Kupmy Bayraktara Ukrainie!

Kupmy Ukraińcom Bayraktara!

🇺🇦 Українська версія – BELOW

🇬🇧 English version – LINK

Sławomir Sierakowski Zweryfikowany przelewem i dowodem osobistym

Wczoraj, gdy ja wpłacałam na konto i wstawiałam ten wpis wpłynęło już 6 892 316 zł 

z 22 500 000 zł, jakie inicjatorzuy chcą zebrać, czyli 30%.

Zostało 21 dni do końca (dziś już 20).

Było 62429 wspierających.

Zrzutka została udostępniona 74 640 razy.

Tu można wpłacić

https://zrzutka.pl/na-polskiego-bayraktara-dla-armii-ukrainy

Opis zrzutki

Kupmy Ukraińcom Bayraktara!

Litwini zebrali środki błyskawicznie i firma produkująca Bayraktary postanowiła przekazać drona za darmo Ukrainie, a zebrane pieniądze przeznaczyć na pomoc ludności. Później to samo stało się z kolejną zbiórką na trzy Bayraktary! Czas na nas. Pamiętacie Buczę, Irpień, Mariupol? Weźmy udział w tej walce. Kupmy polskiego Bayraktara. 

Suma jest wyjątkowo ambitna, ale zrzutka idzie doskonale! Jeśli zbierzemy mniej, przekażemy wszystko na fundusz Sił Zbrojnych Ukrainy w Narodowym Banku Ukrainy. To samo zrobimy z nadwyżką. Działamy!

Love, S 

Jeśli chcesz wesprzeć akcję, możesz równocześnie wziąć udział w konkursach i licytacjach organizowanych na grupie na Facebooku Zrzutka.Licytacje pod #goBayraktar lub na Allegro. Listę aktualnych konkursów i licytacji znajdziesz w aktualnościach zrzutki. Możesz także wystawić własne aukcje w tych kanałach, aby dochód z nich zasilił zrzutkę! Dołącz do nas!

_________________________________

Придбаймо українцям Байрактар!

Придбаймо для українців Байрактар!

Литовці зібрали кошти миттєво, і фірма, що виготовляє Байрактари, вирішила віддати безпілотник Україні безкоштовно, а зібрані гроші перерахувати на допомогу населенню. Пізніше так само відбулося і з наступним збором коштів на три Байрактари! Тепер наша черга.

Пам’ятаєте Бучу, Ірпінь, Маріуполь? Візьмімо участь у цій боротьбі. Придбаймо польський Байрактар.

Потрібна велика сума, але збір коштів проходить чудово! Якщо ми зберемо менше, то все перерахуємо для ЗСУ через Національний банк України. Так само зробимо з різницею коштів, якщо зберемо більше. Діймо!

З любов’ю, С

_________________________________

Let’s buy Bayraktar for Ukrainians!

The Lithuanians immediately raised money. The Bayraktar-making company decided to give the drone for free to Ukraine. What about money? All the gathered funds were donated to help people.

Later the same thing happened with the next fundraising for three Bayraktars! Now is our turn. Do you remember Bucha, Irpin, Mariupol? Let’s take part in the battle. Let’s buy the Polish Bayraktar!

The amount of funds is tremendous, but fundraising is going perfectly. If we collect less, we will transfer everything to the account of the Armed Forces of Ukraine to the National Bank of Ukraine. We’ll do the same if we’ll raise more money. Let’s do it together!

With love, S.


A może Bayraktar to Barataria?

9-Euro-Ticket (4)

Ewa Maria Slaska

Minął miesiąc od wprowadzenia biletu za 9 euro w niemieckiej komunikacji lokalnej i regionalnej. Jak dotąd, tak mi się przynajmniej wydaje, ocena tej innowacji jest raczej pozytywna. Nie spełniły się najczarniejsze wizje z mediów społecznościowych, zapowiadających tłumy w pociągach i autobusach. Podobno jeden z systemów badających natężenie ruchu kołowego na drogach w Niemczech odnotował spadek ilości samochodów o ok. jedną trzecią. Podobno wszyscy Polacy, którzy skomentowali tę wzmiankę, jednomyślnie wydali opinię, że to nieprawda. Podobno ktoś rozważał wprowadzenie jeszcze tańszych biletów, tzw. biletów za jedno euro. Podobno…

“Klimatyczna podróż”

W ostatni piątek, 1 lipca, pojechaliśmy z Konradem do Szczecina, ponieważ Konrad musiał przedłużyć ważność tzw. EKUZ, czyli międzynarodowej karty ubezpieczenia zdrowotnego. Trzeba to było robić w piątek, bo w poniedziałek trzeba ją było przedłożyć u lekarza.

Najpierw jednak chcieliśmy odebrać “leki z apteki”. Mieliśmy przyjść o 9.30, pociąg odjeżdżał o 11.30. Masa czasu. Byliśmy w aptece już o 9.15. Leków nie było. Nie szkodzi, powiedzieliśmy, poczekamy. Usiedliśmy i zaczęliśmy czekać. I czekać. I czekać. Wetknęliśmy nosy w komórki. O 9.45 dostaliśmy po kubeczku wody. O 10.00 aptekarz powiedział, że nie wie, co się dzieje. O 10.05 jego koleżanka powiedziała, że zadzwonią. O 10.15 dowiedzieliśmy się, że są korki i transport stoi. O 10.20 okazało się, że jest strajk klimatyczny i dlatego są korki, i transport stoi. O 10.25 dowiedzieliśmy się, że to potrwa, nie wiadomo jak długo. O 10.30 radosny pan transporter pogwizdując wszedł do apteki. O 10.40 dostaliśmy leki, pociąg nadal jednak odjeżdżał o 11.30. I czasu nie było już w ogóle. A musieliśmy jechać TYM pociągiem, bo urząd urzęduje w piątki tylko do 16.

Zdążyliśmy na pociąg, zdążyliśmy nawet kupić kawę w papierowych kubeczkach oraz kanapkę na tekturce i w torebce. Od rana zdążyliśmy więc nie tylko na pociąg, ale i popełnić sześć grzechów ekologicznych.

Do Szczecina dojechaliśmy dwoma pociągami z przesiadką w Angermünde. W obu pociągach było OK, może nie było luzu, ale każdy miał miejsce. Pociągi dojechały na czas, i na przesiadkę, i do Szczecina.

W Szczecinie byliśmy o 14, urząd urzęduje do 16. Masa czasu. Autobus sprzed dworca nie odjeżdża, bo jest remont. Mamy iść na Plac Tobrucki i na Niemcewicza przesiąść się na tramwaj. Plac jest wielki, na szczęście widzimy, jak nasz autobus podjeżdża i ucieka nam sprzed nosa. Stąd wiemy, gdzie jest przystanek. Siadamy i czekamy. Jest godzina 14.20. Przyjeżdża komunikacja zastępcza. Kierowca nie sprzedaje biletów. Na następnym przystanku wysiadamy (jest 14.30) i idziemy przed siebie, szukając kiosku. Znajdujemy, kupujemy, przyjeżdża komunikacja zastępcza. Wsiadamy, jedziemy, kasowniki biletowe nie działają, nie ma informacji o nazwach przystanków. Jakaś pani mówi innej pani, że trzeba wysiąść na placu Rodła i przesiąść się na tramwaj. Geniusz na nas spływa i pytamy, czy pani sądzi, że my też mamy wysiąść. Tak, mamy. Musimy iść na tramwaj, który jest… tam.

Jest godzina 14.40. Wysiadamy i dokładnie w tym momencie zaczyna się oberwanie chmury. Zrywa się wicher, walą pioruny. Mamy parasol, ale to przyjemna fikcja. W ciągu sekundy jesteśmy mokrzy do głębi wszystkich siedmiu warstw skóry. O koszulkach, butach, majtkach, sukience w ogóle nie warto wspominać. Chronimy się w salonie piękności. Woda leje się z nas strumieniami. Uber nie działa. Bolt nie działa. Telefon do zamawiania taksówek nie działa. Musimy iść na komunikację miejską. Dobiegamy do dworca autobusowego, ale żaden z autobusów nie jedzie tam, dokąd my chcemy jechać. Chłopak z czynną komórką mówi nam, że o 14:56 mamy tramwaj. Musimy biec na tramwaj, który jest… tam. Pędzimy, chowając się pod parasolem. Po co? Bo nie mamy czasu na myślenie. Znajdujemy przystanek. Jest 14.55. To przystanek w przeciwnym kierunku. Nasz jest… tam. Pędzimy tam i oto nagle jest puściutki przystanek. Jest godzina 15.00. Wciąż leje, ale przecież człowiek kompletnie przemoczony nie może już bardziej przemoknąć. Przychodzi starsza pani, mówimy jej, że wg rozkładu jazdy tramwaj przyjedzie za 6 minut, a ona macha ręką i mówi, ach, one i tak jeżdżą jak same chcą. Stoimy chwilę i oto nagle o 15.03 przyjeżdża tramwaj. Czy to ten poprzedni, który się spóźnił, czy następny o kilka minut za wcześnie? Jedziemy. Jest 15.20, gdy dojeżdżamy na nasz przystanek. Leje, chlusta wiadrami wody, wicher wieje, pioruny walą, po ulicy szerokiej jak rzeka płynie rzeka. Musimy przejść sto metrów. Uprzejma komórka informuje nas, że zajmie nam to minutę. Idziemy pod wiatr, pokonując metr mokrej przestrzeni na minutę.

https://szczecin.naszemiasto.pl/ulewa-w-szczecinie-i-regionie-powtorka-w-powodzi-40-lecia/ga/c1-8891963/zd/73176199

O 15.30 wpadamy do urzędu. Woda leje się z nas strumieniami i spływa po schodach do piwnicy. Przemiła szczuplutka starsza pani recepcjonistka, podaje nam ręczniki papierowe do wytarcia się. O 15.35 Konrad mokry jak pstrąg w strumieniu górskim wypełnia podanie, o 15.36 podchodzi do okienka z mokrym świstkiem, o 15.37 dostaje potrzebny dokument.

