Projekt Irena Bobowska – zapowiedź

Anna Krenz & Ewa Maria Slaska

Wrzesień 2022 / 4 wieczory / 4 dyskusje / 4 performance / 4 koncerty / 4 miejsca

Brakująca część historii. Irena Bobowska, zapomniana bohaterka.

Projekt “Brakująca część historii” jest próbą uzupełnienia polsko-niemieckiej historii poprzez przypomnienie kobiet – zapomnianych bohaterek wymazanych z kart historii, Polek, które 100 lat temu walczyły o swoje prawa razem z kobietami w Niemczech, które później stały się ofiarami wojny, ale również walczyły o wolność. Wiele z nich działało w Berlinie lub zostało tu zamordowanych. W tym projekcie chcemy przypomnieć o polskich kobietach w Berlinie, które były prześladowane, torturowane i zabijane przez zbrodniczy reżim, a następnie wymazane z kart historii. W kontekście wojny na Ukrainie temat ten zyskuje zupełnie nowy i aktualny wymiar.

Projekt ma być kolejnym przyczynkiem do debaty o historii w odniesieniu do teraźniejszości, szczególnie w obliczu kolejnej wojny w Europie. Kim były te kobiety, Polki, które walczyły o wolność? Jak wiele możemy się nauczyć z historii i jak o niej rozmawiać? Jak możemy zachować pamięć o zapomnianych bohaterkach? W jaki sposób wspólne debaty historyczne i sztuka mogą przyczynić się do głębszego zrozumienia i uniknąć powtórzenia historii?

W naszych działaniach często mówimy o zapomnianych kobietach, anonimowych bohaterkach, ponieważ w naszej kulturze historię piszą zwycięzcy – mężczyźni. Zapisana w annałach historia opiera się na ciągu wojen, konfliktów, przemocy, w których dominują bohaterowie – generałowie, wodzowie, żołnierze, papieże. Stawia się im pomniki, pisze się o nich epopeje. Dlatego w naszych działaniach często mówimy o zapomnianych kobietach, anonimowych bohaterkach, ofiarach i cichych wojowniczkach.

W ostatnich latach w Berlinie toczy się dyskusja na temat miejsc pamięci i ewentualnej lokalizacji pomnika polskich ofiar narodowego socjalizmu. Debata była długa, odbywała się wśród ludzi na różnych wysokich szczeblach i naukowych stanowiskach, wśród polityków, w Bundestagu. Kobiety, zwłaszcza młode, reprezentantki społeczeństwa obywatelskiego, czy nie należące do zamkniętych kręgów naukowych i osoby zainteresowane, nie brały w tym udziału.

Bohaterką projektu jest Irena Bobowska, poznańska poetka, która w roku 1942 w wieku 22 lat została zamordowana przez hitlerowców w Berlinie. Dla nas jest ona symbolem tych wszystkich młodych, utalentowanych kobiet, które zostały zamordowane, udręczone, torturowane w czasie wojny, a potem wygnane w niepamięć przez potomnych.

Program i więcej info:

A w ramach projektu ogłaszamy też

call for statements!

Druga z czterech debat odbędzie się 8 września pod “naszym” pomnikiem na F’hain.
Temat: Wojna (jako idea, 2 wojna światowa, wojna w Ukrainie). Forma: manifesty!

Serdecznie zapraszamy te z Was, które interesuje temat wojny do wystąpienia z manifestem, oświadczeniem, przemówieniem 8.9.2022 | 18.00.
Po perfo i manifestach odbędzie się koncert Jemka Jemowita.

Zgłoście się na email: bobowskaberlin@gmail.com


Die Reihe besteht aus 4 Veranstaltungen mit Performative Lesungen von Bobowskas Gedichte, mit Diskussionen mit eingeladenen Expertinnen und eine Ausstellung mit Informationen und ein Porträt sowie Werke von Irena Bobowska und den historischen und  Kontext. Darüber hinaus wird eine Gedenkzeitung “Pobudka” (Weckruf) mit Bobowskas Gedichten in polnischer und deutscher Sprache erscheinen – jedes Gedicht wird von einer anderen Frau übersetzt. Ende des Jahres wird auch eine Publikation zum Thema erscheinen.

Die Botschaft der Polinnen* ist ein Kunstprojekt von Anna Krenz, es ist eine temporäre mobile Rauminstallation mit Spitzenwänden ohne festen Sitz. Die Botschaft veranstaltet Treffen, Ausstellungen und Diskussionen zu Politik, Umwelt und engagierter Kunst. Die Eröffnung und Einweihung der polnischen Botschaft fand im Juni 2020 im Haus der Statistik in Berlin statt. www.facebook.com/AmbasadaPolek/

“Die Kunst ist das Gewissen der Menschlichkeit.” Anna Krenz

Die Veranstaltungen an diesen Orten werden von der Botschaft der Polinnen* begleitet.

PROGRAMM: 

Heimat

1. September 2022 (Donnerstag), 18.00 Uhr | Regenbogenfabrik, Lausitzer Str. 22, 10999 Berlin (Kreuzberg)

Performance: Karen Kandzia
Diskussion mit:
Anna Burek / 
Soziolinguistin, Autorin
Masha Pryven / 
Fotografin instagram.com/masha.pryven/
Dr. Kamila Schöll-Mazurek / Leiterin Welcome-Willkommen-Witamy Interkulturelle Anlauf- und Beratungsstelle für Migranten, Polnischer Sozialrat e.V. / polskarada.de

Konzert: Don Philippe | Facebook >>>


Krieg

8. September 2022 (Donnerstag), 18.00 Uhr | „Denkmal für den Kampf für unsere und Ihre Freiheit“, Virchowstraße, 10249 Berlin (Volkspark Friedrichshain)

Performance: Karen Kandzia

Diskussion mit:

Aleksandra Puciłowska, Autorin

Konzert: Jemek Jemowit | www.jemek.net

Unterdrückung

15. September 2022 (Donnerstag),  18.00 Uhr | Kulturkirche Nikodemus, Nansenstraße 12, 12047 Berlin  (Neukölln)

Performance: Karen Kandzia
Diskussion mit:
Marta Ansilewska-Lehnstaedt / Historikerin, Gedenkstätte Deutscher Widerstand www.gdw-berlin.de
Zofia Nierodzińska 
/Kuratorin, Künstlerin, Autorin, Aktivistin. Stellvertretende Direktorin der Galerie Arsenal in Poznań znierodzinska.com
Marina Wesner 
/Architektin, Architekturhistorikerin, Autorin  www.marinawesner.de

Ausstellung: “Frauengefängnis Barnimstraße” von Marina Wesner

Konzert: Helmut Mittermaier | www.guruclub.de/mittermaier/


Erinnerung

22. September 2022 (Donnerstag), 18.00 Uhr | Städtischer Friedhof Altglienicke, Schönefelder Ch. 100, 12524 Berlin (Treptow – Köpenick)
Schirmherrschaft Herr Oliver Igel, Bezirksbürgermeister von Berlin Treptow-Köpenick

Performance: Karen Kandzia
Diskussion mit:
Franziska Bruder / Lagergemeinschaft Ravensbrück Freundeskreis e.V.  lg-ravensbrueck.vvn-bda.de
dr Iwona Dadej
 / Instytut Historii PAN cbh.pan.pl
Klaudyna Droske / Leiterin der Geschäftsstelle der Polonia polonia-biuro.de
Nora Hogrefe / Leiterin der Koordinierungsstelle Historische Stadtmarkierungen im Verein Aktives Museum Faschismus und Widerstand in Berlin. www.aktives-museum.de
Anja Witzel 
/ Referentin der Berliner Landeszentrale für politische Bildung

Konzert: Warnfried Altmann | www.warnfried-altmann.de

Zemsta Szymona

Ewa Maria Slaska

Pojawił się zimą. Naprawił stare rozpadające się krzesła i wykonał im nowe aksamitne obicie. Sprawił, że pasujący do kompletu stół, przestał się wreszcie chwiać i dawał się składać, rozkładać, przesuwać. Potem pomalował go fantazyjnie w dwóch odcieniach starego złota. Jednak blat nie nadawał się jeszcze do użytku, potrzebował co najmniej kilku, a najlepiej – kilkudziesięciu warstw lakieru. Pierwsze miał położyć Szymon, następne, raz na tydzień, miałam nakładać ja.

Przed wyglądało tak:


Po wyglądało natomiast tak:


W kuchni, mimo iż blat nie był jeszcze gotowy, zrobiło się po królewsku.

W domu było tłoczno – mieszkała u mnie właśnie moja młoda koleżanka, Karina, pojawiał się mój przyjaciel, Krzysztof, oraz siostrzeniec z dziewczyną. Codziennie do kolacji zasiadało nas przynajmniej troje, czasem pięcioro lub sześcioro. Widać było, że Szymonowi bardzo te wspólne kolacje przypadły do gustu. Nikt z nas nie pił alkoholu, Szymon poprzestawał na herbacie ziołowej z miodem. Czasem Karina, Krzysztof i Szymon wychodzili na papierosa na balkon.

Niestety właśnie minął miesiąc i trzeba było uregulować rachunki. Tknięta przeczuciem, spytałam Szymona, czy może wolałby dostawać pieniądze co tydzień, a nie wszystkie od razu? Przyznał mi rację, na pewno tak byłoby lepiej, ale ma długi, zresztą musi zapłacić za kwaterę. Wypłaciłam mu więc od razu całą umówioną sumę. Był poniedziałek.

Następnego dnia nie przyszedł do pracy. Po dwóch dniach zadzwonił, że źle się czuje. W niedzielę zjawił się niezapowiedziany z kolegą. Obaj byli wyraźnie pod wpływem alkoholu. Byłyśmy w domu we dwie z Kariną i bardzo nam się nie podobała ta wizyta. Miałyśmy wrażenie, że Szymon przyprowadził kolegę, żeby się pochwalić, jakie ma świetne koleżanki. Powinnyśmy ich były od razu wyrzucić. No, ale jednak goście. No i ten pięknie zaczęty stół, który trzeba skończyć.

Zrobiłyśmy kawę, podałyśmy ciasto. Goście wyciągnęli butelkę wódki i zaczęli się rozglądać za kieliszkami. Popatrzyłyśmy na siebie i powiedziałyśmy zdecydowanie, że nie będzie żadnego picia. Mają wypić kawę i wyjść.


Ociągali się, ale wyszli. Następnego dnia Karina źle się poczuła. Wysłałam ją na test, wróciła z informacją, że ma koronę. Zadzwoniłam do Szymona. W końcu źle się czuł już kilku dni temu. W rozmowie telefonicznej przyznał, że wczoraj, jak u nas był, wciąż był chory. Przywlókł nam koronę. Zapytałam, czy zrobił test. Powiedział, że jest przeciwny szczepieniom, nie wierzy w koronę i nie chce mieć z tym wszystkim nic wspólnego. Ale się przestraszył. Kupił sobie test w sklepie i test wyszedł pozytywny. Zadzwonił jeszcze raz, zapytał, co ma robić. Kazałam mu iść do lekarza i tak się skończyła nasza współpraca. Już się nie pojawił.

Odezwał się po miesiącu, byłam akurat w Anglii, powiedziałam, że może zadzwonić za dwa dni, jak będę w Berlinie. Więcej nie zadzwonił.


