Reblog: Hiszpańskie dzieci II

 

Dzisiaj po raz drugi hiszpańskie dzieci – tym razem dzieci króla Filipa III, namalowane przez Juana Pantoja de la Cruz (1553–1608) i Bartolomé Gonzáleza y Serrano (1564–1627), dzieci, o których autorka w blogu It’s About Time, mówi, że zostały złapane w pułapkę świetnego urodzenia i równie świetnego stroju. Jest to już drugi wpis o malowaniu hiszpańskich dzieci królewskich. Poprzedni był TU.

1602 Juan Pantoja de la Cruz namalował i ten obraz i cztery znajdujące się poniżej.
Tu infantka Anna (1601-1666), Ana Maria Mauricia Infanta, córka Filipa III i Małgorzaty Austriaczki, najstarsza z ośmiorga królewskich dzieci. Detal.

Infantka Anna Mauricia

Infantka Anna

Infantka Anna Maria

Infanci Filip i Anna
A tu oboje w kilka lat później, już sportretowani przez innego artystę.

1610 Bartolomé González y Serrano (1564–1627), Anna Austriaczka w wieku 9 lat, przyszła królowa Francji i jej brat Filip, w wieku 5 lat, przyszły Filip IV, król Hiszpanii.

Anna była żoną Ludwika XIII i matką Ludwika XIV, a siostra Ludwika XIII, Elżbieta Bourbon została żoną brata Anny – Filipa. To podwójne małżeństwo miało wzmocnić sojusz francusko-hiszpański. Oba śluby per procura odbyły się tego samego dnia – 25 listopada 1615 roku: Anny i Ludwika w Burgos (to tam gdzie byłam podczas pielgrzymki), Elżbiety i Filipa w Bordeaux. Anna miała lat 14, Filip 10. Anna znana jest nam wszystkim z filmów i książek. To o jej honor walczą u Aleksandra Dumasa Trzej muszkieterowie, to jej naszyjnik trzeba odzyskać w jego powieści Naszyjnik królowej. To ona w pewnym momencie przekazuje władzę w ręce zachłannego kochanka, a może nawet i potajemnie poślubionego małżonka – kardynała Mazariniego.

Ten obraz został w roku 1612 również namalowany przez przez Bartolomé González y Serrano (1564–1627) – infant Alfons.

Infant Carlos (1607-1632) z siostrą, infantką Marią Anną (1606-1646)
Poniżej infanci: Ferdynand, Alfons i Małgorzata

i tylko dwoje spośród nich: Alfons i Małgorzata

Lusatia alias Vita 10

Tomasz Fetzki

reportaż poetyzujący

Góra po to górą jest, by górowała. Samotna góra, o której opowiadał Viator tydzień temu, wyrastająca pośrodku łużyckich równin, góruje nad miastem. A wyrasta góra pośrodku równin, bo to wulkan – najprawdziwszy, choć milczący już od przeszło 30 milionów lat. Zaś miasto rozłożyło się wygodnie na obu brzegach Nysy Łużyckiej. Dumna góra Sedło strzeże Zhorjelca. Lub, jeżeli tak wam pasuje, Landeskrone wznosi się nad Görlitz. Albo, jeśli taka wasza wola, Korona Ziemi dominuje w panoramie Zgorzelca. 420 metrów nad poziomem morskich fal.

1 Panorama ZgorzelcaZhorjelc z lotu ptaka – a więc zdjęcie, rzecz jasna, pożyczone (Viator dziękuje autorom blogu bielawa-dolna.flog.pl). Na horyzoncie Landeskrone. Po prawej katedra i most na Nysie. I tam się udamy.

2 Most StaromiejskiMost Staromiejski oraz Peterskirche, czyli fara. Zatrzymajmy się tutaj na chwilę.

O czymże dumać na zhorjelckim Brücke? Zaprawdę, jest o czym! A miejsce do dumania wybrane wprost idealnie. Aż się prosi, by przekuć to wszystko w literaturę. Niestety, żeby przekuć, trzeba być literatem – kowalem Słowa. Viator z szacunkiem chyli głowę przed takimi mocarzami – on sam może w tym Słowie co najwyżej podłubać. Ale, jak się nie ma, co się lubi…
Cóż pozostaje? Ćwiczyć panowie, ćwiczyć!

Mesdames et Messieurs, oto wprawki w obróbce Tworzywa dla kandydata na literata.

Część pierwsza: co się da wycisnąć z prefiksu trans-?

Tranzyt. Łużyce, choć leżą w środku Europy, zawsze były narażone na przeciągi i przemarsze. Takoż Zgorzelec: etapem podróży raczej bywał, niż jej celem. Nie tutaj się zdążało, tylko tędy. Na wiele sposobów. A most, na którym stoimy, to wręcz koncentrat tej przechodniości. Lub raczej – most, który wznosił się tutaj przez kilkaset lat, aż do chwili, gdy dzień przed kapitulacją III Rzeszy wysadzili go w powietrze niemieccy żołnierze. Od dziesięciu lat stoi znowu, choć w zmienionej formie. Już od czasów Średniowiecza każdy na dobrą sprawę pątnik, który ze Śląska, Małopolski czy Wielkopolski, a potem z całej Rzeczypospolitej, ruszał do Santiago de Compostela, przechodził przez ten most. Pielgrzym był pospolitym i codziennym elementem zgorzeleckiego pejzażu. Jednym mieszkańcom miasta dawał zarobek, innych niepokoił oraz inspirował. Sami chwytali za kostur i ruszali na pielgrzymi szlak. Ten do Santiago, ów do Rzymu, jeszcze inny do Jeruzalem. Na przykład Georg Emerich, syn kupca i burmistrza (w przyszłości sam zostanie burmistrzem), a przy tym bałamutnik, który za skandale wywołane nieobyczajnymi związkami z białogłowskim plemieniem został wysłany przez szanownego tatusia do Ziemi Świętej dla odpokutowania hańby. Tenże Georg ufundował po powrocie do Zgorzelca trzy budowle, symbolizujące jerozolimskie przybytki. Najsłynniejsza to kaplica z roku 1504, o której pozwolił sobie Viator tydzień temu napomknąć. Heiliges Grab – Kaplica Świętego Grobu. Kopia tego prawdziwego, w Jerozolimie: jest tu przedsionek, jest i komora grobowa.

Owoc pielgrzymki szybko sam stał się miejscem pielgrzymek. I obiektem zazdrości; nie minęło sto lat, gdy Jakub II, opat potężnego żagańskiego klasztoru augustianów, zapragnął mieć taki skarb u siebie.

3 Kaplica Zgorzelec-ZaganMożnaby posłużyć się sakramentalną formułą: znajdź 10 szczegółów… Cudownie po latach odnaleziona Bożenka twierdzi, że kaplice różnią się jedynie ogrodzeniem. I coś w tym jest, Bożenko!

Wszakże nie tylko pielgrzymi Zhorjelc i Most Staromiejski tranzytem przemierzali. Popatrzmy na prawy brzeg. Tuż obok mostu, w centrum rozległego placu, wznosi się obelisk, bogato po barokowemu zdobiony. Jest jak najbardziej tranzytowy.

5 Slup dystansowySłup dystansowy (z oznaczonymi odległościami do poszczególnych miejscowości etapowych) Poczty Polsko-Saskiej. August Mocny musiał zapewnić efektywną komunikację między dwiema swymi stolicami: Warszawą i Dreznem. A przez Zgorzelec wiodła najkrótsza droga. Po prawdzie ten słup to rekonstrukcja, właściwie replika, lecz udana.

Ale jeśli, mimo tak zacnych powiązań, słowo tranzyt brzmi w uszach Czytelnika zbyt technicznie, a za mało literacko, skorzystajmy ze starszej formy, też oznaczającej przejście. Tyle, że między światem a zaświatami. Oto co roku trzeciego października, w wigilię śmierci Ojca Założyciela, wszyscy franciszkanie sprawują w zaciemnionych kościołach, przy świecach jeno, nabożeństwo Transitus. Viator, jak bohater Pieśni Dziadkowej Boya, też mądra jest psiajucha, z niejednej flaszki pijał, dlatego, tak jak i Dziadek, niejedno słyszał i widział swego czasu w Krakowie, w kapoceńskim kościele. A że kapucyni to wierni synowie Franciszka, przeto widział tam i Transitus. Lecz dlaczego mu się on przypomniał tak nagle na Moście Staromiejskim? Ano, był kiedyś w Zgorzelcu klasztor franciszkanów. Nabożeństwo Przejścia święcono i tutaj. Przyszedł jednak czas, gdy się chrześcijanie i tutaj pokłócili o transsubstancjację (mądra jest psiajucha – przecież mówił, he he…) Franciszkanów już nie ma, fara też służy ewangelikom.

Tak, Reformacja zwycieżyła w Zgorzelcu. Ale to nie był koniec walk duchowych. Tutaj spór o istotę transcendencji trwał dłużej i był gorętszy. Także na prawym brzegu Nysy i też doskonale widoczny z Mostu Staromiejskiego, choć nieco dalej niż słup pocztowy, w szeregu innych kamienic przy Kruczym Zaułku, niemal nad samą rzeką, stoi niepozorny budynek. To właśnie tu tajemniczy szewc z poprzedniego odcinka naszej opowieści wadził się z Najwyższym. Ale nie musi już wędrowiec o Jakubie Böhme dodawać ni słowa więcej. Przyszła mu bowiem w sukurs odsiecz skuteczna z dalekiej Australii: zajrzyjcie do komentarza umieszczonego tydzień temu pod tekstem Viatora. Znajdziecie tam niemal wszystko to, co o Fanatycznym Szewcu wiedzieć warto. No, chyba, że zależy wam na translacji jego tekstów – wtedy odwiedźcie TO miejsce.

6 Dom JakubaDom Jakuba Böhme (ten czerwony).

Uwierz, drogi Czytelniku, próbował Viator zmieścić się ze swoimi literackimi wprawkami w jednym odcinku. Ale się nie udało! Dlatego jeszcze raz prosi Cię o cierpliwość, która (nie zapomnij o tym) uszlachetnia. Za tydzień dłubania w Słowie, odkrywania Zgorzelca i Twego uszlachetniania ciąg dalszy. Do usłyszenia!

