Pomagamy

Ewa Maria Slaska: Pomoc była w tym roku jednym z częściej używanych słów. Nie tak często oczywiście jak ***** *** i derywaty, nie tak często jak wypierdalać, Trump, maseczka, szczepienie i social distancing, ale jednak bardzo często. A im było go więcej, tym bardziej mnie niepokoiło. Czy naprawdę pomagamy, gdy wychodzimy na balkon i śpiewamy albo wołamy dziękuję. To miłe zjawiska społeczne, na pewno, ale czy niosą pomoc? Służba zdrowia wiosną dostawała od nas wieczorne brawa, Lufthansie państwo niemieckie zapłaciło 7 milionów euro. Oba działania podciągnięte zostały pod ogólne pojęcie “pomoc”. Poprosiłam kilka osób o opinię. Odpowiedział psycholog.

Przemysław Masalski

Pomaganie

Czasami ludzie nie udzielają pomocy, gdyż mają poczucie, że nie posiadają zasobów potrzebnych do skutecznego poradzenia sobie w danej sytuacji. A to rodzi lęki natury społecznej: np. przed znalezieniem się w centrum uwagi, przed wstydem, wynikającym z potencjalnego, niewłaściwego oszacowania sytuacji.

W bardziej konkretnych sytuacjach, gdy chodzi o pomoc osobie będącej w sytuacji zagrożenia fizycznego, np. gdy czarnoskóry człowiek został zaatakowany przez grupę młodych rosłych nazistów, dochodzi oczywiście bardzo konkretna i całkiem uzasadniona obawa o własne życie i zdrowie.

W sytuacjach gdy pomoc nie dotyczy ratowania czyjegoś zdrowia czy życia, zaczynają się prawdziwe komplikacje i na scenę mogą wejść mechanizmy kompensacyjne, które napędzają zachowania altruistyczne, czy też lęki które odwodzą ludzi od pomagania. Może to być jeden z lęków zależnościowych, np. lęk przed nadmiernym zaangażowaniem emocjonalnym. Pomocodawca obawia się, że udzielona przez niego pomoc nie będzie miała charakteru jednorazowego, tylko wymusi na nim  zaangażowanie o bardziej długotrwałym charakterze.

Jak w Małym Księciu – pomagający może stać się “odpowiedzialny za to co oswoił”, tak samo udzielenie pomocy wytworzy sytuację emocjonalnej zależności odbiorcy pomocy od pomagającego. Pomagający może nie czuć się gotowy na przyjęcie takiej roli, może też nie chcieć angażować się emocjonalnie z obawy przed trudnymi emocjami, jakie ta sytuacja może wyzwolić, a które mogą okazać się zbyt przytłaczające i obciążające. Przytoczyć mogę tu przykład z życia mojej dawnej przyjaciółki, Eli, która uczestniczyła w liceum w projekcie charytatywnym. Licealiści spotykali się z niepełnosprawnymi rówieśnikami, którzy ze względu na stopień niepełnosprawności nie mogli uczęszczać do szkół i uczyli się zdalnie, przez co byli dość odizolowani społecznie. Ela chodziła do Ali, niepełnosprawnej dziewczyny w jej wieku, poczagała jej w lekcjach, dotrzymywała jej towarzystwa itp. itd. Bardzo szybko jednak Ela zaczęła się z tym czuć niekomfortowo, gdyż jej Ala, która dotąd doznała w życiu sporo samotności, zainwestowała w znajomość bardzo wiele emocji i zaczęła się domagać pogłębienia relacji, na co Ela zareagowała lękowym odrzuceniem. Miała poczucie że nie jest w stanie sprostać oczekiwaniom Ali i nie była gotowa na taką odpowiedzialność za drugiego człowieka. Ela zerwała tę znajomość, ale czuła się w następstwie jak bardzo zły człowiek, gdyż rozbudziła a następnie zawiodła nadzieje rozpaczliwie samotnej niepełnosprawnej nastolatki. Tamta natomiast z pewnością poczuła się wykorzystana i porzucona. Pomaganie w pewnych sytuacjach oznacza więc wzięcie na siebie odpowiedzialności za kondycję emocjonalną, życiową i psychiczną drugiego człowieka.
Miarą gotowości do pomagania, może być więc stopień, w jakim dany człowiek jest gotowy wziąć na siebie odpowiedzialność za drugiego człowieka i czy jest w stanie skutecznie pomieścić w sobie trudne emocje, wzbudzone przez tę nową, cechującą się nierównowagą sytuację.

Wielu ludzi napędza do pomagania specyficzna struktura osobowości, ktora wiąże się ze zjawiskiem, jakże charakterystycznym dla naszej współczesnej narcystycznej rzeczywistości społecznej, a mianowicie z tzw. narcyzmem komunalnym. Jest on obecnie bardzo modny i stosuje go przez wielu samozwańczych dobroczyńców, np. Grażyna Kulczyk. Pomaganie jest modne i dobrze widziane społecznie, co może przynieść pomocodawcom tak potrzebny dla stabilizacji ich poczucia własnej wartości, podziw i popularność. Pomaganie jest elementem budowania wizerunku, fasady, za którą nie kryje się autentyczna empatia i troska o ludzi, lecz chęć osiągnięcia pewnych egotystycznych, a czasem również finansowych celów, gdyż pomaganie przekute w adekwatny biznes może przynieść pomagającemu wiele konkretnych korzyści (dobry przykład to Matka Teresa).

Ważne jest również rozróżnienie między pomaganiem a nadopiekuńczym kontrolowaniem, często będącym wyręczaniam, które z kolei może prowadzić do upośledzenia i uzależniania od siebie osób znajdujących się pod naszą opieką. Widoczne jest to zwłaszcza w kontekście wychowania dzieci i opieki nad osobami starszymi. Rodzice pomagający swojemu dziecku w ten sposób, iż nie pozwalają mu na podejmowanie niezależnych, autonomicznych i służących budowaniu odrębności i separowaniu się od nich działań, często są przekonani, iż pomagają swemu dziecku. Tymczczasem nie pozwalają mu na ukształtowanie poczucia skuteczności i sprawczości, które jest niezwykle ważne dla budowania pozytywnego obrazu samego siebie i pozytywnej samooceny. Tym samym zmniejszają jego szansę na sprostanie wyzwaniom psychospołecznym, które stopniowo pojawią się w adolescencji.

Wyręczanie starszych ludzi w wykonywaniu czynności autopielęgnacyjnych czy samozaopatrzeniowych w imię źle pojętej pomocy, tak naprawdę sprawia, iż stają się niesamodzielni, zależni od pomocy innych, co prowadzi do utraty poczucia autonomii i sprawności, przyspieszając procesy prowadzące do zniedołężnienia. Nawet gdy wydaje się, że osoby starsze niechętnie podejmują samodzielne działania, wyręczanie ich zamiast empatycznego wspierania, prowadzi w dalszej perspektywie do pogorszenia ich kondycji psychofizycznej, a tym samym jakości życia. Krótko mówiąc, nie zawsze należy pomagać, nawet wtedy, gdy ktoś aktywnie domaga się tej pomocy. Należy oszacować, czy odmówienie pomocy i wspieranie w podejmowaniu wysiłku w wykonywaniu samodzielnych czynności, nie prowadzi w perspektywie długoterminowej do lepszych rezultatów i tym samym nie stanowi prawdziwej pomocy. Pytanie więc, czy dać wędkę i zachęcać do jej używania, co może kosztować wiecej energii i czasu, czy też lepiej dać rybę, co często jest prostsze dla osoby udzielającej pomocy, ale niekoniecznie korzystne dla odbiorcy pomocy.

Wreszcie istnieje coś takiego jak teoria wymiany społecznej, która w odniesieniu do zachowań pomocowych głosi, iż ewolucja promowała te jednostki, które były bardziej skłonne do udzielania pomocy innym. Jednostki pomagające nieświadomie kierują się w swoim postępowaniu tzw. regułą wzajemności. Niepisane prawo wymiany społecznej głosi, iż ci, którzy pomogli pewnej ilości osób, mogą w przyszłości w większym stopniu liczyć na odwzajemnienie pomocy, gdy sami będą jej potrzebować, gdyż choć część tych, którym pomogli, postąpi w zgodzie z regułą wzajemności. Faktycznie jest tak, że człowiek, któremu udziela się pomocy, czuje dyskomfort psychiczny, jeżeli nie jest w stanie jej odwzajemnić, chociażby w postaci okazania wdzięczności.


Ewa Maria Slaska: Jestem wdzięczna Przemysławowi Masalskiemu za napisanie dla nas tego pasjonującego tekstu 🙂

Hallo Welt!

Po polsku & in English

Michał Talma-Sutt

Hallo Welt, in welche Richtung soll es gehen?

Wir leben in einer sehr interessanten Zeit, nicht wahr? Auf der einen Seite haben wir eine größte Periode in der Weltgeschichte, ohne einen richtig großen Kriegskonflikt zu haben, auf der anderen Seite war die Welt noch nie so unberechenbar, wie sie heute ist. Nicht nur, weil wir die Pandemiezeit haben, das ist nur ein zusätzlicher Faktor, schwerwiegend sogar, aber es ist nur ein “Plus” in der ganzen Situation. Es scheint, dass unsere Welt echt komplex geworden ist, zu komplex für viele. Sollte uns dann überraschen, dass der Populismus so stark geworden ist, oder dass wir so viele Verschwörungstheorien haben? Der Grund dafür ist aber einfach, weil eben die Welt für viele zu komplex zu sein scheint, suchen sie nach einfachen Antworten. Ich sage bewusst “scheint”, denn der größte Teil dieser gefühlten Komplexität besteht in Wirklichkeit aus einer massenhaften Informationsflut, die auch noch jeden Tag für jeden so massiv zugänglich ist. Informationen oder Desinformationen, die häufig als Teil einer bestimmten Politik und Propaganda eingesetzt werden, etwa von Russland und China, was das Gefühl, dass wir in sehr chaotischen Zeiten leben, zusätzlich verstärkt.

Vielleicht ist es auch die menschliche Natur, ein Teil in uns will immer Ordnung und Ruhe. Der legendäre Satz “früher war es besser”, obwohl meist unwahr, tut auch etwas. Der größte Erfolg des Populismus beruht darauf, wir machen es so, wie es früher war, wir machen Amerika (… – schreiben Sie hier anderes Land oder was immer Sie wollen) wieder großartig, zurück in die Zukunft, aber in dem Wunsch in die Vergangenheit.

Hier die schlechte Nachricht: Die Vergangenheit ist vorbei, wie sie immer war. Es mag sein, dass Marx sagte: “Geschichte wiederholt sich”, fügte aber gleich hinzu “als Farce”. So weit so gut, Putin ist nicht Stalin, Erdogan ist nicht Sultan, Trump ist Vergangenheit. Auch die Vergangenheit ist Vergangenheit, wird nicht wiederkommen, auf keinen Fall, egal welche Zaubersprüche wir verwenden wollen. Was bleibt, ist das Hier und Jetzt; übrigens war es immer das Hier und Jetzt, aber es beeinflusst natürlich das, was kommen wird.

Und was das sein wird, weiß niemand… Einschließlich der besten Analysten für die mögliche Weltentwicklung.

Also, welchen Weg soll man gehen, Planet Erde? Aus der Sicht des Planeten selbst ist die Antwort auch einfach: Geh weg, Mensch, ich werde ohne dich besser zurechtkommen. Bei unserem Tempo, die Natur zu zerstören, Ressourcen zu verbrauchen, müssen wir uns über unsere eigene Zukunft nicht allzu viele Gedanken machen, wir haben einfach keine. Laut dem Portal nature.com: “Wir stellen fest, dass sich die Erde genau am Übergangspunkt befindet; im Jahr 2020 (± 6) wird die anthropogene (vom Menschen gemachte) Masse, die sich in letzter Zeit etwa alle 20 Jahre verdoppelt hat, die gesamte globale lebende Biomasse übertreffen”. Dies geschieht nicht nur, weil wir so viele Dinge produzieren, sondern auch, weil wir der Erde ständig etwas wegnehmen, die Wälder, Grünflächen, Wasser usw.

Das ist der wichtigste Punkt, unsere Umgangsweise mit der Natur, den wir ändern müssen, wenn wir weiter von der Zukunft der menschlichen Zivilisation träumen wollen. Daran führt kein Weg vorbei. Nachdem das erledigt ist, könnten wir darüber nachdenken, wie es weitergeht…

Tolle Nachrichten wiederum für alle, die eine gewisse Bi-Polarität vermissen, wie es sie in der guten alten Zeit gab. West – Ost, also die Guten gegen die Bösen, Demokratie (oh, wie stolz wir darauf sind) gegen Kommunismus, Yin und Yang. Die Welt arbeitet an der Wiederherstellung. Dazu sind nur zwei Faktoren notwendig (es lebe der Dualismus!!!) Erstens muss China noch seine Position stärken und behaupten (sehr gut möglich), zweitens müssen sich die USA als Weltmacht behaupten (ungewiss). Dadurch könnte das Weltbild wieder so einfach werden.

Aber es gibt immer ein “aber”. Heute können wir leider überhaupt nicht sicher sein, dass die Demokratie (oh ja, wir sind so stolz auf sie!!) weiter bestehen wird. “Die Demokratie ist die schlechteste Regierungsform, abgesehen von allen anderen”, sagte Churchill einmal. Ich stimme zu, vielleicht ist es nicht die beste Form, die wir haben, aber ich sehe keine bessere. Das Hauptproblem ist jedoch, dass die Demokratie, wie alles andere auf der Welt, ein Prozess ist. Die Prozesse haben das an sich, dass sie eine gewisse Reife hervorbringen, mit der Zeit, die sie verbrauchen. Nennen wir das einen Erfahrungsfaktor. Daraus lässt sich zum Beispiel leicht ableiten, dass manche Länder und deren Bürger absolut keine Erfahrung in Sachen Demokratie haben, wie zum Beispiel China. In der Tat, Russland auch, das was sie haben, ist eine Demokratie-Täuschung. Über die meisten Länder in der islamischen Kultur brauche ich gar nicht zu sprechen.

