Zima

Konrad

 

 

Śnieg

pośród kierzy
mróz się szerzy
leży pierze
rześkie, jeży
się na trawie
ją wykłuwa
jej pęcherze
mierzy ku nam

piana surczy
pierze spływa
czuję strach
i zimny wymaz
na paluchu
w lewym bucie
chcę się poddać
tej pokucie

skaczę w morze
haust już chełstem
tonę w chłodzie
mierzę się z tym
i to kocham
czemu? jestem
w tej wymianie
ciepło daję


Ela Kargol

Berlin, styczeń 2021

Na Moabicie zakwitła róża,
Z obietnicą na jeszcze,
ale czy zdąży?
Szansę ma dużą.

Bo choć Berlin i styczeń,
ocieplenie globalne,
jest bardzo nieprzewidywalne
i spełnia wiele bzdurnych życzeń.

Grudniowe wiersze

Mieczysław Węglewicz

Prośba

Jak się z lasem spotkałem blisko
oko w oko
to ukłoniłem się nisko
i poprosiłem: Wasza Wysokość
Drogi przyjacielu Lesie,
i Ty Modrzewiu
co się mienisz
złotem
Jest już wrzesień
i na jesień
wszyscy mamy ochotę
Taką złotą
Dlatego Lesie spraw jesień
Niech brzozom
ozłoci ręce
Niech dęby zaczerwieni więcej
Niech zrzuci miedziane kasztany
bo w kasztanach jest co drugi
zakochany
tak się błyszczą
jak klejnoty
w słońcu
potem Lesie możesz jesień
zakończyć…

choć ona
jeszcze sama
nim zakończy ten melodramat
liście ma zrzucić brzozom
i słotą nas długo nudzić
aż chłodną dłoń poda
mrozom
i odejść i kiedyś wrócić

24.11.2020

Życie

Życie
tańcem na linie
ufasz jej,
sercem
płacisz
póki liny
nie zginiesz
nie ufasz
serce tracisz

Grudniowy poranek, cichy jak noc betlejemska… Warszawa.
Sobotni poranek 5 grudnia. Wracałem autem po nocnym dyżurze. Na moście było zupełnie pusto, mogłem bardzo zwolnić i robić zdjęcia…

jeszcze śpisz Warszawo
świt, sobota rano
dumnie napiętym
mostem świętokrzyskim
jadę do domu
wracam już po wszystkim
w dali Dobra, Solec
garść świateł miasta
pstryk
wszystkie zielone
i słońce na moście
czy można witać serdeczniej i prościej

I ciąg dalszy, nadesłany kilka dni później:

Grudniowa piosenka

śpij Warszawo
rano, w sobotę
noc minęła i jest
po wszystkim
czas już mostem
do domu
z powrotem
a most jest Świętokrzyski

wracam…
w dali
garść świateł
ulic Dobrej
i Solec
a zielono
jak latem
bo
wszystkie
światła
zielone

na moście
słońce
tańczy
jak dziewczyna
w różowej sukience
benzyna
ma zapach
choinek
słońce
smak pomarańczy

życzenia wigilijne 2020

Nie zabieraj…
do domu słów
z ulicy Żelaznej
Są ładniejsze
takimi mów
piękne i ważne
błyskawicy nie!
i oczom zimnym
Życiu tak!
Nie zabieraj
niewinnym
Nie zabieraj…
z ulicy słów
są ładniejsze
takimi mów
weź do domu wiersze
i warzywa
słońce
w kwiatach
z ogródka
A ludzi ludźmi
nazywaj
przecież zasługują

24.12.2020

Obudziłem się ze świadomością albo nawet wiadomością, że dziś 16 grudnia 2020 roku, 50 rocznica masakry robotników Wybrzeża. Byłem 16-latkiem w ogólniaku. Słuchałem o Wybrzeżu w ,,Wolnej Europie”. Płakałem, chciałem tam jechać. Ale była blokada komunikacyjna. Minęło 50 lat… Pamięć trwa.