Teraz już tylko tramwaj w drugą stronę. Deszcz prawie ustał. Jedziemy na słynny szczeciński Manhattan. Sklep z bielizną, sklep z ciuchami, lumpex, restauracja, sikalnia, autobus, znowu nie mamy biletów, ale jest po 18, można kupić bilety u kierowcy. O 18.30 jesteśmy na dworcu, zamawiamy pasztecik szczeciński (bo jak by to było, być w Szczecinie po raz pierwszy i nie zjeść pasztecika!?). Pociąg o 19.01 do Pasewalku ma spóźnienie (no, bo oberwanie chmury i katastrofa jak ulewa stulecia przed 40 laty), czy więc zdążymy na przesiadkę, bo mamy tam tylko 4 minuty? Konduktor każe nam wsiadać i mówi, że jakoś sobie poradzimy i nie jesteśmy sami.

Zdążyliśmy.

Byliśmy 13 godzin w podróży, po to, by w ciągu 2 minut załatwić sprawę w urzędzie.

Fantastyczna klimatyczna podróż za 9 euro!

Zdjęcie: Konrad Kozaczek

Noce i dnie

Teresa Rudolf

Noc tajemnicza

Muchy, komary,
w nocnej sieci
chytrze złapane...

Dźwięki tajemne,
z przodu, z tylu,
zaczepiają uszy...

Dotyk powietrza,
tak odurzający,
świeżością swą...

I te rozkołysane 
kościelne dzwony,
rozwalające nagle

...spiętrzone 
myśli w mej 
głowie...
Już świt

Świergot ptaków
wybudzonych,
ścigających
piewsze
słoneczne
promyki...

Już motory aut
nachalnie tną
zaspaną
jeszcze
nocną 
ciszę...

Niebiesko-złoty
dzień dzisiejszy, 
z granatowej
wynurzony
pościeli...
...ziewa 
szeroko...

Dalai Lama

GRATULIERE DALAI LAMA ZUM GEBURTSTAG! ZŁÓŻ ŻYCZENIA DALAJ LAMIE! WISH DALAI LAMA A HAPPY BIRTHDAY!

Am 6. Juli 2022 hat der Dalai Lama Geburtstag: Das geistliche Oberhaupt der Tibeter wird 87 – hier könnt Ihr Eure Grußbotschaft hinterlassen!
Die Anzahl aller gesammelten Glückwünsche und einzelne, ausgewählte Wünsche werden dem Dalai Lama übermittelt.

Dalaj Lama obchodzi urodziny 6 lipca 2022: Duchowy przywódca Tybetańczyków kończy 87 lat – tutaj możesz zostawić wiadomość z życzeniami!
Dalaj Lama otrzyma informację, ile osób złożyło mu życzania, otrzyma też kilka wybranych życzeń.

The Dalai Lama’s birthday is on 6 July 2022: The spiritual leader of the Tibetans turns 87 – you can leave your greeting message here!
The number of all collected wishes and some individual ones are sent to him.

https://savetibet.de/dalai-lama-geburtstag

Aktion / Akcja / Action of International Campaign for Tibet Deutschland e. V.

Menschenrechtsorganisation, International Campaign for Tibet (ICT) wurde 1988 gegründet und hat ihre Büros in Washington, Amsterdam, Brüssel, Berlin und in Dharamsala, Indien. Internationaler Vorsitzender ist der Schauspieler Richard Gere.

Wir wollen, dass das tibetische Volk in Freiheit und Selbstbestimmung lebt und die Menschenrechte geachtet werden. Wir treten für

– ein demokratisches Selbstbestimmungsrecht

– die Sicherung der Menschenrechte

– den Schutz der landeseigenen Kultur und Umwelt in Tibet ein.

International Campaign for Tibet Deutschland e. V.
Schönhauser Allee 163
10435 Berlin
E-Mail: info@savetibet.de
Tel.: 030 / 27 87 90 86

			

Pokolenie Solidarności (8)

Ewa Maria Slaska

Eli

„Stonsi” (1967)

Bunt niewolników Stalina zaczął się już w czerwcu roku 1953 w NRD, ale został tak szybko i tak krwawo stłumiony przez stacjonującą w Berlinie Wschodnim Armię Sowiecką, że przez prawie 40 lat Niemcom zza Żelaznej Kurtyny trudno było wręcz oddychać. Do pozostałych krajów Bloku wieść o buncie w ogóle nie dotarła.

W Polsce i na Węgrzech rewolta zaczęła się dopiero trzy lata później, w 1956 roku w Poznaniu, Warszawie i Budapeszcie. Polska rewolucja w czerwcu pociągnęła za sobą krwawe ofiary, ale jej druga fala w październiku zakończyła się zwycięstwem. Do władzy doszedł zwolniony już dwa lata wcześniej ze stalinowskiego więzienia, a teraz rehabilitowany, „towarzysz Wiesław”, czyli Władysław Gomułka. Polakom się nadzwyczajnie wręcz udało, bo w tym samym czasie, jesienią 1956 roku krwawo zostało zmiażdżone powstanie na Węgrzech. Dlaczego tak się stało, to pytanie dla historyków. Basia i Stefan byli za mali, żeby w ogóle cokolwiek wiedzieć, choć akurat przez przypadek oboje widzieli przez okno czołgi nadciągające nocą do miasta. Był październik. Stefan był w trzeciej klasie szkoły podstawowej, Basia właśnie poszła do pierwszej klasy.

Z tego przełomowego roku Stefan zapamiętał, że jego mama zaczęła wiązać włosy w koński ogon i nosić czerwoną sztruksową spódnicę, która, gdyby chłopak w ogóle chciał się nad tym zastanowić, wyglądała jak odwrócony kieliszek do wina. Do spódnicy mama wkładała czarny obcisły sweterek z łódkowatym dekoltem, a na nogach miała trumniaki, czyli powycinane tenisówki, pomalowane tuszem na czarno. Ich nazwa brała się stąd, że cokolwiek się miało na nogach jako dziewczyna w latach 50, musiało być leciutkie, płaskie i czarne, przypominać więc buciki wkładane nieboszczykom do trumny. Prawdziwe trumniaki, te do trumny, były z tektury, trzeba więc było wykazać dużą pomysłowość, żeby móc zabłysnąć na prywatce lub studniówce delikatnym czarnym pantofelkiem. Dziewczyny, które w drugiej połowie lat 70 chodziły na potańcówki, wspominają, że jeśli but był dziurawy, malowało się odpowiednie miejsca na stopie czarnym atramentem.

Stefan oczywiście nie zwróciłby na to wszystko uwagi, gdyby nie fakt, że było to tak inne od tego, jak mama wyglądała przedtem i od tego, jak nadal wyglądały ciocie, nauczycielki i sąsiadki. Rodzice i ich znajomi zaczęli słuchać głośnej muzyki i tańczyć taniec, na który właściwie w mieszkaniu nie było miejsca. Mężczyzna i kobieta trzymali się za wyciągnięte ręce i bardzo szybko nimi szarpali w przód i w tył. Gdy wieczorem zeszło się kilkoro przyjaciół rodziców i zaczynało się hałaśliwe przesuwanie mebli pod ścianę, Stefan i Marek wymykali się ze swojego pokoju (wówczas mieli jeszcze jeden wspólny pokój) i próbowali przez uchylone drzwi zobaczyć choć odrobinkę tego nieznanego świata, w którym mama, tata i inni dorośli wcale nie byli tacy sztywni i surowi, jak to się wydawało w ciągu dnia.

Idolem pokolenia ich rodziców był Neil Sedaka, sentymentalny piosenkarz, którego potem się w ogóle nie słuchało, ale w drugiej połowie lat pięćdziesiątych był po prostu objawieniem (bo w końcu rodzice byli jeszcze młodzi i też mieli prawo do artystycznych objawień i wolnościowych zachłyśnięć).

