Wiersze z dnia na dzień

Teresa Rudolf

Oczka w pamięci

Coś kiedyś ważnego,
przypomnieć sobie teraz
chciała, ale… no,… jak?

To, jakby mi nagle
oczka z tej pamięci
uciekały, myślała.

Tak, jakby w swetrze
lub cienkiej pończosze,
dość różnie, zależy…

I raz na kolorowo,
raz na szaro, ooo…
znów, oczko puściło.

Dziwiła się dość tym
odkryciem, dziwiła, 
i sobie przypomniała,

…a, już mam, 
już mam!
– kiedyś byłam 
szczęśliwa –

A gdzie twoja wdzięczność

Szukała pracowicie
w głowie, w sercu,
za co mogłaby Życiu
naprawdę dziękować.

Czuła to wiercenie, 
to okrutne borowanie
w mózgu, jak w zębie, 
głośno, tępo, nachalnie.

Nagła panika dopadła,
jak ostrozębny buldog,
“jestem niewdzięczna,
wdzięczności nie czuję!”

…na kolana wskoczył
piesek mały, czarny,
ułożony teraz wygodnie,
a panika też i na nim;

miękka, coraz cieplejsza
taka instant, rozpuszczalna
we wdzięczności, że ON tu,
jak i ta… cała codzienność.

W mózgu już cicho,
bez tego przesłuchania
o jakąś dziękczynność,  
… pogłaskała swe życie,

i głowę małego,
czarniutkiego psiaka,
z wdzięczności: 
wiedział kiedy wskoczyć 
na kolana. 

O Matko Boska, Królowo Polska

Ewa Maria Slaska

Dziś jedno z jej kilkudziesięciu świąt, jakie się obchodzi – wspomnienie Matki Boskiej, która objawiła się małej Bernadetcie w grocie w Lourdes na południu Francji, w pobliżu granicy z Hiszpanią. Uczyniła to kilkanaście razy pomiędzy 11 lutego a 16 lipca 1858 roku.

Bernadetta była pasterką. Miała wtedy 14 lat. To delikatny wiek. Różności się marzą. Piękna dama w białej sukni, przepasana niebieską szarfą.

Tak naprawdę Matka Boska jest ok, jest w końcu jedną z niewielu kobiet w boskim panteonie starych brodatych facetów. Jest znacznie ważniejsza niż “zwykła” święta. Urodziła Boga. Mogłaby być naszą, kobiecą orędowniczką i patronką. Nie jest. Szkoda. W przeciwieństwie do Ewy, która się sprzeciwiła i Bogu, i mężowi, Maria potulnie się na wszystko zgadzała. Otom ja, służebnica Pańska.

Berthold Furthmeyr (1478-1489), Psałterz z Salzburga

Szkoda też, że polityka tak nią sobie wyciera pyski i łapy. To nie jej wina, ale przez to stała się współcześnie, jak wszyscy i wszystko, materiałem na mema. I nie jest to nawet szarganie świętości, raczej tylko pobłażliwe jej prześmiewanie.

O memach była tu już mowa. Konrad o nich napisał (koniecznie przeczytajcie, są tam bardzo ważne informacje), a ja przez kilka odcinków pokazywałam tu różne ciekawskie memy, Monę Lisę, van Gogha, śniadanie na trawie. Teraz przyszła kolej na nią, Matkę Boską Królową Polski.

Ta była chyba najważniejsza. Matka Boska Tęczochowska, skomponowana przez Elżbietę Podleśną.

Podleśna (ur. 1968) – polska psycholożka, psychoterapeutka, działaczka społeczna oraz aktywistka na rzecz praw człowieka; autorka przeróbki obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej w tęczowej aureoli, za co została zatrzymana przez policję i oskarżona o obrazę uczuć religijnych. Matka Boska w Tęczowej Aureoli została umieszczona w kwietniu 2019 roku w Płocku – był to protest przeciwko kościelnej wystawie z okazji Wielkanocy, w której LGBT i gender przedstawione zostały jako grzechy.

Wikipedia pisze, że 13 stycznia 2021 odbyła się w Płocku rozprawa Elżbiety Podleśnej i dwóch innych aktywistek. 2 marca 2021 roku wszystkie trzy zostały uniewinnione. Sąd uznał, że kobiety nie miały zamiaru nikogo obrazić, a jedynie zwracały uwagę na dyskryminację osób LGBT. Ich protest mieści się, zdaniem sądu, w granicach wolności słowa. Sąd podkreślił, że osoby nieheteronormatywne mają swoje miejsce w Kościele. Sędzia przywołała też listy katolików, którzy pisali, że nie czują się obrażeni przez połączenie wizerunku Matki Boskiej Częstochowskiej i tęczy.

Potem Marta Frey dodała jej do towarzystwa Matkę Boską od Czarnej Parasolki.

Jest Królową Polski i można powiedzieć, że ma pełne ręce roboty. Ciągle jej ktoś coś zawierza. Najdziwaczniejsze było zawierzenie jej w listopadzie 2021 roku zatruwającej środowisko kopalni Turów na granicy polsko-czeskiej. Z kolei 3 lutego 2022 roku marszałka Sejmu RP, Elżbieta Witek podczas pielgrzymki do Częstochowy zawierzyła opiece NMP sejm polski.

Na pociechę powiem, że nadal ostały się przyjemne wizerunki Maryi Królowej Polski. Przed Bożym Narodzeniem dość często przypomina się, że Matka Boska z Dzieciątkiem jest chrześcijańską wersją wizerunku Izydy piastującej Horusa.

Domena publiczna

2 lutego, w święto Matki Boskiej Gromnicznej facebookowicze przypomnieli, że jest to Matka Boska z Wilkami, czyli starożytna bogini, Pani Zwierząt; też o tym TU pisałam kilka lat temu.

A ostatnio znalazłam na Facebooku Matkę Boską, słynną pisarkę 🙂

PS, wiemy oczywiście, że tu chodzi o Boska, a Polską rządzi jego matka.

