Wpis o wojnie

Przygotowany na dziś wpis ,”Słodki czwartek 4″ Joasi Rubinroth, zlikwidowałam na prośbę autorki o godzinie 6 rano. Autorka napisała: Putin wszedł do Ukrainy i strzela. No nie wiem, czy można dzisiaj dać słodki czwartek.

***

Na moją prośbę Ela Kargol zapisała pierwsze myśli o wojnie

Ela Kargol

Na poznańskim Zamku, kiedyś cesarskim, wybudowanym dla ostatniego cesarza niemieckiego i króla Prus Wilhelma II, załopotały ukraińskie flagi. Nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała o architekcie zamku, którym był Franz Heinrich Schwechten, znany przede wszystkim berlińczykom z takich budowli jak Kaiser-Wilhelm-Gedächtniskirche czy Anhalter Bahnhof, których ruiny stoją do dzisiaj, straszą wojną, ostrzegają przed wojną i przypominają o wojnie. Schwechten również zaprojektował wieżę stojącą do dzisiaj w berlińskim Grunewaldzie i wieżę upamiętniającą Johannesa Quistropa w Szczecinie. Wieżę wysadzono prawdopodobnie w powietrze w 1945 podczas walk o Szczecin lub zniszczono podczas alianckich nalotów bombowych.

https://poznan.wyborcza.pl/poznan/7,36000,28156612,ukrainskie-flagi-na-zamku-podswietlony-teatr-nowy-zbiorki.html

Wojna niszczy, nie tylko budynki, których ruiny ostrzegają żyjących, wojna niszczy ludzi, ich myśli, dorobek, życie, zostawia trwałe ślady.
Wczoraj byłam w Szczecinie, byłam świadkiem pomocy Szczecinian (tak, wielką literą) i świadkiem przyjazdów, tych, którzy przed wojną uciekają. Czy można uciec przed wojną? Przed tak potężnym wrogiem? Czy nie będzie to kolejna walka z wiatrakami?
Moja mama, która przeżyla II wojnę światową, powiedziała, że już nie będzie uciekać, bo to nic nie dało.

  1. 2. 2022
    Taki dzień, gdy świat się zatrzymał.
    Taki dzień, gdy każdy się zdziwił.
    Taki dzień, gdy wielu spojrzało na mapę.
    Taki dzień, gdy ktoś się pomodlił,
    nawet ten, co nigdy tego nie robił.
    Strach
    Bezsilność
    Niepokój
    Wściekłość
    Powroty i Wyjazdy
    Przeszłość
    Przyszłość
    ?

Dziś premiera

Monika Sznajderman o Annie Bikont

Wydawczyni napisała: Jest to książka znakomita i wstrząsająca, jak tylko może być książka o świecie, w którym nieliczne ocalałe z Zagłady dzieci stają się przedmiotem handlu, rywalizacji, są towarem. O świecie, w którym uratowanego dziecka nie oddaje się ot tak, rodzinie, a nawet rodzicom, tylko trzeba je kupić, a jego wiek często poznać można tylko po zębach. O świecie, w którym dziecko nie jest dzieckiem, lecz tylko zakładnikiem religii i ideologii. I w którym nie ma dobrych wyborów, bo każdy najczęściej prowadzi do tragedii. Znakomicie zriserczowana i napisana z historycznym i reporterskim rozmachem, „Cena. W poszukiwaniu żydowskich dzieci po wojnie” odsłania przed nami całe połacie tego wciąż skrytego w mroku lądu, jakim jest Zagłada. A przy tym jest to książka wciągająca jak rzadko, jak najlepsza powieść detektywistyczna – każde poszukiwanie informacji o kolejnym dziecku zamienia się tu w pasjonujące śledztwo, które autorka za każdym razem stara się doprowadzić do końca. Trudno mi wyrazić moją wdzięczność za tę książkę – jako wydawczyni i osobiście.

Premiera 23 lutego, czyli dziś.

Besser nicht zusehen…

Schrecklich dieser Krieg, es wird keine Sieger geben

Tibor Jagielski, der sich diesen Beitrag ausgedacht hat

Jürgen Kaube (reblog)

Drei Wörter, sagt Filmemacher Raoul Peck in der FAZ, fassen die gesamte Historie der Menschheit zusammen: Zivilisation, Kolonisation und Vernichtung. Kurz danach sagt er, ein einziger Satz fasse die Geschichte der westlichen Welt und des europäische Kontinent zusammen. Er stammt aus Joseph Conrads Herz der Finsternis, wird dort von einem Kolonialverbrecher gesagt und lautet „Rottet die Bestien aus!“
Peck zufolge, gibt es stets die Gewissheit einer überlegenen Rasse, stets wird aus ihr das Recht abgeleitet, die Unterlegenen zu bekriegen, umzusiedeln, zu bestehlen, zu missionieren, zu töten oder sterben zu lassen. In den Spielszenen ist es immer derselbe Schauspieler, der die Grausamkeit repräsentiert, vom Mord an der Seminolen um 1815 über den Oberkongo 1895 bis in die Gegenwart. Einen geschichtlichen Fortschritt weg von diesem so selbstbewussten wie grausamen Rassismus kann der Film nicht finden. Den Abscheu gegenüber dem Schrecklichen behandelt er als Einstellung Weniger, zu denen auch er selbst gehört. Deswegen spricht er wiederholt seine Biographie und seine vorigen Filme an. Sätze wie Die bloße Existenz dieses Films ist ein Wunder, klingen selbstgefällig. Wichtiger aber ist, dass Peck den Eindruck erweckt, wir lebten nach wie vor oder demnächst wieder im neunzehnten Jahrhundert, in der Zeit der totalitärer Massenmorde und einer allgemeinen Überzeugung, es gebe sterbende Nationen, denen man Sterbehilfe leisten dürfe. Einmal stellt er die Frage, was jemals großartig an Amerika gewesen sei. Der Eintritt in den Zweiten Weltkrieg fällt ihm nicht ein.

Ein zum Tode Verurteilter auf dem elektrischen Stuhl des Gefängnisses „Sing Sing“ im Bundesstaat New York

Der Film Rottet die Bestien aus! von Raoul Peck erzählt die Verbrechensgeschichte des Westens. Dabei schert er sich nicht um die Unterschiede zwischen Kolonialismus und Judenvernichtung.

Rottet die Bestien aus! alle vier Teile sind momentan bei Arte zu sehen: https://www.arte.tv/de/videos/RC-022134/rottet-die-bestien-aus/
—————————————————————————————————–
Tibor Jagielski sagte dazu noch:
In einem Punkt hat Peck sicherlich recht: Wir funktionieren mental im 19. Jahrhundert, und wenn wir nicht aufpassen, werden wir nach der nuklearen Nacht auf das Niveau der Steinzeit zurückfallen.

