczęły się przygotowania do pogrzebu, zauważył jak nad lewym okiem brata drży nerw. Feliks odebrał to jako znak od brata i czuwał przy nim dwa dni i dwie noce. Na trzeci dzień nie miał wątpliwości – Ludwik żyje i jest w letargu! Wówczas poprosił Antosię, aby wstrzymała się z pochówkiem męża na trzeci dzień, zgodnie z obrzędem pogrzebowym. Powiedział jej, że chce pobyć z bratem o jeden dzień dłużej. Antosia zgodziła się i Feliks czuwał przy bracie, leżącym już w trumnie, następną noc. Przez cały czas mówił do niego o domu, o rodzinie, że jest potrzebny, że wszyscy go kochają. Trzeciego dnia późnym wieczorem Ludwik zaczął dawać znaki życia, powoli budził się z głębokiego snu. Otworzył oczy i zamknął, znowu otworzył. Po chwili spróbował wstać, ale nie miał siły. Feliks wzruszony pomógł usiąść bratu, delikatnie go podtrzymując. Po kilkunastu minutach Ludwikowi wróciła świadomość. Rozejrzał się wokół i spojrzał na brata. Feliks uśmiechnął się do niego i pomógł mu wyjść z trumny. Posadził go przy stole i wszystko opowiedział, a później zawołał Antosię i resztę rodziny. Zapanowała wielka radość, zaraz też wyniesiono trumnę i pogaszono świece. Antosia szybko zastawiła stół do wspólnej kolacji – tym razem bardzo odświętnej, wszak stał się cud, jak wszyscy myśleli i patrzyli na Ludwika z niedowierzaniem. Ludwik przyglądał się wszystkiemu jak człowiek, który dopiero się obudził i jeszcze ma przed oczami senne obrazy. Nie czuł głodu, jedynie ogromne pragnienie. Zaraz też Antosia podała mu szklankę wody prosto ze studni.

Ludwik opowiedział o tym, co działo się z nim przez te trzy dni i noce. Była to niezwykła opowieść.

Wyszedłem z ciała i uleciałem w górę, przeszedłem przez sufit i popłynąłem w nocne niebo, usłane gwiazdami. Poruszałem się coraz szybciej i szybciej, aż ujrzałem przed sobą wąską wiązkę jasnego światła, która jakby rozcinała przestrzeń i otwierała ją. Ta jasność była bardziej olśniewająca niż zwykłe światło, a jednak mogłem się w nią wpatrywać bez mrużenia oczu. Była biała, jej widoku nie mogę porównać do jakiegokolwiek znanego mi światła. Im bliżej byłem, tym większa stawała się owa świetlista szpara w przestrzeni, a kiedy już znalazłem się na jej skraju, wówczas wessała mnie w głąb. Nie potrafię opisać jakie to było uczucie, po prostu czułem się bosko. Udało się, znalazłem się tam, gdzie być chciałem – pomyślałem. Zostałem otoczony ciepłem i po chwili dostrzegłem, że ktoś mi towarzyszy. Była to przepiękna, jasna postać, od której emanowała dobroć i miłość. Usłyszałem: – Nie bój się, moja obecność nie służy niczemu złemu. Możesz ze mną rozmawiać.

Zacząłem więc rozmowę ze zjawą , ale nie była to zwykła rozmowa, lecz przekaz myśli. Jak na spowiedzi ujawniałem sekrety swojego życia – i te dobre i te złe.

– Nie martw się – usłyszałem. – Najważniejsze są wartości, jakie nosisz w sercu. Po chwili dopowiedziane zostały słowa: – Synu! Za swoje grzechy będziesz nosił na plecach przez dziesięć lat worki piasku.

Na moment zapadła cisza i znowu usłyszałem słowa bez głosu: – W twoim życiu dużo się zmieni. Będziesz miał gromadkę dzieci, więc zamiast tych worków z piaskiem, przez piętnaście lat będziesz nosił po dwa wiadra wody każdego dnia. A teraz posłuchaj mnie – dalej iść nie powinieneś. Wracaj do żywych.

Nie dowiedziałem się dlaczego nie mogę iść dalej, ale posłusznie zawróciłem i skierowałem się ku domowi. Wracałem przez nocne niebo, spłynąłem przez dach i wszedłem w swoje ciało, leżące nieruchomo w trumnie, tak jak wychodziłem – przez czubek głowy. Moje ciało od razu zareagowało i poczułem ciepło i zobaczyłem ciebie, Feliksie.

