Biała parasolka

EMS: Kiedyś na bazarze Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy kupiłam białą koronkową parasolkę. Starą, albo udającą starą. Jest piękna. Jak parasolki u Spitzwega.

Carl Spitzweg, Spacer latem, olej na desce, 1841 / Muzeum w Salzburgu

Albo jak w tym fragmencie u Prousta, kiedy Elstir wypowiada się o parasolkach. Elstira, którego pierwowzorem był Manet, a może Renoir, bardzo interesowały “umbrelki”, które kazał “za szalone pieniądze” specjalnie zamawiać dla swojej żony. Pewnego dnia Marcel, Albertyna i Elstir poświęcili umbrelkom długą rozmowę. Zaczął Elstir, mówiąc:

“Bardzo jest zresztą mało kobiet umiejących się ubrać, ale niektóre są bajeczne. Na wyścigach panna Lea miała biały kapelusik i białą umbrelkę – coś czarującego! Nie wiem, co bym dał, żeby mieć taką białą umbrelkę“.
Szalenie byłbym ciekaw (skomentował w myśli Marcel), czym się ta umbrelka różniła od innych: z przyczyn mieszczących się w sferze kokieterii kobiecej Albertyna była ciekawa tego jeszcze bardziej.
– To było – powiadał Elstir – całkiem małe, okrągłe, jak chiński parasol.
Przytoczyłem umbrelki, pisze dalej Marcel, niektórych kobiet, ale to nie było to. Elstir uznał wszystkie te umbrelki za ohydne. Ten człowiek o wybrednym i wykwintnym smaku mieścił w odcieniu – który był wszystkim – różnicę między tym, co nosiła większość kobiet i co go przejmowało wstrętem, a ładną rzeczą, która go czarowała i która (gdy ja, przeciwnie, odczuwałem wszelki zbytek jako coś wyjaławiającego) podniecała jego żądzę malowania, “aby się starać zrobić coś równie ładnego”. (Marcel Proust, W cieniu zakwitających dziewcząt, strona 542).

Nigdy nie chodziłam z moją “umbrelką”, czasem używałam jej podczas instalacji i dekoracji.


Teraz na facebooku znalazłam rzeźbę.

Nie wiem co, kto, gdzie i jak. Podpis brzmiał jakoś najzwyklej w świecie, coś w rodzaju “rzeźba z drutu”. Ale nawet ta informacja mi zniknęła. Ale to nie jest rzeźba z drutu, to ja.

Po czym Ewa Karbowska napisała na tymże facebooku: Że asocjacji zero? Ale za to z przeprosinami dla Ciebie, za podebranie jednej z ilustracji bez pytania.

No i dała dwie foty obok siebie:

I wiersze:

UWALNIANIE OD SKOJARZEŃ, STOPNIOWO
/także tych na bazie pewnej ilustracji od Ewy Marii/
kiedy powtarzam że STRACONE ZŁUDZENIA
to przeważnie
już nie kombinuję z powieścią Honoré de Balzaca
*
nie rozpatruję również wygód i niedogodności stroju
dam z jego czasów
całych na biało i w koronkach, czy raczej z koronek
*
(dodam, że równie mało zajmują mnie 
treny u ich sukien
oraz kapelusze, torebki i parasolki)
*
nie rozwodzę się nad losem
swoim i lalki - szmacianki
nieoddanej mi kiedyś przez kumpelę z piaskownicy
*
i próbuję nie płakać na kubełkiem
pełnym surowca na babkę
zresztą tego samego, który wykorzystuje się do budowy zamków
*
nie wspominam też facetów
„własnych"
a „cudzych" tym bardziej
*
bo jakaż?, bo czyjaż? to własność
w danym konkretnym przypadku
oraz tak w ogóle

~ek~ 12.08.2022

Sorry, szukałam innego zdjęcia, bez sprzedajemy.pl, ale w domu mam inne wydanie
NIESPODZIANIE
zmienią?
gęby i oblicza
po lekturze Gombrowicza 
*
zdemaskują?
syna, córkę
zrozumiawszy Ferdydurke
*
a z próżności i w potrzebie
mogą zacząć
też od siebie
*
względnie
nabrać się na kanty
zasiedlając Transatlantyk
*
wyuzdańcom się przytrafi
test z dziedziny ortografii
bo się zająć nie potrafią pornografią
*
wejdą
lekko po omacku
w odnośników literackość
*
i rozwalą
tyłek?, głowę
o coś co cynamonowe
*
kupią bułkę bądź krogulca
w przykurzeniach
w sklepach Schulza
*
a bigotom?
niespodzianka
w całkiem nowych wyliczankach
*
tutaj znajdą
chama?, bożka?
z Emigrantów, więc już z Mrożka

~ek~ 3.08.2022
MAM POPORCJOWANE ORAZ
pojemnik na gniew i na sól
słoiczki
na ten mniejszy ból
*
woreczki
w nich ryż albo miłość
/coś z dwojga się właśnie skończyło/
*
cylinder z dziurkami na pieprz
na błędy
- o części z nich wiesz -
*
kwalifikacje na żonę
dwa grzyby do barszczu
suszone
*
łyżeczkę lub trzy intelektu
łyk maggi
do dania na ciepło
*
wbrew
albo i zgodnie z nadzieją
też flaszkę, bądź ze dwie, oleju
*
- tu aspekt zupełnie nienowy
że w sam raz
do sałat, do głowy
*
plus
w ramach skojarzeń łańcuszka
by rozlać go mogła Anuszka 
*
raz pierwszy?, kolejny?, czy który?
te kąski...
literatury -
*
w zapale dokładam od już
kasetkę
z płatkami róż
*
zbiór pęknięć na charakterze
i tego
mi nikt nie odbierze

~ek~ 14.08.2022

Pokolenie Solidarności (13)

Ewa Maria Slaska

Eli

1 maja (1975)

Huczne pochody 1-majowe, gdzie w pierwszym szeregu szli hutnicy, górnicy, stoczniowcy, tkaczki – w zależności od miasta, tłumy machające kwiatami z karbowanej bibułki, które wcześniej dzieci wykonywały w szkołach na tak zwanych „rysunkach”…, ci wszyscy uśmiechnięci ludzie, którzy radośnie pozdrawiają przedstawicieli władzy i ogólnie są zadowoleni z życia i wszystko im się podoba… Ta kiełbasa z musztardą, sprzedawana za grosze prosto z ciężarówek. Gwizdki, wiatraczki z celuloidu i jakieś upieczone z potwornie twardego ciasta konikopieski z brązowymi uszkami i łapkokopytkami.

Udział w pochodzie był obowiązkowy. Jeśli ktoś by się nie pojawił w owym dniu – miałby potężne nieprzyjemności w pracy łącznie ze wstrzymaniem kartek lub wypowiedzeniem. Ktoś, kto miałby zwolnienie lekarskie, też byłby mocno podejrzany. Dlatego na pochodach wszyscy byli, co ważniejsze mieli bardzo dobre humory. W majowym słońcu, w towarzystwie koleżanek i kolegów z pracy, trzeba było tylko przejść – w zasadzie krótki dystans – z wręczoną wcześniej flagą, pozdrowić władzę i wysłuchać jej długich, nudnych przemówień – choć zdarzały się w nich zdania zapadające w pamięć: Gdybyśmy mieli więcej cieńkiej blachy zarzucilibyśmy świat konserwami! Ale nie mamy mięsa. Odkąd krowa została zapłodniona przez człowieka znacznie wzrosło pogłowie bydła. Wprawdzie znaleźliśmy się nad przepaścią, ale zrobiliśmy wielki krok naprzód! – autorem tych cytatów jest Władysław Gomułka (pisownia: autor).

