Polka niepodległa

Anna Krenz (Dziewuchy Berlin)

List do polityków / Brief an die Politiker: 2021 bobowska list

Irena Bobowska – Die vergessene Heldin / Zapomniana bohaterka
11 March 2021
Przypominamy o brakującej połowie dziejów. Nadajemy twarz herstorii. 

W naszych działaniach mówimy często o kobietach zapomnianych, anonimowych bohaterkach, jako, że w cywilizacji opartej na patriarchacie, historia pisana jest przez zwycięzców – mężczyzn. Zapisana historia opiera się na ciągu wojen, konfliktów, przemocy, gdzie dominują bohaterowie – generałowie, przywódcy, żołnierze, papieże. Im stawia się pomniki, o nich pisze.
Dopiero od ok 100 lat kobiety są pełnoprawnymi obywatelkami, dopiero od ok 100 lat mogą studiować i pracować w zawodzie. Tym bardziej, by nadgonić stracone lata, należy pisać i mówić o bohaterkach, też tych dnia codziennego. Nikt za nas tego nie zrobi.

Przez ostatnie lata w Berlinie odbywała się debata na temat miejsc pamięci i możliwej lokalizacji pomnika polskich ofiar nazizmu. Debata była długa, toczyła się wśród mężczyzn na różnych stanowiskach, wśród polityków, w Bundestagu. Kobiety, szczególnie młode, nie brały w niej udziału.

Kiedy Bundestag debatował pod koniec października 2020 na temat miejsca pamięci polskich ofiar nazizmu, my odprawiłyśmy ceremonię Dziadów (1.11.2020) pod Pomnikiem Polskiego Żołnierza i Niemieckiego Antyfaszysty (Volkspark Friedrichshain), przypominając w spektaklu postaci kobiet w historii, polityce i kulturze: https://www.dziewuchyberlin.org/2020/10/27/bloody-week-all-saints-dziady/

Natomiast 11 listopada, w Święto Niepodległości Polski, nieformalnie zmieniłyśmy nazwę pomnika na Pomnik Walczących o Naszą i Waszą Wolność, ujmjując i podkreślając brakującą połowę społeczeńswa – kobiety*, które również walczyły, również przyczyniły się do odzyskania niepodległości Polski, ale nie wspomina się o nich na kartach historii. Podobnie o wolność walczą kobiety w Polsce dziś. I im poświęcamy również symboliczną przestrzeń wolności.

Z powodów politycznych odmówiono nam (w ostatniej chwili) udziału w uroczystym zasadzeniu Drzewa Polonii w grudniu 2020, podczas którego planowałyśmy odczytać wiersze polskich migracyjnych poetek – w tym, Ireny Bobowskiej. Dla Biura Polonii poezja kobiet okazała się problematyczna. Dlatego…

Podczas performance, jaki zorganizowałyśmy 8 marca 2021 w Berlinie, przypomniałyśmy postać poznańskiej antyfaszystowskiej działaczki, Ireny Bobowskiej (*3.9.1920 Poznań, +26.9.1942 Berlin, Plötzensee). We wrześniu 1942 r. przed gilotyną w berlińskim więzieniu Plötzensee stanęła Irena Bobowska, młoda poznańska poetka, w wieku 22 lat skazana na karę śmierci za wydawanie niepodległościowej gazety Pobudka.

W wieku dwóch lat przeszła chorobę Heinego-Medina, w wyniku której do końca życia jeździła na wózku inwalidzkim. Przez rodzinę i przyjaciół nazywana była Nenią. Po klęsce wrześniowej 1939 r., już w pierwszych tygodniach okupacji Irena Bobowska przystąpiła do działalności konspiracyjnej pod pseudonimem „Wydra”. Od listopada 1939 r. stała na czele redakcji podziemnego pisma pt. Pobudka. Irena zajmowała się także pisaniem artykułów oraz powielaniem i kolportażem gazet – do tego służył jej wózek inwalidzki. Przewoziła w nim także broń.

20 czerwca 1940 r. została aresztowana przez Niemców wraz z pozostałymi członkami redakcji Pobudki i osadzona w Forcie VII w Poznaniu. Wówczas mogła jeszcze przesyłać rodzinie paczki z brudną bielizną i otrzymywać je wypełnione tylko chlebem, kilkoma dekagramami tłuszczu, cebulą oraz cukrem bądź słodkim pieczywem. Irena chowała w tych opakowaniach krótkie grypsy, w których pisała rodzinie, że wszystko jest w porządku. W Forcie VII zarekwirowano jej wózek inwalidzki, mimo że przez chorobę nie umiała chodzić. Była tam bita, głodzona i torturowana.

Następnie przeniesiono ją do więzienia we Wronkach, potem w Spandau, a w końcu do szpitala więziennego w Alt-Moabit, w Berlinie. Tam 12 sierpnia 1942 r. stanęła przed sądem wojskowym. W trakcie rozprawy pozwolono jej zabrać głos. Wypowiedź trwała 30 minut i nie było w niej ani jednego słowa usprawiedliwienia, czy prośby o ułaskawianie. Bobowska mówiła o czasie zaborów, germanizacji, okrucieństwach trwającej wojny. Otrzymała wyrok śmierci, który wykonano przez ścięcie na gilotynie 26 września 1942 r. Pozostawiła po sobie więzienne wiersze i wiele rysunków.

Wiersz Bo ja się uczę…, napisany w Forcie VII w Poznaniu, na wolność wyniosła w bucie jej ciotka, zwolniona z więzienia we Wronkach. Wiersz ten, pełen bólu, ale i nadziei, krążył anonimowo po więzieniach i obozach koncentracyjnych. Czytały go więźniarki w Oświęcimiu, czytały go więźniarki w powojennym Fordonie.

Przypominamy. Bo była istotna. Bo jest istotna.

****************
Bo ja się uczę największej sztuki życia:

Uśmiechać się zawsze i wszędzie
I bez rozpaczy znosić bóle,
I nie żałować tego, co przeszło,
I nie bać się tego, co będzie!
Poznałam smak głodu
I bezsennych nocy (to było dawno),
I wiem, jak kłuje zimno,
Gdy w kłębek chciałbyś skulony
Uchronić się od chłodu.
I wiem, co znaczy lać łzy niemocy
W niejeden dzień jasny,
Niejedną noc ciemną.
I nauczyłam się popędzać myślami
Czas, co bezlitośnie lubi się dłużyć,
I wiem, jak ciężko trzeba walczyć z sobą,
Aby nie upaść i nie dać się znużyć
Nie kończącą zda się drogą…
I dalej uczę się największej sztuki życia:
Uśmiechać się zawsze i wszędzie,
I bez rozpaczy znosić bóle,
I nie żałować tego, co przeszło,
I nie bać się tego, co będzie!

(Fort VII, Poznań)

Wir erinnern Sie an die fehlende Hälfte der Geschichte. Wir geben Herstory ein Gesicht.

In unseren Aktionen sprechen wir oft über vergessene Frauen*, anonyme Heldinnen, denn in einer Zivilisation, die auf dem Patriarchat basiert, wird die Geschichte von den Siegern – Männern – geschrieben. Die aufgezeichnete Geschichte basiert auf einer Abfolge von Kriegen, Konflikten, Gewalt, in der Helden dominieren – Generäle, Führer, Soldaten, Päpste. Ihnen werden Denkmäler errichtet, über sie wird geschrieben.

Erst seit etwa 100 Jahren sind Frauen* vollwertige Bürgerinnen, erst seit etwa 100 Jahren können sie studieren und in ihren Berufen arbeiten. Um die verlorenen Jahre aufzuholen, ist es umso wichtiger, über Heldinnen zu schreiben und zu sprechen, auch über Alltagsfrauen. Niemand wird das für uns tun.

In den letzten Jahren gab es in Berlin eine Debatte über Gedenkstätten und den möglichen Standort eines Denkmals für polnische Opfer des Nationalsozialismus. Die Debatte war lang, sie fand unter Männern in verschiedenen Positionen statt, unter Politikern, im Bundestag. Frauen*, insbesondere junge Frauen*, nahmen daran nicht teil.

Als der Bundestag Ende Oktober 2020 über die Gedenkstätte der polnischen Opfer des Nationalsozialismus debattierte, veranstalteten wir am Vorabend des polnischen Soldaten und deutschen Antifaschisten (Volkspark Friedrichshain) die “Totenfeier” (1.11.2020) und erinnerten an die Figuren von Frauen* in Geschichte, Politik und Kultur in der Aufführung. > https://www.dziewuchyberlin.org/2020/10/27/bloody-week-all-saints-dziady/

Am 11. November, dem Unabhängigkeitstag Polens, haben wir den Namen des Denkmals informell in Denkmal für den Kampf für unsere und Ihre Freiheit geändert, um die fehlende Hälfte der Gesellschaft einzufangen und hervorzuheben – Frauen*, die ebenfalls gekämpft haben, haben ebenfalls zur Wiedererlangung der Unabhängigkeit Polens beigetragen, aber Sie werden auf den Seiten der Geschichte nicht erwähnt. Frauen in Polen kämpfen heute auf ähnliche Weise für die Freiheit. Und wir widmen ihnen auch einen symbolischen Raum der Freiheit.

> https://www.dziewuchyberlin.org/2020/11/10/11-11-2020-za-nasza-i-wasza-wolnosc-fur-eure-und-unsere-freiheit/

Aus politischen Gründen wurde uns (in letzter Minute) die Teilnahme an der feierlichen Pflanzung des Polonia-Baumes im Dezember 2020 verweigert, bei der wir die Gedichte polnischer Migrantinnen Dichterinnen – darunter Irena Bobowska – lesen wollten. Für die Biuro Polonii Verein erwies sich die Poesie der Frauen* als problematisch. Deswegen…

Während der Aufführung, die wir am 8. März 2021 in Berlin organisierten, erinnerten wir an Irena Bobowska (*3.9.1920 Poznań, +26.9.1942 Berlin, Plötzensee), eine polnische Dichterin, die während der nationalsozialistischen Besatzung Mitgliederin von Untergrundorganisationen in Posen war.

Am 26. September 1942 stand Irena Bobowska, eine junge Dichterin aus Posen, im Alter von 22 Jahren wegen Veröffentlichung der Unabhängigkeitszeitung „Pobudka“ zum Tode verurteilt, vor der Guillotine im Berliner Gefängnis Plötzensee.

Im Alter von 2 Jahren litt sie an der Heine-Medina-Krankheit, wodurch sie bis zu ihrem Lebensende im Rollstuhl fuhr. Sie wurde von ihrer Familie und ihren Freunden Nenia genannt.

Nach der Niederlage im September 1939 begann sie in den ersten Besatzungswochen unter dem Pseudonym “Wydra” unterirdische Aktivitäten. Ab November 1939 leitete sie die Redaktion der Untergrundzeitschrift “Anreiz”. Irena schrieb auch Artikel sowie vervielfältigte und verteilte Zeitungen – dafür war ihr Rollstuhl gedacht. Sie trug auch Waffen darin.

Am 20. Juni 1940 wurde sie von den Deutschen zusammen mit anderen Mitgliedern der Redaktion von “Pobudka” festgenommen und in Fort VII in Posen inhaftiert. Zu dieser Zeit konnte sie noch Päckchen mit schmutziger Wäsche an ihre Familie senden und sie nur mit Brot, ein paar Dekagrammen Fett, Zwiebeln und Zucker oder süßem Brot gefüllt erhalten. In diesen Paketen hielt Irena kurze Nachrichten, in denen sie ihrer Familie schrieb, dass alles in Ordnung sei. In Fort VII wurde ihr Rollstuhl beschlagnahmt, obwohl sie wegen einer Kinderkrankheit nicht laufen konnte. Sie wurde dort geschlagen, verhungert und gefoltert.

Dann wurde sie in das Gefängnis in Wronki, dann in Spandau und schließlich in das Gefängniskrankenhaus in Alt-Moabit, Berlin, gebracht. Dort wurde sie am 12. August 1942 vor ein Militärgericht gebracht. Während der Anhörung durfte sie sprechen. Die Erklärung dauerte 30 Minuten und es gab kein einziges Wort der Entschuldigung oder der Bitte um Verzeihung. Bobowska sprach über die Zeit der Teilung, die Germanisierung und die Gräueltaten des andauernden Krieges. Sie wurde am 26. September 1942 durch Guillotine Schneiden zum Tode verurteilt. Sie hinterließ Gefängnis Gedichte und viele Zeichnungen.

Das Gedicht “Weil ich lerne …”, geschrieben in Fort VII in Posen, wurde von ihrer Tante, die aus dem Gefängnis in Wronki entlassen wurde, in einem Schuh aus dem Gefängnis gebracht. Dieses Gedicht, voller Schmerz und Hoffnung, verbreitete sich anonym in Gefängnissen und Konzentrationslagern. Es wurde von weiblichen Gefangenen in Oświęcim, von weiblichen Gefangenen im Nachkriegs-Fordon gelesen.

Wir erinnern an sie. Weil sie war und ist – relevant.

****************
… Weil ich die größte Kunst des Lebens lerne:

Jederzeit und überall zu lächeln
Und den Schmerz ohne Verzweiflung zu ertragen,
Und nicht zu bereuen, was vergangen ist,
Und keine Angst haben vor dem, was sein wird!
Ich kenne den Geschmack von Hunger
Und schlaflose Nächte (das ist lange her)
Und ich weiß, wie kalt es sticht
Wenn du dich zu einem Ball zusammenrollen möchtest
Dich vor Kälte schützen.
Und ich weiß, was es bedeutet, Tränen der Hilflosigkeit zu vergießen
An vielen hellen Tagen
Und einer dunklen Nacht.
Und ich habe gelernt, die Zeit voran zu treiben,
Die sich gnadenlos hinzieht,
Und ich weiß, wie hart man sich selbst bekämpfen muss
Um nicht zu fallen und nicht zu ermüden,
Dass der Weg endlos zu sein scheint…
Und ich lerne immer noch die größte Kunst des Lebens:
Jederzeit und überall zu lächeln
Und den Schmerz ohne Verzweiflung zu ertragen,
Und nicht zu bereuen, was vergangen ist,
Und keine Angst haben vor dem, was sein wird!

Übersetzung: Ewa Maria Slaska


Fotos: Gabriella Falana

Z wolnej stopy 32

Zbigniew Milewicz

Salomon Morel, kat Zgody

Zima 1945 roku była mroźna, na Śląsku temperatury schodziły poniżej minus dwudziestu stopni, więc najważniejszy był dach nad głową i opał. Kiedy front wojenny się przewalił przez Katowice i przyszła nowa fala wielkiej wędrówki ludów, do mieszkań opuszczonych przez Niemców zaczęli wprowadzać się przybysze ze zrujnowanych terenów centralnej Polski, repatrianci zza Buga i osobnicy niewiadomego pochodzenia, którzy na tym exodusie robili złote interesy – szabrownicy, którzy zwykle pierwsi pojawiali się w bezpańskim lokalu i wynosili stamtąd wszystko, co tylko mieściło się w drzwiach. Poźniej te sprzęty można było kupić na bazarze i zdarzało się, że wracały pod stary adres z nowymi lokatorami. Wychodząc z mieszkania, człowiek zamykał drzwi na kłódkę, oklejał je papierem, na którym pisał, że to jego własność, a po powrocie często zastawał tam już inną rodzinę. Musiał więc sobie szukać nowego locum, a jak miał pecha, to kolejnego. Na szczęście pustostanów było wtedy sporo.