Insofern wäre es vielleicht besser, nicht so arrogant zu sein (Yeah!! Die Demokratie ist die beste, wir sind so stolz darauf!!) und ständig zu versuchen unseren Lebensstil anderen aufzudrängen, sondern sich auf das zu konzentrieren, was wir bereits erreicht haben, und nach den neuesten Erfahrungen aus Europa (in Ungarn und Polen), oder, was besonders schockierend ist, in den USA, müssen wir die Demokratie erstmal auf eigenem Terrain verteidigen können.

Übrigens, die letzte Wahl in den USA hat uns gezeigt, wie ernst die Lage ist. 74 Millionen haben für Trump gestimmt, und er hat Recht, wenn er sagt, dass kein ansässiger Präsident jemals so viele Stimmen erhalten hat. Aber Biden hat 81 Millionen Stimmen bekommen, und das gibt etwas Hoffnung, trotze ich nicht ganz überzeugend. Also ist das vielleicht gar nicht so schlecht, wenn es um die Demokratie geht. In den USA.

Hier muss ich jedoch eine Bemerkung machen, die viel mit dem ernannten Erfahrungsfaktor (der Demokratie) zu tun hat. Mit dem polnischen Verfassungsgericht (ein Äquivalent zum Supreme Court in den USA), und sehr wahrscheinlich mit einigen Gerichten in Polen, wäre Trump mit seinen Klagen erfolgreich gewesen, und längst für die zweite Amtszeit bestätigt. Wären die USA doch nur Polen, was für ein Pech für den Mann. Oder Ungarn, oder Russland, oder China (hm, dann hätte er gar keine Wahlen gebraucht, was für ein Traum…), oder, oder, oder….

Es mag sein, dass es nicht wirklich der Triumph der Demokratie selbst war, sondern des Rechtssystems, wie einer meiner Freunde bemerkte. Aber es zeigte die Reife Amerikas, OK, 232 Jahre für den Reifeprozess, das ist eine ganze Menge. Es war sehr sichtbar, wie wichtig diese Dreiteilung der Macht ist, als Grundpfeiler des demokratischen Systems. Die Unabhängigkeit der Legislative, der Exekutive und der Judikative, das ist zwar nicht die Demokratie selbst, aber ohne das kennen wir sie vergessen. Deshalb war der letzte ausgearbeitete Kompromiss der EU mit Polen und Ungarn (Haushalt der EU), über den Herr Soros so wütend war, sehr umstritten, weil Herr Kaczyński und Herr Orbán sehr stark gerade an einem Abbau dieser Unabhängigkeit arbeiten.

In welche Richtung sollte es also gehen? Welche Richtung könnte es in ein paar Jahren werden? Es ist in der Tat sehr schwierig geworden, letzteres zu beantworten, aber lassen Sie es uns versuchen…

Lassen wir mal das Offensichtliche weg, wie den Klimawandel und unseren Umgang mit der Natur. Diesen Punkt, wie gesagt, müssen wir ohnehin überwinden, wenn wir eine Zukunft haben wollen.

Reden wir über die wichtigsten Dinge, die unsere Welt beeinflussen, Politik und Finanzen, sorry, falsche Reihenfolge, Finanzen und Politik, sorry, sind Politiker noch wichtig? Könnten wir nicht schon von einer post-politischen Welt sprechen? Ist es schon so weit? Finanzwelt also…

Im Grunde sind sich alle Ökonomen in einem Punkt einig, es gibt keine unsichtbare Hand des Marktes, aber die Politiker scheinen anderer Meinung zu sein. Sie geben alle Instrumente aus der Hand, im vollen Vertrauen darauf, dass der Markt das schon regeln wird. Der Staat zieht sich aus allen Posten zurück, eine Tendenz, die in unserer kapitalistischen Welt schon sehr lange vorherrscht. Gesundheitssysteme, Kommunikationssysteme, die Post, die Eisenbahn, die Autobahn, die Banken, alles wird privatisiert. Das Bildungssystem bleibt teilweise noch in staatlicher Hand, aber wer wählen kann, weil er genug Geld hat, schickt seine Kinder lieber auf Privatschulen. Kein Wunder, denn die Qualität der öffentlichen Schulen lässt leider sehr zu wünschen übrig.

Wenn alle Ihre Instrumente weg sind, welche Rolle spielt dann noch die Politik? Deshalb frage ich, ob wir nicht schon in einer post-politischen Welt leben? Ist es nicht so, dass in Wirklichkeit ein sehr großer Teil der “politischen” Entscheidungen von der Finanz- und Wirtschaftswelt getroffen wird, dank des Lobby-Systems? Sind die Politiker nicht längst zu Marionetten der Konzernwelt mutiert, die nur noch ständig ein Mantra “wir müssen wachsen” von sich geben können? Übrigens gibt es in der Natur nichts, was unendlich wächst… Oder doch? Ich weiß, mit der Natur hat das nichts zu tun, aber zum Beispiel wie wäre es mit Geld?

Ich habe irgendwo gehört, dass ein Ökonom ironisch sagte, er verstehe das Gejammer der Politiker über die Staatsverschuldung nicht, druckt einfach mehr Geld, riet er, wem schadet schon…

Das trifft die Sache auf den Punkt. Das Geld ist längst abgekoppelt vom Gold, von jeglichen natürlichen Ressourcen, schlimmer noch, heutzutage auch von den Produkten der Unternehmen. Das Geld selbst ist zu einem Produkt geworden, und gleichzeitig zu einem Mittel, um noch mehr Geld zu machen. Wir müssen doch wachsen, dass wir im Grunde nur eine riesige Blase produzieren, und die Staatsverschuldung der Welt nach und nach einem gigantischen schwarzen Loch ähnelt, fällt uns irgendwie nicht auf. Ein gefährliches Spiel, die Blasen können recht laut platzen, und aus dem schwarzen Loch kann nichts entkommen, nicht einmal Licht. Ohne Licht keine Hoffnung, sagt man…

Dieses Spiel ist möglich geworden, weil die Politiker nichts dagegen unternommen haben.

Also in welche Richtung? Es wird Zeit, dass die Komödie ein Ende hat. Wenn wir eigentlich keine Politiker mehr brauchen, weil in Wirklichkeit die meisten Entscheidungen von der Finanzwelt abhängen, sollten vielleicht die Konzerne und Korporationen offiziell die Weltführung übernehmen. Das ist eine Möglichkeit (die im Grunde bereits stattgefunden hat), und wir können uns in die Richtung bewegen, die Isaac Asimov schon vor langer Zeit in einigen seiner Bücher beschrieben hat.

Ob das eine gute Idee wäre, daran habe ich meine Zweifel. So müssten die Konzerne auch Verantwortung für die Bürger übernehmen. Wären die dazu bereit? Meine Zweifel sind berechtigt; außerdem ist es ja so bequem, in einer Art “Muppet-Show” zu sein, dank der Politiker als Marionetten, bei denen man alle Fäden ziehen kann. Wenn etwas schief geht, ist es nur die Puppe, die kaputt geht, wir können sie immer einfach austauschen.

Die Zukunft, ungewiss wie nie zuvor…. Ja, die gute alte Zeiten, Yin und Yang, Kapitalismus vs. Kommunismus. Einen Moment, stopp, war es nicht Demokratie und Kommunismus? Nochmal stopp, ist China nicht ein kommunistisches Land? Was geht hier vor? Ist China nicht eine Diktatur, mit Konzentrationslagern, was für jede Diktatur ganz normal ist, man muss die störenden Elemente irgendwie beseitigen. Es ist auch von wirtschaftlichem Interesse, die Gefangenen können die Waren produzieren, die man gut verkaufen kann, ohne dass die Arbeiter bezahlt werden müssen. Was für ein Geschäftsmodell, sollten wir nicht etwas von China lernen? Ja, China hat eine Zukunft, zumal die Worte Demokratie und Kapitalismus, die einst als untrennbar galten, nicht mehr zusammengehören.

Wahrscheinlich braucht die Demokratie immer noch den Kapitalismus, aber der heutige Kapitalismus braucht nicht unbedingt die Demokratie. Der Kapitalismus ist sogar viel besser dran ohne sie, er hat sich befreit, das Geld kann ja wachsen. Wir bauen eine neue Autofabrik (Volkswagen) in China, mitten in all diesen Konzentrationslagern, wo die Chinesen die Uiguren “überarbeiten”, kein Problem.

Derselbe Autokonzern, dem die Politik auch so gerne hilft (wir sind so stolz auf unseren Volkswagen!!). Dieselben Politiker, die so gerne von Menschenrechten und Menschenwürde reden. Vielleicht sollte sich die Politik einmal überlegen, ob es nicht genau diese Dysfunktion zwischen dem Gesagten und den Taten war, die den Populisten aller Couleur (leider auch den Dunkelbraunen) in der Welt der Politik gerade weit die Türen geöffnet hat? Einer der Gründe dafür war es sicherlich.

Dass die Populisten die Probleme dieser Welt nicht lösen werden oder gar nicht lösen wollen, sondern sehr wohl die Demokratie untergraben können, ist ganz offensichtlich. Es reicht, wenn man sich Trumps Amerika ansieht. Aber wir sollten nicht Ursache mit Wirkung verwechseln. Nicht Trump ist die Ursache. Die Ursache liegt gerade im befreiten Kapitalismus, in Verbindung mit der Doppelmoral der Politiker, die auch ganz gerne die Rolle einer Marionette der Wirtschaft spielen. Eine der Ursachen mindestens.

Ich weiß nicht, ob sich Herr Schröder, der Ex-Kanzler der Bundesrepublik Deutschland, des Schadens bewusst ist, den er dem Image der Politik in der Bevölkerung zugefügt hat, als er Mitglied des Aufsichtsrates von Gazprom wurde, einer seltsamen russischen Mischform aus einem Staats- und Privatunternehmen. Auch dem Image seiner eigenen sozialdemokratischen Partei (SPD) hat es sicher nicht geholfen. Er könnte genauso gut zu sagen, dass er froh ist, eine neue AfD (populistische Partei Alternative für Deutschland) am Firmament der deutschen Politik zu begrüßen. Vielleicht noch hinzufügen, dass er sie als eine Bereicherung der Politik ansieht, mit den besten Wünschen und so weiter, sein Freund Putin wird sich um den Rest kümmern (was auch Putin seinerseits, vielleicht nur etwas versteckt, getan hat). Ist Russland nicht doch so “lumpenreine” Demokratie (in der Tat hat Schröder so etwas über Putin selber gesagt)? Der lumpenreine Demokrat Putin, unterstützt andere lumpenreine Demokraten, wie z.B. die nationalistische und leicht faschistische Marie Le Pen in Frankreich.

Ex-Kanzler Schröder als Liftboy in dem Aufzug des Populismus in die Politik. Ein guter Witz.

Aber vielleicht sollten wir uns nicht so sehr um den möglichen Untergang der Demokratie sorgen, es gibt immer Alternativen, zum Beispiel das chinesische Modell. Dort herrscht Frieden und Ruhe (nachdem alle störenden Elemente entfernt wurden). Gewisse wirtschaftliche Vorteile sind offensichtlich, die störenden Elemente werden auch effektiv für die allgemeine Gesellschaft genutzt, zum Nutzen aller. Wir könnten auch das großartige Sozialpunktesystem einführen, zum Nutzen aller. Wenn Sie sich um Ihre Großeltern kümmern, 100+ Punkte, Blut spenden 100+ Punkte, den Armen helfen 100+ Punkte, die Regierung kritisieren 1000- Punkte, die Tatsache erwähnen, dass es Konzentrationslager gibt 100000- Punkte extra, gefolgt von einem Jobangebot im Lager selbst (auf 0 EURO Basis, dafür aber unbefristet).

Das ist auch ein möglicher Weg, der Kapitalismus hätte nichts dagegen, wir haben die freie Wahl (noch, wie lange?) Niemand muss George Orwell lesen, außerdem wäre es nicht mehr möglich, das Buch kommt sowieso auf die schwarze Liste. Sollen wir?

POST SCRIPTUM

Für alle, die von meinem Problem wussten, mit dem kaputten Computer, ist das Hauptproblem gelöst. Dank der Spenden konnte ich einen gebrauchten Mac Pro in gutem Zustand kaufen. Nochmals vielen Dank für alle, die mir geholfen haben, meine Musik zu retten.

Ich werde immer noch etwa 2000 Euro brauchen, um meinen Computer weiter zu verbessern, damit ich schneller an der Musik selbst arbeiten kann. Aber mein Hauptwerkzeug habe ich wieder.

Ich habe eine Menge neuer künstlerischer Ideen, ich werde aber auch gerne von Zeit zu Zeit einen neuen Artikel schreiben. Was Sie heute gelesen haben, das waren zwei Tage intensiver Arbeit, ich könnte sagen, es waren sehr arbeitsreiche Weihnachten.

Sie können hier gerne meine Musik hören, außerdem möchte ich Sie einladen, mein Konzept des Kontextualismus in der Kunst zu lesen, ein Weg, den ich als Künstler gerade eingeschlagen habe und gerne weiter entwickeln möchte.

Wenn Ihnen mein Artikel gefallen hat, oder wenn Sie denken, dass meine Musik es wert ist, sie zu unterstützen (oder beides), können Sie dies jederzeit über meinen PayPalMe-Link tun. Das Teilen dieses Artikels hilft mir auch sehr, so kann ich immer neue Zuhörer für meine Musik, aber auch neue Leser finden.

Mit besten Wünschen für das neue Jahr 2021, das hoffentlich besser wird als das letzte.