Nie przejmowałabym się tym zbytnio, gdyby nie ten stół. Farba złaziła grubymi czarnymi grudami, brudziła ręce, naczynia i ścierki, którymi myłam blat. Wreszcie w czerwcu Konrad ją zdrapał. Teraz blat nie był zniszczony, tylko oryginalnie podrapany. Nawet mi się podobało. Tyle że podrapana farba nadal schodzi i brudzi.

17 lipca Konrad wyjechał. W dzień po jego wyjeździe wylała pralka. Brudna woda zalała kuchnię od ściany do ściany, wlała się do koszy na śmieci, zmieszała z niedojedzonym kocim żarciem i ludzkim jadłem. Gdy sięgałam do komórki po ścierki do podłogi, trąciłam jedną z puszek z farbami, które Szymon pół roku wcześniej ustawił na progu komórki. Puszka okazała się niedomknięta, szara farba wylała się na podłogę koło śmietnika. Pokryły ją rozmoczone śmiecie. Były w nich marchewka i groszek.

Stałam na bosaka po kostki w wodzie i wyżymałam ścierkę do wiaderka. Zmęczona wyprostowałam się i spojrzałam na przekrojowy kalendarz-zdzierak wiszący koło okna.

18 lipca. Szymona.

9-Euro-Ticket (6)

Ela Kargol

Zapach prowincji i średniowiecza

To małe miasto niedaleko granic Berlina zostało założone podobno przez Albrechta Niedźwiedzia, o czym donosi wikipedia w języku niemieckim, zaś wikipedia polska w pierwszym zdaniu pisze o jego słowiańskich korzeniach. Leży na trasie historycznej Kolei Berlińsko-Szczecińskiej. W tej chwili linia ta jest w ciągłym remoncie, ale nie traćmy nadziei, już niedługo pociągi będą znowu śmigać po dwóch torach i jak za dawnych czasów kolej żelazna połączy Berlin z jego dawnym portem.

Całe szczęście, od stu lat z Berlina dojeżdża tu kolejka podmiejska, a więc, żeby tu dotrzeć nie jest nawet potrzebny 9-Euro-Ticket. A gdyby Panke była rzeką żeglowną jak kiedyś, można byłoby przypłynąć do jej źródeł wprost z Berlina. Budynek dworca znalazł się pod ochroną zabytków, niestety plac przed dworcem nie. Dziesięć lat temu go wybetonowano. W betonie posadzono nowe drzewa. Zobaczymy, co z nich wyrośnie, na razie wyglądają marnie, ale może beton skruszeje.


Miasto z trzema bramami, Berlińskiej nie ma, Młyńska jest nowa, choć stara, a Kamienną nie wiem na ile zrekonstruowano, a na ile jest autentyczna. W mieście są dwa kościoły, dwa cmentarze, dwa pomniki upamiętniające dwie różne wojny i dwa różne systemy polityczne, dwie bramy, bo trzecią, Berlińską zaznaczono tylko w bruku.


Kościół ewangelicki (Sankt Marien) strojniejszy od katolickiego (Herz-Jesu-Kirche). Niestety zamknięty, choć niedziela. Dopiero wieczorem otwarto na koncert. I wtedy, gdy inni wychodzili, ja wślizgnęłam się do środka. A tam Cranach, no, może niezupełnie, ale malarstwo z jego szkoły na skrzydłowym ołtarzu. Pani sprzedająca widokówki i inne bibeloty uśmiechała się do mojego uśmiechu, ale trzymała już klucze w ręku, dając uprzejmy znak, że już się naoglądałam. A więc wyszłam wprost na koci zaułek, po którym przechadzał się senny kot. Nazwy ulic takie same jak w innych miastach. Jest Dworcowa, Szeroka, Berlińska. Jest też ulica Uliczki. Ta nazwa nie ma nic wspólnego ze słowiańską historią miasta. Carl Ulitzka był katolickim księdzem urodzonym na Górnym Śląsku, rodowód jego nazwiska jest z pewnością słowiański, lecz rodzina była niemieckojęzyczna. Był proboszczem w tamtejszej parafii i inicjatorem budowy katolickiego kościoła w Bernau, kościoła, przy którym po latach uczczono jego pamięć, nadając małemu odcinkowi ulicy jego nazwisko. Ulica jest mała i krótka niczym uliczka.


Więcej o Carlu Ulitzce pisze adminka: https://ewamaria.blog/2018/12/30/vergessene-texte-2/

Przy kościele jest budynek starej poczty, zamkniętej na cztery spusty. Pocztą już dawno nie jest, ale była lodziarnią, o czym świadczy napis i kosz plażowy. Lodziarnię wykończyła prawdopodobnie pandemia, a kosz plażowy też jakby po przebytym covidzie nikogo już nie zaprasza.


Idę dalej ulica Dworcową i dochodzę od zewnętrznej strony do murów miasta i jego jedynej częściowo w oryginalnym stanie zachowanej bramy, bramy Kamiennej z Głodową Wieżą. To na niej umieszczone są odlane w brązie głowy husytów ściętych przed murami miasta w1432 roku. Te wysokie na osiem metrów wysokie mury, baszty, wały i inne obwarowania obroniły miasto przed husyckim najazdem i nadal stoją na straży. Gdy jestem w środku miasta, mam wrażenie, że obojętnie w którą stronę pójdę, mur zawsze będzie stał na przeszkodzie. Ulica Husycka jest poza murami miasta, cmentarze, szpital świętego Grzegorza, wieża ciśnień też. I nawet kościół katolicki wybudowano przed murami, jednak protestantyzm w końcu zwyciężył.


Kawiarnia „Pod Husytem” zamyka w niedzielę o 16.00. Miasto pustoszeje. Zapach prowincji. Jest jeszcze kilku takich jak ja, ciekawskich. Wiele starych kamienic i innych budowli, wyremontowane za unijne pieniądze. Bloki z czasów NRD też zadbane. Spotkany przechodzień dumnie pokazuje i opowiada, co jeszcze muszę koniecznie zobaczyć – najstarszy dom w mieście. Po wojnie było ich więcej. Prościej i taniej było budować nowe bloki, zresztą tak jest do dzisiaj. Kantorhaus, dom kantora, organisty pochodzi z XVI wieku i jest odrestaurowaną perełką wśród innych nowszych i tych, po których słuch i byt zaginął. Ratusz jest nowy, stanął na miejscu kamienicy, może niepotrzebnie wyburzonej, opowiada dalej przechodzień. Tu się urodził i tu umrze. Wielu wyjechało jeszcze w czasach NRD, jego syn też, ale dopiero po zjednoczeniu.
On dalej zachwala swoje miasto.
Koniecznie muszę napić się miejscowego piwa „Pod Czarnym Orłem”, choć drogo. Idę znowu wzdłuż wewnętrzej strony muru. Czarownicom postawiono pomnik obok domu kata, myślę, że stosy znajdowały się gdzie indziej. Pomnik ma skrzydła i wygrawerowane nazwiska 25 kobiet i 3 mężczyzn spalonych na stosie. Między nimi jest nazwisko Dorothei Meerman, której matka, babka, córka były również ofiarami polowania na czarownice.

https://de.wikipedia.org/wiki/Dorothea_Meermann

O godzinie 19 słońce jeszcze oświetlało pięcioramienną gwiazdę, ale ja już spieszyłam w kierunku dworca, bo wydawało mi się, że jeszcze chwila i miasto mnie nie wypuści, że mury i bramy zamkną się, a jeśli nie zamkną, to husyci wezmą mnie do niewoli.

Całe szczęście, że kat z powodów technicznych miał dzisiaj wolne.

Ach to życie

Teresa Rudolf

Na fali

A życie płynie
...a w nim i my, 
z innymi bliżej
z innymi dalej,
czasem zawiruje.

Mówi się:
"płyniemy 
na tej 
samej 
fali"...

...a tu

nagle ktoś 
już płynie  
na innej,
już z innymi,
na innym statku...

...i tak

pokrętne
prawa
wciąż
falują
naszą

rzekę,
zwaną
...ŻYCIEM.
Karuzela

Przychodzenie,
odchodzenie,
przepływy,
odpływy,
przyloty,
odloty.

Wzruszenie,
obojętność,
śmiech,
płacz,
radość,
smutek.

Miłość
nienawiść
pokój,
wojna, 
życie,
...śmierć.

Pokolenie Solidarności (10)

Ewa Maria Slaska

Eli

Taternicy (1969)

W marcu 1968 roku kolejne pokolenie „dzieci Komuny” zobaczyło na ulicach czołgi i walki. Te dzieci miały na całe życie zapamiętać tłumy młodych ludzi, bijące się z milicjantami, petardy w powietrzu, armatki wodne. Przestraszone dzieci z buziami przyklejonymi do okien, które przecież nie wiedziały, co o tym wszystkim myśleć, bo dorośli na wszeli wypadek niczego nie tłumaczyli. Skąd więc mogły wiedzieć, czy bójki z policją nie przeniosą się do ich dziecinnych pokojów, nie wyciągną ich z łóżeczek i kojców, czy milicjanci nie będą bić się z nimi lub z ich rodzicami. Oczywiście Stefan i Basia byli już ponad te dziecinne strachy.

Stefan, który był już na studiach w Warszawie i jak wszyscy też wziął udział w protestach na uniwersytecie i pod pomnikiem Mickiewicza, wyleciał ze studiów. Pomyślał wtedy, że dość już się nauczył matematyki i wrócił do Gdańska, gdzie, jak gdyby nigdy nic, przystąpił do egzaminu wstępnego na Politechnikę. Postanowił studiować budowę okrętów. Egzamin zdał i został przyjęty, co, choć było zdumiewające, jednak wcale nie było aż takie rzadkie. Najwyraźniej uczelnie nie rozsyłały list relegowanych studentów i najwyraźniej bezpieka też się tym nie interesowała, co sprawiło, że wielu niepokornym studentom w Polsce przydarzyła się paradoksalna sytuacja, iż wyrzuceni ze studiów w jednym mieście, zostawali studentami w innym.

Tym razem więc Stefanowi się upiekło, ale siedzieć poszedł i tak, choć dopiero w następnym roku – za tzw. aferę taterników.

Były właściwie dwie afery, jedna w sprawie przemytu nielegalnych wydawnictw z Polski do Paryskiej Kultury i druga – o zbieranie wiadomości o Marcu, o tym pisanym już z wielkiej litery. Stefan należał do drugiej grupy – zbierał informacje i przekazywał je Kozłowskiemu, który dostarczał je do Paryża. Obie grupy aresztowano w maju 1969 roku i jesienią połączono ich sprawy w jeden proces. Niektórzy oskarżeni otrzymali wyroki, innych przesłuchiwano tylko jako świadków. Wyroki były wysokie, ale skrócono je niemal od razu, w ramach amnestii “z okazji 25 lecia PRL”, co regulowała ustawa z 21 lipca 1969 roku. Stefan dostał wyrok 17 miesięcy i wyszedł po trzech miesiącach na mocy amnestii.

Tymczasem w Stanach Zjednoczonych został właśnie zorganizowany pierwszy festiwal muzyki rockowej w Woodstock, w sierpniu 1969 roku. Odbył się na farmie w Bethel, koło Nowego Jorku pod hasłem Peace, Love and Happiness (pokój, miłość i szczęście). Mimo iż festiwal nie był reklamowany w środkach masowego przekazu, przyciągnął ponad 500 tysięcy ludzi. Wzięła w nim udział większość najwybitniejszych wykonawców tamtego okresu, Santana, Janis Joplin, The Who, Jimi Hendrix. Amerykańska młodzież epoki dzieci kwiatów, znudzona polityką i szachrajstwami kapitalistycznego świata, szukała ucieczki w środkach odurzających, dlatego też obok gołąbka pokoju siedzącego na gryfie od gitary, pojawił się nieoficjalny symbol Woodstocku – liść konopi indyjskich.