Węgiel na opał ludzie trzymali w piwnicach, ale nie było kłódki, która nie dałaby się wyłamać, gdy doskwierał mróz. Do pieca szły więc zastępczo meble, klepki z parkietu, książki, wiem to z opowieści familijnych. Moi rodzice po ślubie zamieszkali w Katowicach; mieszkanie na Starowiejskiej, pod piątką, w którym się urodziłem, było chyba trzecim z kolei, które udało im się wreszcie zatrzymać na dłużej. Wojna minęła, komunistyczny system kneblował ludziom usta, ale komu Urząd Bezpieczeństwa Publicznego nie miał, póki co, niczego do zarzucenia, ten był wolny, mógł żyć z kim chciał, gdzie mu się podobało, albo gdzie znalazł pracę, z czego ludzie – zwłaszcza młodzi – skwapliwie korzystali.

We Wspomnieniach śląskiego pisarza i poety Wilhelma Szewczyka czytamy, że w pierwszych dniach po wyzwoleniu Katowic całe życie koncentrowało się w Urzędzie Wojewódzkim. „Gdy wszedłem tam po raz pierwszy – pisze – ujrzałem jedno wielkie koczowisko. Przenikliwe zimno wiało przez korytarze. W pokojach urzędowali ludzie w paltach, przy elektrycznych piecykach”. Mówiło się, że wycofujący się Niemcy mogli zaminować gmach (w czasie wojny urzędowały tu władze Reichsgau Oberschlesien), ale skoro pułkownik Ziętek wciąż tkwił na swoim posterunku, nie mogło być aż tak źle. Pułkownik był jednym z wicewojewodów, drugim mianowano Stefana Wengierowa, a całością dowodził generał dywizji Aleksander Zawadzki. Struktury nowej władzy administracyjnej w Polsce tworzyły tzw. grupy operacyjne, które szły bezpośrednio za frontem i to ich członkowie stali na czele grupy “Śląsk”.

Pułkownik Jerzy Ziętek, Ślązak z krwi i kości, miał za sobą sanacyjną przeszłość, ale jako wychowanek szkoły oficerów polityczno-wychowawczych w Riazaniu, był dla radzieckiej komendantury “swoim człowiekiem”. Obdarzony organizacyjnym i gospodarskim talentem, umiał pokierować życiem Śląska i Zagłębia, region szybko stawał na nogi. Na przykład w Katowicach: dzięki temu, że pracowała elektrownia, część miasta miała prąd. Od 1 lutego działały wodociągi. Dwa dni później wznowiono ruch kolejowy z Katowic do Siemianowic i Ligoty. Kursowały po trzy pociągi dziennie, bo z taboru zostało tylko 55 wagonów. Pierwsze szkoły powszechne otwarto 11 lutego. Zasługą wicewojewody było również powołanie latem 1945 komisji, która sporządziła spis górników przymusowo wywiezionych do ZSRR, po zajęciu Górnego Śląska przez Armię Czerwoną. Zawierał on 9877 nazwisk. Podjęto działania zmierzające do zwolnienia deportowanych i ich powrotu do domu.

Generał Zawadzki był z kolei jeszcze przedwojennym komunistą i pochodził z Zagłębia. W akcję zwolnienia deportowanych ludzi angażował się z wielkim poświęceniem i emocjonalnie. Na posiedzeniu Komitetu Centralnego Polskiej Partii Robotniczej w maju 1945 roku mówił: “Komitet Centralny winien zająć stanowisko wobec wywózek. Stanowisko to winno dojść do świadomości Związku Radzieckiego i Armii Czerwonej. Ludność na Śląsku była entuzjastycznie nastawiona wobec Związku Radzieckiego, dziś ludność ta jest zdecydowanie nieprzychylnie nastawiona, klnie. (…) Musi ustać wywózka”. Niestety starania o powrót wywiezionych nie dały spodziewanych rezultatów. Skuteczniejsze okazały się prośby o przerwanie wywózki. Po spotkaniu wojewody Zawadzkiego z marszałkiem Konstantym Rokossowskim zwolniono do domów ponad 600 internowanych osób, ale nadal wystarczyło jedno fałszywe słowo sąsiada, albo rzekomego przyjaciela, aby najpierw trafić do lochu UB, a później znaleźć się za drutami kolczastymi obozu pracy w świętochłowickiej Zgodzie.

W tej dawnej filii KL Auschwitz, obok członków organizacji nazistowskich, siedzieli podejrzani o kontakty z SS, SA, albo Gestapo, ludzie, których jedynym przestępstwem było podpisanie niemieckiej Volkslisty, żołnierze Armii Krajowej i Narodowych Sił Zbrojnych oraz obywatele niechętni komunistycznej władzy. Powtórzę – wystarczyło domniemanie winy, lub donos, żeby się tam znaleźć.

Komendantem obozu był słynący z okrucieństwa Salomon Morel, który osobiście uczestniczył w przyjęciach nowych więźniów (dostarczanych także przez milicję i NKWD ) i ich przesłuchaniach. Na wstępie zawsze się im przedstawiał, że jest Żydem z Auschwitz, który stracił całą rodzinę w obozie, tylko on ocalał i teraz jego największym pragnieniem jest zemścić się na Niemcach. Kłamał z tym Oświęcimiem; do 1942 roku przeżył wojnę w ukryciu, w gospodarstwie Józefa Tkaczyka w Garbowie na Lubelszczyźnie (później uhonorowanego za to medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata), skąd pochodził. Kiedy granatowa policja zaaresztowała, a później zastrzeliła jego rodziców, jednego z braci i bratową, zorganizował z drugim bratem, Ickiem, przestępczą grupę, która rabowała mienie mieszkańców wsi w Lubelskiem i na Mazowszu. Wytropiła ich Gwardia Ludowa, uniknął egzekucji, zwalając wszystkie winy na brata, a w 1944 r. przyszła Armia Czerwona. Wtedy wstąpił do służby więziennej, podległej Ministerstwu Bezpieczeństwa Publicznego, odbył staż w katowni w osławionym lubelskim Zamku i wraz z sowietami znalazł się na Śląsku. Obóz, którym kierował, działał od lutego do listopada 1945 roku, więziono w nim co najmniej 5764 osób, z których niemal 1/3 nie przeżyła pobytu. To jest ta wspomniana już przeze mnie w poprzednim wpisie liczba udokumentowanych 1855 ofiar, których według IPN mogło być nawet 2,5 tysiąca.

Wśród osadzonych przeważali Niemcy i Polacy, ale byli również Ukraińcy, Austriacy, Rumuni a nawet Żydzi. Więźniowie umierali zakatowani w czasie przesłuchań, z wycieńczenia niskimi racjami żywnościowymi (strażnicy nagminnie kradli paczki żywnościowe, przysyłane przez rodziny) i pracą w okolicznych kopalniach i hutach, od kul konwoju w czasie próby ucieczki, na drutach kolczastych ogrodzenia baraków, przez które płynął prąd i w pętli na szyi. Wielu nie wytrzymywało psychicznie warunków obozowych. Inni umierali na czerwonkę, albo tyfus – wszystko było jak w hitlerowskim obozie zagłady Auschwitz-Birkenau.

Tylko komór gazowych i krematoriów jeszcze brakowało. Może pomysłowy Salomon Morel i z tym poradziłby sobie, gdyby nie tyfus, który w lipcu 1945 r. rozprzestrzenił się na cały obóz. Dowiedziała się o tym Warszawa, przyjechali oficjele i specjaliści, i w atmosferze skandalu podjęto różne radykalne środki zaradcze, a jesienią zlikwidowano obóz. Trzyosobowa komisja z prokuratorem Jerzym Rybakiewiczem na czele przeprowadziła w nim kontrolę, przejrzała akta, przesłuchała więźniów, po czym zwolniła prawie wszystkich do domu. Przedtem musieli oni tylko podpisać zobowiązanie, że pod groźbą kary więzienia nie będą z nikim rozmawiać o tym, co się tutaj działo. Wywiązali się z tego zobowiązania, bo kto z nas wiedział o Zgodzie?

A podporucznik Morel, jako dobry fachowiec ds. więziennictwa został przeniesiony na stanowisko komendanta do innego obozu i za swoje zasługi otrzymał Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski. Karierę zawodową w PRL-u zrobił bogatą, same wzloty, żadnych upadków. Ukończył ją w 1968 roku, jako naczelnik Wojewódzkiego Aresztu Śledczego w Katowicach w stopniu pułkownika służby więziennej, obwieszony wszystkimi możliwymi odznaczeniami państwowymi i zawodowymi, z tytułem magistra prawa Uniwersytetu Warszawskiego (praca magisterska nosiła tytuł „Praca więźniów i jej znaczenie“) i dobrą emeryturą. Kiedy na początku lat dziewięćdziesiątych Główna Komisja Badań Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu zainteresowała się tematem obozu pracy w Zgodzie, został przesłuchany w roli świadka. A kiedy rozpoczęto oficjalne śledztwo w tej sprawie, wyjechał do Izraela.

Prokuratura Wojewódzka w Katowicach postawiła Morelowi dziewięć zarzutów, w tym ludobójstwa. Oskarżony był m.in. o stosowanie wyszukanej metody tortur, tzw. „piramidy” (na polecenie komendanta strażnicy mieli rzucać więźniów jednego na drugiego, tworząc pięć, sześć warstw złożonych z ludzi). Zarzuty wobec Morela oparto przede wszystkim na zeznaniach ponad 100 świadków, spośród których pięćdziesięciu ośmiu było więźniami obozu w Świętochłowicach-Zgodzie. W pismach procesowych oskarżony swoje zachowanie uzasadniał wcześniejszymi przeżyciami z obozu Auschwitz-Birkenau, gdzie miał przebywać jako więzień, co jednak nie znajdowało oparcia w faktach. 19 grudnia 2003 roku Sąd Rejonowy w Katowicach wydał w sprawie Morela postanowienie o tymczasowym aresztowaniu, zażądano jego ekstradycji, ale Izrael odmówił wydania oskarżonego polskim władzom. Morel zmarł w 2007 r., śmiercią naturalną w wieku 88 lat, w Tel Avivie; do końca pobierał apanaże z Biura Emerytalnego Służby Więziennej. Jak mówią Rosjanie: wojna wojnoj, a obied po rozpisanji…

Salomon Morel nie był jedynym Żydem w stalinowskim aparacie bezpieczeństwa. Perfidia systemu polegała na tym, że dając praktycznie nieograniczoną władzę ludziom, których życie w czasie hitlerowskiej okupacji ważyło mniej od puchu, zyskiwano ich bezgraniczną wierność i posłuszeństwo. Nikt nie rodzi się kanalią, zostaje się nią w sprzyjających warunkach, a powojenny komunizm je tworzył. Oczywiście nie każdy nadawał się na ubeka, do tej służby trzeba było mieć odpowiednie predyspozycje. Włodek Paźniewski, mój sarkastyczny druch z Dziennika Zachodniego, ilustrował je słowami: gdyby ci kazali nazajutrz zabić swojego ojca, to powinieneś stanąć na baczność i zapytać, czy można przyspieszyć wykonanie rozkazu… Salomon Morel już nie miał ojca, czy było mu łatwiej mordować innych?

P.S. Rokrocznie, w dniu 27 stycznia, Ruch Autonomii Śląska, dla upamiętnienia Tragedii Górnośląskiej odbywa dziesięciokilometrowy marsz z Katowic pod bramę dawnego obozu pracy w Świętochłowicach-Zgodzie. W tym roku, z powodu covidowych obostrzeń sanitarnych, marsz się nie odbył, ale ku czci ofiar pod bramą złożono jak zawsze kwiaty i wieńce (Zdjęcie w winiecie).

Z wolnej stopy 31

Zbigniew Milewicz

Tragedia Górnośląska

W historii nic nie jest jednoznaczne. Dzisiaj obchodzimy Międzynarodowy Dzień Pamięci o Ofiarach Holocaustu, związany z rocznicą oswobodzenia największego niemieckiego obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau, w którym poddano ludobójstwu 1,1 miliona Żydów z całej Europy, do 150 tysięcy Polaków, około 23 tysięcy Romów, około 12 tysięcy jeńców radzieckich oraz ponad 30 tysięcy osób innych narodowości. Piekło oświęcimskiej zagłady przeżyło zaledwie około 200 tysięcy ofiar.

Obóz wyzwolili żołnierze Armii Czerwonej, która tego samego dnia, 27 stycznia 1945 wkroczyła do Katowic i innych miejscowości regionu śląsko-zagłębiowskiego. To były jednostki I i IV Frontu Ukraińskiego; witano czerwonoarmistów na ogół przyjaźnie, ich przybycie równało się dla mieszkańców z końcem hitlerowskiej gehenny, a o tym, że rozpoczyna się nowa okupacja nie wiedzieli. Kto mieszkał w Katowicach, Chorzowie, albo innej miejscowości, która przed wojną należała do Polski, miał więcej szczęścia od bytomian, zabrzan, czy gliwiczan, przypisanych po 20 marca 1921 r. plebiscytem do Niemiec. Na mocy porozumienia zawartego przez Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego z Moskwą, na terenach nieobjętych już działaniami wojennymi, powstawała polska administracja, wprawdzie politycznie lojalna wobec sowietów, ale i mająca decydujący głos w sprawie życia i mienia obywateli oraz zasobów publicznych. W miejscowościach, które przed 1939 rokiem należały do III Rzeszy, niepodzielnie rządziły radzieckie komendantury wojenne, współpracujące doraźnie z niemieckimi komunistami z organizacji „Wolne Niemcy”, wrogo nastawionymi do tworzącej się polskiej administracji. Jeszcze nie było wiadomo, jak zostanie podzielona Europa; niemieccy towarzysze wierzyli, że granice ich państwa nie ulegną zmianie i oni odegrają w nim kluczową rolę (co później częściowo się spełniło, kiedy powstało NRD, a w nim Stasi). Mieli ciekawe życiorysy – wpierw komuniści, następnie często w służbie SS, albo Gestapo, po przejściu kolejnych szlifów w NKWD zaciągali się do Polskiej Partii Robotniczej czy Urzędu Bezpieczeństwa i tam robili kariery. Panami życia i śmierci w dawnej III Rzeszy byli jednak Rosjanie.

“Dobijemy wroga w jego barłogu.” Armia Czerwona na Górnym Śląsku

Podobnie, jak dla Hitlera, tak i dla Stalina bogaty Śląsk był łakomym kąskiem.
Z danych Instytutu Pamięci Narodowej, który prowadzi badania dotyczące najnowszej historii Śląska, wynika, że już 31 stycznia 1945 roku Józef Stalin wydał rozkaz, by dokonano ewidencji wszystkich urządzeń i surowców, jakie można by wywieźć do Związku Radzieckiego. Górny Śląsk potraktowano jako zdobycz wojenną. Wywieziono stąd tysiące ton stali, ogołocono walcownie, zakłady przemysłowe Gliwic, Łabęd, Katowic, a także miast zagłębiowskich. Znikały demontowane szyny i tory kolejowe, ale największe ofiary ponieśli ludzie.


27 stycznia 1945 roku. Wyzwolenie Katowic. “Działy się straszne rzeczy, płonęło śródmieście”

„W Gliwicach 20 procent budynków (prawie tysiąc) legło w gruzach lub poszło z dymem, w tym starówka, kino i teatr – pisze Teresa Semik z Dziennika Zachodniego*. – Masowe rozstrzeliwania dotknęły mieszkańców Śródmieścia, Sośnicy, Sobiszowic, Żernik. Zginęło ponad 800 osób. W Gliwicach przebywało około 17 tysięcy żołnierzy radzieckich. Zajęli dwa szpitale oraz 11 szkół, które też zamienili na szpitale. W dzień chodzili po ulicach w piżamach, napadali na przechodniów, wyrywali im torebki, zabierali zegarki.