Dzięki temu, że rodzice Stefana słuchali jazzu i tańczyli „rockendrolla”, on i jego brat, następne pokolenie, mieli łatwiej niż większość kolegów, a chociaż chłopakom było ciężko walczyć o swoje prawa, ich problemy to było małe piwo w porównaniu z tym, jak trudno miały ich koleżanki. Polska wciąż jeszcze była krajem bardzo tradycyjnym i dziewczynki „trzymało się” zdecydowanie krócej niż chłopców. Sytuacja Basi była właściwie katastrofalna, bo mama Basi zaszła w ciążę zaraz po pierwszej potańcówce, kiedy po raz pierwszy miała seks z chłopakiem, brała ślub w pośpiechu i urodziła Asię, starszą siostrę Basi, zanim skończyła 16 lat, wiedziała zatem, czym pachną tańce, zabawy, szwendanie się z chłopakami i strojenie się. W życiorysie mamy nie było miejsca na wychowanie antyautorytarne, czy na Presleya, a Basia nie mogła dostać zgody na noszenie minispódniczki, rajstop i czarnego golfika. Nawet uczesanie się w gładki czarny hełm natapirowanych włosów, ze szpicami na policzkach i grzywką do brwi nie było proste, a zielono-czarny ciężki makijaż oczu Basia umiała zrobić po ciemku i bez lusterka na klatce schodowej. Tam też zdejmowała ciepłe majtki, bez których dziewczynki i dziewczyny w PRL-u nie mogły wyjść zimą z domu. Ciepłe majtki były zmorą, zmorą pokolenia dziewczyn urodzonych na przełomie lat 40. i 50. Były tak ohydne, że po prostu nie dało się ich nosić, szaroburoróżowe, szerokie, z grubego materiału, szorstkie i zawsze spadały. Zdejmowało się je na półpiętrze, zwijało w kłębek i upychało w tornistrze, co jednak było ryzykowne, bo ktoś mógłby je w szkole zobaczyć. Ale na klatce nie bardzo było gdzie je schować. W końcu Basia nauczyła się, że najlepiej pobiec prędko do piwnicy i schować je na półce z tyłu za słoikami weków, głęboko, tak żeby mama lub tata, gdyby akurat przyszli do piwnicy po wiaderko ziemniaków lub kompot na obiad, na pewno ich nie znaleźli. Na szczęście w szufladzie w kuchni było kilka kluczy do kłódki i Basia mogła sobie niepostrzeżenie przywłaszczyć jeden. W piwnicy było wstrętnie, śmierdzało gnijącymi kartoflami i sikami dzikich kotów, które dostawały się tu przez od zawsze stłuczone okienko. Nie było światła, trzeba było zapalić stojącą na parapecie świeczkę, ale nie zawsze zapałki chciały się zapalić, wtedy ukrywanie majtek było jeszcze trudniejsze, bo mogło się zdarzyć, że po omacku dotknie się ręką czegoś wstrętnego, na przykład zdechłego szczura. Wprawdzie nic takiego nigdy się nie zdarzyło, ale już sama myśl o tym przyprawiała Basię o dreszcze. Po szkole trzeba tu było wrócić, zabrać majtki i włożyć, bo mama nie była głupia i mogła sprawdzić, czy Basia ma te diabelne gacie na sobie. Jeszcze gorzej było podczas okresu. Krew się lała, a twarda lignina, której najczęściej dziewczyny używały z braku podpasek, źle ją wchłaniała. Mogła też wypaść ze zwykłych majtek, co znaczyło, że siłą rzeczy zimą w dni, kiedy miała okres, Basia musiała iść do szkoły w tych cholernych galotach. A Basia miała okres często, czasem nawet co trzy tygodnie, i trwał on zawsze długo. To, że bolał ją przy tym brzuch, było właściwie najmniejszym problemem.

Pod koniec liceum Magda, koleżanka Basi, z którą od trzech lat siedziały w jednej ławce, pokazała Basi ciepłe majtki, które jej z Zachodu przywiózł tata, pływający na statkach handlowych jako mechanik. Majtki były czarne, obcisłe, w drobne niebieskie kwiatki.

– O matko, jęknęła Basia.
– Oni tam mają wszystko, powiedziała Magda.
Magda nosiła te majtki tak, że brzeżek wystawał spod krótkiej spódniczki, żeby je pokazać! A Basia pomyślała, że kiedyś i ona tak będzie żyła, będzie miała wszystko, również takie cudowne ciepłe majtki w kwiatki.

W tych warunkach Basia jako młoda dziewczyna nie bardzo umiała sobie wyobrazić, że jej rówieśnicy na Zachodzie określają czas swojej nastoletniej młodości słowami sex, drugs and rock’n’roll. To było za mocne dla dziewczyny wyrastającej w przaśnym i pruderyjnym PRL-u. Ci młodzi ludzie na Zachodzie wiedzieli, że chcą wycisnąć z życia maksimum przyjemności i wykorzystać wszystkie okazje, jakie im się nadarzą. Okres licealny Basi i Stefana nie był tak wyrazisty jak subkultura młodzieżowa na Zachodzie. Ich młodość nazywała się raczej „wolna chata, jabol i pocztówka dźwiękowa”. Ale to nie była ich wina, taka po prostu była Polska. Wszystko się rozłaziło w szwach. W Polsce reżim tak samo tracił kontury i ostrość, jak bunt nastolatków. Gazety rozpisywały się o tym, że do Polski dotarła fala rewolucji seksualnej, że był seks przedmałżeński, pozamałżeński, a nawet niekiedy (podobno) grupowy, ale tak naprawdę w Polsce szybko brało się ślub, a pierwsze dziecko niemal zawsze było wcześniakiem.

Za czasów, kiedy oni byli w liceum, narkotyków jeszcze nie było, Basia i Stefan byli już małżeństwem i mieli dziecko, gdy w polskiej subkulturze pojawił się tak zwany kompot. Basia coś niecoś o tym wiedziała, bo jej dwaj kuzyni z Żukowa zajmowali się zarobkowo produkcją kompotu. Od nich dowiedziała się, że kompot nazywany jest polską heroiną, i że to koledzy kuzynó, , dwóch chłopaków, studenci chemii z Politechniki Gdańskiej opracowali recepturę. Był rok 1976. Wymyślili metodę na zdobycie taniego i skutecznego narkotyku, takiego, który w prosty sposób dało się zrobić samemu w domu. Wystarczyło mieć słomę makową, butlę octu, amoniak, sól kuchenną i kilka innych, ogólnie dostępnych odczynników chemicznych. Kompot składał się z alkaloidów opium, a produkowany domowym sposobem był bardzo zanieczyszczony. Była to gorzka, brązowa ciecz o ciężkim, słodkim zapachu. Produkcja wymagała niewielkiego nakładu pracy. Kompot był tani i łatwy do dostania.

Twórcy kompotu byli bardzo zdolni i świetnie się zapowiadali jako chemicy. Chcieli zostać wybitnymi naukowcami, a przeszli do historii jako anonimowi twórcy kompotu. Ich odkrycie zapoczątkowało olbrzymi wzrost liczby osób uzależnionych od narkotyków, najpierw w Polsce, a potem w całym Bloku Wschodnim.

Kompot wstrzykiwało się do żył. Basia zawsze myślała, że ci, co to robią, muszą być zdrowo rąbnięci. Jak można wstrzykiwać sobie takie brudne świństwo. Miała rację, obaj jej kuzyni, jeden pod drugim w przeciągu czterech lat umarli i choć oczywiście przyczyną był kompot, umarli nie z przedawkowania opiatów, tylko przez ogólne rozległe zakażenie krwi w organizmie, czyli sepsę.

Chyba wtedy Basia po raz pierwszy pomyślała, że każdy umiera tak jak żyje.

Dopiero w latach 90 kompot został w Polsce wyparty przez heroinę, która była czystsza, ale czy lepsza?

Na Zachodzie po narkotykach muzycy dopuszczali się ekscesów, w Polsce narkotyków było mało, ekscesy głównie polegały na tym, że ktoś się upił i coś się potłukło. Nadmiar energii młodych ludzi wyładowywał się w działalności opozycyjnej. I choć Zachód i Wschód jednakowo żył muzyką, to jednak po obu stronach granicy “pomiędzy” wszystko było inne. Gdy „Stonsi” głosili pochwałę seksu i narkotyków, Karin Stanek, która oczywiście była cudowna, śpiewała o dżinsach-spodniach i jeżdżeniu autostopem, Helena Majdaniec o rudym rydzu, a Kasia Sobczyk o tym, że biedroneczki są w kropeczki.

12 listopada 1965 roku w Hali Stoczni Gdańskiej wystąpił zespół The Animals. To była najwspanialsza grupa światowej muzyki młodzieżowej, jaka za czasów Komuny wystąpiła w Gdańsku. Jeszcze wiele lat później mówiło się w Gdańsku, że koncert „Animalsów” przygotował tych, którzy w roku 1968 jako studenci protestowali na Politechnice Gdańskiej, co niemal obowiązkowo oznaczało również, że byli po kolejnych 12 latach aktywnymi uczestnikami strajków na Stoczni Gdańskiej imienia Lenina w Sierpniu 1980 roku.

Tak jak w Chinach w roku 1981 pięć koncertów Jeana Michela Jarre’a przygotowało Chińczyków do nowych reguł politycznych i prób odejścia, przynajmniej na jakiś czas, od terroru komunistycznego, tak „Animalsi” na pewno stali się zaczynem nowej świadomości młodych ludzi w Polsce.