W latach 70. mowy partyjniaków nie zawierały już takich dziwacznych enuncjacji, stały się za to przekaźnikiem różnych pięknych, emocjonalnych obietnic. Na przykład mieliśmy być drugą Japonią. Na razie jednak w PRL-u brakowało wszystkiego, popularnością cieszyły się więc flagi robotnicze, zbiorowe wydania Dzieł Lenina i kasety magnetofonowe z nagraniami przemówień. Flagi były całe czerwone (bo na nich robotnicza krew) i nadawały się świetnie na – poduszkę. Były spore, trzeba je było tylko pozszywać i wypchać pierzem… Pierza na pochodach nie rozdawali… to trzeba było już załatwić inaczej. Jedna pani dyrektor przedszkola wykorzystała flagi robotnicze na uszycie stroju dla Świętego Mikołaja. Dzieci były zachwycone, bo czerwień była mocna i błyszcząca, tylko Święty Mikołaj był cały spocony i tchu mu brakowało, bo to było jakieś sztuczne tworzywo, nie przepuszczające powietrza. Patyk od flagi dobrze się nadawał na drążek do ćwiczeń dla dziecka, albo tyczkę do pomidorów, trzeba było tylko przepiłować na pół, bo był za długi. Trochę stresującym momentem było odłączenie się od pochodu, skręcenie w boczną uliczkę i wpakowanie flagi na dwumetrowym kiju do wcześniej zaparkowanego malucha… ale – Polak potrafi.

Z kolei Dzieła Lenina wydane zostały właśnie po raz kolejny, tym razem pięknie oprawne w cieniutką granatową skórkę (a właściwie surowiec skóropodobny). Polacy zabijali się o nie, ponieważ po umiejętnym oddzieleniu skórki od okładki, można było z kilkunastu kawałków uszyć torbę, spódnicę albo kapelusz. Środki trzeba było wyrzucić. Oczywiście było to dużo papieru i można by go było oddać na makulaturę (co było nota bene niezwykle ekologicznym rozwiązaniem i wielu świadomych zagrożeń ludzi do dziś żałuje, że skupy makulatury zniknęły na zawsze z krajobrazu po bitwie, jakim stała się Polska po roku 1989), a może nawet w ramach akcji Lektury z makulatury wymienić na talon na Dzieła zebrane Mickiewicza, ale było to nieco niebezpieczne, bo mogło się okazać, że jakiś nadgorliwy pracownik skupu doniesie komu trzeba, kto oddał Dzieła, albo, co było znacznie bardziej prawdopodobne, jakiś zapijaczony człowieczek wygada się w pobliskim barze Agata na Grunwaldzkiej pod Fotoplastikonem, że ci Szarzyńscy przynieśli dziś siedem kompletów Lenina, haha, ale cwaniaki. I powie to z uznaniem i z nazwiskiem, bo przecież każdy we Wrzeszczu znał pana doktora Szarzyńskiego i jego elegancką żonę, i tych dwóch chłopaków z długimi włosami i gitarami.

Użytek można było zrobić również z taśm z nagraniami przemówień. Młodzież namiętnie je wykupywała, żeby nagrywać na nich listę przebojów z radia Luksemburg, albo przegrywać na przykład płyty z muzyką młodzieżową, które pani Szarzyńska kupowała synom w komisie na Grunwaldzkiej.

Cóż, socjalizm to ustrój dla ludzi z wyobraźnią. Ok – trochę to wszystko było niemoralne, a może nie niemoralne, tylko jakieś takie, trochę wstyd się było przyznać, ale… takie były czasy. Socjalizm, jak wiadomo, to ekonomiczny system permanentego niedoboru. Toteż zbadano, jakie czynniki uniemożliwiają rozwój gospodarczy. Były cztery – w kolejności: wiosna, lato, jesień, zima. Dowcip? No tak, ale jaki trafny.

Jeśli mamy sobie przypomnieć życie w Polsce latach 70, to nie sposób pominąć kartek. Od jakiegoś czasu, Wikipedia podaje, że od roku 1976, kartki bezwzględnie łączyły się z życiem w PRL. Sytem „kartek” nazywał się oficjalnie reglamentacją towarów. Obowiązywał w latach 1944–1949 i 1951–1953, ale tego ani Stefan, ani Basia nie pamiętali, pamiętali natomiast świetnie wprowadzony po „Radomiu” i trwający do końca PRL-u system kartek „na wszystko”, obowiązujący w latach 1976–1989. Stefan pamiętał też, że oni sami się tych kartek domagali. Jednym z 21 postulatów strajków w Stoczni Gdańskiej było właśnie wprowadzenie kartek na mięso. System obejmował cukier, mięso, wędliny, czekoladę, wódkę i papierosy, ale też doraźnie mnóstwo rzeczy, które się pojawiały i znikały, Basia nawet twierdziła, że kiedyś kupiła stanik na kartkę i że na pewno na kartki były podpaski, pieluszki i papier toaletowy, czego Stefan jednak nie pamiętał. Bardzo dobrze natomiast pamiętał benzynę.
– A czy trzy proszki były na kartki?, zapytał kiedyś Mateusza.
Trzy proszki to były proszek do pieczenia, proszek do prania i proszki od bólu głowy. Mateusz twierdził, że nie, było je trudno dostać, ale nie były na kartki.
– Ciekawe dlaczego?, zapytał sam siebie. Przecież jak czegoś brakowało, a brak stawał się dokuczliwy, wprowadzano kartki.
– Pewnie nie umieli wyprodukować wystarczającej ilości proszków od bólu głowy, zasugerował Stefan.

Na pewno w Polsce brakowało wszystkiego i na pewno momentem uzupełniania braków w zaopatrzeniu obywateli był właśnie 1 maja.
Dziś socjalizmu nie ma – ale święto pozostało, połączone trafnie z rocznicą uchwalenia Konstytucji Trzeciego Maja, która od czasów zamierzchłych (nazywanych potocznie „w roku którymś tam”) była też świętem Maryi Królowej Korony Polskiej. Połączenie obu świąt pozwoliło niemal co roku uzyskać długi, piękny, majowy weekend. Zasadniczo te dni wolne od pracy były po to, żeby 1 maja pójść na pochód, a 3 – do kościoła, ale tak się nie dzieje – dziś w te trzy, a czasem nawet cztery dni cała Polska zasiada przy grillu. Minęły „niesłuszne czasy komuny”, zaczęliśmy słusznie pracować i słusznie wypoczywać. Mogliśmy jako naród zacząć biegać, chodzić z północnymi patykami (no, bo jak przetłumaczyć na polski słynne Nordic Walking Sticks?), wiosłować, jeździć na rowerach, ale nie, ze wszystkich sposobów spędzania wolnego czasu, wybraliśmy właśnie grillowanie, a tak zwany „długi weekend majowy” jest po prostu jednym wielkim nabożeństwem do karkówki, kiełbasy i piwa.