Czarna owca

Ewelina Jaworska

Z Facebooka, 8.02.2022

Czarna owca i dlaczego nią bywam

Czarna owca, to ktoś w stadzie, kto często tak jakoś lubi, musi, a często nawet niezastanawiając się nad tym dlaczego, czy nawet robiąc to mimochodem eksploruje nowe ścieżki, nowe rozwiązania, robi jakieś dziwne skoki w bok, albo staje i patrzy w martwy punkt, gdy inni biegną gdzieś w owczym pędzie, bo tam dają jedzenie, pieniadze, ciepłą słomę, wodę, bo tam są piękni mężczyźni, kobiety, sława, polityka i blichtr. Czarna owca wykonuje niezrozumiały, rozumiany przez niewielu taniec, którego nawet ona sama nie rozumie, ale wie że tak jakoś jej pasuje i tak ma być… więc robi to… i myśli dlaczego nikt mnie nie lubi, nie rozumie, dlaczego mnie krytykuje, chcę tylko być sobą, jestem czarna więc czarne tak mają…. wtedy inni mówią jesteś głupia, nienormalna, lecz się psychitrycznie, daj nam dobrym białym owcom spokój, daj nam życ, nie zakłócaj spokoju a nawet odpierdol się, mówią, bywa bywa… wtedy odchodzę sobie jeszcze bardziej na bok… ale i to jest bardzo denerwujace dla innych i skłania innych do różnych średnio miłych epitetów, do tego dostaję mnóstwo wspaniałych rad, większość zachęcających mnie do wizyty u specjalisty i fryzjera, który moje czarne kudły chce przefarbować na blond. wtedy sobie myślę czy o to chodzi w życiu, czy jak się przefarbuję na blond, który mi nie pasi, będę lepsza czy inna czy tylko będę mniej widoczna i przez to mniej denerwująca. czy mogę żyć własnym życiem tak jak dyktuje mi mój rozum i serce czy urodziłam się po to aby spełniać wymagania wszystkich białych normalnych owiec. czy ja tak bardzo krzywdzę innych stając na uboczu i wykonując jakieś nawet dziwne ale moje wygibasy, nie uderzając racicami w innych owczych obywateli. dlaczego co poniektórych aż tak to irytuje że tyle energii wydają na to aby mnie krytykować pouczać i sprowadzać do jakichś tam norm, skoro nie jestem osobnikiem niebezpiecznym. wiele pytań i zero odpowiedzi… może ktoś z was wie…

I niektóre komentarze:

Andrzej Jacyszyn

Znowu ktoś mnie podgląda
Lekko skrobie do drzwi
Strasznym okiem cyklopa
Radzi, gromi i drwi!
Mój jest ten kawałek podłogi
Nie mówcie mi więc, co mam robić!
Mój jest ten kawałek podłogi
Nie mówcie mi więc, co mam robić!
Meble już połamałem
Nowy ład zrobić chcę
Tynk ze ścian już zdrapałem
Zamurować czas drzwi!
Mój jest ten kawałek podłogi
Nie mówcie mi więc, co mam robić!
Mój jest ten kawałek podłogi
Nie mówcie mi więc, co mam robić!

Ewelina Jaworska

zamurowali drzwi wejście do biblioteki Don Kichota, wmawiając mu, że zniknęły te drzwi przez czary, ponoć koleś przez książki wariował, tak uznała rodzina wiedząca lepiej, rady już nie dawał…, wyruszył więc w podróż i miał przygody, kobiety, dzbany, rude włosy nocą… hahaha

Ewa Maria

Normalni potrzebują czarnych owiec, każda rodzina potrzebuje, bo one ściągają na siebie pecha i na psa urok, tułają się po świecie, tracą pieniądze i dobre imię, gubią i dają się okradać, można im zabrać wszystko, majątek, dzieci, osiągnięcia, pieniądze i sławę, a porządna rodzina tymczasem może się spokojnie dorabiać. Ostrzegam więc, nigdy przenigdy nie próbujcie ściągnąć czarnej owcy na drogę, jaką idą porządne owce. Jeśli się to uda, pech, który był udziałem czarnej owcy, stanie się udziałem wszystkich. Tak upadają rodziny.

Narty w Japonii ćwierć wieku temu

Lech Milewski

Właśnie zaczęła się Zimowa Olimpiada.
Wspominając historię zimowych olimpiad, zwróciłem uwagę na olimpiadę w Sapporo – 1972 rok.
Czyli 50 lat temu.
A co było pośrodku? Rok 1997 – moja wyprawa do Sapporo na maratony narciarskie. 

Mieszkam w Australii. Po długich wędrówkach do Europy i Ameryki Północnej rozejrzałem się po bliższych okolicach. Japonia wydawała się idealna – prawie ta sama strefa czasowa, tylko 10 godzin lotu, śnieżne zimy. 

Cel wyprawy – Sapporo Maraton – wyścig należący do serii WorldLoppet – KLIK.

Wyprawa na jeden wyścig?
Trochę za mało. 
Google jeszcze nie było, ale udało mi się znaleźć Miyasama Maraton, tydzień po Sapporo. 
To już miało dwie nogi. 

Napisałem list do organizatorów Miyasama Maraton, prosząc o formularz zgłoszeniowy, pytając w jaki sposób zapłacić za uczestnictwo, jak dojechać, jak załatwić noclegi. 

Po kilku tygodniach otrzymałem bardzo ugrzecznione zaproszenie – organizatorzy zapłacą za mnie wpisowe, zafundują bilet powrotny z Sapporo i zapewnią trzydniowy pobyt w hotelu. 

W międzyczasie skontaktowałem się listownie z Kenichi, japońskim narciarzem, poznanym na maratonie we Francji. 
Przeprosił mnie bardzo, że nie może zaoferować mi zakwaterowania u siebie, ale właśnie przenosi się do nowego domu. Ale może zaproponować mi wspólny wyjazd na maraton narciarski w Ohtaki, tam ma domek letniskowy. 

Och taki, owaki – 3 maratony w 8 dni – harakiri. 

Postanowiłem przylecieć do Sapporo cztery dni przed wyścigiem, żeby nieco się oswoić z warunkami i przypomnieć sobie, co to jest zima – w Australii jest w tym czasie lato w pełni. 

Mieszkanie załatwiłem sobie w hostelu młodzieżowym na peryferiach miasta. 

Pierwsze wrażenie po wylądowaniu w Japonii – duuuuużo ludzi. 
Na lotnisku, na ulicy, w pociągu – wszędzie miałem poczucie tłoku, braku przestrzeni. 

Drugie wrażenie – jadąc metrem w stronę hotelu, postanowiłem nawiązać z kimś kontakt. 
Dobrze się składało, bo w wagonie była grupka uczniów w mundurkach szkolnych – na pewno znają trochę angielskiego. 

Uśmiechnąłem się i zrobiłem kilka kroków w ich kierunku. Ku mojemu zaskoczeniu wszyscy rzucili się do ucieczki. Myślałem, że to jakiś żart, ale gdy sytuacja powtórzyła się, uznałem, że widocznie robię coś niewłaściwego i zrezygnowałem. 

Dojechałem metrem do celu, pozostawało jeszcze przesiąść się do autobusu. 
Kłopot w tym, że na przystanku autobusowym wszystkie napisy były po japońsku. 
Mój cel to Miyanomoru, hotel młodzieżowy znajdował się w pobliżu skoczni narciarskiej, na której w 1972 roku Wojciech Fortuna wywalczył 6 miejsce. 
To nie pomyłka, W. Fortuna zdobył złoty medal w Sapporo na dużej skoczni (Okurayama), ale kilka dni wcześniej zdobył 6 miejsce na skoczni normalnej – Miyanomori. 