Ich erinnerte mich dabei daran, dass ich einmal, 1997, in einem Theater ein Faultier gespielt hatte. Die Role war schrecklich, aber was sollte es, die Bezahlung stimmte und drum ging es… Die ganze Vorstellung über hing ich eigentlich nur an einem Ast, pfiff ab und zu oder kratzte mich unter den Achseln und erst am Ende des dritten, letzten Aktes warf ich mich auf eine Piratin. Ich zertrümmerte ihren Schädel und aß ihr Hirn (es war Vanillepudding mit Erdbeersoße), wobei ich versuchte, nicht zu schmatzen, weil während der Probe einer der Zuschauer in Ohnmacht fiel und die Regisseurin mir verbot, die hochtrabenden Ideen des Stücksschreibers zu expressionistisch zu interpretieren.

Z wolnej stopy 60

Zbigniew Milewicz

Jakie drzewa, taki las…

80 lat temu w hitlerowskim więzieniu przy dzisiejszej ulicy Mikołowskiej w Katowicach stanęła gilotyna. Szybsza i precyzyjniejsza w obsłudze, niż średniowieczny topór, którym niemieccy kaci dotąd posługiwali się w miejscach kaźni. Wykonała ona co najmniej 552 wyroki śmierci na wrogach III Rzeszy i za więziennymi murami nazywano ją czerwoną wdową.

Machina śmierci – czytamy w archiwalnym materiale Grażyny Kuźnik* – działała jeszcze na kilka dni przed wejściem do miasta Rosjan. Niemcy stracili wtedy siedmiu więźniów z Piekar, Siemianowic, Knurowa, Orzesza i Rudy Śląskiej. Dopiero potem gilotynę próbowali ukryć. Nie mieli czasu, zakopali ją płytko na cmentarzu w Bogucicach. W katowickim Urzędzie Stanu Cywilnego cudem zachowały się spisy zgilotynowanych. Ginęli nie tylko mężczyźni, ale też kobiety i młodzież. W pierwszej egzekucji stracił życie 32- letni murarz z Czechowic. Drugą ofiarą była 31- letnia góralka z Żywca. Oprócz niej ścięto jeszcze 53 kobiety i 13 chłopaków w wieku do 19 lat.

W swoim artykule autorka opowiada o losach jednej z ofiar, 28-letniego, katolickiego księdza Jana Machy, o którym jej koleżanka z katowickiej TV, Dagmara Drzazga, nakręciła właśnie dokumentalny film. Tytuł obrazu brzmiał: Bez jednego drzewa las lasem zostanie. Wspominam o tych pracach z okazji beatyfikacji księdza Machy, która odbyła się 20 listopada w Archikatedrze Chrystusa Króla w Katowicach w asyście tysięcy śląskich wiernych. Kto nie mógł osobiście przybyć do katedry, ten miał możliwość uczestniczenia w niej za pośrednictwem mediów; mnie niestety nie udało się z żadnej z tych opcji skorzystać, chociaż byłem wtedy na Śląsku, więc tym bardziej winien jestem napisać, co wiem o tym człowieku, który za pomaganie rodzinom prześladowanym przez Niemców w czasie wojny, zapłacił męczeńską śmiercią.

Hanik, bo tak go nazywali w domu, przyszedł na świat 18 stycznia 1914 roku w Chorzowie Starym. To była tradycyjna, śląska rodzina Pawła Machy i Anny, z domu Cofałka; Hanik miał dwie siostry i brata. Był harcerzem. W szkole brał udział w amatorskich przedstawieniach teatralnych i trenował piłkę ręczną, czyli szczypiórniaka, który w Chorzowie stał na wysokim poziomie. Z drużyną miejscowych Azotów kilkakrotnie sięgał po tytuł mistrza Śląska, a w latach trzydziestych – także wicemistrza Polski. Działał w Katolickim Stowarzyszeniu Młodzieży. Nie wiem, kiedy zdecydował, że zostanie księdzem; w 1934 roku przyjęto go do Śląskiego Seminarium Duchownego w Krakowie i pięć lat później, krótko przed wybuchem wojny, otrzymał święcenia kapłańskie.

10 września 1939 roku ksiądz Macha został wikarym w parafii św. Józefa w Rudzie Śląskiej, gdzie nawiązał kontakt z tajną grupą konspiracyjną o nazwie Polska Organizacja Zbrojna, wchodzącą w skład Polskich Sił Zbrojnych. Zajął się w niej prowadzeniem tzw. Opieki Społecznej, która sprowadzała się do działalności charytatywnej wśród rodzin, będących na niemieckiej, czarnej liście. Ich członkowie byli m.in. uczestnikami Powstań Śląskich, ale często wystarczył brak flagi z hackenkreuzem w oknach mieszkania, czy donos złośliwych sąsiadów, że na parterze śmieją się z führera, żeby trafić do aresztu, albo co gorsza do Oświęcimia, za wrogość wobec III Rzeszy. O rozmiarach tej pomocy, niesionej potrzebującym bez względu na ich narodowość, może świadczyć fakt, że młody wikary miał 1750 współpracowników – wolontariuszy, między innymi harcerzy. Konfidenci, którzy byli w czasie niemieckiej okupacji na Górnym Śląsku wszechobecni, pewnego dnia zadenuncjowali również Hanika. 5 września 1941 roku został aresztowany przez gestapo na dworcu kolejowym w Katowicach. Znaleziono przy nim listę osób, którym pomagał wraz ze swoimi współpracownikami oraz inne dokumenty, świadczące, że zbierał pieniądze na rzecz potrzebujących i im je przekazywał. Lista ta była później jednym z głównych dowodów w śledztwie i procesie całej grupy.

W śledztwie był brutalnie bity i torturowany. 17 lipca 1942 roku przed sądem doraźnym w Katowicach odbyła się krótka rozprawa, na której ksiądz Macha i współpracujący z nim kleryk Joachim Gürtler skazani zostali na śmierć, przez ścięcie gilotyną. Kilka godzin przed śmiercią ks. Macha napisał list do swoich rodziców i rodzeństwa:

„Umieram z czystym sumieniem. Żyłem krótko, ale uważam, że cel swój osiągnąłem. Nie rozpaczajcie! Wszystko będzie dobrze! Bez jednego drzewa las lasem zostanie (…) Zatem do widzenia! Zostańcie z Bogiem! Módlcie się za Waszego Hanika.“

Wiedział, że nie spocznie w grobie. We wspomnianym liście prosił więc swoich najbliższych: „Pogrzebu mi nie użyczą, ale urządźcie mi na cmentarzu cichy zakątek, żeby od czasu do czasu ktoś o mnie wspomniał i zmówił za mnie Ojcze Nasz“.

