Projekt Irena Bobowska. Irena i Sonia.

Ewa Maria Slaska

W czwartek rozpoczynamy nasz projekt. Przychodźcie.

Gdy dziennikarze i osoby zainteresowane pytają nas, Anię Krenz i mnie, dlaczego zajęłyśmy się Ireną Bobowską, odpowiadamy z reguły, że tak się złożyło, że była nam bliska, że była aktywistką i artystką, ale odpowiadamy też, że tych młodych polskich dziewczyn było w Berlinie podczas wojny wiele tysięcy, a Irena jest dla nas postacią symboliczną i przypominamy ją jako uosobienie tych młodych, pięknych istot, których życie tak prędko zgasło, a takie było piękne.

Sonja Horn

Grób Soni na Cmentarzu Garnizonowym w Berlinie
na Invalidenstrasse

Miała, podobnie jak Irena, 22 lata, gdy zginęła podczas jednego z ostatnich bombardowań Berlina. Bombardowań, przypomnijmy, alianckich.

Sonia w wieku 10 lat
podczas występów tanecznych

Urodziła się w roku 1923 w Mysłowicach. Jej ojciec był Niemcem, matka – Polką. Dziewczynka była wychowywana po polsku, głównie przez babcię, która nie znała ani słowa po niemiecku. Sonia niemal nie znała ojca, bo rodzice się rozwiedli, jak miała cztery lata. W wieku 14 lat poszła do Technikum Handlowego, które ukończyła w roku 1939. Podczas balu maturalnego poznała Franciszka Roja, nauczyciela i polskiego oficera, z którym w tymże roku wzięła ślub.

Zdjęcie zaręczynowe Soni i Franciszka

W początku wojny w Mysłowicach uformowała się organizacja podziemna »Braciom na otuchę«, w której aktywnie działali Sonia i jej mąż. Pomagali rodzinom pomordowanych, zdobywali dla nich odzież i pieniądze, przygotowywali odezwy i kolportowali ulotki.

W lutym 1943 roku Sonia została uwięziona. Po jakimś czasie wypuszczono ją, ale była śledzona. Sonia i Franciszek uciekli do Krakowa, gdzie zostali aresztowani 13 czerwca 1943 roku. Franciszek został deportowany w październiku do Auschwitz i tam rozstrzelany. Sonię przewieziono do obozu koncentracyjnego dla kobiet w Ravensbrück, numer obozowy – 25551.

I ona, podobnie jak Irena, pisała listy do ukochanej Mamy. Listy trzeba było pisać po niemiecku, atramentem i wyraźnie. List miał prawo liczyć 15 linijek, kartka pocztowa – dziesięć. W lipcu 1944 roku Sonia pisała:

Bin gesund… Mutti. Mach dir bitte keine Sorgen um mich, Du weißt, daß ich schon als Kind selbständig war, und auch jetzt, in den schweren für mich Zeit, werde ich nicht unter gehen… Denke so viel an die Tage, wo Du mich, liebste Mutti als Kind… auf meine Lippen aufgedrückt, da muß ich weinen.

Jestem zdrowa, Matuś. Nie martw się o mnie, proszę, wiesz przecież, że już jako dziecko byłam uparta, teraz też, w ten ciężki czas, nie dam się zgnębić… Dużo myślę o tamtych dniach, kiedy Ty, Matuś, mnie jako dziecko… do ust przyciskałaś i płakać mi się chce.

Sonia uciekła z obozu podczas jego likwidacji w kwietniu 1945 roku i na piechotę dotarła do Berlina w ostatnich dniach wojny. Zginęła 29 kwietnia 1945 roku, nie wiadomo, czy od kuli, czy trafiona odłamkiem granatu, czy przygnieciona walącą się ścianą?

Zginęła, ale, w przeciwieństwie do tysięcy ofiar, nie została pochowana na cmentarnej łące w szeregu innych znanych i niezanych ofiar – na każdym berlińskim cmentarzu znajdują się takie łąki nagrobków – ją jednak pochowano w osobnym grobie z kamieniem nagrobnym.

Heute, czyli dziś

Ela Kargol & Ewa Maria Slaska

Zapraszamy na spacer po Zehlendorfie / Wir laden zu einem Spaziergang in Zehlendorf ein

Eine Blog-Veranstaltung in Zusammenarbeit mit Sprachcafé Polnisch / Spacer w ramach projektu My organizowanego przez ewamaria.blog i Polską Kafejkę Językową

Treffpunkt / Miejsce spotkania: Heimatmuseum Zehlendorf um /o godzinie 11:00 Uhr
Eintritt frei / Wejście za darmo

Clayallee 355
Historischer Winkel
14169 Berlin

S-Bahn S1 >>> Zehlendorf


Besuch im Historischen Winkel von Zehlendorf.

Alter Friedhof, alte Schule und alte Eiche. Die Hochzeitsvilla und ihre ehemalige Bewohnerin.

Zapraszamy na spacer do Historycznego Zakątka w Zehlendorfie. Odwiedzimy stary cmentarz i starą szkołę, w której obecnie mieści się lokalne muzeum (Heimatmuseum Zehlendorf). Dalej przejdziemy do willi znanej mieszkanki Zehlendorfu, zaangażowanej w życie społeczne dawnej wsi.


Ich sitze hier in Zehlendorf und warte auf den Bus
Ich will hier weg, das ist der Grund, warum ich warten muss
Der Bus kommt nich, wie könnt' es anders sein
Stattdessen kommt ein Schrank und haut mir eine rein

Ich sag: Du bist doch Proletarier, vereinig dich mit mir!
Doch er schnappt mich am Kragen und schleift mich zurück zu ihr
Vorbei am eig'nen Wasserfall, zum beheizten Swimmingpool
Dort sitzt sie und heult in 'nem antiken Schaukelstuhl

Ich sag: Zehlendorf-Mädchen, aus uns wird nie was werden
Ich träum nachts von Anarchie und du von deinen Pferden
Oh, Zehlendorf-Mädchen, wir hatten nur ne Nacht
Und, Ann-Kathrin, ich glaub, wir ha'm das Beste draus gemacht

***

Siedzę sobie w Zehlendorf, czekam na autobus
Chcę stąd zniknąć i dlatego czekać muszę ja tu
Autobus nie jedzie, wszak nie mogło być inaczej
Lecz przyszedł gostek, buch mnie w dziób i dlatego płaczę

Mówię mu, Proletariuszu, łączmy się w ucieczce!
On mnie za wszarz łaps, ciągnie k'niej, choć ja wcale nie chcę!
Nie chcę prywatnych wodospadów i słimmingpulu.
Gdzie ona płacze, siedząc w swoim antycznym fot'lu.

Dziewczyno z Zehlendorfu, zapomnij, nic nie będzie
Ja marzę o anarchii, ty konie swoje czeszesz.
Panno z Zehlendorf, tylko ta noc była nam dana
I wiesz, Anno-Kasiu, wierzę, nie była zmarnowana! 

                                                            Przetłumaczyła (na chybcika) Ewa Maria Slaska

Pokolenie Solidarności (14)

Ewa Maria Slaska

Eli

Czterdziestolatek (1975)

W latach 20 w Ameryce ideałem była mała stabilizacja – każdy uczciwie pracujący człowiek miał mieć dom, samochód (czarnego Forda T!), radio, pralkę, wodę w domu i ogrzewanie.

Zamieniwszy słowo dom na mieszkanie zwane M z cyferką, a zatem M2, M3, M4, i dodawszy telewizor, Polacy w drugiej połowie lat 70 wyprodukowali marzenie, które wyglądało dokładnie tak, jak amerykańskie pół wieku wcześniej. Kultowy serial Czterdziestolatek był orgiastyczną pochwałą peerelowskiego dorabiania się, czego symbolem stał się słynny „łuk Karwowskiego”, czyli wycięty w ścianie mieszkania w bloku łuk, mający udawać, że znaleźliśmy się we wnętrzu szlacheckiego dworku, a może nawet arystokratycznego pałacu.

Dorabianie się jest wprawdzie ideałem drobnomieszczańskim, ale jednak niezaprzeczalnym. W roku 2022 media doniosły, że w Brazylii zmniejsza się gwałtownie ilość katolików. Brazylijczycy opuszczają kościół katolicki i przenoszą się do sekty zielonoświątkowców, ci bowiem głoszą pochwałę dorabiania się. Im więcej zarobiłeś, tym bardziej Bóg Cię kocha, mówią zielonoświątkowcy. Kościół Powszechny pod wodzą Franciszka postawił na reprezenztowanie interesów biednych, biedni zaś postawili na zielonoświątkowców.