Kiedyś Stefan przekroczył w poprzek pochód idący ulicą Grunwaldzką (właściwie to była aleja, ale nikt prywatnie nie używał tego słowa) mniej więcej na wysokości Opery Bałtyckiej, przeszedł przez park usytuowany na miejscu dawnego cmentarza niemieckiego i zobaczył w uliczce za cmentarzem samotnego człowieka, który szedł w tym samym kierunku co pochód, czyli w stronę Gdańska. Człowiek kroczył raźnie, choć lekko przygarbiony, i niósł biało-czerwoną szturmówkę. Szturmówka była wąską długą flagą, noszoną w pionie. Samotnie prezentowała się marnie, ale też jej zadaniem było tworzenie jednolitego szeregu łopoczących flag obok siebie. Człowiek w uliczce za cmentarzem niósł tę szturmówkę rozwiniętą, jakby nadal szedł w pochodzie, lekko łopoczącą w porywach wiatru od morza.

Samotna biało-czerwona szturmówka, pomyślał wtedy Stefan i na zawsze zapamiętał tę sytuację, choć nie wiedział wtedy jeszcze, że ta scena to symbol jego życia. Samotny człowiek w świecie przeważającej siły symboli, samotny, ale nieugięty.

Dziś nikt już nie wie, co to była szturmówka – wysoka wąska flaga, którą zawsze niosło się w szeregu i zawsze pionowo, tak by łopocące flagi tworzyły rodzaj palisady. A ponieważ szturmówki nie zna również internet, sądzę, że na zawsze zniknęła ona ze zbiorowej wyobraźni. We współczesnych sklepach internetowych oferuje się szturmówki poziome, co wydaje się głupie, bo szturmówka pozioma to chyba przecież po prostu flaga.


Dziękuję po raz kolejny Annie Dobrzyńskiej za inspiracje.

Już mi bliżej niż dalej*

Dariusz Bareya

Reblog o byciu starym (znalazł na FB Jarosław Łukasik)

Nasza kultura najczęściej cieszy się z sukcesów na wczesnych etapach życia, hołubi ludzi, którzy szybko rozkwitają.

Zarazem ci ludzie często równie szybko przekwitają, jak zakwitli.

Właśnie z tego powodu ignoruję wszelkie publikowane listy typu “35 najlepszych przed trzydziestką piątką”.

Nie interesują mnie byty jednoroczne, lecz długoletnie.

Chciałbym czytać tylko rankingi typu “8 najlepszych po osiemdziesiątce”.

Nie chcę wiedzieć, jak trzydziestolatek stał się bogaty i słynny.

Chcę słuchać o tym, jak osoba osiemdziesięcioletnia przeżyła swoje życie w zapomnieniu, cały czas tworząc, dzięki czemu była szczęśliwa.

Chcę wiedzieć, jak osiemdziesięciolatek Bill Cunningham skakał na rowerze każdego dnia i jeździł po Nowym Jorku, robiąc zdjęcia.

Chcę wiedzieć, jak Joan Rivers umiała opowiadać dowcipy do samego końca życia.

Chcę wiedzieć, jak dziewięćdziesięciolatek Pablo Casals wstawał rano i ćwiczył grę na wiolonczeli.

To u tego typu ludzi szukam inspiracji.

Zdołali oni bowiem znaleźć tę jedną rzecz, która sprawia, że czują, iż żyją, oraz sami trzymają się przy życiu, wykonując tę rzecz.

Są to osoby, które zasiały nasiona, zajęły się sobą i udało im się wyrosnąć w coś trwałego.

Chcę być jednym z nich.

Chce uczynić słowa malarza po osiemdziesiątce Davida Hockneya moim osobistym mottem:

“Będę kontynuował, dopóki nie padnę”. (Rób swoje – Austin Kleon)


* Tytuł wpisu ode mnie (EMS)

Po śladach muru / Auf den Spuren der Berliner Mauer

Vor zwei Jahren gaben wir – Freunde von Joanna Trümner – “unser” Mauerbuch heraus. / Przed dwoma laty wydaliśmy – Przyjaciele Joanny Trümner – “naszą” książkę o Murze Berlińskim.


Im Dezember 2020 haben sich Freunde von Joanna Trümner entschlossen, Ihr Andenken mit der Herausgabe eines Buches mit ihren Texten über die Berliner Mauer zu ehren. Joanna schrieb diese Beiträge seit Mitte 2019, begleitet hat sie ihre Freundin Ela Kargol als Fotografin. Als Joanna erkrankte, übernahm sie das Schreiben der weiteren Texte. Kurz vor der Fertigstellung des Buches wurde die Publikation von Krystyna Koziewicz vervollständigt.

Das ganze hat Ewa Maria Slaska redigiert und ein gewisser K. Łamarz hat den Layout gemacht. Finanziert wurde das Projekt von den Spenden angesammelt durch die Platform GoFundMe.

W grudniu 2020 roku grupa przyjaciół Joanny Trümner postanowiła uczcić Jej pamięć, wydając książkę z Jej tekstami o Murze Berlińskim. Joanna pisała te teksty od połowy 2019 roku, a towarzyszyła jej w tym jako fotografka Ela Kargol. Gdy Joanna zachorowała, dalsze pisanie tekstów przejęła Ela Kargol, a tuż przed wydaniem książki całość uzupełniła jeszcze Krystyna Koziewicz.

Ewa Maria Slaska zredagowała książkę, a pan K. Łamarz przygotował oprawę graficzną. Projekt został sfinansowany z datków zebranych poprzez platformę GoFundMe.

Ela (Elżbieta) Kargol geht weiterhin durch diese (immer noch? nicht mehr?) geteilte Stadt und sammelt Eindrücke, Informationen und Geheimnisse.

Ela Kargol dalej wędruje po naszym (już nie a może jednak nadal?) podzielonym mieście, zbierając wrażenia, informacje i tajemnice.

Ela Kargol

Günter Liftin, pierwsza ofiara Muru


Zginął 24 sierpnia 1961 roku, w dziesięć dni po tym, gdy nocą z 12 na 13 sierpnia władze postawiły pierwsze zasieki z drutu kolczastego, które z biegiem lat przekształciły się w mur, aby potem stać się Murem Berlińskim. Dziś wiedzie tu Mauerweg / Droga Muru.

***

12 sierpnia 1961 roku była sobota. Rodzina Litfinów wybrała się do rodziny w zachodniej części miasta. Kiedy późnym wieczorem wracali kolejką podmiejską do Weißensee, nie mieli pojęcia, co przyniesie kolejny dzień.

Miał 24 lata, gdy został zastrzelony strzałem w tył głowy, był berlińczykiem z Weißensee, urodzonym dwa lata przed wybuchem II wojny światowej w rodzinie katolickiej.
Tyle lat ma teraz moja młodsza córka, która studiuje i ma plany na przyszłość. Günter Litfin też miał plany. Skończył szkołę krawiecką i znalazł zatrudnienie w zawodzie w zachodniej części Berlina. Interesował się modą, ubierał elegancko, modnie. Marzył o projektowaniu i szyciu strojów teatralnych. Mieszkał jednak we wschodniej części miasta. Gdy sytuacja między strefą sowiecką a strefami zachodnimi stała się napięta, znalazł mieszkanie po zachodniej stronie, nie meldując się jednak w nim. Po śmierci ojca chciał opiekować się matką, zamieszkałą po wschodniej stronie, w Weißensee. Gdyby zameldował się w Berlinie Zachodnim, uznano by go za zdrajcę ojczyzny i nie mógłby przemieszczać się, między strefą wschodnią, a strefą zachodnią Berlina.