Wyrok wykonano 3 grudnia 1942 roku. Ciała skazanego nie wydano rodzinie, najprawdopodobniej zostało ono spalone w niemieckim obozie koncentracyjnym Auschwitz. Prośba Hanika o cichy zakątek po śmierci została spełniona, kiedy z inicjatywy grona jego przyjaciół w październiku 1951 roku powstał symboliczny grób na starym, rodzinnym cmentarzu parafii św. Marii Magdaleny w Chorzowie Starym, gdzie Hanik został ochrzczony i gdzie sprawował swą prymicyjną mszę świętą.

Sługa Boży ksiądz Jan Macha został wyniesiony na ołtarze 20 listopada 2021 roku, po ośmioletnim procesie beatyfikacyjnym, przez papieża Franciszka, którego na uroczystości w Katowicach reprezentował kardynał Marcello Semeraro, prefekt Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych. W ceremonii wzięli udział: rodzina księdza Machy, episkopat Polski, śląskie duchowieństwo, przedstawiciele rządu, władz samorządowych Śląska i różnych organizacji kościelnych oraz społecznych. W katedrze odsłonięto portret nowego błogosławionego i wniesiono związane z nim relikwie – różaniec, który wykonał w celi z wydłubanych drzazg i ze sznurka wyciągniętego z siennika, chustkę więzienną oraz list, napisany do rodziny przed śmiercią. A w homilii, odwołującej się do ustawicznych apeli papieża Franciszka o społeczną empatię, było uzasadnienie, dlaczego ksiądz Macha został beatyfikowany:

Opiekował się wieloma rodzinami dotkniętymi koszmarem wojny. Nie pozostał obojętnym na żadne cierpienie: gdziekolwiek ktoś był aresztowany, deportowany, rozstrzelany, przynosił pocieszenie i wsparcie materialne. Nie zwracał przy tym uwagi na różnice narodowościowe, wyznaniowe czy społeczne. Jak cenny jest dzisiaj jego przykład! Jakże jasne jest jego nauczanie! W podzielonym społeczeństwie, gdzie indywidualizm i egoizm wydają się coraz bardziej umacniać z powodu braku autentycznych i szczerych relacji, nasz Błogosławiony przypomina nam, że Chrystus będzie nas sądził za miłość i dobro, które uczyniliśmy.

Ustalono, że wspomnienie błogosławionego Jana Machy przypadnie corocznie na dzień 2 grudnia, czyli na wigilię jego śmierci. Uroczystość beatyfikacyjną poprzedziła konferencja prasowa, na której zabrał głos m.in. dr Andrzej Grajewski, historyk i publicysta mediów katolickich. Tym, co powiedział, chciałbym podsumować mój dzisiejszy wpis, bo zgadzam się z autorem:

Dziś święto mają również wszyscy ci, którzy byli razem z księdzem Janem: kleryk Joachim Gürtler i Leon Rydrych – skazani razem z nim i zgilotynowani za działalność w podziemnej organizacji. – To także święto tych 1750 osób, o których mówi niemiecki wyrok określający liczbę współpracowników księdza Machy w akcji charytatywnej prowadzonej od Zabrza po Pszczynę. Gdybym zastanawiał się, co zrobiłby dziś ksiądz Macha, to myślę, że na pewno byłby w „Namiotach Nadziei”, które za strefą stanu wyjątkowego na wschodniej granicy rozstawiła białostocka Caritas.
______________

*slaskie.naszemiasto.pl, 29 października 2011

Zum Tod von Mikis Theodorakis

Mikis Theodorakis (* 29. Juli 1925, † 2. September 2021]) war ein griechischer Komponist, Schriftsteller und Politiker. In seiner Heimat wird er als Volksheld verehrt. Theodorakis war einer der bekanntesten griechischen Komponisten des 20. Jahrhunderts. Besonders seine Filmmusiken zu Alexis Sorbas (mit Sirtaki), Z und Serpico sowie die Vertonung des Canto General nach Versen von Pablo Neruda machten ihn weltweit bekannt. Zu seinem mehr als 1000 Werke umfassenden Schaffen zählen symphonische Kompositionen und eine Vielzahl von Liedern. Darüber hinaus wurde er durch sein politisches Engagement bekannt.

Während des Zweiten Weltkriegs war er Widerstandskämpfer gegen den Nationalsozialismus und kämpfte beim anschließenden Griechischen Bürgerkrieg auf Seiten der Linken, weshalb er später in einem Lager interniert und schwer gefoltert wurde. Gegen die Militärdiktatur ging er in den Widerstand und wurde festgenommen und erneut schwer gefoltert; er durfte auf internationalen Druck ausreisen und lebte bis 1974 im Pariser Exil. In den frühen 60er und in den 80er Jahren wurde Theodorakis als linker Politiker in das griechische Parlament gewählt. 1989 half er, eine große Koalition zwischen Konservativen, Sozialisten und Linken zu bilden: Erstmals seit dem Griechischen Bürgerkrieg wurden Kommunisten wieder an der Macht beteiligt. Er wurde 1990 Minister ohne Geschäftsbereich beim Premierminister in der Regierung von Konstantinos Mitsotakis. In dieser Funktion setzte er sich gegen Drogen und Terrorismus, für Kultur und Erziehung sowie für verbesserte Beziehungen zwischen Griechenland und der Türkei ein. Auch als er sich von der Tagespolitik zurückgezogen hatte, äußerte er sich zur aktuellen Politik: zum Kosovo-Krieg, für Palästina, gegen den Krieg im Irak.

In den Jahren der Militärdiktatur von 1967 bis 1974 galt er als Symbol des Widerstandes

Zum Tod von Mikis Theodorakis hat Brigitte ihre persönliche Erinnerung geschrieben.

Brigitte von Ungern-Sternberg

Theodorakis hat ein hohes Alter erreicht, dennoch hinterlässt sein Tod eine Leerstelle.

Ein glückliches Ereignis war das Konzert 1974 nach dem Ende der Diktatur in Griechenland.

Jedem Anfang wohnt ein Zauber inne… dann kommt der Alltag und auch das mühsame Geschäft der Aufarbeitung wie nach dem Mauerfall, der Menschenkette in den baltischen Ländern und ähnlichen ‚Wenden‘. So auch in Griechenland.

Theodorakis ist aus der kommunistischen Partei ausgetreten, ein Sozialist ist er immer geblieben. Für seine Standhaftigkeit hat er einen hohen Preis gezahlt, jetzt ist er ein fester Bestandteil des Kulturerbes weit über Griechenland hinaus.

