Chodzenie po mieście. Wilsnacker Straße

Ela Kargol

Berlin, Moabit, więzienie, sąd, szkoła, kościół, cmentarze, lew, wąż i ubodzy poeci.

Lubię Berlin, teraz tym bardziej, gdy wiem, że nie mogę się z niego ruszyć, nie tylko ze względu na pandemię. Odkrywam nowe rzeczy, ulice, dzielnice. A klatka schodowa u mojego lekarza na Moabicie przy Rathenower Straße zachwyca mnie za każdym razem, kiedy po niej stąpam.

To tam przy tej ulicy, na rogu z Alt-Moabit kiedyś znajdował się budynek sądu karnego. Niestety nie przetrwał wojny, a imponująca wielkością i treścią rzeźba autorstwa Alberta Wolfa przedstawiająca lwa walczącego z wężem w obronie swoich lwiątek zmieniała kilka razy swoje miejsce i teraz stoi przy Wilsnacker Straße przed kompleksem budynków też sądu karnego, wybudowanych trochę później i rozbudowanych jeszcze później. Lwa odkryłam niedawno, spacerując po Moabicie, wokół więzienia, sądu, szkoły, kościoła, a więc instytycji stojących na straży prawa, moralności i sprawiedliwości. Lew ma symbolizować prawo i sprawiedliwość, a wąż nikczemność zło, kłamstwo i podstęp. Nie zawsze jednak to pierwsze jest prawe, a jeśli jest prawe, to nie zawsze zwycięża. Rozwścieczony lew z łapą uniesioną do góry, z rozwartą paszczą walczy z równie rozjuszonym wężem w obronie swoich lwiątek. Wąż trzyma już w uścisku jedno lwiątko, drugie schowane za tylnymi łapami lwa, nie bardzo wie o co chodzi i w jak wielkim jest niebezpieczeństwie.

Lew i wąż na cokole nie przerywają walki, a więc trudno przewidzieć, jak ona się skończy. Żal mi wprawdzie lwiątek, ale dlaczego miałabym stanąć po stronie lwa?

Ciekawe, że ten sam symbol walczącego z wężem lwa umieściło w swoim nagłówku, dzisiaj można byłoby powiedzieć, użyło jako loga jedno z pierwszych czasopism dla homoseksualistów, które pojawiło się w Niemczech w czasach Republiki Weimarskiej Die Freundschaft. Monatsschrift für den Befreiungskampf andersveranlagter Männer und Frauen.

Na przeciwko „lwa i węża” jest plac zabaw. Mało kto wie, że kiedyś w tym miejscu znajdował się budynek gimnazjum (Königliches Luisen-Gymnasium)

Gimnazjum, jedno z pierwszych w Prusach, gdzie kobiety mogły przystąpić do egzaminu dojrzałości. 29 marca 1896 roku maturę zdało tutaj 6 kobiet: Ethel Blume, Johanna Hutzelmann, Irma Klausner, Else von der Leyen, Margarete von der Leyen und Katharina Ziegler. Popiersie Wilhelma Schwartza, długoletniego dyrektora gimnazjum, a przedtem dyrektora gimnazjum w Poznaniu (Königliche Friedrich-Wilhelms-Gymnasium Posen, dzisiejsza „Trójka”, budynek stoi do dziś) stoi przed placem zabaw, w miejscu dawnej jego szkoły. Wyobrażam sobie, że wiosną i latem, wśród bujnej zieleni jeszcze trudniej będzie je dostrzec. Główny budynek szkolny nie przetrwal do dzisiejszych czasów. Można go tylko zobaczyć na starych widokówkach. Jednak po drugiej stronie Wilsnacker Straße, tuż za „lwem i wężem” zachował się jeden z budynków szkolnych przynależących do luizjańskiego gimazjum, w tej chwili przylegający do budynku wymiaru sprawiedliwości i przez ów wymiar użytkowany.



Gimazjum, a teraz plac zabaw od północnej strony sąsiaduje z cmentarzem przy kościele pod wezwaniem św. Jana Chrzciciela. Jest to jeden z czterech kościołów zaprojektowanych dla przedmieść Berlina przez Karla Friedricha Schinkla. Kościół był kilka razy przebudowywany i rozbudowywany przez takie sławy jak Friedrich August Stüler i Max Spitta, a po zniszczeniach wojennych odbudowany według planów Ottona Bartninga.

 

Cmentarz przy kościele projektował Peter Joseph Lenné. Jedynie stare drzewa, których coraz mniej, wyznaczają dawne aleje cmentarne. Cmentarz zamknięto w roku 1904, nie niszcząc wszystkich grobów, w 1935 roku roku zlikwidowano jego część, graniczącą z Wilsnacker Straße. I właśnie tu pochowano ponad 300 osób, które zginęły krótko przed zakończeniem II wojny światowej, cywilów i żołnierzy, dzieci i starców, ofiary i katów. Tutaj spoczął również Albrecht Haushofer, antynazista, geograf, pisarz, autor Sonetów Moabickich (Moabiter Sonette), więziony w moabickim więzieniu przy Lehrter Strasse (w tej chwili w tym miejcu znajduje się park historyczny, a fragment sonetów Haushofera zapisany jest na murze więiennym).

Haushofer wraz kilkunastoma innymi więźniami został rozstrzelany krótko przed końcem wojny, 23 kwietnia 1945 roku w pobliżu więzienia, na zbombardowanym obszarze tzw. Ulap-Gelände (Universum Landes-Ausstellungs-Park). Obecnie na części tego dawnego terenu wystawienniczego znajduje się park. W kieszeni płaszcza zamordowanego Haushofera znajdowały się kartki z 80 sonetami. Grób Haushofera jest honorowym grobem miasta Berlina. Na tablicy na murze cmentarnym cytowany jest fragment jego Sonetów moabickich:

Der Wahn allein war Herr in diesem Land.
In Leichenfeldern schliesst sein stolzer Lauf,
Und Elend, unermessbar, steigt herauf.

(Sam obłęd w tym kraju panował.
Stos trupów jego dumny krok pokona,
I rozleje się nędza, niezmierzona.)

Z postacią Haushofera i z jego miejscem pochówku związana jest historia zmarłego w 2004 roku Rainera Hildebrandta, znanego przede wszystkim jako założyciel muzeum Muru Berlińskiego „Dom przy Checkpoint Charlie” (Mauermuseum – Museum Haus am Checkpoint Charlie). Hildebrandt był studentem Hauhofera, sam uważał się za jego przyjaciela, był związany z ruchem oporu, działającym w kręgu Hauhofera.

Życzeniem Hildebrandta było, aby po śmierci został pochowany na cmentarzu wojennym przy Wilsnacker Straße, obok Haushofera. Poniewaz jest to cmentarz dla ofiar wojny i jej terroru władze miasta nie dały zezwolenia wdowie po Hildebrandcie na pochowanie męża w tym miejscu. Do dziś urna z prochami Hildebrandta znajduje się w berlińskim krematorium w Ruhleben i czeka na pogrzeb.

Gdy stoję przed grobem Haushofera, twidzę, że miejsce dla jego studenta byłoby z każdej strony.

Na części cmentarza przy Kościele św. Jana Chrzciciela oprócz grobów najstarszych, między innymi rodziny Gericke oraz fabrykanta Pfluga, są dwa groby dość nowe, przy murze graniczącym z dawną szkołą powszechną, grób Ronalda Holloway’a i jego żony Dorothei. Oboje byli związani z filmem, z Berlinale, z filmem niemieckim i wschodnioeuropejskim, byli świadkami upadku Muru Berlińskiego i czasu przemian, co zarejestrowali na taśmie filmowej. Są autorami filmu Die Mauertänzerin.

Prawie naprzeciwko cmentarza mieszkała rodzina Wirpszów. Witold Wirpsza zapomniany poeta, prozaik, tłumacz literatury niemieckiej, którego przypomniała mi ostatnio adminka i zaprowadziła pod dom, w którym mieszkał wraz ze swoją żoną Marią Kurecką, również pisarką i tlumaczką. Maria Kurecka przeżyła męża kilka lat, ale nawet po jego śmierci, jak wspomina adminka, często z nim rozmawiała, częstując Ewę Marię zupą z homara, taką z proszku, za kilkadziesiąt fenigów. Na inną pewnie nie było Wirpszów nigdy stać, oboje byli biednymi poetami.

https://ewamaria.blog/2021/02/08/biedny-poeta-der-arme-poet-the-poor-poet/

Odcinek 15

Mieczysław Bonisławski

Pstryk. Taśma zatrzymuje się. Ile mam jeszcze czasu? No, niewiele minut minęło. Czy ten Sosiński nie zawaha się, nie zdrefi, czy pójdzie na całość, tak jak jest to umówione? Czy jakiś przypadek nie… Nie, nie mogę o tym myśleć, aż mnie ręce świerzbią, nogi mi podskakują, aby coś tylko robić. Nie mogę tak bezczynnie siedzieć. Jeszcze trochę narkotyku… Pstryk, PLAY:

– Mówiłem ci, to gość wychowany na KaBeWu, „Ogień” w Gorcach, „Bir” i „Stiach” w Bieszczadach… To jego żywioły, a mały do tego – to wnuk wojskowego prokuratora.
– Jeżeli chce zemsty…
– …chce.
– …a nie ma nic do mojej pracy, to można zrobić to jeszcze inaczej. Będzie miał zemstę, a mnie da spokój.
– Co masz na myśli?
– A mam! Napuszczę na tego jego małego takiego zboczeńca, Chrenowicza. On lubi podymać sobie młodych chłopców… A potem go wystawimy staremu Makarewiczowi… Taki gwałt, bardziej boli niż jakieś wygłupy kolegów z klasy. Będzie większy powód do zemsty dla kochającego ojca, a o mnie i o Teresce stary w takich okolicznościach zapomni…
– Nie, to potrwa za długo. To musi odbyć się jutro, pojutrze. Na dniach.

Tak, na dniach. Dzisiaj. Teraz.

Przez otwarte drzwi samochodu dochodzi stukot kół, torami zbliża się pociąg. Niestety, nie widać nic na drodze… Chociaż, ależ tak! Coś jedzie od strony CPN-u, zbliża się… Nie, to żuk, niebieski, blaszany furgon z plandeką z tyłu. Mija przejazd kolejowy, nie zatrzymując się, chociaż krzyż świętego Andrzeja i znak „STOP” nakazują inne zachowanie. Czy kierowca widzi czarny, średniej wielkości parowóz, który właśnie wyłonił się zza tego nowego, betonowego wiaduktu, pokonuje go i jest już tuż tuż… Łoskot hamulców, zgrzyt żelastwa, huk… Ze trzydzieści metrów za żukiem jedzie szarobrązowy wartburg nowego typu, podąża za furgonem krok w krok, dopasował do niego swoją prędkość, nie zmieniając odległości. Żuk przejeżdża dosłownie parę metrów przed nosem parowozu, ale osobówka jest za daleko z tyłu, aby zdążyć… Wartburg, szary wartburg, jakim jeździ Sosiński. Czyżby…?

Szybkie zdjęcia prosto z katastrofy. Wschodzące, nisko zawieszone słońce oślepia, przy złym ustawieniu się niewiele widać. Tylko złotą, pomarańczową poświatę.

Zbliżenia na wykolejony parowóz, na przerażoną twarz maszynisty. Panorama składu towarowego, w kadrze zza ostatniego wagonu biegną dwaj manewrowi, odpowiedzialni za bezpieczeństwo w czasie, gdy pociąg jedzie przez miasto. Na „kleinbahnie” nie było zapór, czyli szlabanów. Gdy towarowy zbliża się do przejazdu, dwóch ludzi w pomarańczowych kamizelkach, z chorągiewką i „lizakiem” schodzi na ziemię blokować ruch, ostrzec i zatrzymać kierowców. Tym razem nie zeskoczyli na czas ze stopni ostatniego wagonu, w kluczowym momencie wcale ich tam nie było. Do torów zbliżał się samochód, a oni nie zatrzymali go i dopuścili do zderzenia. Strach walczy na ich twarzach z grymasem wściekłości… Wiedzą, że ten poranek skończy się dla nich spotkaniem z prokuratorem, sądem, a kto wie – może więzieniem…

Panorama ulicy Krośnieńskiej, której koniec niknie w morzu zieleni. Zbliżenie pokiereszowanego wartburga Sosińskiego. Zbita przednia szyba, rozharatana maska po stronie kierowcy, leżące obok, pogięte drzwi. Zbliżenie na wgniecioną czaszkę kogoś, kto przyprowadził ten wóz prosto pod koła parowozu…

Zdjęcie żuka. Kierowca widząc we wstecznym lusterku co się dzieje, zatrzymał się po drugiej stronie przejazdu i biegnie do wraku wartburga. Coś krzyczy. Krzyczą też manewrowi z obsługi pociągu, krzyczy maszynista.