13 sierpnia 1961 roku podzielono murem miasto na prawie 30 lat. Ale Günter nie chciał tyle lat czekać, zresztą skąd miał wiedzieć, na ile lat podzielono świat.
W pierwszych dniach zamknięcia granic wielu udało się przekroczyć granicę ze wschodu na zachód. Günter liczył też na udaną ucieczkę. Nie zastanawiał się długo.
24 sierpnia 1961 roku przedostał się przez mur szpitala Charite, stamtąd prawdopodobnie mostem nad Humboldhafen chciał dotrzeć do Lehrter Bahnhof, czyli terenów dzisiejszego Dworca Głównego. Niestety został zauważony przez milicjantów ochrony kolei (Transportvolkspolizei). Milicjanci najpierw oddali strzały ostrzegawcze, a gdy Litfin wskoczył do wody, celowali już w jego kierunku.
Był już prawie po zachodniej stronie, gdy jedna z kul trafiła go śmiertelnie w tył głowy.

W pierwszą rocznicę zamordowania pierwszej śmiertelnej ofiary muru po zachodniej stronie postawiono płytę granitową upamiętniającą Güntera Litfina. Podczas budowy Dworca Głównego płyta zaginęła. Znalezioną po latach zamontowano po stronie wschodniej kanału (Berlin-Spandauer Schifffahrtskanal).

***
Dalej Drogą Muru dochodzi się do Invalidenfriedhof (Cmentarza Inwalidów (Wojennych).


Dzięki staraniom brata Güntera, Jürgena Litfina w jednej ze strażniczych wież dawnego posterumku “Kieler Eck” w roku 1992 otwarto miejsce pamięci Güntera Litfina. Tuż obok na Cmentarzu Inwalidów, jednym z tych murem podzielonych, są jeszcze resztki muru tylnego i tablice informacyjne o ofiarach muru, w tym o Günterze Litfinie.


W sieci znajduję kilka zdjęć Güntera. Jedno szczególnie zwróciło moja uwagę.


Na zdjęciu z I komunii świętej z roku 1947 dziesięcioletni Günter w prawej ręce trzyma świecę, ozdobioną mirtem, na której fotograf nie zdążył dorysować płomienia, w lewej książeczkę do nabożeństwa, choć trudno to stwierdzić, ale chyba ze złotym grzbietem. Ubrany jest w ciemną dwurzędową marynarkę i ciemne spodnie, kołnierzyk białej koszuli wyłożony jest na kołnierz marynarki.
Taka moda – czy Günter już wtedy chciał modnie wyglądać? Czy mama go tak wystroiła?
Na twarzy zawadiacki uśmiech. Uśmiech, który towarzyszy wszystkim zdjęciom Güntera.

9-Euro-Ticket (9)

Ela Kargol

Wyspa Przyjaźni i schody donikąd

Raz w tygodniu wybieram się na wycieczkę w ramach 9-Euro-Ticket, taki mam plan. Niestety plan powstał trochę późno, ale odkąd nie planuję wycieczek dalekich, które pozostają tylko w planach, jeżdżę do miejsc bliskich i bliższych.
Niedawno wybór padł na stolicę Brandenburgii.
Miasto znane z pałaców, parków ogrodów i konferencji.
Namówiła mnie Ewa, opowiadając o swojej wycieczce promem do Kladow. Też chciałam nad wodę. No i pojechałam na wyspę pełną kwiatowych zagonów, rozłożystych drzew, alejek, pergoli i innych wodno-ogrodowych atrakcji. Dużo nagich ciał w brązie, nie tym słonecznym, lecz metalowym. Nad wodą można dosiąść łabędzia lub flaminga i opłynąć wyspę dookoła. Na spacer się nadaje, mało chodzenia, dużo siedzenia. Dużo wolnych ławek do odpoczynku i przeróżnych roślin do oglądania – kwitnących, pachnących, dających cień, wabiących motyle, trzmiele, pszczoły.


Wyspa Przyjaźni (Freundschaftsinsel), bo o niej piszę, położona w centrum Poczdamu leży między ramionami starej i nowej Haweli (Alte i Neue Fahrt).
Z jej brzegów widać po jednej stronie poczdamski dworzec, po drugiej Stare Miasto, kościół Mikołaja i pałac miejski, który pałacem nie jest.


Wyspa zawdzięcza swoją nazwę restauracji o tej nazwie działającej tam już w połowie XIX wieku.
Krótko przed II wojną światową Karl Foerster i Hermann Mattern zaprojektowali na wyspie ogrody do oglądania i podziwiania, do spacerów i odpoczynku i takie, w których uczono sztuki ogrodnictwa. Niestety II wojna światowa zniszczyła prawie wszystko. Ale już w latach 50. i potem 70. ubiegłego wieku zaczęto odbudowywać i rozbudowywać atrakcje na wyspie, sądzić nowe drzewa, rośliny, siać kwiaty. W roku 2001 w ramach Wystawy Ogrodniczej (Bundesgartenschau 2001) nastąpiła ponowna rekonstrukcja i przebudowa ogrodu, dobudowano scenę letnią i plac zabaw.


Poszłam na drugi brzeg wyspy.
Wydawało mi się, że znajdę jakiś przystanek tramwajowy, który podwiezie mnie pod sam dworzec, a więc obeszłam pałac, który nie jest pałacem i zatrzymałam się przy złotych aniołkach przy bardzo znanych schodach, o których pojęcia nie miałam, że są znane.
Schody tzw. “Schody chorągwi” (Fahnentreppe) powstały w roku 1746, po którejś przebudowie, wtedy jeszcze pałacu i prowadziły do ogrodu.

Sześć lat później Melchior Kambly zaprojektował na podstawie rysunku samego Fryderyka II Wielkiego pozłacaną i bogatą w dekoracje balustradę. Cechą charakterystyczną balustrady były aniołki autorstwa Friedricha Christiana Glumego, stąd późniejsza ich nazwa Puttentreppe lub Engelstreppe .
(„Schody putt” lub „Schody aniołów”).


Schody nie tak dawno zrekonstruowano. Aniołki częściowo autentyczne naprawiono i pozłocono, lśnią nowym złotem.

Schody, chociaż prowadzą donikąd, bo nie ma już dawnego ogrodu i nie ma drzwi z pałacu – niepałacu którymi można byłoby do niego zejść, przyciągają wzrok każdego. Czym? Złotem i przepychem, jak cały Poczdam.

Dziwny jest czas.


Konrad

Dziwny jest czas. Pamiętam dni, gdy życie w mieszkaniu na Lynchet Hill było tak intensywne, że jego koniec wydawał się nieskończenie odległy w czasie – tak jak nieskończony wydawał się potencjał tego, co może się w tym czasie zdarzyć. Ale teraz cały ten okres się kończy. Nieskończoność okazuje się mieć koniec.

Wydaje mi się, że w przeszłość zawsze jest bliżej, niż w przyszłość. Nie potrafię sobie wyobrazić siebie za miesiąc. Po prostu nie potrafię. Jest to człowiek, którego nie ma. Nie wiadomo, kim się stanę w kontakcie z Francją. Ale ten francuski ja, który żyje miesiąc w przyszłości, widzi mnie z dzisiaj jako swojego niedalekiego kuzyna, może nawet brata. Bliżej mu do mnie, niż mi do niego.