Z Gdańska „Animalsi” pojechali do Krakowa, gdzie zagrali w Hali Wisły, a 16 listopada wystąpili w Sali Kongresowej w Pałacu Kultury w Warszawie. Te koncerty właściwie nie miałyby sobie równych w całym PRL-u, gdyby nie słynny koncert „Rolling Stonsów” również w Sali Kongresowej w dwa lata później, 13 kwietnia 1967 roku. Wszyscy są zdania, że było to wydarzenie historyczne i na pewno było. Ten koncert przybrał w wewnętrznych mapach mentalnych ludzi mojego pokolenia mniej więcej taką rolę, jak przybycie pierwszych uciekinierów z Anglii do Ameryki na statku Mayflower. Jak w USA każdy, kto się liczy, chce być potomkiem pierwszych przybyszów, tak w Polsce zasadniczo każdy był na koncercie w Warszawie i wstyd jest powiedzieć, że się nie było. Sala Kongresowa obliczona była na 2,5 tysiąca miejsc, na widowni było jednak pięć tysięcy osób. Dużo, znacznie więcej niż było możliwe. Ale jednak nie było tam miejsca dla 50 tysięcy, czy 500 tysięcy, które się dziś przyznają do udziału w tym wydarzeniu. Wszyscy tak bardzo chcieli być na koncercie „Rolling Stonsów”, że w gruncie rzeczy mieli prawo opowiadać, że tam byli. Bo było to intensywne chcenie, a jego znaczenie było symboliczne. Stefan też chciał. Basia nie, Basia wolała Aznavoura. Ale na „Animalsach” byli oboje, choć oczywiście nie razem. Stefan kręcił marynarką nad głową, a Basia piszczała. Oboje byli bardzo w stylu epoki. Dokładnie tacy sami, jak wszyscy inni młodzi ludzie z ich pokolenia.

Przyjazd „Stonsów” do Warszawy zelektryzował cały kraj. Wszystkie oficjalne bilety do Sali Kongresowej zostały rozprowadzone pomiędzy członków partii, ale to przecież nie znaczy, że tylko komuchy były na widowni, bo bilety dostały też siostrzenica woźnego z Domu Partii i wnuk zastępcy Sekretarza Partii. Każdy mógł się dostać, jeśli miał szczęście i nikt nie mógł wejść, choć by mu się nie wiem jak należało. Wszystko było grą przypadku, również dla prawdziwych fanów. Ale młodzi ludzie koniecznie chcieli zobaczyć „Stonsów”. Tysiące próbowały sforsować wejście do pałacu. Wezwano do pomocy oddział konny milicji i wozy opancerzone, wyposażone w gaz łzawiący i armatki wodne.

Koncert według wielu relacji nie należał do udanych – głównie przez fatalną akustykę Sali Kongresowej oraz stan muzyków – poprzedniej nocy mieli po raz pierwszy do czynienia z polską wódką. Legenda miejska głosi, że chcieli się napić tequili, czego w Polsce w latach 60. nijak być nie mogło, ale barman stanął na wysokości zadania i podał im tacę pełną zamrożonych kieliszków, tak zwanych „szczeniaków”, wyborowej. Spodobało się i zasmakowało. Uraczyli się przeto kilkoma kolejkami i poszli spać, nie wiedząc, że poranny kac po zamrożonej wyborowej trzyma godzinami. Wystąpili jednak, a po koncercie wydali honorarium za koncert na wagon polskiej wódki, który został jednak odesłany przez brytyjskich celników do Polski, gdzie przez wiele lat służył pracownikom Pagartu.

Tyle legenda.

Podczas koncertu Mick Jagger pożarł kwiaty, które rzuciła mu na scenę dziewczyna z widowni. I to, o dziwo, nie było legendą. Zachował się film pokazujący muzyka, który zjada bukiet czerwonych goździków. Można się zastanowić, czy zjadłby róże z kolczastymi łodygami?

Umówmy się, że jakość koncertu nie miała najmniejszego znaczenia. „Stonsi” mogliby kwiczeć jak prosiaki lub muczeć jak krowy. Najważniejsze było to, że byli. Byli i zrobili wrażenie.

Warszawiacy opowiadali też, że po koncercie zespół przejechał samochodem przez miasto, a muzycy wyrzucali przez okno swoje płyty. Nigdy jednak nie widziałam takiej płyty. Stefan też nie, choć go to bardzo interesowało. Maciej Hen w książce Beatlesi w Polsce wspomina o tych płytach, ale nie chce ani potwierdzić ani zanegować tej informacji.

Czyli zapewne kolejna legenda miejska.
Jedna z dziewczyn, które były na koncercie, powiedziała dziennikarzowi: To było jak pierwsza miłość, pierwszy seks. Przeżycie do szpiku kości.
Antoni Pawlak, gdański poeta opozycyjny, powie, że „Animalsi wtłaczali w krzesła”. Próbuję sobie przypomnieć, czy w Hali Stoczni były krzesła, czy ławki. Wydaje mi się, że ławki. Ale może Pawlak lepiej pamięta niż ja, a może to tylko taki utarty zwrot, którego Hen użył, nie myśląc o tym, jak naprawdę wyglądała Hala. W końcu, gdy w Hali wystąpili „Animalsi”, Hen był dopiero w czwartej klasie szkoły podstawowej. Jako support wystąpili Polanie, zespół rhytm’n’bluesowy z Łodzi, który, jak twierdzi Pawlak, też był ewenementem na polskim rynku muzycznym.

Koncerty obu zespołów miały jeszcze dodatkowe znaczenie w życiu młodych ludzi. Wszyscy zaczęli się uczyć angielskiego, bo trzeba było rozumieć, co ci muzycy śpiewają. I wszyscy, którzy tam byli lub widzieli relacje w Kronice Filmowej, zaczęli marzyć o tym, żeby się wreszcie móc inaczej ubierać. Zwłaszcza chłopcy bardzo chcieli wyglądać tak jak tamci. Długie włosy były elementem najłatwiejszym do uzyskania, ale trudnym do realizacji, bo i w szkole, i w domu dorośli byli zdecydowanie przeciwni “potarganym kłakom”. Ale wygląd „Animalsów”, „Beatlesów” i „Stonsów” to były nie tylko włosy, to były jakieś kolorowe koszule, błyszczące kurtki, odjechane spodnie. Dziewczyny znowu miały łatwiej. Trzeba było nosić czarne golfy i mini spódniczki. Każda dziewczyna miała w szafie co najmniej jedną, a czasem nawet dwie. Dobrze skrojona i uszyta mini spódniczka była powodem do dumy. Bo wbrew pozorom nie była to po prostu obcięta na krótko zwykła spódnica, wiem, bo mój ojciec, zwolennik krótkich spódniczek, poobcinał mi kiedyś sukienki i to się nie sprawdziło w życiu. Miniówę szyło się zupełnie inaczej. Basia miała szczęście, bo umiała szyć, ja nie umiałam. Ale łatwiej jednak było uszyć mini spódniczkę niż prawdziwe dżinsy.

W Hali występowały również inne światowe sławy ówczesnego życia muzycznego, Marino Marini, Yma Sumak, Juliette Greco, Dalida, Paul Anka, Marlena Dietrich, Udo Jürgens. W kwietniu 1963 roku wystąpił też Charles Aznavour, Basia jednak była jeszcze za młoda, żeby w ogóle mogła pomyśleć o tym, że chciałaby pójść na jego koncert. Chyba nawet jeszcze nie wiedziała, że Brel, Bécaud i Aznavour będą kiedyś jej ulubionymi piosenkarzami.

Byłam na koncercie „Animalsów”, pamiętam też Polan, ale Hala Stoczni jest teraz dla mnie, gdy myślę o swojej młodości, przede wszystkim miejscem niezapomnianego koncertu chilijskiego zespołu tanecznego Margot Loyoli, Cuncumen. Było to kilka lat wcześniej. Cuncumen występował w Gdańsku w czerwcu 1961 roku. Moi rodzice i cała grupa ich przyjaciół, zapaleni miłośnicy muzyki hiszpańskiej i latynoskiej, kupili bilety w pierwszych rzędach. W przypływie do dziś niezrozumiałej dla mnie fantazji, bo z reguły nie dane mi było uczestniczyć w ich życiu towarzysko-kulturalnym, zabrali mnie na występ. Miałam 12 lat i byłam chyba za mała, żeby to docenić, raczej trochę się ich wstydziłam, bo podczas występów szaleli na widowni, wykrzykiwali jakieś olé, klaskali, tupali. Reszta widzów siedziała jak przykuta do krzeseł, takie były czasy, 61 rok!, a moi rodzice i ich przyjaciele zrobili z tego występu jakąś fiestę latynoamerykańską. Po czym… no, naprawdę niezwykłe!, poszli za kulisy, zaprosili zespół do domu i cała gromada pojechała tramwajem do Wrzeszcza. Nie wiem, co rodzice dali tym ludziom do jedzenia, nie wiem, co do picia, ale pamiętam ich, jak siedzą na podłodze w pracowni mamy, grają muzykę, na żywo i z magnetofonu, i pamiętam, że mama cały czas ich rysowała.