Jakie więc było nasze życie według Karwowskich? Zacznijmy od prostego pytania, czy w Czterdziestolatku były kartki? Tak, macie rację, nie było, bo jednak Karwowscy, którzy byli parę lat starsi niż Stefek i Basia, niż ja i mój mąż, wstrzelili się w świat gierkowskiego dobrobytu. Mieli mieszkanie w blokach, na podwórku stał trzepak, młoda Karwowska miała więc gdzie wykonywać fikołki na trzepaku. Mieli samochód. Gdy zaangażowali się społecznie w rozwiązanie jakiegoś lokalnego problemu i przyszła dziennikarka nagrywać z nimi wywiad, Karwowski prezentuje się w garniturze plus modne baczki, a Karwowska wkłada luźną czarną sukienkę z elany i ma długie sztuczne perły na szyi. Oczywiście oboje mają pracę, a dzieci się dobrze uczą. Standard Polski gierkowskiej nie zakłada innych możliwości. Na obiad była pomidorowa, schabowy, tłuczone ziemniaki, ale już się nieśmiało zaczął czas udziwnionego jedzenia – na jakiś proszony obiad Karwowscy przygotowują indyka na słodko i wytrawny deser.

My już nie żyliśmy w idealnym raju PRL-u, my znaliśmy kartki od 76 roku, kiedy na dziesięć lat pojawiły się i ustabilizowały swój byt kartki na cukier. Mój syn, podobnie jak Małgosia Szarzyńska, córka Basi i Stefana, od urodzenia znali tylko cukier na kartki. I był to szarawobiały cukier w szarawo-granatowych torebkach. Jacek i Małgosia nawet nie wiedzieli, że istnieje cukier w kostkach. Kiedy Jacek zobaczył taki cukier w sklepie, prawie się rozpłakał z potrzeby dostania takiego cuda do zjedzenia. Wiedziałam, że nic z tego nie będzie, ale mimo to zapytałam, jak można by było „dostać” to coś i dowiedziałam się, że jest to towar reglamentowany, tylko dla cukrzyków, którzy mają na ten luksus specjalne kartki.

Potem to już w ogóle zaczęły się kartki w iście kubańskim stylu – w kraju cukru, ludzie dostawali cukier na kartki, kilogram miesięcznie, ale z wymaganej przez partię oszczędności cukru, tylko przez 11 miesięcy w roku.

Były kartki, a i tak się stało w kolejce. Był tłok, wszyscy się pchali na wszystkich, Jackowi kiedyś w takiej kolejce jakieś dziecko wyrwało z ręki bułkę z serem i ją zjadło. To wtedy właśnie mój ośmioletni syn powiedział, że można by poustawiać takie płoty z lewa na prawą i z prawa na lewą, żeby ludzie porządnie stali w kolejce.

Gdy w roku 1985 wyjechaliśmy do Niemiec, wszystkie kolejki w Policji dla Cudzoziemców były regulowane takimi metalowymi płotami z lewa na prawą i z prawa na lewą, żeby ludzie porządnie stali w kolejce.

Tak to się niekiedy spełniają nasze marzenia. Spełniają się, a Los wykrzywia przy tym gębę w ironicznym uśmiechu.

Chciałeś płoty?
No to masz!

9-Euro-Ticket. Szczecin po raz czwarty.

Ewa Maria Slaska

Tym razem tylko przelotne obserwacje.

***

Po drodze na dworzec widzę przy torach kolejki żółte tablice z napisem:

Wikipedia

Uwaga – niewidoczne oznakowanie/ sztuczne DNA pozwala zidentyfikować sprawcę i powoduje, że metali nie można sprzedać (stają się niesprzedawalne).

Zastanawiam się, czy to żart, w rodzaju tych, jakie robi czasem organizacja Zentrale für Politische Schönheit, ale Internet informuje mnie, że nie, że tak kolej niemiecka próbuje poradzić sobie ze złodziejami kabli na torowiskach.

Nowoczesność. OK. Ale czy złodzieje zrozumieją w ogóle to przesłanie? Ten język, te zastosowane metody są jak literatura wysokiej klasy, nie dla idiotów.

***

W Angermünde z powodu od-wiecznej naprawy torów mamy przesiadkę z pociągu na autobus. Pasażerowie całego pociągu muszą zmieścić się do jednego autobusu. Tłok. Zastanawiam się, czy gdyby taka sytuacja miała miejsce na granicy z Francją, to też by nam podstawiono tylko jeden autobus. W autobusie wygrywają silniejsi. Mężczyźni siedzą, kobiety i dzieci stoją lub siedzą na podłodze.

***

Dodatek z następnego dnia:

Ela Kargol, autorka tej foty, opatrzyła ją takim wyjaśnieniem: to zdjęcie to dobry komentarz do tego wpisu. Chodzi mi o ten szkic szybką kreską na tablicy informacyjnej o kolei szczecińskiej, cesarskiej, wytwornej, którą można było dojechac do Szczecina bez przesiadek, oczekiwań na połączenia, opóźnień…

***
Wracam. Pociąg przyjeżdża pół godziny spóźniony. Na peronie, na ławce obok mnie siedzi sztuczna kobieta jak z Innych pieśni Dukaja.

Włosy utlenione, brwi zrobione, grube sztuczne rzęsy, usta napompowane czymś, nie pamiętam czym się pompuje usta, botoksem?, złote ogromne kolczyki w kształcie Myszki Miki, tatuaż na całe ramię (mężczyzna z dziewczynką na tle tarczy zegara), paznokcie jak gwoździe na 9 cali, szpice, w czterech różnych kolorach, niektóre zdobione. Pierścionki, bransoletki, naszyjniki.

Ciało dziwnie niesztuczne, po prostu ubrane. Sandały, pomalowane na złoto paznokcie u nóg.

Mężczyzna na tatuażu rzuca cień krzyża

Oczywiście cyberkobieta ma kolczyki. Wszystko złote. Na niby. A może to złoto prawdziwe?

Oczywiście sztuczna opalenizna. A może prawdziwa?

***
Na peronie stoi czterech (nie, sześciu) młodych, mocno zbudowanych facetów w takich samych podkoszulkach i tego samego wzrostu. Wszyscy coś jedzą, miarowo, mocno ruszają szczękami.

W Pasewalku przesiadka. Nasz pociąg do Berlina odjechał. Następny za 1,5 godziny.

Na dworcu nie ma informacji, ani toalety, ani budki z jedzeniem, ani nawet automatu z czipsami lub wodą. Nie ma też automatu z pieniędzmi. Wszyscy ruszają za dworzec w poszukiwaniu czegoś do jedzenia i picia.

Znalazłam gdzieś wśród warsztatów i magazynów budkę z kebabami. Nie można płacić kartą, ale mam jakieś monety. Kupuję sobie frytki i wodę, na tyle mi starczyło.

Po drodze widzę chłopaków na jakiejś niekoszonej podmiejskiej łączce. Stoją w trawie po pas i wesoło, swobodnie sikają w różne strony świata.

Gdy już wszyscy wróciliśmy z łupami na dworzec, chłopaki siedzą na murku, na którym zaraz usiądziemy wszyscy, i całkiem ciekawie śpiewają. Ławki na peronie są metalowe i mocno oświetlone słońcem. Dlatego siedzimy na murku za wejściem do tunelu. Śmierdzi moczem.

Jeszcze godzina. Upał. Przed nami taki widok:

Przez godzinę patrzymy na szare śmierdzące płyty chodnikowe.

I cieszymy się, bo jest cień.


Już świt

Teresa Rudolf

Wieczorem 

Już wieczór;
granatowo
opada powoli 
jak mgła,
gdzie niegdzie
zapala świeczki,
wygasza światła.

Otwarta
przestrzeń;
twórczości,
tajemniczości,
romantyzmu
intymności,
miłości...

a niektórym,
...w pełni 
księżyca
jak w wodzie,
odbija się
bezbarwna
samotność.

Jeszcze i już

Jeszcze delikatny zapach
świeżej nocy potrąca
mój wrażliwy węch.

Unoszę się na nim,
wciągam powietrze
pokonując przestrzenie.

I już powoli świta,
wilgoć poranka
rozpyla się wokoło.

Tęsknota za znanym
i nieznanym porywa
mnie we wspomnienia,

...oby stały 
się znów
jutrem...

Projekt “Irena Bobowska, zapomniana bohaterka”, ulotki

Ulotki projektu przygotowała Anna Krenz. Ona też jest autorką portretu Ireny Bobowskiej.

Ulotki.

Rozkładamy je w Berlinie, ale i w innych miastach, w Polsce i w Niemczech, rozkładamy je w poczuciu zachwytu i rozpaczy. Och, wiem, to bardzo egzaltowane. Nic nie poradzę. Irena Bobowska jest piękna, a tak jak ją zobaczyła Anna Krenz, jest po prostu zjawiskowa. Jak Anioł. Anioł, któremu 27 września 1942 roku o godzinie 4:26 w więzieniu Plötzensee kat ściął głowę gilotyną.