On jest dla mnie nieskończonym potencjałem. Ja dla niego – zrozumiałą ciągłością. On jest nieskończenie daleko. Ja dla niego – miesiąc temu.

Widzę siebie w przyszłości. Widzę siebie we Francji, widzę się w Singapurze, wiem, że kiedyś tam będę, i gdy to już nastąpi, przeszłość zostanie skompresowana. Bo już będzie poznana, już będzie konkretna, skończona. Można ją będzie objąć ramami.
Nieskończoność okazuje się mieć koniec.

Słońce w głowie

Teresa Rudolf

Letnie party

Lato, 
wdzięczysz
się do człowieka
jak jakiś podlotek,

wyśpiewujesz mu 
szlagiery ptasie,
mamisz zapachami,

malujesz codzienność
setkami barw kwietnych,
aromatycznych wielce, 

zapraszasz na wielką zabawę 
z tłumami różnych gości,
chciwych wielkich przygód,

jesteś  tak wyczekiwane,
prawie już wymodlone,
pachniesz niewiadomą.

Lato,
a czy nie zapomniałeś 
o słońcu, pławiącym się 
w złocie próżnym bożku,

spalającym powoli 
na popiół ciebie,  
i twoich gości,
rozwalając ci  
z chichotem
to ziemskie
party???
Okno

Myśl, jak kot 
wślizgnęła się 
przez otwarte okno,
 
trochę nieśmiało
rozejrzała się 
w mojej głowie,

a co ze sobą
zrobić przyjdzie,
wciąż nie wie...

przykucnęła więc
przy gorącym 
dziwnym lecie,

powoli dopełzła
do wiadomości  
wszechobecnych;

do podłości ludzkiej
względem zwierząt,
do koszmaru wojen, 

też i do piękna świata,
geniuszu ludzkiego,
wspaniałości natury...

złapała się za głowę 
przyznając bezsilność,
myśli wślizgującej się

przez otwarte
letnią porą okno...
... byłoby  chyba lepiej

legalnie
jak każdy, 
wchodzić 
drzwiami, 
i pozostać 
na dłużej...

8 sierpnia 2022 roku

Ewa Maria Slaska

Imieniny obchodzą: Bonifacja, Cyriak, Cyryl, Dominik, Emilian, Esmeralda, Jan, 
Joanna, Largus, Maryn, Maryniusz, Miron, Mirona, Niegosław, Niezamysł, Sekundus, 
Sewer, Smaragd, Sylwiusz i Szmaragd.

Godzina 10 rano, koło stacji kolejki Hallesches Tor. To stacja nad kanałem. Szczur wodny pasie się na brukowanym placu, pomiędzy rowerami. Kiedyś mieszkał po drugiej stronie ulicy, przed biblioteką, w niskich krzakach, ale krzaki zostały wycięte, została łysa trawa.

Na facebooku na stronie Rośliny śmieszne zdjęcie mamy-kiełka, pouczającej dziecko-kiełek.

Po drodze do IKEI wielki napis po polsku. Mateusz kocha Magde. Z błędem, czy to ja nie dowidzę?

Na facebooku berlińska malarka, Ela Woźniewska, i jej kolorowy misiek.

Na facebooku Anna Janko, pisarka, przypomina wiersz swojej zmarłej kilka dni temu mamy, poetki, Teresy Ferenc, która dla nas w Gdańsku była “naszą poetką”, wydawałoby się, że od zawsze i na zawsze (ur. 27 kwietnia 1934, zm. 1 sierpnia 2022). Ale nikt nie jest na zawsze. Do widzenia, Tereso!

Różni ludzie twierdzą, że dziś Międzynarodowy Dzień Kota. Ja nie. Ja uważam, że Międzynarodowy Dzień Kota jest 17 lutego. Ale właściwie, to co mi zależy?

Na facebooku Andrzej Filet Fikus pisze: Herzlich Willkommen in der Hauptstadt der BRD. Menschen, jeder Nationalität, Identität etc. die sowas mitmachen: verpisst euch! (Witam serdecznie w stolicy Bundesrepubliki. Ludzie wszystkich narodowości, tożsamości itp., którzy robicie coś takiego – walcie się!)

***

Umarła Zofia Posmysz. Urodziła się 23 sierpnia 1923 roku w Krakowie, zmarła dziś, 8 sierpnia 2022 roku w Oświęcimiu. Miała prawie sto lat. Była więźniarką Auschwitz, pisała o tym i tu chciała umrzeć.

***
Taki dzień.

Projekt Irena Bobowska. Berlin.

Ela Kargol

Irena Bobowska, wyrok

Irena Bobowska 3 września 1942 roku skończyła 22 lata.W dniu swoich urodzin osadzona była w berlińskim więzieniu dla kobiet przy Barnimstraße. Wiedziała już, że 23 urodzin nie doczeka. 12 sierpnia 1942 odbyła się w Berlinie rozprawa przeciwko Irenie i trzem współtowarzyszom konspiracji z Poznania, współtowarzyszom więziennej niedoli i współtowarzyszom okrutnej śmierci. Wszyscy oprócz Lorkowskiego, a więc Bobowska, Michalski i Zakrzewski otrzymali wyrok śmierci, który nie podlegał kasacji, choć Irena próbowała się odwoływać, prosząc o darowanie życia, nie tyle dla siebie, ile dla jej kolegów z konspiracji. Wszyscy zostali oskarżeni o przygotowanie zdrady stanu.

Irenę ścięto nad ranem 27 września 1942 roku w Berlinie Plötzensee, w centralnym miejscu straceń dla okręgu egzekucyjnego IV zentrale Hinrichtungsstätte für den Vollstreckungsbezirk IV. W hitlerowskiej Rzeszy okręgów było 10, katów trzynastu.

Wilhelm Röttger z zawodu był ślusarzem, w czasie I wojny światowej jako ochotnik zaciągnął się do marynarki wojennej i został palaczem na statku. Po wojnie pracował jako pomocnik grabarza, a od roku 1940 jako pomocnik kata, podobno jednego z najważniejszych, Friedricha Hehra.

23 września 1942 roku Röttger został mianowany katem IV okręgu egzekucyjnego, który obejmował centralne miejsca straceń w Berlinie-Plötzensee i Brandenburgu-Görden. Najprawdopodobniej był tym, który uruchomił dźwignię gilotyny 27 września 1942 roku.

Była godzina 4.36. Zaczynała się niedziela. Jeszcze noc. Świt miał nastąpić za półtorej godziny.

“Zwykle kat przychodził dwa razy w tygodniu. Nazywał się
Röttger. Bardziej skradał się niż chodził. Ubrany w dłuższą kurtkę.
O czym myślał? Tysięcy ludzi pozbawiał życia. Niewinnych ludzi.

Za każdą ściętą głowę dostawał 80 marek (w innych źródłach 30 marek) premii i dodatkowy przydział papierosów.
Zawsze miał w ustach papierosa. Jego pomocnicy byli silnymi mężczyznami.
Musieli przenieść ofiary, z rękami związanymi sznurem na plecach,
na szafot!
Dwóch strażników wyprowadzało z cel więźniów skazanych na śmierć…
do szopy egzekucyjnej! Za to otrzymywali po osiem papierosów…

(broszura GedenksättePlötzensee, Brigitte Olschewski)

Więźniowie mieli podgolone karki, na nogach drewniaki. Ubrania zostawiali w celi.