Ludwik skończył swoją opowieść i zamyślił się.

broniasmiercludwikaOd tej pory Ludwik już nigdy nie bał się śmierci. Pokutę od tajemniczej istoty skojarzył sobie ze swoją datą śmierci. Te piętnaście lat, w czasie których codziennie nosił dwa wiadra wody ze studni, uznał za czas swojego życia, ofiarowany mu przez samego Boga. Był święcie przekonany, że pierwszego stycznia 1945 roku umrze. Nie wiedział tylko, o której godzinie to nastąpi.

Oswojony z myślą o śmierci zastanawiał się przez te wszystkie lata nad życiem i jego sensem. Dziękował Panu Bogu modlitwą za każdy przeżyty dzień. Wciąż też szukał swojego miejsca na ziemi i instynktownie wiedział, że to miejsce, to ta przestrzeń jasna, która prowadzi do Boga.

Kiedy zdarzało się, że zachorował, prosił Antosię, aby przywiozła księdza. Po spowiedzi i Komunii Świętej mógł zjawić się lekarz. Nigdy nie było odwrotnie.

Zbliżały się święta Bożego Narodzenia w 1944 roku. W domu czyniono przygotowania do wigilii. To miała być wyjątkowa wigilia w życiu Ludwika, jego żony Antosi i ich dzieci

Tego dnia na stole pojawiły się potrawy typowe dla Kresów. Wigilia rozpoczynała się kiszonym białym barszczem z kluskami. Później była ryba gotowana, kapusta z grochem, pierogi z kapustą i grzybami oraz ryby smażone – płocie, okonie, szczupaki i inne. Na końcu – kutia i kisiel z żurawin. Kisiel uważano za danie gospodarza, zaś kutię za specjalność gospodyni. Ta potrawa miała na Kresach wielowiekową tradycję i na stole wigilijnym nigdy nie mogło jej zabraknąć. Bardzo ważne były jej podstawowe składniki – mak jako symbol snu i łączności z innym światem oraz miód oznaczający szczęście i powodzenie w życiu. Starzy ludzie wierzyli, że w wigilijny wieczór woda w źródłach zamienia się na chwilę w miód, wino, a nawet złoto. Zobaczyć to mogły jedynie istoty niewinne i szczęśliwe. W niektórych rejonach wiejskich wierzono też, że o północy otwiera się niebo i wypowiedziane wówczas życzenia spełniają się.

Tego wigilijnego wieczoru Ludwik jak zwykle wziął do ręki opłatek i powiedział:

– Kochani moi! Ten wieczór jest szczególny i bardzo uroczysty. Chciałbym powiedzieć wam kilka słów. Uważam, że przełamując się opłatkiem, pragniemy wyrazić szczerze to, co podpowiada serce. Zauważyliście zapewne, że tę wigilię przygotowałem sam. Ucierałem mak, gotowałem kisiel, smażyłem rybę, a nawet zrobiłem kutię, którą zawsze ty Antosiu przygotowywałaś. Dzisiaj pragnę wam powiedzieć, że robiłem to wszystko z wielką przyjemnością i radością , ponieważ czyniłem to dla was. Ta wigilia i święta są ostatnie w moim życiu – zamilkł na chwilę. – Muszę od was odejść do innego świata, tam gdzie jest już wasza siostra, a nasza córka Joasia. Kiedyś na pewno znowu się spotkamy wszyscy. Mój czas zbliża się szybkim krokiem. W tę podróż nie mogę was zabrać ze sobą. Wiem, że zabolały was moje słowa, ale nie może być inaczej. W nadchodzącym 1945 roku nie będzie mnie już pośród żywych. Odejdę, ale cały czas będę tęsknił za wami i czekał na tę chwilę, kiedy znów będziemy razem. A teraz, bardzo proszę, podzielmy się opłatkiem – mówiąc to przełamał opłatek na pół.

Dom rybą pachni
Przy oknie jodełka
Stół nakryty
Pod obrusem siano
Pachnie barszcz z kluskami
Talerz czeka na spóźnionego gościa
Pierwsza gwiazdka
Ojciec opłatek łamie
Życzenia ponad stołem płyną
Za oknem kolędnicy
Idą
Hej kolęda
Kolęda

Po świętach, w wigilię nowego 1945 roku, Ludwik poprosił Antosię, aby przywiozła księdza. Po spowiedzi i ostatnim namaszczeniu o godzinie piętnastej trzydzieści 31 grudnia 1944 roku zwołał całą rodzinę. Przerażona Antosia tuląc dzieci stanęła przy łóżku męża, nie pytając, po co ani dlaczego? Ludwik przez kilka minut zbierał myśli, wreszcie powiedział:

– Poprosiłem mojego brata Feliksa, aby zechciał przyjechać do was i zająć moje miejsce. On jest wdowcem, nie ma dzieci, więc nic nie stoi na przeszkodzie, aby zamieszkał z wami.