LinkedIn (nur für die, die linkedIn-Konto haben)

Grudniowe wiersze

Mieczysław Węglewicz

Prośba

Jak się z lasem spotkałem blisko
oko w oko
to ukłoniłem się nisko
i poprosiłem: Wasza Wysokość
Drogi przyjacielu Lesie,
i Ty Modrzewiu
co się mienisz
złotem
Jest już wrzesień
i na jesień
wszyscy mamy ochotę
Taką złotą
Dlatego Lesie spraw jesień
Niech brzozom
ozłoci ręce
Niech dęby zaczerwieni więcej
Niech zrzuci miedziane kasztany
bo w kasztanach jest co drugi
zakochany
tak się błyszczą
jak klejnoty
w słońcu
potem Lesie możesz jesień
zakończyć…

choć ona
jeszcze sama
nim zakończy ten melodramat
liście ma zrzucić brzozom
i słotą nas długo nudzić
aż chłodną dłoń poda
mrozom
i odejść i kiedyś wrócić

24.11.2020

Życie

Życie
tańcem na linie
ufasz jej,
sercem
płacisz
póki liny
nie zginiesz
nie ufasz
serce tracisz

Grudniowy poranek, cichy jak noc betlejemska… Warszawa.
Sobotni poranek 5 grudnia. Wracałem autem po nocnym dyżurze. Na moście było zupełnie pusto, mogłem bardzo zwolnić i robić zdjęcia…

jeszcze śpisz Warszawo
świt, sobota rano
dumnie napiętym
mostem świętokrzyskim
jadę do domu
wracam już po wszystkim
w dali Dobra, Solec
garść świateł miasta
pstryk
wszystkie zielone
i słońce na moście
czy można witać serdeczniej i prościej

I ciąg dalszy, nadesłany kilka dni później:

Grudniowa piosenka

śpij Warszawo
rano, w sobotę
noc minęła i jest
po wszystkim
czas już mostem
do domu
z powrotem
a most jest Świętokrzyski

wracam…
w dali
garść świateł
ulic Dobrej
i Solec
a zielono
jak latem
bo
wszystkie
światła
zielone

na moście
słońce
tańczy
jak dziewczyna
w różowej sukience
benzyna
ma zapach
choinek
słońce
smak pomarańczy

życzenia wigilijne 2020

Nie zabieraj…
do domu słów
z ulicy Żelaznej
Są ładniejsze
takimi mów
piękne i ważne
błyskawicy nie!
i oczom zimnym
Życiu tak!
Nie zabieraj
niewinnym
Nie zabieraj…
z ulicy słów
są ładniejsze
takimi mów
weź do domu wiersze
i warzywa
słońce
w kwiatach
z ogródka
A ludzi ludźmi
nazywaj
przecież zasługują

24.12.2020

Obudziłem się ze świadomością albo nawet wiadomością, że dziś 16 grudnia 2020 roku, 50 rocznica masakry robotników Wybrzeża. Byłem 16-latkiem w ogólniaku. Słuchałem o Wybrzeżu w ,,Wolnej Europie”. Płakałem, chciałem tam jechać. Ale była blokada komunikacyjna. Minęło 50 lat… Pamięć trwa.

Polski sen grudniowy

Kiedy przychodzi
bury grudzień
Drzewa są czarne
jakby wyschły
Chmury stalowe
i mrok dżdżysty
i mgły w portowej śpią
dzielnicy
Po bruku idą robotnicy
na ustach krzyk
butami w bruk
i
huk wystrzałów
I wszystko w ciszy
Bruk ulic staje się czerwony
i wszystko w ciszy
i obraz znika powoli
i tylko bruk jeszcze czerwony
od świateł reklam Coca Coli
i wszystko w ciszy

29.12.2018

Ulica Sienkiewicza

Pędził skądś wiatr szalony
przez szyny przez perony
za stacją
za kinem Promień
pod kotłem
dmuchnął
w płomień
parowóz
nabrał pary
do wagonów buraki
w kasztanowe konary
gwizdnął głośno na szpaki
buchnął, gwizdnął i dmuchnął
i chęć poczuł do jazdy
posypały się iskry
jak rubiny, jak gwiazdy
Sunął
po wąskich szynach
a tu nagle dziewczyna
za dziewczyną
tuż tuż
anioł stróż
z halabardą
skrzyżowały się drogi
tu dziewczyna tam nogi
Szła po szynach jak anioł
a Anioł? czy
szedł za nią?
potem była jak z wosku
blada i zjawiskowa
płakała za nią w kiosku
dobra pani Myszkowa
patrzyły na nią drzewa
przez nitki
babiego lata
Anioł Stróż przestał śpiewać
i także się rozpłakał

Kobiety, książki, koty, kalendarze, kubki, kwiaty i…

test na koronę, czyli o tegorocznych prezentach

Ale zacznijmy od muzyki, bo kiedy wracałam po Wigilii do domu usłyszałam w samochodzie wspaniałą muzykę świąteczną, którą Konrad (oczywiście) od razu znalazł w sieci…

Gangstas Paradise (a Christmas Carol)

A słuchając tej fantastycznej muzyki w wykonaniu zespołu Furnace and the Fundamentals, obejrzyjcie proszę moje prezenty, bo wszystko, co lubię i co jest dla mnie ważne, się w nich splata i przeplata.

Zaczęło jeszcze przed Wigilią. Poszliśmy z Tiborem Jagielskim na jeden z cmentarzy przy Bergmannstraße, “odwiedzić” Janka Abstawskiego. Janek był grafikiem, malarzem i poetą. Urodził się w roku 1945 w Łodzi, od roku 1981 mieszkał w Berlinie, umarł 16 lat temu. Został pochowany chyba anonimowo, bo znaleźliśmy kiedyś informacje, gdzie jest jego miejsce pochówku, ale nigdzie nie ma tabliczki z nazwiskiem. Tym niemniej odwiedzamy go z Tiborem raz na jakiś czas, bo przecież nie chodzi o to, gdzie dokładnie jest grób. Siadamy sobie na ławce w pobliżu i pijemy herbatę, którą Tibor przynosi w termosie. Ten cmentarny świerk to moja jedyna tegoroczna choinka.

Tibor był pierwszą osobą, która podarowała mi prezent na tegoroczne święta. Papuzie tulipany i książkę o Loli Montez, kobiecie, dla której król Ludwik Bawarski najpierw stracił głowę, potem koronę, a wreszcie – życie.

Potem przyszła paczka od Magdy Parys, a w niej cała Trylogia Berlińska.

W międzyczasie mnóstwo ludzi przysłało mi pocztówki, niekiedy własnoręcznie malowane, we własnoręcznie ozdobionych kopertach, niekiedy z własnoręcznie zrobionymi prezentami w środku (a ja podła – nikomu nic).

Moja siostra przysłała mi książkę o kotach, kolejną już, tym razem z opowiadaniami Stefana Chwina, Olgi Drendy, Piotra Siemiona, Małgorzaty Rejmer, Piotra Pazińskiego i Pawła Sołtysa. Z niesamowitymi ilustracjami Gosi Herby. Czy mi się wydaje, czy koty stały się w ostatnim czasie znacznie ważniejsze niż psy?

W paczce od siostry była też pocztówka świąteczna wg projektu naszej Mamy, Ireny Kuran-Boguckiej, z 1971 roku. Sprzed 50 lat.

Następny był Konrad. Podarował mi książkę a jakże – o kotach (bohaterskich) i dwie doniczki orchidei. Książka jest wyzwaniem, bo jest po francusku.

I to wciąż jeszcze nie była Wigilia.

W Wigilię rano przyszła paczka od nie wiadomo kogo. W paczce była gra.

Joasia dostarczyła mi od swojej Mamy testy na Covida. Czyli mogliśmy się przetestować i pójść na Wigilię. Potem okazało się, że było nas pięć osób dorosłych i jedno dziecko, wszyscy dorośli się przetestowali. I wszyscy mieliśmy wynik negatywny. Takie to są te nasze negatywne pozytywy w czasach korony.

A potem doszły jeszcze kolejne książki, dwa niebieskie kubki (jeden z kotami), trzy kalendarze (dwa z kotami) i dwie książki. Obie napisane przez kobiety, jedna na pewno o kobietach, druga niemal na pewno również. Na jednym kubku i na jednej książce lecą żurawie. Większość przedmiotów jest niebieska.

Książki będę czytała po kolei, aż po mniej więcej pół roku będę mogła donieść wszem i wobec, że przeczytałam wszystko, co dostałam na święta. Co roku tak jest. I co roku wszystko czytam.

Dziękuję wszystkim za kartki i prezenty, za życzenia, dziękuję tym co piszą książki, za to, że je piszą, i dziękuję świętom za to, że są.

Wesołych świąt Wam wszystkim, czy Wam napisałam, odpisałam, zapisałam, czy nie. Przepraszam, że w sprawie życzeń świątecznych byliście znacznie lepsi ode mnie. Dziękuję!

Odcinek 4

Ale zanim przejdziemy do historii chłopaczka w podziemiach zielonogórskich, to jednak przypomnijmy – dziś święta, a więc kochani WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO! FROHE WEIHNACHTEN! MERRY CHRISTMAS! BUON NATALE! GOD JUL! FELIZ NAVIDAD! JOYEUX NOËL! I piękna ilustracja z księgi godzinek z 1450 roku, i piękne nawiązanie do mojego wpisu o tym, kto i kiedy malował kobiety czytające książkę lub, jak tu, Księgę. Maria czyta Torę, Józef lula dzieciątko. Mocny obraz, który można (będzie) obejrzeć (po lockdownie) w Muzeum w Cambridge.

MARIA CHE STUDIA. GIUSEPPE CHE CULLA.
Una incredibile icona della natività.
È una miniatura in tempera e oro da un Libro d’Ore composto a Besançon, in Francia, nel 1450.
Ora si trova nel Fitzwilliam Museum di Cambridge.
Maria studia la Torah, mentre Giuseppe tiene tra le braccia il bambino.
Una radicale uscita dagli schemi che genera tutt’ altro che tensione! Qui c’è il respiro lieto della serenità che proviene anche dal bue e dall’asinello curiosi…

A teraz już ad rem:

Mieczysław Bonisławski

– No, sąsiedzi, jak smakuje, to komu smakuje – ja proponuję – na drugą nóżkę…!
Posmakowali znowu. Tym razem było słychać tylko cmoknięcia i odgłos głośnego przełykania. Przepędzone kilka razy domowej roboty wino, czyli de facto własny winiak, dodatkowo wzmocniony spirytusem, naprawdę wszystkim dogodził.

Tak się kończył poprzedni odcinek, opisujący małą popijawę w piwnicy.