W górę rzeki (3)

Zbigniew Milewicz

Schronisko braci Hampel

Dziś jest prościej, ale do początku lat 90 Chorzowów administracyjnie było kilka i znaczyły je rzymskie cyfry od I do IV. Ponieważ jednak mało kto wiedział, gdzie kończy się granica jednego, a zaczyna już inny, potocznie mówiło się: ida do miasta, jada do Batorego, albo do Starego i ludzie na ogół kojarzyli, o co chodzi, ale też nie zawsze. Jest taki stary wic, rozprawiają dwie sąsiadki w Świętochłowicach:

– kaj jest Hilda ?
– pojechała do Chorzowa…
– do starego?
– nie, do Emy, pranie prać.  

Dom moich dziadków znajdował się jeszcze w Chorzowie I, choć za południową miedzą był już IV – Chorzów Batory, czyli Hajduki. Rody obydwojga wywodziły się natomiast z Chorzowa II, gdzie dzisiaj stoi Pomnik Powstańca Śląskiego, czyli z samej kolebki Królewskiej Huty. Zarówno babciny ród Hamplów, jak i dziadka, Paluchów, przywędrowały tutaj z Karkonoszy, kiedy cały Śląsk należał do Marii Teresy Austriaczki. Tak twierdziła ciocia Irka, siostra mojej mamy, której konikiem była historia, ale moim zdaniem przeprowadzka nastąpiła ze sto lat później. Fryderyk II pruski zabrał Habsburgom Śląsk w 1742 r. Osiem lat później bracia Hamplowie odkupili od dzieci niejakiego Samuela Breitera ich schedę po ojcu, dwa drewniane szałasy pod szczytem Góry Śnieżki na wysokości 3866 stóp i urządzili tam schronisko, pod szyldem Hampelbaude. Karkonosze nazywały się wówczas Riesengebirge a Góra Śnieżka Schneekoppe. Jeżeli wierzyć rodzinnej legendzie, protoplasta babci przywędrował jednak pod Śnieżkę z Italii, był wesołym, niebieskookim młodzieńcem w krótkich spodenkach i sprzedawał lody. Tyle legenda i zarazem koniec moich możliwości, żeby dalej płynąć pod prąd w tym nurcie rzeki. Hampel nie brzmi mi włosko, więc mógł na przykład pochodzić z Tyrolu, pierwotnie nazywać się inaczej, albo być jedynie wytworem familijnej fantazji. Hampelbaude jest jednak udokumentowana na papierze.

Wszystkie informacje na temat schroniska, które udało mi się znaleźć, sporządzone są w języku niemieckim; Niemcy kochają Sudety, zwłaszcza ten swój raj utracony, który po wojnie znalazł się w granicach Czech i Polski. Haus des deutschen Ostens w Monachium dysponuje biblioteką, z której mogę skorzystać i skopiować to, co mnie interesuje. Najlepsze informacje znajduję jednak w internecie, dostarcza mi ich Erhard Krause, który w oparciu o stare kroniki górskich służb ratowniczych pisał*, że bracia Hamplowie, podobnie, jak ich poprzednik opiekowali się jednocześnie pobliską kaplicą. Samo schronisko natomiast miało początkowo bardzo skromny standard. Składało się z korytarza, kuchni, obszernej izby, komory i obory dla krów. Klepisko wyłożone było słomą i na niej pospołu się spało. Gospodarze karmili swoich gości chlebem, serem, masłem, mlekiem, domową okowitą, czasami jajkami i piwem, warzonym na miejscu. Caspar Lindner, jeleniogórski lekarz, zauważył z przekąsem, że najsmaczniejsza w schronisku jest woda, uchodziłoby jeszcze i piwo, ale tego gospodarze podobno nigdy nie mieli w zapasie. Bracia dokładali jednak starań, aby goście żegnali ich zadowoleni i ponownie zechcieli ich odwiedzić, ich żony i dzieci na zmianę zajmowały się gospodarstwem i usługiwały przybyszom, ale wzorców na prowadzenie takiego interesu jeszcze nie było.

hampelbaude
Moda na chodzenie po górach, na podziwianie piękna przyrody dopiero się w świecie zaczynała. Turystyki górskiej byle kto wówczas nie uprawiał, był to przywilej wyższych stanów, ludzi, którzy mieli środki na to, żeby karetą, z ogromną ilością bagaży i służbą, udać się w niezbadane, dzikie ostępy górskie. Kiedy końmi dalej nie dało się już jechać, szli pieszo, lub niesiono ich w lektykach do pierwszego schroniska, później do następnego, a Hampelbaude była ostatnim schroniskiem przed szczytem Śnieżki. Pruski, wyższy radca konsystorza Johann Fridrich Zöllner, zarazem autor pewnej interesującej książki o Śląsku, który latem 1791 r. zatrzymał się tutaj, stwierdził, że gospodarze mówią i zachowują się w bardzo wytworny sposób. Byli prostymi ludźmi – wywodził – więc mogli się tego nauczyć tylko od swoich gości. Wśród wspomnianych progi schroniska przekroczyły zaś między innymi takie osobistości, jak Leopold Graf von Schaffgotsch, Franz Anton Graf von Spork, Król Fryderyk Wilhelm III i Królowa Luiza (w 1800 r.), a latem 1797 r. poeta Heinrich von Kleist, który wpisał się do księgi pamiątkowej swoim „Hymne an der Sonne“. Także wielki J.W. Goethe miał nocować na sianie w schronisku, zanim rankiem 23 września 1790 r. wspiął się na szczyt, żeby podziwiać wschód słońca.

Dowcipnie skomentował tutaj swój pobyt artysta-malarz Ludwig Richter, autor powyższego sztychu, przedstawiającego Hampelbaude, który 14 sierpnia 1838 r. odnotował w dzienniku, co następuje: „Unzählige Reisende. Damen getragen. Schöne Mädchen. Eine ungeheure Milchsuppe überschwemmt die Stube, da der Boden des Topfes bricht.“ Przytoczyłem w oryginale, bo żaden przekład nie odda lepiej ekspresji na gorąco, w malarskim wizjerze, złapanego życia. Praski poeta Karl Herloßsohn napisał zaś: „Hier spielte eine blinde Harfnerin und tischten uns die jungen, hübschen Tochter der Wirtin ein Frühstück, bestehend aus Brot und Branntwein, ganz á la Riesengebirge, auf.“ Wtedy jednak miejsce to miało już innego właściciela.

Rudolf Hampel 002
W posiadaniu rodziny Hamplów znajdowało się do roku 1836. Po śmierci kolejnego dziedzica, jego trzy córki sprzedały schronisko za 940 talarów rodzinie Adolph, jednak w przewodnikach turystycznych nazwa się utrzymała, nawet jeżeli tylko archiwalnie, do dziś. W 1906 r. budynki spłonęły doszczętnie, odbudowano je w sąsiedztwie, gdzie był lepszy dostęp do wody, dziś stoi tam schronisko „Strzecha Akademicka“.

A rodzina Hamplów…? Częściowo wywędrowała w świat, za nowym szczęściem, za chlebem, inni zostali w Karkonoszach. Jeden adres znalazłem poprzez internet, w czeskim Mostku, może kiedyś tam pojadę. Ojciec mojej babci, czyli mój pradziadek – Tomasz – trafił jako małe dziecko w okolice Lublińca, był sierotą, jego rodzice zginęli tragicznie w jakimś pożarze. Opiekę i wychowanie chłopca przyjął wówczas krewny, który z zawodu był leśnikiem. Praca w lesie jednak Tomaszowi nie odpowiadała, pojechał do Königshütte, późniejszej Królewskiej Huty, gdzie zaczynał powstawać przemysł górniczy i hutniczy. Dostał pracę na kopalni, później założył rodzinę, jego żoną była Anna Anastazja z d. Kubitza. Mieli dwanaścioro albo i czternaścioro dzieci, córek i synów; wśród nich najstarsza była moja babcia Jadwiga, ale na sto procent pewien tego nie jestem. Urodziła się 11 października 1895 r. Rodzina żyła bardzo skromnie, jak większość śląskiego proletariatu, aż mój pradziadek uległ pod ziemią wypadkowi przy pracy. Stracił rękę, dostał za nią dobre odszkodowanie i wtedy kupił konie oraz furę do przewozu węgla. Słowem szczęście w nieszczęściu, które spowodowało, że zwykły śleper zaczął furmanić i handlować węglem.

Interes okazał się trafiony, rodzina mogła popuścić pasa. Z czasem pradziadek Tomasz dokupił karetę ślubną i karawan pogrzebowy, a później otworzył mały sklepik przy ulicy Bytomskiej, w domu, gdzie mieszkali, w którym stanęły za ladą jego starsze córki. Miejsce było świetne, ulica przelotowa, do Bytomia, a w sklepiku sprzedawano wszystko, czego ludzie potrzebowali w domu – szmalc, mydło i powidło. Oczywiście także na kredyt, bo klienci nie byli bogaci, ale przeważnie uczciwi. Z tego okresu pochodzi pewne dydaktyczne wspomnienie mojej babci Jadzi, do którego chętnie wracała przy różnych okazjach:

Szatkowali kapustę z rodzeństwem (czyli musiało to być jesienią), później włożyli ją do beczek i zaczęli, jak nakazywał zwyczaj, deptać bosymi stopami, żeby się zakisiła do sprzedaży, kiedy zjawił się jakiś kuzyn, albo wuj. Przyniósł ze sobą wino i poczęstował młodzież. Jadzia, a po śląsku Hejdla, nigdy jeszcze nie piła żadnego alkoholu, więc ze smakiem ciągnęła słodki napój, nieświadoma konsekwencji. Ile wtedy wypiła, tego nie pamiętała, ale było jej bardzo wesoło; zanim straciła świadomość, dobrała się jeszcze do porcelanowej fajki ojca i razem z rodzeństwem próbowali, jak smakuje palenie tytoniu. Błaznowali ile wlezie, co się skończyło, kiedy w domu niespodziewanie zjawił się gospodarz.
– A kaj Hejdla? – zapytał.
Nikt nie wiedział. Znalazł ją śpiącą w beczce z kapustą, wziął na ręce i zaniósł do łóżka, a kiedy się rano obudziła, nie powiedział jednego złego słowa. Babci było jednak bardzo wstyd i od tamtej pory, aż do ślubu z dziadkiem mogli ją szatkować, ale nie dała się namówić na żaden trunek. Miała go – jak podkreślała – vollständig dość. To był najbardziej kategoryczny zwrot w ustach mojej babci Jadzi, po którym nikt nie mógł jej już do niczego przekonać. Kiedy go słyszałem, jako rozkapryszone dziecko, wiedziałem, że za chwilę weźmie swój pięciorzemienny bat i jednak będę musiał pójść spać, umyć schody, przygotować latarkę na roraty, wyrzucić śmieci, albo dalej ćwiczyć te nudne gamy na pianinie. Dzisiaj ozłociłbym ją, gdyby mi jeszcze raz to powiedziała.