Spojrzał na Antosię, oczekując od niej akceptacji, a kiedy kiwnęła głową, na jego twarzy pojawił się spokój, a w oczach zabłysła radość. Po kolei przytulał dzieci i błogosławił je. Najdłużej trzymał w swoich dłoniach rączkę Ani.

Antosia patrzyła na męża i coraz bardziej rozumiała to, o czym on mówił przez ostatnie piętnaście lat. To nie była zmyślona przez niego bajeczka, ani żaden zabobon, to była żywa prawda. On dobrze wiedział, że umrze. Kiedy wybiła północ 31 grudnia 1944 roku Ludwik trzykrotnie westchnął głęboko i zakończył swoją ziemską wędrówkę.

– Zawsze wyjątkowo czuły dla najbliższych, niezastąpiony ojciec, mąż i przyjaciel. Dla mnie pozostał wciąż piękny i młody. Ile razy o nim myślę, cofam się w czasie i znów staję się szczęśliwa w jego ramionach – często powtarzała Antosia. – Dzieci były jego spadkobiercami, ja jego miłością. Pozostał dla mnie postacią niezwykłą, wręcz legendarną – dodawała ze wzruszeniem.

W mroźny styczniowy poranek 1945 roku Ludwik został pochowany na cmentarzu w Bajarelach, obok grobu córki Joanny.

Piaszczysta droga
Dwie ściany lasu
Wieś Bajareli
Rodzinne historie
Las krzyży
Stary cmentarz
Drogowskaz czasu

Lusatia alias Vita 8

Tomasz Fetzki

reportaż poetyzujący

Z Kulowa droga na południe wiedzie wśród rozległych pół uprawnych. A na horyzoncie coraz wyraźniej rysują się dwa pasma górskie: Góry Łużyckie oraz Połabskie. Wymarzona sceneria dla stolicy Hornjeje Łužicy. Piękna kraina! Trzeba jednak pamiętać, że te urocze, sielskie krajobrazy, stały się ostatnim ziemskim widokiem, jaki oglądało kilkanaście tysięcy polskich żołnierzy.

Ale pierwszy był książę Bolesław który, jak wspominał Viator na początku naszej wędrówki, …autem Luzici, Zara et Selpuli denuo occupat. Kilka razy zresztą tracił i odzyskiwał, aby zdobyć ostatecznie w roku 1018, co jak niepyszny uznać musiał sam cesarz Henryk II, zawierając z Chrobrym właśnie tutaj sławetny Budyski měr, czyli Pokój w Budziszynie. A kilka dni później w warownym grodzie Chóśebuz, który na mocy traktatu także stał się jego własnością, Książę Polan pojął za małżonkę Odę, córkę margrabiego miśnieńskiego Ekkeharda I. Takie to w tamtych czasach bywały rękojmie dopełnienia podpisanych umów…

Można powiedzieć: pełen sukces! Co prawda Milsko i Łużyce tylko czternaście lat pozostawały pod polską zwierzchnością i po śmierci mieszkowego syna odpadły od naszego kraju, ale sam Bolesław, wraz ze swą armią, mógł się w sposób całkowicie uzasadniony uważać za tryumfatora. Zaiste, Chrobry był – na swój przydomek w pełni zasłużył.

Kiedy niemal tysiąc lat później polscy żołnierze po raz drugi pojawili się na Łużycach, nie mieli już tyle szczęścia. 2 Armia Wojska Polskiego, forsując 16 kwietnia 1945 roku Nysę, rozpoczęła swój udział w Operacji Łużyckiej. A dowodził nią generał Karol Świerczewski. Dowodził, według niezwykle trafnego i upowszechnionego określenia jednego ze swych podwładnych, w pijanym widzie. Bo też faktycznie nie trzeźwiał ani na chwilę. Przeto i manewry polskich oddziałów przypominały taniec pijaka. Viator swego czasu skutecznie wymigał się od odbycia zasadniczej służby wojskowej, dlatego nie będzie się wysilał na fachowy opis walk, bo nie posiada ku temu żadnych kwalifikacji, zresztą o informacje takie w Wielkiej Sieci łatwo. Aby jednak Czytelnik mógł sobie wyrobić opinię o tych wydarzeniach, poda wędrowiec krótki oraz plastyczny, jak mu się wydaje, opis.