Miała wtedy 22 lata. Została skazana za wydawanie gazetki konspiracyjnej. Gazetka nazywała się Pobudka i ukazywała się w Poznaniu od października 1939 do czerwca 1940 roku. Raz, najwyżej dwa razy na miesiąc. Kilkanaście numerów. Pobudka to było kilka stron, przepisywanych na maszynie, w nakładzie około stu egzemplarzy.

Ktoś musiał donieść na gestapo.

Za tych kilkanaście gazetek aresztowano i skazano pięć osób za zdradę stanu. Cztery na śmierć.

Ballada o miłości i inne wiersze

Mieczysław Węglewicz

Ballada o miłości   

W mroku w lęku, ostrożnie  
tylko  nocą, lasami,
On pierwszy, śmielej a   
Ona 
kilka kroków za nim
W dzień  się schowali
na plaży, od ludzkiego oka 
Plaża tu była dzika 
a fala wysoka
Najpierw spali na wydmie skryci w srebrnych trawach
bo trawy się nie znają na rasowych sprawach
A potem stali przy sobie
na głębokiej wodzie
Czarnooka Żydówka 
lat 20, śliczna
On Niemiec, oczy niebieskie, czupryna pszeniczna
trzymali się za ręce 
nikt ich  nie widział więcej

lato jeszcze choć tleje
tęskni do jesieni
mchem w lesie siwieje
wrzosem się rumieni

życie biegnie
lato już się starzeje
srebrnym mchem się mieni 
i tylko  ma nadzieję
doczekać jesieni
wiatr  wcześniej tak leniwy
 teraz fale wznosi
 targa  za mokre grzywy
i piasek unosi
a słońce do południa tak snuje się jak ty
bez kawy senne jesienne
w sukience z rannej mgły

Kochanek wiatr

Słyszysz jak nad jeziorem
szumi trzcina płowa?
To jest pieśń o miłości 
wiatru do sitowia
co raz lekko, raz mocniej
czułe struny szarpie
Gra trzcinom kołysankę 
na anielskiej harfie
Raz po raz je ustami
słodkiej fali muska
bo fale to są wiatru 
nad jeziorem usta
Trzciny, nimfy zaklęte
kiedy harfę słyszą 
przytulają się, tańczą
biodrami kołyszą 
a wiatr im włosy układa
rozczesuje,
głaszcze
i zaklina że kocha,
że tak będzie zawsze

..szedł drogą pewien 
człowiek
tylko z myślami w głowie
samotnie i prosto jak pręcik
jak   taki słupek bez rtęci  
jak dzwonnica bez dzwonu
jak Albania bez schronów
 szedł człowiek
bez telefonu !!
na spacer z myślami w głowie
szedł kiedyś taki człowiek?

czy jesz czy śpisz
oddychasz, drżysz 
kiedy po jabłko sięgasz
to już przed tobą robił ktoś 
a ktoś opisał w księgach
bo to co będzie  było 
i ktoś przed tobą 
był
i to co ci się śniło 
przed tobą ktoś już śnił
Było już? nic nie znaczy
bo ty...
Ty śnisz inaczej...

Paryskie złudzenia (2)

Mieczysław Bonisławski

Dokończenie opowiadania, którego pierwsza część została opublikowana wczoraj.

Z pamiętnika Natalii:

Piątek
Znów nie doszło do spotkania z A. Jak żyć?
Było wiadome: katana dopiero po szesnastej – wspaniała wyszła: wzorowana na kowbojskich bluzach, ale nie z jeansu, z materiału – a wieczorem „Pod psa”. Pomiędzy czas na A.
Alu, musisz zrozumieć. Katana przedłużyła się. Została mi godzina. Lepiej było iść pod Instytut i zaczekać tam na niego, niż wpaść do Ciebie i zaraz lecieć. Hm, musisz aby…?
Zimnem i upokorzeniem płacisz za uchybienia wobec przyjaźni! Z. nie wychodził z zajęć, a tu deszcz, wiatr, mróz i pełno studentów, którzy nic nie rozumieli. Ach, chociaż Ty wybacz i zrozum, pociesz. W ciemnościach nie było widać pięknej, nowej katany, nikt nie mógł wiedzieć, kto ma wyjść z Instytutu, była tylko rozczochrana, zakatarzona cipa, przestępująca z nogi na nogę w zabłoconych czółenkach. Wyobrażasz sobie?!
Północ. Znów syreny na szosie. Czemu one brzmią tak łapczywie? We wtorek musi się znaleźć czas dla A.

Wtorek
A. dopytywała się jak było w piątek. Z. zachował się wspaniale, ale co to obchodzi A.? Pewne rzeczy są prywatną sprawą. No i skończyło się małą kłótnią:
N: Z. jest super męskim facetem, nie wciąga się w te płytkie dyskusje. A jak zgasił Renate!
A.: Nie widzę w tym męskości. Jest racjonalny. Zresztą co ty z tym całym „udomowionym” [wyraz nieczytelny, mocno, kilkakrotnie przekreślony] masz za pojęcie o wolności?
N.: Wytłumacz mi co chciałaś powiedzieć przez to, że „udomowiony”? Dlaczego zresztą masz pretensje do kogoś, kogo nie znasz, co ty, zazdrosna jesteś?
A.: No wiesz! Dobra, przyjdź teraz koniecznie z gitarą, zaśpiewasz mi, wiesz, to…
N.: Nie, poczekaj Alu, ja cię proszę, wyjaśnij mi to, co powiedziałaś.
A.: Zastanów się kim jesteś? Robisz co chcesz, nie hamuje cię bieda, ani nieodpowiedni dom, z którego mogłabyś pochodzić. Skąd wiesz, co czuje robotnik? Ja otarłam się o niewolę…
N.: Sama ją wybrałaś!
A.: Nie przerywaj, co to ma do rzeczy?
N.: No mów, ale spłycasz to wszystko.
A.: Jak kogoś z was pozbawić wolności, to powie, że to nie teoria, że nie jest wszystko jedno. Dwie wolności? W reżimie człowiek przeskoczy barierę lojalności. W demokracji rynkowej pokonanie bariery kapitału jest nieosiągalne. Nie widzisz tej prostej rzeczy?
N.: A twój problem do czego się sprowadza?
A. zamilkła i obraziła się. Ale się narobiło. Tym bardziej w piątek nie mogę zawieść!

Piątek
A. w najgorszych snach nie jest w stanie oddać upadku tych studentów. I Z. z nimi!

[wtrącony zupełnie bez związku fragment, opatrzony dopiskiem, wskazującym na Alice (A.)]

Słuchaj. Usiadłabyś trochę na mym miejscu. Zrozum, ja się już duszę, zrobię wszystko, by tylko wyjść, co tylko mi zaproponują! Ja choć wiem skąd to wszystko, nic na siłę. Lojalność. Nie ma za wysokiej ceny, chcą jej, to ją mają. A co w tej rynkowej demokracji?

Pieniędzy z posłuszeństwa nie utoczysz. Nie, to nie wszystko jedno… Dać im zgodę, może każdy, mieć pieniądze, to przywilej wybranych, nie do przeskoczenia dla pozostałych. Czy ty choć trochę mnie rozumiesz?

[ciąg dalszy bieżącego wpisu]

Wpierw trzeba ten wczorajszy dzień ustawić po kolei.

Do obiadu zwyczajna szkoła. Sabine cały dzień tłumaczyła z polskiego na hiszpański wiersz o terrorze generała Franco. „Segur que tomba, tomba, tomba”. Dla tego jej „Poety”, ona teraz z nim śpiewa… A przecież dwa tygodnie temu była jeszcze nieugiętym filozofem rewolucji.

Tłumaczenie wierszy na lekcji nie sprzyja udzielaniu sensownych odpowiedzi nauczycielom – czy dwie „pały” jednego dnia to duża czy mała ofiara Sabiny? Swoją drogą mają rację ci co twierdzą, że likwidacja psychotronicznego, tego fajnego, zdalnego nauczania i wprowadzenie szkoły z fizycznym byciem w klasie, służy wyłącznie totalnej inwigilacji i kontroli.

Obiad. W domu nic do roboty, zatem spotkanie w klasztorze z A. – bez opóźnień. Następnym razem pamiętać o tej… gitarze!

Spotkanie „Pod psem” bez wyczekiwania pod uczelnią na najwspanialszych nawet facetów. Za to rozmowa z księdzem od A.

Jakie straszne rzeczy, lepiej by było marznąć pod Instytutem. Ponoć, a to pewna wiadomość, A. jest pod obserwacją, każdy jej krok, słowo są znane władzy. Do klasztoru nikt nie wnikł, ale przecież szczepiła się. Ma czipa. A poza tym „Pod psem” zbierają się różni. Pytanie o wiedzę na temat A. Tak, ukryła się, bo po śmierci swej mamy groziła z pistoletu jednemu facetowi.