Gehennę przeżyły Miechowice, dziś dzielnica Bytomia. Sowieci zamordowali tam 380 mieszkańców, idąc od domu do domu. Spalili zamek Thiele-Wincklera i wiele okazałych kamienic. Miechowice w wyniku podziału Górnego Śląska pozostały w Niemczech, ale w czasie plebiscytu w 1921 roku prawie trzy czwarte, spośród ponad sześciu tysięcy głosujących, opowiedziało się za przyłączeniem do Polski.

W Przyszowicach koło Gliwic, które do 1939 roku pozostawały po polskiej stronie, czerwonoarmiści zamordowali co najmniej 69 osób w wieku od 10 do 78 lat, w tym kilku więźniów Auschwitz, którzy uciekli z marszu śmierci. Żołnierze radzieccy myśleli, że są już na terytorium niemieckim, więc na ludności cywilnej też mogą brać odwet za zbrodnie popełnione przez Niemców na ich ziemi.

W Zabrzu pretekstem do pogromu ludności było zabicie radzieckiego oficera przez młodego Niemca. W odwecie żołnierze radzieccy spalili kościół św. Ducha i okoliczne zabudowania, rozstrzelali ludzi.”

Historycy z IPN potwierdzają, że działania Armii Czerwonej wobec ludności Górnego Śląska zamieszkującej tereny dawnej III Rzeszy miały charakter represyjny. Gwałty na kobietach były zjawiskiem masowym, wśród ofiar znajdowały się nawet kilkuletnie dziewczynki i staruszki .„Po przejściu frontu przez Górny Śląsk władze sowieckie i polskie w poniemieckich obozach umieszczały osoby narodowości niemieckiej, folksdojczów oraz podejrzanych o wrogi stosunek do nowego ustroju – czytamy w innym materiale DZ**. – Na przykład w oświęcimskim obozie koncentracyjnym osadzono wielu Górnoślązaków przed wywiezieniem do ZSRR. Do dużych obozów – dawniej filii KL Auschwitz – w Jaworznie, Mysłowicach i Świętochłowicach kierowano setki zatrzymanych mieszkańców Górnego Śląska, których “winą” często było jedynie posiadanie II grupy volkslisty. W atmosferze nagonki na Niemców rolę kozła ofiarnego odgrywały nawet kobiety z dziećmi czy kilkunastoletni chłopcy”. Niestety wiele osób padło ofiarą donosów, wynikających z zatargów sąsiedzkich, rodzinnych czy też chęci zagarnięcia czyjegoś majątku. Oficjalnie w świętochłowickim obozie zmarło, zginęło lub popełniło samobójstwo 1855 osób. Wiele ofiar pochłonęła epidemia tyfusu.

Podobnie jak hitlerowcy po wkroczeniu na Śląsk w 1939 r., również NKWD dysponowało dokładnymi spisami mieszkańców, z wyszczególnieniem ich narodowości. Tym sposobem, za podpisanie II grupy niemieckiej volkslisty, mój dziadek Erwin stanął pod murem swojego domu na osiedlu Ruch w Chorzowie. Przed rozstrzelaniem uchroniła go interwencja sąsiada, pana Kruzla, który służył w pierwszej dywizji kościuszkowskiej i akurat był w domu na jednodniowym urlopie, o czym wspominałem już kiedyś. Ten zacny człowiek zaświadczył, że mój dziadek był śląskim powstańcem i czerwonoarmista, który miał wykonać wyrok, dał mojej mamie w ramach przeprosin puszkę tuszonki. Zdarzały się wtedy również cuda i można było spotkać dobrych ludzi w sowieckich mundurach. O tej tuszonce nie raz w domu słyszałem, podobno była smaczna, ale w jakich okolicznościach znalazła się w naszej kuchni, o tym dowiedziałem się dopiero po śmierci mamy. Myślę zresztą, że gdyby opowiedziano mi historię dziadka, który miał zginąć od sowieckiej kuli, kiedy byłem dzieckiem, to bym nie uwierzył. Tak mocno miałem wyprany mózg w szkole komunistyczną propagandą, że wycinałem z różnych czasopism zdjęcia bohaterskich bojców, ich czołgów, katiusz i samolotów, kleiłem je na tekturze i wieszałem w swoim pokoiku na ścianach, jak święte obrazki.

Ulica 27 stycznia, biegnąca równolegle do pobliskich torów kolejowych linii Wrocław-Kraków, jedna z główniejszych w katowickim śródmieściu, dopiero w 1991 r. wróciła do przedwojennej nazwy Wojewódzka. Od dnia wkroczenia Armii Czerwonej do Katowic, przez 36 lat pamiętała, ile dobrego jej Śląsk zawdzięcza. O tym, ile złego sowieci wyrządzili, zaczęto otwarcie mówić dopiero w latach dziewięćdziesiątych. Np. o deportacjach śląskich górników do kopalń w Związku Radzieckim; do Donbasu wyjeżdżały niekiedy całe sterroryzowane szychty. Według szacunkowych danych, los ten spotkał co najmniej 20 tysięcy osób, choć niektórzy twierdzą, że było ich znacznie więcej.

Pomnik poświęcony pamięci górników deportowanych w 1945 r. do kopalń ZSRR

„Mieszkańcy Śląska roku 1945 to społeczność kobiet, starców i dzieci – podsumowuje red. Semik. – W Gliwicach mężczyźni w wieku 17-50 lat stanowili zaledwie 17 proc. Jeszcze nie wrócili z wojny lub zginęli na froncie, albo już zostali zesłani do roboty na teren Związku Radzieckiego. Internowania, a potem deportacje na Wschód ruszyły 12 lutego 1945, dzień po zakończeniu konferencji w Jałcie. Stalin otrzymał tam zgodę koalicji antyhitlerowskiej na pobór niemieckiej ludności cywilnej do pracy przymusowej. Były to tzw. żywe reperacje. Z Górnego Śląska pierwszy transport ruszył 5 marca 1945 roku z Pyskowic.”


Plakat propagandowy z 1945 roku

Ilu z nich wróciło z powrotem do domu, nie wiemy. Ilu mieszkańców w sumie straciło życie w czasie pacyfikacji Górnego Śląska przez Armię Czerwoną, tego również nie podają żadne oficjalne dane. Temat Tragedii Górnośląskiej w szeroko rozumianej pamięci narodowej Polaków praktycznie nie istnieje, nie ma go w literaturze, mediach – jeżeli nie liczyć Dziennika Zachodniego i paru innych tytułów, w programach szkolnych. Owszem, są historycy, którzy go drążą, na Śląsku budzi on nadal emocje, ale walec czasu jest nieubłagany, minie pokolenie rocznika wnuków ofiar i wszystko wyrówna. Dlatego proponuję wrócić do PRL-owskiej nazwy tej ulicy, wtedy przynajmniej od czasu do czasu jakiś przytomny przechodzień zastanowi się nad tym, co u licha wydarzyło się 27 stycznia?


* 1945 rok na Górnym Śląsku. 25.01.2020, Katowice nasze miasto.

** Wyzwolenie i gehenna. Co zdarzyło się w 1945 r.? Agata Pustułka, 22.01.2010,

Z wolnej stopy 28

Zbigniew Milewicz

W matni

Rozkaz Eisenhowera, wstrzymujący 3 Armię generała Pattona przed wejściem do Pragi, aby mogli to zrobić czerwonoarmiści, miał jeden zasadniczy plus. Pozwolił całkowicie niechcący na uratowanie polskich żołnierzy z antykomunistycznej Brygady Świętokrzyskiej, wycofujących się z kraju, aby połączyć się z naszymi siłami zbrojnymi na Zachodzie. Było ich około tysiąca, w pełnym uzbrojeniu, gotowych stawić czoła wrogom, którymi byli zarówno Niemcy, jak i Rosjanie. Z tymi drugimi nie mieliby jednak szansy wygrać – z powodu liczebnej przewagi. Gdyby nie osłona 3 Armii Amerykańskiej, doszłoby do konfrontacji z siłami rosyjskimi i w najlepszym razie czekałaby ich wywózka do łagrów. Gdy dotarli do zachodniego frontu pod Pilznem, nawiązali kontakt z gen. Pattonem i ten pozwolił im dołączyć do swojego wojska. Sowieci domagali się wydania Polaków, ale Patton odmówił. Polacy oddali mu swój „dług“ niebawem w boju, we wspólnej walce z 11 dywizją niemiecką. To był 6 maja 1945 roku.

Dwa dni później, na konferencji prasowej, zwołanej z okazji zakończenia II wojny światowej, George Patton otwarcie powiedział, co myśli o sowieckich sojusznikach:

„Ta wojna zakończyła się dokładnie tam, gdzie się zaczęła. Na podwórku Hunów. (…) Ale na tym nie koniec. (…) To, co zrobili dzisiaj politycy w Waszyngtonie i Paryżu, podobni do ołowianych żołnierzyków, to historia, o której będziecie pisać przez jakiś czas. (…) Pozwolili nam wykopać w cholerę jednego gnoja, a jednocześnie zmusili, żebyśmy pomogli usadowić się następnemu, równie złemu albo jeszcze gorszemu niż tamten. (…) Wygraliśmy tylko szereg bitew, nie wojnę o pokój. (…) Będziemy potrzebowali nieustającej pomocy Wszechmogącego, jeśli mamy żyć na jednym świecie ze Stalinem i jego morderczymi zbirami. (…) Niestety, niektórzy z naszych przywódców są po prostu cholernymi durniami i nie mają pojęcia o historii Rosji. Cholera, mam wątpliwości, czy wiedzieli chociaż tyle, że Rosja jeszcze niecałe sto lat temu zajmowała Finlandię, wyssała krew z Polski i zrobiła z Syberii więzienie dla własnego narodu. Wyobrażam sobie, jak szydził Stalin, kiedy uzyskał od nich wszystko podczas tych niby-konferencji”.

Generał Patton (po prawej) z generałem Andersem

Patton nie miał w sobie niczego z dyplomaty, był żołnierzem i formułował swoje poglądy wprost, bez owijania ich w bawełnę, a że rozmijały się one całkowicie z oficjalną, prosowiecką polityką prezydenta Roosvelta i godziły osobiście w Stalina, naraził się obydwóm. Miał natomiast słabość do Polaków, z generałem Władysławem Andersem znał się osobiście, chętnie wizytował 2 Korpus Polski i stawiał naszych żołnierzy za wzór swoim. W jego ustach była to nobilitacja.

Wróćmy jednak do głównego wątku. Teza o zamachu na życie generała Pattona nie jest nowa, historycy amerykańscy zgłębiali ją wielokrotnie i choć nie znaleziono nigdy wystarczających argumentów dowodowych, warta jest poznania.

Robert K. Wilcox, autor książki „Cel Patton“, przetłumaczonej w 2010 roku na język polski, za punkt wyjścia wybrał relację m.in. byłego agenta amerykańskiego Biura Służb Strategicznych (OSS – Office of Strategic Services), Douglasa Bazaty. Kiedy Pattonowi odebrano stanowisko wojskowego gubernatora Bawarii i równocześnie dowództwo jego ukochanej 3 Armii, odebrano mu też osobistą ochronę, która informowała go o różnych niebezpiecznych sytuacjach. Nadal natomiast pozostawał pod obserwacją agentów OSS oraz służb sowieckich, które posiadały w tej instytucji liczne wtyczki. Jego telefon był na podsłuchu, korespondencję otwierano i cenzurowano, o czym wiedział. W liście do żony z 15 października zapowiadał swoją rezygnację ze służby w armii w końcu grudnia. Był człowiekiem zamożnym, nie zależało mu na wojskowej emeryturze, ale nie ukrywał goryczy, że administracja Białego Domu go skreśla. Starzy przyjaciele informowali Pattona o nastrojach w Waszyngtonie. Generał Charles Summerall ostrzegał go w liście, w listopadzie 1945 roku: „Twój sukces wzbudził zazdrość i spowodował, ze masz wrogów w tych, którzy czerpali korzyści z Twoich zwycięstw. Nie potrzebują już Ciebie, więc teraz chcą Cię zniszczyć.”

Wcześniej Patton przeżył dwa tajemnicze wypadki. Do pierwszego doszło 20 kwietnia, gdy jego mały samolot, którym leciał na inspekcję swych oddziałów, został zaatakowany przez myśliwiec, podobny do spitfire’a. Natomiast 3 maja, gdy jechał odkrytym jeepem, prawie ucięła mu głowę kosa wystająca z chłopskiego wozu.

Douglas Bazata (na fotografii po lewej) był jednym z najlepszych agentów OSS, ówczesnej tajnej służby Stanów Zjednoczonych. Służył jako człowiek od mokrej roboty. Kiedy po żmudnych poszukiwaniach Wilcoxowi udało się go odnaleźć i nakłonić do rozmowy, ujawnił, że „zlecenie” na Pattona otrzymał osobiście od szefa OSS, Williama Donovana. Kazano mu upozorować wypadek. To on zaaranżował zderzenie samochodów, wynajmując kierowcę ciężarówki, kaprala Roberta Thompsona. W feralną niedzielę 9 grudnia 1945 roku Patton wyruszył na zaplanowane polowanie, nazajutrz miał opuścić Niemcy. Towarzyszył mu gen. Hobart Gay, jechali cadillakiem generała serii 75 z 1938 roku, dużą limuzyną, którą kierował starszy szeregowy Horace Woodring. Obaj pasażerowie siedzieli z tyłu, Patton po prawej stronie. W pogodny, niedzielny poranek na dwupasmowej szosie prawie nie było samochodów; kierujący limuzyną miał doskonałą widoczność, gdyż droga biegła prosto. W pewnym momencie ujrzał on wielką wojskową ciężarówkę o ładowności 2,5 tony, wolno nadjeżdżającą z przeciwka po drugim pasie. Patton wyglądał przez okno samochodu, na poboczu widać było stosy zniszczonego sprzętu wojskowego. Rzekł do Gay’a: „Jaka straszna jest wojna. Spójrz na te zdezelowane pojazdy, Hap”. Mimo zewnętrznej szorstkości był człowiekiem wrażliwym.


Samochód Pattona po wypadku

W tej samej chwili bez ostrzeżenia i sygnalizacji kierowca dużej ciężarówki skręcił gwałtownie i wjechał na przeciwny pas ruchu. Wielki pojazd znalazł się tuż przed nadjeżdżającym samochodem Pattona. Woodring wcisnął pedał hamulca, próbując jednocześnie zjechać na lewo. Nie udało mu się jednak ominąć przeszkody i doszło do czołowego zderzenia. Bazata leżał ukryty za stertą głazów na poboczu, wyposażony w specjalny karabin, wyrzucający z lufy zamiast kul kawałki żelaza i twardej gumy. Kiedy limuzynę, zgodnie z jego przewidywaniami, zarzuciło prawą stroną z otwartym oknem naprzeciw zajętej pozycji, nacisnął spust. Był jednym z najlepszych strzelców w całej USA Army i bez problemów trafił tam, gdzie celował. Pocisk zmasakrował Pattonowi twarz i odrzucił do tyłu głowę, łamiąc mu kark. Gdy potem oglądano wrak, pocisk nie zwrócił niczyjej uwagi, uznano go za fragment rozbitego samochodu.