Polski sen grudniowy

Kiedy przychodzi
bury grudzień
Drzewa są czarne
jakby wyschły
Chmury stalowe
i mrok dżdżysty
i mgły w portowej śpią
dzielnicy
Po bruku idą robotnicy
na ustach krzyk
butami w bruk
i
huk wystrzałów
I wszystko w ciszy
Bruk ulic staje się czerwony
i wszystko w ciszy
i obraz znika powoli
i tylko bruk jeszcze czerwony
od świateł reklam Coca Coli
i wszystko w ciszy

29.12.2018

Ulica Sienkiewicza

Pędził skądś wiatr szalony
przez szyny przez perony
za stacją
za kinem Promień
pod kotłem
dmuchnął
w płomień
parowóz
nabrał pary
do wagonów buraki
w kasztanowe konary
gwizdnął głośno na szpaki
buchnął, gwizdnął i dmuchnął
i chęć poczuł do jazdy
posypały się iskry
jak rubiny, jak gwiazdy
Sunął
po wąskich szynach
a tu nagle dziewczyna
za dziewczyną
tuż tuż
anioł stróż
z halabardą
skrzyżowały się drogi
tu dziewczyna tam nogi
Szła po szynach jak anioł
a Anioł? czy
szedł za nią?
potem była jak z wosku
blada i zjawiskowa
płakała za nią w kiosku
dobra pani Myszkowa
patrzyły na nią drzewa
przez nitki
babiego lata
Anioł Stróż przestał śpiewać
i także się rozpłakał

Valentine Day and Ash Wednesday

This year’s Valentine Day coincides with Ash Wednesday – what a contradiction.
Let me share with you a memory of a very strange Valentine Day.

Polish version HERE.

Lech Milewski

At the beginning of February 1999 I flew from hot summer in Melbourne, Australia, to cold and wintry Minneapolis. My intention was to compete in a ski marathon – American Vasaloppet in Mora, Minnesota.
The winter was poor in snow, but I managed to have decent skiing in few parks in Minneapolis. On Thursday evening, 3 days before the race, I heard on the radio, that the race has been cancelled due to the lack of snow.

It was a shock! Next morning I rang the race office. They confirmed the bad news – sorry, the race is cancelled.
– That’s impossible! I came here all the way from Australia! It cannot be!
– We are very sorry, but it is cancelled.
– But there is quite good snow in parks in Minneapolis.
– We also have good snow in the forest. But the race is run in the open area and there is no snow there.
– So shift it to the forest!
– That’s impossible, we have around 4,000 participants, we cannot squeeze them on narrow tracks. Anyway, the decision is FINAL, there is NO RACE!

I tried the last chance – please connect me with the club secretary.
I had Valerie Brown on the other end of the wire and I laid down my proposal:
I understand that you are unable to run the regular race. But on the other hand there is still quite good snow in the forest. And on another hand, I came here all the long way from Australia. Why not to put these two hands together and let me do a solo race in the forest?
There was a moment of silence and then… – come to Mora, we’ll see what we can do for you.
I heard smile in Valerie’s Brown voice.

Dalarna

I came to Mora on Saturday morning. It was sunny, cold and snowless. The big, red Dalarna Horse reminded me my race in Sweden 3 years earlier.

In states Minnesota and Wisconsin there is quite large Scandinavian population, no wonder they introduced cross country skiing and copied traditional ski races of their countries.

Vasaloppet is most famous of them. It commemorates a historical event from year 1521. At that time Sweden was under Danish occupation and Swedish nobility assembled in a little town Mora decided to organize an uprising to liberate their country. As a leader they chose certain Gustav Vasa. He was hiding from Danes close to Norwegian border. Messengers were sent to him to convey the message. Gustav fastened his skis and skied 90 km from Sälen to Mora.

The uprising was a success, Gustav Vasa was elected a king and established a Vasa dynasty.
In year 1922 a ski race has been organized on the historical course – Sälen to Mora – 90 km – CLICK.