[zbitek swobodnie, bez związku wpisanych zdań, opatrzonych uwagą: „Z. wykpiwa niepokój Natalii jak tylko zwierzyła się z rozmowy z księdzem. Pozostali studenci też”]

– Sabi, pisałaś piosenkę? Za dwie gały, no, łeb do góry, to konieczna ofiara. A gdzie was niesie, ty „Poeta”, próby, próbami, nie zabieraj jej. Cwaniak! To ciao, dzidzia, spraw się…
– Nata ma wieści od księdza. Cicho, sami swoi. Z., bzdury opowiadasz, tu wtyka? Gorąco tu, zmiana lokalu. Bekniemy, jeśli ktoś nas wrobił. No, pić się chce. Spiryt na koniec. Jak śmierć, to śmierć. Dżagi, szykujcie się, za murami tak dobrze nie będzie. Pofiglujemy po wolności…
– Ja z księżmi nic. Radziłem z dala od nich. Daj spokój, pogadasz i najdalej na trzeci czwartek tu wrócisz. Ale tylko dla wódeczki i dla pięknej Anetki, no [słowo nieczytelne], daj całuska…
– O czym, ty mówisz, dzidzia? Jaka wolność, to jest wolność, my to wolność. Szklanica i dziewica. Kto za nas umiera?! Masz wypij…

Natalia (do Sabine i Renate):

– …studentów z Zielonej Góry biorą na Chinoli. Pojutrze z artylerią z Czerwieńska jadą do Marsylii lub na Krym. Sami jeszcze nie wiedzą, gdzie ich rzucą? Co będą robić? Jako doświadczalny patrol biologiczny? Żywa tarcza chemiczna? No, tak, jak Ameryka zaatakuje na „Jedwabnym szlaku” ich karawany. Ta wojna za atak z Chin covidem w 2019 jest straszna. Z. mówił, że się boi. Reszta też. Nie dziwota, że tak piją. Nie tylko piją…

[luźno wrzucona między kartki strona ze „Strażnicy” Świadków Jehowy]

Zaraza to nie przypadek. Za dużo nas. W dni ostatnie wejdą tylko wybrani. Dzieci zrodzone w zarazie mają mutacje, dające nadludzką odporność nie na choroby, ale i na ból i na skażenia chemiczne. Część dzieci które miały 3 – 5 lat gdy wybuchała zaraza też to mają, a do tego są wybitnie inteligentne. To fakt nad którym głowią się lekarze, choć wyjaśnienie jest proste.

Widzimy, studenci to dziś tylko ci zmutowani przez covid. Reszta, chorowici, niedołężni są od prostych prac. Zaraza tak zwiastuje dni przedostanie. Pierwsi przejdą przez nie, reszta dzieci i starcy wymrą. A przedtem stoczą się na sługi, podludzi. Bo ich cel, służyć tym co przeżyją.

[odręczny komentarz (chyba) Natalii]

Z. i reszta, pierwszy rocznik. Odporni na wirusy, trucizny i ból, inteligentni. Idealni na front. Student to nie menel. Tamte świrusy by się same pozabijały. Dla nich tyrka w fabryce, magazynach sieci i sprzątanie miasta. Słyszałam, że chłopcy są odporniejsi na ból, dziewczynki poszły bardziej w rozum. Może to nie Bóg księdza i Alice, ale „Bunt kobiet” wywołał zarazę ? Chłopy do boju a baby będą rządzić.

Piątek

Alice zwariowała. Ma sny.

Nie wierzę – prawdziwe! Nie z generatora i anteny, ale urojone w głowie. Cofa się w tym klasztorze do jakiegoś zaprzeszłego stulecia!

A.: Męka całą noc. Stałam na górze, nogami na głowach ludzi. I cała płonęłam. Moje rude włosy, to były języki ognia. Ale od góry było mi zimno, za to parzyły mnie stopy.
N.: Co ty znowu?
A.: Co ja? Znów męczą mnie sny. Takie same jak wtedy. Ci ludzie coś krzyczą, gdzieś mnie ciągną. Oni chcą mnie spalić!
N.: Czekaj, jest chyba taki właśnie program od snów? Ale ty, tu za murem, nie masz przecież dostępu do sieci… To jakieś przebicie pola…? Prosto z bazy…?
A.: Ty jesteś po prostu głupia! Posłuchaj mnie w końcu!
N.: Co? Chcą cię spalić?
A.: A ja ciągle żyję. Nie wiem, nie wychodzi im, albo ja się odradzam…?

Co tu gadać. To nie to samo co standaryzowane wizje z systemu. Chyba jej zazdroszczę. Też tak bym chciała śnić.
***

Po kilkunastu miesiącach dobrowolnej izolacji Alice wyszła poza mury. Normalnie, drzwiami, trochę unikając sióstr i korzystając z tego, że wszyscy jedli obiad, wymknęła się na ulicę. Zaskoczyła mnie. Przez moment wahałem się, iść za nią, zostać przy obowiązkach?

Alice poruszała się, jak na nią, nienaturalnie energicznie. Była czymś wzburzona? Raczej ponosiło ją to co sobie postanowiła.

Było po 14. Zapadał wczesny, grudniowy zmrok. W świetle latarń wirowały płatki śniegu. Opadały na chodnik i jezdnię, a setki nóg mieszały je w zmrożone błoto. Setki spieszących prosto do domu ludzi, którzy po pięciu godzinach wyszli z fabryki masek i trefnych respiratorów senator Anity – wnuczki i z biur, niezbędnych dla ciągłości funkcjonowania państwa. Jak wśród nich czuje się 16-letnia dziewczyna, po tak długiej samotności, bez przepustki pracowniczej, gdy jedynym człowiekiem, jaki zechciałby ją zaczepić jest policjant z patrolu?

Dziewczyna łapie na rozpuszczone rude pukle białe płatki śniegu i pędzi przed siebie. Polubiłem tę zadziorę. Za to jak dawała w kość Natalii, że prowadziła uregulowane życie i niczym przykrym nie mogła zaskoczyć. Już nie mogła, bo ja wiedziałem i o tamtym. I dlatego byłem w stanie ją polubić. Żal mi jej włosów. Nie wiedziała w tym zamknięciu jaka dziś pogoda? Przecież zmarznie tak bez czapki! A może jej po prostu nie ma, może nie myślała idąc za furtę, że doczeka tam chwili, gdy będzie jej potrzebna zimowa czapka?

Stop. Alice przystanęła w kolejce do kontroli przy wejściu do supermarketu. Czyżby miała zamiar coś kupować? Ale skąd u niej nowe karty płatnicze, przecież co miesiąc stare nominały wymienia się na aktualne?

O, podeszła do automatu z kwiatami, kupuje bukiecik wrzosów. O co jej chodzi? Mija punkt szybkiej regeneracji. Pamiętam tu starego McDonalda, zapach frytek, piwo w parku. Kiedy to było? Wszyscy gadali na niezdrowe żarcie, co by rzekli teraz: kolorowe pastylki, wlewki, zastrzyki. Wygodne i kaloryczne uzupełnienie. Tylko czy to jest jedzenie?

I gdzie cię kieruje ruda głowa?! O chłopcach nie wiem. Natalia przestała przychodzić, ale to z powodu problemów z samą sobą. Nie kłóciłyście się o żadnego franta, wiedziałbym o tym. Kwiatki, jakaś ciotka, dalsza rodzina? Ale ty nie masz rodziny, Alice!

A gdzie my idziemy – Cygańskie Przedmieście? No, przecież, te kwiaty, takie same wrzosy i ta ulica przy końcu której jest…

***

Pamiętam ten dzień, kiedy wbiegłaś roztrzęsiona do kościoła. Niemal przewróciłaś konfesjonał. Nie musiałem pytać. Eksplodowałaś potokiem słów:

– Byłam u psycholog! Mówi, że te sny to trauma z dzieciństwa. Co było z moją matką?!
– Niewiele słyszałem…
– Ta płonąca głowa… Ktoś ją spalił? Przeze mnie?
– Tak ci powiedziała psycholog? Przecież to ty płoniesz.
– To przemieszczenie, z poczucia winy, za coś czego byłam świadkiem i sprawcą. Mamę spalili na stosie, przeze mnie?
– To taka przenośnia, stos, ogień, widowisko dla tłumu…
– …nagonka zdrowych na zarażonych, zaszczepionych na tych co czekają nadal w kolejce?
– Tłumy nie gonią dziś czarownic po Zielonej Górze…
– Ona mnie porzuciła, czy… umarła? Ma grób? Gdzie on jest, na cmentarzu, czy na wysypisku zarażonych?
– Nie rób z siebie Esmeraldy…
– Kogo?
– Takiej innej Cyganki, ją też spalili za czary.

***

A scenka z towarzyszami Alice? Skraj rozrytego parku, chłopaki wyciągają z ziemi piszczel. Ktoś kopie czaszkę niczym piłkę, inny łapie ją rzucając się w bramkarskiej paradzie.