* „Schles. Bergwacht“, SB1978/Jgg.28/S415

Reblog: Jadą Żydzi, jadą

hartmanPolin – Muzeum Historii Żydów w Warszawie
Wielkie otwarcie – 28 października o godzinie 19

Wielkie otwarcie Muzeum Historii Żydów Polskich. Będzie gości co niemiara! Jak to zwykle w Polsce bywa, nie obeszło się bez rozmaitych zgrzytów i zacięć, a w końcu i znacznych opóźnień. Ale to wszystko za nami.

Jest muzeum, jest dyrektor, jest program i są pieniądze. Dzięki pracy setek ludzi, wśród których bez wątpienia wyróżnić trzeba ojca i patrona całego przedsięwzięcia red. Mariana Turskiego, Polska ma jeden z najważniejszych obiektów na mapie żydowskiej diaspory. Ma go już, a świat przekona się, że jest właśnie taki ważny, a nie jakiś tam, jeden z wielu, już za rok albo dwa.

To niezwykle istotne dla światowego wizerunku Polski, często tak niesprawiedliwie i przesadnie eksponującego polski antysemityzm. Antysemityzm jest, lecz jest też godność państwa i jego elit, które potrafią stanąć twarzą w twarz ze wspólną polsko-żydowską historią, antysemitom zaś pokazać drzwi.

Za tydzień zasypią nas recenzje z wystawy stałej. Sam nie mogę się już doczekać jej obejrzenia. Wyobrażam sobie, jak trudno było ominąć wszystkie rafy uprzedzeń i stereotypów, które tak łatwo, acz całkiem niechcący się utrwala. Jak pokazać powszechną nienawiść Polaków do Żydów w czasie wojny, obok sprawiedliwych, którzy Żydów z narażeniem życia ratowali, i obok tych, którzy robili to samo, tylko że dla pieniędzy? Jak pokazać „żydokomunę” obok jej również żydowskich ofiar? Jak pokazać antysemityzm polskich bohaterów i zasługi, jakie ponieśli dla Żydów liczni „półantysemici”, osoby „judeo-niejednoznaczne”, w tym wielu Żydów? Jak wytłumaczyć zawiłości tożsamościowe: Żyd, polski Żyd, Polak wyznania mojżeszowego, Polak-Żyd, Żyd-Polak, osoba pochodzenia żydowskiego, pół-Żyd, etniczny Żyd… Sami Żydzi połapać się w tym nie mogą, a co dopiero zwiedzający.

Będą mówili o wystawie, że się tam oprawców wybiela? A Izraelczycy będą narzekać, że umniejsza się pogromy i rozgrabianie mienia żydowskiego? Religijni, że nazbyt podkreśla się żydowskie pochodzenie osób, które z żydostwem nie mają nic wspólnego? Ateiści, że za dużo w tym muzeum religii i zrównywania żydowskości z judaizmem? Katolicy, że zniesławia się Kościół, pokazując, jak przez stulecia jątrzył i prześladował Żydów? Wierzący Żydzi, że nazbyt podkreśla się niechęć żydowskich środowisk religijnych do żywiołu chrześcijańskiego? Antysemici, że za mało jest o zbrodniach żydowskich partyzantów na polskich patriotach? Aj, waj, wszyscy będą biadolić i narzekać. Jeszcze się taki nie urodził, kto by wszystkim dogodził.

Na wszelki wypadek Muzeum nazwało się Polin, czyli Polska. Żeby nie było wątpliwości, że jest polskie i patriotyczne. Czy to zapowiedź podporządkowania się doktrynie idyllizmu w stosunkach polsko-żydowskich, zagłaskującej bolesną pamięć i wygadzającej wszystkie fałdki, tak aby na uroczystościach zawsze było cacy, ach, jak cacy? Mam nadzieję, że nie.

W przeddzień otwarcia, na które wybieram się z mamą (dzieckiem Holokaustu), życzę Muzeum przede wszystkim wielkiej odwagi. Nie dajcie się zastraszyć ani przekupić! Nie dajcie sobie narzucić filisterskich pseudoprawd! Nie bójcie się PiS-u, Rydzyka, kiboli, faszystów ani opętanych prawicowych oszołomów z Jerozolimy i Nowego Jorku! Nie bójcie się w ogóle nikogo! Bądźcie jak pionierzy i kibucnicy. Bo to muzeum jest właśnie jak kibuc na środku pustyni. Pustyni pozostałej po żydowskiej Polsce. Żadna z instytucji żydowskich nie może się z Wami równać. Zostaliście skazani na przywództwo w żydowskim życiu kulturalnym naszego kraju – wszystkie fundacje, wydawnictwa i stowarzyszenia znajdą się w Waszym cieniu, oby przyjaznym i opiekuńczym. Bądźcie w tej swojej patriarchalnej misji jak mądry rabin, który godzi zwaśnionych sąsiadów i stara się mieć dobre słowo dla każdego. Otwierajcie swoją przestrzeń na wszystkich zwariowanych Żydów i zwariowanych gojów, którzy nie wiedzieć czemu ciągle do Żydów lgną. Nie róbcie nikomu łaski. Bądźcie Domem Żydowskim, a jednocześnie Domem Polskim, aby nikt nie miał wątpliwości, że tu, w tym zapierającym dech w piersi gmachu, dwa dzielne narody współżyją ze sobą i goszczą się wzajem we wspólnym domu, a wraz z tym goszczą cały świat.

Wiele lat minie, zanim Polacy zrozumieją, że Muzeum Historii Żydów Polskich nie jest statkiem kosmicznym, obcym, żydowskim obiektem wybudowanym dla Żydów za polskie pieniądze, lecz pomnikiem wspólnej historii i polską placówką kulturalną, której zadaniem jest pielęgnowanie dziedzictwa dwóch narodów, które żyły razem na jednej, wspólnej ziemi. Ale przyjdzie czas, gdy ludzie to zaakceptują i uwierzą, że żydowskie może być polskie, a polskie może być żydowskie. To nie będzie jutro ani za dziesięć lat. Ale kiedyś będzie.

Drogie Muzeum, bardzo na Was czekamy i bardzo na Was liczymy!

O pocieszeniu jakie daje filozofia

Ewa Maria Slaska

czyli Consolatio philosophiae

Tak to ja a nie Boecjusz wypowiem się dzisiaj w tę świętą sobotę o pociechach płynących z filozofii. Bo co do Boecjusza to sprawa nie jest pewna, przypuszcza się, że mógł to być jednak jakiś inny filozof, a nie on. To oczywiście szkoda, bo piękna była wizja, że niesprawiedliwie oskarżony i osadzony w więzieniu w Pawii mędrzec, czekając na śmierć, napisał to dzieło, po czym został stracony, zapewne w roku 525. Tak widziano Consolatio przez stulecia, jako dzieło zaświadczające o nieugiętym duchu, odwadze i stoickim spokoju. Wikipedia pisze, że jest to dialog poświęcony poszukiwaniu sensu ludzkiej egzystencji, oceniany jako najważniejsza i najbardziej wpływowa praca z Zachodu na chrześcijaństwo średniowieczne i wczesno-renesansowe, a także ostatnie wielkie dzieło klasycznej starożytności na Zachodzie.

A tu w tę świętą sobotę zamiast Boecjusza odezwę się do Was ja, Ewa Maria Slaska. Wiem, wysoko mierzę, ale zaprawdę powiadam Wam, że to co mi się ostatnio przydarzyło z filozofią, może być pociechą dla każdego intelektualisty, który czyta Dzieła przez duże D i myśli sobie, że nie dorasta, no nie dorasta. Tu Kant, tu Hume, tu Boecjusz, a tu nie przymierzając ja. I co ja Wam mogłabym takiego, nieboraczki, powiedzieć?

A było tak. Dostałam od koleżanki książkę pod tytułem O filozofii uczuć. Wydało ją dwóch uczonych panów w uczonym wydawnictwie, publikując plon konferencji, która odbyła się w Berlinie w roku 1990. Zamyśliłam się, bo książka pokonferencyjna – niech mi wybaczą koleżanki i koledzy naukowcy – nie jest tym, co tygrysy lubią najbardziej. Na samej konferencji teksty konferencyjne, najczęściej przecież o marginaliach i przyczynkach, są dobre, a nawet świetne, i równie dobrze jest spotkać się po latach z koleżanką, posłuchać, czym się zajmuje, dowiedzieć się czegoś nowego. Ale konferencja w postaci książki z reguły nie spełnia obietnicy, którą daje swym tytułem. Jeśli biorę do ręki książkę pod tytułem O filozofii uczuć, to oczekuję raczej kompendium, zarysu filozofii uczuć od Platona do Gadamera, a nie glos i głosów. No ale dostałam to, co dostałam.