Wszyscy goście zapisali się na kartce, która została włożona do rodzinnej Księgi Gości. Viktor Jara, muzyk i reżyser występu, napisał, że pracuje w Instytucie Teatralnym, podał adres i nawet numer piętra…

A potem… A potem nastąpił przewrót w Chile i Viktor Jara… Nie chcę o tym pisać, bo płaczę, nawet po tylu latach. To co poniżej to Wikipedia, ja nie mogę…

Víctor Jara (1932-1973), chilijski piosenkarz, gitarzysta, bard, autor tekstów, poeta, pedagog, reżyser teatralny, aktywista polityczny, członek Komunistycznej Partii Chile. Víctor Jara cieszył się w swojej ojczyźnie popularnością, jako autor piosenek o charakterze rewolucyjnym i ostro krytykujących ustrój rządzący. Był bohaterem filmu Deana Reeda pt. El Cantor. Został aresztowany, a następnie zamordowany w czasie puczu 11 września 1973, kiedy władzę w kraju objął generał Augusto Pinochet. Jara był torturowany, obcięto mu palce u dłoni, aby nie mógł grać na gitarze. Został zabity na stadionie Estadio Chile (obecna nazwa stadionu to Estadio Víctor Jara). Ciało muzyka podziurawione 40 kulami wyrzucono na ulicę. Trafiło ono potem do kostnicy, gdzie zostało rozpoznane przez jednego z pracowników, który zawiadomił żonę zamordowanego, Angielkę Joan. Wraz z dwoma przyjaciółmi umieściła ona po kryjomu ciało muzyka w niszy na cmentarzu.
5 grudnia 2009 roku Víctor Jara został uroczyście pochowany na Cmentarzu Generalnym w Santiago. W trwających dwa dni uroczystościach wzięły udział dziesiątki tysięcy Chilijczyków, artyści estrady i teatru.

Po śmierci generała Augusto Pinocheta 10 grudnia 2006 roku, w całym kraju ludzie spontanicznie śpiewali piosenki Víctora Jary.

Odlot Gandawski

Mal Content

Chcecie posłuchać opowieści lekko szurniętego strasznego dziadunia? Czynicie to, uprzedzam lojalnie, na własną odpowiedzialność.

Czas temu jakiś odwiedziłem perłę Flandrii, czyli Gent. Lub, jeśli wolicie, Gand. Po prostu: Gandawę. Nad starym miastem – bogatym, pięknym i budzącym zazdrość, iż są na świecie takie miejsca, gdzie przeciąg historii nie hula niemal bez przerwy, nie niszczy wszystkiego oraz pozwala żyć zadziwiająco stabilnie i dostatnio – nad tym zbiorowiskiem mieszczańskich (w najlepszym tego słowa znaczeniu, zawierającym w sobie solidność, zasobność i spokój) zabytków góruje katedra św. Bawona. Skądinąd ten Bawon to bratnia dusza, bo też lekko odklejony był od rzeczywistości, ale nie o nim jest ta opowieść.


Przed katedrą statua Huberta i Jana van Eycków. Czym żesz się bracia owi tak zasłużyli Miastu, iż z wdzięczności wystawiło im pomnik? Cierpliwości, za chwilę.

Zdjęcie z sieci


Wnętrze katedry, jak cała Gandawa, zasobne, dostojne i wzniosłe. Co prawda tu i ówdzie łagodne szaleństwo zostawiło swe ślady, ale bez przesady!


Najważniejszy w świątyni jest oczywiście tryptyk autorstwa braci van Eyck, czyli Adoracja Mistycznego Baranka. Fotografii własnego autorstwa tutaj nie pomieszczę, bo nikomu nie sprawi estetycznej przyjemności oglądanie odbicia wizerunku strasznego dziadunia w szybie pancernej, chroniącej arcydzieło. Musiałem skorzystać z reprodukcji znalezionej na internecie. Lecz uprzedzam: nie oddaje ona w pełni tego, co widać na obrazie! Zwłaszcza tego niezwykłego światła, które przenika jego przestrzeń.

Ołtarz Gandawski (zdjęcie z sieci)

Bo właśnie o nie tu chodzi. O światło: nadnaturalne, odrealnione. Słowem – mistyczne. Musicie uwierzyć na słowo lub odwiedzić Gandawę. Światło, które wprowadza w swoisty trans. Program ikonograficzny, czyli wszystkie te postacie, które się kłębią wokół Baranka, mogą zainteresować, ale nie muszą. Światło, bijące nie wiadomo skąd (bo, wbrew pozorom, nie z nimbu otaczającego Gołębicę – Ducha Świętego), to światło zniewala.

Ja już kiedyś, gdzieś widziałem coś takiego! Kiedy? Gdzie? Mam!!! Ależ oczywiście! Lou Reed. Perfect Day. Nie tyle piosenka, ile teledysk. I to ten wyjątkowy, z udziałem „Wszystkich Wielkich”. Pomijam fakt, iż możność wysłuchania takiej piosenki w wykonaniu takiego zestawu głosów (Bono, David Bowie, Duran Duran and others) jest już sama w sobie, by użyć ryzykownego językowo porównania, „ucztą dla ucha”. Chodzi mi, jakże by inaczej, o światło, którym operują twórcy klipu: nadnaturalne, odrealnione… Nie dajcie się nabrać na to, iż jego źródłem jest diaskop.


Skąd więc to światło? Czy raczej – takie światło? Chechez la femme! Tę, która towarzyszy Lou Reedowi. Tę, która pije z nim sangrię w parku i karmi zwierzęta w ZOO. Tę, która sprawia, iż jego dzień jest aż tak perfekcyjny. Niewiasta to zaiste wielka i, nomen omen, bohaterska… Heroina.

Tu i tam mistyczne światło. Tu i tam transowy odlot. Na tyle inspirujące, by się im przyjrzeć z uwagą. Ale nie na tyle atrakcyjne, by się w nich pogrążyć. I bez tego jestem już lekko szurnięty. Bo inaczej jakżebym mógł wysnuć i wystrugać takie odklejone skojarzenia?

Wieczorne myśli

Teresa Rudolf

Człowiek w człowieku

Ach, być człowiekiem
i być z człowiekiem,
piekielnie trudno...

W miłości, w przyjaźni,
w radości, smutku,
w skardze, złości i żalu...

Trudno ciągle nim być,
by nie stracić siebie, 
tych, co ranią, nie ranić...

Zostać wciąż człowiekiem, 
"mimo i jednak i chociaż"
dopóki uporu i siły starczy...

Być człowiekiem gotowym 
do spotkania z drugim,
na chwiejnym moście,

z całą słabością człowieka
w człowieku, by ujrzeć znów
w człowieku... człowieka.

Mimo burz i sztormów, 
kiedy serce ciągle...
niezaradnie z głową
...się kłóci.

I czasem przegrywa...

Popatrz

Popatrz, znów 
pszczoła
w amoku 
kwiaty całuje...

Popatrz, znów
mucha
odkrywa
świat czułkami...
 
Popatrz, znów
czerwienią się
krwiście
polne maki...

Popatrz, znów
koty nocą
prowadzą swe
podwójne życie...

Popatrz, znów
i znów i znów...
po prostu wciąż
jestem, jesteś...
Piękny bukiet     

Polne
kwiaty 
delikatne, 
jedwabiste,
z ozdobnej wazy
spoglądają na świat

...z wyrzutem, 
wielkim żalem,
płacząc każdy cicho:

Nie chcę
z mej łąki 
na ten stół,
gdzie moje
nogi z korzenia,
czemu tyle wody,

...zobacz 
topię się, 
zachłystuję...

Gdzie moje
aromaty
świeżości,
przezielone
powietrze,
zachwyt ptaków?

...nic już
nie słyszę, 
nie wącham...
 
Gdzie 
te stokrotki
obok mnie,
takie białe,
i niewinne,
a i te mlecze

...tyle życia,
a na wietrze
taniec kwiatów...

Nagle,
aroganckim
ruchem 
ze stołu strącony
bukiet w niełasce,
w ciemność wpada.

...a na stole wielki,
nowy, piękny bukiet
z  kwiatów przerażonych...

Pokolenie Solidarności (7)

Ewa Maria Slaska

Eli

Muzyka (1966)*

Na wakacje się jeździło nad morze, do Jastarni, Kuźnicy, Juraty. Zasadniczo miałoby większy sens, gdyby dzieci znad morza jechały w góry, ale tak nie było. Kolonie dla dzieci szkolnych z Trójmiasta organizowano też nad morzem. A gdy Basia, już w liceum, zamiast na kolonie jeździła na obozy harcerskie, wyjeżdżali zawsze na Kaszuby. Dopiero pod koniec liceum, gdy Basia zaczęła jeździć autostopem, zobaczyła Mazury, Puszczę Białowieską, Tatry, Bieszczady i Góry Świętokrzyskie.
Komunistyczna rzeczywistość była szara i przaśna, młodzi ludzie posiadali niewiele, ale na szczęście dorastali już w czasach postalinowskich, w związku z tym mieli jednak jakieś kino, jakieś książki, również te z Zachodu, jakiś teatr i przede wszystkim muzykę. Muzyka była bardzo ważna, bardziej niż książka, a nawet niż kino była przepustką do kolorowego świata i romantycznych uniesień. Radio tranzystorowe, magnetofon, adapter, szafa grająca w kawiarni, ale przede wszystkim jednak muzyka na żywo: jazz w klubie, pop na zabawie ludowej, orkiestra na dansingu. No i wszyscy sami śpiewali przy gitarze, albo grali na fortepianie. Od roku 1961 były już koncerty w Non Stopie w Sopocie, pod płóciennym dachem rozpiętym przy samej plaży. To było świetne, prawdziwa dyskoteka, jedna z pierwszych w Polsce. Stefan pamiętał zespół Pięciolinie, potem przemianowany na Czerwone Gitary. W Non Stopie śpiewali wszyscy, Seweryn Krajewski, Krzysztof Klenczon, Helena Majdaniec, Karin Stanek, Czesław Niemen.