I went directly to the race office. It was the saddest place in the world. Thousands of race bags and bunches of medals for finishers. I took one of them in my hand….

Medal

Valentine Day? Yes, of course! It will be Valentine Day tomorrow (14/2/1999)!
A heart, two skiers inside, Love to ski .
– What are you going to do with them?
– They all will be scrapped.
– O, no! You must let me to race for this medal!

We studied maps of ski trails in the forest. Valerie showed me the ones where the snow should be OK. I did simple arithmetic.
– Valerie, so if I will ski around these loops until 1 clock over 58 km, will you give me such a medal?
– Find his racing bag – she said.

A couple of club members drove me to the forest to see how it looks. I found it in much better condition than expected. After return to the town, I still managed to participate in sled races with some locals of Swedish origin and eventually went to sleep as the happiest person in Mora.

StartFinish

9 o’clock Sunday morning, blue skies, light frost, no wind. In the Log Cabin I left a bag with warm clothes and some food and drinks. I put on my red racing suit with kangaroos on the back and on the leg. Race number 503, START!!!

For a long time I was the only person on the trails. Later some people arrived, whole families for a relaxing session of skiing in the sun. Some of them were quite shocked when out of sudden a crazy racer appeared…
Go away from the track – shouted parents to the children – thousand skiers will be here in a moment!
But they said , that the race is cancelled?
I left them in such puzzled state and skied on and on – 5 times around The Point Trail, 4 times Beaver Dam Trail and every possible trail between and around.

Eventually my log showed more than 60 km, it was almost 3 pm. I skied back to the Log Cabin where some club members waited for me with the medal of my dreams.

Back from home, I wrote a detailed report of my effort, it showed almost 65 km. What a surprise it was when few weeks later I received mail from Valerie Brown. She sent me a special diploma.

Diploma

…and another medal. Valerie explained, that some of “Love to Ski” medals have been given to sponsors and volunteers so for me she sent a special one – Winners’s Time + 50%, Year 1999.

Medal 2

And there is only ONE such medal in the world.

Ubranie i śniadanie – wpis pozbierany

civil-march-for-aleppo
Julita Bielak i Ewa Maria Slaska

Najpierw był mail od Julity, a w nim zdjęcie:

buty-i-skarpety

Była to odpowiedź Julity na podawane przez Facebooka informacje o tym, że przez kilka dni brałam udział w obywatelskim marszu dla Aleppo.

I taki podpis: Nie czapka, nie szalik, ale buty, jakie Ewa Maria założyła buty, jak nogi, jak stopy, myślałam.

Zachwyciło mnie to zdjęcie. Tak! Tak zawsze się chciałam ubierać, taka być! Nieporządna i przygotowana do maszerowania w momencie, gdy wstałam z łóżka i odgarnęłam z oczu potargane włosy. Trochę tylko szkoda, że teraz stylistka może tak wystylizować dziewczynę, która może wcale nie lubi być nieporządna i wcale nie jest, jak to określał mój były mąż, “lekka w nogach”.

Niestety ja nie wyglądałam tak stylowo. No, ale padał śnieg i wiał wiatr. Nikt z nas nie wyglądał fajnie.

jawpelerynie

1 lutego 2017. Droga do Pohorelic na Morawach. Foto Janusz Ratecki

Na zdjęciu od lewej Anka, ja, Krzysztof, z tyłu, między Anką a mną, Darwina i Jacek. Nie jestem pewna, ale może być, że dziewczyna idąca samym skrajem zdjęcia po lewej to Magda  Benbenek.  Wspaniali ludzie, i akurat, przez przypadek (?), ci o których chcę coś napisać, będę pisać przez kilka tygodni i publikować tu w soboty – bo soboty będą teraz na blogu przez jakiś czas “marszowe”.

buty-ewyWróćmy więc do pytania Julity, buty, jakie buty i skarpety?