Ile trupów jest w środku? Jeden czy dwa? Na co zdecydował się w końcu Sosiński…? Nurtuje mnie ciekawość, ale i niepokój. Przypominam sobie dokładniej koniec naszej wczorajszej rozmowy:
– Mam zabić Teresę?
– Osłodzę ci to.
– Po co? Ja robiłem swoje, wszystko na rozkaz. Nie trzeba jej do tego mieszać…
– Rozkazy się zmieniają.
– Nie rozumiem.
– Popatrz na to z takiej strony. Obiektywnie rzecz ujmując, działanie twojej siostry wymknęło się spod czyjejkolwiek kontroli: twojej, mojej, Pułkownika. Poniosło ją. W sumie sama jest sobie winna. Przesadziła i to niech ona za to zapłaci. Ty sam, osobiście, nie musisz.
– Przecież to pan, Redaktorze, przyszedł do mnie z tym zadaniem. Siostra miała zapaskudzić życie temu orlikowi według waszych wskazówek. Nie wiem, co wy tam macie do tego starego Makarewicza, ale myślę, że chcieli go jakoś podejść poprzez problemy syna…
– Czyżby to nie było tak, że ty sam zgłosiłeś siostrę do wykonania tego zadania? Czy to ja ją w to wplątałem?
– No nie, ja.
– Sama się do tego paliła. Zobaczyła w tym szansę na swoją własną zemstę… Całą intrygę z wykorzystaniem kolektywu klasowego wymyśliła wasza dwójka, ale wykonywała Teresa. Jako wychowawczyni chłopaka w szkole wykorzystała swoją pozycję nauczycielki… A ty masz żal do ubecji?
– W tej sytuacji…
– No, to zaaranżuj jakiś wypadek, w którym zginą oboje: Teresa i Januszek.
– Chętnie, ale… Dwa trupy i ja mam za oba odpowiadać? Tyle krwi mieć na rękach? Nie… Nie zrobię tego…
– No to oddaj go temu pedofilowi. Siostra i tak musi zapłacić ubecji swoją cenę za to, że ją poniosło, za to, co sama zrobiła. Ty, faktycznie, nie jesteś temu winien, nie możesz odpowiadać za to, że ona straciła kontrolę nad samą sobą. Możesz dalej robić swoje, dalej żyć swoim życiem. A ubecja zapłaci ci jakoś za siostrę.
– Raczej za całe moje zakichane życie, które mi zmarnowali. Może to rzeczywiście jedyna ku temu okazja? Przecież nie jestem złym człowiekiem, to tylko te szuje mnie tak wplątały, że teraz nie wiadomo, jak z tego wyjść? Jeden głupi błąd, wybryk gówniarza, a oni cap! za szyję i – koniec. A Teresa… – fakt, przesadziła, ale sama chciała…
– Rób tę akcję z chłopcami i ich ojcami w tych klubach piłki ręcznej. To naprawdę wielka sprawa, dla miasta, dla Polski… A skoro nie chcesz, aby doszło do wielkiej sensacji, że nauczycielka ginie razem z uczniem, uruchom tego zboczeńca. Wybór należy do ciebie, ale sama akcja z Teresą – jutro z rana, tak?
– Tak.

Tymczasem wokół przejazdu kolejowego mam już grupkę gapiów. Ale niewielką. Ludzie jednak spieszą się do pracy, przystają, patrzą, rzucają parę zdań komentarza i odchodzą do swoich spraw. Rozgadają się dopiero w fabryce, urzędzie, sklepie, podadzą kolegom, interesantom, klientom masę sensacyjnych, choć nie mających wiele wspólnego z tym, co się naprawdę wydarzyło, wykreowanych szczegółów. Potem może jeszcze wieczorem, przy kolacji będą tymi, co najlepiej wiedzą, tymi co widzieli na własne oczy. Jutro, pojutrze zapomną, ich uwagę przykują następne wydarzenia, kolejne plotki albo nowe, codzienne kłopoty i troski.

Ktoś przechodzi, staje, rozgląda się, postoi i odchodzi. Takich przechodniów naliczyłem już pewno ze trzydziestu: byli, są, odeszli. Ale ciągle mam wokół wraku tak pięciu do ośmiu ludzi. Kobiet, mężczyzn, robotników i pracowników biurowych, sprzątaczki i sklepowe. Cały przekrój mieszkańców nowych osiedli powyżej przejazdu.

Ulica też nie jest ani zbyt pusta, ani zbyt zatłoczona. Nie liczę ich, ale do czasu przyjazdu radiowozu milicyjnego i karetki pogotowia, będzie tego nie więcej niż z dziesięć. Wszystko osobówki.

Pogotowie i milicję wezwał maszynista ze swojej kabiny w parowozie, korzystając z jakiejś wewnętrznej, kolejowej sieci łączności. Radiowóz tarasuje teraz ulicę, stoi w poprzek jezdni przed przejazdem kolejowym. Po drugiej stronie karetka. Milicjanci robią swoje, zabezpieczają i opisują ślady, a lekarz czeka, aż skończą oględziny wraku i trupa kobiety. Wtedy będzie mógł go zabrać. W wartburgu leży tylko ciało nauczycielki Barczyńskiej. Teresy. Januszek zatem żyje i przeżywa kolejne swoje porażki. Ich pasmo nie zniknie tak od razu, kwadrans po śmierci ich sprawczyni.

Nie ma już niebieskiego żuka, a obaj manewrowi spokojnie odpowiadają na pytania śledczego. Są przeze mnie przygotowani, podobnie jak kierowca żuka:

– Zaraz przyjedzie milicja.
– Zeznam co trzeba. Widziałem wszystko w lusterku.
– Ja byłem w samochodzie, jak pan przejechał przed nosem parowozu, nie zatrzymując się na znaku stopu…
– No, wie pan… Tu tak się jeździ… Ruch mały, prosta droga przez ogrody, a pociąg, pojawia się raz na ruski rok.
– Ale dzisiaj się pojawił. Ta kobieta, pojechała na pamięć za panem. Można powiedzieć, że wciągnął pan ja pod ten pociąg…
– Nie przesadza pan?
– Nic a nic.
– To co ja mam im powiedzieć…?
– Nic, znikaj pan stąd.

Patrzę jak odjeżdża. Zapisuję nazwę i adres firmy, do której należy furgon. Zbieram materiał do artykułu…

– Nie wyskoczyliście na czas na przejazd. Powinniście być na przejeździe przed parowozem i zatrzymać tę kobietę.
– Co pan gadasz! To bzdury!
– Siedziałem w samochodzie i wszystko widziałem. Najpierw przeleciał żuk, a was nie było…
– I coś pan jeszcze widział?
– Nie było was na wagonie. Biegliście za pociągiem. Nie mogliście więc na czas być na przejeździe… Coś was zatrzymało przed wiaduktem, opuściliście posterunek. Co to było? Albo kto to był?

Patrzą po sobie i trzęsą się, cali w strachu przede mną. Uspokajam ich.

– Możecie mi powiedzieć. Nie zakapuję was na mentownię, potrzebuję tego tylko do artykułu. A potem posłuchajcie co ja powiem śledczemu i mówcie mu to samo. Uratujecie tak swoje tyłki, tylko mnie powiedzcie całą prawdę…

Słucham ich opowieści i wszystko mi się układa w spójną całość. Jest tak, jak podejrzewałem. Sosiński wszystko perfekcyjnie przygotował, na tak wielu płaszczyznach, że aż zaczynam czuć do niego podziw.
– Witam redaktora! Katastrofa w tym mieście bez pana, to tylko sen. Nie mogłaby się zdarzyć naprawdę.
– Służba nie drużba, jak to mówią, droga milicjo.
– Dziennikarski dyżur? W takim miejscu? To chyba coś bardziej z obyczajówki… Winobranie, nocne powroty na osiedla i te sprawy…
– Niestety, obywatelu chorąży, niestety. Też tak bym chciał… Ale sprawy, które śledzę są naprawdę wokół nas. I to nie są problemy z żoną wywąchującą zapach obcych perfum, jak się przyjdzie w nocy po większej wódce. To zasrane gówno, rak toczący nasze społeczeństwo… Powiem wam, ale to na razie zupełna tajemnica. Tylko po starej znajomości…
– Ależ oczywiście, redaktorze. Ma się rozumieć.
– To poważna zagwozdka. Tu będą umoczeni prokurator, sędzia i – kto wie – może personel aresztu, albo ktoś jeszcze wyżej…?
– Mieliście nockę, tam? – śledczy wskazuje ręką przed siebie, w stronę aresztu na niewidocznym stąd końcu ulicy.

Kiwam potakująco głową i przykładam palec do ust.

– Cicho, cichuteńko. Nie trzeba nic więcej. I potem, w papierach też, ani słowa o tym… To zagadnienie znika. Byłem. Po prostu byłem, nie pytać po co, dlaczego? Pan, spec w swoim fachu, na pewno rozumie powagę tajemnicy śledztwa.

Chorąży kiwa ze zrozumieniem głową. Milknie, ale tylko na moment. Zaraz obraca się i podejmuje dalej swoje dochodzenie:

– A tu, w tej sprawie? Możecie być świadkiem?
– Właśnie wracałem, tam, stamtąd. Co to wiecie – robię to, co tacy funkcjonariusze cenią sobie najbardziej – dopuszczam go tymi niedopowiedzeniami do komitywy. – I nadjechałem, akurat, wtedy, gdy ona…
– Jak wy to widzicie? Tu nie ma żadnych śladów hamowania. Jakby w ogóle nie widziała przejazdu, nadjeżdżającego pociągu. Patrząc po rejestracji, to ktoś miejscowy, pewnie nie raz tędy jechała. Czy jest możliwe, aby nie wiedziała, że tu są tory, że o tej porze przetaczają skład z nocy?
– Albo…
– Albo co? Mogła zrobić to z premedytacją, samobójstwo, to macie na myśli?
– Było tuż po deszczu. Mogła wpaść w poślizg.
– A widzieliście manewrowych, no, tych z pociągu, od zatrzymywania ruchu? – pojawia się z nowym wątkiem sierżant z wózkiem do mierzenia odległości.
– Nie, nie, ja myślę o czymś innym. Tak teraz skojarzyłem, że tuż przed nią przeleciał jak szalony furgon… Tu często kierowcy lekceważą przepisy i nie zwalniają, pomimo tego przejazdu. Utarło się, że nie warto, że tu ten towarowy raz na ruski rok jedzie… Ja myślę, że ona zapatrzyła się na tego żuka i on ją pociągnął za sobą jak na sznurku.
– Czyli, zaufała, że jak wóz przed nią jedzie tak na pewniaka, to na pewno nie ma pociągu… – rozpoczyna swoją myśl chorąży, ale jej nie kończy.
– I pewnie nawet nie spojrzała na boki – wtóruje mu sierżant, który jednak wraca do swojej poprzedniej myśli – Mnie jednak nie daje spokoju to, dlaczego nie zatrzymali ich ludzie z regulacji ruchu? Nie było ich na miejscu, czy jak? Widział ich redaktor, czy nie?
– Miejsce, gdzie by stali, zasłaniał mi najpierw ten żuk, a potem już sam pociąg. Ale chodzą słuchy, że tam, za wiaduktem, gdzieś przy Krakusa, przy fabryce dywanów można dostać dobry bimber. Podobno instruktorzy z PZMot-u robią sobie przerwy i korzystają… Mówią, że kolejarze, obsługujący te składy towarowe na dawnej szprotawiance, też.
– Robiliście zdjęcia? – przerywa mi rzeczowo śledczy.
– Tak, kilka zdążyłem pstryknąć – chwalę się, nieudolnie, w widoczny dla nich sposób, skrywając dumę pod maską skrępowania.
– Zauważyliście, skąd był ten żuk? A może na zdjęciu będzie uchwycony napis na burcie?
– Nie, nie pamiętam, ale jak tylko wywołam zdjęcia, dam wam znać. Napiszę o tym w artykule, może ktoś się zgłosi?
– Dobrze, spróbujcie redaktorze. My też sprawdzimy we wszystkich bazach w mieście…
– Musimy sprawdzić dokładnie wrak – podchodzi do nas czymś wyraźnie zaaferowany technik milicyjny. – Nie daje mi spokoju ten brak śladów, żadnej reakcji. To tak, jakby miała uszkodzone hamulce, albo układ kierowniczy… Zero hamowania, żadnej próby skręcenia w bok, ucieczki spod lokomotywy. Przecież ani ona nie pędziła, ani pociąg nie jechał szybko. Był czas, mogła zrobić wszystko…
– Jeżeli się zagapiła…
– A jeżeli nie? Trzeba dokładnie sprawdzić.
– Zaleciłbym toksykologię – wtrąca lekarz. – Awarii mógł ulec samochód, ale i organizm nie jest od nich wolny. Może miała ograniczoną reakcję pod wpływem jakichś środków, leków? Jeżeli coś wzięła, badanie to wykaże…
– Moim zdaniem pojechała na pamięć za żukiem, a potem, w tym deszczu, na tej śliskiej kostce zawahała się, czy hamować, czy skręcać obawiając się poślizgu. I jeszcze dodam, że tak jak ja to widziałem, ani ona, ani żuk wcale nie jechali wolno. Pędzili co najmniej osiemdziesiątką, jak szaleni!
– Tutaj osiemdziesiątką?! – dziwi się śledczy.
– Tak tu jeżdżą, odcinek prostej drogi, same ogrody – popiera mnie sierżant. – Zgodziłbym się, że to możliwe.
– A wy jak to opiszecie, redaktorze? Znowu jako tajemnicze i gwałtowne wydarzenia bez wyjaśnienia, niczym w „Kobrze”, czy bardziej pod kronikę towarzyską…? – próbuje sobie podkpiwać ze mnie śledczy.