Niestety cała ta wiedza a nawet kartka, na której dużymi literami napisałem nazwę przystanku docelowego, okazały się nieprzydatne. Liczni podróżni czekający na przystanku na autobus zachowali się dokładnie jak uczniowie w metro – ilekroć wykonałem krok w ich kierunku, wycofywali się trzy kroki do tyłu. 

W tym momencie nadjechał autobus. Podróżni ruszyli do drzwi wejściowych, w środku. Ja podbiegłem do przednich drzwi, żeby spytać kierowcę, czy dowiezie mnie do celu. 
Kierowca zamknął mi drzwi przed nosem i bardzo grzecznie pokazał, że wsiada się drzwiami środkowymi. 
Wsiadłem. 

Tu wyjaśnię, że na mój bagaż składały się – duży plecak, mały plecaczek i torba z nartami. Teraz, z całym tym ładunkiem, musiałem się przepchać do kierowcy i spytać: Miyanomori? 
Odpowiedź była przecząca. Kierowca otworzył mi drzwi. 
Historia powtórzyła się jeszcze dwa razy.
Za trzecim podejściem trafiłem, dojechałem do celu… 

Recepcjonista był przygotowany na mój przyjazd. 
Wybiegł do mnie i na migi wytłumaczył, że buty muszę zostawić na stojaku w sieni, a w hostelu mam używać plastikowych klapek. 

Dałem mu znak, żeby chwilkę poczekał i wyciągnąłem z plecaka porządne, skórzane, góralskie kapcie. Widziałem, że bardzo go to zaskoczyło, ale jak tu argumentować z góralami, z rezygnacją zaprowadził mnie do mojego pokoju. 
Czteroosobowy pokój. 

Pierwsza rzecz, na którą zwróciłem uwagę, to nie było w nim drzwi, w wejściu wisiały plastikowe paski.
Przypomniały mi się rozmówki angielsko-japońskie, w które zaopatrzyłem się przed wyjazdem. 
Otóż wiele słów to były lekkie modyfikacje terminów angielskich: 
– drzwi – door-o,
– prysznic – shower-o,
– lustro – mirror-o.
Czyżby wszystkie te urządzenia były obce Japończykom aż do połowy XX wieku? 

 W środku dwa piętrowe łóżka, a raczej legowiska. Bardzo szerokie. 
Może dwuosobowe – pomyślałem, ale po chwili zorientowałem się, że legowisko pełni rolę łóżka i szafki. Tam rozłożyłem swoje przybory toaletowe, ubrania, itp. 
Zauważyłem, że na sąsiednim legowisku leżał portfel, aparat fotograficzny, zupełna beztroska. 

Nie miałem jednak czasu na rozglądanie się, recepcjonista znacząco zakaszlał i przez współlokatora poinformował mnie, że chce mi jeszcze pokazać toaletę i drogę do jadalni, gdyż za chwilę będzie kolacja. 
Pokazał mi drzwi do toalety. 
Skorzystałem. 
Zdziwiłem się nieco, że recepcjonista nadal czekał na mnie pod drzwiami. 
Za chwilę zrozumiałem… recepcjonista ze wstrętem wskazywał moje kapcie – wszak byłem w nich w toalecie, nie ma mowy żebym ich teraz używał w innych częściach hostelu. 
Dopiero wtedy zauważyłem, że przy drzwiach do toalety był stojak z klapkami.
Poddałem się, założyłem plastikowe, nieco ciasne klapki i od tego czasu żyliśmy w zgodzie. 

Podczas posiłku zawarłem bliższą znajomość z moim współlokatorem – Minoru.
Po pierwsze zapytał, czy mógłby spędzać ze mną więcej czasu w celu nabrania doświadczenia w angielskiej konwersacji.
Po drugie, okazało się, że też przyjechał tu, z Osaki na Sapporo Maraton, a więc okazji do konwersacji będzie sporo.
Po trzecie, bardzo delikatnie zapytał, czy chciałbym towarzyszyć mu podczas lunchu, który on ma zwyczaj spożywać w tanich restauracjach dla studentów.
3 razy TAK.
Wyjaśnił mi również rezerwę, jaką wykazywały osoby, z którymi próbowałem nawiązać konwersację.
Większość z nich zapewne rozumie po angielsku, ale nigdy nie korzystała z niego w praktycznej sytuacji.
Mieli więc obawę, że albo nie zrozumieją mojego pytania, a to byłby duży wstyd, albo, co gorsze, udzielą mi błędnej odpowiedzi, albo ja tę odpowiedź źle zrozumiem – tak czy inaczej oznaczałoby to dla nich bezsenną noc. 

Nastęne trzy dni minęły bajecznie.
Każdej nocy spadało około 10 cm zmrożonego śnieżnego puchu. 
Trasy narciarskie w parku były doskonale przygotowane. 
W centrum Sapporo trwał właśnie Festiwal Śniegu – KLIK
Lunche w studenckich restauracjach były bardzo pożywne – główna pozycja to ramen – KLIK
Posiłki w hostelu były smaczne, towarzystwo sympatyczne. 

W przeddzień maratonu organizatorzy urządzili spotkanie zagranicznych narciarzy… 

Spotkałem tam kilku Australijczyków, którzy zwrócili mi uwagę, że w porywie patriotyzmu przyczepiłem się do nowozelandzkiej flagi.

Wreszcie dzień próby.
Organizatorzy kurtuazyjnie umieścili zagranicznych zawodników na czele stawki – ja to ten w czerwonych spodniach…

Było to dobre, ale tylko do fotografii.
START!
Od początku czuliśmy na karkach dyszenie naładowanych energią zawodników japońskiej kadry. Na szczęście za chwilę trasa wiodła pod górkę i tam nas wyprzedzili.
Przed nami 50 km olimpijskiej trasy.
Wyjaśnię, że maratony, w których uczestniczyłem do tego czasu, rozgrywane były na lokalnych, amatorskich trasach. Po raz pierwszy biegłem na trasie zaprojektowanej dla zawodowców i przyznaję, że zasłużyli na swoje zarobki.

Ohtaki.
Kenichi zawiózł mnie samochodem do swojego domku letniskowego.
Domek był niewielki. Jeden duży pokój na parterze.
Dodatkową atrakcją była łazienka, a raczej głębokie spa. 
W Ohtaki są gorące źródła z leczniczą wodą, która jest dostarczana za darmo do wszystkich domów.
A więc długie moczenie się, a potem syta kolacja.

W Australii, USA i kilku innych krajach, które odwiedziłem, w przeddzień maratonu odbywało się pasta loading – czyli zjedz tyle klusek, ile tylko możesz. 
W nocy zamienią się one w bardzo potrzebną energię.
Podczas spotkania narciarzy w Sapporo, stwierdziłem, że Japończycy preferują tradycyjne, solidne posiłki z przewagą protein – owoce morza.
To samo zaoferował mi Kenichi.