Buty firmy St. Oliver, skórzane, ciepłe, na futerku. Dobre buty, nogi w nich nie przemakają, no, chyba że się, jak ja ostatniego dnia, wejdzie w zaspę lekkiego puszystego śniegu, taką po kolana. Ten lekki śnieg lekko wpadnie za cholewki, przemoczy skarpety i rajstopy, i na to nie ma już żadnej rady, trzeba maszerować z mokrymi nogami. Buty zwykłe, dobre, firmowe, nowe, mocne, kupione kilka tygodni wcześniej z myślą o marszu.

Skarpetki natomiast są całkowitą odwrotnością, są stare, specjalne, oryginalne i robione właśnie dla mnie.  Kilka lat temu dostaliśmy z wnukiem takie skarpetki w partner look. Były tak zachwycające, że o nich wtedy napisałam na blogu.

…na zdjęciu stópki Antosia i moje (choć – czy dorośli mają “stópki”?) w skarpetkach z zakresu… historii sztuki. Zrobiła je dla nas znajoma pani, która korzystała przy tym z włóczki niemieckiej firmy Opal, produkującej wełnę na swetry i skarpetki już w kłębkach wielokolorową, a inspiracją doboru kolorów i ich kolejności są dzieła sztuki. To co my mamy na stopach, Antoś i ja, to… obraz Van Gogha “Taras kawiarni w nocy”…

Reszta też została opisana w mailu do Julity:

rajstopy thermo z pobliskiego sklepu z cebulą i chlebem (wiec to jasne, że jak poszłam po jajka, to kupiłam rajstopy)
spodnie stare z lumpeksu, ostatniego dnia się podarły, wyrzuciłam w hotelu w wiedniu – szare wełniane
sweter ogromny szary wełniany z lumpeksu, się na szczęście nie podarł
kurtka stara puchowa od koleżanki – koleżanka wyrzuciła kurtkę, a kurtka wyrzucała z siebie maleńkie piórka i przyczepiała je do swetra, przez co zapewniała masę kontaktów międzyludzkich, bo wszyscy mnie skubali
peleryna przeciwwiatrowa i przeciwdeszczowa – jeszcze z trasy do santiago de compostela, zapomniana w aucie ostatniego dnia  i na odległość przekazana innej osobie, dalej wędrującej w śniegu
no i najlepsze – sukienczyna, 5 lat temu była nowa, kupiłam ja za całe 10 euro, bawełniana długa czarna z długimi rękawami prosta, nosiłam w piątek świątek i niedzielę, jako małą czarną do opery, w potrzebie jako koszulę nocną, często jako okryjbidę na wędrówki, czasem jest ręcznikiem, czasem szalikiem, czasem poduszką, podarta w 17 miejscach, ale wciąż jej używam, najlepszy zakup na świecie

No a na to Julita odpowiedziała tak zaskakująco, że już dziś nie będzie więcej o marszu, zapraszam na następne soboty, dziś będzie jeszcze tylko o ubraniach i śniadaniach;

Dziękuję, Ewo Mario.

Przyjęłam list jak wielki dar, wspaniały prezent.

Aż się prosi, aby treść listu ująć we wpis, może i Twój niedzielny, może ważny codzienny. Bo ubranie, jak śniadanie, bywa literackie: /…/Dopiero po jakimś czasie zrozumiał, że Ania nie jest ubrana jak inne dziewczęta. Przypomniał sobie, że Maryla zawsze szyła dla Ani sukienki z ciemnych materiałów i według jednego fasonu. Widząc Anię w otoczeniu koleżanek, uznał, że dziewczynka powinna mieć choć jedną ładną sukienkę. Postanowił kupić jej ubranie w podarunku na Gwiazdkę. Obawiając się, że Maryla skrytykuje jego pomysł, poszedł po pomoc do pani Linde. Małgorzata zgodziła się uszyć sukienkę dla Ani według najświeższej mody. W wigilię pani Linde zjawiła się na Zielonym Wzgórzu, przynosząc prezent dla Ani. Maryla pobłażliwym tonem stwierdziła, że sukienka jest zbytkiem, który rozbudzi próżność Ani. Parę minut później z facjatki zbiegła Ania, radosnym głosikiem życząc wszystkim wesołych świąt. Mateusz niezręcznie rozwinął z papieru sukienkę i podał ją dziewczynce. Ania wpatrywała się z prezent w uroczystym milczeniu i nagle rozpłakała się.   