Wracam metrem do domu, wyciągam książkę i zaczynam ją “studiować”, jak to się zawsze robi z nową książką. Klasyczna okładka tak typowa dla tej serii i tego wydawnictwa, w środku piękny, kremowy, gładki papier, obiekt miły w dotyku. Czytam wstęp, który streszcza owo nieopublikowane a pożądane kompendium na 5 stronach – na moje potrzeby jak najbardziej wystarczy. Studiuję spis treści i znajduję coś, co mnie rzeczywiście interesuje. Harald Köhl, Die Theorie des moralischen Gefühls bei Kant und Schopenhauer. Teoria moralnego uczucia? Teoria uczucia moralnego? Nie mogę się zdecydować, która wersja jest lepsza? Zaczynam czytać, nie pamiętając, że to jednak filozofia i to po niemiecku, i że zaraz sobie rozbiję nos o zdania ułożone jak pęk pił zębatymi brzeszczotami do góry. I zaiste, sierra peligroso zaczyna się już na pierwszej stronie. Die theoretische Struktur (…) entsteht dadurch, daß Kant wie auch Schopenhauer drei Fragen systematisch unterscheiden: 1/ die Frage der moralischen Korrektheit oder Akzeptabilität einer Handlung, 2/ die Frage nach ihrem moralischen Wert d.i. die Frage nach dem genuin moralischem Motiv, 3. die Frage nach der moralischen Motivation. Patrzę na te zdania i patrzę, czytam drugi raz, tłumaczę na polski, piły zębate, straszne, a ja tu w metrze, nic nie rozumiem… Pomijam wreszcie te nieszczęsne zdania, czytam dalej… A tu odnośnie punktu 2 nagle informacja, iż  często nawet czyn moralnie niesłuszny może być jednak zgodny z prawem. I nagle satori w metrze! Olśnienie. Punkt 1 – legalność i akceptacja prawna działania. Jest rok 1935, pozbawiamy Żydów ich własności. Prawo dozwala i akceptuje takie działania. Punkt 2 – mam długi u tego dziada sklepikarza, jeśli na niego doniosę, to będzie to czyn egoistyczny i niesłuszny, ale konfiskata żydowskiego sklepu będzie legalna, a mnie załatwi sprawę długów. Mamy więc i akceptację, i egoistyczny motyw moralny.  Jakoś mi to nie wystarcza, wolałabym jednak własne wewnętrzne moralne przekonanie i proszę, punkt 3 – moralna motywacja. Bo przecież jeśli wierzę, że Żydzi finansowymi machinacjami doprowadzili Niemcy do ruiny, to uznam wszak, że odkupienie (cholera, dwuznaczne słowo) od nich ich własności na specjalnych warunkach czyli taniej, jest działaniem słusznym i sprawiedliwym. Patriotycznym. Punkt. 

Patrzę i oczom nie wierzę. Tak to funkcjonuje? Przykładam te trzy punkty do każdego dowolnie wybranego działania. 1. Legalność działania prawnego, bo zawsze można tak ustawić prawo, żeby to, co chcemy zrobić, było legalne. Każda władza tak może. 2.  Niska motywacja czynów zalegalizowanych przez prawo i 3. ich wykładnia z najwyższego rejestru. Każdą obrzydliwą politykę da się tym zmotywować i wyjaśnić. Wszystko, inkwizycję, propagandę anty-gender, pedofilię, zakaz aborcji potworka, nienawiść do gejów i lesbijek, małżeństwa z małymi dziewczynkami, niewolniczą pracę, manipulację pożywienia, doświadczenia na zwierzętach, spokojne pogodzenie się Europy z wojną na Ukrainie, wydanie miasta Kobane na pastwę Państwa Islamskiego, każdy nasz ludzki czyn da się rozłożyć na te trzy fazy oswajania się ze złem.

A dobro? Najpierw nic mi nie przychodzi na myśl. Cały następny dzień chodzę i myślę, co zdarzyło się dobrego? Przecież musiało się też zdarzyć coś dobrego! Wreszcie, eureka, tym razem w autobusie, mam! Niemcy odstąpiły od energii atomowej. To oczywiście na razie plan, ale jednak. Punkt 1 – wydano po temu stosowne prawo. Punkt 2 – istnieje motyw egoistyczny: strach przed katastrofą, zdolną pozbawić bogatą Europę życia, zdrowia i posiadania i żerowanie na tym strachu w celu wygrania wyborów. Punkt 3 – stworzenie sobie image’u najbardziej ekologicznego państwa na świecie.

I taka oto pociecha płynie z filozofii. Wszystko można wyjaśnić, a przeto i wszystko zrozumieć. Szkoda, że czy złe czy dobre, i tak obróci się przeciw nam. Ale na to nie mają wpływu ani Boecjusz, ani Kant, ani Schopenhauer. Tak po prostu jest, a teraz przynajmniej rozumiemy dlaczego – przez punkt 2! Bo pod każdym dobrym działaniem tkwi egoistyczny motyw.

Nie wiem czy Kant i Schopenhauer to właśnie próbowali udowodnić. Przestałam czytać referat z konferencji, a zaczęłam do wszystkiego przymierzać trzy punkty.

Rodzina Berlinerblau – Berli

Tomasz Prot

Julia Wdowicka z domu Berlinerblau (Berli)

Julia Berlinerblau-Berli urodziła się 15 grudnia 1924 r. Po wojnie, kiedy ukrywała się u różnych rodzin, zamieszkała z Anielą i po maturze kształciła się w Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie na Wydziale Scenografii, gdzie poznała swojego przyszłego męża, malarza i rzeźbiarza Grzegorza Wdowickiego. Wraz z nim, w latach 1950-1953 pracowała w zespole plastyków projektujących malarstwo ścienne warszawskich staromiejskich kamienic, za co zostali wyróżnieni Nagrodą Państwową II stopnia. Pracowała również jako scenografka, robiła ilustracje i projekty graficzne dla wielu wydawnictw, a ostatnie lata twórczości poświęciła na projektowanie i wykonanie unikatowej srebrnej biżuterii. Zmarła w Warszawie w 1985 roku.

wdowickaJulkę poznałem już po wojnie. Po raz pierwszy spotkałem ją u jej wieloletniej opiekunki, „ciotki” Anieli, w roku 1950, kiedy w jakichś sprawach przyjechałem z Wrocławia do Warszawy. Zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Byłem przyzwyczajony do widoku skromnie ubranych i raczej bezbarwnych powojennych kobiet, a tymczasem Julka wyglądała jak z zagranicznego żurnala. Zawdzięczała ten wygląd nie tylko naśladownictwu wzorców z Zachodu, ale przede wszystkim swym odziedziczonym po matce artystycznym zdolnościom. Julka całe życie potrafiła z byle szmatki zrobić kreację podkreślającą jej wyjątkową urodę czy też z paru koralików otrzymać naszyjnik w weneckim stylu. Była pełna wdzięku, niezwykle towarzyska, zawsze otoczona gronem znajomych i ciekawych ludzi

mdmsyrenkaU góry MDM, sgraffito z syrenką, wspólne dzieło Wdowickiego i jego żony oraz Krystyny Kozłowskiej i Józefa Wdowińskiego. Poniżej ulica Piwna 35/37. Tu Berli i jej mąż wykonali sgraffito ornamentalne: martwe natury z flaszami i owocami.

Alma (9)

Lech Milewski

Niejedno życie Almy

Jako akompaniament proponuję ostatnią część Symfonii Nr 45 Józefa Haydna – Pożegnanie. Powodów mam aż trzy. Po pierwsze przypominają mi się słowa Almy, gdy Gustaw Mahler prezentował jej swoją kolejną symfonię – wolę Haydna. Ja też. Po drugie ten post to moje pożegnanie z tą serią wpisów. Po trzecie… to wyjaśnię w zakończeniu. Teraz czas na muzykę…

Pierwsze życie Almy.

Benedictine

Prawie 30 lat życia z Franzem Werflem zakończone. Alma miała już 66 lat, stopniowo traciła słuch, przybrała znacznie na wadze, nie rozstawała się z butelką Benedictine. Jednak energia jej nie opuściła.
Pierwsza sprawa to proces z siostrą Franza o prawa autorskie po zmarłym. Alma wygrała.
Kolejna sprawa – łatwa do przewidzenia – ktoś rozpuścił plotkę, że Alma zamierza wyjść za mąż za słynnego dyrygenta Bruno Waltera – KLIK. Według moich obliczeń to już szósta propozycja małżeństwa nie licząc tych, które doszły do skutku. Alma zdementowała te pogłoski.

W 1947 roku Alma uzyskała obywatelstwo USA i wybrała się do Europy. W Londynie odwiedziła córkę Annę, zamężną po raz czwarty, ale nie ostatni. Córka Anny nie spodobała jej się. Status babci był dla niej nie do przyjęcia. Szybko opuściła Londyn i pojechała do Wiednia.
Tam spotkało ją szereg rozczarowań. Po pierwsze, miasto jej wspomnień leżało w ruinach – opera, katedra, Burgtheater. Jej rodzinny dom częściowo zburzony, jej dom w Semmering sprzedany Rosjanom, którzy zamalowali freski Oskara Kokoschki nad kominkiem. Jej ojczym Carl Moll – nazista z przekonań – popełnił wraz ze swoimi synami samobójstwo w dniu wkroczenia Armii Czerwonej do Wiednia. Na dodatek, jeszcze za życia, sprzedał wszystkie dzieła sztuki, które Alma oddała pod jego opiekę. Próby odzyskania tych dzieł były skazane na niepowodzenie, gdyż wszelkie instytucje, do których zwracała się Alma i jej adwokat, były nadal obsadzone przez osoby o poglądach nazistowskich, traktujące Almę z najwyższą nieufnością, wręcz pogardą. Opuściła Wiedeń w gniewie i przez resztę swojego życia już tu nie wróciła.

Namiętności i pasje wygasły – Alma była wreszcie wolna – bez mężą, bez kochanka, bez zależności od kolejnego wielkiego człowieka. Nie wiadomo, czy rozważała możliwość poświęcenia się swojej pasji z młodości – muzyce. Pewnie było już na to za późno. Pozostała jej do odegrania tylko jedna rola – wdowy. Czas przewartościował wiele dzieł sztuki, twórczość Franza Werfla szybko blakła i odchodziła w zapomnienie, za to twórczość Gustawa Mahlera zaczynała przeżywać prawdziwy renesans. Wybór był prosty – wdowa po Mahlerze. Alma przeniosła sie do Nowego Jorku i urządziła salon podobny do tego wiedeńskiego, z końca lat 20. Dzieła sztuki, rękopisy dzieł Mahlera, ubrana na czarno wdowa – niektórzy nazywali ją Wdową Czterech Sztuk – KLIK.