– A czy ktoś z państwa, miał może okazję przejechać się przez Westerplatte? Chodzi mi o taki niedawny przejazd, tak w ostatnim czasie – profesor zwrócił się do pozostałych.
Przez chwilę przytakiwali po kolei.
– Tam już otwarto ten dom towarowy. Wiem, bo syn pytał nas o stoisko z modelami kolejek.
– Czy chodzi wam, drodzy ludzie, o „Centrum”?
– Tak, o tym rozmawialiśmy z synem.
– E, to już kochany dobre trzy miesiące będzie, jak w marcu otwierali.
– I jak to byście państwo ocenili?
– Panowie sąsiedzi i sąsiadka, wyższa klasa. Kupiłam wagony jak w Warszawie albo w NRD.
Identiko, światowa rzecz…
– Dużym miastem zapachniało, oj dużym i ja to widzę i czuję.
– Chcieliśmy czegoś takiego w Zielonej Górze, spróbowaliśmy i mamy, sąsiady.
– Proszę państwa, nie narzekajmy tak. Wszakże nie tak dawno towarzysz Mamak zbudował ten wiadukt nad torami. To dla takiego miasta jak Zielona Góra doniosła inwestycja!
– Potwierdzam, Sulechowską teraz jadę, niczym w jakiejś światowej metropolii.
– Zechciej jeszcze sąsiad, próbować dużego świata, idąc na striptiz do „Topazu”. Też mamy.
– Drodzy państwo, zapominajmy o tym, że wśród nas są damy! – zaoponował profesor.
– A niech że! Tu tylko identiko przeprosić teraz panie… – szarmancko skłonił się elektryk.
– Ha, ha, ha! – zaśmiała się pielęgniarka – A słyszało się, słyszało, to i owo. Ach, wy, mężczyźni… Ale i ja coś dodam, od mojego męża. Czy wiecie, że mamy w Zielonej Górze również pisarza. Zbigniew Ryndak, słyszeliście państwo o jego nowej powieści?
– Co prawda, to prawda, ale wygodniej mi się teraz będzie jeździć, wygodniej. Mówię wam!
– Co to nasze wozy się tam przed szlabanem przy „Lumelu” naczekały!
– A jak dodamy jeszcze dwupasmową Wojska Polskiego, proszę państwa? Też z wiaduktem kolejowym. Zauważcie państwo, to już drugi nowy wiadukt w tak krótkim czasie!
– Chcemy tego czy nie, całe miasto się zmienia. Łatwiej i szybciej teraz się będzie jeździło, a to niezwykle ważne. Bo popróbujcie, sąsiady przejechać z jednego końca miasta na drugi. Zobaczycie wtedy jak ta Zielona Góra się nam rozrosła. Przed wojną… Jeszcze niedawno…
– A propos Ryndaka, to ta powieść ma już kilka lat. Nie jest więc już taka nowa – profesor zwrócił się, ponad męskim tematem motoryzacyjno-komunikacyjnym, ku kobietom – Bodaj sześć lat temu ją wydano? A sam Ryndak dostał za nią nawet nagrodę Piętaka.
– Mąż mi mówił, że w tym roku przygotowują dla niego Lubuską Nagrodę Kulturalną – zadowolona z zainteresowania, jakie wywołała, tym że może jednak na coś się przydać, pielęgniarka na powrót odstawiła kobiałkę. – To jest dobry przykład dla naszych dzieci!
– Ciekawość, ile taka nagroda, od tego tam Piętka, ile to ona wynosi w pieniądzu…? – nagle zainteresował się literaturą elektryk.
– Szacuje się ją na dwadzieścia tysięcy. Jak widać, do Nobla sporo brakuje, to nie jest jeszcze taki światowy poziom – uśmiechnął się profesor, ale zaraz dodał – Jednak to nie pieniądze są ważne. O poziomie nagrody świadczy to, kogo do tej pory nią nagradzano. I tu Zielona Góra, rzeczywiście, osiągnęła poziom krajowy. Przed Ryndakiem w gronie laureatów, wprawdzie w kategorii poezji, byli i Nowak, i Harasymowicz, Stachura. Jednak i w kategorii powieści nagradzano doniosłe nazwiska – Newerly, Redliński…
– Nijakiego z takich kawałków nie znam, identiko… – pokręcił głową zdegustowany elektryk – Co to za ludzie?
– Nagrodę przyznaje Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza i Związek Młodzieży Wiejskiej, głównie początkującym pisarzom… – zaczął profesor, ale wszedł mu w słowo milicjant:
– To co, polewamy, polewamy jeszcze po jednemu! A ty, sąsiad, ja pytam, co czytałeś ostatnio, książkę telefoniczną? – roześmiał się, biorąc szklanki od buchaltera i strażnika.
Ten ostatni skorzystał szybko z okazji, że na moment znalazł się pośrodku grupy, na widoku wszystkich.
– Oprócz pisarzy, mamy i mnóstwo łobuzów, drodzy panowie. I tu też dorównujemy wielkim miastom, bo łobuzeria u nas niemal jak w Warszawie czy Katowicach.
– I można się rozpędzić, rozpędzić, prosta, szeroka ulica – zachwalał milicjant nową Wojska Polskiego, jakby ignorując kwestię wielkomiejskiego chuligaństwa. – A jak widzę pod nowym wiaduktem ten panoramiczny prześwit! No i bezpiecznie, bezpiecznie jest niczym na pasie startowym na lotnisku. Co ja się namęczyłem przy tym starym mosteczku na Krakusa…
– Tam całe niebezpieczeństwo przeniosło się teraz obok. Na ten stary przejazd przez Krośnieńską. Obok Świętej Trójcy – niespodziewanie wtrąciła konduktorka. – Co też nasi kierowcy musieli się tam z nagła nahamować…
– Ruch na Krośnieńskiej, mimo oddania tej Wojska Polskiego, jest, rzeczywiście jest jeszcze nadal spory. Z kolei tymi torami, tak jeżdżą, bo jeżdżą, niby tylko towarowe do browaru, czy „wełny”, a nie ma tygodnia byśmy my w tym miejscu nie wlepili mandatu – podjął milicjant. – Kierowcy wymuszają pierwszeństwo, wymuszają, pod sam parowóz by wjechali…!
– Właśnie o tym mówię, drogi człowieku – nie poddawał się strażnik. – Są łobuzy na tych torach i łobuzy kierowcy, i łobuzy w autobusach. Co na gapę by jeździli. A wszystko to pewnie ci sami gówniarze… Bo mandaty to mało. Do więzienia ich! I zamykasz takich na Łużyckiej i już zamiast chuligaństwa, budują grzecznie, od szóstej do czternastej, nowe bloki.

– To nie jest właściwe podejście do zagadnienia, szanowny panie! – obruszył się profesor.
Strażnik spojrzał pogardliwie na adwersarza. Pospiesznie szykował w myślach jakąś szorstką ripostę. Ale nie zdążył…
– Dobrze sąsiady, ja chcę powolutku wracać do roboty – energicznie podniósł się z krzesełka buchalter. – Jak profesor chce jutro gdzieś pojechać, to ja muszę spróbować wziąć ten gaźnik.
Wprawdzie musztardówki pokazały dno dopiero po raz trzeci, co tylko nieznacznie wpłynęło na wnętrze gąsiora, gospodarz zaczął zwijać wężyk. Było to jaskrawe pogwałcenie obowiązującej w bloku zasady, według której, ostatnia musztardówka to była ta, po której w baniaku pokazywało się dno, niezależnie od tego ilu sąsiadów i w jakim stanie, dotrwało do tego momentu. Szok i niedowierzanie! Mimo poczucia bezgłębnej krzywdy i rozczarowania, chcąc nie chcąc wszyscy wstali na ten zew ze swoich miejsc.

Strażnik manewrował tak, aby cały czas być blisko przy profesorze. Gdy znaleźli się już na zewnątrz, zanim jeszcze doszli do samochodu, zaatakował go przy ławce:
– Zdecydowanie już czas zlikwidować tę łobuzerię, panie profesorze. Bo oni najpierw sobie pomyślą, że można jeździć dla zabawy tymi pociągami towarowymi po zielonogórskich bocznicach. A potem będzie im tego za mało – i zaczną jeździć na gapę autobusami!
– Do czego pan zmierza? – spokojnie, ściszając głos, ukłuł go Profesor, siadając na ławce.
Strażnik nie poszedł za tym przykładem, za to jeszcze bardziej podniósł głos:
– Do czego oni zmierzają, panie profesorze! I czym, to co oni zrobią, się skończy!?

Dopiero teraz profesor zauważył syna, Piotra. Siedział razem z koleżanką z klasy na ławce tuż obok. To była Beata Dunaj. I Beata, i Piotrek byli wyraźnie zaintrygowani rozmową, prowadzoną w tak niecodzienny, jak na profesora, sposób. Ten nie zareagował na obecność syna.
– Zechce pan usiąść – spokojnie poprosił byłego strażnika, który spojrzał wprawdzie zdziwiony, ale odruchowo przysiadł obok Profesora.

Piotrek z Beatą pozostali na swojej ławce, przysuwając się tylko najbliżej jak było można, tak aby nie uronić ani słowa.

– Znakiem tego, szanowny pan uważa, że należy zaczynać od najsurowszych restrykcji? Od tych najbardziej represyjnych?
– Czy pan profesor chciałby inaczej? To jest niemożliwe. Czy może mamy ich jeszcze zachęcać? I pochwalać za pomysł?
– Rutynowo w takich sytuacjach stosuje się jedną, podstawową zasadę – nie uruchomiamy mechanizmu obronnego, zanim nie zdiagnozujemy dogłębnie przyczyny zagrożenia.
– Czy to my powinniśmy się bronić? My przed łobuzami, panie profesorze? To tak, jakby przyjąć, że ustępujemy pola. Nie, panie profesorze, bo ich trzeba wyplenić! A przy okazji można im i dokopać.
– Tutaj mowa jest o mechanizmie obronnym, jako o zjawisku reakcji społecznej. Społeczeństwo, organizm złożony, ale odrębny jako całość, musi wdrożyć proces obrony swoich składowych jednostek przed skutkami łobuzerii. W tym celu, aby ją wyplenić jako zjawisko w skali makro, a nie działanie pojedynczego chuligana.
Strażnik zrozumiał z tego tylko tyle, że wygenerował myśl dość ograniczoną a specyficzną – „właśnie w tej chwili profesor zapętlił się, wszedł w zastawioną przez siebie samego pułapkę.” Wycedził zatem z nie ukrywając satysfakcji:
– Czyli obaj chcemy to wypleniać, pan profesor się ze mną zgadza. Ale ja chcę to wypalać gorącym żelazem. Bo inaczej spodoba się to innym. Tym, co jeszcze nie są łobuzami!
– Nie zohydzimy potencjalnym naśladowcom owocu, jeżeli go zakażemy. Zakazany owoc zawsze kusi najbardziej i zawsze znajdzie tych, którzy w końcu zaczną po niego sięgać.
– To bardzo ciekawe. I jaki, pan profesor, znajdzie na to sposób?
– Człowiekowi łatwiej jest uwierzyć w to, że jest zły, jeżeli mu to wszyscy bez przerwy powtarzają. Trudniej natomiast uwierzyć w siebie. Gdy tymczasem nikt nie jest zły sam z siebie, natomiast w każdym z nas tkwi pozytywny potencjał.
– Panie profesorze, to jest prosta historia. A to, co pan profesor mówi jest bardzo zawiłe. Kto łobuzuje, ten jest po prostu łobuzem. I trzeba go karać.
– W ten sposób łatwo zrobić z takiego ukaranego łobuza męczennika. A męczeństwo prosi się o wyznawców. Czy pan zdaje sobie sprawę z tego, czym to się kończy, szanowny panie?
– Ja tego nie rozumiem. A czym się skończy?
– Jeszcze większym gronem sfanatyzowanych naśladowców. I to będzie znacznie gorsze.
– Ja tego nie rozumiem. A czemu to będzie gorsze? – strażnik powoli rozwlekał słowa.
– Ponieważ ten nasz, pierwotny łobuz, czerpał przyjemność tylko z samego czynu. A wyznawcy męczeństwa, zrobią z tego czynu ideologię, religię, rytuał. Jak długo łobuz będzie czepiał się wagonów, zanim mu się to nie znudzi? Jak pan myśli?
– Ja tego nie wiem. Czy on będzie czepiać się rok, pół roku?
– Niestety, ja też nie mogę tego wiedzieć, ale raczej krótko. Łobuz realizuje się poprzez bezwartościowe, puste czyny, a te szybko przestają być atrakcyjne. Tymczasem heroizm męczeństwa, rytuały są bardzo trwałe, o ile tylko padną na podatny grunt…
Od dłuższej chwili tej rozmowie przysłuchiwali się nie tylko Piotrek i Beata z czwartej „c”, ale i milicjant. Obok niego stanął też buchalter, dzierżący w dłoni gaźnik.
– Zatem chodziło by, chodziło o to, aby rozgraniczyć osobę przestępstwa od samego czynu przestępczego? I ja wtedy zohydzę społeczeństwu treść tego czynu, bo ograniczę do minimum ocenę samego przestępcy?
– Dostrzegam w tej wypowiedzi efekt niedawno wprowadzonych w milicji zajęć z psychologii i socjologii. Tak, to prawda, zemsta na sprawcy nic państwu nie przynosi, grozi natomiast pobudzeniem naśladowców. Nie przestępstwa. Przestępcy – męczennika i idola. A wtedy trudno o skuteczną reakcję. Jak metodycznie, odpowiednio szybko wykreować, pozostającą pod kontrolą, kulturową niechęć tłumu do kogoś, komu jest nie po drodze z władzą? A przecież my, jako państwo, mamy metody o wymaganej skuteczności i przewidywalnej skali w stosowaniu wobec czynów, które uważamy za społecznie szkodliwe i niepożądane.
– Co sąsiad konkretnie chciałby zaproponować? – nie wytrzymał zawsze praktyczny w działaniu buchalter. – Spróbowałby sąsiad, nie karać tych gapowiczów w ogóle?
– Drogi człowieku, a to będzie już zupełnie nie do przyjęcia! – warknął strażnik.
– Ja bym pokazał, tak, pokazałbym publicznie skutki wieszania się na tych wagonach, pokazałbym kaleki z obciętymi rękami i nogami – podpowiedział milicjant.
Profesor uśmiechnął się tylko.
– Nie, proszę państwa, nie. Nie tędy droga.
– Trzeba im wytłumaczyć, tym chłopcom. Ale co? – dał się słyszeć dziewczęcy głosik.
Wszyscy spojrzeli zaskoczeni na Beatę Dunaj. Ale jakoś nikt nie zaoponował przeciwko obecności dzieciaka w tej, bądź co bądź, wychowawczej dyskusji. Gromadka zamarła, w oczekiwaniu, że profesor objawi im teraz niezwykłą prawdę.
– Należy pójść w takich oto dwóch kierunkach. Po pierwsze, potencjalnym naśladowcom i reszcie społeczeństwa trzeba pokazać nie negatywne skutki szkodliwego czynu, ale pozytywne aspekty życia każdego zainteresowanego człowieka, będące następstwem braku takich czynów.
Badania pokazują, że lepsze efekty uzyskuje się nie epatując złem, chorobą, kalectwem, biedą, ale podsuwając wyobraźni dobro, zdrowie, bogactwo, które są w zasięgu ręki. Bodźce pozytywne, zamiast negatywnych. Popychajmy ludzi ku temu co mogą zyskać, zamiast powstrzymywać ich przed tym, co może im przynieść stratę.
– Profesorze, tu chodzi, mi chodzi, nam, o konkrety.
– I druga droga, to praca z samym sprawcą. Nie karać, bo to albo go złamie, albo wywoła bunt, poczucie niesprawiedliwości, która go spotkała. Jednostka złamana moralnie lub oblężona w poczuciu doznanej krzywdy, przestaje być kreatywna, staje się balastem dla społeczeństwa. Sprawca musi ewentualną karę zrozumieć, pogodzić się tak z jej nieuchronnością, jak i sensem. Nie mówiąc już o tym, że czasem najlepszy skutek odnosi zaniechanie kary…
– Tu profesorze, tego do końca nawet ja nie rozumiem, nie rozumiem! – żachnął się milicjant.
– Należy zacząć od tego, co pcha sprawcę do niepożądanych czynów? To są najczęściej jakieś jego osobiste, indywidualne deficyty. Czegoś mu brakuje, jakichś dóbr, albo relacji społecznych, zwykle akceptacji otoczenia, właściwych ról, które ma potrzebę pełnić…
– Sąsiad chciałby spróbować poznać, dlaczego on to robi, a potem starać się likwidować te przyczyny? – zaryzykował zniecierpliwiony buchalter.
– To by było za mało. Trzeba poznać te przyczyny, a nimi są po prostu jakieś braki, a następnie odnaleźć, dopasować im ich odpowiedniki po stronie posiadania. Jeżeli ktoś się czuje opuszczony, samotny, to przeciwieństwem tego stanu jest ktoś, kto stanowi duszę towarzystwa, jest ciągle w centrum uwagi, ma wokół siebie oddanych przyjaciół.
– I wtedy należy mu to dać? – spytała trzeźwo, dorośle, Beata Dunaj.
– Najlepiej byłoby tak właśnie zrobić. Często jednak jest to niemożliwe. Z różnych zresztą względów, nawet z powodu buntu pokrzywdzonych ludzi. Wtedy taką wartością posiadania może okazać się odstąpienie od wymierzenia zasądzonej kary.
– Ale ten chłopak musi to najpierw zrozumieć – parła dalej dziewczynka.
– Tak, oczywiście. Ten imperatyw stanowi warunek podstawowy zagadnienia.
– A kto ma mu to powiedzieć…?

czwartek, godz. 11:10

Kobieta spogląda natarczywie na mężczyznę. Z jej twarzy epatuje nie wypowiadane, acz oczywiste dla nich obojga pytanie. Mężczyzna nie każe jej długo czekać. Zaspokaja jej ciekawość.