Przez kilka miesięcy po amnestii, czyli od września 1969 roku Stefan pracował w biurze cenzury w Domu Prasy. W tym momencie trzeba byłoby odpowiedzieć na pytanie, co robi młody człowiek, który jeszcze niedawno domagał się od komuny wolności słowa, w obozie wroga? Szczerze mówiąc, Stefan sam nie wiedział. Był studentem, który nie ukończył matematyki w Warszawie i budowy okrętów w Gdańsku, jego pole manewru było dość ograniczone. Jednak po odsiadce musiał koniecznie znaleźć jakąś pracę, bo brak pracy był w PRL karalny. Istniał przymus pracy obejmujący mężczyzn między 18, a 45 rokiem życia. A po odsiadce politycznej znalezienie pracy łatwe nie było i zależało od znajomości oraz odwagi dyrektora instytucji zatrudniającej. Zaryzykował naczelnik trójmiejskiej cenzury, którego, jak to w PRL, znał prywatnie ktoś z kręgu Szarzyńskich, kto poręczył za Stefana i tym sposobem Stefan wylądował w instytucji, mającej ostatnie zdanie w życiu ówczesnych mediów, wydawnictw i twórców kultury. Był więc na minimalną skalę w takiej samej sytuacji jak słynny Tomasz Strzyżewski – dla nielicznych postać kontrowersyjna, dla większości bohater na miarę pułkownika Kuklińskiego, który w roku 1977 wywiózł na Zachód materiały demaskujące zasady funkcjonowania cenzury w PRL-u. Pracownikiem Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk został, jak sam mówił – z przypadku i był nim przez kilkanaście miesięcy. Zbierania materiałów podjął się jednak świadomie i w pełni bezinteresownie.

No dobrze, ale jednak cenzura. Mieściła się w Domu Prasy na Targu Drzewnym. Stefan był tam praktykantem, parzył kawę, odkurzał i segregował akta, przesuwał meble albo pilnował dalekopisu, który stale musiał drukować jakieś wiadomości, a lubił się zacinać. Gdy “góra” nabrała do niego pewnego zaufania, dostał dodatkowo funkcję tzw. biegłego przysięgłego, czyli kogoś, kto, jak to opisał Zbigniew Milewicz, biegnie po wódkę i przysięga, że nikomu o tym nie powie. To też było takie typowe dla PRL-u – prawie wszyscy pili w pracy, jedni więcej, drudzy mniej, niektórzy codziennie. W cenzurze ciężar odpowiedzialności za słowo sprawiał, że piło się właściwie codziennie.

O czym nie wolno było w PRL-u pisać i mówić, traktowały zawiłe i obszerne zapisy cenzorskie. Do nich dopuszczono pracownika dopiero po odbyciu szkolenia w głównym urzędzie, na ulicy Mysiej w Warszawie, ale Stefan, jak Jaś w piwnicznej izbie, nie doczekał szkolenia, bo wyleciał za pyskowanie.

Basia też w swoim czasie miała kontakty z cenzurą, bo w pierwszej swojej pracy, zaraz po urlopie macierzyńskim, pracowała w sopockiej spółdzielni projektanckiej Trójkąt. Spółdzielnia zrzeszona była w Wojewódzkim Związku Spółdzielni Produkcyjnych, a Basia, która najpierw była rzeczniczką prasową w Trójkącie, potem została zabrana do centrali wojewódzkiej, gdzie do jej obowązków należało wydawanie co miesiąc branżowej broszurki informacyjnej. Oznaczało to, że co miesiąc musiała chodzić do cenzury po zgodę na publikację.

Oboje mieli więc do czynienia z cenzurą, ale nigdy z żadnymi spektakularnymi przypadkami jej nadgorliwości, czy nieudolności, takimi jak na przykład sprawa Danielewicza. 13 II 1982 roku, w miesięcznicę (jakby się to w pisowskiej Polsce nazywało) wprowadzenia stanu wojennego, Danielewicz opublikował w Dzienniku Bałtyckim słynną recenzję muzyczną, w której pierwsze litery akapitów układały się w hasło „WRONA skona”. Gdy sprawa się wydała, Danielewicz wyleciał z pracy, został aresztowany i przetrzymywano go w areszcie przez dziewięć miesięcy. A potem, do 1989 roku, czyli do czasów wolnej Polski, nie znalazł nowej pracy.

Po porozumieniach Okrągłego Stołu cenzura została zlikwidowana.

Wszystko było jednak kwestią przypadku. Mój wujeczny dziadek, Wiktor Ostrowski, był w czasie wojny więźniem Pawiaka i obozu koncentracyjnego w Stutthofie. W latach 70 opisał te czasy w książce Warszawiacy w Stutthofie. Książka popadła w zapomnienie i została wznowiona dopiero w roku 2015 przez Muzeum Stutthof w Sztutowie, niestety już w nowej szacie graficznej. Tymczasem stare wydanie miało niezwykłą okładkę. Był to wielki sekret i nawet córka dziadka nic o tym nie wiedziała. Sekret książki znała natomiast moja mama, opowiedziała mi go, a ja przekazałam to rodzinie podczas spotkania familijnego jesienią… 2014 roku, czyli po 40 latach. Otóż okładkę książki tworzył biegnący przez przód i tył, nabazgrany na szarym murze, biały napis PAWIAK. Nazwa uzasadniona, bo stąd autora wywieziono do Stutthofu. Gdy książka była zamknięta, na jej przedniej okładce pozostawały tylko dwie litery – AK! AK, Armia Krajowa, formacja, o której w PRL-u czasem wolno było pisać swobodnie, a czasem nie wolno było nawet wspomnieć, i nie do końca było wiadomo, dlaczego tym razem było akurat tak, albo owak. Niewątpliwie inteligentny zabieg grafika – Sylwestra Wieczorka. Czy na sugestię ze strony Dziadka?

Jeśli zdarzało się, że urzędnicy nie wyłapali ukrytych treści, jak to było na przykład w wypadku książki dziadka, to z kolei sprawny cenzor potrafił doprawdy niewielkim wysiłkiem zmienić ogólną wymowę cenzurowanego dzieła. I tak jak autorzy starali się inteligentnie zakamuflować swe antyreżimowe przesłania do czytelników, tak cenzorzy brali sobie za punkt honoru, by je odkryć i, oczywiście, zlikwidować. Zdarzyło się, że otrzymałam kiedyś nagrodę na jakimś ogólnopolskim konkursie na opowiadanie i ku mojemu zdumieniu zostałam poinformowana, że zostanie ono opublikowane. Byłam zdumiona, bo była to opowiastka o nie socjalistycznym wychowaniu w socjalistycznej rodzinie milicyjnej. Powszechnie wiadomo było, że nagrodzenie takich niepoprawnych dzieł na konkursach uchodziło, ale publikacja już nie. Zgodnie z prawidłami gry na linii autor-cenzor – w moim tekście jedno tylko słowo sugerowało, że chodzi o rodzinę milicyjną i to jedno słowo sprawiało, że tekst był nieprawomyślny. Ku mojemu zdumieniu redakcja napisała, że publikują tekst bez żadnych zmian, po czym cenzor znalazł jednak to jedno słowo i je usunął, czego już ze mną nie skonsultowano.

Gdy Stefan był praktykantem w cenzurze, na Targu Drzewnym, czyli przed jego oknami, stał eksmitowany ze Lwowa pomnik króla Jana III Sobieskiego. Odsłonięto go 26 czerwca 1965 roku i od tego czasu było to ulubione miejsce spotkań i randek wszystkich mieszkańców Gdańska. Przyjeżdżali tu też nowożeńcy, którzy fotografowali się przy pomniku i zostawiali królowi nadmiary weselnych kwiatów. Od grudnia 1981 roku tę funkcję przejął Pomnik Poległych Stoczniowców na placu pomiędzy Stocznią imienia Lenina a Liceum Ogólnokształcącym numer I, tym, do którego chodziliśmy wszyscy, ja, Stefan, Basia a również, choć osiem lat później niż Basia i ja, Donald Tusk.

Od lat 70 plac koło pomnika stał się także miejscem zgromadzeń patriotycznych, zwyczaj zapoczątkowany przez działaczy Ruchu Młodej Polski.


Dużo informacji zawartych w tym rozdziale, w tym osobistych wspomnień, zawdzięczam Jackowi Slaskiemu, Zbigniewowi Milewiczowi i Joannie Trümner.

Don Kichot w Wadowicach

Ewa Maria Slaska

Z inspiracji Konrada. Dziękuję.

Stworzył ich Krzysztof Kadłubowski, artysta, który mieszka, pracuje, działa w Wadowicach.

Poczytajcie TU.

Gdy ich zobaczyłam, przypomniałam sobie piosenkę Jacka Kaczmarskiego o nich dwóch. Przytaczałam ją już tu na blogu, ale cóż szkodzi przypomnieć, skoro i tak nikt z nas niczego nie pamięta. Minęło właśnie 151 lat od urodzin Prousta, który napisał siedem tomów o tym, jak pamiętamy wszystko, a w gruncie rzeczy – nic.

Podobni, prawda?, takie blaszane, nieprawdziwe istoty, wykonujące dziwaczne gesty, opowiadające dziwaczne historie, wszystko w nich ma się nijak do naszej rzeczywistości, a przecież w niej tkwią, mocniej nawet niż Adam, Ewa i Bóg. Tak mi się wydaje.

U Kadłubowskiego towarzyszą im dziwne, tajemnicze i groźne zwierzęta, stworzone techniką trash art.

Moja ulubiona żaba:

A za nią cała menażeria.


A wśród nich ktoś, nazwany Smutny. Myślę, że to też on, Rycerz Smętnego Oblicza.

Hiob / Auschwitz

Bogdan Twardochleb

Autor przysłał kilka dni temu takiego maila:

Kochani,

Gero Hellmuth, artysta z Singen, prawie znad jeziora Bodeńskiego, dziecko wojny (ur. w 1940 w Neustrelitz, Mecklenburg) przywiózł do Gdańska swoją wystawę, której otwarcie będzie w czwartek, czyli pojutrze, 14 lipca 2022 roku w Muzeum Drugiej Wojny Światowej. Termin otwarcia wystawy był z powodu pandemii kilkakrotnie przekładany. Hellmuth bardzo chciał tę wystawę w Gdańsku zorganizować. Początkowo była mowa o innym miejscu, ostatecznie jest Muzeum Drugiej Wojny. Nieważne. Bardzo ważne jest to, że postanowił przekazać Gdańskowi (Polsce) swą symboliczną rzeźbę – Tryptyk z Auschwitz.

Na wernisażu miałem wygłosić mowę, o którą Gero Hellmuth mnie prosił. Jestem po operacji i niestety nie mogę pojechać do Gdańska. O ile wiem, moją mowę przeczyta pani konsul generalna Cornelia Pieper. Przesyłam Wam tekst tej mowy i katalog wystawy.

Wydaje mi się, że to, co Gero Hellmuth postanowił zrobić, jest bardzo, bardzo ważne. A dziś, ze względu na to, co się w Polsce opowiada o Niemczech, jeszcze ważniejsze. Dlatego chciałem się z Wami podzielić tą ważną wiadomością. Może Was zainteresuje.