Ważnym momentem tej aranżacji było otwarcie szyby samochodu, przez którą ofiara przed tym niby wypadkiem wyglądała na zewnątrz. Zrobił to sprawca, wykorzystując fascynację generała historią. Jadąc na polowanie, mijali po drodze jakieś starożytne ruiny, wtedy Patton polecił kierowcy się zatrzymać, bo chciał obejrzeć je z bliska i Bazacie, który skrycie podążał za nimi, wystarczyła chwila, że przy samochodzie nikogo nie było. Otwarł szybę i tak unieruchomił, że nie dała się już zamknąć. Tym sposobem strzelając do generała nie uszkodził jej i później, kiedy na miejsce zdarzenia przyjechała amerykańska żandarmeria, wszystko rzeczywiście wskazywało na wypadek.

Tylko jedno można było Bazacie zarzucić, że nie wykonał swojego zadania do końca, bo generał nie zginął od tamtego strzału. Był sparaliżowany, ale żył i kiedy przewieziono go do szpitala w Heidelbergu, po jakimś czasie stan jego zdrowia zaczął się poprawiać. Akcja serca i ciśnienie krwi nie budziły zastrzeżeń, więc najbliżsi generała wspólnie z lekarzami zdecydowali o przetransportowaniu go, pod koniec grudnia, samolotem do szpitala w stanie Massachusetts, niedaleko od jego domu. Robert K. Wilcox przypuszcza, że wtedy na „pomoc” amerykańskim kolegom z OSS pospieszyli specjaliści z NKWD. Ktoś dostał się do pokoju, w którym leżał Patton i przez wenflon wstrzyknął mu substancję, która spowodowała ostrą niewydolność płucną o charakterze zakrzepowym. 21 grudnia 1945 roku generał zmarł.

Oczywiście trudno oczekiwać, aby ktokolwiek z mocodawców tego dwuetapowego zamachu przyznał się do winy. Niemieccy specjaliści medycyny kryminalnej byli przygotowani do przeprowadzenia sekcji zwłok zmarłego, ale władze amerykańskie zakazały jej. Przekonano wdowę po generale, że sekcja tylko skomplikuje przekazanie bliskim jego szczątków i uzyskano cenny podpis pani Patton na dokumencie, zrzekającym się obdukcji. Zniknęły wszystkie znane raporty i protokoły sporządzone 9 grudnia na miejscu wypadku oraz zapisy późniejszych dochodzeń. Brakowało też wyjaśnień, skąd wzięła się głęboka rana na twarzy generała. W tajemniczych okolicznościach zniknął samochód Pattona, w jego muzeum znajduje się jedynie kopia generalskiego cadillaca. Thompsonowi, który kierował ciężarówką i spowodował zderzenie, nie przedstawiono jakichkolwiek zarzutów. Znaków zapytania w tej sprawie jest wiele.

W Historii Wojskowej, portalu historyczno-wojskowym, pod datą 21 sierpnia 2011 roku opublikowano materiał p.t. „Zagadkowa śmierć generała Pattona”, w którym czytam między innymi:

(…) Wielu Ukraińców – w tym Stefan Bandera oraz generał Pawło Szandruk, informowało na jesieni 1945 roku amerykańskiego oficera kontrwywiadu wojskowego (CIC) Stephena Skubika o sowieckich planach zamordowania Pattona. Gdy ten spotkał się z szefem OSS, Donovanem, ten nie tylko zlekceważył raport, ale oskarżył go o to, że jest ukraińskim agentem, a po śmierci Pattona zakazał prowadzenia dochodzenia w sprawie wypadku generała. Jego informatorzy twierdzili, że Robert Thompson, kierowca ciężarówki, z którą zderzył się samochód Pattona, był agentem NKWD.

Gdy Skubik przebywał w 1976 roku Europie, ktoś włamał się do jego domu w Waszyngtonie i ukradł dokumentację historyczną, w tym jego raporty dotyczące niebezpieczeństwa grożącego Pattonowi.

Odnalezione ostatnio dzienniki Douglasa Bazaty – zabójcy działającego na zlecenie OSS, wskazują, że szefowie wywiadu amerykańskiego postanowili zabić Pattona, ponieważ chciał wojny z Sowietami oraz groził wyjawieniem licznych wojennych tajemnic, które mogły zaszkodzić w karierach wielu wpływowym  politykom i dowódcom (…).


Generał Dwight Eisenhower i generał George Patton, lata 40

Mógł zaszkodzić między innymi przyszłemu prezydentowi Stanów Zjednoczonych – Dwightowi Eisenhowerowi, swojemu przyjacielowi z czasów I wojny światowej, z którym w następnej wojnie miał często na pieńku. Czy dlatego musiał zginąć? „Zabójstwa w wypadku samochodowym albo w szpitalu były znanymi metodami stosowanymi przez morderców NKWD. W taki sposób zamordowano m.in. wieloletniego komisarza spraw zagranicznych, potem ambasadora ZSRS w USA – Maksyma Litwinowa, którego samochód uderzył w ciężarówkę stojącą w poprzek drogi. Wiele osób w Moskwie i Waszyngtonie zainteresowanych było w uciszeniu generała. Jego śmierć to jedna z niewyjaśnionych dotąd tajemnic czasów powojennych”. Tyle Historia Wojskowa, dodam tylko, że osobiście nie spodziewam się jej wyjaśnienia w bliższej, lub dalszej przyszłości. Zamachów politycznych dokonują dbali o precyzję profesjonaliści, a ich prominentni mocodawcy wiedzą, jak umiejętnie zamieść dowody pod dywan w salonie. Szybciej pałac pójdzie z dymem, niż się stamtąd wydostaną.

Z wolnej stopy 27

Zbigniew Milewicz

Generał Patton

Był kontrowersyjną postacią. Żołnierze kochali go jak ojca, przełożeni głęboko cenili, albo nienawidzili. Wśród przeciwników na polu bitwy budził postrach, bo operacje, którymi dowodził, prawie zawsze kończyły się sukcesem.

Urodził się na ranczu Lake Vineyard, niedaleko miasta San Gabriel w Kalifornii, w rodzinie o silnych tradycjach wojskowych. Jego przodkowie walczyli m.in. w rewolucji amerykańskiej, z Anglikami o niepodległość kraju i w wojnie secesyjnej, po stronie konfederatów. W dzieciństwie marzył, by zostać bohaterem wojennym i generałem, czytał książki i opracowania z dziedziny historii oraz wojskowości, ale cierpiał na dyslekcję i najpierw z nią przyszło mu się zmierzyć. Zamiast czterech lat, minęło pięć zanim ukończył akademię wojskową w West Point, później ożenił się z wielką miłością swojego życia – Beą Aeyer, której wielu mu zazdrościło. Była córką bogatego przemysłowca z branży włókienniczej, urodziwa i utalentowana, ale to już nie należy do tej historii.

Na Igrzyskach Olimpijskich w Sztokholmie w 1912 roku George Patton reprezentował USA w pięcioboju nowoczesnym, zajął w nim piąte miejsce, choć klasyfikacja ta budziła spory, bo w tarczy, do której strzelał nie znaleziono śladu po jednej z kul, więc nie trafił, albo przeszła innym, wcześniej zrobionym otworem. Później jego nazwisko pojawiło się na łamach gazet w związku z kawaleryjską szablą, wzór 1913, którą zaprojektował dla armii amerykańskiej, a kiedy USA postanowiło zdławić rewolucję meksykańską, mającą na celu obalenie reżimów Porfiria Diaza i Victoriana Huerty, zajął miejsce w szeregu, jako adiutant generała Johna Pershinga. Celem wyprawy było pojmanie przywódcy chłopskiej partyzantki, Francisco „Pancho“ Villi. Patton wsławił się zabiciem dowódcy gwardii przybocznej komendanta. Po przystąpieniu USA do I wojny światowej, w jej końcowej fazie, pojechał na front francuski, nadal jako adiutant gen. Pershinga, już w stopniu kapitana. Dostał rozkaz utworzenia pierwszego, amerykańskiego korpusu czołgów i okazało się, że ma duże zdolności organizacyjne, co doceniono kolejnymi awansami. W połowie września 1918 r., w szturmie na St. Mihiel, który był równocześnie chrztem bojowym Amerykanów w tej wojnie, poszedł jako dowódca korpusu na pierwszą linię frontu, gdzie otrzymał z niemieckiego karabinu maszynowego ciężki postrzał w udo, co sprawiło, że zawieszenie broni powitał w szpitalu.

Za zasługi wojenne odznaczono go dwoma ważnymi medalami i po powrocie do kraju znowu pisały o nim gazety. Zaprzyjaźnił się z Dwightem Eisenhowerem, co miało później ogromny wpływ na kariery ich obu, a zawodowo zajął badaniami nad udoskonaleniem możliwości broni pancernej oraz nad taktyką jej używania. Temat był nowatorski, a więc i wyzwanie niemałe, wymagające zmiany starej doktryny wojennej , bazującej na kawalerii i piechocie, a także funduszy, których Kongres nie chciał dać. Kiedy zaczął pisać na ten temat krytyczne artykuły w Infantry Journal i okazało się, że ma również zacięcie dziennikarskie, zagrożono mu sądem wojskowym. Zniechęcony niepowodzeniami wrócił do kawalerii i skupił się na dalszej edukacji; ukończył wyższą szkołę swojej formacji, później z wyróżnieniem kursy dowodzenia oraz sztabowe i tak wyszkolonego oficera wysłano na Hawaje, gdzie poznał gen. Omara N. Bradleya. Tam ponownie zajął się koncepcją rozwoju broni pancernej, Waszyngton po staremu jej nie akceptował i to go coraz bardziej frustrowało. W trakcie swojej służby napisał do Departamentu Stanu o zagrożeniu, jakie może stanowić Japonia, ostrzegając, że Pearl Harbor jest narażone na nagły atak bez wypowiedzenia wojny, który może być przeprowadzony przez samoloty startujące z lotniskowców. Niestety ostrzeżenie to również zignorowano, co później zemściło się na Ameryce.

W 1934 roku, po dziewięciu latach służby na Hawajach, z inicjatywy nowego szefa sztabu amerykańskiej armii, George’a Marshalla, Pattona awansowano na podpułkownika i ponownie znalazł się w kawalerii. Latem 1938 roku awansował do stopnia pułkownika i został przeniesiony najpierw do Fortu Clark w Teksasie, a później do Fortu Myer, gdzie powierzono mu dowództwo pułku. Karta się odwróciła. Kiedy we wrześniu 1939 roku Niemcy napadły na Polskę, Patton przekonał Kongres o potrzebie stworzenia nowoczesnych oddziałów pancernych. Otrzymał promocję na generała i został dowódcą brygady zmechanizowanej, która wkrótce powiększyła się do rozmiarów dywizji; na jej czele uczestniczył wraz z Brytyjczykami w operacji „Torch“, mającej na celu wykurzenie Niemców, Włochów i ich francuskich kolaborantów z Afryki Północnej (był jednym z głównych planistów tego przedsięwzięcia ). W Afryce powierzono mu dowództwo II Korpusu, rozpuszczonego jak dziadowski bicz; był dobrym przełożonym – surowym, wymagającym, ale sprawiedliwym i tak wytrenował tych żołnierzy, że po krótkim czasie zmienili się nie do poznania.

Po zakończeniu zmagań w Afryce Północnej przyszedł czas na rozpoczęcie kampanii w Europie. Pierwszym celem ataku aliantów była Sycylia, a następnie Półwysep Apeniński. 10 lipca 1943 roku rozpoczęła się operacja “Husky” – lądowanie wojsk amerykańskich i brytyjskich na plażach koło Palermo. Pattonowi powierzono dowodzenie 7 Armią Amerykańską. Z jednostką tą poprowadził natarcie w kierunku Messyny, gdzie miał zamiar znaleźć się wcześniej, niż konkurujący z nim dowódca 8 Armii Brytyjskiej, gen. Bernard Law Montgomery. Patton wygrał swoisty wyścig, docierając do Cieśniny Messyńskiej przed zarozumiałym Brytyjczykiem. To było w jego zwyczaju – pokazać konkurentowi, że jest się lepszym. Podobnie traktował wroga, nieodmiennie z zaskoczenia, zawsze w innym czasie, albo miejscu, niż tamten się tego spodziewał. Dlatego Niemcy najbardziej z przeciwników cenili i obawiali się właśnie jego. Wojaczka była dla Pattona nie tylko obowiązkiem i rzemiosłem, które starał się wykonywać najlepiej, jak umiał, ale była też jego pasją i życiowym celem, pewnie więc dlatego miał w niej tak dobre osiągnięcia. Jak każdy człowiekowi miał również wady, bywał między innymi apodyktyczny i porywczy, zarówno w czynach, jak i słowach, w których nie przebierał. W swoich emocjonalnych i obrazowych przemówieniach do żołnierzy obiecywał im np. regularnie, że w boju będą po szyję unurzani we krwi i flakach, swoich i wroga i tylko od nich będzie zależało, czego wypłynie więcej. Stąd miał wśród podkomendnych pseudonim old blood and guts.

Kiedy więc pewnego dnia w Acate na Sycylii grupa amerykańskich żołnierzy zabiła około 70 niemieckich i włoskich jeńców, jeden ze sprawców powiedział, że zrobił to pod wpływem prania mózgu ze strony dowódcy. Krótko później na lotnisku w Comiso doszło do podobnego zdarzenia i wtedy generał wydał zakaz zabijania jeńców. Z politycznego punktu widzenia gorszy był incydent ze spoliczkowaniem, który zdarzył się później. Generał wizytował jeden z sycylijskich szpitali, w którym leżeli ranni amerykańscy żołnierze; kiedy zauważył pacjenta bez jakichkolwiek zewnętrznych obrażeń i zapytał go, co tutaj robi, tamten odparł, że cierpi na nerwicę okopową. Wtedy Patton się wściekł, wyzwał żołnierza od symulantów i wymierzył mu soczysty policzek. Parę dni później podobna sytuacja powtórzyła się w innym szpitalu, oburzeni lekarze poinformowali o tym prasę i zaczęła się publiczna nagonka na generała. Pod jej wpływem naczelnemu dowódcy alianckich ekspedycyjnych sił zbrojnych, którym był Eisenhower, prywatnie zaprzyjaźniony z Pattonem, nie pozostawało nic innego, jak odebrać mu dowództwo 7 Armii. Był jednak zbyt cennym dowódcą, aby odstawić go na boczny tor, zwłaszcza w przededniu planowanej inwazji na Normandię.

Bezpośrednio przed samą inwazją Pattona mianowano dowódcą fikcyjnej Pierwszej Grupy Armii stacjonującej w południowej części Wysp Brytyjskich. Była to część operacji “Fortitude”, mającej zmylić Niemców, co do rzekomego celu alianckiego ataku na Francję – regionu Pas de Calais. W tamtym czasie o generale ponownie rozpisały się gazety. Miał nieoficjalne wystąpienie w Knutsford, niewielkim mieście w hrabstwie Cheshire, w którym zapytano go, jak wyobraża sobie mapę polityczną świata po zakończeniu wojny. Odparł, że zapewne będzie on rządzony przez Amerykę, Anglię i Rosję. Z niezrozumiałych powodów relacje prasowe z tego wystąpienia pominęły Rosję, Stalin się ciężko obraził i wybuchła afera na skalę międzynarodową. Gdy alianci zaczęli lądowanie w Normandii, Pattona mianowano dowódcą 3 Armii Amerykańskiej, z którą ruszył w szybkim marszu, wyzwalając znaczną część północnej Francji. Z powodzeniem użył zmodyfikowanej przez siebie taktyki blitzkriegu, pokonując ponad 900 km w ciągu zaledwie dwóch tygodni, jednak tuż przed wejściem do Paryża został zatrzymany przez Eisenhowera, aby pozwolić na zajęcie miasta przez francuską 2 Dywizję Pancerną pod dowództwem generała Philippe’a Marie Leclerca. We wrześniu 1944 roku jego 3 Armia dotarła do Metzu w Lotaryngii i tu uwikłała się w ciężkie walki pozycyjne z Niemcami, straty po obydwu stronach były duże.