Po 50 latach od tamtych czasów berliński artysta performansu, Jemek Jemowit wymyślił postać Zygmunta Blaska, polskiego Davida Bowie, Ułożył dla niego piosenki i nagrał je na płycie, stworzył film, w którym grałam dziewczynę, żonę, a potem wdowę po Zygmuncie Blasku. Opowiadałam o życiu muzyka, przydając mu biografię człowieka, z którym kiedyś krótko byłam, a który stał się pierwowzorem postaci Stefana. Wyjechał z Berlina do Nowego Jorku i tam… O tym, co tam, opowiem później, tu przytoczę tylko piosenkę o mnie, oczywiście tej filmowej, ale może trochę i o mnie, dziewczynie która chodziła do Non Stopu gdy miała 18 i 19 lat, i płakała, gdy kończyła lat 20, bo była już za stara.

Ruda z Non Stopu, piosenka Jemka Jemowita z filmu Legenda Zygmunta Blask.

Jedna jest rodem z Bydgoszczy,
a druga rodem z Warszawy
Trzecia tutejsza
Sopot Grunwaldzka
Co je łączy?
To dansing i noc
Lecz czwarta JEDYNA
jak róża ognista
Trochę trzeźwa trochę przejrzysta
Chodź kocie, zapraszam na kawę,
Pokaż w Sopocie jak tańczą warszawę
Prowadź mnie jak Lodzia Krajewska
W oczach czarnych elektryczna iskra
Firany bujają żyrandol trzęsie
Wpadam prosto w twoje ręce
RUDA Z NON-STOPu,
HEJ! RUDA Z NON-STOPu,
HEJ! RUDA Z NON-STOPu,
hej, mała, mała
A ja jak koń młody
Głupi, lecz silny i pełen swobody
Na parkiecie, w namiocie, na plaży wzdłuż mola
Naucz mnie tańczyć tu rock’n’rolla

Tańczyliśmy jive’a, twista i let’s kiss, charlestona, madisona i warszawę, ale przede wszystkim rock’n’rolla z obrotami, przerzucaniem i przeciąganiem partnerki po podłodze. Oczywiście rock and roll miał swoje reguły, których uczono na kursach tańca, ale takim amatorom jak Stefan, Marek, Jacek, Piotrek czy ich kumpel Zbigniew, zwany Zbychoo, i ich licealnym kolegom wystarczała improwizacja, niespożyta energia i czyjaś wolna chata, gdzie można było zorganizować prywatkę z potańcówką. Muzykę odtwarzali z gramofonowych singli na adapterach Bambino, z pocztówek dźwiękowych, kupowanych w kioskach i na stoiskach targowych, czasem z płyt, o które w Gdańsku było łatwiej niż gdziekolwiek w Polsce, bo przywozili je marynarze. Był taki komis we Wrzeszczu na Grunwaldzkiej, być może jedyne takie miejsce w Polsce, gdzie można było kupić „Szedousów”, „Bitlesów” i „Stonsów”. Jednak i tak najważniejsze dla tych, którzy słuchali muzyki, było radio Luxemburg, choć ciężko się go słuchało, bo było zagłuszane prawie tak samo jak radio Wolna Europa.

Stefan i Marek czasem mieli jakieś fajne płyty, czasem chatę, ale przede wszystkim obaj świetnie umieli tańczyć. Byli wysocy, mocno zbudowani i silni, mogli ryzykować przerzucanie partnerki przez ramię albo przetaczanie jej po plecach, bez obawy, że spadnie na ziemię. Kiedy mieli chwilę wolnego, czasem nawet kilka razy w tygodniu trenowali w domu różne wymyślne figury taneczne, które im potem pozwalały „rządzić na parkiecie”. Choć oczywiście z reguły nie był to parkiet, lecz deski, wykładzina dywanowa albo linoleum.

Tak się zdobywało lokalną popularność, trzeba było mieć dżinsy, najnowszą płytę The Beatles i umieć podrzucić dziewczynę pionowo do góry tak, żeby okręciła się w powietrzu wokół własnej osi, zanim się ją znowu złapało i postawiło na ziemi.

Rock and roll był muzyką prostą i nieskomplikowaną, a to sprawiało, że w każdej szkole na świecie, a czasem nawet w każdej klasie powstawały zespoły rockowe. W większości męskie. Może dlatego, że chłopakom odpowiadało mocne uderzenie, szybsze i agresywniejsze, niż to, co dotychczas się grało w muzyce rozrywkowej. W każdym liceum i technikum, w każdej zawodówce byli chłopcy, którzy fantastycznie grali, a zdobycie sprzętu było wystarczająco proste, by każdy mógł grać. Ktoś kiedyś powiedział, że wystarczyło mieć gitary i garnki. Ale to nie takie proste. W polskim filmie Yesterday, z 1984 roku (nie mylić z amerykańskim z roku 2019) perkusista gra rzeczywiście na garach i garnkach, ale znawcy twierdzą, że „na wiadrach to nie pograsz, bo to nie ma odbicia zupełnie. Odczucia muszą być podobne do odbicia z naciągu”. Ale perkusja była niewątpliwie najdroższym elementem wyposażenia takiego szkolnego zespołu. W Liverpoolu, w czasie, gdy powstał zespół The Beatles, było pięć tysięcy zespołów młodzieżowych. Zespół Stefana nazywał się SZOPA, od pierwszych liter ich imion – Stefan, Zbychoo, Olek, Piotrek, Antek. Marek chodził do innej klasy, grał z nimi czasami, ale jednak jego imię nie przyłożyło literki do nazwy zespołu, z którym zyskali “nieśmiertelną sławę” na miarę ich własnego liceum.

Każdy zespół musiał mieć wokal, gitarę prowadzącą, gitarę rytmiczną, gitarę basową i perkusję, czasem pianino lub organy, czyli tak zwane klawisze. Chłopcy grali na szkolnych zabawach i na akademiach, chociaż wtedy najpiew musieli odwalić klasyczny repertuar z czasów Komuny – Międzynarodówkę, My ze spalonych wsi, Ukochany kraj, umiłowany kraj lub Wszystko tobie, ukochana ziemio. Po tej triadzie, ewentualnie tetradzie, mogli już grać, co chcieli, i czasem był to Armstrong, czasem Presley, niekiedy Penderecki, czasem Bach lub Czerwone Gitary, „Beatlesi” albo „Stonsi”. Stefan śpiewał, grał na gitarze i klawiszach jakąś własną mieszaninę jazzu, bluesa i rock and rolla. Nic dziwnego, że kiedyś Tadzio, jego syn, zostanie muzykiem hip-hopowym.

Teksty utworów były proste, chłopcy je sami pisali, i prawie zawsze dotyczyły miłości, z reguły samych jej początków. Każdy młody człowiek na całym świecie bez trudu utożsamiał się z tą muzyką i jej przekazem – kocham i nie ma nic ważniejszego niż miłość. I o ile nieszczęśliwie zakochane dziewczęta mogły jeszcze szukać pomocy u poetek, a w PRL-u przede wszystkim u Małgorzaty Hillar, o tyle chłopcy na wszelkie rozterki duchowe mieli tylko rock’an’rolla, zwanego w Polsce najpierw big beatem, a potem, żeby było jeszcze bardziej swojsko – mocnym uderzeniem. I to pomagało. Zawsze. W każdej sytuacji, na każdą miłość, tęsknotę i rozczarowanie, mieli swoje melodie i teksty. I can get no satisfaction. Albo: when you leave me, I will surely die.

Muzyka to była wolność. Wolność od dorosłych, od opresji ze strony rodziców, szkoły, partii, kościoła, społeczeństwa, wścibskich ciotek, złośliwych sąsiadów, nadmuchanych własną ważnością dyrektorów. Od, od, od. Od wszystkiego.