Pora spać.
Kenichi przesunął stół w bok i wyciągnął z szafy maty do spania.
Jestem profesorem geologii wyjaśnił i urządzam w tych okolicach praktyki dla studentów. W tym pokoju czasem nocuje na matach 12 osób.

Rano Kenichi schował maty i nakrył stół do śniadania.
Tym razem zdecydowałem zjeść śniadanie jak narciarz z Australii – owsianka. Kenichi pozostał przy japońskiej diecie.

Ohtaki maraton nie był zbyt ciekawy ani wymagający.
Na pocieszenie każdy zawodnik otrzymał bilet wstępu do miejscowej łaźni.

Gdy zacząłem pakować do plecaczka ręcznik i przybory toaletowe, Kenichi zaprotestował – w łaźni dostaniesz wszystko, czego potrzebujesz.

Rzeczywiście dostałem – ręczniczek o wymiarach 15 cm x 15 cm.
Naśladując miejscowych rozebrałem się do naga, położyłem ręczniczek na głowie i wyszedłem do ośnieżonego ogrodu. Dookoła głęboki śnieg, na szczęście ścieżka dla gości była przykryta plastikowymi matami. Gwiazdy błyskały na czystym niebie, w dali ośnieżone góry.
Widoki zapierały dech…. a może to mroźne powietrze stawało kością w piersiach.

Szybki prysznic i plusk do gorącej wody.

Po długim moczeniu się przyszła pora na końcowe ablucje.
W sali było wiele pryszniców, umieszczonych na wysokości około półtora metra, pod każdym prysznicem był niski stołeczek do siedzenia. Na półce stały butelki z szamponem i płynem do kąpieli.

Po wymyciu się w ruch szedł ręczniczek.
Oczywiście był on za mały żeby się nim do sucha wytrzeć.
Należało się trochę wytrzeć, wyżąć ręczniczek, trochę wytrzeć… i tak w kółko.
W którymś momencie zgubiłem się, czy ja się jeszcze wycieram po kąpieli czy może po spoceniu od wyżymania ręczniczka?

Kolejny dzień – jazda pociągiem do Biei gdzie odbywa się Miyasama Marathon.
Na dworcu w Biei czekał na mnie przedstawiciel organizatorów z tłumaczką – Mitsuko.
Na mój widok nie mogli ukryć rozczarowania.
Starszy, siwy, człowiek z wyraźnymi oznakami przemęczenia (dwa maratony i wyżymanie ręczniczka).
Pojechaliśmy do hotelu – bardzo komfortowy, wyraźnie ukierunkowany na narciarzy zjazdowych.
Mitsuko przedstawiła mi rozkład dnia: śniadanie, samoobsługa, od 7 do 9, lunch, to samo, od 12 do 2, obiado-kolacja – 7 – obługa przyniesie ci do pokoju.
Czy masz jakieś specjalne wymagania lub pytania, tu nikt nie zna angielskiego, więc lepiej jak powiesz teraz.
– Trasy biegowe? Widziałem z samochodu przystanki autobusowe. Jak mogę tam dojechać?
O 10 rano będzie na ciebie czekał autobus i zawiezie cię na trasę. Jak dojedziecie, to napiszesz na śniegu o której kierowca ma cię podebrać.

– Smarowanie nart, pewnie jest tu sala do smarowania.
Mitsuko przetłumaczyła pytanie kierownikowi hotelu, wyraźnie go to zakłopotało.
– Nie, nie ma sali do smarowania. Narciarze zjazdowi tego nie potrzebują. Konkretnie – czego potrzebujesz?
– Stołu z dostępem do gniazdka elektrycznego. Podczas smarowania powstaje masa ostróżyn parafiny, a więc dobrze, żeby pod stołem była jakaś plastikowa płachta, z której można te okruchy strząsnąć do śmieci.
Mitsuko przetłumaczyła, kierownik zapewnił, że stanowisko przygotują przed wieczorem.

Szybko wrzuciłem bagaże do pokoju i pojechałem na trasę biegową. 
Śnieg, trasa i widoki dookoła były bajeczne.
Gdy wróciliśmy do hotelu, zauważyłem jakieś zamieszanie wokół maszyn do gier hazardowych.
Za kilka godzin wyjaśniło się – odłączyli i przesunęli je, aby postawić tam stanowisko smarowania nart.

W pokoju znalazłem bardzo eleganckie kimono i dokładną instrukcję jak rozpoznać i jak się zachować podczas trzęsienia ziemi, które są częste w tej okolicy.

W przeddzień wyścigu odbyła się kolacja dla zawodników zza granicy, którą zaszczycił swą obecnością książę Tomohito, główny sponsor maratonu – KLIK.
Wyznam, że książę wyglądał groźnie, zauważyłem że osoby, które do niego podchodziły, kłaniały się w pas. Książę głównie interesował się niewidomymi narciarzami, których było całkiem sporo.

Wyścig – nie był zbyt emocjonujący.
Ciekawsza była ceremonia zakończenia, na której każdy uczestnik otrzymał nagrodę – kilogram japońskiego ryżu. Najciekawsze było jednak to, że Australijka, Jenny Altermatt, wygrała wyścig w kategorii kobiet, pokonując znacznie od siebie młodsze Japonki.
Nagrodę wręczał książę Tomohito.

Na początku pewna konsternacja – nagrodą był puchar przechodni, czyli zdobywca pucharu musi za rok oddać go organizatorom.
Organizatorzy uznali, że nie mogą tego wymagać od Jenny, w związku z czym miejscowy jubiler już zaczął robić dla niej miniaturę pucharu.
Dodatkowa nagroda dla zwycięzcy to 10 kilogramów japońskiego ryżu.
Nie wspomniano, czy organizatorzy zapłacą za nadbagaż.

P.S.
Kilka miesięcy później otrzymałem list od organizatorów Sapporo Maraton.
Dziękowali za udział, zapraszali na następny rok i informowali, że pozwolili sobie wykorzystać mój wizerunek do promocji swojego wyścigu w roku 1998.

Ja – ten w czerwonych spodniach, tych samych co na starcie.

Chodzenie po mieście: bajki na placu zabaw

Ela Kargol

Nie tylko baśnie braci Grimm

Nie tylko Friedrichshain w Berlinie ma swoją baśniową fontannę. Dwa lata temu, gdy córka zamieszkała przy Köllnische Heide w Berlinie-Neukölln, dowiedziałam się o tej drugiej w parku Schulenburga (Von-der-Schulenburg-Park).
Wspominałam już o niej i o parku pisząc o murze przy Sonnenalle.