Maria Farantouri, berühmte Interpretin der Lieder von Theodorakis, hat in den 70-er Jahren live Lieder von Theodorakis gesungen im Programm der ‚Festlichen Tage‘ am Fuß des Kreuzbergs, eine wundervolle Stimme, die den ganzen Viktoriapark einhüllte. Ich habe ihr sehr beglückt zugehört.

Z wolnej stopy 50

Zbigniew Milewicz

Dyplomacja, trudna sztuka…

Dezercjom żydowskich żołnierzy z Armii Andersa sprzyjały nadzwyczaj dogodne okoliczności. Palestyńscy ziomkowie przyjaźnie udzielali zbiegom pomocy, angielskie przepisy prawne nie nakładały na mieszkańców obowiązku meldunkowego, a ponadto każda gmina żydowska, każdy rabin czy notariusz mógł wydać dezerterowi dowód osobisty, stwierdzający, iż urodził się w Palestynie czy Jemenie. Angielskie władze wojskowe na ogół nie weryfikowały bliżej tych dokumentów.

Dezercje dobrze wpisywały się w antypolską politykę różnych sił, dążących do zdyskredytowania legalnych władz RP. Sylwester Strzyżewski, dokumentuje, że między innymi Czesi wydali w USA memoriał na temat ówczesnej polityki polskiego rządu, dotyczący mniejszości narodowych i zarzucający Polakom brak demokracji. Od ucieczek z Wojska Polskiego na Bliskim Wschodzie do poruszenia problemu przynależności Zaolzia było autorom tak blisko, jak z lewego brzegu Olzy na prawy. W szeregach armii brytyjskiej, stacjonującej w rejonie bliskowschodnim, w których również służyli Żydzi, dezercje się nie zdarzały, część Brytyjczyków uważała więc, że antysemityzm w Wojsku Polskim faktycznie istnieje. Wierzyła w to również część opinii publicznej w USA; w propagandzie obydwu krajów dominowali bowiem pro-kremlowscy komuniści, niechętni rządowi londyńskiemu. Wzrost antypolskich nastrojów wśród państw koalicji antyhitlerowskiej mógł zaś negatywnie wpłynąć na decyzje w sprawie przyszłego przebiegu naszych wschodnich granic.

„Dowództwo WP – pisze S. Strzyżewski – przestrzegało ponadto przed podejmowaniem decyzji o oficjalnym zwolnieniu żołnierzy narodowości żydowskiej, którzy deklarowali chęć przeniesienia się do jednostek brytyjskich. Takie rozwiązanie niosłoby ze sobą zagrożenie ogłoszenia przez propagandę sowiecką informacji, iż Armia Polska, tracąc swój wielonarodowościowy skład, rezygnuje zarazem z terenów zamieszkałych przez mniejszości narodowe i tym samym nie jest armią państwa o określonym przed wojną terytorium.”

Jak cię widzą, tak cię piszą. Aby poprawić ten polsko-żydowski profil armii, dowództwo zaprzęgło swoją kadrę do roboty oświatowej. Organizowano odprawy oficerów i podoficerów na temat antysemityzmu i jego konsekwencji, okolicznościowe spotkania z ludnością żydowską na terenie Palestyny, goszczono na różnych lokalnych uroczystościach, a tym, którzy może nazajutrz również planowali ucieczkę, urządzano ekstra pogadanki, p.t.: dezercja z wojska polskiego oznacza dezercję z pola walki o istnienie fizyczne Żydostwa polskiego i stanowi zdradę w kampanii o jego prawa w Polsce niepodległej. Informowano o możliwości powrotu do Palestyny po zakończeniu wojny, doszło też do oficjalnego spotkania żołnierzy z mieszkańcami kibuców i członkami Agencji Żydowskiej, mającego na celu rzeczowe omówienie tematu dezercji. Nie można więc było zarzucić dowództwu armii, że bagatelizuje problem. Kiedy jednak liczba dezerterów sięgnęła 800 żołnierzy, Ministerstwo Obrony Narodowej, zapytane o dalszą strategię postępowania, zaleciło… wstrzemięźliwość.

Wytyczne brzmiały: nie prowadzić poszukiwań i nie wcielać ponownie dezerterów, nie pozbawiać ich obywatelstwa i ograniczyć się jedynie do kartotekowania (ustalenia okoliczności i metod) dezercji oraz przekazywania wykazów uciekinierów władzom brytyjskim. W tych okolicznościach Żydzi otrzymali ciche pozwolenie polskiego dowództwa na dezercję.

W Palestynie zaczęły się tłumne dezercje żołnierzy żydowskiego pochodzenia zaagitowanych przez organizacje żydowskie – pisze gen. Anders w swoich wspomnieniach. – Ponad 3 000 Żydów opuściło szeregi Korpusu. (…) Nie zezwoliłem na poszukiwania dezerterów, i ani jeden dezerter nie został przez nas aresztowany. Postanowiłem nie stosować ściśle wobec mniejszości narodowych ustawy o powszechnym obowiązku służby wojskowej dla wszystkich obywateli polskich poza Krajem. Nie chciałem mieć pod dowództwem żołnierzy, którzy bić się nie chcą (…).

Wspomnienia te uzupełnia relacja z rozmowy przeprowadzonej przez Zbigniewa Siemaszkę z generałem, z 31 lipca 1967 r.: Wydałem ścisłe dyrektywy nie ścigania tych żołnierzy Żydów, którzy po przybyciu do Palestyny opuszczali szeregi. Uważałem, że ci Żydzi, którzy za swój pierwszy obowiązek uważali walkę o wolność Palestyny, mają do tego prawo.*

Dyrektywy te były wydawane w formie nieoficjalnych, ustnych poleceń, rozkazy na piśmie mogłyby sprowokować Brytyjczyków, od których polskie wojsko było uzależnione. Anglicy mieli zaś wszelkie powody ku temu, by przeciwdziałać dezercjom, ponieważ uciekający żołnierze wstępowali do podziemnej armii żydowskiej, która walczyła z nimi. Problem był więc bardzo skomplikowany. Polacy służyli pod dowództwem brytyjskim i utrzymanie neutralnego stanowiska w sprawie dezercji wymagało istnej ekwilibrystyki dyplomatycznej. Reasumując: dowództwo Armii Andersa pobłażliwie traktowało dezerterów, zważywszy, że za opuszczenie szeregów groziła im kara śmierci. Polacy mieli świadomość, że ta miękka polityka obniża autorytet ich wojska w oczach Żydów, ale jej zaostrzenie mogło doprowadzić do starcia z mieszkańcami Palestyny, którego starano się jednak uniknąć.