Alma zapraszano jako honorowego gościa na każde wykonanie utworów Mahlera. Do jej drzwi pukali wszyscy, którzy chcieli poznać kulisy powstania dzieł jej pierwszego męża – Bernstein, Solti, Britten. Stała się instytucją. Stosownie do tej roli zrobiła porządek w papierach, czystkę w listach i pamiętnikach, wydała dwie książki – Gustav Mahler, memories and letters i And the bridge is love.

Walter Gropius podczas pobytów w Nowym Jorku odwiedził kilkakrotnie Almę. Mieszkający na stałe w Szwajcarii Oskar Kokoschka pisał do niej listy do końca życia. Nie wiem, czy na nie odpisywała. Pewnego dnia przyjechał do Nowego Jorku i napisał kartkę do Almy prosząc o spotkanie.
Przypomniała mi się wypowiedź Almy:
Nigdy nie lubiłam muzyki Mahlera, nigdy nie interesowało mnie co napisał Werfel – (mogłaby dodać – nigdy nie obchodziło mnie co robił Gropius), ale Kokoschka, tak, Kokoschka zawsze wzbudzał we mnie emocje.
W tym kontekście oczywiste było, że Alma odmówiła.

Alma zmarła 11 grudnia 1964 roku w wieku 85 lat – zatem w tym roku przypada 135 rocznica jej urodzin i 50 rocznica śmierci.
Nie znalazłem żadnych informacji o jej pogrzebie poza wzmianką, że wybierając muzykę na swój pogrzeb, nie włączyła do niej żadnego utworu Mahlera.
Udało mi się znaleźć treść nekrologu opublikowanego w The New York Times w niedzielę 13 grudnia 1964 roku. Znając dbałość Almy o formę wszelkich oficjalnych deklaracji, jestem przekonany, że to ona była jego autorką a więc przytoczę go w całości.
Mrs. Alma Mahler Werfel, widow of the writer Franz Werfel and earlier of the composer Gustav Mahler, died Friday in her apartment at 120 East 73d Street. Her age was 85. She had also been married to Walter Gropius, the architect. Mrs. Werfel, who was once described as <<The most beautiful girl in Vienna>>, recalled in her autobiography that she had always been attracted to genius. She noted that she had once confided to her first husband, Mahler, that what she really loved in a man were his achievements. <<The greater the achievements>>, she told the great German composer, <<the more I love him>>. And genius also seemed to have been attracted to Mrs. Werfel. The former Alma Schindler, the daughter of Emil J. Schindler, a landscape painter in Austria, she grew up in Vienna surrounded by art and artists. Her intellect, which was nurtured by her brilliant father, complimented her beauty. She was a 21-year-old music student in 1902 when she met Mahler, who was 41 years old and director of the Court Opera House. He had already made his mark in the music world. After a short courtship they were married. Alma traveled with her husband on conducting tours in Europe and the United States. They had two daughters, but only one, Anna, survived. She became a sculptor. While still married to the composer, she met Walter Gropius, then a little known architect. She described him in her diary as an <<extraordinarily handsome German>>, and added that the night of their first meeting wore into sunrise. <<There remained no doubt>>, she wrote, <<that Walter Gropius was in love with me and expected me to love him>>. Mahler found out about their affair, brought the architect to their home and asked Alma to make a choice. She chose to remain with the compooser, but Gropius continued to write love letters to her. She said in her book And the Bridge is Love, published in 1958, that Mahler read Gropius’s correspondence and <<wrote beautiful poems about it>>. Mahler died in 1911 and his widow returned to Vienna to live with her parents. One day her father told her of <<a poor starving genius>> who painted. Later he brought Oskar Kokoschka home to paint her picture. She wrote that after he had finished sketching her he stood up, embraced her and walked out. He then started sending love letters and they became lovers. The affair lasted three years until Kokoschka joined the German Army. Shortly afterward Alma began corresponding with Gropius, who had become successful, and they were married in August 1915. They had a daughter, Manon, who died in her teens. While still married to Gropius she met Franz Werfel and had a son by him. The child died in infancy. Gropius and Alma finally agreed to divorce in 1918. She then moved in with Werfel, and they were married in July, 1929. She also wrote in her diary that she was pursued by other geniuses. The following was dated 1926 and referred to a conversation she had with Gerhart Hauptmann, the German drammatist and poet: <<‘It’s a pity’, he said to me, ‘that the two of us don’t have a child together. That would have been something You, you my great love…’ (…) ‘In another life’, he once told me, ‘we two must be lovers. I make my reservation now’. <<His wife heard it. ‘I’m sure Alma will be booked up there too.’ she said flippantly. He and I only smiled…>> She also wrote that other great men who were in love with her were Dr. Paul Kammerer, the biologist, and Ossip Gabrilowitsch, the Russian pianist and conductor who later married Mark Twain’s daughter. Werfel and Alma fled Nazi Germany in the late nineteen-thirties. Their experiences prompting Franz to write The Song of Bernadette and Jacobowsky and the Colonel. They came to the United States in 1940 and settled in California, where Werfel died in 1945. She moved to New York in 1952. Besides And the Bridge is Love, Mrs. Werfel wrote Gustav Mahler: Memories and Letters.

Alma została pochowana na cmentarzu Grinzing w Wiedniu, tym samym, na którym pochowani są Gustaw Mahler i jej dzieci.

Drugie życie Almy.

W nekrologu Almy była stosowna wzmianka na ten temat i wiemy na pewno, że Gerhardt Hauptmann dokonał stosownej rezerwacji.

Jestem przekonany, że drugie życie Almy jest niemniej urozmaicone niż pierwsze i gdy tylko uzyskam informacje z pierwszej ręki, pospieszę się nimi podzielić.

Trzecie życie czyli Problem pod tytułem Alma.

Jak wspomniałem na początku tego projektu, głównym źródłem moich informacji była książka Françoise Giroud – The art of being loved. Znalazłem gdzieś dość sceptyczną ocenę tej książki i podstawowy zarzut – książka słowem nie wspomina o “Alma Problem”. Rzeczywiście nie wspomina. Wrzuciłem więc haslo do google i zakotłowało się – 32 miliony trafień!

O co chodzi? Skonsolidowana odpowiedź jest w wikipedii – KLIK.

Jak wspomniałem nieco wyżej Alma przez 20 lat była instytucją. Na podstawie jej wspomnień, listów i książek dwie generacje muzykologów i krytyków muzycznych kształtowało obraz życia i twórczości coraz bardziej popularnego kompozytora. Aż nagle (wikipedia nie podaje kiedy) wyszło szydło z worka. Z ponad 350 listów otrzymanych od Gustawa Mahlera Alma ukryła/zniszczyła prawie 200. Spośród 159 opublikowanych 122 zostało zmienionych.
Jej książki zawierają wiele przeinaczeń. Lista innych przewinień podana jest na zlinkowanej powyżej stronie.

Jak to zwykle bywa, ludzie mediów, zamiast w cichości przeżywać swoją porażkę i wstyd, rozgłośnili ja ponad wszelką miarę. Miliony trafień google są tego dowodem. Z jednej strony Alma jest przedstawiana jako potwór, który wyssał wszelkie siły i życie geniusza, z drugiej jako ofiara zbyt silnych charakterów, którymi była otoczona. Napisano o niej kilka książek, zrobiono kilka filmów, napisano tysiące artykułów.

Dla mnie jednak książka Françoise Giroud pozostaje nadal najpełniejszym obrazem życia Almy. Nie pomija ani nie ukrywa żadnych czynów czy wad Almy, ale przedstawia je w logiczny i wyważony sposób.

Prawdę mówiąc gdybym od początku wiedzial o “Alma problem” nie zdecydowałbym się na opracowanie tego cyklu wpisów. Zrobiło to już tak wiele osób. Jednak błogosławieni naiwni – poznawanie życia Almy oraz osób i wydarzeń z nim związanych było i nadal jest dla mnie emocjonująca przygodą, której najbardziej esencjonalny fragment przedstawiłem w moich wpisach.

Dziękuję Ewie Marii za danie mi szansy na publikację moich odkryć, a wszystkim czytelnikom za cierpliwość i wyrozumiałość.

Czas na Pożegnanie…

Trzeci powód włączenia Symfonii Pożegnalnej do tego wpisu. Symfonia została napisana w okresie służby Haydna na dworze księcia Esterhazy – na plus księcia należy zapisać, że Haydn był tam trzecim najwyżej płatnym pracownikiem. Zwyczajem księcia było przenosić się na lato wraz z dworem do letniej posiadłości. W 1772 ten letni pobyt przedłużał się ponad zwykłą miarę i członkowie orkiestry byli mocno znużeni długim rozstaniem z rodzinami. Wtedy to Haydn skomponował tę symfonię, w której ostatniej części muzycy kolejno opuszczają scenę pozostawiając na niej ostatecznie tylko dyrygenta i pierwszego skrzypka (Haydna). Książę pojął aluzję i orkiestra dostała wkrótce zasłużony urlop. Tyle komentatorzy muzyczni.
A mnie kołacze się po głowie myśl, że może ten przedłużony pobyt dworu na wsi wiązał się w jakiś sposób z obowiązkami księcia na dworze cesarskim. Przecież tam pracowano wtedy nad bardzo poważnym projektem – pierwszy rozbiór Polski został oficjalnie podpisany 5 sierpnia 1772 roku w Petersburgu.
Oczywiście nie mam żadnych podstawy do takich przypuszczeń. Po prostu na stare lata wszystko co jest dla mnie istotne, kojarzy mi się z wszystkim.

W zlinkowanym video ucieczka ze sceny rozpoczyna się w 3 minucie i 20 sekundzie.

Tym razem to ja mam ostatnie słowo, a więc odchodzę ostatni.