Park jako teren zielony jeszcze bez nazwy widniał już na mapach sprzed I wojny światowej. Teren nie nadawał się pod zabudowę z powodu bagnistego i niskiego położenia. Kilka lat po wojnie w latach 20. ubiegłego wieku uzyskał swój dzisiejszy kształt. W centrum znajduje się długi prostokątny zbiornik wodny, o tej porze pełen kaczek i kaczorów oraz karmiących je mimo zakazu dorosłych i dzieci, z alejami platanów po obu dłuższych stronach i baśniową fontanną na południowym końcu. Fontanna wcale nie miała być baśniowa, miała być niemiecka, miała być jak niemiecki las. Autorem secesyjnej fontanny utrzymanej w heimatstilu, bo tak sobie jej pierwotny kształt wyobrażam, o nazwie w podobnym stylu „Symbol des Waldesdomes“ (Symbol Katedry Leśnej) lub „Deutscher Wald“ (Niemiecki Las) był rzeźbiarz Ernst Moritz Geyger. Fontanna była już prawie gotowa w roku 1918. Figury jelenia, łani i jelonka zostały odlane w brązie, Pawilon w kształcie świątyni, w którym umieszczona miała być fontanna powstawał właśnie w pracowni rzeźbiarza. Kiedy lokalizacja fontanny nie była jeszcze ustalona, zmieniła się sytuacja polityczna, cesarz abdykował, spartakusowcy przejęli administrację miasta i proklamowali “Republikę Neukölln”. Jelenie i łanie nie były mile widziane, a do tego jeszcze ta nazwa.

Model wraz z wykonanymi figurami i elementami z wapienia muszlowego przeleżał ponad 15 lat w magazynie przedsiębiorstwa oczyszczania miasta. Aż przyszły czasy, które pozwoliły postawić fontannę, w miejscu, w którym stoi do dzisiaj, choć mało w niej z oryginału Geygera. Swą nazwę zawdzięcza miejscowym nacjonalistom, którzy przy jej otwarciu w roku 1935 zorganizowali propagandowy festyn i polecili uczniom z pobliskich szkół wystąpić w baśniowych kostiumach. Z powodu tego bajkowego święta fontanna została popularnie nazwana “Baśniową Fontanną”, co później zostało oficjalnie przyjęte. Jelenie z brązu zostały w czasie wojny przetopione na armaty.

Pozostałe części uległy zniszczeniu na skutek działania czynników atmosferycznych i wandalizmu. W 1970 roku po raz pierwszy poddano fontannę renowacji, w miejsce figur Geygera zainstalowano dwie baśniowe figury, autorstwa rzeźbiarki Katarzyny Szelinski-Singer. Rzeźba przedstawiająca baśń Braciszek i siostrzyczka, w tórej siostrzyczka obiema rękami obejmuje jelonka, w jakiś sposób nawiązuje do oryginału Geygera. Z drugiej strony w skulonej i dość zrezygnowanej pozie siedzi Kopciuszek i razem z gołębiami próbuje oddzielić soczewicę od popiołu.

W latach 2000/2001 na kolumnach zostały wstawione nowe putta z brązu, wykonane przez artystkę Annę Boguszewskają. Cała fontanna została zdemontowana, a poszczególne jej części odrestaurowane. Nie widziałam jej latem, gdy tryska wodą, z góry i z dołu, ale potrafię sobie wyobrazić. Bez wody też jest piękna, jak zresztą cały park wraz z baśniowym placem zabaw.

Plac zabaw, otwarty w roku 2007, a szczególnie zamek przyciąga dzieciaki starsze i młodsze z okolic i z całego Berlina, znalazł się w pierwszej dziesiątce najciekawszych placów zabaw w mieście.

W tym momencie, przyglądając się drewnianym figurom z baśni braci Grimm i z placu zabaw o tej samej nazwie jestem w kropce. Okazuje się, że nie jestem znawcą wszystkich baśni. Niektóre, oczywiście są znane i lubiane, oglądane, opowiedziane, wysłuchane, przeczytane, ale nie wszystkie.

Zdjęcia oznaczone są od 1 do 25 i przedstawiają grimmowskie postaci. Niektóre występują podwójnie, niektóre są tak oczywiste, że od razu wiadomo, o którą baśń chodzi, a niektórych nie znam, albo nie umiem skojarzyć. A więc zapraszam do wspólnej zabawy: Zgadnij jaka to bajka!!!

Baśnie braci Grimm zostały przetłumaczone na ponad 170 języków. Baśnie okrutne, makabryczne i nie jestem do końca pewna, czy dobro zawsze zwycięża, niestety często kobieta jest osobą na wskroś złą.
Ale wszyscy je znamy, kochamy, opowiadamy dzieciom, wnukom, czasem coś zmieniamy, dodajemy. przemilczamy. Hitem u mojej wnuczki okazała się tzw bajka mieszana. Więc opowiadam o Kopciuszku, który zabłądził w lesie, spotkał wilka, a wilk zaprowadził go do chatki krasnoludków. A tam z nimi niekoniecznie mieszka Królewna Śnieżka. Czasami robię rzecz, której nie powinnam, przy Roszpunce pojawia się Mała syrenka, a przy Śpiącej królewnie Dziewczynka z zapałkami. Ale zawsze jest więcej Grimma niż Andersena.

Bracia Grimm to nie tylko zbieracze bajek, to przede wszystkim twórcy Filologii germańskiej, Niemieckiej gramatyki, Słownika i Historii języka niemieckiego.

Ostatnie 20 lat życia mieszkali i tworzyli w Berlinie.

Gdy jadę pociągiem do Poznania lub wracam do Berlina i siedzę przy oknie po dobrej stronie, spoglądam często na budynek Centrum im. Jakuba i Wilhelma Grimmów (Jacob-und-Wilhelm-Grimm-Zentrum) i obiecuję sobie, że kiedyś na pewno wejdę do tej wspaniałej biblioteki, którą znam tylko ze zdjęć.

Tablica pamiątkowa na domu przy Alte Potsdamer Straße 5 i Brüder-Grimm-Gasse upamiętniają miejsce, w którym Grimmowie mieszkali aż do śmierci w 1863 r. (Jacob) i 1859 r. (Wilhelm). Ich kamienica przy Linkstraße 7 została zniszczona w 1944 roku. Ulica Linkstraße 10 lat po postawieniu Muru Berlińskiego znajdowała się w sektorze radzieckim. Na początku lat 70. ubiegłego wieku, w ramach wymiany terytoriów, obszar pomiędzy Linkstraße i Köthener Straße, na którym znajdowała się trasa metra (linia U2), stał się częścią Berlina Zachodniego. Dzisiaj ulica przebiega inaczej niż za czasów Grimmów. Mała uliczka, nazwana w 1997 roku na ich cześć Brüder-Grimm-Gasse, jest mało uczęszczana i prawie niezauważalna. Spoglądam na dwie szklane wieże i podejrzewam, że to nieświadomy zamysł architektów, ale jakże trafny. Od razu kojarzą mi się z baśnią o Szklanej Górze, dobre i to.

Jest jeszcze jedna ulica Grimmstraße, na Kreuzbergu, nazwana tak dziesięć lat po śmierci braci, większa i bardziej kwitnąca życiem.