Pod koniec 1944 roku niemiecka armia przeprowadziła ostatnią wielką ofensywę na froncie zachodnim – operację Wacht am Rhein (Straż nad Renem), w której wzięło udział 29 niemieckich dywizji (łącznie ok. 250 tys. żołnierzy); jej celem było rozdzielenie wojsk aliantów oraz dotarcie do portów Holandii, aby odciąć zaopatrzenie dla przeciwnika w żywność, amunicję i paliwo. Patton jako jedyny z wyższych dowódców alianckich przewidział możliwość takiej ofensywy i dzięki temu jego armia była na to dobrze przygotowana. Niemcy wcześniej dwukrotnie przeprowadzali podobne operacje w tym rejonie: w czasie wojny prusko-francuskiej i I wojny światowej, zawsze udane. Tym razem ponieśli fiasko. W przeciągu zaledwie dwóch dni Patton zmienił oś ataku dwóch korpusów 3 Armii o 90 stopni i uderzył w lewe skrzydło armii niemieckiej, docierając do okrążonych w Bastogne oddziałów 101 Dywizji Powietrznodesantowej.

Pod koniec lutego 1945 roku wojska niemieckie przeszły do obrony i Patton przełamując „Linię Zygfryda”, wkroczył do Zagłębia Saary. W szybkim marszu opanował południowe Niemcy i oswobodził dużą część Czechosłowacji. Planował wyzwolenie Pragi i dotarł prawie na jej przedmieścia, jednak otrzymał od Eisenhowera kategoryczny zakaz dalszego pościgu za wojskami niemieckimi i polecenie cofnięcia się na wysokość Pilzna, gdyż do Pragi wchodziła już Armia Czerwona.

Tak w dużym skrócie wyglądała kariera wojskowa człowieka, który kilka miesięcy później, 21 grudnia 1945 roku zmarł w dziwnych okolicznościach. Minęło 75 lat od tamtego czasu, więc jest okazja, żeby wrócić do sprawy. Po kapitulacji Niemiec Patton miał nadzieję, że otrzyma znowu skierowanie na Hawaje, pozostawiono go jednak w Europie, gdzie został gubernatorem wojskowym Bawarii. Jego zadaniem było odbudowanie tego regionu, jednak szybko popadł w konflikt politycznym z przełożonymi. Zdaniem Pattona oficjalna polityka denazyfikacji była błędem, uważał, że nie powinno się automatycznie wykluczać z życia publicznego wszystkich osób, które należały do partii nazistowskiej. Skoro gość był jakimś zwykłym pionkiem w NSDAP i znał się przede wszystkim dobrze na wodociągach, to powinien dalej w nich pracować, a nie iść w odstawkę – mawiał, dodając, że w Stanach Zjednoczonych obywatele czasami zostają członkami partii demokratycznej czy republikańskiej tylko po to, aby ułatwić sobie dalszą karierę zawodową, a nie ze względów ideologicznych. Media podchwyciły jego słowa i doniosły, że Patton porównuje demokratów i republikanów do nazistów. Kiedy oburzona opinia publiczna zażądała ukarania oszczercy, Eisenhower przeniósł Pattona do grupy wojskowych, zajmujących się pisaniem oficjalnej historii II wojny światowej, ale ten już do niej nie dotarł.

9 grudnia 1945 roku jego cadillac, którym jechał w Niemczech na pożegnalne polowanie, zderzył się z amerykańską ciężarówką wojskową i w wypadku ucierpiał mocno tylko on. Zmarł w szpitalu w Heidelbergu. O bliższych okolicznościach śmierci generała, jego innych poglądach politycznych i rozmaitych spekulacjach, łączących jedno z drugim, napiszę za tydzień, jeżeli oczywiście dożyję.

13 grudnia 2020, Berlin (nadal podzielony?)

Ela Kargol

Wybrałam się z mojej zachodniej części Berlina w kierunku wschodnim do dzielnicy, która po ponownym zjednoczeniu miasta połączyła się z dzielnicą zachodnią i teraz razem nazywają się Friedrichshain-Kreuzberg. Friedrichshain od Kreuzbergu dzieli Szprewa, a most Oberbaumbrücke kiedyś dzielący miasto, państwo i Europę połączył obie dzielnice i stał się ich herbem.

Volkspark Friedrichshain jest najstarszym parkiem publicznym w Berlinie, drugim co do wielkości po Parku Tiergarten, a początek dał mu Peter Joseph Lenné w setną rocznicę koronacji Fryderyka Wielkiego. Zaprojektowany przez Johanna Heinricha Gustava Meyera rozciąga się na powierzchni ponad 52 hektarów.

Nigdy tu nie byłam. A dzisiaj jest 13 grudnia, data dla każdego Polaka bardzo ważna, bo jak powiedział szczeciński poeta Marek Maj: „Wszyscy jesteśmy trochę grudniowi…” Przyjechałam wcześniej, żeby się rozglądnąć. Chciałam koniecznie zobaczyć te baśniowe rzeźby przy baśniowej fontannie. Märchenbrunnen, fontanna zaprojektowana została przez Ludwiga Hoffmanna, a postaci z baśni braci Grimm są dłuta przede wszystkim Ignatiusa Taschnera. Nie pomyślałam, że to nie ta pora roku, że grudzień, a do tego 13. Czerwonego Kapturka, Śpiącą Królewnę, Kopciuszka i inne baśniowe figury internowano. Wsadzono do pudeł i muszą czekać do wiosny. Ja też muszę poczekać.

Z drugiej strony parku inne postaci, już nie z bajki, stoją w braterskim uścisku i stoją na straży pamięci o radzieckim wyzwolicielu, jego polskim pomocniku i dobrym Niemcu antyfaszście. Pomnik Żołnierza Polskiego i Niemieckiego Antyfaszysty pojawił się w Parku Friedrichshain w 1972 roku. Szumnie i dumnie został odsłonięty przez ówczesne władze obu krajów. W centrum pomnika stoją dwie wysokie betonowe kolumny, które u góry otacza powiewająca na wietrze flaga. Flaga jest z brązu, ale patrząc na godła państw zamieszczone poniżej, możemy się domyślać, jakie ustroje państwowe reprezentuje. Dalej, z tyłu pomnika na poziomej ścianie wykuty jest napis w dwóch językach: „Za wolność naszą i waszą”.

Zawsze ktoś będzie za naszą wolność walczył, od powstania listopadowego, kiedy te słowa Lelewela (też w dwóch językach, tym drugim był rosyjski) pojawiły się na sztandarch, aż do dzisiaj, cały czas są aktualne.
W 39 rocznicę wprowadzenia stanu wojennego w Polsce na ulicę nie tylko polskich miast wyszły Kobiety i to one dzisiaj stają do walki. „Dziewuchy Berlin” były inicjatorkami spotkania przy pomniku, spotkania rocznicowego z błyskawicą w tle. Brawo Dziewuchy Berlin!!!

Nad pomnikiem zagrzmiało.

Tuż za pomnikiem, jednak mocno męskim, zadbanym, wyeksponowanym jest bardzo zaniedbany ogród „Duft- und Behindertengarten“ (ogród zapachowy dla niepełnosprawnych!?!?). Od razu poczułam zapach pewnego ziela i zobaczyłam grupę młodych ludzi, którzy choć nielegalnie ze względu na pandemię i to drugie dbają o to, żeby korzystać z ogrodu zgodnie z jego przeznaczeniem, mając na uwadze pierwszą część nazwy ogrodu. Mnie zainteresowało coś innego, a mianowicie rzeźba w podobnym jak ogród zaniedbanym stanie, rzeźba kobiety z dzieckiem „Mutter mit Kind”. Autorem rzeźby jest urodzony w Szczecinie Edmund Gomanski (1854-1930, Gomanski jest też twórcą Fontanny Ceres w Opolu). Szkoda, że o matce z dzieckiem nikt nie pamięta. Nie spodziewałam się takiego zakończenia mojej wyprawy na drugi koniec Berlina. 30 lat po upadku muru odczułam, że to miasto jest ciągle podzielone.

Ale od początku. Zamawiając taksówkę we Friedrichshainie nie pomyślałam, że taksówkarz będzie też z tego fyrtla. Jechaliśmy w moim kierunku do Berlina Zachodniego, do Wilmersdorfu. Wsiadałam do taksówki tuż pod pomnikiem, z daleka słychać było głośną muzykę. Dziewuchy biły piorunami. Grzmiało. Taksówkarz zbulwersowany zapytał, czy tam odbywa się jakieś party. Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że nie, że jest to impreza okolicznościowo-rocznicowa, nie wyjaśniając niczego.

Dojechaliśmy do Schönebergu i dalej ani rusz.
„Pani to chyba często nie jeździ taksówkami?”
„Dopiero się uczę”, odpowiadam.
„No bo takiemu taksówkarzowi z ostu trzeba chociaż w przybliżeniu dać jakiś punkt zaczepienia, gdzie ma jechać, sam adres nie wystarczy.”
Pan kierowca nie korzystał, zresztą tak samo jak ja, z najnowszych osiągnięć techniki.
„Tu już każdą ścieżkę znam, poprowadzę.”
Nie pomyślałam tylko, że znam każdą ścieżkę, ale rowerową. Pokluczyliśmy znowu trochę, szukając
drogi do domu, mojego.
„Co pani robiła w tej części miasta?”
Więc opowiadam, że najpierw chciałam zobaczyć te baśniowe figury przy Baśniowej Fontannie, że nigdy tam nie byłam, a potem poszłam pod pomnik, który znam tylko ze zdjęć i opowieści, że dzisiaj 13 grudnia, rocznica wprowadzenia stanu wojennego, że pod pomnikiem, „Dziewuchy Berlin“ (tu wyjaśniłam, co to za grupa) zorganizowały performance i rocznicowe obchody.
Chyba nie był zachwycony, w dalszym ciągu był zbulwersowany głośną muzyką, którą słyszał. Znał na pewno inne ceremonie obchodzenia rocznic.
„Żołnierze obracają się chyba w grobie. Tak nie można”, ja na to, że pod pomnikiem raczej nie jest nikt pochowany.
„Oni są wszędzie, wszędzie są ich kości, w całych Niemczech”, po chwili uściśla, „w całych wschodnich Niemczech“.
Jedziemy dalej w milczeniu, drogą główną, co by już nie błądzić.
I nagle „wschodni taksówkarz” znowu przerywa milczenie,
„Vier Panzersoldaten und ein Hund“.
Chwilę nie wiem, o co chodzi, czy znowu pogubił drogę. Nie, to przecież czterej pancerni, on ich kojarzy z tym pomnikiem.
„Skąd pan to zna?”
„To że znam, jest odpowiedzią. Myśmy ten serial bardzo chętnie oglądali.”
„My też, my chyba chętniej. Jak można oglądać chętnie film, o swoich ziomkach, którzy przegrywają wojnę, są mordercami i jakby tego było za mało na każdym kroku są wyśmiewani?”, pytam odważnie.
On na to, że w Niemczech byli też niemieccy antyfaszyści:
„Zna pani chyba historię?”
„Historią można łatwo manipulować”, odpowiadam.
Milczymy, czuję, że stąpam po kruchym lodzie, ale on też jest ostrożny.
Nagle taksówkarz zaczyna nucić, po chwili ja z nim. Mówi, że słów nie pamięta, ale to piękna piosenka. Więc zaczynam śpiewać po polsku, „Deszcze niespokojne potargały sad…”
Niemieckiej wersji nie znam, dopiero w domu znajduję.

Stürmisch ziehen Wolken
Bis zum Horizont
Und wir werden folgen
Wir ziehen an die Front.
Wird der Feind bezwungen
Ist der Sieg errungen

Und der Krieg ist aus.
Und die Welt wird schön sein
Und der Mensch wird frei sein.
Kehren wir nach Haus.

Frauenblick

Monika Wrzosek-Müller

Meine Lektüre

Die Welt und wir selbst geraten gerade immer mehr in Stille, in einen Zustand des ständigen Wartens und sich Ermahnens, in Abgeschiedenheit; wichtiger wird es, zu lesen als Leute zu treffen, wichtiger, in sich zurückzukehren als in Ausstellungen, Konzerte, Theater und Kinos zu gehen. Eigentlich müsste diese Zeit für Menschen, die, wie ich, Yoga praktizieren, eine Quelle der Inspiration sein, doch sie hängt langsam wie eine bleierne Decke über allem und wir versuchen eher schlecht als recht rauszukommen und rauszuschauen. Die einzig wirklich aufmunternde Tätigkeit ist die Lektüre und vielleicht auch der online-Austausch darüber. Die lesenden Madonnen und anderen heiligen Damen des Mittelalters könnten uns hier ein Vorbild sein.

Lange Abende blieb ich an ein Buch gefesselt, auch wegen des Umfangs (es sind beinahe 600 Seiten), aber auch wegen des Themas, mit dem ich seit Jahren schwanger bin. Der Titel klärt vieles: Rückkehr nach Lemberg. Über die Ursprünge von Genozid und Verbrechen gegen die Menschlichkeit. Eine persönliche Geschichte von Philippe Sands. Der Autor, Anwalt und Professor für internationales Recht, lebt in London, ist jüdischer Abstammung und seine Familie stammt aus Lemberg, oder genauer: aus Zółkiew in der Nähe von Lemberg. Er versucht, bei seinen Reisen den Grund für die Odyssee seiner eigenen Familie zu entschlüsseln und den Ausgangspunkt, den Ursprung findet er immer wieder in der Stadt Lemberg.

Vielleicht etwas weitläufig und sehr ambitioniert verbindet er die Geschichte seiner Familie mit der von zwei weltbekannten Juristen: Hersch Lauterpacht und Raphael Lemkin. Da sich das Buch in der Zeit kurz vor dem Zweiten Weltkrieg, dann während und danach, bewegt, bleiben uns die Ereignisse und Persönlichkeiten aus dieser Zeit nicht verborgen. Viele Seiten widmet Sands auch dem „Generalgouverneur“ des besetzten Polen und Reichsminister Hans Frank, auch der ein Jurist. Der Aufbau des Buches ist an einige Achsen gebunden: an eine zeitliche, die chronologische Geschichte der Familie, rückwärts erzählt; an eine geografische, von Zółkiew nach Lemberg, Wien, London, USA und oft zurück nach London, die Schweiz, mit einem starken Focus auf dem Beruf des Juristen. Der Autor begibt sich an diese Orte, führt Gespräche mit den Helden, mit seiner Familie (der Mutter), sichtet Fotos und erhalten gebliebene Dokumente und begleitet manche seiner Personen auch bei wichtigen historischen Ereignissen – dem Nürnberger Prozess.