“Gdy dzień egzekucji był ustalony, osoba skazana na śmierć była przenoszona do specjalnej celi – celi śmierci – dzień wcześniej lub nawet kilka dni wcześniej. W Plötzensee i Brandenburgii wyznaczono specjalne cele na parterze (w budynku III) i urządzono je jako cele śmierci. Przeniesienie do jednej z tych cel sprawiało, że jeszcze przed zawiadomieniem o egzekucji skazany wiedział, że wybiła jego godzina…”(ze wspomnień pastora Haralda Poelchau Die letzten Stunden: Erinnerungen eines Gefängnispfarrers)

Miejsce egzekucji znajdowało się w niskim budynku z czerwonej cegły na podwórzu budynku III, podzielone było na dwie części i oddzielone czarną zasłoną. Była część biurowa, w której prokurator lub jego przedstawiciel odczytywał wyrok, urzędnik sprawdzał dokładne dane personalne, i część, w której pracował kat.

Po odczytaniu wyroku prokurator zwracał się do kata z ustaloną formułą: “Kacie, czyń swoją powinność!”.‚Scharfrichter walten Sie Ihres Amtes!‘ I wtedy rozsuwała się zasłona, za którą była gilotyna i stał kat z pomocnikami. Na początku lat 30. ubiegłego wieku egzekucja trwała kilka minut. Z czasem kat i jego pomocnicy potrzebowali tylko kilkunastu sekund.

Skazany musiał stanąć oparty o deskę, w której był wydrążony otwór na głowę. Zanim zdążył cokolwiek pomyśleć, oprawcy zmieniali pozycję deski 90 stopni. W mgnieniu oka skazaniec, z odwróconą deską, znalazł się w pozycji, w której jego szyja znalazła się tuż pod gilotyną. W tej samej sekundzie kat nacisnął przycisk. Gilotyna ze świstem spadała w dół, a głowa skazańca leciała do wiklinowego kosza. Kat teraz, z tym samym pośpiechem, zaciągnął czarną zasłonę i ogłaszał: Panie prokuratorze, wyrok wykonano! (ze wspomnień pastora Haralda Poelchau Die letzten Stunden: Erinnerungen eines Gefängnispfarrers)


Berliński zakład karny przy Plötzensee został wybudowany w latach 1869 – 1879. Na 25 hektarach lasów powstało więzienie otoczone wysokim na 6 metrów murem. Poza murami więzienia przy Königsdamm (dzisiejszej ulicy Friedrich-Olbricht-Damm) wybudowano domy dla urzędników. Wewnątrz znajdowały się trzypiętrowe budynki z więziennymi celami. Budynki ustawione były według tak zwanego systemu panoptycznego. Podczas wojny większa część budynków została zniszczona, po wojnie rozebrana. Tak zwany Haus III z celami śmierci przestał istnieć. Do dzisiaj został kościół, domy urzędników więziennych i wiele innych budynków, które trudno dostrzec zza muru. Wszystkie objęte są ochroną zabytków.

Został też niski budynek z czerwonej cegły, budynek, w którym dokonywano egzekucji. W 1951 roku część ceglanej szopy rozebrano, a drugą część przeznaczono na miejsce pamięci. Z rozebranych cegieł i gruzu pozostałego ze zbombardowanego więzienia postawiono nowy mur, mur z napisem Ofiarom dyktatury hitlerowskiej 1933-1945.


W tym roku byłam tu pierwszy raz. Myślałam, że po Auschwitz, które pierwszy raz zobaczyłam będąc kilkunastoletnią dziewczyną, nic mnie już nie zaskoczy.

A jednak. Pomieszczenie, w którym nie ma już gilotyny, nie ma kata, prokuratora, urzędnika więziennego, jest tylko czarna zasłona i belka egzekucyjna, kratka odpływowa i glazura na ścianie w miejscu, gdzie był kran z wodą i umywalką. Dla kata? Czy kat zawsze umywał ręce?

Bardzo powściągliwa aranżacja miejsca, wręcz jej brak. Cisza i groza. Groza czasów hitlerowskiej dyktatury śmierci. W drugim pomieszczeniu, w którym przechowywano trumny, znajduje się fragmentaryczna dokumentacja hitlerowskich zbrodni z Plötzensee w formie wystawy, częściowo multimedialnej. Są trzy zdjęcia Ireny Bobowskiej, akt oskarżenia i wyrok. Dokument przyjęcia jej do Plötzensee i opuszczenia więzienia. Nie zgadza się tylko data, choć to my możemy się mylić.


Z dokumentów wynika, że Irenę dostarczono do więzienia w Plötzensee 25 września 1942 roku o godzinie 18.30. Z listu datowanego na 26 września 1942, zamieszczonego w Neni Stefanii Tokarskiej-Kaszubowej, Irena pisze do matki, wiedząc już, że są to jej ostatnie godziny życia. W tych ostatnich godzinach otrzymuje jeszcze listy z domu, które ktoś w nocy wsunął do celi. W celi z nią są jeszcze dwie Ireny, których nie mogę znaleźć w dokumentacji z Plötzensee, stąd moje przypuszczenie, że dokumentacja jest niepełna. Procedura wykonania wyroku śmierci zaczęła się 26 września, stąd może właśnie ta data.

Dzisiaj, a właściwie jutro wczesnym rankiem pójdę na śmierć. Jest godzina 10.00. Siedzę w celi takiej, jak każda inna w innym więzieniu. Był u mnie ksiądz ze spowiedzią i przyjdzie jeszcze z Komunią świętą. W międzyczasie przebywają tu też trzy urzędniczki. Jestem w dobrym nastroju i mam nadzieję, że odwaga nie opuści mnie aż do końca. (z listu do matki)

Księdzem, który przychodził z ostatnią posługą mógł być ksiądz Peter Buchholz. Współpracując ściśle z pastorem Haraldem Poelchau, Buchholz pośredniczył w ostatnich kontaktach między skazanymi a ich rodzinami, przekazywał wiadomości lub potajemnie dostarczał więźniom żywność. Mógł być tą osobą, która skrycie dostarczyła Irenie ostatnie wiadomości z domu.

Zgon potwierdził Oberwachmeister Heinrich Wienand z Lichtenbergu. Powód śmierci: Enthauptung (ścięcie).

Symboliczny grób Ireny jest w Poznaniu na cmentarzu Miłostowo. Symbolicznie jest tam pochowany też jej ojciec, zamordowany w Katyniu.

Co się stało z ciałem Ireny Bobowskiej, możemy tylko przypuszczać. Z pewnością zostało skremowane w jednym z berlińskich krematoriów, czy przedtem służyło do badań doktorowi Hermannowi Stieve? https://pl.wikipedia.org/wiki/Hermann_Stieve.

Jej prochy mogą być pochowane na jednym z berlińskich cmentarzy Parkfriedhof (Marzahn), Urnenfriedhof Seestraße (Berlin-Wedding), Südwestfriedhof Stahnsdorf, Friedhof am Plötzensee, Friedhof Altglienicke…

A może zupełnie gdzie indziej.

Mimo skrupulatności, pedantyczności i biurokracji w nazistowskich Niemczech i zachowanych wielu obszernych dokumentów, miejsca jej pochówku nie udało nam się znależć.