– I odpowiedź na to pytanie przyszła wtedy, na tamtej przerwie.
Tak? W jakiż to sposób?

– Beata, idziemy namoczyć gąbkę.
– Chłopaki, kto pierwszy przy…
– Ćwiczysz dzisiaj? Nie? To pożycz mi…

Zatem wiesz, że masz na to niemal połowę przerwy. Chłopaki wybiegli na dwór, bo „kto pierwszy…”, a te dyżurne wrócą z ubikacji dopiero jak się nagadają. Rozumiesz? Całą lekcję siedziały z daleka od siebie, jedna w ławce w pierwszym rzędzie, druga – w trzecim…
Zwieszasz głowę. Udajesz, że czegoś jeszcze szukasz w tornistrze. Niepotrzebnie, prawie nikt nie zwraca na ciebie uwagi, nie zamierza wyganiać cię z klasy na korytarz. Prawie nikt.
Niepotrzebnie, gdybyś podniósł głowę, zobaczyłbyś, że Beata Dunaj, nie pobiegła, jak to miała w zwyczaju, z gąbką do umywalki. Zatrzymała się przy ławce Piotrka Pasternaka i coś tam się namawiają. Skoro ty nie patrzysz na nich, oni spoglądają ukradkiem na ciebie.
Zaczynasz się denerwować. Przecież nie możesz całą przerwę grzebać za czymś w swoim tornistrze. Niech oni już wyjdą! Wreszcie. Wychodzą, gdy ty tymczasem chowasz głowę jeszcze bardziej. Niepotrzebnie, bo nie widzisz, gdzie oni patrzą i jak patrzą. Jak się skradają rozemocjonowani, zamiast wyjść normalnie z klasy. Nie potrafią ukryć czegoś, co ich przed tą przerwą połączyło, ale ich też nikt nie obserwuje. Choć tego nie wiedzą, nie muszą się kryć ze swoimi zamiarami, ale się kryją. Nie wiedząc, że absolutnie im to nie wychodzi.

W końcu wydaje ci się, że jesteś w klasie już sam. Zostawiasz tornister szeroko otwarty, tak aby można było do niego szybko i łatwo ładować. Podbiegasz do ostatnich ławek, ale mimo tego, że Kapała i Szczepański pozostawili JE zupełnie na widoku, ogarnia cię jakiś paraliż. Po prostu boisz się wyciągnąć rękę, położyć dłoń na ich ławce.
„Nie, ich nie. Takie brzydkie.”
Czujesz, jak wielką przyjemność ci sprawia to tak łatwo znalezione usprawiedliwienie, składane przed samym sobą, przed ucieleśnioną ideą, przygodą, sacrum któremu się oddajesz.
Do tej ławki przed ławką Kapały i Szczepańskiego też nie sięgasz.
„Eee, takie już mam, kilka takich, z zeszłego tygodnia. Nie może być tak, że się powtarzają, że będzie mnóstwo takich samych… Od dzisiaj tylko nowe, nie powtarzające się rodzaje.”
I w ten sposób masz z głowy tych czterech największych klasowych rozbójników, łobuzów, którzy jak cię złapią, jak odkryją to co robisz i że właśnie IM zabrałeś, nie będą zastanawiać się ani chwili, tylko od razu ci wleją, pobiją cię.

Mariusz Sieja, o ten ma coś innego. Łaps do ręki. Z wielką satysfakcją. To on wymyśla ci coraz to nowe przezwiska i puszcza, tak skutecznie je puszcza w obieg. Pojedyncze słowa, a nawet krótkie powiedzonka, „przywołania”, coraz bardziej przykre, coraz większy sprawiające ból. Czemu tak mu się one udają, co w nich takiego śmiesznego, że wszyscy je z takim entuzjazmem podłapują i tak ich chętnie i bez przerwy używają?

Kolejne ławki. Nawet nie kojarzysz, kto w nich siedzi. Widzisz tylko te małe przedmioty, których szukasz, które są celem twojej kolejnej wyprawy po skarb. Widzisz kolory i kształty. Porównujesz z obrazami, które zakodowały ci się głęboko w głowie. Nie musisz specjalnie myśleć, długo zastanawiać się, niemal odruchowo oceniasz i robisz to co trzeba – jesteś tego pewien – dobrze, niedobrze. Dokładnie, bez pomyłki. Czerwony z zielonym, cały pomarańczowy, skala od błękitu do granatowego: już mam – jeszcze nie mam. Obrazki, napisy, konkretne, wymyślne kształty albo zwyczajna bezkształtna bryła, niczego nie imitująca – brać, czy zostawić? Działasz bez zbędnej straty czasu, bez namysłu, ale z pewnością dobrego, nieomylnego wyboru.

Stop! Tu siedzi ta szuja Kotlarski. Poprzednio najdłużej, najgłośniej ze wszystkich przeżywał stratę. Niczego go życie nie nauczyło, znowu przyniósł coś wyjątkowego. Cóż to za oryginalny pomysł: wewnątrz przezroczystego korpusu w kształcie rurki pływa mały okręcik. Podnosisz obsadką do góry – spływa w dół. Obracasz do góry nogami – stateczek wraca ku obsadce. Łaps. Niechby Kotlarski znowu rozpaczał tak jak ostatnio. Albo jeszcze bardziej.
Piórnik na ławce Beaty Dunaj. Łaps.
Rzeczy Arlety Gratyniuk. Łaps.
Krzesło Kamy Graczyk. Nagłe ukłucie. Czujesz jak cieknie ci pot. Zrobiło się gorąco? Usiadłbyś tu koło niej i tak siedział na wszystkich lekcjach, w każdej szkole świata, po kres tego świata. Gdyby to tylko było możliwe, żeby pozwoliła choćby do siebie podejść, zbliżyć się do ławek z dziewczynami, odsunąć krzesło obok niej, zanurzyć się w dziewczyńskie klimaty, panoszące się w jej włosach, w jej swetrze. Otwierasz JEJ piórnik, ale wszystko, co w nim widzisz, wydaje się zbyt małe, nie oddające całej Kamy, choćby cząstki dziewczynki.
Otwierałeś dzisiaj, podczas tej przerwy, tydzień temu, trzy tygodnie już tyle tornistrów, teczek, toreb. Rozpinałeś tyle piórników, zaglądałeś pod tyle zeszytów lub w ich głąb. To istota tych wypraw po trofea, podstawowa technika poszukiwania i zaboru – idziesz wzdłuż rzędu ławek i otwierasz, zaglądasz, przesuwasz, szperasz. I łaps.

Siateczka z przyborami i rzeczami Kamy Graczyk. Siadasz na jej krześle, choć nigdy tak nie działasz, nie siadasz w ławce, bo to niebezpieczne. Możesz nie zdążyć wstać, uskoczyć, jak ktoś niespodziewanie wejdzie do klasy. Ale na krześle Kamy Graczyk siadasz. Jej siateczkę układasz sobie na kolanach. Zanurzasz w niej dłonie. Lecz co to? Co się dzieje? Wyczuwasz jakby jakiś zapach. Czyżby jedenastoletnia dziewczynka z czwartej klasy mogła… pachnieć?
Matka się perfumuje, ciotki też. Kuzynka Elka z Kołobrzegu, jak raz szła z chłopakiem wieczorem na plażę, siedziała w łazience półtorej godziny. Gdy przeszła przez drzwi wychodzące na kuchnię, akurat wszyscy siedzieli przy stole, dorośli popijali bimber wujka Edka i dopingowali ciotkę, która smażyła świeże ryby, prosto od rybaka. Jak Elka otworzyła drzwi od łazienki, od razu sypnęły się żarciki i docinki na temat pindrzenia się i „pachniołkowania”, i tych chłopaków, którzy na nią czekają przy plaży. Ale kuzynka Elka była dorosła, miała osiemnaście lat i kończyła zawodówkę…
Czy dziewczynka w czwartej klasie też może pachnieć? Wszystko wskazuje na to, że Kama ma swój zapach. Niezwykle przyjemny. Nic wokół nie pachnie, a przecież z każdej strony są miejsca jej koleżanek z klasy. Ale one nie pachną, wyczuwasz tylko ją, Kamę Graczyk.
Na blacie ławki leży JEJ zeszyt. Coś cię pcha do tego, aby go otworzyć. A w środku jest… JEJ pismo…
Z siateczki Kamili wyciągasz jakąś książkę. Otwierasz na chybił trafił i… widzisz na marginesach, obok wydrukowanego tekstu bazgrołki uczynione JEJ ręką… Dotykasz tego miejsca. Czyżby było jakieś cieplejsze, czyżbyś wyczuwał miły dotyk ciepłych wilgotnych palców małej dziewczynki…?

Wtem otwierają się drzwi od klasy.
Podrywasz głowę. Zanim zrozumiesz co się dzieje, do klasy wchodzą Beata Dunaj a za nią Piotrek Pasternak. Zamykają drzwi na klucz. Od środka.
Zanim podejdą do ciebie, zdążysz jeszcze wyskoczyć z ławki Kamili, ale spadają ci ukradzione długopisy i głośno toczą się po podłodze.
– Nie chowaj ich, wiemy o wszystkim – łagodnie odzywa się do ciebie Beata.
– Nie uciekaj, nie uciekniesz od prawdy – wyraża jakąś głębszą myśl młody Pasternak.
Zapada głupia cisza. Głupia, bo tobie jest głupio, a tamci stoją z głupimi minami. Ty spuszczasz głowę i nie wiesz jak się bronić, jak zaprzeczać, a tamtym brakuje pomysłu na to, co dalej?
Zaczyna Piotrek:
– Nikt inny nie wie, tylko my dwoje. Obserwujemy cię już od dawna. Ze dwa miesiące.
– Czemu to robisz? – w pytaniu dziewczynki kryje się jakiś żal, ale taki wynikający ze współczucia, a nie kierowania się doznaną (przecież) krzywdą.
– Ja nic nie robię! Czego chcecie! – obierasz postawę obrony przez atak. Odruchowo najłatwiej ci jest wszystkiemu zaprzeczyć. Tylko odruchowo, bo fakty są przecież tak widoczne i oczywiste.
– I po co kłamiesz…? – Beata próbuje swoją łagodnością naprowadzić cię na drogę porozumienia z nimi.
Piotr pokazuje, że myśli jak chłopak:
– Nie kłam. Odkryliśmy to, że podkradasz nam wszystkim długopisy. Nie chcemy o tym nikomu mówić. Musisz tylko powiedzieć, dlaczego to robisz, a potem oddasz je wszystkie nam.
– My je rozdamy chłopcom i dziewczętom. Powiemy, że je znaleźliśmy w skrytce pod schodami przy pakamerze woźnego – snuje plan ratunkowy Beatka. – Od strony podwórka, tak że mógł je tam ukryć każdy. A zatem nikt.
– A potem razem, w trójkę zastanowimy się co zrobić, abyś już nie kradł?
– Nie zostawimy cię tak, samego, z tym co zrobiłeś przeciwko całej klasie, przeciwko nam wszystkim.
– Pomożemy i tobie, i reszcie klasy, i będzie spokój.
– I zgoda między nami.
– Nie powiecie?
– Nie powiemy.
– Ale ja nic nie zrobiłem! Nic nie rozumiecie, nic nie wiecie, jesteście po prostu wstrętni. Wymyślacie na mnie, tak jak Mariusz…!
Sam nie wiesz skąd masz w sobie tyle energii, aby doskoczyć do Piotra, odepchnąć go, porwać po drodze swój tornister, dopaść drzwi, otworzyć je z klucza i wybiec przed siebie.

Potem nie będziesz nawet pamiętać nic z tego, jak i którędy wybiegasz ze szkoły. Jak przez mgłę będziesz kojarzyć tylko to, że klęczysz w gorącym słońcu przy schodach prowadzących do pakamery woźnego, o których mówiła Beata. Chyba zastanawiasz się, czy nie wysypać tam z tornistra ukradzionych przed chwilą długopisów? Tamci na pewno cię zaraz, na lekcji oskarżą. Nauczycielka polskiego zrobi ci rewizję, ale w tornistrze nic nie będzie. Piotrek albo Beata, powiedzą o skrytce pod schodami, wszyscy do niej pójdą i znajdą długopisy. Ale ty przecież masz inną skrytkę, zupełnie gdzie indziej. Powiesz prawdę, że nigdy nic pod schodami nie chowałeś… I nauczycielka polskiego uwierzy ci i zakończy sprawę, a tamci wyjdą na kłamców, którzy się ciebie tylko czepiają…

I nagle uświadamiasz sobie, że po lekcji polskiego jest przecież w-f. Pasternak ma poważanie u klasowych łobuzów, chociaż sam nie należy do ich paczki, wręcz stroni od nich. A jednak poważają go, to co robi i jak coś powie. Namówi ich, aby zmusili cię w szatni do przyznania się. A szatnia przy sali gimnastycznej to już jest inny świat, ich świat. Tu nie ma już szkoły. Tu wyśmieją głupotę polonistki, a uniewinnienie z jej strony nic nie znaczy. Pobiją cię, zrobią ci krzywdę, abyś tylko powiedział to, co chcą usłyszeć. Bo Pasternakowi uwierzą całkowicie. Bo oni po prostu potrzebują kogoś, aby go zbić za te ich długopisy, które im poznikały.
Oblatuje cię strach. Fizyczny strach przed tym pobiciem.
Hej ty! Do ciebie mówię. Rozejrzyj się, gdzie jesteś? Tak, z powrotem tutaj, w mroku budowy. Czyż to nie twój azyl na kupie żółtego, leżącego pod sklepieniem z betonu piasku? Grota demiurga, na środku tajemniczego podziemnego jeziora, gdzie czeka na ciebie druga część odpowiedzi, o której opowiadał, tam na ławce, profesor Pasternak, tata Piotrka?