Reblog: Otwarty dostęp do nauki

Artykuł ukazał się we wrześniu

Emanuel Kulczycki

Jakiś czas temu obrońcom „jedynej i niezbywalnej jakości nauki” został wytrącony z ręki kolejny argument. Jedno z najlepszych czasopism naukowych na świecie, tj. „Nature Communications”, ogłosiło, że przechodzi na publikowanie tekstów w otwartym dostępie i od tej pory materiały będą publikowane m.in. na licencji Creative Commons BY 4.0. Co to oznacza? Między innymi to, że każdy użytkownik Sieci może nie tylko za darmo i bez technicznych ograniczeń (tzn. bez potrzeby logowania się i zakładania konta) pobrać i przeczytać artykuł, ale może go również przetłumaczyć i bez pytania wydawcy czy autora o zgodę opublikować u siebie w antologii. Dlaczego tak ważne czasopismo (jako jedno z wielu – co trzeba podkreślić) postanowiło zrobić taki krok? To naprawdę proste: przede wszystkim dlatego, że celem nauki i komunikacji naukowej jest jak największa popularyzacja wyników badań. Gdyż dzięki temu nasze społeczeństwa szybciej się rozwijają, a badania finansowane – najczęściej – ze środków publicznych służą tym, którzy je finansują.

Otwarty dostęp do publikacji

Otwarty dostęp do publikacji naukowych jest jednym z kluczowych filarów otwartej nauki. Mówi się o nim i wdraża już od wielu lat. Publikacje naukowe (poza tajemnicami państwowymi itd.) nie powinny być towarem reglamentowanym. Dlatego wszystkie publikacje, które powstają w oparciu o finansowanie ze środków publicznych, powinny być dostępne za darmo dla każdego. Piszę o darmowym dostępie do publikacji i mam na myśli „darmowość” dla ostatniego elementu tego łańcucha – czyli dla zwykłego czytelnika. Nie ma bowiem co się oszukiwać: ta darmowość musi kosztować i koszty tego musi ktoś ponosić. Otwarty dostęp jest możliwy przede wszystkim dzięki rozwojowi technologii – i jeżeli ktoś obraża się na „internetowe zasoby” oraz „darmowe bazy danych”, to przypomina piętnastowiecznych mnichów ze scriptorium, którzy obrażali się na ruchomą czcionkę Gutenberga.

Publikowanie w otwartym dostępie ma swoje „lokomotywy”, takie jako BioMed Central (w Wielkiej Brytanii) czy Public Library of Science (PLOS) w Stanach. W ten sposób zmienił się model finansowania kluczowych dla nauki czasopism: do tej pory były finansowane głównie przez subskrypcje opłacane przez biblioteki uniwersyteckie. W modelu open access (a dokładnie w tzw. „złotej drodze”) koszty opublikowania tekstu zostają przerzucone na konkretnego naukowca – który oczywiście najczęściej nie płaci z własnej kieszeni, lecz z funduszy grantowych czy uczelnianych.

Ktoś może powiedzieć, że zarówno BioMed jak PLOS są nowymi instytucjami o jeszcze nieugruntownej renomie (co byłoby całkowitym minięciem się z danymi). Moglibyśmy przyjąć taki argument; ale jak wówczas poradzić sobie z faktem, że najstarsze towarzystwo naukowe na świecie – tj. Royal Society (Towarzystwo Królewskie) – ogłosiło uruchomienie nowego otwartego czasopisma „Royal Society Open Science”.

W przyszłym roku minie 350 latach od powstania – właśnie w ramach Towarzystwa Królewskiego – pierwszego czasopisma naukowego o nazwie „Philosophical Transactions”. Towarzystwo Królewskie rozpoczęło wielką rewolucję w nauce (bo tak trzeba postrzegać powstanie czasopism naukowych). Teraz ma szanse wesprzeć trwające już zmiany; a jak widać ma taki zamiar, gdyż pisze wprost: „Mamy nadzieję, że Royal Society Open Science pokaże nasze nieustające wsparcie dla publikowania w otwartym dostępie i zaangażowania w publikowanie wyników badań, które służą nauce i ludzkości”.

Co takiego umożliwia otwarty dostęp do publikacji?

Aktywnych naukowców nie trzeba przekonywać do tego, jak ważny jest dostęp do literatury i wyników najnowszych badań. Chociaż nasze biblioteki akademickie robią co mogą, to i tak wciąż napotykamy mnóstwo barier (finansowych!), jeśli chcemy być na bieżąco z najnowszymi książkami i artykułami. A nie da się uprawiać nauki nawet na przyzwoitym poziomie, bazując na publikacjach, które nie są przedmiotem żywych dyskusji.

Naturalnie można wskazywać bardzo wiele zalet otwartego dostępu do publikacji (chociażby promocja własnych badań, potencjalny wzrost cytowań a przez to wskaźników bibliometrycznych służących do oceny naukowców). Warto jednak spojrzeć na tę całą sytuację w szerszym kontekście, tj. nie z perspektywy naukowca, lecz normalnego obywatela-​podatnika. Ta bowiem perspektywa sprawia, że wszystkie badania finansowane z nowego programu unijnego Horyzont 2020 (a także np. wszystkie badania prowadzone i finansowane ze środków budżetowych w Wielkiej Brytanii) będą musiałyby być udostępnione w otwartym dostępie.

Jeżeli podatnicy finansują badania naukowców, to powinni mieć dostęp do wyników owych badań. Obecnie natomiast bardzo często sprawa wygląda tak, że naukowcy otrzymują finansowanie, a następnie publikują artykuły i książki w taki sposób, że dostęp do nich jest płatny. Biblioteka zatrudniająca danego naukowca musi kupić dostęp do tych pozycji, aby koledzy naukowca mogli z nich korzystać. Podatnik również musi zapłacić za książkę wydawnictwu, chociaż przecież wyniki zawarte w tej książce zostały sfinansowane ze środków publicznych.

Nie chodzi o to, żeby zablokować możliwość sprzedawania książek i czasopism. Wręcz przeciwnie! Chodzi o to, aby np. oprócz owej wersji papierowej czy elektronicznej sprzedawanej w wydawnictwie można było pobrać (np. ze strony repozytorium instytucjonalnego) darmową wersję owej publikacji.

Otwarty dostęp to śmierć jakości

Przeciwnicy otwartego dostępu podnoszą wiele argumentów przeciw takiemu podejściu do komunikacji naukowej. Najczęściej podnoszonym jest coś, co ja nazywam „Argumentem ze śmierci jakości”. Okazuje się bowiem, że dla przeciwników otwartego dostępu to, że coś jest opublikowane w taki sposób, oznacza, że tych wyników nikt nie chciał gdzie indziej (powinniśmy niby to rozumieć tak: w zamkniętym, czyli prestiżowym wydawnictwie).

Oczywiście wszędzie tam, gdzie są ludzie i pieniądze, pojawiają się wszelkiej maści patologie. Tak też i jest z otwartym dostępem – powstają bowiem tzw. drapieżni wydawcy. Są to firmy, które zakładają wiele czasopism, pobierają od autorów opłatę za publikację i publikują wszystko jak leci – najczęściej bez procesu recenzyjnego. Takie patologie opisuje i śledzi m.in. Jeffrey Beall na swoim blogu Scholarly Open Access.

Sprawa drapieżnych wydawców jest oczywiście poważna – jednakże deprecjonowanie otwartego postępu z tego powodu, przypominałoby deprecjonowanie najlepszych winnic we Włoszech, gdyż w Polsce robi się tanie wyroby winopodobne.

Otwarty dostęp a „sprawa polska”

W Polsce debata na temat otwartego dostępu i otwartej nauki… powoli się toczy. Można nawet powiedzieć, że przyśpieszyła, aczkolwiek wciąż pojawiają się różne przeszkody. To, jak aktualnie wygląda otwieranie nauki, widoczne jest w najnowszym raporcie przygotowanym przez ICM UW pt. Otwarta nauka w Polsce 2014. Diagnoza.

Obecnie Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego prowadzi konsultacje na temat Planu wdrożenia otwartego dostępu do treści naukowych w Polsce. Konsultacje na temat otwartości są… zamknięte i ograniczone do wyznaczonych podmiotów. Dlatego zwykły naukowiec może zapoznać się jedynie z oficjalnymi stanowiskami odpowiednich instytucji, które na swych stronach zamieściły opinie. Tak uczyniło np. Narodowe Centrum Nauki czy Polska Izba Książki. I tak jak opinia NCN-​u jest stonowana i wyważona, tak opinia PIK-​u jest po prostu absurdalna. Na szczęście już pojawiły się polemiki z tym stanowiskiem, które – co zasługuje w pełni na uznanie – PIK zamieściła na swojej stronie. Jedną z odpowiedzi napisało wydawnictwo De Gruyter Open, które podkreśliło:

Ubolewamy, że PIK, mająca służyć polskim wydawcom, przyjęła tak zachowawczą i zaściankową postawę, oddalającą polską branżę wydawnictw akademickich od nowych trendów na rynku światowym. Nasze wydawnictwo (pod poprzednią nazwą Versita) było członkiem PIK, ale zrezygnowało z członkostwa widząc brak zainteresowania, brak zrozumienia, a nawet wrogość PIK wobec modelu OD.

Za kilka tygodni ma odbyć się konferencja podsumowująca dotychczasowe konsultacje i opinie, które spłynęły do MNiSW. Przyznaję, że nie mogę się doczekać lektury tych dokumentów i sprawozdań.

Historycy, obudźcie się!

Napisałem, że stanowisko Polskiej Izby Książki jest absurdalne (De Gruyter Open nazwało to stanowisko zachowawczą i zaściankową postawą – to chyba taki delikatny eufemizm). Skoro tak mocnego słowa użyłem w stosunku do PIK-​u, to nie wiem, co mi pozostanie, aby określić wypowiedź prof. Jana Szymczaka, prezesa Polskiego Towarzystwa Historycznego, która została wygłoszona na XIX Powszechnym Zjeździe Historyków Polskich w Szczecinie. Prof. Szymczak powiedział (film poniżej):

Uważamy, że pewnym zagrożeniem dla polskiej humanistyki staje się tzw. otwarty dostęp – jak nazywa to Ministerstwo Nauki – będący w zasadzie próbą zlikwidowania rozwoju badań z jednym z najważniejszych jego cech, jaką jest krytyka naukowa, ale także poszanowanie dla praw autorów, badaczy do wyników ich badań.