Płakałam i ja.

Nabokow, który studentom kazał opisywać zawartość torebki Anny Kareniny, co jego zdaniem było kluczowe dla zrozumienia postaci.

Stare porzekadło mówi “pokaż swoją torebkę, a pokażę ci, kim jesteś”. Ta sama maksyma mogłaby śmiało tyczyć się artystów baletu, którzy przez cały dzień prób nie rozstają się ze swoim przepastnym workiem bądź torbą. “Skarby”, które w nich ukrywają, mają czasem bardzo nieoczywiste zastosowanie. – Tancerze noszą w nich m.in. różnego rodzaju taśmy, małe piłeczki do rozmasowania mięśni, rolki do pracy nad stopą, ochraniacze, ogrzewacze na kostki, wodę, plastry, igłę z nitką, żeby móc zszyć coś przy baletkach czy pointach – wylicza Sokołowska-Boulton.

Na zakończenie dołączam jeszcze znaleziony u Łukasza Szopy (szefa KODu w Berlinie), poety, wiersz o zimie i śniadaniu oraz śniadaniowe zdjęcie z marszu. Ta z kubkiem to ja. Mam na sobie wszystkie opisane powyżej elementy stroju marszowego plus kolorową torbę płócienną, też zapomnianą w samochodzie do Wiednia.

sniadanienatrawie

Krzysztof Nowak, Śniadanie na trawie 🙂

William Carlos Williams

BREAKFAST

Twenty sparrows
on

a scattered
turd:

Share and share
alike.

Reblog: Chwała mórz

Wiele lat temu, gdy mojemu Ojcu wręczano w Szczecinie nagrodę Chwały mórz, Ojciec poprosił mnie, żebym wygłosiła tak zwaną laudację. Nie lubię wygłaszać pochwał i chyba nawet nie umiem. Napisałam więc wiersz. Chyba się spodobał, bo był drukowany w różnych żeglarskich czasopismach. W styczniu 2012 roku (było zimno!) przypomniałam ten wiersz na blogu Jak udusić kurę. Dziś przypominam go ponownie, bez żadnego specjalnego powodu. Po prostu ostatnio “chodził mi po głowie”.

Moim Ojcem był Dariusz Bogucki, doktor inżynier budowy okrętów, żeglarz polarny, autor. Moją Matką, bo o niej też jest w tym wierszu mowa, była Irena Kuran-Bogucka, graficzka, tłumaczka poezji hiszpańskiej na polski.

Rok 2001. Ojciec z toporem – nagrodą Chwały mórz przyznawaną przez Mesę Kaprów Polskich – Bractwo Wybrzeża.
Ojciec był pierwszym żeglarzem, któremu przyznano tę nagrodę.
Uroczystość odbyła się w Szczecinie na pokładzie statku Fryderyk Chopin.

Ewa Maria Slaska

Wywiad

Tego dnia
wręczono Dariuszowi Boguckiemu
nagrodę chwały mórz

Otworzyłam oczy
włączyłam radio
Usłyszałam młodego dziennikarza

Proszę powiedzieć naszym słuchaczom
mówił
kilka słów na temat nieśmiertelności pragnień
mówił
i odwiecznej tęsknocie człowieka za wolnością
mówił
ale nie za długo
mówił
tak na trzydzieści sekund
mówił

Owszem

Zjadłam bułkę i wypiłam kawę
Dziennikarz mówił
Było zimno
Dziennikarz mówił
Jak wściekle zimno musi być na jachcie
mówił
który płynie właśnie
mówił
do Islandii
do Grenlandii
do Winlandii
mówił
Na Labrador
Na Alaskę
Na Szpicbergen i Ziemię Ognistą
mówił
Za północny
i za południowy
krąg polarny
mówił