Oto Armia, ponaglana rozkazami Waltera, parła na Drezno. Nie pomyślano o jakimkolwiek rozpoznaniu lub ubezpieczeniu skrzydeł, dlatego polskie oddziały rozciągnęły się w kolumnę, na kształt węża, o długości niemal osiemdziesięciu kilometrów. Właściwie nie był to wąż, tylko dżdżownica. Ślepa i bezbronna. Zwłaszcza jeśli uświadomimy sobie, że na południe od tej kawalkady, złożonej w znacznym stopniu ze świeżo przeszkolonych i kiepsko wyposażonych rekrutów, dowodzonych przez nielubianych radzieckich oficerów, przyczaiły się zaprawione w wielu bojach, bitne i zdeterminowane dywizje pancerne Grupy Armii Mitte feldmarszałka Ferdinanda Schörnera. Ich determinacja była naprawdę wielka: oficjalnie szli na odsiecz Berlinowi, ale naprawdę zrobiliby wszystko, aby dotrzeć do oddziałów amerykańskich i przed nimi złożyć broń, unikając niewoli sowieckiej.

Nieszczęsną dżdżownicę, począwszy od 21 kwietnia, rozcinały na kawałki potężne uderzenia z flanki. A potem każdy z tych kawałków był metodycznie i bezlitośnie niszczony. Najbardziej krwawe okazały się walki na przedpolach Budyšina. W sławnej ponurą sławą Dolinie Śmierci opodal wioski Chrósćicy 26 Pułk Piechoty stracił 75% stanu osobowego! A w całej Bitwie pod Budziszynem 2 Armia utraciła kilkanaście (według niektórych źródeł nawet 25) tysięcy żołnierzy. Tylko w Kampanii Wrześniowej i w Powstaniu Warszawskim polskie straty były większe.

A wojna skończyła się kilka dni potem… Los jest okrutny, ale ludzie mu nie ustępują: jakby na ponure urągowisko degenerat Walter otrzymał awans na stopień generała broni, a bitwa przez wiele powojennych lat była przedstawiana jako Wielki Tryumf Polskiego Oręża.

1 Pomnik Dolina SmierciChrósćicy (Crostwitz). Pomnik polskich żołnierzy w Dolinie Śmierci.

Wielkie było tylko bohaterstwo prostych żołnierzy. I wielka była ich krzywda, przywołany już okrutny los nie oszczędził im niczego. Kilka kilometrów od Chrósćicy znajduje się maleńka osada o nazwie Hórki (czyli po niemiecku Horka, czasem mylona z inną miejscowością o tej nazwie, Horką pod Görlitz, znaną kolejową stacją przesiadkową), gdzie Niemcy wymordowali w całości polski szpital polowy – około 300 rannych oraz personel.

2 Pomnik z napisem luzyckim

XXX

W Chrósćicy znajdują się tablice poświęcone zarówno poległym w walce, jak i tym z Hórki i innym, bestialsko zamordowanym. Napisy na nich są polskie, niemieckie oraz serbołużyckie.

Lusatia alias Vita… Skoro wspomnieliśmy o Hórce, nie możemy pominąć milczeniem innej okolicznej wioski. Delnja Kina (Niederkaina), od kilkunastu lat dzielnica Budyšina. Podczas kwietniowych walk doszło tam do innej, nieco tajemniczej, zbrodni. Około 200 mężczyzn, kompania Volkssturmu, zostało zamkniętych w stodole i spalonych żywcem. Tablica pamiątkowa nie wskazuje wyraźnie sprawców tego wydarzenia, winę powszechnie przypisuje się funkcjonariuszom Smierszu (Smiert’ szpionam – sowieckie oddziały likwidacyjne w ramach kontrwywiadu wojskowego). Ale od czasu do czasu pojawiają się, jakby rzec, sugestie? domniemania? iż w morderstwie brali udział także polscy żołnierze. I wtedy na internetowych forach historycznych odżywają zażarte dyskusje, w których przytacza się liczne argumenty za i przeciw. Jednak żaden z nich jak dotąd nie rozstrzygnął sprawy ostatecznie. Także i Viator nie śmie rozstrzygać. Nie w tym rzecz. Chodzi o problem znacznie bardziej zasadniczy: popełniali Polacy zbrodnie wojenne czy nie popełniali? Są tacy patrioci, którzy samo stawianie tego pytania traktują jako zdradę, nie dopuszczają nawet cienia takich myśli do swych głów. Patriotyzm Viatora jest widocznie innego rodzaju. Uznanie istnienia zła i nazwanie go po imieniu jest chyba lepszym rodzajem miłości Ojczyzny? Bo pozwala coś zmienić, coś naprawić, za coś przeprosić… Poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli! O ile to rzeczywiście prawda, a nie oszczerstwo wyssane z brudnego palucha, jak bajeczka o zamordowaniu przez zdobywców Monte Cassino rannych Niemców, którzy pozostali w ruinach klasztoru.