Z podobnymi problemami borykano się także w innych polskich jednostkach stacjonujących w Wielkiej Brytanii, ich skala była mniejsza, niż u Andersa ale wyrozumiałość dowództwa – podobna. Nie bez znaczenia był tutaj fakt, że rządowi londyńskiemu zależało na dobrych stosunkach z wpływowym, żydowskim lobby w USA, które (według niektórych teorii stało za koncepcją powstania Izraela) mogło odegrać pozytywną rolę przy ustalaniu przyszłych wschodnich granic Polski. Taką też funkcję spełniło, ale wobec komunistycznych doradców prezydenta Roosvelta, sympatyzującego ze Stalinem i jego osobistą wizją powojennej Europy.

„Żydzi, którzy pozostali w Armii Polskiej – stwierdza autor cytowanej pracy – dzielnie walczyli na froncie włoskim. W trakcie tej kampanii brali czynny udział w bitwie o Monte Cassino, Loreto, Bolonię. O ich dzielnej postawie świadczy fakt, że spośród 850 Żydów walczących pod Monte Cassino 6 otrzymało Krzyże Srebrne Orderu Wojennego Virtuti Militari, 68 otrzymało Krzyże Walecznych, a 52 nadano Krzyże Zasługi. Prawdopodobnie 77 Żydów zginęło na szlaku bojowym Armii gen. Andersa. Świadectwem postawy Żydów na polu walki jest relacja Melchiora Wańkowicza (…): Trup strz. Szapiry jak żywy, skręcony w sobie, gęstą czupryną na głazie. Żyd. Chory na czerwonkę, nie zgodził się zostać. Przy podchodzeniu, w ogniu, dręczony skurczami, musiał ciągle odbiegać na stronę, nie mógł się kryć, może by wyżył inaczej. Leży, jak ekspiacja wobec własnego narodu za 3 500 dezerterów żydowskich z 2. Korpusu Polskiego, jeden z jedenastu Żydów poległych w bitwie o Monte Cassino, którzy jednak chcieli się bić z Hitlerem.

Wśród żołnierzy, którzy postanowili odejść z szeregów Wojska Polskiego, było wiele osób, które wzięły czynny udział w późniejszym życiu publicznym Izraela. Najbardziej znaną postacią był Menachem Begin, premier Izraela, jego polskie nazwisko brzmiało Mieczysław Biegun, pochodził z Brześcia Litewskiego. Założyciel radykalnej partii Heut, która później – po połączeniu z liberałami – dała początek partii Likud. Przeszedł do historii jako polityk, który podpisał porozumienie pokojowe z Egiptem (18 września 1978 roku). 16 grudnia 1978 roku izraelski premier Begin oraz egipski prezydent Sadat zostali nagrodzeni Pokojową Nagrodą Nobla. Wiosną 1982 roku Begin przeprowadził ewakuację Półwyspu Synaj. Rok później na własne życzenie ustąpił z urzędu premiera i wycofał się z życia politycznego. Zmarł w marcu 1992 roku.

***

  • Z.S. Siemaszko, Generał Anders, życie i chwała, [w:] „Kultura”, nr 5-8/1970, Paryż 1970, s. 36

Z wolnej stopy 49

Zbigniew Milewicz

Dezerterzy

Tworzeniu Polskich Sił Zbrojnych w ZSRR towarzyszyły różne konferencje na wysokich szczeblach. Dnia 3 grudnia 1941 roku odbyło się spotkanie Stalina z generałami Sikorskim i Andersem, na którym omawiano sprawy organizacyjne, problemy związane z aprowizacją, zwalnianiem Polaków z łagrów oraz kwestię przyjmowania Żydów w szeregi armii. Po latach gen. Władysław Anders przytoczył (w swojej książce Bez ostatniego rozdziału. Wspomnienia z lat 1939-1946) następującą wymianę zdań :

Anders: – Liczę na sto pięćdziesiąt tysięcy ludzi, ale w tym jest także sporo elementu żydowskiego, który w wojsku służyć nie chce.
Stalin: – Żydzi kiepscy wojacy.
Sikorski: – Wielu wśród Żydów, którzy się zgłosili, to spekulanci lub karani za przemyt. Tych w wojsku polskim nie potrzebuję.
Anders: – Przeszło sześćdziesięciu Żydów zdezerterowało z 5 Dywizji w przeddzień rozdania żołnierzom broni.
Stalin: – Tak, Żydzi to marni wojacy. Co wam po Żydach. Wam potrzebni Polacy, to najlepsi żołnierze .

Kiedy dwa miesiące później rozpoczął się oficjalny pobór do tego wojska, w składach komisji poborowych, poza Polakami, zasiedli urzędnicy NKWD oraz sowieccy lekarze, co miało niebagatelny wpływ na to, kto trafił w szeregi armii. Sowieci uważali, że wcieleniu do Armii Andersa podlegają jedynie obywatele, którzy w paszportach mają określoną narodowość „Polak“. Natomiast „ Żyd“, „Ukrainiec“ lub „ Białorusin“, którzy wcześniej zamieszkiwali wschodnie rubieże II RP, uznawani byli za „mniejszości narodowe, uciskane przez polskich panów“, a formalnie za obywateli sowieckich i jako tacy podlegających poborowi do Armii Czerwonej. Rząd polski na Zachodzie nie akceptował tej sprzecznej z prawem międzynarodowym klasyfikacji, stojąc na stanowisku, że wszyscy mieszkańcy terenów zaanektowanych po 17 września 1939 roku przez ZSRR, bez względu na narodowość, są obywatelami Polski i podlegają amnestii oraz prawu wcielenia do powstającej armii. Karty rozdawali jednak gospodarze.

Żydzi, Ukraińcy i Białorusini z łagrów szli więc w sołdaty i stamtąd, jak nadarzała się okazja, często uciekali do Andersa, zwłaszcza ci pierwsi. W ślad za uciekinierami władze sowieckie słały żądania wydania zbiegów, ale komisje rekrutacyjne odrzucały te postulaty. W gestii gospodarzy była aprowizacja armii polskiej, kwaterunek, a przy okazji polityki kadrowej – ideologiczna agitacja i praca wywiadowcza, bo musieli przecież wiedzieć, jakie są nastroje w obozie Polaków i co oni planują. Polscy kadrowcy starannie sprawdzali więc armijnych ochotników, jednocześnie zdając sobie sprawę z tego, że dla poborowych – niezależnie od narodowości – generał Anders był jedynym wybawicielem z nieludzkiej ziemi łagrów, jedyną szansą wyrwania się z nich na wolność. W łagrach los był jednakowo okrutny dla wszystkich, dla Polaków, Żydów, Ukraińców i Białorusinów, więc nawet jeśli niektórzy z nich mieli później zginąć na polu walki, to pewnie każdy liczył na żołnierskie szczęście.