Hinter allen diesen Aktivitäten, den Reisen, Gesprächen, Interviews und Recherchen in Archiven, steht für mich sein starker Wille und Wunsch, an der Familie wenigstens in minimalem Umfang etwas wiedergutzumachen, sie zu entschädigen, ihr Genugtuung zu leisten; das ist der eigentliche Motor des Buchs und vielleicht spielt auch sein persönlicher Ehrgeiz eine Rolle. Sands liefert Porträts von einigen der Personen, die ich erwähnt habe; im Hinblick auf die Zeit und die Ereignisse, die ihn interessieren, zögert er auch nicht, deren Nachkommen aufzusuchen und anzusprechen, sozusagen einen persönlich Eindruck von ihnen zu bekommen, sich sogar mit ihnen zu befreunden. So entsteht ein sehr lebendiges, persönliches, im historischen Geschehen verwurzeltes Werk, das über vieles Auskunft gibt, was man eigentlich bereits weiß und worüber man doch immer mehr erfahren könnte – über eine Welt, die es tatsächlich nicht mehr gibt.

Natürlich sind die Zeit, die Akteure und eben die Ereignisse, die in dem Buch beschrieben werden, so bedeutend, dass der persönliche Aspekt dahinter manchmal verschwindet und wenig sichtbar wird, doch die treibende Kraft für das ganze Unternehmen bleibt der Wunsch, sich mit der eigenen Geschichte versöhnen zu können.

Ich werde hier nicht das ganze Buch zusammenfassen; erwähnenswert ist, dass Sands als Jurist die Auseinandersetzung um die juristisch neu formulierte Begriffe Genozid und Verbrechen gegen die Menschlichkeit sehr anschaulich darstellt. Der Leser erfährt, wie es dazu kam und wie zwei hervorragende Juristen jüdischer Abstammung diese Begriffe geprägt und erfolgreich dafür gekämpft haben, sie in die Nürnberger Prozesses einzubringen. Wie diese Begriffe dann auch politisiert wurden, aber auch eindringlich, wie wichtig sie für die damalige Zeit und die Entstehung vieler internationaler Organisationen waren.

Für mich persönlich hat das Buch geklärt, was meine Mutter mit ihrem oft wiederholten Satz meinte, dass die juristische Fakultät in Lemberg die beste in ganz Europa gewesen sei. Offensichtlich gab es eine Zeit, in der es wirklich so war…

Listopadowe spacery cmentarne. Poppy Day.

Ela Kargol

Brytyjski cmentarz w Stahnsdorfie (Berlin South-Western Cemetery)

O tym, czy maki kwitną w Stahnsdorfie wiosną, muszę się jeszcze przekonać. Na pewno zakwitają 11 listopada, a ściślej w niedzielę najbliższą tej dacie.

11 listopada 1918 w wagonie kolejowym w lesie Compiègne został podpisany rozejm między Ententą i Cesarstwem Niemieckim, kończący I Wojnę Światową. Rozejm wszedł w życie tego samego dnia o godzinie 11. Tego dnia Polska po 123 latach zaborów odzyskała niepodległość. W 1937 roku ustanowiono w Polsce 11 listopada Narodowym Świętem Niepodległości.

W Finlandii 11 listopada obchodzony jest Dzień Ojca, w Tajwanie Dzień Bliźniąt, w Chinach Dzień Singli, w Stanach Zjednoczonych Dzień Weteranów, we Wspólnocie Narodów Dzień Pamięci (Remembrance Day) nawiązujący też do dnia zakończenia I Wojny Światowej. Dzień Pamięci nazywany jest także Dniem Maku (Poppy Day).

Mak już od starożytności symbolizuje wieczny sen i śmierć. Makami przystrajano grobowce faraonów. Architektura sepulkralna pełna jest maków wykutych w kamieniu.

Mak jest rośliną ulotną, przemija szybko, jak życie. Nasiona jego z kolei mogą wykiełkować nawet po 30 latach.

Najbardziej lubi ziemię nagą, bez roślin, taką przeoraną i wymęczoną, wzruszoną pługiem lub wojną.

Poppy Day nie wziął się ze starożytnych wierzeń, ale z flandryjskich pól, pól, gdzie toczyły się najkrwawsze bitwy I Wojny Światowej.

John Alexander McCrae był kanadyjskim poetą, lekarzem, żołnierzem Kanadyjskich Sił Zbrojnych. Brał udział w Wielkiej Wojnie. Podczas drugiej bitwy o Ypres 2 maja 1915 roku ginie jego dobry przyjaciel. Pogrzeb odbywa się następnego dnia i wtedy McCrae dostrzega ogrom kwitnących maków na wojskowym polowym cmentarzu. Zaraz potem John McCrae pisze swój słynny wiersz In Flanders Fields. Czerwony kwiat maku staje się symbolem Dnia Pamięci w krajach anglosaskich i w ten dzień noszony jest z dumą przypięty przez Brytyjczyków do ubrania. Ze sztucznych maków powstają wieńce, składane w miejscach upamiętniających wojny, nie tylko tę pierwszą. W Poznaniu, na cytadeli na Cmentarzu Wojennym Wspólnoty Brytyjskiej, jedynym takim cmentarzu w Polsce, od lat składa się w niedzielę najbliższą 11 listopada wieńce ze sztucznych maków. Te wieńce widziałam już tam kilka razy i aż wstyd się przyznać, nie umiałam ich połączyć z żadnym świętem. O samym maku-symbolu, papierowym kwiatku, dowiedziałam się również stosunkowo późno.

Wojskowy cmentarz w Stahnsdorfie (Berlin South-Western Cemetery) założony został w roku 1924. Jest częścią znanego cmentarza Südwestkirchhof Stahnsdorf, o którym TU pisałam niedawno. Pochowano tu 1172 ofiary Wielkiej Wojny. Przy Heerstrasse w samym Berlinie znajduje się inny Brytyjski Cmentarz Wojskowy dla ofiar II Wojny Światowej, na którym wśród żołnierzy innych narodowości pochowanych jest pięciu Polaków służących w Polskich Siłach Zbrojnych w Wielkiej Brytanii.

Te cmentarze projektowane są wszystkie w podobny sposób, zgodnie ze standartami Komisji Grobów Wojennych Wspólnoty Narodów. W centralnym miejscu umieszczony jest Krzyż Ofiarności (Cross of Sacrifice), w rzędach w wojskowym szyku ustawione są jasne wapienne stele z nazwiskiem zmarłego,  w równym szyku przed nimi rosną rośliny ozdobne i kwiaty. Wśród kwiatów na pewno są róże. Maków nie widziałam, ale to nie ich pora kwitnienia.

Przyjechaliśmy w tym roku tu specjalnie, żeby uczestniczyć w Remembrance Sunday, o godzinie 11 w dniu 8 listopada. Jechaliśmy z Berlina rowerami, bez współczesnych udogodnień, z mapką narysowaną ołówkiem na kartce. W końcu i przy końcu drogi wiedzieliśmy, że cmentarz musi być już gdzieś w pobliżu i wtedy wyłoniła się jakby z brytyjskiej mgły postać w meloniku z parasolem, w klasycznym trenczu z przypiętym do niego po lewej stronie papierowym makiem. Bardzo precyzyjnie i krótko opisał nam drogę i wojskowym szybkim krokiem pomaszerował dalej. Na cmentarz dotarł przed nami. Bo myśmy pojechali za głosem dudziarza, który ćwiczył w sosnowym lesie swoje smutne granie przed główną ceremonią. Była msza, bardzo uroczysta. Po odegraniu na trąbce wojskowego sygnału The Last Post nastąpiły dwie minuty ciszy. Krótko potem trębacz zagrał pobudkę Reveille. Nasz Brytyjczyk stał wyprostowany trzymając prawą rękę na sercu. Pastor opowiadał o okrucieństwach wojen i o utrzymaniu pokoju za wszelka cenę, i o wspomnieniu tych, co polegli. I nagle rozległy się dudy, pieśn żałobna wygrana z taką mocą i żalem, że aż mnie przeszedł dreszcz, tym bardziej, że nie widziałam dudziarza, słyszałam tylko muzykę, a potem go zobaczyłam, stąpającego między jasnymi grobami tych, najczęściej młodych, chłopców.

John McCrae

In Flanders Fields

In Flanders fields the poppies blow
Between the crosses, row on row,
That mark our place; and in the sky
The larks, still bravely singing, fly
Scarce heard amid the guns below.

We are the dead. Short days ago
We lived, felt dawn, saw sunset glow,
Loved, and were loved, and now we lie
In Flanders fields.

Take up our quarrel with the foe:
To you from failing hands we throw
The torch; be yours to hold it high.
If ye break faith with us who die
We shall not sleep, though poppies grow
In Flanders fields

Wśród Flandrii pól

Wśród Flandrii pól kwitnący mak
krzyża za krzyżem barwi szlak,
kres naszych dróg. Skowronka lot
wzbija się ponad armat grzmot
co śpiew mu głuszy – dzielny ptak.

Nasz los to Śmierć. Wciąż życia smak
w pamięci trwa, choć miłość wszak
nie kończy się, nasz grób jest tu,
wśród Flandrii pól.

Podejmij walkę, tam wciąż – wróg,
weź z rąk omdlałych złoty róg.
Niech zabrzmi znów, nie zawiedź nas,
Bo zburzysz nam spoczynku czas.
Zbudzimy się, choć maki śpią
Wśród Flandrii pól.

Tłumaczył Tichy na blogu Okruhy (Salon24)

Wspomnienia (2): wojna

Umarła moja Teściowa, Zofia Slaska. W zeszłym tygodniu przypomniałam pierwszą część wywiadu z nią spisanego w roku 2010 przez mojego wnuka. Dziś druga część.

Zofia Slaska, babcia i Jacek Slaski, wnuk rozmawiają o życiu babci w czasie wojny

Gospodarstwo…

Gospodarstwo było dobrze prowadzone, przynosiło dochody, ale nie były to kokosy. Zresztą też nie było zbyt wiele czasu. Mój ojciec objął Bystrzanowice w 1933 roku, a w 1939 roku wybuchła wojna. Ojciec hodował konie, a to jest przedsięwzięcie gospodarcze, które się planuje na wiele lat i w pierwszych latach nie przynosi dochodów. Majątek, który miał rozpłodowego ogiera, tak jak to było w Bystrzanowicach, podpisywał umowę, że będzie hodował konie dla wojska. Wojsko dawało pieniądze, był ogier, który pokrywał klacze. Ten pierwszy wyhodowany przez mojego ojca trzylatek, tzw. prymus, stawał do remontu – to były takie egzaminy dla koni trzylatków, czy się nadają do służby – dopiero tuż przed wojną. I był jeden, potem było ich więcej, nawet pięć w roku, ale to już była wojna, dużo koni zabierała partyzantka, a konie musiały też pracować w polu. Ja też miałam klaczkę, Łunę. Jeździłam konno przez całe dzieciństwo – ostatni raz rok przed ślubem, w 1948 roku. Byłam na obozie harcerskim na Ziemi Lubuskiej, w okolicach Rzepina, kawałek dalej była granica z Niemcami. Mieliśmy obóz na terenie PGR-u i tam miałam okazję jeździć, nie miałam butów z cholewami, nie miałam bryczesów, miałam czyjeś spodnie od dresu i własne zwykłe buty, ale jeździć się dało bardzo dobrze.

Zaczęła się wojna…

Na początku wojny wyjechaliśmy, bo był wojskowy nakaz ewakuacyjny dla koni i zostało wyznaczone dokąd mamy je odstawić, i ogiera, i źrebaki. Trzeba się było z tym spieszyć, bo Bystrzanowice leżały bardzo blisko granicy. Niemcy weszli tam już chyba 3 września. Myśmy zostali ewakuowani do majątku naszych krewnych, Bielskich. Jechało się wielkimi wozami, gdzie były załadowane kufry. A w powozie jechała moja mama, moja nauczycielka, Angielka i ja. Ojciec wyjeżdżając zabrał ze sobą broń, miał piękny sztucer i dwururkę. Była to broń na polowania, sztucer na grubszą zwierzynę, a dubeltówka na zające, na kuropatwy. Tę broń mu Wehrmacht skonfiskował. Od razu, podczas pierwszego spotkania padło pytanie: czy jest broń? Myśmy wiedzieli, zaczynała się okupacja, kto przeżył I wojnę, ten wiedział, że nie ma co się narażać. Za broń można było dostać kulkę w łeb.

To w czasie wojny nie mieszkaliście w Bystrzanowicach?

Ach nie, to nie była prawdziwa ewakuacja. Cała ta wyprawa trwała niedługo. Dojechaliśmy do Wisły, ale tam już byli Niemcy i po kilku dniach, 15 września, się wracało. Po powrocie zastaliśmy Bystrzanowice w najlepszym porządku, służba wszystkiego dopilnowała.

Bystrzanowice rozwijały się także w czasie wojny, Niemcy nie zajęli majątku, można było dalej gospodarować. Dopiero w później, w 1942 roku wyrzucili państwa Raczyńskich z pałacu, wzięli go na tzw. Liegenschaft czyli dali mu zarządcę niemieckiego.

Możesz opowiedzieć o prababci Konstancji? Co się stało w czasie wojny?

Moja mama zginęła. Był rok 1942, jak mamę zamknęli, rok była w więzieniu i w 1943 roku umarła. To było tak. Był zrzut jakiś cichociemnych, jak to się wtedy nazywało, ze Szkocji. Byli to oczywiście polscy żołnierze. Ten zrzut był gdzieś w Polsce, wcale nie koło nas. Na Mazowszu chyba. Niemcy wyśledzili tę akcję i któregoś z tych zrzucanych zastrzelili, zanim jeszcze wylądował. I ta fujara, ja przepraszam bardzo, bo to nieładnie tak mówić o biednym człowieku, który zginął, ale to była fujara, bo zachował się zupełnie niezgodnie z regułami konspiracji. Otóż Henryk Dąbrowski, ożeniony z moją kuzynką, Asią Kontrymowicz, dał mu tam w Szkocji adres żony, żeby przekazał jej, nie wiem, pieniądze, wiadomości. I ten facet miał przy sobie karteczkę z adresem Asi, która mieszkała z matką w Kielcach. Gestapo przyszło do Asi, powiedziało, że wiedzą, że jej mąż jest za granicą i zażądało, żeby oddała listy, które mąż do niej przysyłał. No i ona oddała te listy, a przechowywała je razem z kopertami, a na kopertach był adres w Bystrzanowicach i nazwisko mojej mamy. To jest cała długa historia. Henryk Dąbrowski był przed wojną komendantem lotniska w Lidzie. To było wtedy polskie miasto, w tej chwili to jest Białoruś. Kiedy Sowieci 17 września 1939 roku weszli do Polski, Henryk musiał uciekać. Wydostał się przez Litwę i Łotwę do Skandynawii, a stamtąd do Anglii, gdzie był pracownikiem II wydziału, tzw. dwójki, czyli wywiadu wojskowego. W Lidzie zostały jego żona, jego teściowa, siostra mojego ojca i dwie córki Henryka, córka z pierwszego małżeństwa, która miała wtedy chyba 14 lat, i Hanusia, która miała rok. Wszystkie te kobiety też próbowały się wydostać przez Litwę, ale się im to nie udało, mieszkały w Lidzie i dopiero w kwietniu 1941 roku otworzyła się możliwość repatriacji dla Polaków, którzy przed wojną mieszkali na terenach zajętych teraz przez Niemców. Po przyjeździe do Polski zamieszkały w Kielcach. Ciotka, to była moja matka chrzestna, przed wojną prowadziła tam stancję dla chłopców, a jej synowie chodzili do gimnazjum. Cała rodzina przedostała się więc do Polski. W tym czasie, ponieważ Henryk nie wiedział, gdzie one są, wysyłał listy adresowane na moją matkę, bo Bystrzanowice to był taki stały adres. No i dlatego, jak Asia oddała listy z kopertami, to było tam imię i nazwisko mojej matki i adres w Bystrzanowicach.