Bo są rzeczy, których się usprawiedliwić, mimo najszczerszych chęci, nie da. Gdybyż to jeszcze byli esesmani, których postawiono pod mur! Ale pospolite ruszenie? Emeryci, renciści i smarkacze? Spaleni żywcem? Ktokolwiek to uczynił, był zbrodniarzem. Po prostu.

Niemal wszyscy ukrywają gdzieś w głębi sumienia jakieś zdarzenie, które nigdy nie powinno było się wydarzyć. Ale się wydarzyło i każde jego wspomnienie wznieca falę piekącego wstydu. Błogosławieni, którym nie było dane tego doświadczyć! W każdym drzemie bestia. Wystarczą jedynie sprzyjające okoliczności, by się obudziła. Żadna religia, żadna narodowość, żadne ideały nie są w stanie skutecznie zaimpregnować przeciw złu… Lusatia alias Vita…

Warto o tym pamiętać. Warto od czasu do czasu wspomnieć chłopców, którzy polegli kilka dni przed końcem wojny. Oni nie weszli do Budyšina. My wchodzimy.

Budyšin – miasto siedemnastu wież. O tym Viator nie wiedział. Na szczęście jest Bożenka. Cudownie po latach odnaleziona Bożenka, która mu to uświadomiła. I wciąż życzliwie, choć wymagająco, recenzuje literackie usiłowania wędrowca. Bożenko, Viator serdecznie Ci dziękuje!

3 Panorama Budziszyna Budyšin na wysokim, skalistym brzegu Szprewy. Widok z mostu. Viator tam stał, ale gdzieżby ze swoim sprzętem fotograficznym mógł wykonać taką panoramę! Pożyczył ją u cioci Wikipedii.

Chóśebuz, jako ośrodek przemysłowy i węzeł kolejowy, został zniszczony przez alianckie bombowce. Budziszyńska Starówka, jak widać, ocalała.

Nie ma potrzeby, a po prawdzie i sensu, aby Viator szczegółowo opisywał liczne zabytki stolicy Górnych Łużyc. Inni już to zrobili, i to znacznie lepiej – poszukajcie w Wielkiej Sieci. Znajdziecie tam też informacje o instytucjach serbołużyckich. Serbski dom, będący siedzibą kilku wendyjskich organizacji i stowarzyszeń, Němsko-Serbske ludowe dziwadło – dwujęzyczny teatr, Serbski ludowy ansambl, czyli ichni zespół Mazowsze, Ludowe nakładnistwo Domowina, wydające liczne serbsko– i niemieckojęzyczne publikacje oraz Serbski muzej z bogatymi zbiorami. Lista wciąż niepełna. Budziszyn to autentyczne centrum kultury Serbów Łużyckich.

Viator może jedynie pokazać to, czego zwykle się w publikacjach turystycznych nie znajdzie. Szczegół. Detal. Który przepuścił dodatkowo przez pryzmat własnej wrażliwości.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA                                                               Polski ślad: herb Rzeczypospolitej w korytarzu Bramy Macieja (Korwina, rzecz jasna), broniącej dostępu do zamku – Ortenburgu. Upamiętnia pobyt w mieście króla Zygmunta Starego.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAPo drodze na dziedziniec zamkowy nie przeoczcie tego widoku: dom sędziego.

W latach 1346 – 1815 Budyšin, wraz ze Zhorjelcem, Žitavą, Lubaniem, Kamjencem i Lubijem, tworzył Zwjazk šěsćiměstow, czyli Związek Sześciu Miast – taką jakby Hanzę w miniaturze. Przynależność do tej organizacji, chroniącej interesy kupców i rzemieślników, zapewniła mieszczaństwu budziszyńskiemu bezpieczeństwo oraz dostatek. Ślady dawnej świetności można napotkać niemal na każdym kroku.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Nie tylko Związkowi Sześciu Miast zawdzięczał Budziszyn swój rozwój. Także rozsądek i umiejętność współpracy mieszkańców przyczyniły się do niego.

SAMSUNG DIGITAL CAMERACharakterystycznie załamana nawa Katedry św. Piotra. Świątynia nieprzerwanie od czasów Reformacji służy jednocześnie katolikom i protestantom, którzy się nią zgodnie podzielili. Można? Można! Ewenement na skalę całych Niemiec.

SAMSUNG DIGITAL CAMERABarokowa płaskorzeźba wieńczy bramę wiodącą na dziedziniec pałacu biskupiego. Mieści się tam też ciekawe muzeum katedralne.

Żal opuszczać Budyšin. Ale Łużyce wciąż czekają! Za tydzień odwiedzimy jeszcze jedno spośród sześciu miast Zwjazka. Jednak wcześniej, bo już za trzy dni, Ewa Maria Slaska i Urszula Usakowska-Wolff, zapraszają na spotkanie z poezją łużycką, z którą obie  zetknęły się, między innymi, dzięki wizytom właśnie w Budyšinje. Widzieliśmy budowle z kamienia, poznajmy także te wzniesione z słów. Serbołużyckich słów.