– Jesteście naturalistami?
Spojrzeli zdziwieni po sobie.
– Nie gracie na konsoli, tylko kopiecie w realu…
Ten z brzegu kaszląc splunął celując w czubki moich butów. Drugi, garbaty, głośno beknął, odwrócił się i pierdnął. Wszystko zagłuszył gromki rechot.
– A ksiądz czego chce?
– To ludzkie kości.
– No i co? Czarownice tu zakopali. Spalili i zakopali. Przecież kościół nie lubi czarownic.
Z lubością wytargali spod ziemi kolejny szkielet. Zaczęli łamać.
– Każdy człowiek wymaga szacunku.
– Spierdalaj.
– Tylko pod tym murkiem chowali te nieszczęśnice. Tam dalej, między drzewami były już kwatery szanowanych obywateli. Cmentarz „Zielonego Krzyża”.
– Nie pierdol. Bawimy się. Czarami i chuj ci do tego.
– Nie boicie się?
– Czego?
– Czarów albo zarazy.
– Pieprz się. Każdy z nas jest zarażony. Każdemu już ktoś przez to zdechł w domu. Nie ma pracy, nie ma kościoła, nie ma szkoły. Nie boimy się niczego – stłumił kaszel i wyciągnął ku mnie zapalniczkę – Mogę i ciebie spalić, chcesz? Czy spierdalasz?

***

Nie posłuchałem. Nie spierdoliłem. Poszukałem Alice a nie widząc jej, spojrzałem na chłopaków. Byli starsi niż sądziłem z początku, dobrze po dwudziestce, bliżej trzydziestki. Cherlawi, bladzi, z wieloma, widocznymi zmianami nowotworowymi, które utrudniały życie, nie dając wytchnienia w śmierci. Pod maską zadziorności – zagubieni i wystraszeni. Jak większość ludzi, odkąd władze pogodziły się z tym, że wirus pozostanie już na zawsze. Uznały, że wirus to wyznacznik codzienności i odpuściły walkę z nim. Przynajmniej na terenach otwartych, poza zonami.

– Ty też? – tchnął mnie ich widok.
– Ja byłem – rzucił kulawy.
– To powikłania po covidzie? Przez chorobę jesteś Quasimodo. A ten, to Gavroche?
– Obrażasz nas?
– Nie! To kolesie z Paryża. Nie chciałbyś być teraz w Paryżu?
– A co to ten Paryż?
– Miasto.
– A bo mnie tu, w naszym miescie, źle? Na chuj mi jakieś Paryże, ja stąd. Księża i frajerzy niech jadą do tych Rzymów i Paryży, jak tu im co zawadza. Jak chłopaki stąd im śmierdzą.

Pojąłem czemu do lepszych parków, jak Piastowski czy Kolei Szprotawskiej wprowadzono drogie bilety. Elity mogły też wykupić abonament. Porządni ludzie mają prawo do rekreacji, opieki nad dzieckiem czy dziadkiem, do skorzystania z hostess na łonie natury w spokoju. Zaniedbany Park 1000-lecia był za darmo, to świat dla chłopaków stąd.

Ale Alice bym tu nie odnalazł. Ona już z nimi tutaj nie bywa.

***

Nie myliłem się. Ale nie mogłem jej wyprzedzić, przygotowany zaskoczyć. Wrócić? To jedyna okazja, by stanąć z Alice twarzą w twarz, tak jak wtedy – wrócić, to stracić tę okazję. Czy po to tak dobrze ją poznałem, by teraz zrezygnować z postawienia kropki nad i?

– Alice…
Widać ten szept zabrzmiał w ciszy cmentarza jak huk dzwonów, bo dziewczyna szarpnęła głowę i sztywno podniosła się z przyklęku. Spojrzałem na grób, w kubeczku był świeży bukiecik, obok leżał… pistolet. Odruchowo sięgnąłem za pazuchę.
– Zemsta?
Alice się uspokoiła, potrafiła kpić. Tylko czemu tak, czemu jedyne słowo, jakie od niej usłyszałem naprawdę, musiało być tak przyprawione żółcią?
– Teraz wyjmiesz spod pachy broń i – ciach! Nie pocieszysz mnie, że nic nie poczuję? Mama by się ucieszyła.
– Przecież nie będę do ciebie strzelał, durna smarkula!
– Durna? A po kim to mam?
Doszła do siebie, świetnie.
– Skończmy z tym strzelaniem, już wtedy narobiłaś kłopotów. Ja nie od razu uwierzyłem, że nie było w tym polityki, że to ty… No chodź…
Spróbowałem ją przytulić. Wyślizgnęła się. Zachwiało mną, co wykorzystała zabierając pistolet z mogiły. Miała przewagę, ja oparty o krzyż a ona kilka kroków za mną z bronią w ręku. Nie bałem się, że jej użyje, byłbym szybszy. Chodziło o nią, nie chciałem do niej strzelać. Wyprostowałem plecy, dłonie opuściłem wzdłuż ud, kładąc je na sutannie.
– Nie boisz się? – spytała.
– Nie.
Pokręciła głową i nie opuściła pistoletu. Siadłem z brzegu nieprzerwanego rzędu mogił niezaszczepionych. Byliśmy zwróceni do siebie bokiem, zapatrzeni w grób Anny a między naszą trójką – zimna czerń wczesnego wieczoru.
– Ten prawdziwy ksiądz Mateusz – zacząłem – Wiesz jaką naciągnął nieciekawą kartotekę, zanim go… Dobrze, że nie dałaś się wciągnąć… Słuchasz mnie ?
– Więc to prawda. Byłeś wtyką!
– Co ty wyprawiasz?!
Alice trzęsły się dłonie. W jednej trzymała tę niebezpieczną, przede wszystkim dla siebie, zabawkę…
– Podła wtyka. Świnia. – opuściła broń i krzyknęła – Po coś spotkał mamę! Czemu ty, czemu z tobą, z rudzielcem musiała… chciała… Czemu mi to zrobiła…?!
Nie wzruszył mnie jej szloch. Nawet nie spojrzałem w jej stronę.
– Nie jestem wtyką. Wykonuję legalnie mój zawód. Czasem polega to na takim przebraniu. To się nazywa działanie pod przykrywką. A to różnica. Wolisz prawdziwego księdza za ojca?
Rozbeczała się i dalej się odgryzała.
– Uraziłam dumę tajniaka?

Nie reagowałem. Co miałem powiedzieć, prawdę? Jeszcze bardziej by ją zdezorientowała. Nie było wtedy modne branie ślubu i posiadanie dzieci. Poznaliśmy się na Winobraniu, potem wspólne degustacje w piwnicy Seydela na wzgórzu. Ten poeta i winogrodnik, Fedorowicz pięknie opowiadał, a Bartek Gruszka, regionalista i fascynat, polewał miejscowe wino, które kręciło w głowie. Potem, z początku epidemii nas, funkcjonariuszy i nasze żony władze zaszczepiły w pierwszej kolejności. Ale Anna nie była żoną. Nieszczepiona a spotykająca się z funkcjonariuszem, stanowiła zagrożenie porządku publicznego. Wywieźli by ją z miasta. I gdy okazało się, że była w ciąży… Nie przetrzymała by warunków, jakie władze zapewniały takim jednostkom osobniczym. Musiałem pomóc wam uciec, rozstać się.

Długo nie siadałaś, nie raczkowałaś, mówić zaczęłaś dopiero… Bałem się, że zutylizują cię jako niemowlę opóźnione w rozwoju. Niepotrzebnie, pierwotny, cygański instynkt Anny kazał chronić dziecko przed zabraniem do programu pozyskiwania organów i komórek dla przemysłu. Naraziłem się pierwszy raz, gdy jej pomogłem ukryć cię przed policją genetyczną. A potem znów się narażałem, gdy robiliśmy z Markiem, w tajemnicy, tę mogiłę tutaj, niemal jak grób zbiorowy, a jednak z tabliczką i nazwiskiem. Jest gdzie przyjść, położyć wrzos.

A potem przeobraziłem się niemal w Jean Valjean`a, ale nie zrobiłem z Anny Fantyny a z ciebie Kozety. Tobie samej chyba bliżej do Esmeraldy… I choć mi daleko do Javerta,myśl już zatem lepiej o mnie, tak jak myślisz. A ja to opiszę. A tobie powiem tylko tyle:
– Porzuciłem Annę nim się dowiedziałem, że będzie miała dziecko. W moim wieku i zawodzie nie można dać kobiecie rodziny, szczęścia. Byłem na tyle odpowiedzialny by jej nie łudzić…
– To był przypadek, wypiliśmy za dużo na Winobraniu i się stało. Rano, jak wytrzeźwiałem nie miałem wątpliwości. Anna nie była w moim typie. Zresztą… Chyba tylko Marek nie uciekał od jej zalotów. W końcu kto jak nie Cygan, mógł coś w tej Cygance widzieć. Za to do mnie chciałaś wtedy strzelać, że twoja matka sama mi wpełzła do łóżka?!