„Poczekaj, zobaczysz. Zrzednie ci jeszcze mina” – syczę jadem, odgrażając mu się w duchu. Irytuje mnie tym prześmiewczym tonem – „Zdziwisz się, tak ci to napiszę. A do prawdy i tak nawet się nie zbliżysz, choćbyś się i zesrał… „

Uśmiechając się od ucha, do ucha, pstrykam jeszcze tylko kilka zdjęć milicjantom. Przydadzą się do zilustrowania dłuższego reportażu w sobotnio-niedzielnym magazynie gazety. Bo na pierwszą stronę wydania codziennego dam, oczywiście, sam moment zderzenia wartburga Sosińskiego z parowozem! I duże litery tytułu tnącego jak brzytwa. Mam go już w głowie, dobry będzie, taki aby rzucili się na niego nawet robotnicy na budowie, ojcowie rodzin i tyrani domowi, różni pijacy, niewierni seksoholicy i pomniejsi zboczeńcy, o których nikt się nie dowie. Tytuł będzie brzmiał…

karta nr 140/ 203 / 314 (kilka nachodzących na siebie numerów, pisanych niebieskim długopisem, zielonym, skreślanych na czerwono itd.)

egzemplarz gazety, typowy papier gazetowy, nieco wymięty

CZY ŚMIERĆ NAUCZYCIELKI KRYJE TAJEMNICĘ?

Gdzie była obsługa ruchu? Czy tajemniczy furgon to ręka z zaświatów, która wciągnęła kobietę w okowy śmierci? Wypadek, samobójstwo, czy dobrze zaplanowane zabójstwo?
W dniu wczorajszym, w porze wzmożonych dojazdów mieszkańców Zielonej Góry do pracy, doszło do tragicznego, śmiertelnego wypadku. Osobowy samochód marki wartburg, wjechał pod lokomotywę pociągu towarowego, przetaczającego wagony do „Polskiej Wełny” i fabryki mebli „Zefam” po torach bocznicy tzw. kolei szprotawskiej. Do zdarzenia doszło na przejeździe kolejowym przy ulicy Krośnieńskiej.
Niestety, zawiadomione przez kolejarzy pogotowie ratunkowe, które przybyło wprawdzie niemal natychmiast, nie mogło już nic pomóc nieostrożnemu kierowcy samochodu. Lekarz stwierdził zgon na miejscu, na skutek rozległych i głębokich obrażeń, powstałych w wyniku zderzenia. Na zdjęciu widać skalę zniszczeń.
Czy ta tragedia to skutek nieostrożności i brawury? Zastanawiają się nad tym od wczoraj pracownicy Komendy Miejskiej Milicji Obywatelskiej w Zielonej Górze. Wprawdzie niejednokrotnie na naszych łamach piętnowaliśmy naganne postawy kierowców, rozpędzających się do szaleńczych prędkości na niezabudowanej części ulicy Krośnieńskiej i ignorujących niestrzeżony przejazd kolejowy, to jednak prowadzący śledztwo nie są pewni, czy przyczyny tej tragedii są takie same, jak w większości podobnych przypadków.
– Musimy przeprowadzić analizę toksykologiczną ciała kierowcy oraz badania techniczne wraku samochodu – mówi szef grupy dochodzeniowej. – Wszystko pod kątem wykluczenia udziału osób trzecich.
Jak się dowiedzieliśmy, śledczych zastanawia brak śladów hamowania lub próby uniknięcia zderzenia ze strony kierowcy, poprzez nagły skręt. Do tragedii doszło w otwartym terenie, przy dobrej widoczności, co dawało czas na właściwą reakcję. Ślady na jezdni nie wskazują też na to, aby samochód wpadł w poślizg. Na zdjęciach obok prezentujemy moment zderzenia oraz funkcjonariuszy MO, badających ślady na ulicy.
Zastanawiające są zeznania nielicznych świadków. Podobno był dwa samochody, które pędziły ulicą wprost pod nadjeżdżający pociąg. Pierwszemu z nich, niebieskiej furgonetce, udało się przejechać, natomiast wartburg już nie zdążył. Czy obaj kierowcy byli ze sobą powiązani, czy jeden gonił drugiego? Może kryje się za tym zupełnie inne wydarzenie, o charakterze przestępczym? Milicja Obywatelska zwraca się z apelem do czytelników o przekazywanie informacji o każdym niebieskim furgonie marki żuk, z metalową skrzynią ładunkową, krytą plandeką, jaki był poza swoją bazą w nocy ze środy na czwartek lub wyjechał z bazy bądź wrócił na nią wczoraj wcześnie rano.

Innym tematem, jaki sprawdzają śledczy, jest właściwe zabezpieczenie przejazdu przez manewrowych, odpowiedzialnych za drogę pociągu przez miasto. Istnieje podejrzenie, że nie było ich we właściwym miejscu i we właściwej chwili, tak aby zatrzymać obu kierowców przed wtargnięciem na tory prosto pod rozpędzony pociąg.
Wątpliwości śledczych i dziwne zeznania świadków nakazują zadać pytanie, czy to był zwykły wypadek? Tajemniczy furgon, domniemane zaniedbanie służby organizacji ruchu. Nie wyklucza się też hipotezy, że mogło to być samobójstwo kierowcy. Gazeta będzie systematycznie sprawdzać postępy Milicji Obywatelskiej i informować czytelników o tej, być może najbardziej tajemniczej katastrofie, jaka wydarzyła się w Zielonej Górze w ostatnich latach.
Na zakończenie dodajmy, że samochód był własnością znanego trenera grup młodzieżowych piłki ręcznej, profesora S., w wypadku zaś zginęła nauczycielka szkoły podstawowej, Teresa B., która prowadziła jego samochód, będąc w nim jednak sama. Więcej o przebiegu wypadku, relacja z prac zespołu dochodzeniowego oraz informacje od naocznych świadków już w jutrzejszym wydaniu gazety. Być może odpowiemy na pytanie, dlaczego Teresa B. prowadziła nad ranem nie swój samochód i skąd jechała? Spróbujemy też porozmawiać z pracownikami PKP, obsługującymi przejazd feralnego składu przez zielonogórskie ulice. Czy na pewno jesteśmy bezpieczni na ulicach Zielonej Góry, tam, gdzie przechodzą tory bocznicy przemysłowej, czyli praktycznie w każdej dzielnicy miasta?

Marzenia o marzeniach

Teresa Rudolf

Tak sobie marzę…

Kot Moritz delikatnie
opuszkiem łapki
w policzek stuka.

Przebija się słońce
przez cienką szybę,
złodziej bezszelestny.

Kiczowatością koloru,
niebieskość nieba
razi śpiące oczy.

DZISIAJ wchodzi
przedwiosenny dzień,
drzwiami życia.

Dzień dobry, dzień dobry
krzyczeć się chce
zostań mi dobrym…


I też mi się marzy

Leciutki letni wiaterek,
z listkami kwiatów
w porannej mgle tańczący.

I te kolorowe parasolki
małych kawiarenek
pachnących kawą i lodami,

powietrze z dziecięcym
śmiechem, też te widoki
kotów na parapetach

okien, z których patrzą
ludzie tak ciekawsko
jak kiedyś, tak niedawno

…ale też i …dawno.

Marzenia o dobrej ulicy…

A mnie się marzy,
dobroć człowieka
do nielubianego
czarnego kota,
w białych bucikach

…kiedy jest głodny,

wiesz, też i do tego
w te tygrysie łatki,
i do tego rudego,
wiesz, one chcą jeść,
nie zabiora  ci niczego…

…więc nie kop!

A mnie się marzy,
dobroć człowieka
do małego brudaska,
z ulicy tak brudnej
jak on sam, biedaczek…

…nie gardź, nakarm!

I nie ma tu poezji,
tematu do wiersza,
to smutna przepaść,
z setkami miauczeń,
twarzy, to nie zły sen

…obok ciebie sytego…

to też i twoje życie,
nie uciekniesz nigdzie,
choć czegoś nie lubisz,
gardzisz, a ja marzę,
by cię dopadło…

…obok dobrobytu,

w najpiękniejszym
momencie życia…
podła jestem, tak?
Przecież to takie
proste, być podłym,

…ty i ty, znasz to!

Z wolnej stopy 37

Zbigniew Milewicz

Młody pan w starszym wieku

Dawniej mówiło się na mierniczego: geometra, albo żartobliwie skoczybruzda. Kojarzył się zwykle z podchmielonym osobnikiem o niedbałym wyglądzie, co biega po polach z łatą i mapą, coś tam mierzy, udowadnia, zapisuje, u gospodarza jeszcze się doprawi bimbrem i znika. Matki pilnowały przed nim córki, a mężowie żony, bo słynął z jurności. Osobiście znam takiego pana, jest moim sąsiadem w Tychach (witaj Kaziu), który może zaświadczyć, że to wszystko prawda, choć sam od lat prowadzi się już bardzo porządnie. Niedawno, z okazji 509 urodzin Gerarda Merkatora, flamandzkiego matematyka i geografa, prekursora współczesnej kartografii, uznawanego za ojca światowej geodezji, branża ta tradycyjnie świętowała. Co prawda wyrosła jej jeszcze inna, konkurencyjna data – 21 marca, ale geodeci to taki naród, który pracuje, kiedy trzeba, a świętuje, kiedy chce, więc zostawmy im wolność wyboru.

Mam również przyjemność znać wnuczkę Prof. Stanisława Kluźniaka – ojca polskiej geodezji. Jesteśmy z Marysią zaprzyjaźnieni od końca lat 80 i jak dzisiaj opowiem o jej dziadku, to usmażę dwie pieczenie na jednym ognisku. Będzie to bowiem wpis na Międzynarodowy Dzień Geodety a dla Marysi – laurka na niedawny Dzień Kobiet, który świętujemy latoś przez cały marzec. 

Stanisław Kluźniak urodził się w 1891 roku w Hebdowie, na ziemi miechowskiej, która była pod zaborem rosyjskim, w wielodzietnej rodzinie wiejskiego nauczyciela. Ojciec miał patriotyczne poglądy, w związku z czym także na pieńku z carskimi władzami, ale dzieci musiały zdobyć dobre wykształcenie. Po ukończeniu z wyróżnieniem polskiego gimnazjum, Stach złożył eksternistyczny egzamin maturalny w języku rosyjskim, otrzymał pierwszą lokatę z odznaczeniem i to otworzyło mu drogę na uczelnie Rosji. W 1914 r. ukończył Instytut Inżynierów Mierniczych w Moskwie – na swoje utrzymanie w czasie studiów zarabiał korepetycjami i drobnymi pracami pomiarowymi – a następnie został wcielony do carskiej armii, ponieważ w tym w samym roku wybuchła Wielka Wojna. Najpierw jest to służba w artylerii, później w wojskach kolejowych, przy czym zataja uczelniany dyplom, żeby uniknąć oficerskich szlifów i wysyłki na pierwszą linię frontu. Obdarzony aktorskimi zdolnościami, skutecznie gra niegramotnego, durnego chłopa i tak, w stopniu szeregowca, szwejkowskimi fortelami, przeżywa wojnę. Jeszcze w Moskwie poznaje piękną studentkę biologii i geografii, kresowiankę Wandę Wolską, biorą ślub i po wybuchu Rewolucji Październikowej w 1917 r. jadą do Briańska, w guberni orłowskiej. Mają już córeczkę Halinkę, przyszłą mamę Marysi. W guberni mieszka wielu Polaków, więc wspólnie z żoną zakładają polskie liceum i to jest początek pracy nauczycielskiej Profesora. Równocześnie wchodzi w politykę, współorganizując Związek Wojskowy Polaków.

Pobyt w Briańsku trwa krótko. Kiedy wojna już dogorywa, ruszają pierwsze transporty kolejowe ze Wschodu na Zachód, a w nich tłumy Polaków; wśród pasażerów jest Stanisław Kluźniak z żoną i dwuletnim dzieckiem. Jadą zatłoczonym, towarowym wagonem, droga jest niebezpieczna, wiedzie przez linie frontu, na którym jeszcze trwają pojedyncze potyczki, ale docierają cało do Warszawy. Do stolicy przeprowadziła się też rodzina z Hebdowa, więc na razie mają dach nad głową. Później znajdą własny. Dla pedagoga z powołania, który wyrósł w nauczycielskim i patriotycznym domu, najważniejsza jest praca oświatowa – Niepodległa potrzebuje geodetów. Jak odpowiedział na to zapotrzebowanie, pisze w życiorysie, który znalazłem w dokumentach rodzinnego archiwum Marysi Mayerhöfer-Trzeciak:

Od powrotu do Polski w końcu 1918 r. jestem 1. nauczycielem kolejno na kursach mierniczych, szkole topografów, Państwowej Szkole Mierniczej 2. dyrektorem Liceum Mierniczego, Technikum Geodezyjnego, 3. habilitowanym docentem na Politechnice Warszawskiej w 1928 r. (pisownia oryginalna).