Serdecznie pozdrawiam

Bogdan


Bogdan Twardochleb

Otwierajmy drzwi

Gero Hellmuth urodził się w 1940 roku w urokliwym miasteczku Neustrelitz w Meklemburgii. Od ponad pięćdziesięciu lat mieszka w Singen am Hohentwiel blisko granicy niemiecko-szwajcarskiej. Maturę zdał w Stuttgarcie. Studiował w Akademii Sztuk Pięknych w Karlsruhe. Ukończył też historię sztuki i filozofię.

Cykl jego prac „Hiob” był w Niemczech prezentowany wielokrotnie. Przed czterema laty został po raz pierwszy pokazany w Polsce, w nowej filharmonii w Szczecinie. Muzeum Drugiej Wojny Światowej jest drugim w Polsce miejscem, gdzie można go zobaczyć. Przygotowując wystawę w Gdańsku autor poszerzył go o cykl „Auschwitz”. Dołączył też obrazy z cyklu „Dzieci wojny” w innym wyborze niż w Szczecinie, podkreślającym przerażenie jego dzisiejszą aktualnością.

Wystawa w Gdańsku ma znacznie symboliczne, bo tu, od napaści Niemiec na Polskę, wojna się zaczęła. Jest to również miasto, gdzie powstał ruch, kierowany ideą solidarności, jakże inną od wszystkiego, co niesie ze sobą wojna. Solidarność nie szuka wrogów, nie przynosi cierpienia, lecz przezwyciężając je przynosi nadzieję.

Dla Gero Hellmutha wystawa w Gdańsku jest szczególnie ważna. Sugeruje to jej nowy tytuł: „Hiob – lament i przezwyciężenie”.

W twórczość artysty z Siengen, która wynika z przemyśleń nad współczesnością, wpisane jest przekonanie o zanurzeniu człowieka w odwiecznym losie świata, rozpiętym między życiem a śmiercią, cierpieniem a nadzieją. Dlatego tak ważna jest dla niego Księga Hioba – dramat o cierpieniu i nadziei. Przeżycia i wątpliwości Hioba są w naszej kulturze doświadczeniem każdego człowieka, bo jego cierpienie jest wpisane w los każdego.

Ale jest też cierpienie, nie wynikające z losu. Cierpienie, jakie jeden człowiek świadomie zadaje drugiemu człowiekowi, decydując o jego bólu i śmierci. Lata drugiej wojny światowej były nabrzmiałe od takiego cierpienia. Jesteśmy jego dziedzicami.

Gero Hellmuth sięga po najbardziej bolesny czas w historii człowieka. Obrazuje to cykl „Auschwitz”, inspirowany filmem dokumentalnym, pokazującym więźniów tego obozu śmierci w dniu jego wyzwolenia. Na ręce jednego z nich artysta dostrzegł wytatuowany numer 19… Uznał go za symbol XX wieku, w którym ludzie zostali obrabowani przez innych ludzi z nazwisk i godności, sprowadzeni do kilkucyfrowego numeru.

Na wystawie jest też obraz „Straße der Trauer II – Weg zum Vernichtungslager“, w który wpisane są strzępy słów z Księgi Hioba, jakby wyryte na świadectwo w obozowej celi śmierci.

Częścią cyklu „Auschwitz” jest tryptyk „Auschwitz – Uwolnienie 1945”, przypominający krzyż. Powstał na 50. rocznicę wyzwolenia więźniów Auschwitz i końca wojny. Gdy był pokazywany w Berlinie, w znanym kościele św. Mateusza, został ustawiony na ołtarzu. Było to symboliczne utożsamienie ofiar Auschwitz z ukrzyżowaniem Chrystusa. Ludzie, którzy w Auschwitz decydowali o cierpieniu i śmierci innych, przywłaszczyli sobie prawo Boskie, bo nie Bóg przecież, a – jak napisała w 1946 roku polska pisarka Zofia Nałkowska – to „ludzie ludziom zgotowali ten los”. Nad sprawcami takich cierpień nie wolno roztaczać parasola milczenia. Poprzez swoje prace Gero Hellmuth, przenosząc w przyszłość ból i cierpienie więźniów Auschwitz, staje się świadkiem ich losu, a jednocześnie świadkiem czynów tych ludzi, którzy taki los im zgotowali. Napisał: „Tryptyk Auschwitz (…) ma przypominać barbarzyństwo niemieckiego narodowego socjalizmu, pod panowaniem którego Polacy i wiele innych narodowości doznało niewysłowionych cierpień, a poprzez to ma ożywiać potrzebę wyciągania nauk z przeszłości”.

Tryptyk przypomina krzyż. Jest symbolicznym przedstawieniem przejścia od mroków wojny do światła przyszłości. Jego lewa część to obraz zagłady, centrum to drzewce krzyża, zwieńczone symbolicznymi drzwiami z numerem 19, a część prawa, jasna, to obraz nowego życia, w które wpisana jest pamięć o zagładzie.

Prologiem do wystawy jest niewielka rzeźba „Znalezisko” – metalowa kołatka, ocalona z drzwi domu, który utracił swych mieszkańców. Na co dzień kołatka służy do tego, aby ktoś, kto chce wejść do domu, mógł zapukać do drzwi. Po drugiej ich stronie musi jednak być ktoś, kto zechce te drzwi otworzyć.

W latach 1939-1945 drzwi między Polakami a Niemcami były szczelnie zamknięte. Nikt do nich nie pukał – nikt nie otwierał. Kołatki i klucze do wielu domów były i pozostały bezdomne, niczyje. W tym sensie również są metaforą cierpienia.

Od wielu lat między Polakami i Niemcami jest inaczej. Drzwi są otwarte. Nie znaczy to jednak, że tak musi być zawsze. Gero Hellmuth podpowiada więc, aby korzystając z tego, co dobre w polsko-niemieckim sąsiedztwie, umacniając je, nie zapominać o czasach dla niego najgorszych. By przypominać drogę, jaką przeszliśmy od nich do wzajemnego zaufania, otwierania drzwi i symbolicznie ją powtarzać. Nie wolno nam zapomnieć, jak była trudna, bo tylko pamiętając, będziemy odczuwać, jak bezcenne jest to, co mamy dziś.

Takie przesłanie jest w pracach Gero Hellmutha. Ma wymiar ogólnoludzki, bo też w ogólnoludzkim wymiarze trzeba widzieć historyczne doświadczenie polsko-niemieckie. Wtedy będzie niczym Księga Nadziei.

W 2015 roku artysta pisał: „Kołatka wskazuje na niezwykłą wartość zaufania, jakie pomimo (…) nieszczęsnej przeszłości zrodziło się między naszymi narodami w ciągu ostatniego siedemdziesięciolecia. Częstokroć zaczynało się od tego, że ktoś pukał do czyjegoś domu”.

Wystawa Gero Hellmutha jest właśnie pukaniem do drzwi naszego domu. Zostały otwarte w Szczecinie, a teraz w Gdańsku. Dlatego tak symbolicznie ważna jest zarówno otwierana dziś wystawa, jak i jej przyjęcie.

Do wystawy artysta włączył obrazy, symbolizujące cierpienia dzieci wojny. W katalogu wystawy szczecińskiej pisał: „Dziecięce oczy (…) stawiają nieme, przeszywające pytania: Co myśmy wam zrobiły? Co skłania was do tego, by zabierać nam pokój, poczucie bezpieczeństwa, miłość, otaczające nas ramiona rodziców…”.

W 1945 roku Gero Hellmuth miał pięć lat, gdy musiał uciekać z rodzinnego domu w idyllicznym Neustrelitz. Jak wszystkie dzieci wszystkich wojen poznał niewysłowiony dziecięcy strach. Dzieci wojny, które na pewno nie się niczemu winne, doświadczają losu Hioba.

Gdy pokolenie niemieckich dzieci wojny zaczęło rozliczać się z pokoleniem swoich rodziców, wzięło na siebie odpowiedzialność za jego winy i cierpienia, jakie wyrządziło innym. Świadectw tej odpowiedzialności, której symbolem stała się Akcji Pokuty, jest w niemieckiej sztuce współczesnej i życiu społecznym bardzo wiele. Za mało je w Polsce znamy. Należą do nich prace Gero Hellmutha.

Na wystawę w Gdańsku artysta przygotował nowy obraz „Krzyk dzieci wojny”, który powstał niedawno, pod wpływem wiadomości o wojnie w Ukrainie. Los Hioba znów jest losem dzieci. Cierpią, uciekają z matkami ze swych domów, chronią się także u nas, w Polsce i Niemczech. Ich cierpienie nas łączy.

Jest też na wystawie obraz „Oczy”. Gero Hellmuth umieścił w nim fragment wiersza Hilde Domin, poetki bardzo znanej w Niemczech, zatytułowanego „Napalm-Lazarett” (1970). Wstrząsający jest opisany słowami jakby pokrewnymi stylistyce Tadeusza Różewicza obraz dziecięcego cierpienia.

„Hiob” Gero Hellmutha jest zmetaforyzowaną opowieścią o upadku ludzi i dźwiganiu się z upadku. W obrazy z tego cyklu wpisana jest sylwetka człowieka, uwikłanego w biel i czerń, odcienie szarości, wieloznaczność budzącej się czerwieni.

Po drugiej wojnie światowej ludzkość z trudem dźwigała się z upadku. Europejczycy zaczęli budować nowy dom na fundamentach obrony godności człowieka, jego praw, zgody narodów, pojednania, dialogu, solidarności, wzajemnej odpowiedzialności za świat – nasze dobro wspólne. Mimo to po drugiej wojnie światowej nie było na świecie dnia bez wojny. Dziś boleśnie uświadamia to agresja Rosji na Ukrainę. W tym kontekście wystawa Gero Hellmutha zmusza do przemyśleń, czy te wartości, w oparciu o które budujemy nasz dom, mogą zatrzymać morze zła i cierpienia? Czy są na tyle silne, by odebrać im siłę? Jak to zrobić?

Na te pytania wciąż nie ma odpowiedzi, której szuka także Gero Hellmuth. Nie zakończył swej pracy. W szkicu „Przekraczanie granic” Hans Gercke pisał, że punktem wyjścia dla jego sztuki jest „empatyczne cierpienie wobec cierpienia innych” oraz „ufność, że w tym wszystkim musi być (…) perspektywa światła i nadziei”.

Taka perspektywa jest także we wspólnych przedsięwzięciach artystów polskich i niemieckich. Przykładem tego jest dzisiejszy wernisaż, podczas którego prace Gero Hellmutha dopełniają utwory młodego polskiego kompozytora, Michała Dobrzyńskiego oraz improwizacje jego żony Ewy Gruszki-Dobrzyńskiej do Tryptyku Auschwitz, który artysta z Siengen postanowił podarować Polsce tu, w Gdańsku.

Gdańsk to miasto, gdzie od napadu Niemiec na Polskę zaczęła się druga wojna światowa, która przyniosła ludziom bezbrzeżne morze cierpień. Wciąż słychać bolesny lament, jaki spowodowała. Mocno wybrzmiewa on m.in. w słynnej „Symfonii pieśni żałosnych” Henryka Mikołaja Góreckiego.

Ideą Muzeum Drugiej Wojny Światowej jest dokumentować owo morze zła i cierpienia, a poprzez to uczyć i ostrzegać, że wojna to najwyższy przejaw zła.