Na prywatkę i do Non Stopu trzeba się było odpowiednio ubrać. Oczywiście szczytem bycia na topie były prawdziwe dżinsy, a jak się ich nie miało, to jak najbliższe oryginału podróbki. Stefan jeszcze przez wiele lat opowiadał, że żeby kupić od jakiego marynarza dżinsy, które na nich pasowały – byli podobnie zbudowani, wysocy i szczupli, ale wtedy prawie wszyscy byli szczupli – zebrali wszystkie pieniądze, jakie mieli, spieniężyli kilka pocztówek dźwiękowych, sporo butelek z piwnic rodziców i sąsiadów, a także parę książek z bibliotek rodziców. I tak kupili tę jedną, jedyną parę, po to, żeby ją… rozpruć. Było to straszne i gdyby nie byli chłopakami, to chyba by się rozpłakali, prując te najpiękniejsze na świecie blue jeans, ale dzięki temu zdobyli idealny wykrój, według którego potem przez lata szyli podróbki.
Pamiętam, że jak doczekałam się wreszcie tego, że mama poprosiła kogoś, kto przyjeżdżał z Anglii, żeby mi przywiózł dżinsy, mama nie przekazała prośby dokładnie i dostałam granatowe dzinsy sztruksowe! Jaka byłam w nich gruba! Do dziś pamiętam to nie dające się opisać rozczarowanie. To już chyba nawet szariki były lepsze!

Stefan dostał od mamy starą, poniemiecką maszynę Singera i nauczył się szyć, tylko po to, żeby te dżinsy były idealnie takie, jakie miały być. Zbychoo miał dojścia do fabryki włókienniczej w Łodzi, gdzie pracowała jakaś jego ciotka, został więc głównym zaopatrzeniowcem grupy. Tak właśnie funkcjonował PRL, kraj, w którym nigdy nic nie było, wszystko jednak dawało się zorganizować i wszyscy wszystko mieli. Antek został krojczym i twierdził, że bardzo mu się to przyda, jak już pójdzie na studia, bo inżynier budowy okrętów musi umieć zaplanować traserom układanie na grubych stalowych płytach elementów kadłuba tak, żeby po wycięciu zostawało jak najmniej odpadów. Trenował więc na spodniach. Stefan szył, a Piotrek i Olek, którzy mieli smykałkę do interesów, sprzedawali je na dużej przerwie w szkole, w kącie między płotem a salą gimnastyczną. Było to właściwie jedyne miejsce w całej szkole, gdzie prawie nigdy nie zaglądali nauczyciele, z reguły więc spotykali się tam palacze, ale i palacze potrzebowali porządnych spodni, jakoś zatem potrafili się podzielić tą przestrzenią wolności.

Pieniądze ze sprzedaży „dżinsów spodni” zużywali na zakup instrumentów, muzyki oraz taniego wina, czyli jabola. Jabol, zwany też czasem jabłko, alpaga lub bełt, był tanim winem owocowym, jak sama nazwa wskazuje, jabłkowym, rzadziej wiśniowym. Cieszył się właściwie złą sławą, ale podobnie jak pocztówki dźwiękowe, był niezbywalnym składnikiem ich młodości. Pisząc tę powieść, przeczytałam w Wikipedii ciekawe zdanie: Mimo niskiej ceny i negatywnych skojarzeń polskie wina owocowe, produkowane tradycyjną metodą fermentacji moszczu owocowego, uważane były przez fachowców za wina wysokiej jakości w swojej klasie, co zawdzięczały głównie dobrej jakości naturalnym surowcom oraz tradycyjnej technologii produkcji. Wyobrażam sobie, że napisał to mój rówieśnik. Ciekawe, czy wyglądał jak któryś z „Bitlesów”. Taka była norma, wychodziłyśmy za mąż za facetów, którzy wyglądali jak „Bitlesi”. Najlepiej jak John Lennon (oryginalny, chudy w drucianych okularkach, zwanych do dziś „lenonkami”) albo Paul McCartney (ładny, bez okularów i zarostu).

W drugiej połowie lat sześćdziesiątych, kiedy jako SZOPA byli już stałymi bywalcami studenckich tańców, Stefan i jego koledzy znali dobrze światowe trendy. Czasy „Szadousów” i Rity Pavone minęły, słuchali Presleya, Paula Anki i Chucka Berry’ego, który odegrał w historii rocka taką rolę, że ktoś potem powiedział, że gdyby Chucka Berry’ego nie było, to trzeba by go było wymyślić. Jednak od czasów That’s All Right Mama najważniejszym człowiekiem w świecie muzyki na świecie był oczywiście Presley, jak na górze, tak i na dole, jak na Zachodzie, tak i na Wschodzie, i jego styl, rockabilly. Presley został wylansowany już w lipcu 1954 roku, ale ta pierwsza fala jego popularności nie miała jeszcze szans, żeby dotrzeć do Polski. Stalin już wprawdzie nie żył, ale Blok Wschodni wciąż jeszcze trzeszczał w okowach mroźnej wojny, mimo iż co i raz zdarzał się bunt niewolników.

W latach 60 wszyscy ci idole ustąpili miejsca „Bitlesom”, których nazwę pisało się i mówiło w Polsce nader dziwacznie. Zaraz po „Bitlesach” lokowali się The Rolling Stones czyli po polsku „Stonsi”. A po piętach deptały im następne sławy, The Bee Gees, czyli trzej bracia Gib, The Beach Boys, The Lovin’ Spoonful, Herman’s Hermits, The Who, a potem The Doors i Jimmy Morrisson. No i wreszcie nadciągnęły dwie wielkie gwiazdy ich młodości, Jimi Hendrix i Janis Joplin. Oboje umarli w 1970 roku, i wtedy już na dobre skończył się świat młodości, muzyki, wakacyjnych flirtów na plaży i poszukiwania wolnej chaty.
W międzyczasie wszyscy z SZOPY wpadli w politykę, zanim to jednak nastąpiło, do Warszawy przyjechali „Stonsi”.


* Masy inspiracji do tego rozdziału dostarczyli mi Jacek Krenz i Zbigniew (Zbychoo) Milewicz oraz wspomnienie o mojej (nieżyjącej już) przyjaciółce, Basi Owsianej, która stała się wzorem bohaterki tej powieści (jeśli to w ogóle jest powieść) i dała jej imię. Dziękuję, Basiu, dziękuję, chłopaki!

Poziomki

Rekapitulacja

Ela Kargol sfotografowała poziomki. Zrobiło to na Czytelnikach takie wrażenie, że postanowiłam “pójść za ciosem”.


Tam, gdzie rosną poziomki, Ingmar Bergman, 1957

Profesor Isak Borg udaje się do Lundu, by wziąć udział w obchodach własnego jubileuszu naukowego. Mężczyzna rozmyśla o swoim życiu.

Myśl powędrowała ku Scenariuszom Bergmana. Książka otworzyła się sama na fragmencie z Tam, gdzie rosną poziomki

ISAK: Stara poziomkowa polana...
[...] Chyba wtedy [...] usłyszałem dźwięk fortepianu. Zdziwiony odwróciłem głowę i spojrzałem na stojący na wzgórzu dom. Uległ on osobliwej przemianie. Fasada, przed chwilą martwa i ślepa, ożyła nagle, a słońce odbijało się w otwartych oknach. Białe firanki powiewały na ciepłym letnim wietrze. Barwne zasłony zwisały do połowy. Z komina wydobywał się dym. Stary letniskowy dom wrzał życiem. Wyraźnie słyszałem dźwięk fortepianu (było to chyba coś z Waldteufla, ale nie mogę przysiąc), przez okna natomiast dochodziły ludzkie głosy, śmiech, odgłos kroków, krzyki dzieci, skrzypienie pompy. Gdzieś na piętrze próbował ktoś śpiewać. Głos miał silny, w typie włoskiego tenora. Nikogo jednak nie było widać. Ta rzeczywista scena trwała jakiś czas – jak zjawa, która lada chwila może się rozwiać i przepaść w ciszy. I wtedy ją ujrzałem. Kiedy odwróciłem głowę, by wzrokiem objąć cały ten osobliwie odmieniony dom, zobaczyłem ją, jak klęczy w jasnożółtej sukience i zrywa poziomki... [Miejsce] wydało mi się znacznie mniejsze i nie zrobiło na mnie spodziewanego wrażenia. Jak przed laty rosło tu mnóstwo poziomek. Usiadłem pod starą, samotną jabłonią i począłem zbierać poziomki, jagoda po jagodzie. Czułem,
jak ogarnia mnie dziwne wzruszenie, jak poddaję się znużeniu i melancholii...

Fragment powieści Julity Bielak i Katarzyny Krenz, Księżyc myśliwych, 2015; cytat ze scenariuszy Bergmana za: . Bergman, Tam, gdzie rosną poziomki, tłum. K. Młynarz, [w:] tenże, Scenariusze, Warszawa 1987

Z brzytwą na poziomki, Klan

Piosenkę przypomniał Tibor Jagielski. Napisał:

a pamietasz klan “z brzytwą na poziomki”? niezły hit był, na “manhattanie” (w szczecinie, na czarno) kupowało się wtedy najnowsze przeboje krajowe i zagraniczne (plastikowe kartki – z reguły dwa utwory), a adapter miałem, to były czasy!