Bracia Grimm miejsce swojego ostatniego spoczynku znaleźli na jednym z najpiękniejszych, prawie baśniowych cmentarzy w Berlinie, na Starym Cmentarzu św. Mateusza (Der Alte St.-Matthäus-Kirchhof Berlin), choć nagrobki zwykłe, bez niepotrzebnych zdobień, lecz doniosłe, położone wyżej niż inne na łagodnie opadającym cmentarnym zboczu.

Chętnie dowiem się o innych śladach i upamiętnieniach braci Grimm w Berlinie, jeśli znacie, piszcie. Berlińskie adresy Grimmów można znaleźć w internecie. Ale czy jest więcej grimmowskich ulic, szkół, przedszkoli nazwanych ich imieniem, baśniowych placów zabaw lub innych miejsc?

Panna Banqs

Peony Jo

Panna Banqs, którą niedoinformowani sąsiedzi nazywali po prostu Panią Banqs, uchyliła okno mało przytulnej kuchni, wychodzącej na północ, by wypuścić zapach gotującej się zupy. Nie była w stanie pojąć, jakim sposobem zupa tak dobrze smakuje, wydzielając fumy zbliżone do odoru. Prawie jak te japońskie ryby, czy ser, którego nie można wnosić do zamkniętych pomieszczeń, kto zresztą chodziłby z serem pod pachą, pomyślała ze zniecierpliwieniem, jakby ludzie nie mieli lepszych sposobów na wywołanie śmieszności. Panna Banqs śmieszności bała się najbardziej, bo pomniejszała ona to pieczołowicie polerowane przekonanie, iż jest osobą w dobrym rodzaju i na tyle ładną, na ile pozwoliły geny ojca ślusarza i matki recepcjonistki oraz systematyczne polewanie się zimną wodą, na czczo, w poniedziałki.

Obok stołu, obok którego stała właśnie Panna Banqs, wylegiwały się stosy czasopism, otrzymanych po przeczytaniu od Lucy Paw, stosy nie całkiem świeżych nowości, które w jej przekonaniu wcale nie straciły na atrakcyjności. Czyż to nie miłe przekonać się po pięciu długich latach i zimach, że aktorka X i aktor Z tak bardzo mylili się co do trwałości ich wzajemnej miłości? Czy nie jest pocieszające, że Rzym nadal stoi, a diety odchudzające mają coraz piękniejsze nazwy – porównując z tymi sprzed pięciu lat, oczywiście? Jakby od samego kontemplowania zawiłości ich nomenklatury (tak, znała takie cudzoziemskie słowo i całkiem od dawna), zatem jakby od samego czytania tych nie najnowszych już czasopism udawało się cofnąć machinę dziejów, do czasów, gdy Y jeszcze żył, a BC kupował dom na Sycylii. To wszystko było dla Panny Banqs niezwykle fascynujące, to wszystko co działo się teraz i wczoraj, sto lat temu i za dekadę, równocześnie.

Sama już dawno straciła poczucie czasu, nie przypominały jej o tym ani rosnące, a w tym przypadku nierosnące, bo nieistniejące, dzieci, ani zmarszczki, których raz, że nie widziała, dwa, że widzieć nie chciała, a trzy, i tak było już raczej wszystko jedno. Była kobietą w wieku dojrzałym. I o ile ten przymiotnik w innym kontekście dodawał rumieńców owocom, szlachetności winu i mądrości uczonym w piśmie, jej ciążył nieco, jak przeładowana torebka, której nie ma jak opróżnić, bo gdzieś te wszystkie sekrety trzeba trzymać i nosić, dopóki śmierć nas nie rozłączy.

Gdyby tylko w jakiś sposób mogła, dałaby wiele, by wymknąć się kategoriom czasu i powinności. Nie zdążyła być porządnie dziewczynką, aż tu się nagle okazało, że ustępują jej miejsca w tramwaju, o ile wybrała się do miasteczka, które w sumie wolała omijać. Życie jej toczył wonny uwiąd marzeń i chroniczne przeterminowanie pragnień. Jej jedynym życzeniem było nie mieć zgagi i odeprzeć zawczasu rwę, plisującą jej chód w zwichrowane zygzaki. Życie nie było złe, było tylko inne, od tego wszystkiego czego naczytała się siedząc w kucki na brzegu schodów. Było niepotrzebnie większe i bardziej skomplikowane, niż ktokolwiek, w jej mniemaniu, potrzebował. Straszne jak książka telefoniczna, przerażająca już samą objętością stron, z numerami ludzi, których nie znała i nigdy nie zamierzała poznać, a także firm, których istnienia można sobie było darować. No ale wiadomo, nie samą myślą żyje człowiek, choć ona była temu bardzo bliska.

Jedzenie ją nużyło, a gotowanie jeszcze bardziej. Tym niemniej raz w tygodniu otwierała zakurzoną książkę kucharską na chybił trafił i palcem, który nigdy nie zaznał manikiuru strzelała w przypadkowo wybrany przepis, by go z całą pieczołowitością zrealizować. W sumie dla nikogo. Ugotowane, dopieszczone, uformowane i obwąchane wystawiała toto w cynowej misce na rogu ogródka, wierząc, iż wcześniej czy później, a na pewno wcześniej, znajdzie amatora. Nigdy nie dowiedziała się, w czyje ciało przemieniły się wytwory jej kulinarnej staranności.

Poza konkursem gotowania dla nikogo raz tygodniowo, Panna Banqs pielęgnowała wiele innych równie nieprzydatnych społecznie zainteresowań jak choćby: naśladowanie odgłosów godowych ptaków podczas czesania, układanie marchewek w lodówce zgodnie z ich rosnącą średnicą, i zużywanie ich od najgrubszej do najcieńszej, bo wiadomo, że młodzi się muszą przywilejów naczekać i cierpliwości nauczyć. Równie chętnie ogryzała okrągłe ciasteczka w rytmie “Walca Kwiatów” Czajkowskiego i karmiła ptaki malinami (w sezonie), czyli ogólnie mówiąc była w kategoriach lokalnie przyjętych, stuknięta.

To stuknięcie tak dobrze jej wychodziło, że czasem udawało jej się wyglądać na znormalizowaną jednostkę w zunifikowanym społeczeństwie. Zakładała but prawy na prawą stopę, but lewy na lewą, pilnując by obydwa były takiego samego, jeśli nie fasonu, to przynajmniej koloru. Dopinała płaszcz, by nie wyglądać jak wszędzie przeklinany uchodźca, a tuż przed wyjściem z domu zakładała też bardzo uprzejmy uśmiech, ten z kategorii, niczego o mnie nie wiecie, i bardzo by mi było z tego powodu przykro, gdyby nie fakt, iż nie jest. W okolicznościach zewnętrznych była więc bardzo przeciętną kobietą, w znacząco niemodnym żakiecie, na niezbyt długim spacerze, na który najchętniej wcale by nie wyszła, gdyby nie obawa, iż jej przedłużająca się nieobecność w ulicznym rankingu dziwaków mogłaby spowodować niespodziewane odwiedziny, wizytę kontrolną, ujmując to słowami mechaników i egzaminatorów, najazd, którego nie życzyła sobie najbardziej na świecie, więc wolała już wyjść, niż dać komukolwiek wejść.