***

Z nudów, w samotności (do czego nie mam już wątpliwości) piszę tę opowieść z czasów zarazy. O księdzu – przebierańcu i kochance, co zmarła, bo nikt jej nie pomógł, gdy się zaraziła. I o ich rudej córce, piekielnicy o ognistych włosach, co postrzeliła ojca. To jest motywacja tworzenia sztuki, prawda?! Ale nuda i samotność jest tak ludzka…

Jak sztuka. Wyobraźmy sobie ulice dużego miasta. Nie ma tu katedry Najświętszej Marii Panny, wystarczyć musi święta Jadwiga Śląska. Nie ma „dziedzińca cudów”, jest „Cygańskie Przedmieście”. Nie ma „Miejsca czaszki”, za to czasem ktoś odkopie czaszkę pośrodku parku. Są studenci Uniwersytetu, komisarze policji, szynkarze, piwnice z kontestacjami w oparach wina, ojczulkowie i mateczki wszelkiego autoramentu. Znajdzie się zatem w tej komedii ludzkiej i zbrodnia, i kara, i wielka literatura… Są tu też złudzenia. Złudzenia współczesnych nędzników. Stracone…?


Opowiadanie zostało wyróżnione w 11 konkursie literackim “Fantazje zielonogórskie” organizowanym przez AdAstra w 2021 r., pod tytułem “Nędzne nadzieje” w nieco okrojonej formie.

Paryskie złudzenia (1)

W środę był Balzak i jego Stracone złudzenia, bo tak już kilka dni temu wybrała środowa autorka, Ewa Karbowska. I co ciekawe, Stracone złudzenia wcale się jeszcze nie pojawiły, a dzisiejszy (i jutrzejszy ) autor, Mieczysław Bonisławski, przysłał Paryskie złudzenia. Dziś pierwszy odcinek, jutro drugi (zakończenie). Przenikanie światów. Czasem to złudzenie jest silniejsze, czasem słabsze. O dwóch wolnościach, o których tu dziś będzie mowa, też już pisałam, stały się nawet mottem mojej nowej powieści, zatytułowanej Amerykański sen. Na własny użytek zawsze ją nazywam Nowy Jork.
W dzisiejszym odcinku pojawia się czterech mężczyzn, Mateusz, Marek, Łukasz i Jan. Czy te imiona znaczą to, co myślę, że znaczą, czy to przypadek?
Autor milczy na ten temat, ale to przecież nic nie znaczy.

Mieczysław Bonisławski

Paryskie złudzenia

Czterdziesty miesiąc trzeciego już pandemicznego stanu wojennego. Z nudów piszę. Nieoczekiwana motywacja tworzenia sztuki, prawda? Ale nuda jest ludzka, tak jak sztuka. Lubię być człowiekiem, żyć tym życiem – a i sztuce z nudą do twarzy.

Wyobraźmy sobie główną ulicę dużego, pełniącego funkcję administracyjną miasta. Może być gdzieś w Europie, na wschód od Alp. Obudowana trzypiętrowymi kamienicami, gdzieś skryty kościół i były klasztor. Secesyjna fasada świątyni wyróżnia się kremową barwą tynków na tle szarej ulicy. Za kutymi drzwiami nie ma już mnichów, dziś jest tu plebania. Ksiądz, kilku wikarych, zakonnice.

Dzwonek domofonu.
– Tak, proszę?
– Ksiądz? Natalia.
Jasne, niech wejdzie.

Natalia, najbliższa przyjaciółka Alice. Przynosi jej nowiny z miasta i książki. Czytają je pewnie na zmianę, bo potem o nich dyskutują. Zamknięta w sobie Alice bardzo się przy tym ożywia, co wszystkich cieszy. Stąd Natalia jest tu mile widziana. Bywa, musi poczekać. Alice stała się religijna, dyskusje literackie już jej nie starczają. Modli się półgłosem, na tyle niewyraźnie, że trudno ją zrozumieć. Na tle kraty konfesjonału płonie rudo pukiel jej włosów.

– Z czym przychodzisz? Coś się zmieniło?
Cichy, cichutki szept. Niełatwo się domyślić o co jej chodzi?
– Nie chcesz mówić ? Czy może jeszcze nie masz nic do powiedzenia w tej sprawie?
– W której sprawie?
– Ty wiesz, masz ją jedną. I od niej musisz zacząć. To jak otwarcie furtki do łaski Pana.
Znów niewyraźny szept dziewczyny.
– Zduś bunt. Zawdzięczasz Mu największy dar, miłość. On uczył wybaczać, nie karać. Przeciw Niemu się buntujesz?
– Nie – jest w tym pełna rezygnacja, acz nie słychać zgody.
– Idź się teraz pomodlić.
Dziewczyna wstaje z klęcznika i odchodzi między ławki.
– Przyszła Natalia i daliśmy jej zupy. Poczeka na ciebie.

***

Obiad nie dał mi podsłuchać ich rozmowy. W końcu ja też coś muszę mieć z życia. Jak zechcę, to sobie doczytam stenogram z nagrania. Choć ciekawsze jest pogłówkować i samemu dojść po treści ich następnego spotkania, do tego, co działo się poprzednio.

W sztuce jest inaczej. Kiedyś, na kursach, uczyli nas o realizmie krytycznym, ale mnie pociąga naturalizm. Jest podobny do pracy – tylko rejestrować fakty i układać po kolei według instrukcji. Nie analizować przyczyn ani skutków, od tego są ci wyżej.

Bardzo trudno odnaleźć się w takim naturalizmie. Człowiek ma swój rozum, chciałby wykrzyczeć, co czuje, z czym się nie zgadza. Nie wolno. Na szczęście potrafię się w tym realizować, zaprzągłem sztukę jako ćwiczenie w lepszej służbie. Wyobraźcie sobie, co by na to powiedzieli ci spece od literatury?!

Alice to ruda, nad wiek fizycznie rozwinięta 16-latka. Nie cierpi swej cery, koloru włosów, chyba ma na tym punkcie kompleks. Ale nie dlatego izolowała się od świata.

Ja, cóż, chętnie bym brał w dłonie jej płonące pukle, a one przelewałyby się jak ogień między bierwionami gorejącego stosu.

Chętnie bym to robił, a Alice opuszczałaby oczy i brodę na odstające pod bluzką w kwiaty piersi, usta zaciskałaby w grymasie ni to drwiącego uśmiechu, ni pogardy. Ale służba mi na to nie pozwala. Mogę tylko rzucić tę marę na psychotroniczną plazmę.

W rzeczywistości to Natalia siada na brzegu jej łóżka. Obciąga sobie kusą spódnicę na chude nogi i obserwuje krzątaninę Alice.

Cele mają wyposażenie pochodzące z okresu budowy klasztoru, z początku tamtego wieku. Jedynie elektryczność zainstalowano później. Rudowłosa wróciła z półpiętra, gdzie na końcu korytarza mogła nalać w umywalni wodę. Postawiła blaszany dzban na ławie, obok miednicy i zanurzyła w środku kombinowaną z grubego drutu grzałkę. Wtyczkę zrobioną na drugim końcu sznura wcisnęła do kontaktu.

– Zioła ci zaparzę – ni to spytała, ni stwierdziła. Ujęła z parapetu metalowy kubek. Wsypała ze szklanego słoiczka świeżo naciętych pędów, zakręciła wieko i odstawiła słoik. Kubek podała Natalii i stanęła przed nią, nerwowo wygładzając spódnicę.
– Całkiem praktyczne.
– Co nie? Postawiłabym tu na środku w kubeczku kwiaty, przyniesiesz mi kilka?
– Nudzisz się tu, co?
Radosne podniecenie zniknęło z twarzy Alice. Kilka rudych kosmyków opada na śniade policzki, całkiem posępnie.
– Nie.
Dziewczyna uciekła ze spojrzeniem od Natalii, odwróciła się ku oknu, przez co nie zauważyła, że cofa się wprost na ławę. Trysnęła woda z przewróconego dzbanka.
– Zostaw to – Natalia powstrzymała niezdarnie zbliżającą się do kałuży Alice i zeskoczyła z łóżka. – Pomogę ci wytrzeć.
– Nie nudzę się. Wiesz, że czekam.

***

Na dworze zacinał deszcz. Wiosną byłaby to ulewa, latem burza z piorunami, dziś – beznadziejna plucha. Nie odświeża, nie daje ulgi ani przyjemności z tego, że wyschniesz zaraz na słońcu. Zresztą ono i tak nie wyjrzy zza chmur, a deszcz nie skończy się. Za parę dni zmieni się w śnieg – i tak aż do wiosny! Szczęście, że tego wszystkiego już tak dobrze nie widać – choć to jeszcze nie wieczór, to popołudnie, wyjątkowo ciemne. Szybko mrok ogarnął miasto. Skuliłem się pod płaszczem z postawionym kołnierzem. Twarz rozgrzewała szorstka tkanina, o którą pocierałem przy każdym ruchu wystające ponad koloratkę policzki.