Życiorys, którym można byłoby obdzielić parę osób, mieści się na połowie kartki maszynopisu i ma jedną charakterystyczną cechę: tytuły profesora pisane są z małej litery, a tylko jego szkoły – z dużej. Świadczy to o wielkiej skromności człowieka, choć językoznawca powiedziałby zapewne, że pisownia się z czasem zmienia i z cechami charakteru nie ma nic wspólnego. W czasie okupacji hitlerowskiej uczy w stolicy na tajnych kompletach, działa w szeregach Armii Krajowej, biorąc udział m.in. w licznych akcjach sabotażowych. Po upadku Powstania Warszawskiego, internowany do obozu w Pruszkowie, ucieka z niego Niemcom.

Kiedy wojna się kończy, wraca do miejsc, w których wcześniej uczył i wykładał – na Politechnikę, gdzie otrzymuje stopień profesorski i kierownictwo Katedry Geodezji, ale najpierw zajmuje się adresem przy ulicy Hożej 88, gdzie stoi ocalały z pożogi budynek szkoły mierniczej. Założona w 1916 roku, dwa lata przed przyjazdem Profesora do Warszawy, jest jego drugim domem. Po okupacji ponownie zostaje tu dyrektorem i nauczycielem, bo kraj znowu pilnie potrzebuje mierniczych – m.in. do przeprowadzenia reformy rolnej, prac regulacyjnych na tzw. Ziemiach Odzyskanych i przygotowania dokumentacji dla odbudowy miast oraz przemysłu. Ponadto bierze na siebie organizację Katedry Geodezji na Wydziale Melioracji Wodnych w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego i kieruje nią przez 11 lat. Spełnia się jako naukowiec; jest autorem szeregu cennych prac i podręczników, z dziedziny geodezji i planowania przestrzennego oraz zastosowania pomiarów geodezyjnych w pracach rolnych.

Punkt ciężkości jego zainteresowań naukowych leżał w kręgu tradycyjnej, klasycznej niejako geodezji. Tworząc, miał zawsze na celu aktualne potrzeby techniczne, a w swych pracach, jako autor podręczników i jako redaktor wielotomowej Geodezji gospodarczej, dążył do aktywizacji nowych metod geodezyjnych, przy sporządzaniu map do różnego rodzaju potrzeb gospodarczych kraju.
Jako człowiek był z natury bardzo dobry i uczynny, chociaż niełatwo udzielał kredytu zaufania. Nie uznawał kompromisów tam, gdzie należało odróżnić dobro od złego, co łączyło się poza tym z odwagą cywilną nazywania wielu rzeczy po imieniu. Oportunistą nie był.

Pamiętne jest wystąpienie Profesora w 1956 r., w pewnym gronie naukowców, w którym zażądał uwolnienia z sowieckich łagrów polskich więźniów, wywiezionych w głąb imperium, po napaści ZSRR na Polskę, 17 września 1939 r. Przekonującą i spokojną, lecz śmiałą argumentacją umiał zjednać dla dobrej sprawy swoje środowisko.

Inaczej działał w obronie swoich własnych interesów. Kiedy w latach międzywojennych, po krótkim okresie docentury na Wydziale Geodezyjnym Politechniki Warszawskiej, wbrew swojej woli zmuszony był opuścić tę placówkę, zareagował na to posunięcie w sposób godny uczonego: wydał w r. 1928 największe objętościowo w historii polskiej literatury geodezyjnej dzieło, jakim jest Geodezja niższa, o przeszło 1100 stronach formatu A4, a następnie w r. 1937 – prawie na 500 stronach – Urbanizm. Pozostał tylko przy swojej szkole mierniczej (…), nie opuszczając jej już do końca życia, nawet po objęciu katedry w S.G.G.W. Młodzież ukochał szczerze i rozumnie: był wyrozumiały, choć niezbyt pobłażliwy. Kiedy zwrócono kiedyś uwagę, że umie sobie jakoś dawać radę z tą niesforną czeredą, ktoś zauważył: Rozumie młodzież, bo sam jest młody od środka: to taki młody pan w starszym wieku… Wychowankowie odpłacali Mu się szczerym szacunkiem i przywiązaniem, a tłumne ich przybycie (z niejednego już pokolenia) dla oddania Mu ostatniej posługi, było wprost wzruszające.

W szkole przy Hożej, dzisiaj noszącej imię Profesora, miał mały pokoik, w którym często nocował. Marysia mówi, że rzadko bywał w domu, co nie znaczy, że nie darzył miłością i troską swoich najbliższych. Pokazuje mi jeden z wierszy, które dziadek napisał specjalnie dla niej, pierwszej wnuczki oraz dla Wandy, jej młodszej siostry. Warszawa leżała jeszcze w gruzach, ludziom żyło się biednie, ale geodeta-poeta miał wiele nadziei, humoru i fantazji.

Odszedł nagle, 1 października 1957 r. We wspomnieniach o Profesorze Stanisławie Kluźniaku, zamieszczonych w Zeszytach Naukowych Politechniki Warszawskiej (Geodezja Nr. 5, 1960), z których pochodzą wcześniej cytowane zdania, jest adekwatny czterowiersz:

Pragnęłoby się wiedzieć, że się gasnąć będzie
Nie jak knot ogarka, pełgający wszędzie,
Lecz jak żarówki, które w oka mgnieniu gasną,
A przedtem do ostatniej chwili świecą jasno.

Autorem tego epitafium jest filozof, Prof. Tadeusz Kotarbiński.

International Women’s Day & Ania

Five courageous female artists

To celebrate International Women’s Day, DW correspondents around the world present female artists who inspire them with their courage and creativity. These rebellious, smart women are fighting against patriarchal structures for equal rights. One of them is Anna (Ania) Krenz from Berlin.


Foto: Maciej Soja

Zu den Film: Deutsche Welle

“My body, my choice. For months, women have been taking to the streets to protest against the tightening of Poland’s restrictive abortion laws. Artist Anna Krenz is raising her voice in support from Berlin.”
By Karin Helmstaedt / DW Deutsche Welle
Berlin ist wunderbar, schrieb auf dem FB Joanna Guttzeit, die diesen Banner irgendwo in Berlin fotografiert hat:
What plans Anna Krenz for an International Women’s Day of Polish Women in Berlin:
3D pop-up herstory comic by Anna Kren

11:00 – 13:00

Międzynarodowy Dzień Kobiet/Internationaler Frauenkampftag

Ania jest też jedną z współinicjatorek powołania do życia Polonijnej Rady Kobiet.

Polonijna Rada Kobiet powstała 2021 roku. Jest organizacją żywą, w stałym procesie kształtowania się. Jesteśmy grupą osób, które nawiązały współpracę międzynarodową w celach reprezentowania i wspierania Polek za granicą, oraz działań na rzecz równouprawnienia i praw kobiet, sprawiedliwości społecznej i praw człowieka w Polsce i na świecie.

W toku są prace nad formułowaniem szczegółowych celów, zasad etycznych i manifestu politycznego, w oparciu o innowacyjne, nowoczesne i feministyczne sposoby działania.

Ania is also one of the founder of International Council of Polish Women, which was established in 2021. It is a living organization, in constant development. We have united across boarders to represent and support Polish women abroad. We advocate for equality, women’s rights and social justice, and strongly support human rights in Poland and abroad.

Work is underway to formulate specific goals, ethical principles, and a political manifesto based on innovative, modern, and feminist modes of action.

Odcinek 14

Mieczysław Bonisławski

Aż do godziny osiemnastej nic się nie będzie działo. Ot, normalna sprzedaż, zwyczajny ruch klientów. Robotnicy z pobliskiej drukarni na placu Lenina przyjdą po parę paczek „sportów”. Do papierosów wezmą po pudełku zapałek. Matka z dzieckiem przy boku, zapewne po wizycie w przychodni naprzeciwko kina „Wenus”, udobrucha synka plastikową koparką. Będzie to nagroda dla małego za dzielną postawę podczas badania przez panią doktor audiolog. Taksówkarze z postoju, ci którzy zaczną swój popołudniowy dyżur, zapolują na „Tempo” lub „Przegląd Sportowy”, inni wezmą do poczytania „Żołnierza Polskiego” albo „Życie Warszawy”. Ludzie, idący ku pobliskiej poczcie, pooglądają widokówki ze wzgórzem winnym, z korowodem z Winobrania, z domem towarowym „Centrum” lub biurowcem zakładów elektronicznych „Lumel” i czerwonym autobusem miejskim. Gdy zacznie się już ściemniać, wyskoczy szatniarz z hotelu naprzeciwko.

– „Carmeny” i zapałki…
– Ile razy mam ci mówić, abyś nie kupował u mnie tego, co masz u siebie, co sam sprzedajesz gościom. W dupę z takim kamuflażem!
– Jasne! Przepraszam szefa…
– No, już. Gadaj, co tam masz.

Za kioskiem – co bardziej wyczuję, niż zobaczę – ktoś się zatrzyma. Wyciągnie papierosa lub fajkę i zapali. Będzie tak na kogoś czekać, czając się i chowając za moją budką.
Ten ktoś drugi podejdzie akurat wtedy, gdy będę zajęty szatniarzem:

– Dziś „wieczór winobraniowy” dla prawników. W południe przyjechał prokurator z tą swoją, ze wsi, spod Międzyrzecza.
– Ta z Gościkowa, od księdza przeora?
– Ta sama, tylko dzisiaj będzie dla odmiany „jeździć” pod prokuratorem, he, he… – rozkaszle się od złośliwego śmiechu mój szatniarz.

– Witam, co jest? Tak nagle? – tu dojdzie do mnie nerwowy, głośny głos zza kiosku.
– Ciszej! – ofuknie go ten pierwszy, sepleniąc z tym czymś w ustach.
– Wzięli pokój?
– A jakże, ten sam co zawsze. Sekretarka naszego dyrektora wygadała się, że pani prokuratorowa, jego żona znaczy się, ma trzy dni delegacji w Warszawie…
– …siostra ostro działa, tak jak ustaliliśmy. Ten tu, nie domyśla się…? – zza kiosku.
– Właśnie się dowiedział.

– Co jeszcze?
– Jest nasz sędzia z wojewódzkiego, co to szef wie. Ten też wziął pokój, a zaraz obok niego, ten młody adwokat z Krosna… Będą się pedalić pewnie… – z takim domyślającym się uśmiechem na ustach, ale jednocześnie z mocno przemawiającą do słuchacza dozą niepewności zaasekuruje się staruszek.
Po drugiej stronie ulicy pojawi się jedna z kucharek, pracujących w hotelowej restauracji.
– Znikaj na razie!
– Dzień dobry, dostanę szampon? Taki do włosów blond, może jeszcze taki ziołowy, jeśli pan ma?
Zamacha mi stertą jasnych loków, od widoku i powiewu których opadły już niejedne spodnie w tym mieście. Zamruga niebieskimi oczętami, obfity, sterczący jeszcze biust wbije w ladę przy okienku. Rozniesie się przyjemny zapach.
– Ty prosto z kuchni, czy pod drodze zaliczyłaś jeszcze salon piękności? – zakpię, aby nie ulec jej powabowi.
Zaniesie się pustym śmiechem. Poprawi ręką włosy. Zafaluje tym swoim biustem.
– Dyrektor PeGieeRu z Radwanowa przywiózł w południe lewą wołowinę dla prawników. Mówią, że nasz dyrektor ma z tego jedną trzecią. W gotówce.
– Co jeszcze mówią?
– No, że zbiera na renówkę dla tej swojej…
– …żony?
– A gdzieżby dla żony?! Dla tej swojej lafiryndy!

Tymczasem za kioskiem stanie się mocno dramatycznie:

– Nie możesz tego ode mnie żądać!
– Muszę. On już nie liczy się nawet z Pułkownikiem. Pamiętaj, że to frontowiec, wystrzela nas jak kaczki. A ja nie zamierzam się poświęcać.
– Ale dlaczego ja?!

– Dobra, wracaj do garów. Rozglądaj się. Wieczorem może być ciekawie i u was, na zapleczu.
Na ulicy pojawi się szef grupy waluciarzy, znany z tego, że oprócz dolarów można u niego zaopatrzyć się w bardziej szeroki asortyment: od zagranicznych leków na prostatę, po morfinę na lepszy nastrój.
Kiwnę na niego ręką, pakując nos w okienko, ale on i bez tego skręci do mnie.

– Co ty, z dolarami pod „Orła”?
– A gdzieżby tam, szefie! Dzisiaj prawnicy. Marycha i sam cięższy kaliber. Po doktorach te papugi to najlepszy klient na te rzeczy.
– Chcę dokładnie wiedzieć kto, co i ile? Mam nadzieję, że dobrze na tym wychodzisz i nie chcesz tego tracić?
– Szefie, co szef?! – żachnie się obszczymur i zgięty w uniżonym pokłonie zniknie w drzwiach hotelu.