Z tym niewchodzeniem to zresztą całkowicie śmieszna sprawa, zabawna patrząc z punktu widzenia nieboszczyka, ku któremu to celowi zmierzała nie tylko Panna Banqs. Otóż, w dniach swojej pierwszej (z trzech kolejnych) młodości, we własnej optyce była Panna Banqs osobą niezwykle obytą i światową. Zakładała zwiewne i szykowne sukienki na popołudniowe herbatki tu i tam, uśmiechała się zalotnie, acz nieprowokująco, poruszała się z gracją i umiała okręcić sobie mężczyzn wokół małego palca, bo tak sobie właśnie imaginowała życie amantki, którą wprawdzie zapomniała być, ale już samo wyobrażenie, bez konieczności prasowania garderoby, całkowicie ją satysfakcjonowało. Podobnie jak podlewanie róż, których nie hodowała i karmienie beżowych, jedwabistych w dotyku lam w ogrodzie, których nie miała. Uznała to za niezwykle fascynujące, jak małym kosztem i niskim nakładem energii można przeżyć życie jak z żurnala. Nawet, gdy miasteczko swoim dezaprobującym pomrukiem na to nie pozwala.

Lucy Wielka Mistrzyni 6

Tibor Jagielski

Lucy i wiedza  

– Kto chce posiadać wiedzę – powiedziała Lucy pewnego słonecznego poranka do swoich uczennic i uczniów – musi także każdego dnia uczyć się,  jak tę wiedzę stracić.
– Dzięki temu, że tracimy – kontynuowała Lucy – przestajemy chcieć. W ten sposób osiągamy stan równowagi, nie miotamy się jak sępy i nie organizujemy jak mrówki w obliczu trupa, który nazywamy rzeczywistością.
– Zmuszeni do czegokolwiek, stajemy się bezwolni i bezsilni.

Lucy i istnienie  

– Z życia wynika śmierć – powiedziała Lucy – a trzynaście przyczyn trzyma nas  przy istnieniu, a trzynaście przyczyn powoduje nasze odejście. –  Ale  jak to się dzieje i dlaczego wszelkie bronie bitnych armii i dzielnych rycerzy są tutaj bezsilne? – rzuciła pytanie Wielka Mistrzyni.
– Bo niewzruszonych praw kosmosu nic i nikt nie jest w stanie zmienić.

Lucy i śmierć 

– Śmierć jest początkiem życia – powiedziała Lucy wskazując na baraszkujące w stawie kaczki.
– To co kochamy jest tajemnicą życia, a to czego nienawidzimy jest tajemnicą śmierci,
 i nie tylko moje ptactwo wie, że wszystko można o pupę rozstrzsakać
 a ostatecznie o wszystkim zapomnieć – roześmiała się wielka mistrzyni.

***

Lato w Malużynie

Cześć Ewo Mario, Koleżanko Pielgrzymko stale w Drodze,
napisałem fragment wspomnień z dzieciństwa, gdy wyjeżdżaliśmy wszyscy na wieś, do Malużyna. Na dwa miesiące. To blisko Ciechanowa (27 km). Rodzice bywali tam oboje, ale też często jedno musiało pracować, bo były problemy z urlopem, a my dzieci stawaliśmy się na lato dziećmi bardzo wiejskimi. Te czasy wspominam bardzo dobrze, rzeka Wkra i Malużyn to cząstka mojego serca. Tak się złożyło że wspomniane w wierszu trzy panny Kinówny zamieszkały w Berlinie Zachodnim. Może przeczytają teraz ten wiersz.

Mietek

A ja odpowiedziałam: A może wyślemy im linka.
_________________________________

Mieczysław Węglewicz

Dym jeszcze spał w kominie
i rosa na szybach
a my o szarej godzinie
już w lesie na grzybach
jak mówił młody Wilczek
Stasiek – syn Krystyny
,,w brzeziny na kozaki,
na prawe w dębiny”
a jeszcze kurki, pociechy,
maślaki i kanie
z pełnymi koszami szliśmy na śniadanie.

Tata czekał nas w domu
,,ho ho, piękne grzyby”
chwalił
i po śniadaniu
szedł z nami na ryby.
Wędki bambusowe, przelotki, spławiki
i najcenniejsze
te małe, złocone haczyki.
Na nich ziarnka pszenicy wczoraj gotowanej
a czasem ciasto z chleba
z żółtkiem zagniatane
ale chyba najczęściej brały na robaka
kiełbiki i uklejki
albo płotka jaka
choć Tacie się zdarzyło
że złowił szczupaka
Chodziliśmy się kąpać
drogą w dół ,,do młyna”
wypatrując chciwie śliczne młynarzówny
córki pana Kina
trzy panny Kinówny

Jeszcze mgły nad łąkami
Ledwo wstało słońce
a już szliśmy na ryby
po księżowskiej łące
W mgle pasł się koń plebana
A my, zjawy w szkodę
bo w trawie się
zbierało
pieczareczki młode
Koń nas dobrze rozumiał
i łąkę nawoził
a proboszcz niezupełnie,
bo piekłem nam groził…

Einstein

Tydzień temu zaprezentowałam Wam, kochanx Czytelnix, żarcik Konrada na temat berlińskiej zapowiedzi, że na stację wjechało metro i można wsiadać. Słychać wtedy cichy głos z głośnika, który mówi Einsteigen, bitte, proszę wsiadać. Ponieważ głos nie jest zbyt donośny, a na pewno, jak to w Berlinie, dykcja osoby mówiącej pozostawia co nieco do życzenia, cudzoziemcy i dzieci często słyszą tę zapowiedź jako “Einstein bitte”.

Oczywiście, “Einstein jaki jest, każdy wie”, ale pomyślałam, że może jednak napiszę tu o nim parę słów.

Gdy wpisuję słowa do wyszukiwarki – Einstein, Berlin – znajduję dziesiątki wpisów o kawiarniach z sieci Einstein. Trzeba dodać imię Albert, żeby Google przypomniał sobie, że był kiedyś taki człowiek, który mieszkał tu przez 19 lat, od 1914 do 1933 roku. Trochę to dziwne, bo jednak jest w Berlinie Nabrzeże Einsteina, są Podwórka Einsteina, jest jego dom z tablicą pamiątkową i, ale to już poza Berlinem, w miejscowości zwanej Caputh, letni dom.

Einstein! Był ulubioną postacią w przedwojennym Berlinie, gdzie cieszył się zarówno sławą geniusza, jak i profesora dziwaka. Chodził potargany, grał chętnie ale fatalnie na skrzypcach, witał gości na bosaka. Tak właśnie zwykły człowiek wyobraża sobie szalonego profesora.