Owszem
zimno

Dziennikarz pytał dalej
Co pana skloniło
pytał
Co pana pędziło
pytał
Co inspirowało
pytał
Co z tego zostało
pytał

Umyłam kubek i strzepnęłam okruchy po bułce
Na północnych pustkowiach Kanady
świszczał przenikliwy wiatr
pędziły sanie zaprzężone w sześć wielkich husky
Zapaliłam papierosa
traperzy przemierzali lasy
polując na niedźwiedzie i karibu
starzy Indianie siedzieli u wylotu wigwamów
czekając na wielki potlacz

Nakarmiłam kota
Amundsen szukal Nobilego
Peary wchodził na statek
w małym kościele nadano pewnemu chłopcu imię Frijdhof

Zamiotłam podłogę
ze wszystkich stron nadciągały statki, sanie, balony i samoloty
faceci w futrzanych kurtkach
ściskali dłonie Eskimosom

Wyrzuciłam niedopałek do śmieci
London Cooper Curwood stawiali właśnie słowo the end
pod marzeniami pokoleń chłopaków
o prawdziwej męskiej przygodzie

Dziennikarz pytał dalej
Coś z tego zostało
pytał

Owszem
zostało

Zawsze tylko dwa słowa
Mimo to dziennikarz nie dawał za wygraną
Jest trudno
mówił
Jest ciężko
mówił
Jest tęsknota
mówił
Jest niepokój rodziny
mówił

Za oknem znowu lał deszcz
postanowiłam upiec ciasto
przez trzydzieści lat
piekłam ciasto
a moja matka czekała na nabrzeżu

Za oknem wiatr obrywał kwiaty pelargonii
mieszałam mąkę i cukier
przez trzydzieści lat
mieszałam mąkę i cukier
a moja matka czekała na nabrzeżu

Za oknem szare rozbryzgi wody
dodawałam jajka i masło
wszystko było białe
tylko grafiki mojej matki były czarne
bo moja matka czekała na nabrzeżu

Dziennikarz pytał dalej
było trudno
pytał

Owszem
trudno

Zawsze tylko dwa słowa
Wyłączyłam radio
Taki był poranek tego dnia
gdy wręczano Boguckiemu
nagrodę chwały mórz

Gdy ciasto było gotowe
zapytałam
Masz ochotę na kawałek szarlotki
ku chwale mórz

Owszem
mam

Położyłam ciasto na talerzu
nalałam mleko do kubka
i podniosłam go do góry
jak kieliszek
Wypijemy powiedziałam
za dwa słowa:

chwałę mórz

Tak napisał by ten toast Frank O’Hara, jeden z najsłynniejszych w Polsce poetów, Amerykanin. Ja “się podszyłam”. Ojciec był facetem małomównym.

jacht-zima2

Na zdjęciu – Ojciec (w białej czapeczce) na jachcie, gdzieś, gdzie na pewno było zimno.

 

pszpsz

Achtung: unten Kultureller Ratschlag von Johanna und Tanja auf Deutsch.

To musiał być ciężki miesiąc, ten styczeń dwa lata temu. A jednak i z takich ciężkich miesięcy można się otrząsnąć…

Honti

point
8 stycznia 2011

chleb
do szczęścia
potrzebuje
ust,

nie masła.

są światy,
których
mi
nie
możesz
dać.