11 Tablica dwojezyczna

W górę rzeki (1)

Wiele tekstów w tym blogu, powiedziałabym nawet, że coraz więcej, to zgłębianie, poszukiwanie, chodzenie po śladach lub, jak to nazwał nasz autor, płynięcie w górę rzeki.

Zbigniew Milewicz

Babcia Urszula

Pod prąd płynie się trudniej, niż z prądem, ale za to jaka radość z każdego przebytego metra, wiedzą o tym wszyscy, którzy biorą się za spisywanie wspomnień rodzinnych. Poza tym nie da się płynąć przy nich w dół, tam się tylko trafia prędzej, lub później i szczęśliwy ten, komu uda się wcześniej tę pisaninę zakończyć. Inna sprawa, kogo później zainteresują takie wspomnienia i czy starczy materiału przynajmniej na budę dla psa, ale to już nie zmartwienie autora. Piszący folguje osobistej, pierwotnej potrzebie uchronienia siebie i swoich przodków od zapomnienia, więc liczy na zrozumienie czytelnika, na pogodne non omnis moriar.

Zamierzałem zacząć od kądzieli, bo przędzy mam dużo więcej, niż wiedzy na temat, jak wykuwał się miecz. Wyszło jednak inaczej, trochę z winy mazurskiego projektu Śladami poetów – Ernsta Wiecherta i Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, w którym uczestniczyłem latem bieżącego roku.

babcia UrszulaZainspirowany wystawą o Polakach z Kresów Wschodnich na Warmii i Mazurach w mrągowskim muzeum, pojechałem do pobliskiego Kętrzyna, żeby poszukać śladów po babci Urszuli, mamie mojego ojca, a repatriantce z Wilna, którą tam po wojnie rzuciły losy. Powiedział mi o tym mój szczeciński, starszy brat po mieczu, Zdzisław, którym się opiekowała, kiedy był małym dzieckiem. W Kętrzynie zmarła i została pochowana, ale w którym roku oraz gdzie i pod jakim adresem mieszkała, tego nie wiedział.

Babcia Urszula i jej starsza córka, ciocia Maria

Zastępczyni kierownika Urzędu Stanu Cywilnego, pani Irena Korowaj, taksuje mnie nieufnie, pyta o nazwisko babci, ja na to, że w grę mogą wchodzić dwa: Dworzecka, lub Ożarowska. Data śmierci? Około roku 1950 – strzelam. Wiem, że w sumie nic nie wiem, ale gdyby było inaczej, to nie zawracałbym jej głowy i ta moja niewiedza widocznie mi sprzyja, bo w ruch idą stare księgi i nagle słyszę zdziwiony głos, że jest: Urszula Ożarowska, urodzona 9 lutego 1881, wdowa, zamieszkała przy ul. Chopina 5 i zmarła 16 marca 1950 r., po operacji raka. Po chwili urzędniczka – jeszcze bardziej zaskoczona – odnajduje pod tym samym adresem Konstancję Dworzecką, urodzoną o trzy lata wcześniej i zmarłą 22 czerwca 1950 r., przyczyna śmierci – także rak. Konstancja była z domu Ożerowska, prawdopodobnie ten, co zapisywał wówczas dane, wziął nazwisko na słuch i samogłoska „a“ w kresowym zaśpiewie zabrzmiała mu jak „e“. Biurokracja w powojennych urzędach była znacznie mniejsza, niż obecnie, wiele informacji od petentów przyjmowano na wiarę, na podstawie ich ustnych oświadczeń, czy zeznań świadków, jednak chaos był tak duży, że na doraźny użytek często zmyślano nazwiska, daty urodzin, adresy, życiorysy i trudno to było urzędnikom sprawdzić. Ile zatem prawdy kryło się w danych, które uzyskałem, tego nie wiedziałem.