– Znowu mnie wrabiacie. Jak wtedy, jak zawsze – dobiegnie zza kiosku.
– Kto cię wrabia?! Sam pakujesz się jak w lepkie gówno. W pięćdziesiątym, zgłosiłeś się… Wiesz czemu. Nie Ostrowski ciebie pociągnął w dół, ale to ty pogrążyłeś jego… Pamiętasz jeszcze, że to był twój pomysł…
– Dajmy spokój.
– W Jarogniewicach, dziesięć lat później…
– Dajmy spokój… Tylko, że ja nie chcę tak skończyć… Da się coś zrobić? – zaskomlał ten drugi człowiek dobrze mi znanym głosem Sosińskiego.
– On łaknie krwi. Nic innego go nie uspokoi. Pragnie bezpieczeństwa dla syna, ale i zemsty. Bez zemsty, krwawej zemsty się nie obejdzie. Mówiłem ci, to gość wychowany w KaBeWu, „Ogień” w Gorcach, „Stiach” w Bieszczadach… To jego żywioły, a mały do tego – wnuk wojskowego prokuratora…

Od strony kina podejdzie chroniony przeze mnie „konik”.
– Dzień dobry. Butelkę wody po goleniu, poproszę.
– Może być „Przemysławka”?
– No, co pan! To dobre dla tych z budowy…
Zaśmieję się, ten gość zawsze będzie w stanie mnie rozbawić tą swoją ekstrawagancją. blichtrem na pokaz. Ale nigdy nie będę mu okazywać tej słabości do niego, bo by zaraz zagryzł. Musi być tak, że zawsze będzie czuć przede mną respekt, będzie się bać ucieczki ze smyczy.
– Masz coś dla mnie?
– Nasz profesorek z technikum dzisiaj będzie na wieczornym seansie.
– Z tą swoją…
– Iiii! Nawet dwie siksy weźmie. Obie z pierwszej klasy.
– Jakieś zupełnie nowe?
– Nie, no, ta jedna plus koleżanka. Ciekawska cipka… Chce powąchać, jak to jest ze swoim nauczycielem…
– Nieletnia…
– I to bardzo, aż zimowa.

– Może siostra? – to znowu stamtąd.
– Kto? Moja?
– Nie, moja! – żachnie się Demianiuk (poznam go po głosie). – Nie ma musu, byś to ty zginął, ale daj kogoś innego na żer. On wie, że to ona. Będzie zadowolony.
– Mam zabić Teresę?
– Osłodzę ci to
– Jak? – w tym momencie na postój zwali się stara zastawa z rozklekotanym tłumikiem. Wysiądzie z niej siwowłosy mecenas P., adwokat – senior miejscowej palestry ze świtą swoich trzech, młodych i gorących jak czerwcowa noc aplikantek. Ubrane w wieczorowe suknie, w błyszczących złoto szpilkach perlistymi wykrzyknikami zagłuszą nawet łomot tej rozwalonej rury wydechowej. Cisza miejskiego wieczoru (o ile w ogóle można mówić o takiej ciszy) wróci dopiero wtedy, gdy znikną w hotelowym foyer.
– Jakbym miał to zrobić, to z Teresą? O ile w ogóle mogło by to wchodzić w grę… Kurwa, o czym ja, kurwa, w ogóle myślę!

Zrobi się już zupełnie ciemno. Po dziewiętnastej, już tak bliżej dwudziestej, zaczną schodzić się liczniej prawnicy na swój bal winobraniowy. Kwiat wojewódzkiej palestry, sędziowie sprawiedliwie każący w imieniu ludowej władzy, prokuratorzy ścigający niegodziwców i dzięki swej skuteczności zapewniający poczucie bezpieczeństwa ludziom pracy. Sługusy na skinienie władzy, łapownicy, biorący od tych co ich stać, homoseksualiści i seksoholicy, narkomani i hazardziści, ustawiacze przy kawkach i koniaczkach.
Przed dwudziestą pierwszą ja sam zacznę się już zbierać do domu. Tuż przed zamknięciem zapuka do drzwi kiosku Redaktor.
– No, panie oficer. Załatwione.
Wyjdziemy razem przed budkę. Powoli, lekceważąc obecność tamtego, będę obracać klucz w zamku. W końcu odwrócę się ku Demianiukowi.
– Tak? Doprawdy?
– Nie wierzycie mi? – spróbuje obrócić moją reakcję w żart, ale szybko zacznie przypominać siebie. – Mam opowiedzieć jak to wszystko się odbędzie? Chcesz posłuchać, panie oficer?
– Tak, chcę – rzucę mu bezczelnie, zaczepnym tonem.
– No to, posłuchaj…

W jego głosie zabrzmi ukryte szyderstwo. To będzie znak, którego nie odczytam właściwie. A przecież „Duch” mnie ostrzegł, kazał uważać na cenę… Nie słuchałem go zbyt uważnie? Zlekceważę go? Gdybyż mogło być inaczej! Ale nie będzie, a potem – już za późno na cokolwiek… „Zanim będzie za późno” powie „Duch” na odchodne i jak zawsze będzie miał rację…
Demianiuk powtórzy się, syknąwszy niczym żmija:
– Słuchaj, tatuśku…

A w duchu pomyśli: Słuchaj… Słuchaj, jakie to przeżycie. Tobie wydaje się, że wszystko możecie, w imię wzniosłych idei. Bo za wami stoi władza, że jesteście ponad ludzkie słabości i osądy. A taki jak ja, to według ciebie kto? Najgorszy z najgorszych, bo jak ja zrobię to samo co taki jak ty, to wyjdzie brak mojego namaszczenia…? No to słuchaj prawdy i razem ze mną ją przeżywaj. Zniż się do poziomu człowieka i martw się i na przemian raduj, miej nadzieję i ją trać, bądź pewien i zaraz potem – pełen zwątpienia i strachu, przeżywaj ze mną naprawdę to teraz. No, popatrz i poczuj jak –

karta nr 128/ 191 / 302 (kilka nachodzących na siebie numerów, pisanych niebieskim długopisem, zielonym, skreślanych na czerwono itd.)

Deszcz już nie pada. Całą noc tłukło o dach samochodu, ale w końcu mam spokój. Rozwidnia się. Samotny poranek przed warzywniakiem na Krośnieńskiej. Sklep jeszcze zamknięty, ruch zaczyna się już natomiast po drugiej stronie ulicy, przy kiosku „Ruchu”.

Zanosi się na gorący dzień. Uliczny bruk szybko paruje. Jest jeszcze cały mokry, śliski, ale za dwie godziny będzie suchy i nagrzany. Teraz jest najlepsza pora na wykonanie zadania, nikogo nie powinno zdziwić, że to co ma się stać, stało się na takiej śliskiej nawierzchni. Bruk po deszczu jest jeszcze bardziej zdradliwy niż asfalt. Zresztą niedługo przejedzie skład do Polskiej Wełny i browaru. Tak, to wszystko jest bardzo dobrze obmyślone. Co teraz robi ten domorosły mistrz trenerski, czy ustawia jeszcze całą akcję, czy też ma już wszystko ułożone? Czy zastanawia się do ostatniej chwili, czy gryzą go wątpliwości? Czy istnieje cokolwiek, co byłby on w stanie – już na tak końcowym etapie przygotowań – jeszcze spartolić?

Cała noc w samochodzie. Gdy nie ma przepustki, ON musiał zostać za kratami, po tamtej stronie. A to, że tu ktoś czeka i tęskni, to nic takiego klawisza nie obchodzi. Nic dziwnego, że lepszy mi taki samochód, choćby i ostukiwany deszczem, niż puste mieszkanie a w nim samotna noc, samotna pomimo tylu przygotowań. Tu, w tym blaszanym wnętrzu nie patrzy człowiek przynajmniej na tę nową pościel rozłożoną i czekającą na tego, który nie mógł przyjechać. Zapraszającą nas obu bez skutku świeżym zapachem i kolorami poszwy. Na lodówkę z pełnymi półmiskami naszych smakołyków, na ekskluzywny, tak wyśniony prezent dla NIEGO, stojący w przedpokoju…

Samochód. Czy aby nie rzuca się za bardzo w oczy? Wszyscy go widzą, szczególnie, że nie jest to byle fiacik, czy syrenka. Każdy kto przechodzi Krośnieńską musi go dostrzec i zapamiętać. Robotnicy, urzędnicy, ci wracający z pracy i ci idący do pracy. Służby miejskie z samego rana, jeszcze po ciemku i obsługa lokali, hoteli, knajp, przeżywających do późna oblężenie gości, jak to podczas dni Winobrania bywa. Po drugiej, w środku nocy była jeszcze przecież ta grupa, wracająca od strony centrum z jakiejś imprezy. Totalnie pijani, może nie zapamiętają zachodniego auta, samotnie stojącego przed sklepem? A jak zapamiętają?

Błąd, duży błąd. Takiego śladu żaden zawodowiec nie podaje organom na tacy. Jestem zupełnie rozklejony przez ten JEGO odwołany w ostatniej chwili przyjazd. Niech szlag trafi tamtego naczelnika! Szczególant z zasadami się znalazł. Z zasadami, w więzieniu. Rzeczywiście, w takim miejscu są potrzebne zasady…

Muszę koniecznie coś znaleźć, jakieś wyjaśnienie. A może tak? Mam cynk na adwokata, który zaraz po tej popijawie prawników „Pod Orłem” jeszcze przed ranem prześlizgnie się do naszego aresztu, do klienta. Poleje trochę sędziemu, trochę prokuratorowi i już razem wchodzą przez zamknięte dla innych wrota, na potajemną pogawędkę z osadzonym. Tajna, prywatna, nocna rozprawa w sali odwiedzin? Czy to nie jest zbyt grubymi nićmi szyte, czy w to można uwierzyć? Ale właśnie z takiego powodu mogę siedzieć całą noc w aucie, zaparkowanym przed tym sklepem, z widokiem wprost na bramę aresztu śledczego, która zamyka z tej strony perspektywę ulicy Krośnieńskiej.

Tak, potrzebuję czegoś co mnie podniesie na duchu. Boli głowa, ale nie od alkoholu. Moja noc, choć traumatyczna, samotna i pełna tęsknoty, była zupełnie trzeźwa. Nie popijam przed ważną robotą. Boję się kaca w takie dni, kiedy spełniają się moje wielotygodniowe przygotowania. Mam sucho w ustach, pali mnie zgaga, potrzebuję mleka lub kefiru, jakbym się przepił. Nie wychodzę jednak z wnętrza tego blaszanego sarkofagu. „Warzywniak” otworzą dopiero za jakiś czas. Czym innym mogę się jeszcze pocieszyć?

Mam! Magnetofon. Małe, japońskie cacko, na którym nagrywam swoje dziennikarskie materiały. Tranzystory, przedmiot zazdrości połowy tego miasta, na baterie, wygoda!

Wyjmuję sprzęt ze skrytki po stronie pasażera. Przewijam taśmę, szukając nagrania wczorajszej, popołudniowej rozgrywki z tym Sosińskim. Po chwili puszczam sobie fragment, który mnie uspakaja…

– …Siostra ostro działa, tak, jak ustaliliśmy. Ten tu, nie domyśla się?
– Właśnie się dowiedział.
– O czym?
– Na razie o tym, że robisz coś na boku. Mają jakiś przeciek…
-Sam Makarewicz, czy Pułkownik…
– Pułkownik też.
– Niedobrze. Dużo wiedzą…?
– Poszła fama, że wykorzystujesz swoje możliwości i kontakty dla rodziny. W prywatnej sprawie.
– Co to za świnia im nadała?! Zaraz, a Redaktor skąd wie tak wszystko?
– Niby co wiem…
– Orientują się, że chodzi o Teresę?
– Tak, powiązali ją ze sprawą.
– Ty świnio! To ty im doniosłeś!
– Spokój, siad! Od donoszenia, to ty tu jesteś… Dowiedziałem się, to i cię ostrzegam. Po starej przyjaźni. Z wdzięczności, w końcu coś dla mnie zrobiłeś. Podziękowałbyś, a nie rzucać się do gardła.
– Cholera, nerwy. Może i Redaktor ma rację. No, już dobrze, przepraszam.

Na razie starczy tego dobrego. Naciskam na klawisz, szpulka we wnętrzu nieruchomieje. Która to już godzina? Tak, czas podjechać bliżej przejazdu kolejowego.

Krośnieńska jest jedną ze starszych ulic w Zielonej Górze. Powstała po to, by wyprowadzać podróżnych z miasta do Krosna i dalej do Frankfurtu, Berlina.

Aż do wysokości więzienia, ten stary trakt wychodzący z Doliny Łęczy (dzisiejszy Rynek Starego Miasta) idzie cały czas lekko pod górę, obudowany pięknymi w skromności swych detali, acz nieubłaganie niszczejącymi secesyjnymi kamieniczkami. Stąd dawna nazwa tego jego odcinka, Obergasse, czyli Górna Uliczka. W połowie XIX wieku przemianowano ją na Berliner Straβe (obecna Jedności Robotniczej). Przy więzieniu stary trakt rozwidla się. Jego lewa odnoga wiedzie prosto, na południowy zachód, dzisiejszą ulicą Łużycką, prowadzącą właśnie przez Nowogród na Łużyce, do Żar i do Lubska, prastarych grodów Serbołużyczan. Krośnieńska, to jego prawa odnoga. Dawna niemiecka Lessener Straβe (pierwszą wsią w kierunku na Krosno jest Leśniów) odbija tu lekko na północy zachód.