– – –

tęcza
zagasła.

mimo
11 stycznia 2011

opowiedz mi
czemu
myśli
jak ptaki

ruszają z dwóch
brzegów
by się
mgłami
rozminąć

opowiedz mi
czym się karmi
wspomnienia
puszczone
na
wolność

o, powiedz mi
jak daleko
do
twojej
miłości

ryss
12 stycznia 2011

rozbijam wzrok
o lustro
twej złości

patrząc wstecz
ścigam cię
zwielokrotniona
płaczem

zagryzam
kanapką
z
ciszą

ból
nieistnienia

Pomost
20 stycznia 2011

odwiedź mnie

odśnież
odczaruj
odczytaj

zdmuchnij pył,
co w płatkach smutku
zakwita

odwiedź mnie

choćby
we
śnie

pszpsz
21 stycznia 2011

zakochane duchy
tańczą w parku walca –

który wygra turniej
może zjeść padalca

i zanurzyć piętę
w migdałowym sosie

by rozśmieszyć muchy
harcujące w nosie

________________

Tanja und Johanna über den Film “Mitternachtskinder” (Spiegel: Die Regisseurin Deepa Mehta hat Salman Rushdies magischen Roman für das Kino adaptiert)

Geschichte Indiens, von 1917-1977, allerdings mit Verwebung von Fantasie-Geschichten, göttlichen Gleichnissen und Realität – im fliegenden Wechsel – durch und durch indische Erzählweise.Viele märchenhafte Elemente. Drei Schwestern, vertauschtes Kind, geisterhafte Begegnungen, eine Hexe, die zaubern kann. Indira Gandhi, die Kinder mit besonderen Fähigkeiten fürchtet, jagt und vernichtet. Und grünes Chutney bringt schließlich das Happyend. Schöne Farben, geschmeidige Bilder, auch im Slum. Gesangseinlagen fast a la Bollywood. Leute haben im Laufe des Films graue Haare gekriegt, sonderliche charakterliche, Veränderungen hat aber niemand durchgemacht. Nicht so schlimm wie die Verfilmung von “Die Liebe in den Zeiten der Cholera”, aber das Buch garantiert besser.
Today is full moon. So look! Marvellous full moon in New Zaeland – video made by Mark Gee.
http://vimeo.com/markg/fullmoonsilhouettes

Zima

Dorota Cygan

7.00 – 7.30. Protokół myślowy z drogi do pracy

Jakiż piękny ten puch. Każdy płatek wdzięczy się i tańczy, a wszystkie razem kładą się do stóp, by mogły miękko stąpać, dając poczucie maksymalnego komfortu. Birkenstock by tego lepiej nie wymyślił. A ta biel dookoła, sakralna cisza i odświętność! Ależ to potrafi ukoić. Gdyby tak sobie  w domu powiesić  jakiś medytacyjny obraz w tym stylu, prawie całkiem biały, z kilkoma punktami nieśmiałej czerni i błękitu…

Bialy-kwadrat-1918_MOMA
Kazimierz Malewicz, Białe na białym, 1918, MOMA

No, nie od razu Caspar David Friedrich, można i skromniej, może by się coś kupiło, jak to zlecenie wypali, taki stonowany krajobraz w bieli, to jednak uspokaja, jak się robi tyle rzeczy i ma trochę spraw na głowie, zresztą coś trzeba robić dla wsparcia artystów, tak może bez przesady, niekoniecznie w randze Tarasewicza, ale w miarę możliwości, no i naprzeciw łóżka fajnie wygląda, takie śnieżne światy na białej ścianie, ciekawe, czy Malewicza zainspirował taki piękny śnieg, no bo jakoś na ten biały kwadrat wpadł.

tarasewicz-bruzdy
Leon Tarasewicz, Bruzdy 1985 http://galeria-arsenal.pl/wystawy/leon-tarasewicz-malarstwo.html

Ech, fajnie jest, przepiękne widoki, a nogi same niosą, ten chłód nawet daje niezłego kopa, aż się człowiek spręża na myśl o dzisiejszej to do list. Jak się potem tak wejdzie z zimnego w ciepłe, to się robota sama usuwa, energia człowieka rozpiera, właściwie to można by przygotować parę seminariów na zapas – na te leniwe i banalne tygodnie potem. Ależ wszystko ostro widać! Powietrze przejrzyste, że hej, może nawet wyjdzie słońce. A  na razie i bez tego puch się mieni tak srebrzyście, aż się człowiekowi zdaje, że chodzi po skarbach, ech,  chce się żyć.