Zgoda Stalina na ewakuację polskiego wojska z ZSRR wydaje się niezrozumiała, zwłaszcza w świetle trudnej sytuacji na froncie. Jednakże Rosjanie doskonale zdawali sobie sprawę z nastrojów panujących w tej armii. Po cierpieniach, jakie przeżyli więźniowie łagrów, trudno było od nich oczekiwać przyjaznego stosunku do koalicjanta, który jeszcze niedawno miał ich na muszce. Poza tym Stalinowi było potrzebne wojsko podporządkowane jego celom politycznym i takie znalazł później w armii Zygmunta Berlinga. Niebagatelny wpływ na decyzję Stalina mieli również Anglicy, którym zależało na obsadzeniu przez Polaków ważnych strategicznie i gospodarczo terenów Bliskiego Wschodu. Zagrożenie stanowiły nie tylko wojska niemieckie, odnoszące sukcesy w Libii i Egipcie, ale i wewnętrzne zamieszki pod piramidami. Dodatkowo w Syrii zauważano wpływy proniemieckie. Nie mogąc własnymi siłami zabezpieczyć roponośnych terenów Iraku i Persji oraz Kanału Sueskiego, obsadzonych przez liczebnie słabe kontyngenty hinduskie, australijskie i nowozelandzkie, Brytyjczycy liczyli na wzmocnienie tych terenów polską armią. Solą w oku była jednak obecność Żydów w wojsku Andersa.

Z jednej strony Żydzi popierali bowiem Wielką Brytanię w walce z III Rzeszą, ale z drugiej – różnymi sposobami starali się zwalczać Anglików w Palestynie, mając nadzieję na utworzenie tam swojego samodzielnego państwa. W powstałym konflikcie mieli swój udział również Arabowie, nieoficjalnie sympatyzujący z państwami Osi; w efekcie trwały ciągłe starcia wszystkich trzech stron konfliktu. Brytyjczycy zdawali więc sobie sprawę z konsekwencji, jakie może przynieść nowy przypływ Żydów, do tego wyszkolonych wojskowo i uzbrojonych. Brali oni nawet pod uwagę prawdopodobieństwo wybuchu wojny domowej, dlatego też nie wydali zgody na wprowadzenie jakichkolwiek odrębnych jednostek żydowskich do Palestyny. Wspomina o tym w swojej pracy*, cytowany już w poprzednim wpisie, Sylwester Strzyżewski. Historyk precyzuje na wstępie, że najpierw – w okresie od stycznia do lutego 1942 roku – żołnierze Andersa zostali przebazowani ze swoich obozów na teren Uzbekistanu i Kirgizji. Stamtąd ewakuowano ich do Iranu, w dwóch turach: na przełomie marca i kwietnia oraz w sierpniu 1942 roku. Pierwszy rzut objął ponad 30 000 żołnierzy, 3 000 osób z formacji pomocniczych i ponad 10 500 ludności cywilnej. Drugi – 44 000 żołnierzy i 25 500 cywili. Liczba Żydów w obydwu turach nie przekraczała 7 tysięcy osób.

W tym czasie uaktywniła się działająca w Palestynie i skupiająca głównie emigrantów z Polski – Rada Żydów, która ułatwiała chętnym opuszczenie polskiego wojska i zasilenie tworzących się żydowskich sił zbrojnych. Dezercje przybrały na sile jesienią 1942 roku, po letniej akcji mobilizacyjnej, przygotowanej przez Radę. Adresowana ona była formalnie do Żydów palestyńskich, ale liczono na szerszy zasięg. Organizacyjnie niczego tam nie brakowało – w żydowskich skupiskach rozwieszano stosowne plakaty, rozpowszechniono ulotki, wygłaszano emocjonalne przemówienia, wytykano osoby wymigujące się od patriotycznego obowiązku. Wszystkie gazety, niezależnie od poglądów jakie reprezentowały, agitowały za mobilizacją do żydowskiego wojska, a całość uświetniały duże defilady. W efekcie w ciągu miesiąca do komisji poborowych zgłosiło się 1870 osób, w tym także kobiet, które następnie skierowano do wojskowych obozów szkoleniowych. Oprócz tego kilkuset chętnych wstąpiło do policji.

O skali dezercji w Armii Andersa świadczy informacja przesłana przez generała na ręce ambasadora Polski w ZSRR, Stanisława Kota. Pisze on w niej o 193 Żydach, którzy zdezerterowali z I Dywizji Strzelców Karpackich w sierpniu i wrześniu 1942 roku. Dezercjom towarzyszyły rozpowszechniane przez Rosjan za pośrednictwem mediów plotki, że Żydzi w Wojsku Polskim są dyskryminowani. Celem tych kalumnii było zdyskredytowanie władz polskich w oczach koalicjantów, a także wywołanie konfliktu polsko-żydowskiego.

We wrześniu 1942 roku Armia Andersa została przetransportowana z Persji do Iraku w rejon Kirkut-Mosul. I jeżeli tym razem z przesunięciem wojska nie było większych problemów, to z kolei administracja brytyjska sprzeciwiła się ewakuacji ludności cywilnej, wyrażając zgodę na jej przesunięcie jedynie wtedy, gdy nie będzie wśród niej Żydów. Zmusiło to polskie władze do ominięcia zakazu poprzez zorganizowanie transportu morskiego wokół Półwyspu Arabskiego. Z kolei dzieci żydowskie, przebrane w mundurki szkoły katolickiej, odbyły podróż do Palestyny samochodami ciężarowymi. Przybycie Wojska Polskiego do Palestyny należy datować na kwiecień 1943 roku – pisze S. Strzyżewski.

Jak tam było, relacjonuje Jan Zaściński**:

W Palestynie w roku 1943 sytuację polityczną cechowało napięcie. Nacjonaliści żydowscy planowali zajęcie tego kraju przez akcję zbrojną przeciwko Arabom. Sprzeciwiali się temu Anglicy. Gdy przybył tam nasz korpus, podziemna armia Izraela prowadziła przeciwko armii brytyjskiej podjazdową walkę, która ograniczała się do pojedynczych ataków na samochody i inne obiekty wojskowe. Miała ona na celu zmuszenie Anglików do opuszczenia Palestyny. Nasi żołnierze-Żydzi zaczęli od razu nawiązywać kontakty ze społeczeństwem żydowskim. Inteligentny chłopak z mojej baterii opowiadał mi po powrocie z pierwszej przepustki do Tel-Avivu, jak serdecznie był przyjęty przez palestyńskich pobratymców. Fakt ten zachęcał jego kolegów do szukania szczęścia pod tym samym adresem. Nieco później zaczęły krążyć pogłoski, że niedługo mamy wyjechać do Egiptu. I wówczas zaczęły się pierwsze dezercje. Po prostu żołnierz jechał na przepustkę i już nie wracał. W takich wypadkach pułk miał obowiązek sporządzić list gończy i przekazać go do dowództwa korpusu. Gdy ilość wypadków zaczęła rosnąć, pułkownik kazał mi się zająć tą sprawą. Dyskutowaliśmy w kasynie o tym problemie. Stosunek do niego naszych oficerów był jednomyślny: jeśli lojalność tych uciekinierów jest po stronie Izraela, to niech idą. Pułkownik przypominał nam, aby nie dopuścić do szykan. Nie mieliśmy z tym żadnych kłopotów.