Jeszcze parę lat temu to rozwidlenie dawnej Berliner Straβe na dzisiejszą Łużycką i Krośnieńską było bardzo w mieście znane i przyciągało wszystkich mieszkańców jak lep muchy. Tuż obok była sala koncertowa i drewniany podest do tańca na skraju parku, a wszystko z wyszynkiem. Tu były sylwestry i potańcówki. Tu przyjeżdżali artyści na koncerty. Miejsce nie przetrwało jednak. Dzisiaj Krośnieńska odchodzi od Łużyckiej w bok tuż przed ciasnym barem z piwem, bigosem i fasolką po bretońsku, mieszczącym się na parterze takiej małej, na wpół wiejskiej, piętrowej kamieniczki. Od wczesnego popołudnia brzęczy tu jak w ulu. Robotnicy budujący w pobliżu nowe osiedla i robotnicy fabryczni Zielonej Góry, mieszkający już na tych osiedlach, zapijają tu piwem swoje smutki i marzenia. Takie słabe echo gastronomiczno – rozrywkowych tradycji tego kwartału miasta.

Krośnieńską jeżdżą jeszcze autobusy miejskie. Nawet dwie linie („czwórka” i „szóstka”), co jak na średniej wielkości miasto, jakim jest Zielona Góra nie jest mało. Pewnie jednak już niedługo. Obie linie wożą ludzi do nowopowstałych obiektów Wyższej Szkoły Pedagogicznej oraz na pętlę przy starej elektrowni, już kawałek za miastem, w lesie. Od kiedy jednak zbudowano nowoczesną, dwujezdniową arterię Wojska Polskiego, ruch w tym kierunku wyprowadzono poza nowe osiedla przy starej Krośnieńskiej. I o ile od strony centrum, czyli przy więzieniu zachowała ona swój naturalny bieg, jako główny ciąg komunikacyjny, o tyle od strony zachodniej została rozcięta na dwie, nie stykające się ze sobą części. Jedna kończy się dochodząc z ukosa do arterii, a druga zaczyna się dwieście pięćdziesiąt metrów dalej, na nowym skrzyżowaniu i biegnie dalej znowu starą trasą. Na te dwieście pięćdziesiąt metrów Krośnieńska de facto znika. Dawny jej przebieg zaślepiono, a ten ślepy koniec poszerzono w okrągły plac i zbudowano przy nim stację benzynową (nawiązującą tradycją do takiejż stacji, zlokalizowanej dawniej na wylocie ze Starego Miasta na Krosno, tuż za murami miejskimi, między dzisiejszymi ulicami Sobieskiego a początkiem ulicy Jedności Robotniczej). Miejskie autobusy omijają teraz, wyjeżdżając z tego pierwszego odcinka Krośnieńskiej, zabudowania CPN, włączając się krótkim łącznikiem w Aleję Wojska Polskiego. Chwilę później, za skrzyżowaniem z nową ulicą Gwardii Ludowej znowu jadą dawnym przebiegiem Krośnieńskiej. Obok nowego gmachu Wyższej Szkoły Pedagogicznej i potem w las, przez przejazd kolejowy linii na Żary, aż do elektrowni, gdzie kończy się miejski odcinek trasy na Krosno. Od tego skrzyżowania wylotowa ulica jest już niezabudowana, a po obu jej stronach ciągnie się szpaler wiekowych, liściastych drzew, tak potężnie rozrośniętych nad asfaltową nitką, że nawet w najbardziej słoneczne południe samochody giną tu w półmrokach i cieniach. Pewnie niedługo te dwie linie miejskie, „czwórkę” i „szóstkę”, puszczą w całości, od starówki po WSP dwujezdniową Wojska Polskiego, usuwając je ze wschodniej, zabudowanej części Krośnieńskiej.

Póki co ten najbliższy centrum odcinek starej ulicy, od więzienia, to przedwojenna brukówka, porządnie wyłożona równo wyciętą, niemiecką kostką, pasującą do tego, jak wyobrażamy sobie XIX-wieczne miasto. Po obu stronach ulicy rośnie szpaler wyrośniętych brzóz, dając ciekawy efekt kolorystyczny. Za nimi chodniki, sąsiadujące ze starą zabudową z końca XIX i początku XX wieku. Na początku, po lewej stronie są cztery małe kamieniczki, natomiast po prawej – trzy nowe, trzypiętrowe, dwuklatkowe bloki z lat 60. Tak jest do wysokości blaszanego pawilonu warzywniaka. Dalej są już przedwojenne zabudowania fabryczne, magazyny, warsztaty i tak aż do przejazdu kolejowego. Punktem charakterystycznym jest tu wysoki, okrągły, ceglany komin fabryczny.

Przejeżdżam akurat obok niego, w tyle pozostawiwszy te trzy nieduże bloki, warzywniak i kiosk „Ruchu”. Przede mną w oddali zielenieją ogrody, a przed nimi wyłania się przejazd kolejowy.

W 1910 roku, gdy wykopano tu w morenie polodowcowej sztuczny jar, którym poprowadzono nową linię kolejową do Szprotawy, było to znaczące miejsce na mapie komunikacyjnej miasta Grünberg. Kolej do Szprotawy, chociaż była linią prywatną, lokalną, miała duże znaczenie dla kilku okolicznych powiatów. Duże zakłady Buechelta, produkujące stalowe mosty, montowane w całej Europie, wagony kolejowe i samochody, sprowadzały wyroby hutnicze ze Szprotawy pociągiem, właśnie tędy. Tą koleją rozwożono po regionie węgiel brunatny z kopalni w Słonem, wino i piwo z zielonogórskich wytwórni. Tędy dostarczano drewno do zakładów meblarskich a rolnicy wozili inwentarz i płody rolne. Choć tylko powiatowa, kolejka była bardzo istotna dla gospodarki regionu, nawet wtedy gdy od czasów Wielkiego Kryzysu przewoziła nieco mniej towarów niż na początku swego istnienia. I właśnie tutaj jej tory przecinały strategiczną drogę samochodową na Krosno, Frankfurt, Gubin i dalej w głąb Niemiec.

Do końca wojny, do 1945 roku był to zatem ważny przejazd kolejowy. Teraz mieszkańcy okolicy uważają go za nic nieznaczące, niemalże osiedlowe przejście dla pieszych i samochodów przez tory, po których mało co jeździ. Odkąd na początku lat 50 – tych zdemontowano szyny poza granicami miasta, dwa – trzy razy na dobę przetacza się tędy tylko wagony towarowe do miejscowych zakładów: włókienniczych, winiarskich, do tartaku, browaru, do magazynów i składów.

Łącząca dawniej tereny czterech powiatów linia, dzisiaj jest tylko mocno rozgałęzioną, wewnątrzmiejską bocznicą towarową. A i ruch samochodowy coraz bardziej przechodzi stąd na alternatywny szlak nowoczesnej arterii Wojska Polskiego. Bruk Krośnieńskiej, przedzielonej w najważniejszym miejscu placem manewrowym stacji benzynowej wybiera coraz mniej kierowców.

A z tego co wiem, będzie jeszcze gorzej. Widziałem plany, na których Krośnieńskiej za torami, patrząc od strony miasta, w ogóle już nie ma. Teraz do torów bruk prowadzi między małomiasteczkową, peryferyjną zabudową, a dalej, między przejazdem a stacją benzynową wiedzie przez morze zieleni: to dawne podmiejskie sady i ogrody, na zachód od granic miasta. Wśród drzew i opłotków gdzie niegdzie przebija czerwona plamka spadzistego dachu parterowej chałupy. Według planistów za kilka lat będą tu wieżowce, szkoła, przychodnia. A zamiast dawnej, wylotowej arterii, plątanina wąskich, jednokierunkowych uliczek osiedlowych. Ruch ogólnomiejski i tranzytowy całkowicie przejmie dwujezdniowa aleja Wojska Polskiego. A Krośnieńska po prostu zupełnie zniknie.

Właśnie dojeżdżam do przejazdu kolejowego. Chcę wybrać miejsce, w którym zaczekam na to co zaplanowałem, co – mam nadzieję – nieuniknione. Mam dylemat, czy stanąć tutaj, czy po drugiej stronie torów? Gdzie to ma się stać: z tej strony, czy tam dalej od stacji CPN? Skąd najlepiej to obserwować…?

Z lewej, jak okiem sięgnąć, wynosi się przede mną długą i stromą, gliniastą ścianą płaski taras z ciągnącym się bez końca czteropiętrowym mrówkowcem z wielkiej płyty. To jeden z tych bloków przy Waszkiewicza. Od tej strony nie ma podwórka dla dzieci. Przed budynkiem ułożono z betonowych płyt drogę dojazdową dla mieszkańców. Płaski teren urywa się tuż przy ulicy niemal pionową ścianą, a u podnóża urwiska wije się wśród zieleni wąska gruntówka. Kilka małych domków jest pustych, bo niedawno wysiedlono z nich dawnych powojennych pionierów. Do bloków albo… na cmentarz. Tak, czas mija, ówcześni osadnicy, którzy niegdyś szli na zachód, odchodzą na zawsze… Tym razem może w drugą stronę, może wracają tam skąd przybyli? Do miejsc za którymi do końca życia tęsknili?

Z prawej, za pojedynczym torem, na granicy opuszczonego sadu, sięga ku niebu smukły wieżowiec. Zasiedlono go dwa lata temu, zatem okna mieszkań i balkony noszą już ślady indywidualnych upodobań konkretnych pań domu. Tu kwiatek w korytku, tam palemka, leżaczek. W oknie fikuśna firanka, blade zasłony albo krzykliwie kolorowe zazdrostki.

Tuż za nim prawie gotowy, drugi, bliźniaczo podobny, ale jeszcze nieotynkowany wieżowiec. A za nim buduje się jeszcze trzeci, na razie ma tylko trzy piętra, ale stojący dźwig i sterty budulca wskazują, że niedługo dołączy do swoich braci. To już jest najświeższa zabudowa, nowej wielkomiejskiej arterii, gdyż wszystkie trzy tulą się do tej przyszłościowej Alei Wojska Polskiego. Sprawiają wrażenie, jakby odwracały się tyłem do archaicznej, brukowanej Krośnieńskiej, uciekały od niej i okalających ją jeszcze ogrodów, nie chciały, aby je utożsamiano z tymi „starociami”, z czasem, który właśnie przemija…

Przed torem trzy półwiejskie obejścia ulicy Świętej Trójcy. Otoczone parkiem przerobionym ze starego cmentarza. Widać że budowlańcy powoli wchodzą i tutaj, na zielony pas dzikiej roślinności, oddzielający te domki od nowej arterii w dole. Coś się tu zaczyna dziać, rozryty grunt, początki ogradzania drucianą siatką rozciągniętą między drewnianymi okrąglakami.

Wiem z lektury planów rozwoju miasta, ze spotkań na szczeblu, że i ten cichy, zielony zakątek ustąpi wkrótce miejsca księżycowemu krajobrazowi a potem będzie tu betonowa pustynia z wielkiej płyty, wyprodukowanej w fabryce domów w Nowogrodzie…

Narasta przygnębienie, tak nie da się czekać na to, co mocno upragnione. Która godzina? Jeszcze wcześnie. Gdzie jest ten magnetofon, o, mam. Znowu przewijam taśmę, wciskam klawisz STOP, klawisz PLAY i słucham analizując w podnieceniu każde słowo. To pozwala oderwać się od czekania, skupić się na czymś innym, konkretnym. Choćby i na tę krótką chwilę…

– …ja nie zamierzam się poświęcać.
– Ale dlaczego ja?!
– Uważają cię za bezużytecznego. A tak właśnie kończą ludzie nie potrzebni już służbom. Nie wiedziałeś o tym, zaczynając współpracę…?
– Nie zacząłem jej z własnej woli. Przecież pan Redaktorze wie, że to ja dałem granaty Towpikom, wtedy na samym początku, co to spłonął ten magazyn w Ochli…
– W Jerzmanowie.
– Niech cię licho, Jerzmanów, Ochla, jeden czort!
– Musiałeś…
– Musiałem, ale teraz jestem w porządku. Ta akcja z chłopcami, z ich rodzicami – przecież rozwija się doskonale. A to dopiero początek! Redaktorze, pan wie, ile z tego można wyciągnąć za pół roku, za rok?!
– Nie mnie o tym sądzić. Twoją sprawę tak, a nie inaczej Makarewicz przedstawił szefostwu, a szefostwo w pełni dało mu wiarę. Taki los agentów. Przejdzie ich czas i – do piachu! Nie będziesz pierwszy, masz słynnych poprzedników. Taka Mata Hari, Rosenbergowie. Mówią ci coś nazwiska kolegów po fachu…?
– To nie może się tak skończyć…
– A co, może mają cię zdekonspirować i sądzić jak złodziejaszka, czy alimenciarza? Sąd, świadkowie, zeznania co i komu doniosłeś, relacja w gazecie – tak to sobie wyobrażasz? A potem więzienie, grypsy, historia kontaktów z Pułkownikiem opowiadana kolesiom pod celą, tak, że po roku będzie trąbić o szczegółach cała ferajna na wolności? Tu za błędy płaci się od razu życiem, bez wyroku i sądu.

Wpis numer 3000!