Z wolnej stopy 26

Zbigniew Milewicz

Gwiazdka króla Jana

Nie pamiętam już, jaką książkę w życiu przeczytałem samodzielnie jako pierwszą, ale cieszyłem się z każdej, którą dostałem w prezencie. Książkowe upominki należały kiedyś do standardów dobrego smaku, otrzymywało się je z okazji urodzin, imienin i pod choinkę, zwykle papier był kiepski, poligrafia nie dorównywała dzisiejszej, ale to była jedyna przepustka do kolorowego świata fantazji. Telewizji jeszcze w Polsce nie mieliśmy, do kina dzieci chodziły od święta, więc w wolnym czasie kopało się piłkę, albo czytało, wolałem to drugie. Przygody Kubusia Puchatka A.A. Milne´a stały na etażerce z książkami w mieszkaniu mamy, przy Wolności w Chorzowie, obok Słówek Boya-Żeleńskiego, wierszy Tuwima, Gałczyńskiego, a rozczytywał się w nich głównie mój ojczym, Stefan. Chętnie je czytał na głos lub recytował, na przykład po niedzielnym obiedzie, na którym bywali czasem zaproszeni goście; czytał i śmiał się z innymi dorosłymi z dialogów Krzysia i jego przyjaciół ze stumilowego lasu, a ja zastanawiałem się w duchu, co ich tak bawi. Dopiero jak sam dorosłem, zrozumiałem, że Milne pisał książki dla dzieci, które najbardziej docenić potrafią ich mamy i ojcowie.

Kiedy moja córka Ania dostała ode mnie w prezencie, na któreś swoje naste urodziny, Alicję w krainie czarów Lewisa Carrolla i później zapytałem ją, czy książka jej przypadła do gustu, odparła, że średnio. Spodobała jej się dopiero, kiedy sama została mamą. Oczywiście, dając komuś prezent, nigdy do końca nie wiemy, czy nie będzie to totalne pudło, dlatego mam dla Was w świątecznym upominku, do wyboru, dwa wiersze Alana Alexandra Milne´a, z kilkakrotnie już w tym blogu cytowanej Księgi Nonsensu Antoniego Marianowicza i Andrzeja Nowickiego. Obydwa pochodzą z rozdziału Wyższe sfery i wyobraźni Czytelników pozostawiam, czy mają one jakiś przypadkowy związek z naszą rodzimą szopką polityczną.

Gwiazdka króla Jana

Król Jan był królem bardzo złym
I cierpiał nad tym stale, bo
Nikt się nie bawił nigdy z nim
I ludzie unikali go.
Spostrzegłszy go, przechodnie
szli nadal bardzo godnie,
Jak gdyby nigdy nic.
A Jan rumieńcem płonął
Pod ciężką swą koroną
I pot mu spływał z lic.

Omijał pałac każdy człek,
Nawet z kulawą nogą pies,
Choć kucharz pyszne pączki piekł
i mnóstwo smakowitych bez.
Więc kiedy przyszła gwiazdka,
Król zjadał wszystkie ciastka
A gdy się poczuł źle
Zwykł czytać uroczyście
Życzenia list po liście
(Sam przedtem nadał je).

Król Jan był królem bardzo złym
I cierpiał nad tym stale, bo
Nikt się nie bawił nigdy z nim
I ludzie unikali go.
Nawet Mikołaj stary
Roznosząc swoje dary
I taszcząc pełny wór,
Choć wszędzie, wszędzie wstąpił,
Choć darów swych nie skąpił
Omijał Jana dwór.

Raz, kiedy pałac tonął w mgłach
I słychać było wichru gwizd,
Król potajemnie wszedł na dach
I do komina przybił list.
“Jeżeli M. się głowi,
Co przynieść ma królowi,
Niech wie, że może kłaść
Do worka marcepany
Orzechy, nóż składany.
A zwłaszcza piłkę. Jaś.”

Król Jan był królem bardzo złym
I cierpiał nad tym stale, bo
Nikt się nie bawił nigdy z nim
I ludzie unikali go.
Więc czuwał całe doby
I myślał sobie: “Oby
Nareszcie przyszedł M.!”
A potem się rozpłakał
I rzekł: “Dla takich zakał,
Jak ja – nic nie ma, wiem!

Słodyczy żadnych nie chcę już,
Bananów też wyrzekam się
I zbędny mi składany nóż.
Jednego tylko – piłki chcę!
Jeżeli dziś przy święcie,
Dostanę ją w prezencie
(Tak mówił Jan przez łzy)
To składam ślubowanie,
Że król od dziś przestanie
Być taki bardzo zły.”

Przez okno wyjrzał Jan na świat
I spostrzegł chłopców chyba stu,
“Ach, jakże – myślał – byłbym rad,
Gdyby choć jeden przyszedł tu””
Pląsają sobie wkoło,
Beztrosko i wesoło,
Nie skarżąc się na los,
A Jan rozpacza i łka,
Gdy nagle wpada piłka
I trafia go w sam nos!

Jan myślał wpierw, że pewnie śnię,
Lecz nos bolący nie jest snem,
Więc krzyknął: “To na pewno mi
Przysyła w darze zacny M.!”

I odtąd tak się zmienił;
Że wszyscy są zdumieni,
– Spotkałem go w tych dniach
Zupełnie przypadkowo
I mogę dać Wam słowo:
Jaś grzeczny jest aż strach.

Opowieść o złym lordzie Gburze

Lord Gbur miał toporzystko
Długości metra blisko
I wielu miał poddanych,
A bić potrafił też.
We czwartki i w soboty
Najwięcej miał roboty,
Po wszystkich chatach łaził
I ryczał niby zwierz:

“Lordowska Mość – to ja!
Kto nie zna mnie ten kiep!
Haha, haha, haha!
A teraz macie w łeb!”

Miał buty ten Gbur nasz srogi
Po dziadku – i ostrogi,
Kłuć nimi zwykł przechodniów
I śmiał się, wielce rad.
W niedziele i we środy
Nad brzegiem stawał wody
I ryczał aż z radości,
Gdy ktoś do wody wpadł.

“Lordowska Mość – to ja!
Jam Gbur – hehe! hehe!
Kto jeszcze – ha! ha! ha!
Wykąpać się dziś chce?”

Lecz raz przy piątku rano
Buciory mu zabrano.
Chce topór wyjąć z szafy –
Topora także brak.
Do swoich pędzi włości,
Lecz tutaj z Jegomności
Kto żyw pokpiwa sobie
I ludzie mówią tak:

“Lordowska Mość – to on?
Czy aby to ten sam?
Popatrzmy z wszystkich stron!
Ach! Jakże miło nam!”

Nie pomógł wygląd srogi,
Złapali go za nogi,
Wrzucili do sadzawki
I po łbie dali mu.
Gdy oblepiony błotem
Wyłaził z wody potem,
Pękało wprost ze śmiechu
Poddanych jego stu:

“Dość głupią minę ma
Lordowska Mość – no nie?
Haha! haha! haha!
Hehe! hehe! hehe!”

Gdy chyłkiem po kryjomu
Gbur wśliznął się do domu,
Gdy się osuszył troszkę
I przemył na łbie guz,
Wyrzucił stare zbroje,
Ubrania wyjął swoje
I rzekł: “Dość tej zabawy,
Nie będę Lordem już.

Prastary Gburów klan
Niech na mnie skończy się.
Ja się nazywać PAN
CAŁKIEMZWYCZAJNY chcę!”

A więc chciałoby się życzyć tym u władzy: myślcie o jutrze, zanim wam kto nosa utrze. Niestety na ogół o nim nie myślą zawczasu, dlatego pisze się takie wierszyki, albo robi rewolucje.

Niby wszystko proste

Teresa Rudolf

Wzruszenie

Siedzi osłupiała,
muzyka zamienia
ją  kamień, w lód,
…wróci ona znów?

Siedzi osłupiała,
muzyka powoli
oblepia głowę…
…skurcz serca.

Siedzi osłupiała,
rozpuszcza się
powoli w sobie,
…krok po kroku.

Wstaje, wstaje,
jak lunatyczka,
porusza się jak
…w transie,

…jest  już,
…już tylko
…gesią skórką
i wzruszeniem…

Słoneczna lampa

Złocista lampa
na niebie, oświetla
mój zielony świat,
złoci się, złoci.

Czy to wiosna,
czy też zima,
wszystko tak
jakoś splątane.

Kłębek zdziwienia
we mnie, zwija się
i rozwija, nabiera
kolorów, szarzeje.

Patrzę na niebo,
mrużę oczy, słońce
ciągle jak lampa….
i dziś mi wystarczy.

30 lat temu upadł mur berliński

Ela Kargol

Podzielone cmentarze, mur przy Liesenstraße

W Berlinie przy ulicy Liesena (Liesenstraße) w pierwszej połowie XIX wieku powstają cztery nowe cmentarze: Domfriedhof I, Alter Domfriedhof der St.-Hedwigs-Gemeinde, Friedhof II der Französisch-Reformierten Gemeinde, Dorotheenstädtischer Friedhof II. Szybko rozwijający się Berlin potrzebował nowych miejsc pochówku. Cmentarze zaczęły powstawać przed murami miasta. Nikt nie przypuszczał wtedy, że ponad 130 lat później inny już mur je podzieli i zamknie do nich dostęp, a część z nich zrówna z ziemią, używając płyt nagrobnych do utwardzania dróg patrolowych i umocnień granicznych. Po 13 sierpnia 1961 roku na trzech cmentarzach z południowej strony, w sektorze sowieckim powstał pas graniczny, czwarty cmentarz, który pozostał w sektorze francuskim stracił dostęp do swojej parafii, pozostawionej w sektorze sowieckim.

Idąc Gartenstraße wzdłuż poprowadzonej tędy Drogi Muru w kierunku północno-zachodnim dochodzimy do mostów Liesena, mostów, które pamiętają czasy Kolei Szczecińskiej i czasy podzielonego miasta, a teraz zdumiewają niejednego przechodnia, zachwycają rdzą i czekają na lepsze czasy i możliwości ich użytkowania zgodnie z ochroną zabytków, której podlegają.

Pod mostami Liesena granica niemiecko-niemiecka skręcała prawie pod kątem prostym w ulicę o tej samej nazwie. Do Carla Liesena, właściciela Gospody przy Chauesestr. należała większość późniejszych terenów cmentarnych, terenów między Gartenstraße a Chausseestraße, kupionych poźniej od pana Liesena. Od jego nazwiska wzięła się też nazwa ulicy.

Wśród pnączy dzikiego chmielu i innej zieleni miejskiej można go dostrzec, jak ktoś wie, że tam powinien być. Grenzmauer typ 75, mur już ostatniej generacji, długości 15 metrów, o wysokości 3,75 m uwieńczony betonową rurą utrudniającą chwytanie się, mur dzielący miasto, państwo, Europę. Wznosi się ponad stary mur cmentarny. Jest pod ochroną zabytków, nie przeszkadza to jednak graficiarzom, a tzw. „Dzięcioły” w dalszym ciągu wydziobują z niego autentyczne kawałki. Artystom służy za unikatowe, bo coraz bardziej znikające z przestrzeni miasta tło. Nie tak dawno ta mniej porośnięta jego część ze wschodniej, patrząc sektorowo, strony, posłużyła pewnej autorce do nagrania spotu reklamującego pojawienie się na rynku księgarskim jej pierwszej powieści Geteilte Träume. Powieść, której akcja rozgrywa się w podzielonym mieście, ukaże się w lutym 2021 roku.

Mur przedni, o którym mowa, przebiegał równo z murem cmentarnym. Pas graniczny na cmentarzu św Jadwigi miał szerokość około 40 metrów, a przy Chausseestraße, gdzie znajdowało się przejście graniczne był trzy razy szerszy. Pomiędzy murami były drogi patrolowe i kontrolne, urządzenia i płoty sygnalizacyjne, wieże strażnicze, druty kolczaste, zapory przeciwczołgowe. Ujadały psy, a żołnierze patrolujący cmentarną granicę chowali się przed zimnem w nierozebranych jeszcze mauzoleach. Wejścia na cmentarz od strony Liesenstraße zostały zamurowane. Do części cmentarza, która przetrwała podział miasta, nie weszła w skład pasu granicznego, i na całe szczęscie nie zrównano jej jak planowano z ziemią, można było się dostać mając specjalne zezwolenie specjalną furtką przy Wöhlertstraße. Furtka istnieje do dziś i jest prawie cały czas zamknięta, choć w tej chwili przydałby się tylko klucz. Zezwoleń już nie trzeba.

Na pasie granicznym, zwanym pasem śmierci cmentarz przestał istnieć. Grobów nie przeniesiono, grobowce posłużyły częściowo jako materiał budowlany do wybrukowania wyżej już wspomnianych dróg patrolowych. Gdy syn Theodora Fontane szukał miejsca pochówku dla swojego we wrześniu 1898 roku zmarłego ojca, wybrał z uwagi na hugenockie pochodzenie wybitnego pisarza cmentarz francuski i miejsce zaraz przy bramie wejściowej. Gdyby nie rozłożysta akacja, która zachwyciła obydwu synów pisarza rosnąca w głębi nekropolii, grób znalazłby się w pasie granicznym i być może nie pozostałby po nim żaden ślad.