Tak na ogół reagowali oficerowie na przypadki dezercji. Mniej wyrozumiale odbierali zachowanie Żydów podoficerowie i szeregowi – znali się z delikwentami bezpośrednio i ich reakcje były bardziej żywiołowe. T.M. Czerkawski, w swoich wspomnieniach stwierdza:

We wrześniu masowa dezercja żołnierzy Żydów, ponad trzy tysiące. Mój celowniczy Tejblum też nie wrócił z przepustki, Ernfid również. Całe szczęście, że przeszkoliłem Alberta Sinickiego! Kapral Maksymilian Kaczko i Julek Hütter – podchorąży z pierwszego dyonu, odmówili zrzucenia munduru.***

W opinii żołnierzy dezerterzy byli często zwykłymi kombinatorami, wyzutymi z honoru i poczucia lojalności wobec Rzeczpospolitej, którzy wykorzystywali polskie obywatelstwo do własnych celów:

Podczas przerwy w ćwiczeniach dostrzegam, że dwa „Carriersy” gonią kogoś biegnącego po polu. Posyłam kaprala, aby sprawdził, co się tam dzieje. Wraca i melduje: „Ułani poznali Żyda z któregoś batalionu V Dywizji”. Był już w cywilnym ubraniu i pracował na tym polu. Jest to jeden z wielu Żydów, którzy wyszli razem z Korpusem ze Związku Radzieckiego. Niektórzy w Palestynie uciekli do kibuców – on też. (…) Zestawiam te dwa obrazy i staram się zrozumieć zarówno tych, którzy samochcąc wyjechali kiedyś z Polski, a tęsknią do opłotków Niemenczyna, oraz tych, którzy znaleźli się w armii polskiej i w chwili, kiedy ma ona iść do walki z Niemcami zostają na polach kibuców. Nie odpowiedziałem sobie na to pytanie. Pozostawiłem je tam, w Palestynie .****

Dezerterzy w większości trafiali do różnych podziemnych organizacji walczących o niepodległość Izraela, część szła do kibuców, aby bronić ich przed Arabami, inni przenosili się do Armii Brytyjskiej, z nadzieją uzyskania brytyjskiego obywatelstwa, co wiązało się z możliwością pozostania w Palestynie. Najwięcej Żydów decydowało się przystąpić do organizacji Hagana, na której później zbudowano armię izraelską. Dlaczego dezerterowali z armii polskiej? Ponieważ bardziej czuli się Żydami, niż Polakami. Michał Zammel***** – Żyd z Piotrkowa Trybunalskiego, urodzony w 1917 roku, tak wspominał tamten czas:

Usłyszał, że następnym etapem wędrówki będzie Palestyna. Wielu żydowskich żołnierzy szeptało już po cichu, że ich właściwym miejscem jest tzw. legion żydowski – nie tylko walka z Niemcami, ale też walka o żydowską Palestynę. (…) Codziennie otrzymywali przepustki, w sobotę i niedzielę można było jechać do Jerozolimy, Tel Awiwu lub Hajfy. Podziemna organizacja żydowska Hagana (…) potrzebowała takich młodych i zdrowych ludzi, a do tego jeszcze dobrze wyćwiczonych żołnierzy z różnych formacji: piechoty, artylerii, saperów, kierowców ciężarówek. (…) Podjął trudną decyzję, uznając, że „trzeba walczyć za swoją sprawę, to znaczy za uwolnienie Palestyny od brytyjskiej dominacji”. Wraz z innymi opuścił obóz: „Czekały już na nas przygotowane przez Haganę ciężarówki, którymi rozwieziono nas do kibuców położonych na terenie całej Palestyny. Ta operacja została przeprowadzona jednocześnie w każdej formacji wojskowej, a po nadejściu kolejnych transportów z ZSRR było nas już ponad dwa tysiące żołnierzy”.*****

Zastanawiając się nad przyczynami analizowanego zjawiska, Sylwester Strzyżewski stwierdza, że część Żydów nie widziała możliwości ułożenia sobie życia w powojennej Polsce. Wskazuje także na jednak obecny w wojsku antysemityzm. Był to między innymi – pisze – efekt zamierzonej polityki Rosjan, którzy po ogłoszonej amnestii w pierwszej kolejności wypuszczali z więzień Żydów, a następnie utrudniali ich przyjęcie do wojska, jednocześnie rozgłaszając pogłoskę, iż Rosja nie zakazuje przyjęć do Wojska Polskiego, lecz to Polacy nie chcą przyjmować Żydów do armii. Dla porównania powołuje się on na przykład ewakuowanej w 1940 roku z Syrii Brygady Karpackiej, która była dobrze przyjęta przez Żydów, m.in. dlatego, iż jej żołnierze nie byli oskarżani o antysemityzm.

Jakie były skutki dezercji dla Armii Andersa i jak reagowało na nią naczelne dowództwo, o tym za tydzień, w ostatniej części tego tematu.
_________

* Sylwester Strzyżewski, Dezercje Żydów z Armii Andersa w świetle dokumentów Instytutu Polskiego i Muzeum im. Władysława Sikorskiego w Londynie, 2012

** Jan Zaściński, Pieśń o Warze, Warszawa 1999

*** Tadeusz Mieczysław Czerkawski, Byłem żołnierzem generała Andersa, Warszawa, 1991, s. 189

**** Romuald Kobecki, Kartki z kalendarzy 1940-1946, Warszawa 1966, s. 102

***** Cyt. za Piotr Szubarczyk, Historia życia Michała Zammela, [w:] „Biuletyn Instytutu Pamięci Narodowej”, nr 11/2005, Warszawa 2005, s. 76-85

Z wolnej stopy 44

Zbigniew Milewicz

Życie od nowa po raz drugi

Mój młodszy brat, Mariusz, który mieszka w Deggendorfie, jest jedynym krewnym, który regularnie czyta moje wpisy na tym blogu. To mi oczywiście pochlebia, ale też zmusza do ostrożności w pisaniu, bo jak coś przeinaczę, on to od razu wyłapuję, no i jest obciach. Chodzi zwłaszcza o familijne historie, o których od czasu do czasu rozprawiam; Mariusz zajmuje się zbieraniem informacji o swojej rodzinie już od początku lat 90. ubiegłego stulecia, czyli dłużej ode mnie. Ma pokaźny zbiór wiarygodnych dokumentów, ściągniętych z różnych miejsc w świecie, wszystko jest zdigitalizowane, uporządkowane – kapelusz z głowy, tym bardziej, że zawodowo bliżej mu do maszyn sterowanych cyfrowo niż archiwistyki.