Dziś dzień świętego Kazimierza, w wielu regionach dawnej i obecnej Rzeczpospolitej święto kościelne i ludowe, a na ewamaria.blog jeszcze dodatkowo ważna okazja do świętowania – wpis nr 3000! Tak 3000. Trochę mi się wierzyć nie chce, ale wordpress liczy kolejne wpisy, odejmuje usunięte, dolicza dodane i nic się przed nim nie ukryje. A ja bym może nawet przegapiła fakt, że blog obchodzi takie niezwykłe urodziny, ale Konrad… Konrad oczywiście zauważa takie rzeczy.

Roman Brodowski

Kaziuki i… ja

W kalendarzu imprez kulturalnych wielu miast, leżących na Kresach naszej dawnej Rzeczypospolitej, czwarty marca jest dniem szczególnym, to Dzień św. Kazimierza – inaczej zwany “Kaziukami”

Również i dla mnie od wielu już lat dzień ten jest jednym z najważniejszych wydarzeń w mym życiu emocjonalnym i kulturalnym.

Powodów ku temu jest kilka:

Imiennikiem Królewicza jest wciąż żyjący w mej pamięci Ojciec. Poza tym ważna jest tu moja miłość do Kresów, ich historii oraz tradycji, związana z pochodzeniem rodziny. No i nie bez znaczenia jest fakt, iż zarówno w Wilnie jak i Grodnie kaziukowe festyny często są organizowane w dniu moich urodzin. A zatem jasnym jest, że nie mogę pozostać obojętny dla kaziukowej tradycji.

Od dwudziestu lat, prawie co roku, kaziukowe święto obchodziłem w tych dwóch miastach.

Niestety ostatnie dwa lata, zarówno ze względu na pandemię, jak i dramatyczną polityczno-gospodarczą sytuację na Białorusi, nie mogłem wziąć udziału w tej pięknej imprezie. Tym bardziej to smutne, bo w tym roku trzydziestą rocznicę powstania obchodzi Związek Polaków na Białorusi. Ale jest też i miły akcent w tej obchodzonej daleko rocznicy, a jednocześnie i zaskoczeniem, bo otóż z tej właśnie okazji za moją „wieloletnią działalność na rzecz Polaków żyjących w tym państwie, za wiersze, prozę, spotkania autorskie, oraz pomoc Polakom żyjącym na Białorusi w ramach działalności białostockiego Stowarzyszenia Pomocy Rubież”  został mi przyznany medal upamiętniający tę rocznicę. Dla tych, którzy nie wiedzą, dodam, że na Białorusi są dwie organizacje polonijne, jedna, młodsza wiekiem, propagująca nacjonalizm, współpracuje z obecną naszą władzą, druga, dawna, krzewi tradycję, kulturę, historię oraz wiarę przodków i odrzeka się od nacjonalizmu. I to ta właśnie organizacja przyznała mi ów medal. Niestety nie będzie mnie na uroczystym otwarciu Kaziuków w Grodnie i nie odbiorę sobie tej pięknej pamiątki.

Czym są Kaziuki i jaka jest tego święta geneza, postaram się w kilku słowach wyjaśnić.

Otóż Kaziuki to świąteczny Jarmark organizowany od ponad trzystu pięćdziesięciu lat, upamiętniający śmierć Kazimierza Jagiellończyka świętego patrona Polski i Litwy.

Kaziukowy jarmark od początku odbywał się w Wilnie i okolicach. Po raz pierwszy, połączony z pochodem przebierańców, kuglarzy, kupców i mieszkańców, odbył się ponoć w 1638 roku. Na początku swojego istnienia przypominał on nieco dzisiejszy jarmark odpustowy. Można tu było kupić wyroby wielkanocne, palemki, artykuły rękodzielnicze, żywność, wszelkiego rodzaju napitki, no i oczywiście dewocjonalia pod wieloraką postacią. Ten trwający dwa dni festyn był nie tylko czasem zabawy, ale także świętem religijnym św. Kazimierza, okazją wspominek i modlitwy. Ale był też zaczerpniętym z tradycji przedchrześcijańskiej, świętem witania nadchodzącego przedwiośnia.

Kazimierz był synem „Pana na Wawelu”, Kazimierza Jagiellończyka i Elżbiety Habsburżanki, oraz wnukiem pogromcy Krzyżaków, Władysława Jagiełły. Urodził się w 1458 roku w Krakowie. W wieku dziesięciu lat został uczniem Jana Długosza. Pomimo iż od najmłodszych lat przy boku ojca uczestniczył w wyprawach wojennych, spotkaniach dyplomatycznych i obradach sejmowych, nigdy nie zainteresował się polityką, a wprost przeciwnie. Odznaczał się miłosierdziem względem ubogich i niebywałą, jak na pretendenta do tronu, religijnością. Wiosną 1483 roku król ojciec wysłał go na Litwę, gdzie na początku piastował funkcję podkanclerza, a następnie sprawował faktyczną władzę królewską. Odznaczał się wyjątkową inteligencją. Biegle władał polskim, litewskim, niemieckim oraz łaciną. Znany był z tego, że głosił i wprowadzał na Litwie Kult Najświętszej Marii Panny i Wielkiego Jej Miłosierdzia.

Przypisywano mu chrześcijańską zasadę „lepiej umrzeć niż zgrzeszyć”.

W 1484 roku niespodziewanie zmarł na gruźlicę w odległym od Wilna o sto pięćdziesiąt kilometrów, Grodnie. Miał 26 lat.

Spoczął w podziemiach Katedry Wileńskiej i jest to do dziś miejsce kultu młodego Jagiellończyka.

Za swoją pobożność oraz wkład w krzewieniu kultury chrześcijańskiej, wyniesiony został na ołtarze w 1602 roku. Obrano go patronem Litwy i Polski, czyli Rzeczypospolitej Obojga Narodów, powstałej na mocy Unii Lubelskiej w 1569 roku.

W 1950 roku Pius XII ogłosił go też patronem młodzieży litewskiej. Kanonizacja zmarłego królewicza miała także aspekt polityczny. Chrześcijańska (wówczas już od ponad stu lat) Litwa nie posiadała bowiem żadnego rodzimego patrona, a dla religijnego prestiżu był on nader potrzebny. Kazimierz został pierwszym świętym tej ziemi. Dniem wspominania świętego Kościół ustalił dzień jego ]mierci – 4 marca – dziś dzień imienin Kazimierza.

Wracając do “kaziuków “… to dzięki potomkom Rzeczypospolitej Obojga Narodów, dzięki krzewieniu przez nich tej tradycji także poza Wileńszczyzną, kaziukowy jarmark organizowany jest dzisiaj w wielu miastach Polski, Białorusi, Litwy a także poza tych państw granicami.

Od kilkunastu lat organizuje się go również w Grodnie, ulubionej rezydencji królewicza, mieście w którym dokonał żywota.

Związek Polaków na Białorusi przy współpracy z władzami miasta organizuje, i pielęgnuje ten przeniesiony z Wilna na grodnieński grunt, piękny jarmarczny obyczaj.

Z wolnej stopy 36

Zbigniew Milewicz

Jedynak

Ewunia uczula swoich autorów na tematykę kobiecą w marcu; Panie mają ósmego swoje międzynarodowe święto, więc nie zawadzi mieć Je w pamięci przez cały miesiąc. Zrobi się Adminko; „Bezradność” jest rodzaju żeńskiego i o niej chciałbym dziś opowiedzieć, w trybie pilnym, bo sprawa wymaga interwencji.

Anię z Poznania poznałem kilka lat temu, na jednym ze społecznościowych portali. Nawet jeżeli nasza znajomość miała na początku charakter towarzyskiego flirtu, było dla nas jasne, że żadna z nas para nie będzie, chociażby ze względu na różnicę wieku. Dziewczyna była mniej więcej w wieku mojej córki, nosiła to samo imię, więc jej tatusiowałem. Opowiadała mi o swoich rodzicach, z którymi miała sporadyczny kontakt, o byłym mężu, co nie chciał płacić jej alimentów na dziecko, a najwięcej o swoim synu Szymku. Miał wtedy chyba 9 albo 10 lat, dobrze i łatwo się uczył, kochała go jak matka syna – jedynaka, czyli bardzo wyrozumiale; złościła się, kiedy wracał późno ze szkoły, bo podkochiwał się w pewnej koleżance i gdzieś razem chodzili, ale szybko mu wybaczała . Zgubił kurtkę, albo czapkę, to bez narzekania kupowała nowe, bo musiał je przecież mieć a kiedy brakowało pieniędzy, to brała dodatkową pracę. Jakieś dozorcostwo, sprzątanie placów zabaw, albo telemarketing. Wszystko mu dawała, co powinien mieć chłopiec w jego wieku – markowe ciuchy, buty, gry komputerowe, wszystko, co chciał.

Osobiście poznałem obydwoje jakieś trzy, cztery lata temu, kiedy leciałem na wczasy do Bułgarii. Samolot odlatywał z Poznania i skorzystałem z gościny Ani, żeby przenocować przed rejsem. Mama i syn wyglądali ładnie i sprawiali wrażenie, że mają ze sobą dobry, przyjacielski kontakt. Ich dwupokojowe mieszkanie lśniło czystością, Ania przygotowywała dla nas kolację, a Szymon bawił mnie rozmową na temat swoich życiowych planów. Bardzo elokwentny, z szybkością karabinu maszynowego wyrzucał z siebie słowa z języka dorosłych, układał je w logiczny ciąg zdań, grzecznie pytał, co o tym i tamtym myślę i kontynuował swój monolog. O ile dobrze pamiętam, chciał zostać politykiem, żeby mieć dostatnie życie i rządzić innymi. Z wyglądu – urodziwy, jasnowłosy paź, pomyślałem sobie, że z taką aparycją w przyszłości mógłby zrobić karierę w show biznessie. Ten wdzięk wydał mi się jednak jakby dziewczęcy.

Nie wiem, kiedy zaczęły się problemy Ani z Szymonem. Może wtedy, kiedy poznała Piotra*, albo już wcześniej. Kiedy okazało się, że partner jest biseksualny, przestała z nim sypiać, pozostali jednak przyjaciółmi. Był człowiekiem kulturalnym i dobrze sytuowanym; kiedy Ani brakowało pieniędzy na utrzymanie domu, pomagał finansowo, kupował Szymkowi drogie ciuchy, płacił za jego wizyty u psychologa, ale matka myśli, że nie wykorzystywał seksualnie chłopaka. Ania od lat zmaga się z chorobą alkoholową. Po terapii długo nie piła, teraz znowu jest w ciągu, do tego już nie pracuje. Kiedy poznaliśmy się, była wychowawczynią w domu dziecka i kochała to zajęcie, ale zadarła z dyrekcją i je straciła, a później z pracą było już tylko gorzej. Na domiar złego zaczęła się pandemia, siedzenie w domu. Szymon dostał fobii czystych rąk i całymi dniami stał przy umywalce i je mył. Później Anię zmógł covid 19, przeleżała kilka tygodni w domu, właściwie bez niczyjej opieki, bo syn bał się do niej zbliżyć i przebywał cały czas w swoim pokoju. Myślała, że umrze, tak źle się czuła, miała tylko całą masę pigułek od lekarza.

Kiedy z tego wyszła, zaczął jej ubliżać pod byle jakim pretekstem, później poszturchiwać, a następnie bić. Ania nie należy do ułomków, ale Szymon przewyższa ją wzrostem, mając 13 lat mierzy już ponad 180 cm., jest silny i matka zwyczajnie się go boi, z czego chłopak zdaje sobie sprawę. Dostaję mms-em zdjęcie Ani z posiniaczonymi kończynami. Mówi mi z płaczem, że najbardziej boli, jak syn bije ją po głowie i wyzywa od najgorszych. Chciałaby umrzeć, bo nie wie, co ją jeszcze od niego czeka. Może kiedyś tak uderzy, że zabije. Tak, Ania przyznaje, że pije alkohol, Żabkę mają niedaleko, co jej innego zostało? – pyta.

Tłumaczę po raz kolejny, że jest policja, która w przypadku domowej przemocy interweniuje i psychiatra a dla niej – pewnie nowa terapia odwykowa. Na policję nie zadzwoni, bo młodego wsadzą do ośrodka, a tam współmieszkańcy będą go gwałcić, bo jest niebinarny, czyli nie utożsamia się z żadną płcią. Pracowała w resocjalizacji, więc wie co się w takich ośrodkach dzieje i jako matka nie może pozwolić, żeby go to spotkało. W końcu jest jej dzieckiem i ona mu przebacza jego zachowanie, tylko zwyczajnie ma dosyć takiego życia. Pytam czy jej rodzice i ojciec Szymona wiedzą, co się u Ani dzieje ? Dziadkowie wiedzą, ale chcą mieć święty spokój, a były mąż od dawna nie odbiera od niej żadnych wiadomości, jest zablokowana w jego telefonie.