Atanazy Raczyński, polski hrabia i ziemianin wielkopolski, polityk, pruski dyplomata, historyk sztuki i kolekcjoner, którego zbiory malarstwa z berlińskiej galerii trafiły w końcu do Poznańskiego Muzeum Narodowego, zmarł w Berlinie w roku 1874. Pochowany został na cmentarzu św. Jadwigi w miejscu bardzo niefortunnym dla pamięci o wybitnym Polaku. Grobowiec znajdował się dokładnie na granicy niemieckoniemieckiej, bliżej muru przedniego, czyli bliżej Liesenstraße. Mauzoleum Raczyńskiego posłużyło początkowo jako umocnienie graniczne, jednak w miarę, gdy pas graniczny się rozszerzał, w 1968 roku zostało całkowicie rozebrane. W tej chwili w tym miejscu znajduje sie mała granitowa płyta z nazwiskiem hrabiego. Grób jest grobem honorowym miasta Berlina, choć niestety w dalszym ciągu jakby zapomnianym. Pozostał w pasie śmierci dosłownie i w przenośni. Wśród berlińczyków mało kto wie, kim był Atanazy Raczyński i gdzie znajdował się jego pałac z cennymi zbiorami malarstwa zachodnioeuropejskiego.

Przy wejściu na cmentarz św. Jadwigi, przesunięte za pas graniczny anioły autorstwa Josefa Limburga stoją zwrócone do siebie przed odnowioną kaplicą. Aż błyszczą na tle szarozieleni cmentarnej, a wypolerowany marmur odbija promienie słoneczne, oświetlając mogiły. Bliżej Chausseestraße przy wejściu do Ewangelickiego Cmentarza Katedralnego złotem połyskuje krzyż wieńczący kiedyś kopułę główną katedry berlińskiej. Pas graniczny staje się coraz szerszy. Pas śmierci pokryła łąka, porzucone płyty nagrobne, wielka cisza i wielka pustka.

Gdy w 1989 roku upada mur berliński, nie ma jeszcze planów budowy kompleksu domów o obiecującej nazwie „Garden Living“ przy Liesenstraße, ani stacji benzynowej Total, usadowionej na miejscu przejścia granicznego przy Chausseestraße.

Starość, miłość, seks

Łucja Fice
w odpowiedzi na mój post na ten temat, nadesłała opowiadanie

Sanatorium miłości

ONA Początek turnusu. Tym razem nie przyjechała na rehabilitację. Jeszcze w domu uzupełniła arsenał ciekawych tematów do rozmów, do walizki zapakowała sukienki, w których wdzięki starszej pani (sześćdziesiąt plus) mogą jeszcze działać jak afrodyzjak. Przyjechała na polowanie. Nie na muchy. Przez czas turnusu będzie traktowała bycie kobietą w swoim wieku, jako sztukę albo dar. Już wszystko zaplanowała. Zawalczy o tę wymarzoną znajomość, choć i tak wie, że będzie robiła całkowicie co innego i odbiegającego od standardów, bo nie akceptuje status quo. Będzie dawała MU złudne poczucie komfortu, a i tak będzie robiła swoje. To cechy jej konformizmu. Będzie zmieniała rzeczywistość. Taka rebeliantka.
Poznała GO na drugi dzień.

ON Elegancki, też sześćdziesiąt plus, siedzi vis a vis przy następnym stoliku w sanatoryjnej jadalni. Uśmiecha się szarmancko. To nie grzecznościowy uśmiech. Chce ją złapać jak pająk w zastawioną, niewidoczną siatkę. Pająki są inteligentne, przebiegłe i szybkie. On jeszcze nie wie, że ta mucha da się złapać jego subtelnemu podrywaniu i da się zaciągnąć w pułapkę inteligentnym uśmiechem. Powoli wciągać ją będzie do gry zatytułowanej POLOWANIE. Na odległość perfumuje jej wyobraźnię. Pewnym rodzajem mowy ciała przesyła jej strumień telepatycznej wiadomości. Uwielbia te impulsy elektryzujące ciało.

ONA Wstaje od stolika. Czuje na sobie jego wzrok, który energetycznym ciepłem dotyka piersi, podbrzusza, ud, by zatrzymać spojrzenie na jej stopach, które w szpilkach podkreślały jej zgrabne nogi. Ponownie mierzy ją od stóp do głowy. Słucha więc głosu duszy i przysiada na kanapie tuż za szklanymi drzwiami jadalni. Zakłada nogę na nogę, prezentując, niby to granatowe szpilki (wie co robi) wyciąga z torebki czasopismo, będzie udawać, że czyta, ale myśli o tym, że pierwszy krok zrobiła. Jednak życie przynosi to, co zamówione. Planuje i stosuje zasady wolnego rynku. Przyjechała do sanatorium w poszukiwaniu mężczyzny do swojej bajki. Za marzenia się nie płaci. Uważa, że ma nosa i wie, gdzie jeszcze na tej planecie żyją dżentelmeni.

ON Czy to pani wysyłała ogłoszenie do rubryki „Poznajmy się”? Uśmiecha się tym uśmiechem kusiciela, na który podrywa szesnastolatek.

ONA Czy to pan jest tym dżentelmeni, na którego czekam? Zawiesza nisko głos z powagą matrony.

ON Zapraszam panią na spacer, a później do najlepszej restauracji w mieście. Czy dama się zgodzi?

ONA Brzmi ładnie i zachęcająco, odpowiada tym razem promiennym uśmiechem.

ON Wyglądał jak kultowy vintage. Jego koszulka, chyba od Armaniego, przylegała do ciała jak rodzaj alibi. Ten bywalec sanatorium podaje jej rękę, przedstawia się i pomaga wstać z kanapy.

ONA Obserwuje go. Przez moment ma wrażenie, że to nie oryginał, tylko hologram jej wyobrażeń o takim właśnie Herkulesie. Ideał, pomimo sześćdziesiąt plus. Mógłby śmiało brać udział w Światowych Igrzyskach Starszych Panów. Imponująco wysoki o wysportowanej sylwetce. Nie zrobiłby kariery na dworze Napoleona, nawet jego imię, brzmi, jak byłby łowcą, który poluje w wyrafinowany sposób, z seksualną gracją. Szybko karci się za te skojarzenia, bo przecież ona też sroce spod ogona nie wypadła. Sukienka wygląda jak od Gucciego, zgrabne nogi, figura bez zarzutu, duży bursztyn w srebrnej oprawie objaśnia jej cechy osobowości.

ON Paranormalnymi zmysłami i z doskonałą intuicją człowieka, co patrzy i już wie, wyczuwa, że nie przyjechał na darmo. To musi być niespokojna, rozgorączkowana, niepoprawna poszukiwaczka przygód, taka, która idzie z duchem czasu i nigdy nie ogląda się wstecz. Dla takiej chwila obecna jest najważniejsza. Poszukuje właśnie takiej, co nie boi się ryzyka i jasno widzi przyszłość. Takiej, co przy lwie będzie lwem. To musi być orlica, a nie kura.

ONA Została wychowana przez życie i czasy na silną, zdeterminowaną kobietę. Dzięki temu umie cieszyć się życiem, choć bywały trudne momenty. Zawsze stara się wykorzystać swoje możliwości i talenty. Nie próżnuje. Wszystkie cele osiągała sama. Te polowanie na niezależnego, przystojnego, inteligentnego dżentelmena też się powiedzie. Nigdy nie traci rezonu i nadziei.

ON Wygląda na złodzieja drogich klejnotów, który przyjechał do sanatorium w poszukiwaniu diamentu, klasy FS1. Podczas długiego spaceru wytwarza intensywne pole magnetyczne. Żadna tam subtelna erotyka, zwykła jaskrawa seksualność. Wciąga ją do gry. Nie o tron. Nadają na tych samych falach. Filozofia, metafizyka, teologia, mechanika kwantowa, sny. Ma wiedzę i nią błyszczy.

ONA Myśli, że przestaje działać grawitacja. Czuje się jak tachion i z szybkością światła zstępuje na nią jakieś nieokiełzane urzeczenie jego męskością. Nie jest w stanie obronić się przed arsenałem romantycznych sztuczek i cały czas podczas pierwszego spaceru wchłania odurzającą woń jego światowości. Niezaspokojone potrzeby jej ciała wywołują psychiczne napięcia, które on w mig rozszyfrował, a jej pogoń za przyjemnościami nie była zupełnie ślepa.

ON Masz coś, czego potrzebuję i pragnę. Zostań ze mną na czas turnusu. Możesz zostać słodką utrzymanką, młode kobiety mnie nie interesują

ONA Zaraz Eros strzeli jej w serce. Takiego szczęścia mogłyby jej pozazdrościć studentki. Dobrze jest być faworytą, jest kochanką króla i wszyscy się jej boją. Tak oto, przyjęła propozycję bycia razem przez okres turnusu, ale na własnych warunkach i cały ten czas medytowała nad przyjemnością bycia z tym dumnym pawiem, który rozkładał przed nią kolorowe skrzydła wdzięków.

ON Miał coś z obsydianu albo czarnego bursztynu, wszak kamienie mają swój własny ogląd świata i są jak ludzie. Tryskał wysokogatunkową energią i tajemnicą. Było w nim kilka gatunków tych szlachetnych kamieni oprawionych przez wytrawnych jubilerów i zakwalifikowanych na wystawę do Tate Modern.

ONA Wyczuwa maskę. Wie, że w sanatorium maski są przydatne. Sama przecież programuje się każdego dnia, z nową maską na nowy dzień i nowe okoliczności. Będzie musiała uważać, by maska nie opadła i nie ukazała prawdziwej, niezakłamanej twarzy.

Minęły już dwa tygodnie

ONA Oswaja się z byciem zupełnie kimś innym, niż była do tej pory. Jest dobrze. Każdy zasługuje na takie życie. Ludzie przyciągają do siebie nie to, czego pragną, ale to czego potrzebują. Gra swoją rolę, jaką napisało dla niej życie. Maska, którą wybrała z prywatnego arsenału masek, jest odpowiednia na ten turnus. Pobyt tutaj to jej osobisty prywatny reality show. Nosi maskę pewności siebie, bo jest na obcym terenie wibrującym inną energią, musi więc stworzyć kolektywne pole, musi się dostroić. Od trafnego rozpoznania terra incognita zależy tu przetrwanie. Dopiero kiedy wróci do domu, zamieni się w siebie. Jest teraz tam, gdzie maski są potrzebne. Czy przez przypadek nie stała się ich kolekcjonerką? Otoczona maskami jak przyboczną gwardią, często waha się, w którą się na dziś ubrać.

ON Ma w zapasie maski Fałszu. Może będzie potrzebna maska z comedii dell’arte, w konwencji teatru wyobraźni? Swoją obecność umieścił w innym czasie i innej przestrzeni. Bajka na scenie w sanatorium pozbawiona dekoracji. Gra na rozgorączkowanej wyobraźni tej kobiety. Rozumieją się jak atom i antyatom. Półsłowa, pół oddechy, pół spojrzenia i półsenne marzenia. Życie jak wyrafinowana gra wstępna.

ONA Od siódmego roku życia była półsierotą, a teraz jest wdową i ma ochotę grzeszyć. Sama od siebie dostała dyspensę. Chce też dostać się do jego duszy, ale coś jej podpowiada, że w nim jest tylko krystaliczne wyrachowanie. Jego maska zbyt mocno przylega do jego duszy, ale mniejsza z tym, bo liczy na to, że ona sama będzie lekiem na jakieś zło? Chyba jest zaprzeczeniem zdrowego rozsądku, bo wierzy w coś więcej, niż ten szybki sanatoryjny romans. Trochę infantylna, bo ten mężczyzna jest prawdziwej wiary w rządy nierządów, nosi w sobie natarczywą chęć grzeszenia. Seks to czynnik postępu w jego świecie, miłość to kąkol, a waluta to moralność. Mimo to marzy się jej miraż skrojony specjalnie dla niej. A może? Chce więc płynąć dalej na tym luksusowym, sanatoryjnym statku w pięknej masce Kolumbiny. Najlepiej jakby zacumowali nad Gangesem i wzięli rytualną, oczyszczającą kąpiel w rzece, bo on tak dalece skorumpował jej zmysły.

ON Proponuje wyjazd do innego luksusowego SPA w okolicy. Chce stracić jeszcze więcej pieniędzy.

ONA Jeśli odrzuci tę propozycję, to będzie to zapewne ostatnie spotkanie, bo między nimi jest także jakieś niedopowiedzenie. Wyczuwa to kobiecymi zmysłami. Kim on jest? Wcześniej żadne trzecie oko się jej nie otworzyło, raczej chwilami czuła się, jakby siedziała w konfesjonale, a on się jej spowiadał. Miała wrażenie, że wie o nim wszystko, ale też od ostatnich dwóch dni miała przebłyski, że on ma jakieś zawiasy w swoim życiorysie, lecz bajka do której weszła nie pozwalała na zastosowanie logiki. Chciała w niej tkwić.

ON I ONA W dzień, w dzień rozkoszowali się sobą. Rozmowy gęstniały od zabawnych epizodów z przeszłości ich obojga. Śmiali się głośno. Tamtej nocy uświadomiła sobie jego lubieżne, kulturowe uzależnienia od alkoholu. Zrozumiała też, że scena na której gra główną rolę, to jego ulubione zajęcie. Pewny siebie Herkules, który kobiety zdobywa skinięciem palca. Idzie sobie przez życie bez lęku i oporu, nie boi się biedy, starości i samotności. Życie dla niego to jak egzotyczna podróż, która kończy się śmiercią, której też się nie boi. Miała wrażenie, że on przy narodzinach ustawił się kolejce do Bachusa, a dla takiego najlepszym zawodem byłby ksiądz. Mógłby pić wówczas w czasie pracy. Jest takie powiedzenie stare jak świat:

„By poznać człowieka, trzeba zjeść z nim worek soli.”