Nie tak dawno, i tylko dzięki zaangażowaniu emerytowanego inżyniera kolejnictwa Klausa Leutnera i innych osób, prochy ofiar z obozów koncentracyjnych z Dachau, Sachsenhausen, Buchenwald i wielu innych miejsc zbrodni hitlerowskich w tym z Plötzensee odzyskały swoją tożsamość.

Przy wejściu na cmentarz w Altglienicke po lewej stronie od niedawna znajduje miejsce pamięci ofiar nazistowskiej przemocy. Ponad 1360 nazwisk, w tym 430 Polaków. Każde zapisane innym charakterem pisma przez współcześnie żyjących, później przeniesione na szklaną zieloną ścianę w kształcie litery L, ustawioną na cmentarzu.

Wśród nazwisk nie ma Ireny Bobowskiej.

Chowano nocą, po ciemku, bez świadków, bezimiennie, niekoniecznie na cmentarzach, a przede wszystkim w pośpiechu i często bez zbędnej biurokracji, która towarzyszyła skazanym aż do śmierci.

W Brandenburgu Görden w tym samym okręgu egzekucyjnym i w tym samym miejscu pracy kata Röttgera otworzono miejsce pamięci w garażu znajdującym się na terenie więzienia, w garażu, który był miejscem egzekucji ponad 2 tysięcy mężczyzn. Ponieważ nie wyodrębniono tej części jak w Plötzensee z obszaru więzienia, niełatwo jest się tam dostać. Nam się nie udało (admince i mnie). Potrzebne są podania, wnioski, czasy oczekiwania, procedury i…pozwolenie na widzenie się z gilotyną. Biurokracja, zawsze i wszędzie, wtedy i teraz. Na zdjęciu (zdjęcie ze zdjęcia) z muzeum obok widać dokładnie jak wygląda i wyglądała gilotyna z Plötzensee i z Görden. Ta gilotyna ze zdjęcia znajduje się w Görden, w miejscu trudno dostępnym, za więziennym murem i nie jest gilotyną z Görden ani z Plötzensee.


Wilhelm Röttger wraz ze swoimi asystentami przeprowadził kilka tysięcy egzekucji, w tym masowe egzekucje podczas Krwawych Nocy w Plötzensee we wrześniu 1943 r., kiedy to powieszono łącznie 324 osoby. Wykonał szereg wyroków śmierci na bojownikach ruchu oporu, również na tych z 20 lipca 1944 roku. Był najbardziej wydajnym katem w Niemczech w owym czasie.

Po wojnie uciekł na zachód do Hannoveru, pojmano go w szpitalu, w którym się ukrył. Zmarł w więzieniu w Hannowerze w 1946 roku.

Reblog: 4 pisarki, które zdefiniowały świat

Samuel Dowd

…(i literaturę) na nowo

Ich niecodzienna, radykalna i zuchwała twórczość na zawsze zmieniła literaturę i kobiety. Czasem odbywało się to po cichu, a innym razem z rozmachem.

Utwór Cztery kobiety Niny Simone to wstrząsający akt oskarżenia, głos sprzeciwu wobec spuścizny niewolnictwa. Słynna piosenkarka jazzowa wypowiada się w imieniu całych pokoleń afroamerykańskich kobiet, przez wieki doświadczających niesprawiedliwości i przemocy. Na przestrzeni XX wieku wiele nieustraszonych wojowniczek podobnie jak Simone występowało przeciwko pokornej i biernej postawie kobiet, broniąc swojego prawa do mówienia własnym głosem i zachęcając do tego inne siostry. Najważniejsze z nich to Virginia Woolf, Simone de Beauvoir, Monique Wittig, Maya Angelou, Bell Hooks i Nawal El-Saadawi.

Odziedziczyłem miłość do literatury po mojej matce. Wszystkie książki, jakie mamy w domu — te powciskane na półkach, rozrzucone po podłogach i zalegające na stoliku nocnym — należały do niej. Często mi czytała, a ja uwielbiałem słuchać raz opadającej, raz wznoszącej tonacji jej głosu. W trakcie czytania nie tylko nauczyła mnie swojej „matczynej mowy”, ale także wpoiła, że słowa budują świat. Utalentowany autor czy autorka ma moc kształtowania otaczającego nas świata.

Książki są ogniwem, które łączy moją matkę i mnie po dziś dzień. Wymieniamy się nimi, dyskutujemy o nich. I często w książkach napisanych przez kobiety odnajdujemy najciekawsze i najistotniejsze dla współczesnego świata wątki. Poniżej przedstawię cztery pisarki, które opisały rzeczywistość z punktu widzenia kobiet, by dać im głos i wypełnić je siłą. 

Lepszy świat nie może istnieć bez wyzwolenia umysłów, ciał, a nade wszystko języka kobiet – Nawal El-Saadawi.

1. Clarice Lispector

Gdy w wieku 23 lat Clarice Lispector opublikowała W pobliżu dzikiego serca, poeta Lêdo Ivo nazwał ją najwspanialszą powieścią, jaką kiedykolwiek kobieta napisała po portugalsku. Gwałtowny, dynamiczny opis myśli i przeżyć bohaterki powieści wprawiał w osłupienie ówczesnych czytelników w Brazylii. Monolog wewnętrzny Joany jest liryczny, senny i nieuchwytny. Oddaje sprzeciw bohaterki wobec konwencji oraz oczekiwań, także własnych.

W 1944 roku powieść została wyróżniona prestiżową nagrodą Graça Aranha. Lispector napisała po niej wiele uznanych powieści, artykułów i opowiadań, w tym „Pasję według G.H.” (1964), opisującą niemal ekstatyczne doznania bohaterki w obliczu śmierci karalucha, a także powieść „Água Viva” („Żywa woda” — 1973), kolaż myśli i refleksji nieprzepuszczonych przez żaden filtr:

Stwarzam siebie na nowo, kreśląc rysunek. Mam głos. Gdy zatracam się w kresce, ćwiczę, jak doświadczać życia bez planowania. W świecie brak określonego porządku, a zatem wszystko, co mam, to porządek mojego oddechu. Pozwalam sobie samej się wydarzać.

Krytyk literacki Sergo Millet twierdził, że Clarice Lispector penetruje głębię psychologicznej złożoności współczesnej duszy. Autorka bez ustanku badała powiązanie pomiędzy językiem a świadomością i próbowała zdefiniować, co tak naprawdę oznacza żyć w kobiecym ciele. Niewątpliwie zaliczana do grona najznakomitszych autorów i autorek XX wieku, według jej biografa i tłumacza w Stanach Zjednoczonych, Benjamina Mosera, była także najważniejszą twórczynią żydowską od czasów Kafki. Tak pisała o niej autorka Hélène Cixous: Clarice to imię kobiety, która zdolna jest przywoływać życie we wszystkich jego ciepłych i chłodnych odcieniach. A ono przychodzi. Ona mówi: Oto jestem. I w tej właśnie chwili Clarice jest. Clarice jest całkowicie zanurzona w chwili, gdy poddaje się istnieniu, żywa, bezkresna, nieskończona…

2. Hélène Cixous

Francusko-algierską pisarkę Hélène Cixous uważa się za jedną z matek poststrukturalnej teorii feministycznej. Jacques Derrida, którego łączyło z nią żydowsko-algierskie pochodzenie i z którym blisko współpracowała, określał ją mianem najlepszego żyjącego autora piszącego w języku francuskim. Wydała ponad 70 dzieł, w tym 23 tomy poezji, sześć zbiorów esejów, pięć dramatów i niezliczone artykuły. Współtworzyła również francuski uniwersytet Université Paris 8 oraz pierwszy Ośrodek Badań nad Problematyką Kobiet w Europie.