Jest to tym bardziej ważne, że wciąż są ludzie, którzy uznając wojnę za metodę rozwiązywania problemów, pomnażają morze cierpień.

Gdańsk to również miasto idei solidarności. Ona wyrosła w Polsce, zrodziła się tu, w Gdańsku, i stąd rozlała się po Europie morzem nadziei, co dokumentuje Europejskie Centrum Solidarności. Przezwyciężając lament Hioba, obalając mury i kurtyny, dotarła także do Niemiec.

Rozważając to wszystko, wyraźniej możemy dostrzec głęboki sens gdańskiej wystawy Gero Hellmutha, mającej tytuł „Hiob. Lament i przezwyciężenie”. W darze artysty z Siengen widzę symbol osobiście doświadczanego przezwyciężania zła.

Gero Hellmuth puka do drzwi. Otwórzmy mu je.

Księga Piasku. Don Kichot.

Jorge Luis Borges (ktoś jeszcze i ja)

Tamten

Stary Borges spotyka podczas spaceru siebie samego sprzed 50 lat. Starzec siedzi na ławce w Ameryce, młodzieniec w Szwajcarii.

– Jestem w Genewie, na ławce, o parę kroków od Rodanu. Dziwne wydaje mi się jedno, że jesteśmy do siebie podobni, choć pan, z tą siwą głową, wygląda na o wiele starszego.
Odpowiedziałem:
– Mogę ci dowieść, że nie kłamię. Opowiem ci o sprawach, o jakich nie może wiedzieć nieznajomy. W domu jest srebrne naczynie do mate na nóżce udającej węża, które nasz pradziad przywiózł z Peru. Jest też srebrna miska, którą przytraczał do siodła. W twojej szafie stoją dwa rzędy książek. Trzy tomy bajek “Księgi tysiąca i jednej nocy” Lane’a ze stalorytem i notkami zamieszczonymi petitem pomiędzy rozdziałami, słownik łaciński Quicherata, “Germania” Tacyta po łacinie w wersji Gordona, “Don Kichot” wydany przez Garniera, “Tablas de sangre” Rivery Indarte, z dedykacją autora, “Sartor Resartus” Carlyle’a, biografia Amiela i schowana za innymi w tekturowej oprawie książka o obyczajach seksualnych ludów bałkańskich. Nie zapomniałem również pewnego popołudnia na pierwszym piętrze domu przy placu Dubourg.
– Dufour – poprawił.
– Zgoda. Dufour. Czy ci to wystarcza?
– Nie – odpowiedział. – Te dowody niczemu nie służą. Jeżeli śni mi się pan, to nic dziwnego, że wie pan to, co ja wiem. Wszystkie pańskie staranne wyliczania są daremne. (…)

Kongres

Bogaty właściciel ziemski postanawia powołać do życia Kongres Świata, co w zamyśle oznacza Kongres Reprezentatntów Całego Świata, a okazuje się Całym Świata:

Twirl, powołując się na Pliniusza Młodszego, wedle którego nie było książek tak złych, by nie zawierały w sobie czegoś dobrego, zaproponował nabycie z kolekcji “La Prensa” trzech tysięcy czterystu egzemplarzy rozmaitych wydań “Don Kichota”, całej korespondencji Balmesa, rozpraw uniwersyteckich, rachunków, biuletynów i programów teatralnych.
“Wszystko jest świadectwem” – oznajmił. Nierenstein poparł go; don Alejandro “po trzech burzliwych sobotach” zaaprobował ten wniosek. Nora Erfjord zrezygnowała ze stanowiska sekretarki; miejsce jej zajął nowy członek, Karliński, człowiek Twirla. Olbrzymie paki gromadzono teraz, bez katalogów i fiszek, w pokojach położonych w głębi oraz w piwnicach wielkiego domiska don Alejandra. W początkach lipca Irala spędził tydzień w Kaledonii; murarze porzucili pracę. Zapytany, zarządca odpowiedział, że tak im rozkazał szef i że w końcu zawsze jest na wszystko dosyć czasu.
(…) W piątek poszedłem przywitać się z don Alejandrem. Towarzyszył mi Fernández Irala. Zmierzchało i do wnętrza domu napływał wiatr z pampy. Na wprost frontonu domu, od strony ulicy Alsina, stał wóz zaprzężony w trzy konie. Dotąd widzę ludzi zgiętych pod ciężarem pak, które składali na ostatnim patio.
Komenderował nimi władczo Twirl. Jakby coś przeczuwając, znaleźli się tam również Nora Erfjord, Nierenstein, Cruz i Donald Wren oraz jeden czy dwóch kongresmanów.
Nora uściskała mnie i ucałowała. Dobrotliwy i wesoły Murzyn pocałował mnie w rękę.
W jednym z pokoi otwarta była kwadratowa klapa w podłodze prowadząca do sutereny, ceglane stopnie ginęły w mroku.
Nagle usłyszeliśmy kroki. Zanim go ujrzałem, wiedziałem, że to don Alejandro. Nie wszedł, ale raczej wbiegł. Miał zmieniony głos. (…) Nie patrząc na nikogo, rozkazał:
– Proszę wynieść to wszystko, co zostało złożone na dole. W suterenie nie może zostać ani jedna książka.
Wykonanie zadania trwało niemal godzinę. Na klepisku ostatniego patia ułożyliśmy bardzo wysoki stos. Chodziliśmy tam i na powrót, jedynym, który się nie poruszył, był don Alejandro.
Po czym padł rozkaz:
– A teraz proszę to podpalić.
Twirl był bardzo blady. Nierenstein wybełkotał:
– Kongres Świata nie może się obejść bez tych drogocennych naukowych pomocy, które tak troskliwie wybierałem.
– Kongres Świata? – powiedział don Alejandro. Roześmiał się gorzko, a nigdy przedtem nie słyszałem, żeby się śmiał.

W niszczeniu tkwi jakaś tajemnicza rozkosz; płomienie rozbłysły hucząc, ludzie zaś przytulili się do murów lub schronili po pokojach. Noc, popiół i zapach spalenizny pozostały na patio. Przypominam sobie jakieś zabłąkane kartki; ocalone – teraz bieliły się na ziemi. Nora Erfjord, która kochała don Alejandra miłością, jaką młode kobiety darzą starych mężczyzn, powiedziała, nie wiedząc właściwie, co mówi:
– Don Alejandro wie, co robi.
Irala, wierny literaturze, wypowiedział zdanie:
– Co ileś wieków biblioteka aleksandryjska musi spłonąć.

Tłumaczenie Zofia Chądzyńska, Wydawnictwo Literackie, seria Proza Iberoamerykańska, Kraków 1980

Ja

Od kilku lat przepisuję, rebloguję, powielam wszystko, co znajdę w życiu i w sieci na temat Don Kichota (Don Kichota), Miguela Cervantesa, Sancho Pansy i Baratarii. Zajmują mnie też utopie i wyspy. Dostały one kiedyś zbiorczą nazwę baratarystyka. Myślałam, że robię coś w rodzaju blogowego bałaganu z Cambridge i że to wolno, no, bo kto mi zabroni cytować? O Borgesie w kontekście tych zabaw i poszukiwań już kilka razy pisałam, cytowałam też całe jego opowiadanie pt. Pierre Maynard, autor Don Kichota, tekst o człowieku, który napisał od nowa Don Kichota. Okazało się jednak, że życie prześcignęło fikcję literacką i…

Ktoś jeszcze

Za przerobienie opowiadania Borgesa grozi mu sześć lat więzienia

29 czerwca 2015

6-lat-wiezienia-za-borgesa

Pablo Katchadjian, argentyński pisarz, który przerobił opowiadanie Jorge Luisa Borgesa „Alef” na nowy utwór o tytule „Spasiony Alef”, może trafić do więzienia nawet na sześć lat, jeśli jego działanie zostanie uznane za plagiat, a nie borgesowski eksperyment.

W swym opowiadaniu „Pierre Menard, autor Don Kichota” Borges pisał o pisarzu, który zamierzał odtworzyć dzieło Cervantesa. Czynił to, przepisując słynną powieść słowo w słowo, litera w literę, a dzieło, dzięki nowemu kontekstowi, miało zyskać nowe znaczenie. „Pierre Menard nie chciał stworzyć innego Don Kichota, co z pewnością jest dość proste, on chciał stworzyć Don Kichota”, pisał Borges.

Ideą zawartą w opowiadaniu „Pierre Menard, autor Don Kichota” inspiruje się od jakiegoś czasu amerykański artysta Tim Youd, który jak dotąd przepisał na maszynie m.in. „Listonosza” Bukowskiego, „Wściekłość i wrzask” Faulknera i „Jima Szczęściarza” Kinglesya Amisa. Jak się okazuje, nie on pierwszy inspirował się pomysłem Borgesa. W 2009 roku argentyński pisarz Pablo Katchadjian wziął na warsztat opowiadanie Borgesa „Alef” i przepisał je na nowo, dodając od siebie drugie tyle tekstu. Tak powstała książka „El Aleph engordado” („Spasiony Alef”). Wydało ją w nakładzie 300 egzemplarzy małe, podziemne wydawnictwo. Rezultatem tego eksperymentu był pozew złożony w sądzie przez Maríę Kodamę (na zdj. poniżej), wdowę po Borgesie i strażniczkę jego spuścizny.

maria-kodama-borges

W zeszłym tygodniu podano do informacji, że Katchadjian został oficjalnie oskarżony o kradzież własności intelektualnej, za co grozi mu sześć lat więzienia. Argentyńskie środowisko literackie trzyma stronę pisarza i raczej nikt nie wątpi, że jego gest miał być eksperymentem literackim. Zresztą Katchadjian poszedł dalej niż bohater opowiadania „Pierre Menard, autor Don Kichota”, bo nie tylko przepisał tekst, ale do 4000 słów Borgesa dodał 5600 swoich.

6-lat-wiezienia-za-borgesa-2

Katchdjian (na zdj.) znany jest ze swego performatywnego podejścia do literatury. A Borges? Borges był mistrzem wymyślonych cytatów, literackich odwołań, fikcyjnych recenzji oraz poczucia humoru. Można zastanawiać się, co zrobiłby ze „Spasionym Alefem”. Raczej mało prawdopodobne, by pozwał swego adepta do sądu. Można też potraktować całą sprawę jako głos w dyskusji na temat coraz większej różnicy pomiędzy prawem dotyczącym własności intelektualnej a rzeczywistością z jej Internetem, w którym remiksuje i przerabia się dosłownie wszystko.

[aw]
źródło: The Guardian

Ja

Sprawdzam, czy Katchdjian poszedł do więzienia. Jego książka się na pewno ukazała.

Nie, nie poszedł. Książka ukazała się w niskim nakładzie (jedne źródła podają liczbę 200 egzemplarzy, inne 300) i wdowa po Borgesie wystąpiła na drogę sądową.

W 2017 roku Sąd Apelacyjny uchylił akt oskarżenia i oddalił go. Ważną rolę w decyzji sądu odegrała interwencja uniwersytetów w USA, Niemczech, Chinach i Japonii, wskazujących, że El Aleph Engordado jest legalnym zabiegiem literackim.

1 lipca 2021 r. prawa wdowy do dzieła Borgesa zostały chwilowo zawieszone, po tym jak adwokat Katchadjiana złożył pozew, żądając zapłaty 888 500 pesos na koszty sądowe. Zawieszenie praw miało uchronić wdowę przed koniecznością zapłacenia takiej sumy. W przeciwnym razie jej prawa do dzieła Borgesa zostałyby zlicytowane.