Powyższą wypowiedź chyba trzeba nazwać wprost: jest to wyraz absolutnego niezrozumienia i/​lub niekompetencji. Nic tak nie sprzyja krytyce naukowej, jak dostęp do publikacji. Może część historyków nadal uważa, że najlepiej opublikować monografię w nakładzie 100 egzemplarzy i rozprowadzać ją po zaprzyjaźnionych czytelniach. Wówczas rzeczywiście krytyka naukowa będzie prawdziwa, bo od prawdziwych przyjaciół. Jednakże prawdziwa nauka – o czym już 350 lat temu wiedzieli członkowie Towarzystwa Królewskiego – opiera się na ocenie eksperckiej. I nie ważne kto jest tym ekspertem – ważne jest to, na czym się zna i czy ma dostęp do publikacji.

Również drugi argument, jakoby otwarty dostęp nie był „poszanowaniem” praw autorów i badaczy jest całkowicie bałamutny. Bo niby w jaki sposób rodzaj dostępu do publikacji miałby łamać prawa autorów? Może ktoś wciąż myśli, że „jak będzie w internecie, to ktoś to ukradnie”. Tylko że – ponownie – jest to wyraz niezrozumienia współczesnego systemu autorsko-​prawnego oraz tego, jak działa współczesna Sieć.

Okazuje się jednak, że takie niezrozumienie nie jest tylko domeną historyków. W bardzo ciekawym artykule Kariery lewarowane opublikowanym w „Polityce” prof. Leszek Pacholski – analizując różne patologie – napisał: „Moda na open access (publikowanie wyników prac naukowych w otwartych czasopismach w internecie) sprawiła, że zupełnie zapomniana o trosce o jakość”. W żaden sposób nie potrafię się z tym zgodzić, gdyż taka opinia brzmi niczym: „Moda na wbijanie gwoździ młotkiem sprawiła, że zupełnie zapomniano o trosce o ładne paznokcie”. Zakażmy używania młotków, gdyż można zrobić sobie krzywdę. Przecież otwarty dostęp do wyników badań jest tylko narzędziem, a nie celem samym w sobie. Jeżeli będziemy nasze opinie budować tylko na skrajnych przypadkach i patologiach, wówczas dobrze na tym nie wyjdziemy. Okaże się, że każdy naukowiec to patologiczna jednostka, która chce wszystkich oszukać.

To nieprawda, że wielokrotne powtarzanie nieprawdziwych słów, czyni z nich prawdę. Wręcz przeciwnie: przede wszystkim odsłania niekompetencję wypowiadających.


Powyższy tekst powstał z inspiracji (1) dyskusji zainicjowanej na Facebooku przez Marcina Wilkowskiego z Historii i Mediów oraz (2) dyskusji z Romanem Sidorskim – redaktorem Histmag. org.

Miejsce pierwotnej publikacji: Histmag​.org

Zdjęcie: kshelton – Public Domain

Głos krytyczny w dyskusji na temat otwartego dostępu podczas XIX Powszechnego Zjazdu Historyków Polskich w Szczecinie, w dniach 17-21 września 2014 roku; uwaga: tekst znajduje się na samym początku nagrania, potem są marynarskie szanty.

A tu prof. Maria Poprzęcka na rzecz otwartej nauki:

Lusatia alias Vita 9

Tomasz Fetzki

reportaż poetyzujący

Już sporo wody spłynęło nurtami Lubszy, Nysy i Szprewy, odkąd Viator (który wówczas jeszcze nawet nie nosił tego miana) skarżył się Czytelnikowi, iż trwać musi w niewygodnym szpagacie między nauką i sztuką (TU). W dniach teraźniejszych zwyciężyła nauka. I gdy Czytelnik we wtorkowy ranek lub przedpołudnie zasiada do lektury tego tekstu Viator, ukryty pod maską Prelegenta, produkuje się na pewnej konferencji. Wcześniej zaś musiał się do swego wystąpienia solidnie przygotować, co wymagało zaangażowania uwagi, ale przede wszystkim czasu. Miał więc trzy możliwe wyjścia z sytuacji, w jakiej się przez to znalazł: primo – w ogóle nie pisać odcinka opowieści o Łużycach (tego ani Czytelnikom, ani Ewie Marii uczynić nie chciał), secundo – poświęcić jakość tekstu, tertio – poświęcić jego objętość. Zdecydował się na rozwiązanie trzecie. Będzie krótko, ale zajmująco, miejmy nadzieję. Suspens i zagadka. Aby zaostrzyć apetyt przed kolejnym odcinkiem. Jako rekompensatę za tydzień obiecuje Viator wystawną ucztę, godną tego wzmożonego apetytu!

*************************

Opuszczamy rankiem mury Budyšina, kierując się na wschód, na spotkanie słońca. A że Łużyce to ziemia czarowników i mistyków, przeto wszystko zdarzyć się może takiego dnia. Ktoś wyszeptał zaklęcie. Jest początek siedemnastego wieku, któreś z jego pierwszych dwudziestu lat – nieistotne, które dokładnie. Viator, jak na ubogiego pątnika przystało, idzie pieszo (mógłby dodać, że boso i z kosturem w ręku, ale po co błaznować?) A Czytelnik nie odmówi mu przecież swej kompanii… Do pokonania mamy trzydzieści kilometrów, musielibyśmy się postarać, aby zdążyć do kolejnego miasta przed zapadnięciem zmroku. Ale po co pośpiech? Trakt jest bezpieczny, wszak Zwjazk šěsćiměstow, czyli Związek Sześciu Miast dba o to, aby nie grasowali tu żadni zbóje. Wokół lasy, strumienie, pola malowane zbożem rozmaitem… Po co się spieszyć? Jedyne, co nam grozi, to nocka spędzona sub Iove frigido. Nie pierwsza i nie ostatnia na pielgrzymim szlaku.

Toteż i nie spieszy się Viator. Maszeruje powoli, co i raz spogląda w prawo, gdzie na horyzoncie rysuje się ciemne i majestatyczne pasmo górskie, a wędrowiec kocha góry. Im więcej drogi we wschodnim kierunku pokona, tym wyraźniej widzi, jak wprost przed nim, pośród rozległej równiny, wyrasta jeszcze jedna, samotna góra, ostrym szczytem kłująca niebo. Tą swoją samotnością, osobnością intryguje. Viator zapatrzył się na nią i… stało się. Zmrok zapadł. Wędrowiec nigdzie już dziś nie dojdzie. Siada więc i, jak na romantyka przystało, patrzy na gwiazdy i słucha ciszy.

1 LandeskroneTajemnicza, samotna góra… Za tydzień odkryje swój sekret.

 A kilka kilometrów stąd, w małej izdebce, za drewnianym stołem, zasiadł prosty, ubogi szewc. Po całym dniu ciężkiej pracy i starań o chleb powszedni zajmuje się tym, co naprawdę ważne. Może siedzi w ciemności, pogrążony w modlitwie, albo i w mistycznej wizji. A może w migotliwym blasku kaganka zapisuje to, co usłyszał od aniołów.

Prostaczek bez żadnych szkół ani nauk takie słowa w górze usłyszał: Jeśli jest tak, że tylko powierzchownie panujesz nad wszelkim stworzeniem, wówczas ze swoimi chęciami i panowaniem należysz do zwierzęcego rodzaju i znajdujesz się tylko w niedoskonałym, przemijającym panowaniu. W zwierzęcą istotę wprowadzasz także twoje pożądanie, zarażasz się nią i jesteś w niej uwięziony, otrzymując również charakter zwierzęcy. Lecz jeśli jest tak, że porzuciłeś ten niedoskonały charakter i panujesz nad wszystkimi stworzeniami w otchłani, z której są one stworzone, to nic nie może ci zaszkodzić na ziemi, bowiem jesteś podobny do wszystkich rzeczy i do niczego nie jesteś podobny.

Takie oto przesłanie musi ogłosić rodzajowi ludzkiemu: To jest tak, że miłość może w tobie zapalić ogień. Wtedy poczujesz, jak spala się twoja jaźń a zatem cieszy się wtedy wielce twoim ogniem, że raczej pozwoliłbyś się zabić niż znowu wstąpić w twoje coś. Także jej płomień jest tak ogromny, że nie odstąpiłaby od ciebie, acz dotyczy to twego doczesnego życia, tedy idzie z tobą w swych płomieniach do śmierci. I gdy udajesz się do piekieł, niszczy piekło ze względu na ciebie.

Co to za ziemia, która rodzi takich szewców? Cóż to za szewc, który z Panem gadał? Co go ku niebu pociągnęło: tajemnicza samotna góra, czy może pewna kaplica? I co to za kaplica, którą jeden z ziomków szewca wzniósł tutaj po wyprawie do Ziemi Świętej? o i jak to możliwe, że bogate miasto, wręcz personifikacja mieszczańskiej stabilizacji, naznaczone jest po wielokroć i na różne sposoby duchem pielgrzymstwa? Jakie to miasto? Czytelniku, czekaj cierpliwie, a stokrotnie nagrodzony zostaniesz! (A jak bardzo chcesz wiedzieć już i natychmiast, to zajrzyj do komentarzy – przyp. EMS)

2 KaplicaW niecierpliwym oczekiwaniu na Jeruzalem niebieskie wzniesiono tę kaplicę.

W górę rzeki (2)

Zbigniew Milewicz

Moje stare kąty…

Kiedy przed laty pracowałem, jako nocny portier w pensjonacie „Maja“ w Monachium, przychodził tam czasami w gości pewien stary Żyd. Pensjonat prowadził jego współplemieniec o nazwisku Zimmermann, rodem z miasta Krakowa, więc przychodził jak najbardziej do swoich. Już na progu się chwalił: prawda, że ładnie mnie w Hajfie ostrzyżono? Albo częstował wszystkich w recepcji orzeszkami pistacjowymi, które nigdzie w świecie nie smakowały lepiej, jak te z bazaru w Hajfie.
Oczywiście chwaliłem jego fryzurę i jego pistacje, ale w myślach drwiłem ze starego dziwaka: jak to do fryzjera specjalnie do Hajfy latać, gdzie mu się podziała jego kepele ? Pewnie nie wie, co zrobić z forsą… Rozumiałem, że do fryzjera chodzi się także dla przyjemności porozmawiania o nowinkach w świecie i nie ma to, jak z rodakiem je wymienić, sam odwiedzałem co jakiś czas salon pana Ochmanna, mówiącego po polsku fryzjera, niedaleko Hackerbrücke, pewnie więc nie brakowało i jego żydowskich kolegów w mieście.