I Niemcy przyjechali aresztować prababcię?

Nie. Matka Hanusi i Marii Dąbrowskiej, ciocia Mimi, która mieszkała gdzieś poza Kielcami, przyjechała do Bystrzanowic do mojej matki, która była matką chrzestną Hanusi, i zażądała, żeby pojechała z nią do Kielc. Powiedziała, że ona się odda w ręce Gestapo, bo chce być razem z córkami, a że mama ma zabrać Hanusię do Bystrzanowic. Hanusia była malutka, miała cztery czy pięć lat. Nie wpadli na to, że Gestapo zamknie również moją matkę. A Hanusię Niemcy umieścili w sierocińcu. Do Kielc pojechała z tymi dwiema paniami, ciocią Mimi i moją mamą, również kuzynka mojego ojca, Tonia Grabkowska, która akurat była w Bystrzanowicach. Do Toni nikt o nic nie miał pretensji, miała wykupiony bilet do Krakowa, gdzie pracowała, pozwolono jej wyjechać. Tonia opowiadała potem, że wie, że jej pilnowali i że sprawdzono, czy naprawdę wyjeżdża. Wyjechała więc i przyjechała do Bystrzanowic, żeby nam opowiedzieć, że mamusia i te wszystkie panie są zamknięte, a Hanusię oddano do sierocińca. W tych listach nie było zapewne nic takiego, ale były dowodem na kontakty z wrogiem. Po ostrzeżeniu Toni mój ojciec następnego dnia pojechał do Kielc, żeby tam spróbować coś załatwiać. Były tam znajomości, biskup był dobrym znajomym mojej ciotki, byli różni przyjaciele, było gdzie szukać różnych możliwości, paczkę dostarczyć do więzienia. Wiedzieliśmy już też, że może być rewizja w domu, a ja miałam ogromną korespondencję z różnymi kuzynami, więc siedziałam i wszystkie listy paliłam, schowaliśmy podręczniki szkolne. Zdjęć nie chowaliśmy, nie przyszło nam do głowy, przecież w ogóle nie wiedzieliśmy, czego oni mogą szukać. Przyjechało Gestapo, jeden siadł przy biurku mamusi i przeglądał szuflady, w których były bardzo ważne spisy, ile która kura jaj zniosła. Bo to było zapisywane, kury były numerowane, ale nie tak jak świnie, przez Niemców, tylko to była własna koncepcja mojej mamy, która chciała wiedzieć, ile która kura jaj znosi, bo jak znosiła mało, to szła do garnka. W biurku były więc nieważne papiery, tylko na wierzchu stała skrzyneczka, gdzie mamusia miała fiszki z adresami ludzi, z którymi korespondowała. I tego nie spaliliśmy, nie przyszło nam do głowy. Na takie rzeczy się przecież nie zwraca uwagi. Więc to zabrali, po tygodniu mógł mój ojciec przyjechać i odebrać, ale nigdy się nie zgłosił. Ale też nic się nie udało załatwić. Tych pań zamkniętych było pięć – ciotka, jej dwie córki, moja mama i pani, tzw. panna Mania, która, jak córki ciotki były małe, była ich guwernantką, i akurat przyjechała i była w tym mieszkaniu. Ją zwolnili. Ja dużo rzeczy wiem, bo ona mi opowiadała. Je wszystkie zamknięto w lutym 1942 roku, a ją zwolnili w listopadzie. Przyjechała wtedy do Bystrzanowic, żeby opowiedzieć, ale też żeby się trochę odżywić i dojść do siebie. Stąd wiemy, że najpierw wywieziono je wszystkie z Kielc i były w więzieniu w Płocku, potem w Grudziądzu, i stamtąd pannę Manię już zwolniono, a pozostałe panie umieszczono w obozie przejściowym w Działdowie i z Działdowa wszystkie zostały wywiezione do Oświęcimia. Wiedzieliśmy, bo co jakiś czas przychodziły listy (tu gdzieś jest cała paczka listów). Listy były po niemiecku. Moja mama znała niemiecki, mój ojciec też.

Prababcia umarła w obozie?

Tak. I tak przyzwoicie się stało, że Gestapo przysłało zawiadomienie do Urzędu Gminy w Janowie. Było to takie miasteczko w okolicy, które przed I wojną w 90% było żydowskie; przed II wojną było już tam więcej Polaków. Był kościół wybudowany i szkoła siedmioklasowa – duża, nowa szkoła. I bardzo przyzwoicie się ci urzędnicy z gminy, Polacy, zachowali. Bo u nas było tak, że codziennie o świcie jeden z chłopaków, mleczarek się na niego mówiło, odwoził bańki z mlekiem na stację kolejową Złoty Potok. W Bystrzanowicach było kilkadziesiąt krów, 40 czy 50, i codziennie te bańki ładowało się na pociąg, który odstawiał je do mleczarni w Częstochowie. Raz na miesiąc mój ojciec rozliczał się z mleczarnią, a mleczarnia codziennie odsyłała na stację Złoty Potok bańki od mleka. I codziennie „mleczarek” przywoził z powrotem te wielkie 20-litrowe bańki i wstępował na pocztę, nie tylko odebrać listy, ale także oddać. Bo w całych Bystrzanowicach, jeśli ktoś pisał listy, to oddawał je w kancelarii u mojego ojca, gdzie całą wychodzącą korespondencję pakowało się do torby pocztowej, takiej torby listonosza, która była zamykana na kłódkę. A poczta miała drugi klucz od tej kłódki. I tam otwierano tę torbę i wyciągano listy, a listów się wtedy pisało dużo. Był wprawdzie też telefon, Bystrzanowice miały telefon, ale to był telefon tylko do centrali, obok pałacu w Złotym Potoku. Tam urzędował pan Lampa, który był głównym elektrykiem. Kręciło się korbką, odzywał się pan Lampa czy pani Lampa, zgłaszała się centrala i mówiło się, że chce się z tym a tym rozmawiać i oni przełączali. Tak czy owak, listów się dużo pisało i tak właśnie były przekazywane.

I wtedy ci z gminy zostawili na poczcie wiadomość, że ma się mleczarek zgłosić do gminy po pismo. Mleczarek wracał do Bystrzanowic, przywoził tę zamkniętą torbę z listami, i tak mój ojciec odebrał to zawiadomienie. Przeczytał, popłakał sobie w kancelarii, a potem przyszedł do mnie, a ja już w tym czasie mieszkałam w sypialni moich rodziców, z ojcem w tym samym pokoju. W moim dawnym pokoju mieszkała Hanusia ze swoją opiekunką, bo już mój ojciec zdążył ją wydostać z sierocińca. Ojciec przyszedł do mnie, zajrzał, powiedział „a czytasz”, to tamto dziesiąte i powiedział mi, że mamusia nie żyje.

Jak umarła?

Mama umarła na tyfus, bo tam była epidemia tyfusu, czego się dowiedzieliśmy dobrze po wojnie. Moja mama była zatrudniona w szpitalu obozowym, miała te umiejętności, ale też nie była młoda, w końcu miała wtedy ponad 50 lat. Schudła przez rok pobytu w więzieniach 40 kilo. Przedtem mama miała taką figurę jak ja, była tęga i ważyła 80 kilo. I jak przyszła epidemia, to była za słaba. Równo rok była uwięziona. Ale z tych czterech pań, które wtedy razem aresztowano, zmarły trzy, jako pierwsza – najmłodsza z nich, młodsza córka mojej ciotki, zachorowała już w Oświęcimiu i zmarła na gruźlicę. Jej starsza siostra przeżyła. A moja mama i moja ciotka zmarły dzień po dniu, moja mama zmarła 15 lutego, a ciotka 14 czy 16. Możliwe, że też na tyfus. Moja ciotka korespondowała ze swoją siostrą, ciotką Wielowiejską, ale dla ciotki Wielowiejskiej nie byli tacy uprzejmi, ją wezwali do gminy, tam, gdzie mieszkała. U nas zachowali się bardziej po ludzku.

Tak naprawdę to wszystko się zdarzyło przez jakiś straszliwy przypadek?

Tak, przez przypadek czy głupotę, czy nie dopełnienie wymogów konspiracji. W jakimś stopniu za śmierć mojej mamy odpowiadał Henryk Dąbrowski. W latach 60 przyjechał do Polski. Jego najstarsza córka, ta, która przeżyła, mieszkała w Legnicy i Henryk do niej przyjechał, i Hanusię przywiózł, i przyjechali do nas, odwiedzić nas w Poznaniu. Ale czy ta wizyta była miła? Mnie wtedy, przed wojną, jako smarkuli Henryk się bardzo podobał, przyjeżdżał samochodem, chodził w mundurze, to robiło wrażenie. Przywoził wspaniałe prezenty. Pierwsze radio, jakie w Bystrzanowicach było, zostało ofiarowane przez Henryka. To jeszcze było przed wojną. Przyjechali wtedy Henryk, Asia i Hanusia, i Hanusia u nas została w Bystrzanowicach, a oni pojechali do Szwecji, bo tam Henryk przechodził jakąś operację. Był postrzelony podczas I wojny i były jakieś komplikacje,i Henryk pojechał na tę operację do Szwecji.

Jednak to Henryk był przyczyną aresztowania prababci.

Praprzyczyną. Chociaż nie jedyną, bo to był splot skomplikowanych przypadków. Były te koperty nie wyrzucone i ciotka Mimi, która kazała mamie pojechać do Kielc, różne były przyczyny. Nie miałam tego Henrykowi za złe, ale rzeczywiście uważałam, że był praprzyczyną. Bardzo byłam pełna podziwu dla mojego ojca, że się zgodził z nim zobaczyć. Kiedy Henryk przyjechał do Polski w latach 60, to mnie zawiadomiła kuzynka z Warszawy, żebym nie przeżyła szoku, żebym wiedziała, że jest i że się wybiera do nas do Poznania. I żeby mój ojciec nie przeżył szoku. Też i nie wiem, co to dla ojca znaczyło, ta wizyta, bo ja nie byłam z moim ojcem w takich serdecznych stosunkach. Nigdy. Za duża była różnica wieku.

To już było jednak po wojnie. A jeszcze się dużo zdarzyło, i w czasie wojny, i potem.

We dworze już od 1940 roku mieszkali różni ludzie, Wojtek Morawski, który był mniej więcej w moim wieku, ale przede wszystkim zamieszkałau nas ciocia Azia Umiastowska, siostra mojej mamy, z mężem morfinistą. Nie była to moja ulubiona ciotka, a mój ojciec nie lubił jej męża, bo był leniem, ale co było robić. Od czasu uwięzienia mamy ciocia Azia prowadziła dom. Nie znała się na tym zupełnie, ale musiała i jakoś dawała sobie radę. Była chora psychicznie, miała ataki, chciała się targnąć na życie, pilnowano jej, ale uciekała. Mój ojciec sprowadzał do niej neurologa, a jak dostawała leki, jakieś krople na uspokojenie, to jej mąż je jej podpijał. Brakowało mu morfiny i sięgał po wszystko. Pamiętam, że była taka umowa z aptekarzem, bo była apteka w Janowie, że służba folwarczna z Bystrzanowic mogła realizować receptę u aptekarza, a rachunek pokrywał ojciec. Tylko recepta musiała być podpisana przez lekarza i mojego ojca, a jak ojca nie było, to przeze mnie, choć miałam dopiero kilkanaście lat, ale nie przez ciocię Azię. Ojciec bał się, że mąż cioci Azi mógłby zmusić ją do podpisania sfingowanych recept na morfinę.

Ty wciąż jeszcze byłaś uczennicą?

Byłam uczennicą, ale mieszkałamw domu i uczyłam się, miałam nauczycielki. Te panie się zmieniały. Bo moja nauczycielka, która mnie uczyła całą podstawową szkołę i jeszcze przez 1 i 2 klasę gimnazjalną już sama stwierdziła, że dalsze uczenie mnie przekracza jej możliwości. Języków uczyła mnie w tym czasie ciocia Azia. Angielki nie było, bo w 1939 roku wywieźli ją Niemcy. Niemcy zebrali wszystkich cudzoziemców, już nie wiem, czy w Częstochowie, czy wszystkich odstawiono do Warszawy i stamtąd wysiedlili ich na Zachód, do Holandii. Potem miałam drugą nauczycielkę, bardzo wspaniałą panią, która byłaz wykształcenia chemikiem bodaj czy fizykiem, chemikiem chyba, i ona mnie uczyła półtora roku. Ale ciocia Azia dla niej była przykra i ona odeszła. Mnie powiedziano, że dlatego, że mama jej choruje, ale naprawdę, to przez ciocię. Później się z tą panią jeszcze widziałam, były kontakty nawet po wojnie, śliczne sukienki mi przysłała dla Ewuni. A z jej siostrzenicą, nie – z bratanicą, byłam na studiach w Poznaniu, ale ja byłam na czwartym roku a ona na pierwszym. I to ona mnie odnalazła. I później była jeszcze jedna nauczycielkaz Częstochowy, która uczyła mnie pół roku. I tak skończyłam cztery klasy gimnazjalne. Już byłam sama, bo nie było Wojtka, który wyjechał do Krakowa po aresztowaniu mamy, więc i tak było trudniej. No a później pojechałam do sióstr Nazaretanek do liceum do Częstochowy.

We wrześniu 1943 roku?

Nie, to był rok 1944, w Warszawie było powstanie, do końca powstania było niespokojnie i ja chyba dopiero pod koniec października pojechałam do szkoły. To była szkoła dziewczęca, w klasztorze. Weszłam do klasy z bieżącym programem, ale musiałam sama nadrobić te pierwsze dwa miesiące. Nadrabiałam i na Boże Narodzenie pojechałam do domu. W szkole było fajnie, bo wreszcie miałam koleżanki. A poza tym miałam wspaniałe oparcie, bo mój ojciec, jak sprowadził tę Hanusię Dąbrowską z sierocińca i przywiózł ją z Kielc do Bystrzanowic – Hanusia była malutka, miała 6 lat, była 10 lat młodsza ode mnie, urodzona w kwietniu w 1938 roku – to przyjechała z nią pani Anka Lisińska, która była jej opiekunką w Kielcach jeszcze, do czasu aresztowania moich kuzynek. Anka była trochę starsza ode mnie i uczyła się sama. Panna Zofia, ta moja nauczycielka, jej pomagała, jakieś podręczniki dla niej sprowadzono i Anka uczyła się sama. Myśmy przerabiali – myśmy, bo wtedy był jeszcze Wojtek, całą tą zimę z roku 1942 na 43 – trzecią klasę gimnazjalną, a ona chyba pierwszą licealną. Anka poszła do sióstr wcześniej niż ja. Mój ojciec bardzo wspomagał ten klasztor i jakoś to zostało finansowo załatwione, że Ankę tam przyjęto. Jakaś inna pani z córeczką przyjechała zajmować się Hanusią i jej ojciec, ten właśnie Henryk Dąbrowski, zabrał ją w 1946 roku do Anglii, gdzie jeszcze dotąd żyje.

No więc w szkole w Częstochowie miałam w Ance wspaniałe oparcie, ona już była w klasie maturalnej i pomagała mi w matematyce. Bo ja miałam te dwa miesiące do nadrobienia. Polskiego nie musiałam nadganiać, miałam znajomość literatury na odpowiednim poziomie i nie było też problemem samej poduczyć się geografii czy historii, ale matematyka! A trzeba było nadgonić i program z matematyki, bo z każdego przedmiotu miałam ustny sprawdzian.

Wróćmy jeszcze do wojny. Jak funkcjonowały Bystrzanowice podczas wojny?