Trochę to przypomina proces Johnny’ego Deppa przeciw Amber Heard i vice versa. Zastanawiam się: czy nie ma już czegoś takiego jak jasna wykładnia prawa? Don Kichot byłby bardzo niezadowolony. Borges zresztą też.

Empuzjon. Tuntschi.

Uwaga: Spoiler!

Ewa Maria Slaska

W ostatnim czasie chyba każdy “z nas” przeczytał nową powieść Olgi Tokarczuk, albo kupił i właśnie zamierza ją czytać. I zapewne dołączy do chóru tych, którym się książka podobała. Jeśli jest recenzent*ką, napisze o poniemieckości, o polskim realizmie magicznym, o nowoczesnym, a zatem rozproszonym narratorze, wspomni o grzybach, które od zawsze są ulubionym tematem Tokarczuk, przypomni Czarodziejską Górę, a może też Pensjonat Barataria Krzysztofa Lipki, zahaczy może o Marię Janion i jej opisanych w Odmieńcach odmieńców, oczywiście wyjaśni źródłosłów tytułu i… wyczerpie tym samym potencjał recenzyjny tej powieści.

Postanowiłam spojrzeć więc na Empuzjon odmiennie, tak, jak antropolog kultury patrzy na na nowy tekst, obiekt lub dokument, jako kolejne świadectwo różnorodności świata, w jakim żyjemy. Podróżnicy zawsze przywozili z podróży opisy obyczajów w dalekich krajach. Zresztą nadal przywożą. Teraz są to najczęściej pamiątki z targu (być może wyprodukowane w Chinach, Korei albo Bangladeshu) i przepisy kulinarne. Kiedyś wędrowca bardziej interesowali sami ludzie. Pisarz jest nieco staroświeckim wędrowcem, dlatego wciąż jeszcze interesują go nie tyle rzeczy – mapy, meble, kartki pocztowe – ile ludzie, a rzeczy tylko o tyle, o ile są świadectwem ludzkiej kreatywności.

A więc Tuntschi, ziemne kukły, w powieści produkowane i użytkowane emocjonalnie i seksualnie przez węglarzy, żyjących samotnie w sudeckich lasach. Ich wzór pisarka zaczerpnęła być może z legend alpejskich, ale ich proweniencja może być zarówno ściśle lokalna, jak przeciwnie – w szerokiej perspektywie – globalna, charakterystyczna dla wszystkich miejsc i czasów, gdzie mężczyźni przez długi czas przebywają samotnie. Gdy to piszę, przypomina mi się japoński film – Kobieta diabeł, gdzie kobieta żyjąca samotnie z synową, używa pnia drzewa jako kochanka. A więc zjawisko jest być może ponadpłciowe, aczkolwiek, zapewne, jak wszystko co się wiąże z seksem, w męskim wydaniu pojawia się wielokrotnie częściej.

Zdaniem Wikipedii Tuntschi to postaci z sag alpejskich. Historia ma różne wersje, ale jej sedno stanowią lalki wykonane z różnych materiałów przez samotnych pasterzy na położonych wysoko, niedostępnych alpejskich halach. Mężczyźni karmią taką lalkę, pieszczą, ubierają, rozmawiają z nią i uprawiają z nią seks. Ich wysiłki odnoszą skutek, lalka pod rękoma pasterza-Pigmaliona ożywa, a gdy jej twórca jesienią chce wrócić do domu, zatrzymuje go przy sobie magiczną siłą, a jeśli stawia opór – okrutnie zabija.

Zemsta lalek, sztucznych istot, awatarów, na razie to jeszcze zjawisko raczej fantasy niż science fiction. Ale idą nowe czasy. Jeśli się okaże, że awatary nie tylko czują na niby, ale również naprawdę, to co wtedy?

Przypominam sobie informację, którą kiedyś czytałam, że z programu do tworzenia awatarów korzystają przede wszystkim mężczyźni i to głównie po to, żeby stworzyć sobie partnerki (lub partnerów), nad którymi mogą się bezkarnie znęcać psychicznie. Pod tym względem program do robienia awatarów jest podobno jeszcze lepszy niż lalki do uprawiania seksu.

Zresztą nie zawsze musiały to być lalki. Wielką rolę odgrywają jaskinie, uważane w wielu kulturach za macice Ziemi lub inne zagłębienia, kotliny i szpary.

W powieści Michela Tourniera Friday or the other island / Piętaszek i otchłanie Pacyfiku Robinson Cruzoe wielokrotnie uprawia seks z pewnym zagłębieniem swojej wyspy. Z czasem, zgodnie z legendą, wyrasta w tym miejscu dziwna roślina – mandragora, czyli alrauna, czyli żeń-szeń, czyli pokrzyk. Alrauna wyrasta tam, gdzie na ziemię spadnie nasienie męskie, a w surowszej wersji – nasienie przestępcy. Ponieważ alraunom (do dziś zresztą) przypisuje się moc magiczną, czarownice i wiedźmini od zawsze poszukiwali ich pod szubienicami.

Alrauny dzielą się na męskie i żeńskie. Zainteresowanych informuję, że alrauny można kupić w chińskich sklepach, wcale niekoniecznie zielarskich. Czasem można je znaleźć w zwykłym sklepie z mydłem i powidłem. Ostatni raz widziałam je kilka miesięcy temu w chińskim sklepie na Friedrichstrasse, nieopodal Mehringplatz.

Mandragory przez wieki były traktowane jako rośliny bardzo specjalne. Pojawiają się np. w Biblii. Przypomnę, że Jakub (ten, który kupił pierworództwo za miskę soczewicy) ma dwie żony, Leę i Rachelę, choć naprawdę kocha tylko Rachelę. Lea rodzi Jakubowi dzieci, Rachela jest bezpłodna. I oto czytamy w Księdze Rodzaju:

Pewnego razu Ruben, wyszedłszy na pole, gdy żęto pszenicę, znalazł mandragory i przyniósł je swej matce, Lei. 
Wtedy Rachela rzekła: «Daj mi mandragory syna twego». 
A na to Lea: «Czyż nie dość, że mi zabrałaś mego męża, i jeszcze chcesz zabrać mandragory mego syna?» Rachela zawołała: «Niechaj więc śpi z tobą tej nocy za mandragory twego syna!» 
A gdy Jakub wracał wieczorem z pola, wyszła Lea naprzeciw niego i rzekła: «Do mnie przyjdź, bo nabyłam cię za mandragory mego syna». I spał z nią owej nocy. 
Bóg zaś spełnił pragnienie Lei: poczęła i urodziła Jakubowi piątego syna.
Sennentuntschi z Vauco w Calancatal

W muzeum w szwajcarskim Chur znajduje się jedyna naprawdę znana figurka pasterskiej tuntschi. Muzeum zakupiło ją w roku 1978 od jednego z ostatnich pasterzy, wypasających swoje owce na hali Masciadon w Cauco. Lalka została wykonana z drewna i płótna i ma prawdziwe włosy. Ma jednak tylko 40 centymetrów, czyli była chyba raczej damą do towarzystwa niż obiektem seksualnym.

Wikipedia niemiecka twierdzi, że są dzieła sztuki, poruszające temat lalek pasterskich. Ciekawe, że są one jednak wszystkie stosunkowo świeżej daty. U Hansjörga Schneidera (1972), lalka została wykonana z butelki po winie, wideł, słomy i… sera. Sztuka wywołała oburzenie i na jakiś czas została nawet zdjęta z repertuarów teatralnych, gdyż opowiadała o tym, że to stosunek seksualny nadał słomianej kukle ludzką duszę! Ten sam temat pojawia się u innych szwajcarskich pisarzy, Josta Meiera (1982) i Felixa Mitterera (1986). Powstał też szwajcarski film artystyczny o lalce pasterskiej (Adrian Hess) i dwa filmy pełnometrażowe: fabularny Georga Tresslera, w którym lalka staje się sukkubem, czyli wcieleniem diabła i, również fabularny, Michaela Steinera, który wyświetlono podczas otwarcia festiwalu filmowego w Zurychu w roku 2010. Powstały opery, performance i kompozycje muzyczne. Jednak dopiero w ostatnich latach legenda o alpejskich tuntschi wyszła poza lokalny koloryt szwajcarski, pojawiła się kontrowersyjnej serii opowieści niesamowitych dla dzieci Kanadyjczyka Alvina Schwartzs jako jedna ze Scary Stories to Tell in the Dark.

Ostatnia linijka niemieckiego wpisu w Wikipedii brzmi tak:

2022: Empuzjon von Olga Tokarczuk

Pokolenie Solidarności (9)

Ewa Maria Slaska

Eli

Marzec (1968)

5 stycznia 1968 roku nastąpił przewrót w Czechosłowacji – na czele partii stanął Alexander Dubček. Nikt nie był w stanie przewidzieć, że był to początek poważnej próby zreformowania systemu, który z założenia był przecież niereformowalny. Niebawem działanie takie nader trafnie określono jako próbę stworzenia komunizmu z ludzkim obliczem.

Zimą 1967 roku wszedł na ekrany wyczekiwany od ponad dwóch lat film Beatlesów Help, który w Polsce nosił tytuł Na pomoc!

17 grudnia 1967 roku w Teatrze Narodowym w Warszawie odbyła się legendarna dziś premiera Dziadów w reżyserii Kazimierza Dejmka. W roli Gustawa-Konrada wystąpił Gustaw Holoubek. Zagrali też Kazimierz Wichniarz, Damian Damięcki, Lech Ordon, Jan Kobuszewski i Igor Śmiałowski. Wystawienie spotkało się z ostrą krytyką ze strony partii, która określiła je jako “antyradzieckie i religianckie”. Niemal natychmiast zaczęto wprowadzać restrykcje. Najpierw wolno było wystawiać Dziady tylko raz w tygodniu i ograniczono udział młodzieży szkolnej, potem spektakl zawieszono, aż wreszcie zdjęto z afisza. Ostatni raz zagrano Dziady 30 stycznia 1968 roku. Po przedstawieniu grupa około trzystu studentów zorganizowała demonstrację i z transparentem „Żądamy dalszych przedstawień” ruszyła pod pomnik Mickiewicza na Krakowskim Przedmieściu.

Milicja przepędziła demonstrantów pałkami i zatrzymała około 35 osób. Za poinformowanie o zajściach francuskich dziennikarzy Ministerstwo Oświaty i Szkolnictwa Wyższego skreśliło z listy studentów Uniwersytetu Warszawskiego Adama Michnika i Henryka Szlajfera.

Ciekawe, że w roku, gdy to piszę, 19 listopada 2021 roku, ponad 50 lat po tamtym przedstawieniu, w Teatrze im. Słowackiego w Krakowie znowu wystawiono Dziady. Reżyserka, Maria Kleczewska, zaprosiła na pogański obrządek na scenie wszelkiej maści nacjonalistów, którzy w Polsce coraz bardziej się panoszą i otrzymują wsparcie ze strony rządu i kleru. W nowym wystawieniu Konrad stał się Konradą i ewidentnie reprezentował(a) Strajk Kobiet, a szerzej – polski protest obywatelski. Na zasadzie uderz w stół, nożyce się odezwą, władze zareagowały i… odradziły publiczności, a zwłaszcza młodzieży szkolnej uczęszczanie na Dziady do teatru.