Stałem tak po opuszczeniu Alice, Natalii i plebanii przed jakąś wystawą sklepową, rozmyślając, co robić. Z reguły po pracy ludzie idą do domu, a ja?

Tak pomyślałem, patrząc przez dużą, sklepową szybę i nic za nią nie widząc. Czy jednak taka myśl, zapisana w zdaniu, nie sugeruje nieprawdy? Każdy człowiek, w moim zawodzie też, ma swój dom, co by o nim nie mówić. Najwyżej raz bardziej, raz mniej chętnie do niego wraca.

Na ulicy deszcz zacinał mocniej niż przy ścianie budynku, ale z przyjemnością się od niego wreszcie oderwałem.

– Mateusz, to ty?! No, popatrz, wiesz, że ja nie wierzyłem Janowi, jak mi… Ty naprawdę jesteś księdzem! Ile to już żeśmy lat się nie tego?
Przystanąłem. Deszcz dalej siąpił. Nie mógł stać się przyjemniejszy, a jednak poczułem ożywczy dreszcz emocji.
Wysoki, krótko ostrzyżony blondyn przywitał się wylewnie. Czy to było hasło, czy faktycznie dawny znajomy?
– Czemu akurat ty dziwisz się memu powołaniu ?
– Czyżbym był wyjątkiem?
– Nie w wyrażaniu podobnych opinii.
– Sam widzisz. Jestem przekonany, że to z powodu wizerunku twej instytucji, jaki pokutuje w społeczeństwie. Przestarzały model, jak smartfon i przekaz wizualny, i tyle.

Przeszliśmy na drugą stronę ulicy, zachowując przepisowy dystans między sobą. Nie znałem człowieka, a to mógł być prowokator sanitarny! Deszcz rozpadał się, mimo to opuściłem kołnierz. Mimowolnie wsunąłem dłoń pod jedną z pół płaszcza, gdzie była obszerna, wewnętrzna kieszeń. Nic nie znaczący ruch nie mógł zwrócić jego uwagi.
– Nie mam racji, co?
– Oczywiście, że nie.
– Takim cię lubię! – jasnowłosy znajomy Jana przeszedł na bardziej familiarny ton. – Wiesz, chodźmy „Pod psa”!
Spojrzałem zdziwiony, na co on parsknął:
– Czego nie rozumiesz?

Czyżby to nie była zwyczajna rozmowa po latach? Zaniepokoiłem się. Za blisko się to kręci sprawy. „Pod psem” pracuje Marek. To o nim myślałem tam przed wystawą. Nie muszę ryzykować, a w tej sytuacji, wręcz powinienem zaraz zdać komuś z tego raport.

Iść „Pod psa”. Jakiż nieoczekiwany zwrot wydarzeń. I co za dziwaczna propozycja dla księdza? Podejrzewam, że można być świetnym duszpasterzem i nigdy nie dotrzeć „Pod psa”. Nawet pracując w tej parafii.

Nie było to daleko. Każde miasto o starym rodowodzie ma umowną granicę wiekowego śródmieścia: jakąś wodę lub ulicę idącą ciągiem byłych obwarowań. Tak jak i tu.

Po ferii barw i świateł reprezentacyjnego city, ciemnych, odrapanych uliczkach z oparami stęchlizny wokół, następowała krótka erupcja świateł i ruchu dwujezdniowego ringu, wieńcząc krzykliwie całą wielkomiejskość. Dalej już rozpoczynały się dawne przedmieścia.

Czemu „Dziadek” założył knajpkę właśnie tu, nie wiedziałem. Wgryzała się dawnymi lochami byłej poczty dyliżansowej w węglodajny grunt naniesiony przez lodowiec. Bodaj z urobku z tych piwnic wzniesiono dom na końcu brukowanej, wąskiej ulicy. Kłaniały się tu koślawo ku sobie, ku krzywym kocim łbom stojące naprzeciwko siebie jedno-, dwupiętrowe domy, ze sklepikami na parterze i balkonami na piętrze. Pobudowano je zaledwie niecały kilometr od rynku z ratuszem, przylegały od wewnątrz do ringu a otaczały je już od tyłu ogródki i sady.

Była to dzielnica Cyganów. Nie lubiano tu obcych, wieczorem można było stąd nie wrócić. Patrole wojskowe, mimo godziny policyjnej i powszechnego zakazu posiadania broni, nawet nie wychodziły tu ze swych pojazdów. Krążyła pogłoska, że z początku „Dziadek” miał do czynienia z mafią wymuszającą haracze. Przez jakiś czas notorycznie ginęły zaparkowane przed knajpą auta bardziej znaczących klientów. W końcu Cyganie unieśli się ambicją i pokazali, że na ich terenie nikt poza nimi nie ma prawa działać, wypłoszyli inkasentów, i więcej podobne nieprzyjemności przybywających „Pod psa” klientów już nie spotykały. To sprawiało, że „Pod psem” czuło się jak na wyspie, izolowanej od lądu żyjącego pod parasolem epidemii i stanu wojennego. Aby zaś Cyganie z przedmieścia pełnili dalej z oddaniem swą rolę, „Dziadek” zatrudnił Marka.

– Co tak ruszasz ustami, modlisz się? – szepnął blondyn, robiąc miejsce w drzwiach.
– Nie kpij tak prostacko.
W prawo była salka, gdzie upijali się miejscowi. Z lewej za barem uwijały się dorabiające do stypendium dziewczyny z Uniwersytetu. Na wprost schodziło się do piwnicy.
– Hej, jak to zima tego roku szybko przyszła.
– Co, śnieg pada? Mówiłem…
– Gówno nie śnieg, pingwiny przylatują, patrzaj se.
Dowcipowi odpowiedziała salwa śmiechu i zaraz paru pijaczków wyszło za nami na wąski korytarzyk.
– Księże plebanie, na dół to do „dziewczynek”.
– Zapraszamy tu, na wódeczkę, mniejszy grzech będzie.
– Duża gorzała, padnięta pała – posypały się rady zatroskanych kibiców.

Ku memu zaskoczeniu znajomy Jana skulił ramiona, pochylił cały do przodu i nie oglądając się za siebie, pospiesznie zniknął w piwnicy. Zdobyłem się na spory wysiłek, by nie stracić go z oczu.

Za kolejnymi drzwiami, już na dole, nie łamano przykazania z tablic Mojżesza. Dziewczynki, nieletnie gimnazjalistki i studentki traciły niewinność polityczną. Panowała tu moda na lekkie alkohole, hasz i trawkę oraz wegetarianizm. Sama dekadencja.

W oparach dymu dostrzegłem blondyna i Marka.
– Witam. Zachowujmy się naturalnie. Coś się stało, że po takim czasie?!
Ścisnąłem Marka za ramię i wskazałem skinieniem głowy w kierunku mego cicerone, gromko go strofując:
– Nie, nie! Posłuchajmy, Renate poruszyła bardzo ciekawą kwestię.

Blisko kominka, przy jednym ze stolików, skupiła na sobie uwagę obecnych, blondyna ostrzyżona „na zapałkę”. Była przyjemnie, po kobiecemu, zaokrąglona i mimo jej niskiego wzrostu, nawet ktoś nieprzychylny nie określiłby tego jako tuszy. Fryzurę i powłóczystą, prostą, tunikę, wzorowaną na mnisiej, wzięła z własnego wyobrażenia wyglądu wykreowanej przez Roidisa papieżycy Joanny. Pseudonim pochodził od imienia jednej z bardziej niezłomnych bojowniczek niemieckiej grupy terrorystycznej, o której ostatnio było głośno.

– A słyszeliście kiedyś o dwóch wolnościach?
– Do czego zmierzasz?
– A tak! Żebyś wiedział, już dawno przed nami ludzie rozgraniczyli dwa pojęcia wolności!
– To są czysto teoretyczne rozważania.
Renate, Anette, Sabine, też wybrały sobie formę gramatyczną! Pytanie, czy są tu teraz wszystkie? Rozejrzałem się.
– Ty, ksiądz. Ciekawe, chyba jeden z naszych? – doszedł gdzieś z boku czyjś szept.
– Jasne! Cały czas jesteśmy pod ich opieką.
– Dwie antynomiczne wolności. W systemie zwanym totalitarnym robotnik, niezasłużony politycznie nie wyjedzie za granicę. Nie dadzą mu paszportu immunologicznego! Nie ma wolności, zgoda. Ale w tak zwanej demokracji opartej nie na ideach, a na gospodarce rynkowej, robotnik też nie wyjedzie. Nie stać go na opłatę paszportową, ani na osobiste zabezpieczenia epidemiczne. Za pierwszym razem wolność ogranicza przynależność do grupy politycznej, za drugim – finansowej. Tam – zasługi i powiązania rodzinne, tu – pieniądz. Z punktu widzenia braku wolności, robotnikowi jest jednak wszystko jedno, dlaczego uwięziono go w jego kraju!
– Renate, wiemy, że idea walki z reżimem to utopia. Pojęcie wolności wysnuli intelektualiści, bo trzeba było się o coś spierać. To lep na robotnika, gdy go potrzebujesz, by wywalczył ci władzę. Do tego więcej wolności dla jednego człowieka, oznacza ograniczenie wolności kogoś drugiego…

Poczułem umówiony uścisk pod łokciem, jednocześnie Marek szepnął mi do ucha:
– Wychodzimy, uważaj na mnie.
Spróbowałem jeszcze zwrócić jego uwagę na blondyna, ale bezskutecznie. Szybko wyszliśmy jakimiś bocznymi drzwiami i znaleźliśmy się na powietrzu. Była już właściwie noc. Wyczuwało się świeżość, jaką zwykł dawać tylko mróz.
– Nie mogę słuchać tych wrogich dyskusji. Podżegacze…
– A tamten?
– Nie wiem, zwyczajny. To Łukasz, widuje się go czasem w towarzystwie Jana. Czyżby czymś specjalnie prosił się o uwagę ?
– Nie, nic. Była tu dziś Natalia, w ogóle bywa tu ostatnio?
– Oczywiście, jak zwykle.