ruiny_Eldena_1808_spalone_1931

Caspar David Friedrich, Mnich na śniegu (Ruiny klasztoru Eldena zimą) 1808; wystawiony w Szklanym Pałacu w Dreźnie, który spłonął w roku 1931 (obraz też).

xxx

Noo, teraz nawet trochę mocno zawiewa, trzeba się pochylić, hehe, nietzscheański heroizm w śniegu i pod wiatr, oto człowiek. Z tego heroizmu piszący trzy listy motywacyjne w weekend (np. najbliższy). To  w sumie nawet dobrze robi tak się rozpisać. Nooo, ale teraz to już nieźle zawiało, uff, trzeba było jednak wziąć czapkę, ależ te palce zgrabiałe, nawet kaptura nie przytrzymają…, ale nie marudźmy – trzymać to się trzeba struktur i obowiązków, nerwy trzymać na wodzy, od malkontentów trzymać się z daleka,  żebraków na dystans, rodzinę w garści, a z ludźmi wpływowymi trzymać sztamę. Tak trzymać i już. O, a tu co? Chyba wybiło wodę, zmarzlina podtopiona, poślizgać się można, bęc , no, to akurat nie był popisowy lot, płasko i blisko ziemi, łokieć boli, w zasadzie ktoś powinien odpowiadać za ten wyciek i masy śniegu, teraz to już nikt nie pracuje na serio. A ten gość, hola, jedzie, jakby oczu nie miał, prawie po chodniku, hej, patrz jak jedziesz, bryzgasz na boki, tak, tak, sam się postukaj w czoło, nie, mój drogi, do chodzenia po chodniku nie trzeba prawa jazdy, to się zdziwisz, jak cię zgłoszę na policję, po numerze rejestracyjnym cię znajdą, będziesz się tłumaczył za nieumyślne stwarzanie zagrożenia, tylko się tak dalej stawiaj, to zobaczysz. Ależ sypie, własnych nóg nie widać, a co dopiero rowerzystów, co za brak wyobraźni, czysta brawura, zaraz się wyłożycie mądrale jedne, cała ta wasza ekologiczna  wyższość moralna, z dzieckiem na siodełku, jeszcze chwila a będziesz leżał, ignorancie. Bęc, no właśnie, jeden nieostrożny krok i ból w kostce, proszę bardzo, sekunda nieuwagi, a łokieć też jakoś nie przestaje, rwie coraz bardziej. Że też żaden autobus tu nie jeździ, to jakaś paranoja, miasto wzięła w jasyr jedynie słuszna sekta ekologów a normalni ludzie… no cóż, ale trzeba się jakoś dowlec na miejsce, może się stawy powoli rozgrzeją, będzie ok. Ale to pisanie aplikacji to bez sensu, pracy nie ma i nie będzie, chyba że przy produkcji studiów wykonalności dla ścieżek rowerowych i wiatraków. I reklam tychże – także. A co będzie? Zima będzie. Jedna się skończy i nazajutrz zacznie druga. Będzie jeden kolor i już. Praktycznie. Najwyżej różne warianty brudnej bieli lub czystej szarości, jak kto woli. Mniej dylematów dla malarzy kolorystów. Czarno to widzę? Tak się wam zdaje, bo siedzicie przy komputerach, przebrzydli kreatywni. To ja wam coś powiem. Tak po prawdzie, to te płaty śniegu wyglądały na chodniku, jakby nad Oldenburgiem przeleciało sto tysięcy gołębi i wszystkie miały rozstrój żołądka, tyle wam powiem. A cała reszta zachwytu nad tym puchem to nic innego jak zakłamane  fantazje niespełnionych literatów upojonych faktem, że mogą posiedzieć w domu, gdy inni pracują. Oto cała filozofia drobnomieszczańskich estetycznych uniesień, ich podszewka i głębia. A malarze też nie lepsi. Tyle wam powiem. Bęc.

(Protokół sporządzono maszynowo lewa ręką. Ważny bez podpisu)