Gdzie babcia spoczywa? Tymi danymi powinno było dysponować przedsiębiorstwo komunalne przy ul. Limanowskiego. Zanim tam pójdę, jeszcze dla porządku wylegitymuję się pani Korowaj, żeby wiedziała, komu udzielała informacji. W mieście roboty drogowe, przez nowo budowane rondo, kierowany przez przechodniów, bez błądzenia docieram pod podany adres. W jednym z baraków z czasów PRL-u, stojących w sąsiedztwie miejskiej zajezdni autobusowej, dowiaduję się, że ksiąg z lat pięćdziesiątych już nie ma. Grób pewnie zlikwidowano, bo gdyby po dwudziestu latach od pochówku ktoś go ponownie opłacił, to został by zarejestrowany w nowych dokumentach starego cmentarza. Po wojnie Kętrzyn miał tylko jedno miejsce pochówku, więc nie ma sensu, żebym dalej szukał. Może parafia, w której odbył się pogrzeb będzie wiedziała, w jakiej kwaterze i na jakim polu złożono szczątki. Ulica Chopina należy do parafii św. Jerzego, przy zamku, z Limanowskiego to dwudziestominutowy spacer, jest ładna pogoda, przy okazji obejrzę miasto. Liczy ono dzisiaj ponad dwadzieścia tysięcy mieszkańców, wszędzie w miarę blisko, tylko do Wilczego Szańca, dawnej głównej kwatery wodza III Rzeszy najlepiej pojechać własnym samochodem albo taksówką, ale tam się nie wybieram, nie moje klimaty.

Niestety kancelaria będzie czynna dopiero o gdzinie 15, za około trzy godziny, wszyscy księża w mieście, bo żadnego samochodu na kościelnym dziedzińcu, a wąsata kucharka dopiero gotuje obiad. W przedsionku czternastowiecznej, gotyckiej świątyni pani sprzedająca dewocjonalia zachęca, abym za drobną opłatą wszedł na wieżę widokową. Bazylika pełniła w swojej krzyżackiej przeszłości funkcje obronne, więc jest też co zwiedzać. Wolę jednak pójść na ulicę Chopina i zobaczyć, co mieści się pod numerem 5. W dół, koło narożnego budynku z dziwną rzeźbą robotnika, zmagającego się z jakimś kołem, przez tory kolejowe i jestem na miejscu. Od frontu, w jednopiętrowym budynku mieści się zakład pogrzebowy „Abel“, z tyłu – warsztat samochodowy. Przedsiębiorcy pogrzebowego nie ma, jest na cmentarzu, jego teściowa mówi, że prowadzą swoją firmę w tym budynku od kilku lat. Przebudowali go i gruntownie odnowili, wcześniej był tutaj zakład produkujący ozdoby choinkowe, dopóki nie spłonął. Właściciel firmy samochodowej to potwierdza i nie wierzy, że moja babcia mogła tu mieszkać, chyba, że była dozorczynią w bombkarni. Na piętrze od zaplecza i w dobudówce od frontu widać jakieś pomieszczenia, ni to gospodarcze, ni mieszkalne, mogła tam się umościć razem ze swoją krewną, jeżeli oczywiście piętra nie dobudowano później.

Dla zabicia czasu idę zwiedzić stary zamek krzyżacki, ratusz, w którym już byłem, miejskie planty, wszystko odrestaurowane, zadbane. Zwracają uwagę drogowskazy na jednym słupku, gdzie i jak daleko stąd do Warszawy, do Berlina, do Kaliningradu. Najbliżej do tego ostatniego, tylko 90 km. Przed 1945 rokiem, kiedy Kętrzyn nazywał się jeszcze Rastenburg, a Kaliningrad – Königsberg, z jednego do drugiego było jeszcze bliżej. W bazylice pw. św. Jerzego zapalam dwie świeczki przed tablicą, poświęconą ofiarom sowieckiego totalitaryzmu. Jedną babci Urszuli, drugą jej najmłodszej córce Stanisławie, którą wywieziono z Wilna do łagru w Kazachstanie. Mamy godzinę 15, pochwalam punktualność miejscowego duchowieństwa. Na kościelny dziedziniec zajeżdża pierwsza gablota; młody, bardzo zażywny ksiądz obrzuca mnie wzrokiem, w którym obojętność idzie w parze z poczuciem wyższości. Czego sobie życzę? Marszczy niskie czoło i myśli przez chwilę – nie, parafianie z ulicy Chopina należeli w 1950 roku jeszcze do świętej Katarzyny. Sprawdza w starych księgach, tak, zgadza się.

Spieszę więc pod tamten adres, do najstarszej, kętrzyńskiej parafii w samym centrum miasta. Kancelaria działa w podobnych godzinach; starsza pani życzliwie zaprasza, abym usiadł przy jej biurku i szuka. Znalazła, niestety numeru pola i kwatery cmentarnej wówczas nie zanotowano, ale są inne dane. Pożółkłym atramentem pisze, że rodzicami babci byli Franciszek Wierszycki i Ewa; brak jej miejsca urodzenia, które jest z kolei u jej krewnej Konstancji. Ujrzała świat na Glimańce, w powiecie wileńsko-trockim i rodzicami byli Franciszek i Ewa. Można zatem przyjąć, że były rodzonymi siostrami? Pytań jest więcej, niż odpowiedzi. Obydwie – podaje dokument – zostały przed śmiercią opatrzone świętymi sakramentami, ale nie zostało zapisane, jakiego babcia była wyznania, co u Konstancji stwierdzono, rzymsko-katolickie. O Ożerowskiej ani słowa, reszta danych pokrywa się z informacjami z USC. Jest jeszcze jedna ciekawostka, według zapisu w księdze parafialnej, obydwie kobiety urodziły się 9 lutego, tyle, że Urszula w 1881 a Konstancja w 1884 roku. Jeżeli nie popełniono zwykłego, pisarskiego błędu, to dwoje moich dzieci poszło w ich ślady. Moja córka Anna-Maria z pierwszego małżeństwa i syn Mikołaj z drugiego urodzili się 6 grudnia, w dziewięcioletnim odstępie czasu.