Zamilkłem. Od tyłu posesja „Dziadka” przez zapuszczone ogrody graniczyła z maleńkim, starym cmentarzem, od czasu wprowadzenia repartycji na szczepienia preparatem na nowe mutacje, znowu użytkowanym. Gdy doszliśmy do przerwy w otaczającym go murze i stanęliśmy przed przerdzewiałą, wiszącą tylko na jednym zawiasie furtką, Marek wyjął z zanadrza świecę i zapałki.
– Przepraszam, ja tylko na chwilę – spróbował tłumaczyć. Przerwałem mu, unosząc i pchając opadłe drzwi.
– Przejdę się też.
Donośnie zaskrzypiało nieoliwione żelastwo. Nogi grzęzły to w nierównym żużlu, to w gliniastym błocie i kałużach. Wiedziałem, dokąd idziemy. Byłem świadomy tego celu, odkąd tylko, tam przed sklepem pomyślałem o Marku. Nie sposób było uniknąć właśnie dziś tego miejsca. To był obowiązkowy punkt rozkładu dnia, który trzeba „zaliczyć”, aby życie mogło iść utartym torem, zgodnie z resztą punktów tego rozkładu. Gdyby ominąć ten jeden, straciłyby sens wszystkie inne, i te poprzedzające, i te następne. Czy zawaliłby się wtedy cały świat?
– Zobacz!
Część skromnej tabliczki z nazwiskiem, nad jedną ze ściśniętych w zlewający się w kupę szereg mogił z żółtego piasku, przysłaniał bukiecik polnych kwiatów w kubeczku. Pochyliłem się, by odczytać dobrze mi znany napis.
– Więc to dziś.
– Tak, która to rocznica? – czy dwaj mężczyźni mogą zadawać bardziej banalne pytania nad grobem kobiety, której wspomnienie zabiera im co roku, obu o jednej porze spokój?
– Anna…

Marek postawił świecę. Popatrzyłem jeszcze raz na kubek z kwiatami. Wydał się mi znajomy. Ależ tak, to na pewno kubek z plebanii. Ten kształt i wzór, te kubki robiono jeszcze na zamówienie dla klasztoru.

Wokół była ciemna noc. Przyłożyłem zapałkę do świecy. W ciemności drgał maleńki płomyk.

Druga część (zakończenie) jutro


Opowiadanie zostało wyróżnione w 11 konkursie literackim “Fantazje zielonogórskie” organizowanym przez AdAstra w 2021 r., pod tytułem “Nędzne nadzieje” w nieco okrojonej formie.

9-Euro-Ticket. Szczecin. Znowu.

Krystyna Koziewicz

Tym razem we dwie, wczesnym rankiem wybrałyśmy się do Szczecina, by zdążyć jeszcze przed rozgrzaną patelnią pozałatwiać sprawy, te prywatne i społeczne. A upał i tak nas zastał w centrum miasta, nie bardzo było się gdzie schować, szukałyśmy cienia, a w Szczecinie drzew jak na lekarstwo. Zresztą w całej Polsce stosunek do drzew, jest taki sam, jak do rzeki Odry. Człowiek uzurpował sobie prawo do dominowania nad Matką Naturą i teraz mamy to, na co sobie sami zasłużyliśmy. Sporo myśli kłębi się człowiekowi po głowie, żyjemy w czasach totalnego chaosu, codziennie konfrontowani jesteśmy z szokującymi zdarzeniami, jakie rozgrywają się na naszych oczach. Strach się bać!

Wrócę do tematu, czyli celu podróży, do Szczecina. Otóż, poza sprawami prywatnymi, jak zakupy produktów spożywczych, prasy, książki i zwykłego szwendania się po mieście, zamierzałyśmy zareklamować w szczecińskich obiektach kulturalnych projekt Irena Bobowska – zapomniana bohaterka. Chodziło nam o to, ażeby polskie instytucje przygraniczne nieco więcej dowiedziały się o życiu Polaków i Polonii w Berlinie, także o tym, co robimy dla zachowania pamięci historycznej, kulturowej. Wprawdzie po obu stronach Odry i Wisły działają liczne Partnerstwa Miast, np. Berlin ze Szczecinem, Opole z Poczdamem, czy Warszawa z Berlinem, to ostatnio zauważa się zmniejszenie dynamiki regularnych spotkań. Jeszcze do niedawna współpraca była dość widoczna i odczuwalna, tak było np. w przypadku Stowarzyszenia Städtepartner Stettin e.V. (Partnerstwo miast Szczecina z podwójną dzielnicą Berlina Friedrichshain-Kreuzberg). Od jakiegoś czasu, kiedy stery władzy przejęło młode pokolenie (całkiem słusznie i poprawnie politycznie), zmienił się nie tylko profil działalności, ale też stosunek do aktywnych członków. Starzy, doświadczeni działacze zostali odstawieni na boczny tor, nie ma dla nich miejsca, nie ma czasu na wspólne spotkania, które pełniły rolę integrującą, ale przede wszystkim – poznawczą.

Teraz słyszmy, że coś się gdzieś dzieje, ale odbieramy to jako aktywności w zamkniętym kole wzajemnej adoracji. My, dawni, starzy członkowie stowarzyszenia na własna rękę pielęgnujemy kontakty, bo tego pragną i oczekują obie strony. Na wydarzenia polonijne prezes Polskiej Rady w dalszym ciągu zaprasza delegację ze Szczecina, a więc nie zaniechano dotychczasowych kontaktów, dbają o to zwykli członkowie. Ale niestety nie Zarząd! My – dwie autorki i redaktorka książki Śladami Muru Berlińskiego pojechałyśmy nie tak dawno do Szczecina (TU Ela Kargol pisała o tej wycieczce z biletem za 9 euro). Prezentowałyśmy naszą publikację w Książnicy Pomorskiej. Współpraca trwa w nadziei, że powróci normalność!


W niedługim czasie zrealizowany zostanie (patrz TU) projekt Irena Bobowska – zapomniana bohaterka. To właśnie z tego względu razem z Ewą wybrałyśmy się do Szczecina, zabierając ze sobą ośmiostronicową ulotkę – by w ramach współpracy przygranicznej rozpowszechnić historie prawdziwe i zapomniane.

Taki był nasz cel podróży w ramach podróży z 9 Euro. Zadanie wykonano z nawiązką. Wszyscy nasi adresaci cieszyli się, że Partnerstwo Miast Szczecin-Berlin jeszcze nie zginęło!

A propos podróży. Otóż minęła nam dość spokojnie, dwie przesiadki na trasie z Berlina do Szczecina, z powrotem tylko jedna, ale o wydłużonym czasie. O miejsce siedzące w pociągu trzeba walczyć, zdarzają się chamskie zachowania, za to częściej bywają przyjemne chwile, kiedy młoda Polka ustąpi miejsca starszym paniom lub kiedy Niemka poczęstuje cukierkiem o smaku rabarbaru. Mniamm… W restauracji w menu nie ma już ruskich pierogów, tylko ukraińskie. Ceny trochę dziwne, pierogi kosztują 22 złote, a schabowy z ziemniakami i kapustą 25 złotych. Piwo podaje się ciepłe, w kawie mrożonej natknąć się można na martwą osę, która odżyła po wyłowieniu z pucharu.

Chciałyśmy zerknąć na Odrę, ale w okolicy dworca kolejowego remonty drogowe.
Rzeka Odra spędza nam sen z powiek. Odra zatruta, Odra umiera na naszych oczach. Brak słów!
Znalezione w internecie – aforyzm o rzece:
Gdy wytną ostatnie drzewo i zatrują ostatnią rzekę, wtedy zrozumiemy, że nie da się jeść pieniędzy!