Ten Mickiewicz, no no…

Dziady anno domini 2021 będą przedstawieniem o Polsce, napisali twórcy spektaklu. Ten arcypolski dramat opowiada o naszej nieuświadomionej retrotopii, o nieumarłej przeszłości i jej nieumarłych upiorach. Społeczność krwawego obrzędu i konformistyczny salon to dwie twarze Polski. Dziś dwie Polski to nasza codzienność – dwa walczące przeciw sobie narody. Poeci stają pomiędzy walczącymi w bratobójczej walce stronami. Są samotni. Żadna ze stron nie potrzebuje Poetów. Jak w upiornym śnie, śnimy wciąż tę samą historię, przez co przegrywamy jako Ludzie. Polska konserwatywna chce zawłaszczyć Poetów. Zamknąć im usta. Chce związać im ciała, zabić ich Miłość. Chce zawłaszczyć narodową historię, napisać ją na nowo. Chce napisać historię sielską, bohaterską i niewinną. Można się udusić od tej niewinności. Polska salonu, konformistyczna, bez idei na przyszłość, chce jedynie dostatku i spokoju. Ten powtarzalny dramat zdaje się nie mieć końca. Dziś widać go wyraźnie. Jesteśmy nim oślepieni. Nie widząc rozwiązania. Głos Poety zabrzmi w tym świecie dobitnie i tragicznie. Z Bogiem lub choćby mimo Boga.

To było oczywiste wyzwanie. I oczywiste przywołanie duchów sprzed ponad pół wieku. Polska wstrzymała oddech, czekając na to, co się zdarzy, bo przecież wiemy, przecież wiemy bardzo dobrze, że wszystko zdarza się co najmniej dwa razy.

29 lutego 1968 roku, miesiąc po zdjęciu Dziadów, Związek Literatów Polskich uchwalił rezolucję, domagającą się przywrócenia swobód twórczych i zniesienia cenzury. W trakcie debaty Kisiel, czyli Stefan Kisielewski, prozaik, kompozytor, cięty publicysta użył sformułowania „dyktatura ciemniaków”, za co wkrótce, 11 marca, pobili go „nieznani sprawcy”. Kisiel zasłynął też innym trafnym stwierdzeniem – wiadomo, że jesteśmy w dupie, najgorsze jest jednak to, że zaczęliśmy się w niej urządzać.

8 marca 1968 roku studenci zapowiedzieli wiec w obronie usuniętych z uczelni Michnika i Szlajfera. Zanim do tego doszło władze aresztowały prewencyjnie Szlajfera, a także Seweryna Blumsztajna, Karola Modzelewskiego, Janka Lityńskiego i Jacka Kuronia.

Ileż to nazwisk opozycyjnych zgromadziło się w opisie wypadków zwanych marcowymi. Nie będę pisać o każdym z nich z osobna, bo to by rozsadziło ramy tej opowieści, poproszę więc czytelników, żeby mi uwierzyli lub sami sobie sprawdzili w sieci, jak dalece dzięki nim i ludziom takim jako oni, w tym również dzięki Stefanowi, Marzec stał się zalążkiem naszego rozumienia wolności. Po latach Stefan zabierze ze sobą do Stanów to wypracowane na dziedzińcach uniwersytetów, bite pałkami i zalewane strumieniami wody z armatek wodnych, poczucie, że wolność to prawo życia dla wolnych ludzi w wolnym kraju.

Studentów, którzy zgromadzili się na dziedzińcu Uniwersytetu Warszawskiego, brutalnie rozpędziły oddziały milicji, ORMO i grupy tak zwanego aktywu robotniczego, które wdarły się na teren Uniwersytetu. Wywołało to na innych uczelniach falę protestów, które jednak po kilu dniach wygasły. „Zdrowy trzon społeczeństwa” dawał im odpór na masówkach organizowanych w zakładach pracy, potępiając tzw. „bananową młodzież”.

Wtedy właśnie w protest studentów warszawskich, protest, który wpisał się w światowy nurt buntów na wyższych uczelniach Europy i Stanów Zjednoczonych, wplotły się elementy antysemickie. Nagle elementem życia politycznego PRL-u stała nagonka antyżydowska. „Cały naród” wiecował, a na wiecach pojawiły się hasła „Studenci do nauki”, „Pisarze do pióra” i „Syjoniści do Syjonu”. Był to odgórnie sterowany przekaz, zgodny z intencjami Gomułki, który zapoczątkował najpierw usuwanie Żydów z ważnych stanowisk partyjnych, a w konsekwencji również z instytucji państwowych, a potem ich masowy exodus. Wielu Polaków dopiero podczas czystek pomarcowych dowiedziało się, że są Żydami, czyli pochodzą z rodzin żydowskich. Przez poprzednie ćwierć wieku polscy Żydzi wprawdzie niechętnie się ujawniali i najczęściej zachowali po wojnie fałszywe dokumenty, jakich używali podczas okupacji, ale żyli w miarę spokojnie i nie byli prześladowani. Dlatego ich urodzone po wojnie dzieci mogły w ogóle nie wiedzieć, że mają żydowskie pochodzenie. Zdarzenia takie jak pogrom kielecki (4 lipca 1946) były raczej odosobnione. Rok 1968 był natomiast świadomie zorganizowaną nagonką, która tak naprawdę miała przede wszystkim służyć czystkom partyjnym. W PZPR starły się ze sobą dwie grupy, jedna umiarkowanie reformatorska i druga, potocznie zwana betonem, nacjonalistyczna i antyliberalna. Beton wygrał, a przy okazji Polska zaprezentowała światu wykrzywioną grymasem nienawiści gębę antysemity. Owoce tego zbieramy po dziś dzień, tak w Polsce, jak i na świecie.
Do końca 1969 roku z Polski wyrzucono, wygnano, wypędzono, pozbawiono ojczyzny (słowa były różne, ale wszystkie sięgały głęboko w przeszłość) 13 tysięcy Żydów.

Wtedy też mama Stefana i Marka powiedziała im, że jest Żydówką, co według przepisów halachy, czyli prawa żydowskiego, oznacza, że i oni obaj są Żydami.

– Mówię wam to z dwóch powodów, powiedziała. Po pierwsze, nie wiadomo i nic się nie da przewidzieć, ale może się zdarzyć, że ktoś to „odkryje”, zadenuncjuje nas, stracę pracę, możliwe, że tata też, może się też okazać, że „nie jesteście godni” i zostaniecie wyrzuceni ze studiów. Możliwe, że będziemy musieli wyjechać. To wszystko wcale nie musi nastąpić, ale jednak powinniście być na to przygotowani. Bardzo mi przykro i przepraszam.
– Bzdura, powiedział Marek, dlaczego ma ci być przykro i dlaczego przepraszasz?
– A drugi powód?, zapytał Stefan.
– A drugi jest odwrotnością pierwszego, powiedziała mama. Bo może chcielibyście skorzystać z okazji i wyjechać. Nie mówię tego chętnie i wszystko nam się bardzo pokomplikuje, jeśli będziecie chcieli, ale nie mogę odbierać wam takiej możliwości. Jesteśmy Żydami, czy nam się to podoba, czy nie, i niestety w każdym kraju może przyjść dla Żydów taka chwila, że będą musieli za to zapłacić. Ale być może akurat w tym wypadku okaże się to nawet korzystne.
– Zastanowię się, powiedział Marek, a Stefan wiedział, że Marek musi się naradzić ze swoją dziewczyną.

Wyciągnął się na krześle, jego długie nogi w błękitnych dżinsach (tym razem nie była to jego własna produkcja, lecz porządna para spodni, przywieziona przez ojca z Genewy), sięgnęły niemal do połowy pokoju. Ziewnął.

– Mnie to nie interesuje, powiedział. Bardzo mi się dobrze studiuje. Studenci na studia, a syjamiści do Syjamu.
– Syjonu, synu, poprawiła mama. Nie Syjamu.
– Haha, powiedział Stefan, przecież wiem. Podobno były takie transparenty na jakichś masówkach robotniczych. Coś się komuś pomieszało.
– To z tym nosorożcem w muzeum, zapytał Marek po dłuższej chwili milczenia, ty się tam ukrywałaś?
– Tak, ale nie tak jak myślisz. Nie przesiedziałam pięciu lat skulona w piwnicy. Po prostu wyjechałam z Warszawy, w Krakowie nikt nie wiedział, że jestem Żydówką, zmieniłam nazwisko, zataiłam, że mam studia i zatrudniono mnie w muzeum jako strażniczkę, czyli kobietę pilnującą sal wystawowych. Dostałam pokój, rzeczywiście w piwnicy, uśmiechnęła się mama, ale to nie była piwnica na kartofle, ale normalny pokój służbowy z małą łazienką, w której stał stolik z kuchennym palnikiem spirytusowym. Dało się ugotować wodę. Całkiem miłe mieszkanko.
– Na jakie nazwisko?, zapytał Stefan.
– Co? Pokój?
– No, nie, jak się wtedy nazywałaś?
– No tak jak potem, aż do ślubu z tatą, Damięcka.
– Czyli to jest tak naprawdę twoje zmienione nazwisko?
– Tak. Myśmy się nazywali Folbrodt.

Marek podszedł do mamy, zaczesał jej włosy do tyłu i uważnie ją obejrzał. Studiował archeologię i miał za sobą zajęcia z antropologii.

– No, ale nie masz tego żydowskiego nosa ani żydowskich uszu.
– Och, synu, westchnęła mama. My jesteśmy aszkenazi, mamy jasną cerę, ciemnoblond włosy i niebieskie albo zielone oczy. I nie musimy mieć żydowskiego nosa, a co do uszu, to już w ogóle to jest jakaś paranoja – podobno żydowskie nosy sięgają niżej niż uszy, a to chyba jest dość rzadkie.
– Mhm, powiedział Marek. Aszkenazi. Pewnie głównie tacy jak wy mogli podczas wojny uciec śmierci spod łopaty. Przetrwaliście, bo nie wyglądaliście jak Żydzi.
– Wy też nie wyglądacie.
– Ha, powiedział Stefan, ale my i tak obaj jesteśmy podobni do taty.

I to była prawda, obaj byli wysocy, barczyści, bardzo w stylu polsko-szlacheckim, mogliby grać Kmicica, gdyby włożyli kontusze i zapuścili sumiaste wąsy, które by mogli podkręcać.

– Nie bałaś się, że ktoś po wojnie odkryje, że masz sfałszowane papiery?, spytał Marek.
– One tak naprawdę nie były sfałszowane. Alina Damięcka zginęła z rodzicami i siostrą podczas kampanii wrześniowej. Podziemie zbierało dokumenty zabitych, zwłaszcza tych, którzy zginęli podczas ucieczki, czyli nie wiadomo było kim są i skąd uciekają.
– I dlaczego akurat ty je dostałaś?
– Bo, powiedziała mama i zamilkła. Bo… Tak się złożyło. Bo mój tata był człowiekiem, który świetnie podrabiał dokumenty. Te cztery polskie dowody osobiste to było jego honorarium.
– To masz też inną datę urodzenia, powiedział Marek.
– To też, jestem naprawdę trochę starsza, ale niewiele, dwa lata i dwa miesiące.
– To kim byli dziadek i babcia Damięccy?
– Waszymi prawdziwymi dziadkami.
– I Karusia też jest twoją prawdziwą ciocią, tak?
– Tak.
– A wtedy już było podziemie? spytał Stefan.
– Tak, zawsze, w każdym kraju dręczonym przez historię, są ludzie, którzy od pierwszej minuty wojny wiedzą, co trzeba robić i jak budować konspirację. W czasie każdej wojny się to robi i zawsze są ci, co od razu wiedzą i robią to, co trzeba.