Albert Einstein w biurze na Uniwersytecie w Berlinie. Public domain image.

Urodził się w Niemczech 14 marca 1879 roku, umarł 18 kwietnia 1955 roku w USA. Studiował w Zurychu. W roku 1905 opublikował pierwszą wersję Teorię względności. Do Berlina przyjechał w 1914 roku na zaproszenie Maxa Plancka. Pracował w Akademii Nauk i na Uniwersytecie Berlińskim, był kierownikiem Instytutu Fizyki. Dzięki obserwacjom, jakich dokonał podczas całkowitego zaćmienia słońca w roku 1919, uzupełnił i rozszerzył Teorię względności. Był już w tym momencie największą światową sławą, nie tylko w zakresie nauk ścisłych. Był sławą jako on sam, Albert Einstein. W roku 1921 otrzymał nagrodę Nobla.

Był słynnym kobieciarzem, jego obie żony bardzo cierpiały z tego powodu. Z pierwszą żoną, Milewą miał troje dzieci, dwóch synów i córkę, która albo umarła, albo została oddana do adopcji, w każdym razie jej ślad zaginął. Wkrótce po przyjeździe do Berlina zaczął romans ze swoją kuzynką, Elsą Löwenstahl. Milewa zabrała dzieci i wróciła do Szwajcarii. Po rozwodzie Einstein ożenił się z Elsą i zamieszkał u jej rodziców na Schönebergu.

Gdy w latach 30. NSDAP coraz stawała się coraz groźniejsza, Einstein coraz częściej wyjeżdżał z wykładami do USA. W roku 1933, po przejęciu władzy przez Hitlera, nie wrócił do Europy. Pracował w Institute for Advanced Study w Princetonie, w stanie New Jersey, gdzie mieszkał z rodziną aż do śmierci.

W Berlinie upamiętniony został nader skromnie – na Haberlandstraße 5 umieszczono porcelanową tablicę pamiątkową (to taka berlińska specjalność te białe tablice), jest też nazwany jego imieniem mały park na Prenzlauerbergu.

O Pomniku przedstawiającym starego młodego Einsteina, rzeźbiarka, Anna Franziska Schwarzbach napisała wiersz:

Albert & Einstein auf einem Sockel?

Am Anfang war ein Stein,
eine Straße
und ein Wunsch
Einstein aus einem Stein

nein:
hieße: Einstein ›Steißbein‹ was dann?

I. Idee:
Einstein zwischen zwei Steinen
(relativ einfältiger Einfall)

II. Idee:
Einstein mit Einstein: aber wie?
(relativ guter Einfall)

III. Idee:
Albert & Einstein
(guter Einfall von Butzmann)
Wie aber steht Albert zu Einstein?
steht er neben ihm
steht er hinter ihm

Wiersz gra ze słowem Einstein, które po niemiecku znaczy kamień, jeden kamień. Może Tibor go przetłumaczy. Ja nawet nie próbuję.

***
W Caputh nad jeziorem Templińskim, 6 kilometrów na południe od Poczdamu, nie na Waldstraße 7 można obejrzeć dom letni Einsteina. W zamyśle miał to być dar miasta Berlina dla wielkiego naukowca, ale proces obdarowywania był tak skomplikowany i ciągnął się tak długo, że Einstein po prostu sam sobie kupił działkę i zatrudnił architekta (Konrad Wachsmann), który mu wybudował dom. Po wyjeździe Einsteinów do USA dom zmieniał właścicieli, służył jako szkoła żydowska, był siedzibą Wehrmachtu i przez wiele lat budynkiem mieszkalnym. Od roku 2006 dom można zwiedzać, trzeba jednak ostrzec potencjalnych zwiedzających, że już za życia Einsteina dom był urządzony w prawdziwie spartańskim stylu, a i dziś wydaje się dość skromny.

***

W Poczdamie znajduje się Albert Einstein Science Park z ekspresjonistyczną wieżą – Einsteinturm – w której mieści się obserwatorium astrofizyczne, zaprojektowane przez wybitnego architekta, Ericha Mendelsohna. Wieża została wzniesiona dla Einsteina – uczony7 prowadził tutaj badania spektrum światła słonecznego, których celem było potwierdzenie teorii względności.
Park Naukowy, dziś nazwany imieniem Alberta Einsteina,jest jednak starszy i został utworzony w połowie XIX wieku na tzw. Wzgórzu Telegraficznym (Telegrafenberg). Wg planów architekta Paula Emanuela Spiekera urządzono tu park angielski i wzniesiono obserwatoria astronomiczne, meteorologiczne i geodezyjne, stanowiące część Instytutu Astrofizyki. Dziś w budynkach w parku mieszczą się siedziby Niemieckiego Centrum Badań Geodezyjnych, Instytut Badań Polarnych i Morskich oraz Instytut Badań Następstw Klimatycznych. Najsłynniejszym budynkiem w parku jest tzw. Großer Refraktor z roku 1899, wyposażony w podwójny teleskop. Od roku 2006 refraktor jest znowu w użyciu.

Einsteinturm

My

Teresa Rudolf

Wpis numer 3333

A człowiek, człowiekowi …

W powietrzu drży 
niepokój oczekiwania,
jak lekki wiaterek.

W powietrzu drży
drażliwość człowieka,
przeciw człowiekowi.

W powietrzu drży
pogarda przeczarna
do własnego życia.

W powietrzu drży
złudzenie jak bańka,
nadzieją mydlana.

W powietrzu drży
strach przed losem,
z obliczem Barba-Papy,

ciągle jak on zmiennym,
bawiącym się światem
wesolutko, z chichotem,

rozwalającym całe życie
kontynentów, narodów,
poszczególnych ludzi.

I coraz, coraz częściej
krzywdząc stadne wilki, 
powiadamy:

“człowiek, 
człowiekowi
wilkiem”…

…zamiast: “człowiek,
człowiekowi Covidem”…

Cztery pory roku

W swej Wiośnie
przychodzisz na świat,
zieleniący się tobą…

Pełnią swych pączków
cieszysz oczy ludzkie,
twym kwileniem uszy.

Twoje Lato wybucha
w tobie, nieobliczalnym
pięknem dojrzewania.

Zakwitniesz, zaowocujesz
może, zostaniesz, albo
z wiatrem daleko odlecisz?

A w Jesieni,
całością swej dojrzałości,
cieszysz świat własnym, pięknym kolorytem.

Lecz opadają też i twe liście, 
rozwiewane bardzo smutnym 
wiatrem twego przemijania. 

W Zimie kurczysz się boląc
w sobie, jakoś tak marszczysz 
z zimna lub częstej samotności.

I  kiedyś już odchodzisz,  
w białym, czystym śniegu,
żalu, miłości, smutku po tobie,

lub tylko w brunatnej ziemi,
zasypującej już na zawsze
pamięć, że kiedyś się tu było…

…  a zależy, jaką,
przyrodą byliśmy…