Wojna dotkliwie dała się odczuć w życiu rodziny, ale nie dotknęła majątku. Bystrzanowice znalazły się na terenie Generalnej Guberni, czyli nie zostały włączone do Niemiec. Trzeba było obowiązkowo odstawiać kontyngent, tak to się nazywało, bardzo duże ilości zboża, a wysokość dostawy była naliczana w zależności od ilości ziemi użytkowanej rolniczo. Był też przymus sadzenia takiej rośliny, która się nazywała oxalis, z której Niemcy chcieli produkować paliwo. Ziemniaki się nadal wywoziło do syropiarni, tylko pewnie tam Niemcy zabierali produkcję. Kolczykowano też świnie – Niemcy wprowadzili taki „spis” świń, wiedzieli, ile ich było i nie wolno było zabić dla siebie na potrzeby gospodarstwa, tylko te wyliczone sztuki, wyhodowane do normalnej wielkości, musiały być dostarczone do niemieckiej rzeźni. Oczywiście to się omijało, jak się zabijało świnię, to się jej obcinało kolczyk z ucha i przyczepiało prosiakowi.

A pracownicy?

Stosunek ludzi do ziemiaństwa nie zmienił się w czasie wojny. W każdym razie u nas się tego nie odczuwało. Mój ojciec był bardzo uważający dla swoich pracowników. Na przykład sprzedawał im zboże po normalnych cenach, co było w gruncie rzeczy nieopłacalne, bo na czarnym rynku zboże było wielokrotnie droższe. Ale ojciec nie handlował zbożem na czarnym rynku. Bo to było tak – część ziemian stawiała ponad wszystko wartości etyczne. Mówiło się – chlebem się nie handluje. Nie w czasie wojny. Sprzedaje się uczciwie, ale nie na lewo. Tak samo wuj Staś z Planty nie sprzedawał na lewo żyta, bo to jest chleb.

Dlaczego akurat zboże było towarem na czarnym rynku?

Polakom nie wolno było mieć białej mąki na bułki, tylko razową. Bo biała mąka jest nieekonomiczna – tylko 40% ziarna idzie na mąkę, reszta to otręby, czyli pasza dla zwierząt. Kaszy manny też Polakom nie wolno było mieć. Dlatego się jechało do znajomego młyna, bryczką, z wizytą, wiozło się 50 kilo pszenicy, za to dostawało się 20 kilo kaszki manny dla dzieci, dla staruszków.

Czyli pradziadek nie handlował na czarnym rynku?

A i owszem, ale nie zbożem. Bo na polach siało się nie tylko samo żyto czy ziemniaki, ale była też plantowana koniczyna czy lucerna, których jednak nie kosiło się jako zielonych roślin, tylko były hodowane na nasiona. I to się bardzo opłacało. Nasiona się odstawiało do spółdzielni rolniczej, za to się dostawało deputat cukru, spirytusu albo wódki i materiały, kupony na odzież. Wódkę całą ojciec sprzedawał. W domu się nie piło, trochę się robiło nalewek, więc jak był deputat na 100 litrów, to się powiedzmy dwa litry zostawiało w domu, a resztę się sprzedawało, gdzieś tam w Częstochowie. Cukier też ojciec częściowo sprzedawał.

Czyli trzeba było odstawiać kontyngent dla Niemców, ale trzeba też było płacić dzierżawę? Jak to było z tą dzierżawą?

Dzierżawa opiewała właściwie na dziewięć lat, ale przepisy w czasie wojny były takie, że nie rozwiązywano umów i dzierżawa się przedłużała na czas nieokreślony. Gdy Rosjanie się zbliżali, Niemcy dosyć szparko zwiali ze Złotego Potoku i okolicy, chyba już w marcu, ale jeszcze w kwietniu próbowali bombardować Częstochowę. Pamiętam, bo już wtedy, od 1944 roku, byłam w internacie u sióstr Nazaretanek. Był alarm. Kazano nam zejść do piwnicy. Siedziałyśmy rządkiem w takim korytarzu kuchennym, a z nami Matka Przełożona. Nie pamiętam dokładnie, co tam robiłyśmy, pewnie różaniec odmawiałyśmy. W okolicy Częstochowy nie było żadnych walk, w każdym razie ja nie widziałam żadnych akcji wojennych, tylko koło Bystrzanowic przejechały jakoś tak bokiem sowieckie czołgi, w drodze na Zachód.

Bystrzanowice cały czas były pełne ludzi?

Pod sam koniec wojny wszyscy ci krewni i znajomi, którzy u nas mieszkali, po kolei opuszczali Bystrzanowice. Ciocia Azia wyjechała, jej męża, już po wojnie, zastrzeliło podobno AK, ponoć miał kogoś zdradzić. Cioci Azi znacznie się poprawił stan zdrowia, ale później, w Krakowie, miała chyba znowu jakieś kłopoty ze zdrowiem psychicznym. Początkowo pracowała jako nauczycielka, uczyła języków. Kiedy się jej pogorszyło, opiekowała się nią jej młodsza siostra, ciocia Zosia, która też w międzyczasie owdowiała.

Wyście też w końcu musieli wyjechać z Bystrzanowic?

Cd w poniedziałek za tydzień

Gromiwoja, czyli wielkie WYPIERDALAĆ!

Dziękuję mojej siostrze, Kasi, za całościowy koncept tego wpisu od pierwszej linijki do ostatniej, zdjęcie Kasia B.

Rzecz się dzieje podczas wojny peloponeskiej. Trwała ona tak długo, że kobiety się zbuntowały, stanęły do walki i wygrały!

Gromiwoja (Lizystrata)

Tekst: Arystofanes 411 p.n.e
Komentarz (fragmenty przedmowy): tłumacz Edmund Cięglewicz (ur. 1862, zm. 1928)
Przypisy i uwagi: Ewa Maria Slaska 2020

Jest rok 411 p.n.e. Trwa druga wojna peloponeska. Otóż na wiosnę tego roku (…) gdy nieszczęsne Ateny zaledwie łzy osuszyły po klęsce sycylijskiej, wśród powszechnego przesilenia ekonomicznego, niesłychanej drożyzny, wywołanej przeludnieniem i przymusowym, już od lat dwu, zaniechaniem uprawy roli w znacznej części ziemi attyckiej, wystawia poeta (Arystofanes), w lutym, podczas świąt Lenajskich, Lysistratę-Gromiwoję, komedię, w której szalony, śmiechem i dowcipem pieniący się pomysł idzie o lepsze z głębią myśli polityczno-społecznej. (…) Mądra, wyższa, patriotyczna kobieta postanowiła zmusić Hellenów do zawarcia pokoju. Gromiwoja obmyśliła sposób, aby pogromić wojujące strony: widząc, że zwykłymi środkami nie zaradzi się temu, już dwadzieścia lat trwającemu obłędowi, użyła sposobu wyjątkowego, na który mamy dziś wyraz zanadto dobrze znany, aby go nie użyć: białogłowski strajk.

GROMIWOJA (do Starucha)

Słuchaj jeno
Czasu wojny długotrwałej
Myśmy siła
złego… siła,
Od was, mężczyzn, znieść musiały,
A cierpliwość… z nami była!
Nie lza było słówkiem pisnąć,
Choć burzyła się krew na was.
Więc śledziłyśmy was ładnie
I, bywało, siedząc w domu,
Słyszym nieraz, jak zapadnie
Straszny wyrok złej uchwały
W sprawie ważnej!

Poeta wyprowadza na scenę niewiasty, walczące doskonale tą bronią, jaką im dała natura, a celem tej walki jest powszechny pokój. Pomysł poety świadczy, że kobieta w Atenach miała swoje aspiracje, dążące do emancypacji; dążenia te, nawet dziś tu i owdzie ironicznie pojmowane, niekiedy namiętnie zwalczane, przedstawia poeta w sposób, zapewne, wielce komiczny, lecz niezmiernie sympatyczny: jego Gromiwoja nie jest śmieszną, lecz owszem dzielną i wielką obywatelką, której się słusznie wszystkie należą prawa.

Jak wykonał poeta ten pomysł?

„W naszym ręku leży zbawienie Hellady”, woła bohaterka komedii, piękna i mądra Gromiwoja, do zwołanych z całej Grecji przedstawicielek płci pięknej. (…) “Zmusimy ich zaprzestać tej obmierzłej wojny, jeżeli zgodzimy się na jedno… Od dziś kwita z wszelkich czułości”. (…)

Na zamku, w obronnym grodzie, pod opieką dziewiczej Pallas Ateny, strajkowiczki przebywają tak długo, aż wreszcie mężowie, zrazu oburzeni, potem „prywacją kobiet” (…) srodze znękani, składają broń przed tym pospolitym kobiet ruszeniem, zawierając pokój panhelleński (…).

Ale Lizystrata to nie tylko historia kobiecego strajku. To również apel o demokrację. Oto, co mówi dalej Gromiwoja do Senatora, przyrównując obywateli i politykę do wełny

Naprzód tedy, jak się z brudu
Myje wełnę na potoku,
Tak kołtuństwo trzeba z ludu
Zmyć i z miasta, jako wióry
Gnać, a kłęby powikłane
Polujących na godności
I na tłuste synekury
Zgrzebłem międlić bez litości —
I urywać łby skalane!
Potem czesać czystą wełnę,
W jeden kosz swobody wspólnej
Wszystkich kładąc: więc wmieszkanych
Pobratymców i związkowych
Nawet i dłużników owych,
Co stracili prawa ludzkie,
Trzeba mieszać w ten kosz wspólny.
Przebóg, wszystkie miasta one,
Zakładane, jak osady
Naszej macierzystej ziemi,
Wiedz, że jako rozrzucone
Pasma leżą, zatem słabe.
Więc te pasma
Zebrać wszystkie w ten kosz pełny,
Potem zbić na jeden wełny
Zwał, chociażby nie bez trudu
I tkać nowy płaszcz dla ludu!

Tą odezwą wystawił sobie Arystofanes największy pomnik, jako myśliciel, jako polityk, jako obywatel. Tak, obywatel, bo ta wełna w koszu, to wszak “wspólność praw obywatelskich”. Ale niestety głos natchnionego wieszcza był głosem wołającego na puszczy; przezornej myśli, najdonioślejszej, jaką kiedykolwiek wypowiedział Ateńczyk, którą należało przyjąć jako program dyplomatyczny, współczesność nie zrozumiała, a gdy zrozumiała, było już… za późno. Nie przyznano metojkom praw obywatelskich, nie zrównano ludzi wobec prawa. To zrobił dopiero Rzym.

Wróćmy jednak do naszych bojownic. Ich cel bardzo przypomina to, o co teraz pod wodzą kobiet walczy cała Polska: o wielkie WYPIERDALAĆ! skierowane do, ujmijmy to skrótowo, dziadersów wszelkiej maści.

Rzekłby kto, no ale jednak pardon fi donc, nieprzyzwoite to słowa. A tu tymczasem:

Śmiałym słowem przemawia Grek w życiu i na scenie; wyobrażenia helleńskie o przyzwoitości, zwłaszcza scenicznej, różnią się od dzisiejszych, o zewnętrzną tylko przyzwoitość dbających. Nasza scena przemyca częstokroć prawdziwą i potworną zgniliznę, ale ten jeden warunek musi być zachowany: o wszystkim wolno mówić, byle parafrazą, przyzwoicie i mniejsza o to, że pod tą osłoną wypranych, wyprasowanych i ublanszowanych Tłumacz, chcący oddać poetę, jakim był, nie może trzymać się tej recepty: zbyt wielki to umysł, aby go przykrawać do pojęć cnotliwego emeryta lub zwagneryzowanego pajaca. Niech więc nikogo
…nie razi, że tu greckie panie
Mówią dość śmiałą mową, a panienki,
Niepowstrzymane swym greckim sumieniem,
Zwą często rzeczy… właściwym imieniem.

Takim na przykład:
Haj, na dwa bożyca, dyć
goła hipkam i piętą w rzyć biję!

Z jednej strony gromada dorodnych erotycznie rozbuchanych rokoszanek, z drugiej (nie do wiary!): na scenę wkracza powoli zadyszany chór Starców siwobrodych, złożony z 12 choreutów (…) Dziady owe dźwigają pęki chrustu, wleką polana i konary; dwaj dzierżą sagan miedziany z żarzącym węglem i dmuchają, raz po raz kaszląc od gryzącego dymu. (…) Na końcu wlecze się przodownik chóru, koryfajos, imieniem Strymodoros; stary wyga, nie dźwiga nic, tylko dowodzi. (…) stają, krztusząc się, kaszląc i ocierając pot.

Strymodoros! Ten ze sceny wypisz, wymaluj jak ten nasz!

Ale choć główną bronią ma być odmowa chędożenia się, dziewczyny i dziady naparzają się też bezpośrednio. Mają nie tylko normalną broń. Starcy walczą ogniem, rokoszanki, jak je nazywa tłumacz, wodą. Kobiety zwyciężają. Główny Staruch bardzo nad tym ubolewa. Gromiwoja odpowiada mu beztrosko:

Azaś ty myślał, że baby nie… biją,
Że my niewolne? Że może kobiety
Nie mają ducha? (…)
Więc my tedy obwołały
Sejm niewieści, by Helladę
Wyrwać z toni wspólną mocą.
Czekać jeszcze? Na co, po co?
Więc gdy zbawczą kobiet radę
Przyjąć chcecie sercem wdzięcznym,
I, jak my wpierw, milczeć, luby,
Ocalimy was od zguby!
(…)
CHÓR BIAŁOGŁÓW

Ninie zbliż się który do mnie, a wybiję zęby!
Czosnku ten nie będzie gryźć,
Grochu, bobu, ni ziarenka:
Jednym słówkiem spróbuj lżyć,
Wściekła jestem, będę bić,
Że polecą z was otręby,
I wspomnisz bajkę, jak żuk orła nęka!
(…)
Nie dbam o was, póki żyje
Ma Lampito, wierna straż,
I tebańska krasawica,
Ismenija — zaszczyt nasz!
Wy bezsilni, nie pomoże
Na to nawet uchwał sto,
Zwłaszcza, że wam wszyscy wkoło
Źli sąsiedzi zemstą klną.

Niezaspokojeni seksualnie wojownicy ze Sparty i Aten, wspierani przez pokonanych starców, podejmują decyzję o zawarciu przymierza, które zakończy wojnę.

Nie trudna to rzecz, kiedy obie strony
Bez fałszu zadmą już w jednakie tony
A zatem: ***** ***

Kochani i jeszcze opis do zdjęcia: zostało zrobione 3 listopada podczas demonstracji w Gdańsku w obronie wolnych mediów. Pochód formował się we Wrzeszczu na ulicy Grunwaldzkiej, pod pięknym pałacykiem czyli siedzibą radia Gdańsk (to było kiedyś fantastyczne radio), a potem szedł do Gdańska, pod siedzibę ***. Poszłyśmy z koleżanką. Miałyśmy mnóstwo rzeczy do obgadania, a na trasie nikt nic nie skandował, to, zatopione w rozmowie, szłyśmy coraz wolniej. Nagle okazało się, że idziemy jako ostatnie i chyba byśmy tego nawet nie zauważyły, gdyby nie pogoniły nas buczkiem zamykające pochód auta policyjne. Upozowałam się na ich tle, a koleżanka zrobiła zdjęcie. A dopiero dziś zrozumiałam, że wystylizowałam pozę na zdjęciu na Gromiwoję. Trudno się zresztą dziwić, pisałam o niej przecież przez cały dzień.