Dziś robie dokładnie to samo, co on. Każdy powód, żeby pojechać do Polski, zwłaszcza na mój Górny Śląsk, jest dobry. Fryzjer ma z moimi włosami coraz mniej do roboty, coraz więcej czasu zostaje więc na inne zajęcia. Tychy są moim polskim domem od połowy lat 60, dzieciństwo i wczesną młodość spędziłem w Chorzowie. Tam zostało jeszcze paru krewnych i trochę koleżeństwa klasowego, z którym przeważnie nie rozpoznajemy się już na ulicy, tam są groby bliskich. Zaczynam zwykle od nich, samochód parkuję na dziedzińcu przy kościele św. Ducha i idę na cmentarz, zapalić znicze mamie, dziadkom, cioci. Później ulicą Dąbrowskiego, koło mojej dawnej podstawówki na rogu z Omańkowskiej, mijam niegdysiejszą drukarnię na skrzyżowaniu z Hajducką, budynek ubezpieczalni, dom, w którym dziadkowie ze swoimi córkami mieszkali, zanim wybudowali własny na Wesołej i już jestem przed Słowakiem. Kiedyś ta droga z domu do budy wydawała mi się bardzo długa, a mijane budynki przytłaczały swoimi rozmiarami, dziś widzę to wszystko w odwrotnych proporcjach, dziwne, dlaczego tak się dzieje.

dziadkowiezbycha

Moja babcia po “kądzieli”, Jadwiga Paluch, z córkami Niną i Irką, około 1929 r.
Nie jestem natomiast pewien, kim jest mężczyzna na zdjęciu?

Naprzeciw, na rogu z ul. Zjednoczenia, stoi majestatycznie najstarsza średnia szkoła w Chorzowie, liceum im. M. Curie-Skłodowskiej, dawniej wyłącznie żeńskie, do którego uczęszczała moja mama Nina. Budynek postawiono jeszcze w pruskich czasach, ale mama chodziła już do polskiej szkoły. Urodziła się w 1921 roku, pod koniec III powstania śląskiego, które zakończyło się zwycięstwem, jej ojciec a mój dziadek bił się w tym powstaniu o polski Śląsk, nie mogło być zatem inaczej. Liceum im. Juliusza Słowackiego, w którym ja z kolei zdobywałem w PRL-u wiedzę, powstało dużo później od Curie, w połowie lat trzydziestych, kiedy już gęstniała brunatna mgła nad Śląskiem. Przeznaczeniem prywatnej Eichendorffschule było kształcenie zdolnej młodzieży mniejszości niemieckiej miasta, na co w skarbcu Republiki Weimarskiej nie mogło zabraknąć pieniędzy. Dano jej jak najlepszych pedagogów i wyposażono tak dostatnio w pomoce naukowe, że po zakończeniu II wojny światowej część tego dobytku, którego nie udało się wyszabrować, została podarowana na dobry początek Wyższej Szkole Pedagogicznej w Katowicach i dobrze tam służyła. Wspominam zaś o tym dlatego, że do Eichendorffschule uczęszczała m.in. młodsza o siedem lat siostra mojej mamy, ciocia Irka. Mama należała do Związku Harcerstwa Polskiego, a jej siostra do Bund Deutscher Mädel, takie są zachodnie Kresy, nic nie jest tutaj jednoznaczne w swoim pochodzeniu.

Spod liceum oczywiście na ulicę Wolności, na główny trakt handlowy i spacerowy miasta. Pod numerem 18, na pierwszym piętrze, mieszkałem kiedyś z mamą. Stare kamienice są dziś pięknie odnowione, środkiem porządnie wybrukowanej jezdni biegnie, jak dawniej linia tramwajowa, bo samochody od lat tędy już nie jeżdżą. Kuszą witryny eleganckich sklepów, kawiarń, klubów, czuć pieniądze ze strefy euro. W miejscu przedwojennej synagogi, brzydki jak pryszcz McDonalds, który psuje Wolce wygląd. Na szczęście u szczytu ulicy wszystko po dawnemu – neogotycka poczta stoi, jak stała. Zawsze zachwycała mnie swoją architekturą i staromodną elegancją. Kiedy mam więcej czasu idę dalej, w górę przez wiadukt, nad ratuszem i pozostałymi tylko w pamięci zabudowaniami części rynku. Królowała wśród nich popularna kawiarnia „Nasza“, dokąd zabierała mnie co niedzielę po mszy w Jadwiżce mama w asyście przyjaciół. Lokal miał pyszne ciastka i lemoniadę, grała w nim damska orkiestra i w ogóle było elegancko. Odkryłem tam po raz pierwszy swoje zamiłowania taneczne i przyjemność, jaką dają oklaski publiczności, ale o tym może kiedy indziej opowiem.

chorzowwczoraj
Z albumu Mariana Gałuszki : “Chorzów wczoraj, Königshütte gestern”

Wiaduktem koło zabudowań dawnej hali targowej i placu, na którym stoi Pomnik Powstańca Śląskiego, dzieło z lat 70, nawiązujące do przedwojennego monumentu, który hitlerowcy zburzyli we wrześniu 1939 r. Pierwowzór stał przed pocztą, w miejscu wcześniejszej Germanii i zwrócony był wymownie w stronę najbliższej granicy niemieckiej. Obecnie patrzy na hutę, która po wojnie nazywała się Kościuszko, a od przemian ustrojowych – znowu Królewska. Podobnie, jak pierwowzór, postać powstańca ma rysy piewcy polskości na Śląsku, poety-kowala z Królewskiej Huty, Juliusza Ligonia, przepasana jest hutniczym fartuchem i w ręku trzyma miecz. Za czasów PRL-u zakład był żywicielem wielu mieszkańców Chorzowa, dziś zatrudnia raptem trochę ponad 200 osób. Po modernizacji i reorganizacji zamknięto szereg wydziałów, pozwalniano ludzi, nie ma pieców martenowskich, które witały mnie żarem, ilekroć tamtędy przechodziłem lub przejeżdżałem. Hutą zarządza obecnie hinduski fabrykant, a Romek Wypler, mój kuzyn jest jednym z tych szczęśliwców, którzy nie stracili u niego pracy. Jak będzie jutro, pojutrze, tego nie wie, ale na dziś rodzina jest zabezpieczona.

Podobnie jak Ligoń, Romek jest kowalem hutniczym. Mieszka wraz z żoną, córką, jej mężem i dwoma wnuczkami na czwartymi piętrze przedwojennej kamienicy, na przedłużonej ulicy Wolności. Ciasno im nie jest, bo mieszkanie ma kilka przestronnych pokoi; z niektórych okien roztacza się piękny widok na dachy Chorzowa. Kiedy jestem u Wyplerów na bezuchu, czyli w gościach – a zdarza się to mniej więcej raz w roku, w okolicach Wszystkich Świętych – zawsze sobie z sentymentem pooglądam tę panoramę. Kuzyn wraz z żoną Ewą i córką Izą opiekują się grobami moich bliskich, więc czas odwiedzin jest logiczny. Romek ma także duszę artysty, nie dosyć mu kowalstwa w pracy, w domu uprawia metaloplastykę. Jak ma wolny czas i natchnienie, siada przy jednym z tych panoramicznych okien, które poza pięknym widokiem dają mu jeszcze lepsze światło i dłubie, tnie, kuje, a Ewa goni go z tą robotą, bo jej marasi. Przynajmniej się nie nudzą a efekty są: różnego rodzaju biała broń wisi na ścianach mieszkania, widzę starodawne pistolety, miniatury armat, militaria najbardziej Romka interesują.

SAMSUNG CAMERA PICTURES
Romek Wypler z żoną Ewą w domowych pieleszach.Ten kominek robił oczywiście jeszcze jego ojciec…

Niedawno stracił mamę, parę miesięcy później ojca, mieszkali niedaleko, w Batorym. Ciocia Jutka była schorowana, ale wujek Józek, znany w Chorzowie zdun, w życiu nie był u lekarza. Jak pamiętam zawsze wadzili się o coś obydwoje, ale nigdy na bij zabij, tylko tak dla zasady. Widocznie zabrakło mu tej soli w zupie.

Tym razem nie wchodzę na czwarte piętro, bo trochę się spieszę, spotykamy się z Romkiem na krótko przed jego domem. W czasie rozmowy moją uwagę przyciąga mężczyzna, który stoi nieopodal, na rogu Strzelców Bytomskich. Twarzy na razie nie widzę, bo stoi bokiem, ale jest w nim coś znajomego. Kiedy się odwraca do nas, zatyka mnie z wrażenia. Trącam kuzyna, reaguje podobnie. Józek – mówi. Wierzę w duchy, ale w to, że zmarłemu ojcu Romka chciało się do nas jawnie pofatygować w biały dzień, to nie bardzo. W podwójną halucynację i przypadki też wątpię. Może mi więc ktoś powie, dlaczego w tym samym czasie i akurat pod domem Romka zobaczyliśmy to samo? I wreszcie: co reżyser tego spotkania chciał nam powiedzieć?

Na Wesołą 5, na osiedlu Ruch, gdzie słynny stadion piłkarski, zachodzę rzadko i niechętnie. Ten adres pamiętam najlepiej, ale mi żal, że po śmierci dziadka dom został sprzedany jakimś babom z Gdańska, do tego za półdarmo. Nie wiem, kto teraz tam mieszka, podobno już ktoś inny, sąsiedzi też się zmienili, oglądam go więc sobie tylko z zewnątrz i nie za długo, żeby się zupełnie nie rozkleić. Widać, że nowi właściciele zainwestowali w modernizację domu, ale nie ma już śladu po naszym czarodziejskim ogrodzie, w którym babcia z dziadkiem hodowali różne warzywa, gdzie rosły jabłonie, grusze, krzaki agrestu i pachniało bzem. Nie ma więc sensu szarpać duszę.