Jednak Cixous to nie tylko utalentowana pisarka. Konsekwentnie przekracza wszelkie granice języka, łamiąc jego zasady, ściga się z tym, co w nim nieuchwytne. Jako poliglotka pisze w wielu językach. Podczas wykładu I say Allemagne w 2016 roku postulowała, że poznając nowy język, zyskujesz na człowieczeństwie. Cixous ostro sprzeciwia się pokutującej przez wieki praktyce definiowania kobiet poprzez ich niedostatki i stawia przed sobą oraz innymi wyzwanie, by stworzyć siebie na nowo, bazując na wyjątkowości swoich ciał i biografii. W swoim najsłynniejszym eseju, Le Rire de la Méduse (Śmiech Meduzy — 1975 r.) wyjaśnia:

Kiedy piszę, to wszystko czego nie wiemy, kim powinniśmy być, wypisuje się ze mnie, bez ograniczeń, bez przewidywań, i wszystko czym my będziemy, nas woła do niestrudzonej, upajającej, nigdy nie sytej pogoni za miłością. Zawsze na siebie natrafimy (przeł. Anna Nasilowska).

Esej jest pełną pasji, buntowniczą deklaracją miłości do emancypacyjnej, transgresywnej twórczości kobiet. Pisząc siebie, Cixous pokazuje, że kobiety mogą używać języka, by odzyskać wolność i przyszłość, których tak długo im odmawiano.

3. Audre Lorde

Podobne przesłanie towarzyszy twórczości Audre Lorde. Amerykanka argumentowała, że kobiecy erotyzm — tłamszony i deprecjonowany przez zachodnie, białe społeczeństwo — jest wyzwoleńczą siłą.

Przyznając erotyce należne miejsce w naszym życiu, zyskujemy energię napędową do poszukiwania zmiany w świecie… nie tylko sięgamy do źródeł naszej najskrytszej kreatywności, ale robimy to, co kobiece i co ucieleśnia naszą siłę w obliczu rasistowskiego, patriarchalnego i antyerotycznego społeczeństwa. 

Urodzona w Nowym Jorku autorka o karaibskich korzeniach opisywała samą siebie jako „czarnoskórą, lesbijkę, matkę, wojowniczkę i poetkę”. Od najmłodszych lat tworzyła poezję. Lorde to feministka, nauczycielka, bibliotekarka i aktywistka, której twórczość stanowi świadectwo marginalizacji i wykluczenia społecznego niektórych grup. Autorka była niezwykle wpływową postacią w ruchu na rzecz wyzwolenia czarnoskórych kobiet. Krytykowała również supremację białych w ramach głównego nurtu feminizmu. Badając tożsamość w swoich dziełach, podkreślała, że to wysoce skomplikowany byt, na który składa się płeć, rasa, klasa czy seksualność.

Lorde wspierała kobiety na Kubie i w podzielonym rasowo społeczeństwie RPA. Objęła stanowisko profesor wizytującej na Wolnym Uniwersytecie w Berlinie, gdzie ukuła termin „Afro-Niemiec”. Dał on początek ruchowi czarnoskórych w Niemczech, w ramach którego postulowano okazywanie sprzeciwu za pomocą języka, nie poprzez przemoc. Jako profesor języka angielskiego uhonorowana tytułem poety-laureata stanu Nowy Jork w latach 1991-1992, podkreślała wagę literatury: „Dla kobiet poezja nie jest zbytkiem. To niezbędna potrzeba życiowa. Nadaje jakość światłu, w którym odbijamy nasze pragnienia i marzenia o przetrwaniu i zmianie. Najpierw na poziomie języka, potem idei, w końcu wymiernych czynów”. 

Jej prace pełne są siły, gniewu, buntu i nawoływania do zmiany — są odbiciem kobiety, która dążyła do tego, by „dzielące nas różnice przekuć w siłę”, odmawiając milczenia w obliczu niesprawiedliwości.

4. Joumana Haddad

Kolejną autorką, która nie daje sobie zamknąć ust jest Joumana Haddad — enfant terrible Bliskiego Wschodu. Wielokrotnie nagradzana poetka, dziennikarka, wydawczyni i tłumaczka (posługuje się siedmioma językami), jest redaktorką kulturalną czołowego libańskiego dziennika an-Nahar. Swego czasu wywołała skandal w arabskim świecie, publikując erotyczne czasopismo Jasad (Ciało). Pisarz Tahar Ben Jelloun mówił o niej tak: „Literatura bywa niczym cyklon, który burzy zasady decorum… Joumana Haddad to poetka, która zadomowiła się w tym cyklonie”.

Okiem cyklonu jest z kolei Bejrut, gdzie Haddad się urodziła i wychowała dwóch synów. Poetka sprzeciwia się stereotypowemu postrzeganiu arabskich kobiet przez Zachód. Jednocześnie konfrontuje się z arabskimi poglądami na temat kobiecości. Zaczytując się w Markizie de Sade, którego odkryła za młodu w biblioteczce swojego ojca, Haddad opisuje swoją podróż do swobody intelektualnej w autobiograficznym eseju Zabiłam Szeherezadę. Wyznania gniewnej arabskiej kobiety (2010).

W pracy rozprawia się z niełatwymi tematami takimi jak kobiecy erotyzm, kobiety w polityce czy religia instytucjonalna. Esej stanowi druzgocącą krytykę zarówno zachodnich, jak i arabskich wierzeń. Cytuje w nim Hélène Cixous: „Ocenzuruj ciało, a tym samym ocenzurujesz oddech i mowę”, dodając:

Kobieta jest swoim jedynym znawcą i przewodnikiem po sobie samej. Stanowi jedyny punkt odniesienia dla swojego ciała, ducha i esencji siebie.

W wierszu „Zawsze powstanę“ Maya Angelou pyta: „Czy mój seksapil Cię irytuje?” Joumana Haddad — seksowna, nieustraszona, bezkompromisowa, bezpośrednia — podąża za nią, wykorzystując język, by zburzyć status quo i stworzyć własną, wyjątkową przestrzeń na tym świecie. Wierzy, że „umiejętność czytania to jedno z najważniejszych narzędzi wyzwoleńczych każdego człowieka, a w szczególności współczesnej arabskiej kobiety”.

Dziś na wszystkich kontynentach kobiety czytają inne kobiety, opisując świat na nowo, wreszcie po swojemu. 


Samuel Dowd jako nastolatek mieszkał w Wielkiej Brytanii i Irlandii. Po ukończeniu studiów na kierunku rzeźby, filozofii oraz „sztuki opartej na czasie” rozpoczął pracę jako artysta, twórca filmowy, ogrodnik, pisarz i redaktor Babbel. W poszukiwaniu wszystkiego, co eksperymentalne – w architekturze,  rolnictwie ekologicznym, wielojęzycznej literaturze z pogranicza prozy i poezji oraz muzyce – mieszkał w wielu zakątkach świata: w Finlandii, Nowej Zelandii, Austrii, Chorwacji, a od 2013 r. w Berlinie.