Próbuję dziewczynie pomóc, ale ponieważ mieszkamy ponad 800 kilometrów od siebie, pozostaje Internet i telefon . Najpierw do Anonimowych Alkoholików w Poznaniu; aktualnego adresu Ani nie znam, przeprowadziła się w ubiegłym roku a numer telefonu i nazwisko to trochę mało, żeby ją znaleźć, ale spróbują nawiązać z nią kontakt. Udaje się, tylko Ania nikogo obcego nie wpuści do mieszkania. Piszę więc maila na policyjną, Niebieską Linię, z prośbą o interwencję. Automat odpowiada mi, że otrzymali zawiadomienie, jednak w związku z pandemią należy się liczyć z wydłużonym czasem odpowiedzi. Faktycznie, póki co, cisza. Trochę mi się rozjaśnia dopiero po telefonie do Edytki, mojej znajomej w Warszawie, która jest emerytowaną policjantką: Nikt kobiecie prawnie nie pomoże – mówi – jeżeli sama o to nie poprosi. – Może tylko chce się komuś wypłakać, dlatego wybrała faceta, który mieszka daleko, bo nie przyjedzie za pięć minut z łomem, żeby wyważyć drzwi.

Brzmi uspokajająco, który mężczyzna zrozumie kobietę… ale, jeżeli jest to wołanie o ratunek, to nie można go lekceważyć. Ania dzwoni zawsze przez Messengera, bo darmowy. Ostatnio mi powiedziała, że syn zabrał jej ładowarkę do telefonu i klucze do mieszkania, które wcześniej zaryglował. Nie może więc z niego wyjść, a jak bateria się wyczerpie, to nigdzie zadzwonić. Słyszałem, że w Rosji jest jeszcze gorzej. Jak pobita przez męża, czy konkubenta kobieta zgłasza się ze skargą na policję, to często jej podobno mówią: zameldujcie nam o tym, jak was zabije.

  • Imię fikcyjne

Co wynika z prowadzenia bloga? (2)

Ewa Maria Slaska

Odpowiedź nr 2: Ludzie (mężczyźni)

W poprzednim odcinku tego czteroodcinkowego serialu napisałam o książkach, które powstały i ukazały się dzięki istnieniu tego bloga i jego Pramatek (używam tu “wielkiej” formy żeńskiej, bo o pierwszym mówiliśmy Kura, a o jego następcy – Qra i były to niewątpliwie kobiety). Dziś chciałam napisać o kobietach, które dzięki temu, że jestem blogerką, pojawiły się i zostały w moim życiu. Niestety nie zdążyłam. A wpis o mężczyznach był już gotowy. Dziś więc mężczyźni. Kobiety za tydzień.

Niewątpliwie pierwszym niezwykłym facetem wśród “ludzi z bloga” jest Lech Milewski, czyli Pharlap (co było imieniem pewnego słynnego australijskiego konia wyścigowego). Pojawił się jeszcze na Kurze (2010-2011). Znalazł nas przypadkiem i spodobało mu się to, co piszemy, ale chyba przede wszystkim zainteresowało go to, że jest nas kilkanaście i dobrze nam idzie wspólne tworzenie bloga. Napisał do nas, zapytał, czy go przyjmiemy i zadebiutował świetnym wpisem pt. Panicz potrafi usmażyć naleśniki. Tytuł nawiązywał do naszego ówczesnego (“kurzego”) zwyczaju, tytułowaniu siebie nawzajem słowem panna. Skoro więc zaproponował nam, że do nas przystanie, przybrał też odpowiednie miano: panicz. Pharlap napisał wiele wspaniałych tekstów, z których ja najbardziej lubię Bieg Wazów. Właściwie to chyba za mało powiedziane – lubię, czy najbardziej lubię. To po prostu bardzo dobry tekst.
Pharlap mieszka w Australii i nigdy się nie spotkaliśmy.

Równie niezwykły jest Tomasz Fetzki, którego różnorakich pseudonimów pod karą “ucięcia głowy przede wszystkim” nie wolno mi zdradzić. Pojawił się również za czasów Kury, bo szukał w sieci informacji o mojej… prababce. Zamierzał napisać o niej książkę i się habilitować, po czym jednak napisał książkę o pewnym francuskim pedagogu i (chyba) się (jeszcze) nie habilitował, ale za to w międzyczasie kilkanaście razy dostarczył nam wszystkim interesujących seriali wieloodcinkowych o tym i owym (Niemcy by powiedzieli “o Bogu i świecie”). O roli Tomasza w powstaniu mojej wydanej kilka lat temu powieści Lublinerowie piszę zarówno w samej powieści, jak i we wpisie o książkach “z bloga”. Tu chcę napisać o Tomaszu jako przyjacielu i Tomaszu jako blogowym autorze. Przyjacielem Tomasz jest i tu nie warto nic więcej dodawać. Ktoś albo jest przyjacielem, albo nie. Koniec.
Tomasz twierdzi, że jego pierwszy tekst na blogu był jego debiutem literackim. Przyjmuję tę informację z pokorą, bo skoro autor tak twierdzi, to jest to jego autorskie prawo tak uważać. Ale teksty Tomasza są zawsze tak doskonale skomponowane i tak bezbłędne, że wydaje mi się, iż w skrytości ćwiczył się do tego debiutu przez poprzednich dwadzieścia lat. Przypominam sobie tylko jedną sytuację, że poprawiłam mu jedno zdanie, a w nim właściwie jedno tylko słowo, a raczej nie słowo, jeno jego formę gramatyczną – nie cierpię bowiem strony biernej, która się ostatnio w Polsce zrobiła nader popularna, a która przyprawia mnie o dreszcze. Tomasz z powagą mądrca zgodził się na zmianę formy biernej na czynną, skrycie na pewno podśmiewając się z moich anachronicznych indiosynkrazji.
Z Tomaszem i jego żoną Agnieszką poznaliśmy się przez bloga, w międzyczasie spotkaliśmy się wielokrotnie, a kiedyś nawet odbyliśmy podróż w poprzek przez całą Polskę, z Lublina do Świebodzina, opisaną tu zresztą przez Tomasza bardzo pięknie w kilku odcinkach pod wspólnym tytułem: Subiektywny bardak na skos. Zapraszam do lektury, ale dla prezentacji Tomasza wybieram ów jego literacki debiut: Jaszkowice – reportaż poetyzujący.

Niedawno pojawił się jeszcze jeden pan, który znalazł mnie na blogu i, podobnie jak Tomasz Fetzki, odkrył, że piszę o mojej ciotecznej babce, Karusi, czyli Karolinie Lubliner-Mianowskiej. Marian Miszczuk jest harcmistrzem i zareagował na jeden z moich wpisów, gdzie napisałam, że Karusia była przez dziesięć lat, od roku 1930 do 1939, redaktorką Skrzydeł, miesięcznika wydawanego przez Komendę Główną Harcerek RP, miała tytuł harcmistrzyni i podczas wojny pracowała w Konstancinie w prowadzonym przez harcerki przytułku dla sierot wojennych. Napisałam też, że niestety nie wiem, jaka była droga Karusi do harcerstwa, a pan Marian napisał w komentarzu, że może będzie mi mógł odpowiedzieć na to pytanie. Marian Miszczuk jest autorem biogramów dla Harcerskiego Słownika Biograficznego i tworzy właśnie biografię Karusi (pisze o niej “Kara”, co mnie bardzo dziwi, tak jak jego dziwi moja “Karusia”). Przysłał mi też gotowy już wpis o Ewie Konstancji Grodeckiej, w którym cytuje świetny artykuł Karusi z roku 1924 z czasopisma Samowychowanie (Karusia miała wtedy 25 lat i była zastępową, zapewne więc jej droga do harcerstwa niedawno się zaczęła).

Szkoła, którą kończyłam, posiadała w swem gronie uczennic wyłącznie dzieci z zamożnych, mieszczańskich domów. W jednym z takich domów ja się urodziłam i wychowałam. Miałam takie same warunki domowe, przyzwyczajenia, zainteresowania jak wszystkie moje koleżanki. Innych dziewcząt nie znałam wcale i przyznam, nie zdradzałam żadnych chęci do ich poznania; nie myślałam nigdy o tem, jak wyglądać może znajomość obcowania z dziewczętami z „innych sfer“. (…) jednym z głównych braków mojego szkolnego i domowego wychowania była zupełna nieznajomość ludzi i ich życia. Jak większość maturzystek byłam zupełnie niedojrzała, nieprzygotowana do życia czynnego.

Karusia była botaniczką i podobno, zdaniem pana harcmistrza, to ona zachęciła warszawskie harcerki do zajmowania się przyrodą.

Skoro jesteśmy przy rodzinie, to powiem jeszcze, że kiedyś pojawili się też dwaj kuzyni, jeden “prawdziwy”, a jeden nie wiadomo, ale podejrzewamy, że tak jednak jest. Kuzyn autentyczny to Jan Kozłowski, a “podejrzany”- Witold Strumpf. Witold napisał niestety tylko jeden wpis i zniknął, a Janek napisał (lub pozwolił przedrukować) kilka świetnych wpisów (najśmieszniejszy TU) i, niestety, umarł. Bardzo mi go brakuje i myślę, że nasza znajomość zapowiadała się na wielką przyjaźń. O tym, jak to było z naszym poznaniem się, też się Czytelnik dowie z cytowanego tu wpisu.

O tym z kolei, skąd się wziął Andrzej Rejman piszę TU. Stąd się wziął, a potem przez rok czy dwa pisał piękne wpisy, o rodzinie, historii, dalekich wyprawach, polityce. Po czym zniknął z bloga, nad czym po dziś dzień ubolewam. Wielu autorów tak “ma”, piszą, chętnie, często, interesująco, a potem bach bach i przestają. Czasem, ale rzadko – wiem, co było przyczyną. Czasem takie osoby zakładają swoje blogi lub profile na FB. Czasem jednak naprawdę nie wiem, dlaczego. Ci, na szczęście, czasem wracają, jak dwaj panowie, o których piszę poniżej. Ale zanim opowiem o nich, skieruję czytelników do pierwszego wpisu Andrzeja Rejmana o jego pradziadku, Adamie z Raju.

Dwaj panowie, Zbigniew Milewicz i Roman Brodowski, pojawili się w polonijnych “okolicznościach przyrody”, zaprosiłam ich do pisania na blogu i w międzyczasie stali się nie tylko autorami, ale też dobrymi i wiernymi przyjaciółmi.

Zbigniew Milewicz jest jednym z najczęściej piszących autorów – ma na koncie ponad 140 wpisów, często łączących się w cykle. W czasie pandemii pisze już od niemal roku regularnie, najpierw w cyklu Z domowego aresztu, a teraz: Z wolnej stopy. Zaczął natomiast cyklem W górę rzeki, w którym pisał o swojej rodzinie: Pod prąd płynie się trudniej, niż z prądem, ale za to jaka radość z każdego przebytego metra, wiedzą o tym wszyscy, którzy biorą się za spisywanie wspomnień rodzinnych. Trzeci odcinek tego cyklu jest po prostu fantastyczny. Hampelbaude. Czytajcie.

Roman Brodowski natomiast przez wiele lat pisał dla nas zawsze w pierwszy piątek miesiąca. Czasem wiersze, czasem prozę. Był już doświadczonym autorem, a potem, nagle, stał się sławnym i wziętym bardem opozycyjnym. Trochę wtedy zapomniał o tym blogu, ale na szczęście potem sobie znowu przypomniał. I tak to jest, że z wpisów Romka muszę, ale po prostu muszę, przywołać aż trzy. Oto one: Górka, Nie oddamy naszej ziemi (to ten wpis, który mu przyniósł sławę i renomę) i Podróż wozem konnym przez Polskę.

Są też dwaj Mieczysławowie – Mieczysław Bonisławski (poznaliśmy się kiedyś osobiście, a było to tak: Juhuuu) i Mietek Węglewicz, z którym spotkaliśmy się lata temu podczas pielgrzymki do Santiago de Compostela, a potem, wiele lat później, odkryłam, że pisze świetne wiersze i że wciągnęła go… Barataria (np. TU).

Natomiast najdziwniejszym autorem, który pojawił się na blogu jest oczywiście Marek Włodarczak, czyli Tabor Regresywny. Już nawet ksywkę ma niezwykłą, i o dziwo nie pochodzi ona od Żiżka i taborytów, tylko od  tego, że Marek wędruje z taborem po polskich dróżkach, a ten tabor to budowane z odpadów przedziwne wozy i wózki, a że powstają z coraz mniejszej ilości materiału, to jest to tabor w stanie cofania się, czyli regresywny. Marek jest filozofem-wędrowcem. To bardzo mi bliski rodzaj człowieka. Nic więc dziwnego, że połączył nas przed przed czterema laty marsz do Aleppo. Byliśmy tego samego dnia w tym samym punkcie marszu, mianowicie pewnej zimowej nocy w morawskim Brnie. Spaliśmy w meczecie. Wcale się wtedy nie spotkaliśmy. Ja przyjechałam w nocy, on o świcie zabrał swój namiot na kółkach i odszedł. Ale jednak facebook odkrył, że możemy się znać i zaczął mi podrzucać przedziwne wpisy gostka o przedziwnej ksywce. Kiedyś zapytałam, czy mogę wziąć jeden taki na bloga. Pozwolił, wzięłam i tak to się zaczęło. Już w kilka dni później Marek przyjechał do Berlina, teraz, jak tylko zakwitną jabłonie, zamierza przyjść na piechotę, zbierając po drodze śmieci.
A TU ja o nim.

Fajne historie, prawda? To pamiętajcie, moi kochani Czytelnicy (i Czytelniczki), i Wy możecie zostać  ludźmi z bloga. Wystarczy coś napisać.