Po tygodniu Marek powiedział im, że przemyślał sprawę i zadecydował, że nie chce teraz jeszcze wyjeżdżać. Bo właściwie to nawet chętnie, ale chciałby skończyć studia i może też zrobić doktorat. I chyba nie musi niczego poganiać, bo przecież jest archeologiem, a każdy archeolog prędzej czy później wyjedzie na jakieś wykopaliska.

Ciekawe, że potem życie ułożyło się na odwrót. Marek, który rozmyślał o wyjeździe, został, a Stefan, który wyjeżdżać nie chciał – wyjechał.

Ponieważ zatem sami nie podjęli decyzji o wyjeździe, a nikt ich nie „odkrył”, to nie wyjechali, ale naokoło mnóstwo znajomych szykowało się do wyjazdu albo już pojechało.

Stefan studiował matematykę w Warszawie i bardziej zdziwiony niż wstrząśnięty odprowadzał kolejnych znajomych na dworzec. Odjeżdżali z Dworca Gdańskiego wieczornym pociągiem do Wiednia. W wolnej już Posce, w roku 1998, na ścianie dworca umieszczono tablicę ze zdaniem polsko-żydowskiego pisarza, Henryka Grynberga: „tu więcej zostawili po sobie niż mieli”. Dziwne zdanie, paradoksalne. Nigdy się nad nim specjalnie nie zastanawiałam, wiedziałam – to tablica o tych, co wyjechali. Wyjechali, zabierając mało rzeczy, wiadomo, emigracja. Dopiero teraz, pisząc to, co piszę, naprawdę widzę to zdanie, jego sens i rozpacz, jaka z niego przebija.

Ilekroć myślę o wypadkach marcowych, nieuchronnie przypomina mi się historia o Arnoldzie Słuckim, poecie żydowskim, być może gdzieś cytowana, ale nie wiem, bo może to tylko jedna z legend założycielskich.

Józef Prutkowski, pisarz, pędzi, żeby pożegnać Słuckiego, wbiega na schody Dworca Gdańskiego. Jest spóźniony, biegnie i w biegu woła do kogoś, “z którego peronu odchodzi pociąg do Auschwitz?”

W Warszawie poeta nie był specjalnie lubiany czy szanowany. Słynny polski futurysta, Aleksander Wat (też Żyd i pisarz), miał o nim mówić “ten poeta chasyd”, a Antoni Słonimski (jak wyżej) – „Słucki, Żyd stepowy”. Nazywał się Aron Kreiner, dopiero podczas wojny przyjął polskie imię i nazwisko. Nota bene Wat i Słonimski to też nie były żydowskie nazwiska rodowe, choć zostały zmienione w różnych czasach. Wat nazywał się po ojcu Chwat, natomiast Słonimscy już od trzech pokoleń nosili polskie nazwisko, a pradziadek nazywał się Stern.
Słucki, od wczesnej młodości zapamiętale lewicowy, siłą rzeczy uważany był za poetę partyjnego, ale w roku 1966 roku podpisał list protestacyjny przeciw wyrzuceniu filozofa i pisarza, Leszka Kołakowskiego z partii, a w lutym 1968 kolejny list protestacyjny, tym razem w opisanej już tu sprawie zdjęcia Dziadów z repertuaru. Jak wszyscy świadomi Żydzi polscy tragicznie przeżył wypadki marcowe. Wyjechał we wrześniu 1968 roku. Pojechał do Izraela, jednak już w roku 1970 wrócił do Europy – do Niemiec Zachodnich, a dokładniej – do Bonn i Berlina. Był ciężko chory (“serce, płuca”, napisze w jednym z listów) i tak naprawdę większość czasu spędzał w sanatoriach. Krótko przed śmiercią w liście do przyjaciela, poety Jerzego Ficowskiego napisał: (…) niewiele zmieniłem się, przybyło mi tylko (jak wszystkim jeszcze żyjącym) parę lat i dużo rozczarowań. Z nich się przecież lepi to ciasto, które innym rośnie na pośmiertne podziwy. Żył w skrajnej nędzy. Zmarł 15 listopada 1972 roku w Berlinie. Pochowano go na cmentarzu Ruhleben.

Zawsze mi się serce ściska, jak myślę o Słuckim. O tym młodym poecie na pograniczu polskości i żydostwa, o tym człowieku, który przeżył wojnę, a komunizm, który miał mu być wiarą, nadzieją i miłością, okazał się reżimem i wrogiem, o tym mężczyźnie wyjeżdżającym do Wiednia jak do Auschwitz, i wreszcie o chorym i cierpiącym biedę poecie polskim w Berlinie. I tyle zostaje – napis na berlińskim grobie: poeta polski.

Viktoria Korb była w roku 1968 studentką ekonomii. Też mieszkała w Berlinie. Napisała powieść Ni pies, ni wydra, zbeletryzowany pamiętnik o tamtych czasach, ale nie jest to książka śmiertelnie poważna, jak zazwyczaj pisze się o wielkich wypadkach historycznych. Korb pokazuje euforię, tak typową dla wspólnych działań „rewolucyjnych” i opisuje imprezowe życie studenckie, którym wstrząsnął terror bezpieki. Studenci zostali nagle skonfrontowani z „prawdziwym życiem”. Ponieważ donosiciele nie próżnowali, władze miały dość dobry wgląd w to, kto wspierał rozruchy marcowe i w to, kto jest pochodzenia żydowskiego. Wzywano ich na przesłuchania, niektórzy wychodzili z nich obronną ręką, innych relegowano z uczelni, najbardziej niepokornych chłopców wcielano do wojska. Studentkę Korb oskarżono o wichrzycielstwo i choć sprawę umorzono, szykany doprowadziły do wyjazdu całej rodziny do Wiednia.

Niewielka grupa polskich Żydów, którzy ocaleli z Holokaustu, boleśnie przeżyła dramat wygnania z kraju. Ale jak to w komunie bywa – równolegle do szykan, usuwania Żydów ze stanowisk i przymuszania ich do wyjazdu, zaczął się proces załatwiania na lewo sfałszowanych lub kupionych “papierów żydowskich”, które przez krótki okres umożliwiały legalny wyjazd za granicę. Tak jak zawsze, zapewne nie tylko w Polsce, ale wszędzie w krajach, z których ludzie chcą wyjechać na stałe, a władza im to uniemożliwia. W Polsce Ludowej taka sytuacja zdarzyła się kilkakrotnie. Po raz pierwszy po roku 1956, kiedy obrotni obywatele PRL załatwiali sobie na lewo papiery, że są Niemcami. Potem właśnie po Marcu 1968 roku i wreszcie po wprowadzeniu stanu wojennego w grudniu 1981 roku. Komuna próbowała się pozbyć opozycjonistów, ale jednocześnie wyjeżdżali ci, którzy albo zorganizowali sobie sfałszowane papiery opozycyjne, albo wręcz podejmowali jakąś działalność, celowo wystawiając się na demaskację, po to by wyjechać.

Do tego jeszcze w pewnym momencie Komuna, żeby zdeprecjonować wiarygodność opozycjonistów-emigrantów, wysłała na Zachód sporo drobnych złodziejaszków. Zwykle mieli oni do odsiadki jakieś nieduże wyroki – wyjeżdżali zaopatrywani przez ubecję w zaświadczenia o odsiadce w więzieniu, co ułatwiało uzyskanie azylu politycznego w Niemczech.

Nie był to jednak koniec historycznych wydarzeń w Polsce w roku 1968, bo w nocy 21 sierpnia wojska Układu Warszawskiego, w tym również wojsko polskie, weszły do Czechosłowacji, żeby stłumić tę z góry przegraną wschodnioeuropejską walkę o socjalizm z ludzkim obliczem. Czesi straszliwie przeżyli stłumienie Praskiej Wiosny przez bratnie wojska i też nam to do dziś pamiętają.

Było jeszcze jedno zdarzenie polityczne, którego jednak nikt właściwie nie pamięta. 8 września, podczas uroczystości dożynkowych na Stadionie Dziesięciolecia, Ryszard Siwiec dokonał samospalenia w proteście przeciwko inwazji na Czechosłowację. Ten heroiczny gest zawisł w próżni, a to dlatego, że wiadomość nie przedostała się do opinii publicznej. Było to dziwne, bo na stadionie było wtedy sto tysięcy ludzi. I te sto tysięcy ludzi milczało.

Ale sprawa Siwca nie zniknęła bez śladu. Dziesięć lat później niepokorny pisarz, Tadusz Konwicki, opublikował w podziemnym wydawnictwie Niezależna Oficyna Wydawnicza legendarną książkę, zatytułowaną Mała Apokalipsa. Była to najważniejsza książka opublikowana w PRL-u w drugim obiegu, czyli w podziemiu. Była zaciekle konfiskowana przez bezpiekę i stała się wielkim bestsellerem czytelniczym Wolnej Polski. Kiedy ukazało się pierwsze oficjalne wydanie Apokalipsy, na jednej ze stołecznych ulic sprzedawano ją wprost z ciężarówki. W ciągu jednego dnia warszawiacy kupili pięć tysięcy egzemplarzy, napisał Maciej Hen w książce Beatlesi w Polsce.

Bohater jest starszym już panem, pisarzem. Ongiś był przedstawicielem socrealizmu, ale te czasy minęły, usunął się, nie interesuje go polityka. Jednak w obliczu aktualnych zdarzeń historycznych – Polska Ludowa właśnie została włączona do Sowietów – jest sympatykiem opozycji, choć trzyma się dość daleko od aktywnych działań. Tym niemniej to właśnie on otrzymuje propozycję popełnienia samobójstwa przez samospalenie w proteście przeciwko aneksji. Tak to ten pozornie nadaremny czyn Siwca okazał się nie nadaremny, stając się materiałem pisarskim, tworzącym legendę. Apokalipsa stała się częścią ważnego mitu Wolnej Polski, mitu w którym wszyscy byliśmy opozycjonistami. Nie był to mit nowy, był naturalnym przedłużeniem peerelowskiej narracji, o tym że wszyscy walczyliśmy z okupantem i jeszcze starszej – o tym, że każdy Polak czynnie stawiał opór zaborcy. Nieomal na marginesie mit ten utwierdzał nas też w poczuciu, że wszyscy jesteśmy potomkami szlachty.

Dlatego taki dziwny i bolesny jest dla Polaków ich nowy wizerunek. Nagle ci światli rewolucjoniści szlacheccy dowiedzieli się, że pochodzą od niewykształconych chłopskich ksenofobów i antysemitów, że wiodą ród z ciemnej masy chłopstwa, potomków niewolników, pańszczyźnianych chłopów, ciemiężonych przez okrutnego pana.

Ponieważ historia się powtarza, powtórzyło się też nadaremne samospalenie. 19 października 2017 roku w Warszawie przed Pałacem Kultury chemik Piotr Szczęsny dokonał aktu demonstracyjnego samopodpalenia się w proteście przeciwko polityce Prawa i Sprawiedliwości, przeciwko rasizmowi, seksizmowi i homofobii naszego współczesnego życia społecznego.


Wiele informacji zawartych w tym rozdziale zawdzięczam wspomnieniom Wiktorii Korb, książce Macieja Hena i wpisom Zbigniewa Milewicza. Wszystkim autorom bardzo dziękuję.