Nie wiem jeszcze, że powiat wileńsko-trocki powstał dopiero na początku lat dwudziestych ubiegłego stulecia, kiedy obydwie moje krewne były już dojrzałymi kobietami, że wcześniej, w rosyjskiej guberni wileńskiej funkcjonowały oddzielnie – jako obwód wileński i trocki. Miejscowości, w której urodziła się Konstancja nie udało mi się jednak póki co odnaleźć na żadnej mapie, ani w żadnym spisie.

W centrum działa punkt Informacji Turystycznej, w którym próbuję się dowiedzieć, co przed wojną mieściło się przy ul. Chopina 5. Dostaję do wglądu przewodnik historyczny po mieście, autorstwa Tadeusza Korowaja, który jest urodzonym kętrzynianinem, etnografem z wykształcenia i prywatnie mężem pani Ireny z USC. Jaki ten świat na Warmii i Mazurach jest mały. Rastenburgu ulica Chopina nazywała się Freiheit i pod numerem 5 mieściła się fabryka płaszczy skórzanych i torebek Karla Hundriesera. Na Woli znajdowały się ogródki, na ogół zagospodarowane, część z nich przetrwała do dziś. Jeżeli babcia i jej krewna nie znalazły schronienia w dawnej fabryce Hundriesera, to może obok mieszkał jego dozorca, albo ogrodnik, który troszczył się o zielone płuca firmy i tam się ulokowały? Autor przewodnika, z którym dzięki uprzejmości jego żony udaje mi się telefonicznie porozmawiać, nie może tego wątku potwierdzić, ani wykluczyć. Natomiast z relacji Zdzicha wynika, że mogło tak być.

Zdzich słabo przypomina sobie babcię. Kiedy nasz ojciec wyprowadził się z nim ze Śląska do Elbląga, był pod babciną opieką. Miał wtedy może trzy, cztery lata, czuł się przy niej dobrze i bezpiecznie. Kiedy ojciec poznał Celinę, swoją przyszłą, drugą żonę, mama przestała mu być potrzebna. Wtedy zamieszkała u swojej krewnej w Kętrzynie. Pewnego razu ojciec, albo ciocia Maria, zawieźli tam Zdzicha na przechowanie. Zapamiętał parterowy, mocno podniszczony i pachnący wilgocią dom, z drewnianymi okiennicami, które otwierały się na zewnątrz, w oknach piękne, duże pelargonie. Schodziło się do niego w dół, po schodkach, wokół był sad. Mieszkały tam dwie staruszki, które jakoś pasowały do tego domu; tory kolejowe w pobliżu też zapamiętał. Była jeszcze jakaś dziewczynka, może jego rówieśnica, chodzili razem sikać do beczki w sadzie, wkopanej do ziemi, tyle mu zostało w pamięci…

Przed wyjazdem z Kętrzyna idę na stary cmentarz, aby pożegnać się z babcią Urszulą, przynajmniej symbolicznie, ogólnie. Gdzieś w zakamarkach duszy cichutko gra naiwna nadzieja, że może jednak psim swędem natrafię na jakiś ślad po niej, przecież ona wie, że wnuk do niej w gości przyjechał. Grobów tu tysiące, stare w centralnej, górnej części nekropolii, nowsze na zboczu i w dole, nie wiem, w którą alejkę iść, więc skręcam tam, gdzie odzywa się jakiś ptak na drzewie. Po paru krokach widzę znajomy napis na marmurowej płycie, kawałek dalej podobny, później jeszcze jeden Milewicz. Kim są owi zmarli, nie wiem, ale robi się jakoś swojsko, odmawiam pacierz za spokój ich dusz i duszy babci Urszuli. Może kiedyś też na taki zasłużę. Dla porządku robię jeszcze rundę po sąsiednich alejkach, ale nie znajduję już znajomych nazwisk.

Mazury 2014 151

Mazury 2014 150

Mazury 2014 149