Z brzytwą na poziomki wybiegał co rano
Oczy miał błyszczące i włosy rozwiane
Biegł biegł w zielony las z brzytwą
Jak można poziomki ścinać wiosną brzytwą
Deptać małe kwiatki ważki straszyć szpilką
Biec biec w zielony las z brzytwą

My zielone fauny na fujarkach grajmy
My zielone fauny niszczyć mu nie dajmy
Obrońmy poziomki pachnące soczyste
Obrońmy poziomki zabierzmy mu brzytwę
Z brzytwą na poziomki na oślep przez łąkę
Biegł biegł zdyszany na oślep co tchu biegł biegł
W zielony las z brzytwą

My zielone fauny na fujarkach grajmy
My zielone fauny niszczyć mu nie dajmy
Obrońmy poziomki pachnące soczyste
Obrońmy poziomki zabierzmy mu brzytwę
Słodkim aromatem poziomki pachniały
Las go zaczarował że zrobił się mały

Biegł biegł wśród wysokich traw i zniknął
Gdzie on teraz błądzi mniejszy od poziomki
Wyśmieją go mrówki ważki i stokrotki
Pewnie poszedł tam wstąpił sam donikąd
My zielone fauny na fujarkach grajmy
My zielone fauny niszczyć mu nie dajmy
Obrońmy poziomki pachnące soczyste
Obrońmy poziomki zabierzmy mu brzytwę

Tekst: Marek Skolarski

Zawsze jeszcze pozostaje pytanie – truskawki, czy poziomki. W paru sytuacjach artyści twierdzą, że wiedzą. Ale czy na pewno? Poza tym jeszcze się do naszej wiedzy o tym, co wiemy, wtrącają tłumacze, a tłumaczenie z różnych języków słów poziomka i truskawka, jest, hmmm, no, mało wiarygodne:


Wg artystów i tłumaczy wszystkie te ilustracje przedstawiają truskawki, ale przecież oczywiste jest, że są to poziomki.

Gdy wakacje są ważniejsze niż wojna

Tekst znaleziony na Facebooku 22 czerwca 2022 roku. Tytuł ogólny tego wpisu pochodzi ode mnie. Wydaje mi się, że wakacje, słońce, plaża, jezioro sprawiają, że zapominamy, co się dzieje na wschód od Polski. Tekst opublikowała na Facebooku Justyna Sobolewska, która podała go za Tomaszem Sikorą. Autorką tekstu jest Halyna Kruk, ukraińska pisarka i poetka, która wygłosiła go w Berlinie podczas otwarcia Festiwalu Poezji.

Zdjęcie tytułowe na stronie facebookowej Halyny

Halyna Kruk

Wojna nie jest metaforą

W czerwcu 2014 roku, kiedy rosyjskie kolumny czołgów wjeżdżały na ukraińskie regiony Doniecka i Ługańska, powiedziałam podczas odczytu w starej, dobrej Europie, że w takiej sytuacji nam, Ukraińcom, trudno będzie rozmawiać o poezji. Po czym moderatorka – 30-letnia Rosjanka z Berlina – wzięła się za pouczanie, że poezja jest ponad wojną, że wielka kultura rosyjska jest ponad wojną, że Cwietajewa, Achmatowa czy Pasternak nigdy nie zniżali się do tak przyziemnych, zwykłych tematów jak wojna, patrzyli na wieczność, byli ponad tym wszystkim. A w ogóle co to miałoby mieć wspólnego z Rosją? Przez osiem lat staraliśmy się, aby nasze głosy były słyszalne: hej, jesteśmy na wojnie, część naszego kraju jest okupowana, tu codziennie giną ludzie. Upominano nas i pouczano jak uparte dzieci: nie mów o tym, przestań, bądź mądrzejszym, bądź ponad tym.

Rosja od ośmiu lat budowała swoją armię i przygotowywała się do inwazji na pełną skalę, a apetyt rósł. Rosyjscy poeci nadal uparcie spoglądali w wieczność, nie zdając sobie sprawy, jak ich kraj stał się autorytarnym państwem imitującym demokrację, kultywując jednocześnie narrację o własnej wielkości. Ci, którzy nie mogli już sobie poradzić, wyemigrowali i nadal prezentowali rosyjską kulturę jako wysublimowaną rosyjską fasadę. Przypuszczam, że moje słowa nie spodobają się wam, zaznajomionym z najlepszymi świadectwami kultury rosyjskiej. Nie musicie w to wierzyć, tak jak mieszkańcy Borodjanki , Hostomla i Buczy pod Kijowem nie chcieli uwierzyć, że Rosjanie przyszli ich zabić, nieuzbrojonych cywilów, bez powodu, bez przyczyny, bez różnicy. Mężczyźni i kobiety, dzieci i starcy. Zabijaj, gwałć, niszcz. Nie przychodzi mi do głowy żadna metafora, która uczyniłaby te słowa bardziej atrakcyjnymi lub przynajmniej mniej szokującymi.

Metafory nie działają przeciwko ludziom z karabinami maszynowymi. Kiedy twój samochód, którym ty i twoje dzieci próbujecie uciec przed wojną, zostanie przejechany przez czołg, żaden wiersz nie pomoże. Kiedy siedzisz całymi dniami przed zawaloną piwnicą wieżowca i słyszysz w środku krzyki swoich dzieci i wnuków, ale nie możesz ich wydostać, poezja jest nie na miejscu. Wydarzenia te są mocnym materiałem, europejski autor mógłby napisać o nich książkę na wieczność, a którą będzie czytać się w kółko. Ale ktoś, kto sam tego doświadczył, nie napisze tej książki. Ponieważ nikt nie ma siły, by przez to wszystko przejść, a potem tłumaczyć ten ból innym.

Wojna tworzy przepaść między tymi, którzy jej doświadczyli, a tymi, którzy znajdują się w bezpiecznej oddali. Widzę, że z każdym dniem coraz trudniej jest wytłumaczyć osobom z zewnątrz, jak się czujemy my, którzy jesteśmy w środku. A moja potrzeba wyjaśniania czegoś znika. Mówimy językiem, który staje się coraz bardziej niezrozumiały, nie mamy nastroju na poezję. Kiedy twój mąż jest na froncie, część krewnych jest poddawana straszliwej okupacji w obwodzie chersońskim, a inni w obwodzie charkowskim są pod ciągłym ostrzałem; kiedy ciągle trzeba być przygotowanym na kolejny alarm przeciwlotniczy, bo czasem naprawdę przylatuje coś, co zabija – wtedy trudno być wzniosłym. Poezja przybiera wtedy swoje własne formy, jako spontaniczna modlitwa, lament, a nawet przekleństwo przeciwko wrogowi. Te formy poezji są obce współczesnej poezji europejskiej, są funkcjonalne i rytualne, niezwykle istotne w swoich emocjach, niezwykle subiektywne, bardzo żałosne i nietolerancyjne. Trudno być tolerancyjnym wobec wroga, który zabija ciebie lub twoje dzieci. Kiedy zabije jednego, bierze się za następnego. Nie sądzę, że możesz być ponad to.

Obecnie jedna piąta mojego kraju jest czasowo zajęta. I niestety to nie jest metafora. Ludzie z okupowanych terytoriów są zabijani, terroryzowani, deportowani do obozów filtracyjnych w Rosji, rodzice i dzieci rozdzielani, wynaradawiani. Żadna poezja nie ma na to słów. Moja tablica na Facebooku aż roi się od zdjęć niesamowicie pięknych ludzi – mężczyzn i kobiet, rodziców, dzieci, zamordowanych przez Rosję. To nie jest metafora. Facebook blokuje lub usuwa te zdjęcia jako informacje zawierające intymne treści, które mogą zdenerwować użytkowników mediów społecznościowych. Ci ludzie nie urodzili się, by zginąć na wojnie, nie dostali dyplomu ukończenia studiów lub jakiegoś niższego stopnia, by zginąć na wojnie, nie rozwinęli swoich talentów, by umrzeć na wojnie. Utrata tych ludzi rozdziera ziejącą ranę, która pozostaje – w naszych duszach, w naszej kulturze, nauce, gospodarce, przemyśle, społeczeństwie. To nie jest metafora.

Nie znam żadnej poezji, która mogłaby uleczyć tę ranę. Ta wojna zabija nas wszystkich, każdego na swój sposób, chociaż na zewnątrz możemy wyglądać bezpiecznie i zdrowo, ale teraz poruszamy się małymi skokami, nawet na otwartej przestrzeni, głośne dźwięki sprawiają, że drżymy, a nasze małe dzieci, które miały doświadczenie siedzenia w piwnicy pod ogniem, nie płaczą już, kiedy się boją. Nawet najmłodsi wiedzą, że płacz może kosztować ich życie. I to też nie jest metafora.

Wojna wszystko wyjaśnia do tego stopnia, że ​​praktycznie nie ma już miejsca na poezję. Tylko na świadectwa.

Tymczasem nasi rosyjscy koledzy tworzą wzruszającą i głęboką poezję o wieczności, w bezpiecznym miejscu, na emigracji, gdzie nie ma strzelania, mając na uwadze artystyczne podejście i nie rozpraszając się brudem i przeciwnościami rzeczywistości. I ani syrena, ani kule, ani okupant z karabinem maszynowym lub czołgiem nie powstrzymują ich od skoncentrowanej pracy.

Bardzo żałuję, że poezja nie zabija.