ONA Wie, że powszechna prawda o człowieku jest zamknięta w trunku na dnie ostatniego kieliszka. Ale on jest ostrożny, jakby alkohol to była trucizna. Tego wieczoru nie udało się rozszyfrować tajemnicy. Kim jest ten człowiek, który traci tak szybko pieniądze, jakby uzupełniał je co dziennie zbieraniem na tacę w katedrze turystycznego miasta?

Nowe spa

ON I ONA Dostali luksusowy apartament, tym razem we dwoje od rana do rana.

ON Chciałby spełnić jej sekretne marzenia.

ONA Tak! Ma marzenia, tęskni do rzeczy tajemniczych, statkiem UFO chce polecieć na inna planetę, która zarezerwowana tylko dla ich dwojga. Pragnie odszyfrować tajemnicę.- KIM JEST TEN CZŁOWIEK?

Luksusowa restauracja

ONA Bywała już w kilku. Pamięta te w Budapeszcie. Żeby zapłacić rachunek sprzedała kelnerowi złoty łańcuszek i pierścionek. Nigdy nie żałowała. To było jej pierwsze spotkanie z luksusem. Później był Londyn, Berlin. Był Strasburg i jeszcze inne stolice Europy.

ON I ONA Codziennie inna restauracja, zmieniają nawet miasta. Dzisiejszy lokal jest prawdziwą perłą konsumpcji, czysty w formie i elegancki. Życie jak wyśpiewany madrygał na ich cześć. Jest też szwedzki stół, który przypomina im film La Grande bouffe. Olbrzymie lustra przyciągają promienie i połyskują tęczowym blaskiem. Okna wychodzą na południe, wpuszczają słońce późnego lata. Ten blask poszukuje kształtu obleczonego w materiał. Natrafia na jej czarną luksusową koronkę, kradnie ciepło z tej czerni. Potem to już chłód natrafia na chłód. On to wyczuwa i z nonszalancją ściąga marynarkę i okrywa jej ramiona. Zamawia Kir Royal. Wydaje się jej doskonały, bo symetria jego twarzy współgra z jego ubiorem.

ONA Ma włosy finezyjnie upięte i profesjonalny makijaż. Sama sobie się podoba. Kelner przyniósł butelkę tego Kira. Nie znała tego trunku. Wznoszą toast i bez słowa naradzania zamawiają dania o bajkowych nazwach. On uśmiecha się do niej i szybkimi łykami pije za doskonale chaotyczny, przypadkowy świat. Po dwóch kieliszkach i kilku kęsach czegoś tam (mógłby równie dobrze być to sznycel z lamparta, czy glizdy w sosie szafranowym) ma problem. Chce rozwikłać tajemnicę tego super sympatycznego aroganta. Oby ta komedia nie zamieniała się w dramat, oby życie nie okazało się bogatsze od fikcji. Byle by tylko rozwikłać tajemnicę.

ON Moja dewiza to: komplikuj, a potem prostuj i zawsze będziesz miała co robić. Nie znoszę nudy i do życia zawsze wprowadzam nieco chaosu. W chaosie jestem szczęśliwy. Ostatnio czułem się nieco przeżyty, dlatego znalazłem się w sanatorium, by czasami za wcześnie nie opuścić materii.

ONA Doprowadza do tego, by następny kieliszek przedestylował prawdę o nim. No cóż! Rozmowa z nim jest dla niej jeszcze jak oddychanie. Myślę, że na nasze spotkanie pracował cały Wszechświat od zarania dziejów?, mówi. Konieczne były wszystkie wojny, zwycięstwa i porażki. W wielkiej loterii życia zachodziły różne konstelacje zdarzeń.

ON Tak! Tak! Gra przypadku i konieczności, potwierdza niskim urokliwym głosem, w którym ją uwięził. W pewnym momencie brakuje mu jednak dowcipu. I wtedy.

ONA Czuje coś tajemniczego, niedopowiedzianego w obrazie tego herkulesowego ciała. Odkryła jego cyniczność i nie pomaga mu w tej chwili znajomość kunsztu życia, maniery z Roal Palace.

ON Jest już przez Bachusa pokonany i zaplata wianek z chwastów słów. Każdy może dać tylko to, co ma, odzywa się jak heretyk, który wierzy w sakrament mamony. Spotkałaś mnie w najlepszym momencie życia i nie odtrącaj mojej propozycji spotykania się wówczas, kiedy będę chciał i mógł. W tym momencie przesiedli się na inne superstruny i drgają innymi cząsteczkami myśli.

ONA Zmienia kurs tego luksusowego statku, bo najprawdopodobniej zbliżają się do rafy. W jego oczach widzi bezsens życia. Tak! Wydaje ci się, że jesteś bogaty, nawet myślisz, że jesteś młody i z pomocą mamony czujesz się jak Herkules, a ze mnie chcesz zrobić swoją własność. „Fortuna jest kobietą piękną i kapryśną. Wziąłeś ją w ramiona, nagle sen twój prysnął, bo zraniłeś ją słowem albo jakimś gestem i wnet odeszła mówiąc, już twoją nie jestem.” Próbowała zatrzymać jego butę słowami fraszki Sztaudyngera. Nie! Jesteś wesołym starszym panem i jednym z żebraków świata, pachniesz potem samotności i bezradności, odsunięty od realnego świata, wylicza.

ON Przez chwilę milczy z opuszczonymi powiekami, jakby wsłuchiwał się w zegar własnego bólu i cierpienia. Po chwili nerwowo pije szybkimi łykami i uzupełnia kieliszek i tak kilka razy. Jestem ulubieńcem bogów. Na śniadanie łykam czarne bursztyny, kąpię się w gwiezdnym pyle, jestem jeden jedyny w całym kosmosie. Nie ma drugiego takiego Herkulesa, broni się.

ONA Te metafory ją bawią i zastanawiają, bo to jej metafory. Może wykorzysta je w następnej książce.

ON Zamawia już którąś z kolei butelkę i mówi, że według Francuzów tylko pierwsza butelka jest droga – zrobił ironiczny rejestr jej cnót, uznając jej pisanie za pełne kulturalnych i filozoficznych podtekstów i zapachów starych ludzi. Zamiast zachęcać swoich seniorów do śpiewania psalmów w drodze w zaświaty, to pani cnót nad nimi się rozczula. Ja nie wyśpiewałem jeszcze swojego hymnu miłości. Sama przecież podałaś mi pomysł na młodość. Powiedziałaś, że czas można oszukać. I ja to robię. W twoich książkach, moja pani cnót, toczy się walka piękna ze złem, a gdzieś na zapleczu, starość heroicznie walczy z życiem. Ale mogę pochwalić za amplitudy emocji i to, że z demonami starości rozprawiłaś się po mistrzowsku i z tego brzydkiego słowa, za jakie uważam starość, zrobiłaś poezję życia. Kiedy społeczeństwo usunie mnie z przestrzeni użyteczności, czyli kiedy będę stary, to poddam się eutanazji. Chcę być wolny.

ONA Chcę wiedzieć kim jesteś, nie obchodzi mnie skąd wyciągasz kasę, ale kim jesteś?

ON Teraz jestem wolny, a za pieniądze mogę kupić co będę chciał. Cały świat. I ciebie

ONA Jesteś emocjonalnym sierotą i uważaj, bo zamienisz się w złoto. Liżesz jakieś rany alkoholem i wydawaniem pieniędzy, i to chyba nie zarobionych. Też wypiła kilka kieliszków, a jego słowa upchnęła w zakamarkach umysłu. Muzyka i alkohol, niepewne emocje wzmagają jej apetyt, który nie jest sublimacją i poszukiwaniem rozkoszy podniebienia, ale reakcją na zaistniałą sytuację. Przypomniała sobie powiedzenie: pokaż mi, ile jesz, a powiem ci, kim jesteś. Syta i na rauszu może się pewnie odezwać. Tak! Możesz kupić, ale tylko półświatek. Z życia zbieramy to, co zasialiśmy i to po wielokroć. Czas zrobić ci psychiczny peeling, taki prezent koniecznego zła i wątpliwego dobra. Uzupełnia kieliszki i wznosi toast za powrót do PRAWDY. Tym słowem powoduje zachwianie jego równowagi, bo nieświadomy obnaża swoje drugie oblicze i robi to w bardzo wysublimowany sposób, wierząc, że ona się nie domyśli.

ON W młodości mogłem przebierać w pięknych Gracjach, ale nie wybrałem zbytku i radości, a powinienem kobiety wlewać sobie do krwi i się nimi zarażać jak bakteriami. Kobiety, to jak Katedry, w nawach których mógłbym przeleżeć i przemodlić o rozkosze na całe wieki. Kiedy zrozumiałem, że bez was nie ma życia, było za późno, by cokolwiek zmieniać. Pomagały pieniądze, za które mogę kupić wszystko. No! prawie wszystko. Ciebie na pewno.

ONA Jego buta w jednej chwili wywołała nienawiść do mężczyzn. Więcej wina! zawołała. Chciała mieć całkiem zmącony umysł. Zrozumiała, że jego tajemnica jest za zasłoną siódmej prawdy. Wino w nadmiernych ilościach zawsze odsłania to, co w człowieku pokiereszowane. Nie przypominasz już rajskiego pięknego pawia, prezentującego swoje barwy samiczce, choć jeszcze trochę w tobie wdzięku, ale ten też się zestarzał, a udawanie młodzieniaszka, to tylko farsa.

Ostatni wieczór

ONA Pokażę ci, gdzie pieprz rośnie, Założyła na ten wieczór kuszącą sukienkę. Ktoś mógłby powiedzieć, że od Gucciego. Restauracja z widokiem na niebo i park. Zupełnie jak kiedyś w Budapeszcie. Dobrze ten wieczór zaplanowała. Odbierze mu godność. Nagle słyszy podszept, chyba samego diabła, bo już nogi jej więdną, a w ustach zasycha, bo ten Herkules ujmuje ją swoim trikami w dyby męskiej niewoli. Chyba nie uda się ta intryga, bo on nadal działa na nią jak afrodyzjak, usypia czujność.

ON Ubrany w nową, mistrzowsko skrojoną marynarkę. W ogóle przez cały sanatoryjny czas wyglądał, jakby przyleciał na chwilę z innej, jakiejś super eleganckiej planety. Kelner czeka w pogotowiu, jakby miał uprawnienia do reanimacji, bo macha już białą serwetą.

ONA Dzisiaj zje nawet te glizdy w sosie szafranowym. Jak każda neurotyczna kobieta wnosi ze sobą tratwę ratunkową w razie, gdyby wypadła za burtę własnego fortelu. Atmosfera na sali jest hipnotyzująca. Dostali dekoracyjne menu. Naturalnie zrelaksowana patrzy na tego półboga, którego trzeba sprowadzić na ziemię. Myśli obrazami, jak każda kobieta i nie zapomina o fortelu, mającym ukrócić półboskość tego Herkulesa .

ON Ostatnio pił za dużo, jakby celowo chciał „upuścić farby,” a nie wypowiedzieć się do końca. Jeśli świat jest alchemiczną kombinacją porządku i przypadkowości, to wypijmy za przypadek, który nas zetknął. Szczęściarz ze mnie, że obok siedzi tak ciekawa metafizycznie kobieta, którą, gdy tylko będę chciał, to będę miał, bo odkąd Fenicjanie wynaleźli pieniądz, wszystko ma swoja cenę. Chcę ciebie i chcę za to płacić. Dał się namówić na Białego Niedźwiedzia, tylko nie wiedział, że przekupiony kelner zmienił proporcje.

ONA Zachwyca się możliwością niemożliwego, patrzy mu w oczy, jest gotowa wejść w tę przestrzeń, w której jeszcze przebywa. Ponoć oczy są zwierciadłem duszy. Otwórz ten margines, wyjaw tajemnicę, kim jesteś? Powiedzmy sobie dzisiaj naprawdę wszystko.

ON A co! Chcesz być moim konfesjonałem i jesteś w stanie dać mi rozgrzeszenie? jeszcze trzyma się twardo, jeszcze nie wychodzi z niego jeż.

ONA W jakiej parafii pracujesz i jaką masz kościelną rangę, to Kościół Katolicki, prawda? Na pewno nie jesteś zwykłym księdzem.

ON Ten hedonista zaczyna wszystkiego się wypierać i na poczekaniu tworzy scenariusz, chyba do nowego filmu na Discovery, o sprzedaży luksusowych domów w Europie. Ostatnio odrzuciłem kilka intratnych kontraktów, bo przecież muszę mieć czas na życie towarzyskie. Język już mu się plącze, z minuty na minutę wyłazi z niego zwierz. Wynocha z lokalu, mówi, stojąc na chwiejących się nogach, do wszystkich gości, bo jak będę chciał, to, to, to… Teatr się rozpoczyna, ale jeszcze nie wiadomo czy to komedia. Na koniec wynoszą tego aktora ze sceny w opłakanym stanie.

ONA Jeszcze robi telefonem ostatnie zdjęcie, jeszcze ostatnie zerknięcie i wychodzi z lokalu. Kiedy jest już u siebie, dzwoni ten Richard Gere z przeprosinami i pytaniami o swoje zachowanie. Spadłeś wczoraj z piedestału i puściła fastryga. Mam zdjęcia. Biały Niedźwiedź w zmienionych proporcjach wspaniale rozwiązał zagadkę.

ON Wiesz kim jestem? Przecież chciałaś wiedzieć? Jestem nikim.

Kiedy maski opadły, okazało się, że to lwica romansowała z baranem.