Nie zapytałem go, kiedy przeczytał moje Życie od nowa z serii W górę rzeki, publikowanej tutaj w latach 2014-2015, ale z tych maili, które niedawno od niego otrzymałem wynikało, że dla przyzwoitości powinienem napisać ten odcinek od nowa. Przynajmniej w części dotyczącej losów Eugeniusza Bołtucia, męża siostry naszego ojca, o którym wiedziałem kilka lat temu mniej niż dzisiaj.

Zatem do rzeczy:

Przed wojną starsza siostra ojca wyszła w Wilnie za mąż za młodzieńca z dobrej, inteligenckiej rodziny. Byli w sobie zakochani, niestety ich związek trwał krótko; Marię wywieziono w głąb Rzeszy, on został na miejscu – opowiadałem przed laty. To była prawda, ale w lipcu 1940 roku, kiedy Rosjanie odebrali Niemcom Wilno, zaczęli od czystek wśród niepokornej, polskiej ludności. Wtedy trzydziestoletni Eugeniusz za przynależność do związku Polskiej Młodzieży Walczącej został zesłany do jednego z syberyjskich łagrów na dziesięć lat katorgi. Miał i tak dużo więcej szczęścia niż młodsza siostra ojca, Stasia, którą zesłano do Kazachstanu i już stamtąd nie wróciła, bo Eugeniusz wyszedł zza kolczastych drutów po roku. Wraz z tysiącami innych Polaków, na mocy układu Sikorski – Majski, został objęty amnestią i mógł i on, i inni, wstąpić do Polskich Sił Zbrojnych w ZSRR, czyli Armii generała Władysława Andersa. Po jej ewakuacji z ZSRR i przejściu na Bliski Wschód, do brytyjskiej strefy wpływów, Eugeniusz walczył m.in. w obronie Tobruku, a w 1944 roku – pod Monte Cassino. Swój szlak bojowy zakończył w Palestynie. Dlaczego znalazł się w tamtejszym obozie dla uchodźców i czym się w nim zajmował, tego nie wiem, ale tam poznał Barbarę Wołoszyn z Suwałk, z którą postanowił ułożyć sobie życie.

Dalszy rozwój wydarzeń mógłby posłużyć za fabułę do filmu akcji:

Obóz odwiedza grupa jakichś oficjeli, wśród których znajduje się polski poseł. Eugeniusz, czyli Gienek, sprawia temu posłowi lanie (za co? – proszę mnie również nie pytać ) i trafia do pudła. Ucieka zza kratek, łapią go i znowu idzie siedzieć, tym razem oskarżony o dezercję z Wojska Polskiego (a więc nadal musiał w nim służyć ). Więzienie znajduje się w Nablus, w Palestynie. Stamtąd Eugeniusz śle pismo do I.R.O. w Genewie, Międzynarodowej Organizacji Uchodźców (następczyni UNRRA ), zajmującej się ich ewakuacją i repatriacją. Pełnomocnik organizacji, odpowiedzialny za Jerozolimę, proponuje mu powrót do Polski, gdzie Gienek obawia się represji ze strony komunistycznych władz, prosi więc o objęcie go programem ewakuacji do Europy Zachodniej. Tej prośby I.R.O. (finansująca obydwa programy ) nie może spełnić, ponieważ Eugeniusz jest wojskowym dezerterem. To się Eugeniuszowi wcale nie podoba, w ramach protestu robi więc dwutygodniową głodówkę i nagłaśnia sprawę w prasie, co mu prawdopodobnie pomaga wyjść warunkowo z więzienia. Przesądza jednak jego ostateczna, oficjalna zgoda na repatriację do Polski. Jest jednym z uprzywilejowanych, polskich więźniów, którzy mają dołączyć do rejsu pasażerskim samolotem do kraju, ale kiedy przychodzi czas odlotu, nie ma go na płycie lotniska.

Później – nadal z wolnej stopy – zagrywa rodzinną kartą. Blefuje, że jego przyjaciółka Barbara, która jest mamą trzyletniej córeczki, to jego żona, a jej córka to jego dziecko; obydwie są objęte programem ewakuacji na Zachód, więc pełnomocnik I.R.O. nie może zabronić mężowi wspólnego wyjazdu. Urzędnicy sprawdzają te informacje, kłamstwo wyszło na jaw. Para żyła w nieformalnym związku, a ojcem dziecka był inny mężczyzna. A jednak Eugeniusz postawił na swoim. Kiedy 15 lutego 1948 roku Barbara Wołoszyn wraz z córeczką Bogumiłą, która urodziła się w Tel Avivie, wsiadły w Lyddzie do pociągu, jadącego do Egiptu, Eugeniusz Bołtuć im towarzyszył. Nieformalnie co prawda, ale świadkowie donieśli pełnomocnikowi I.R.O., że widzieli go w pociągu. Punktem docelowym podróży Barbary była strefa francuska w Niemczech i tam cała trójka szczęśliwie dotarła.

Jak udało się Bołtuciowi przeszmuglować z Palestyny do Niemiec, tego też nie wiem. Władze więzienia w Nablus stwierdziły, że nie posiada on żadnych dokumentów tożsamości, ale pewnie w podróży do Niemiec miał je już przy sobie. Z dokumentów wynikało, że jest tapicerem, a taki fachowiec jak wiadomo zna różne meble na wylot, może udało mu się je ukryć przed strażami granicznymi i rewizorem za ścianą jakiejś salonki pierwszej klasy, albo pod dachem pociągu. Był zwinny, szczupły i gotów na wszystko. W papierach Barbary Wołoszyn widniała informacja, że jest telefonistką, ale czy wszystkie dane w dowodach tożsamości były prawdziwe, to jest zupełnie inna sprawa. W każdym razie we troje dotarli z dzieckiem najpierw do okupacyjnej strefy francuskiej w Niemczech, a później do amerykańskiej. 16 kwietnia 1949 roku, w Reute, koło Ravensburga, zawarli związek małżeński, po czym w Monachium Eugeniusz dowiedział się od kogoś, że jego legalna żona, czyli ciocia Maria, żyje i znowu jest w Wilnie.

Pierwsza informacja była prawdziwa. Siostra ojca przeżyła obóz pracy przymusowej w Darmstadt, w którym osadzeni wykorzystywani byli przy produkcji szkodliwych dla zdrowia odczynników chemicznych i chyba przez Czerwony Krzyż dowiedziała się, że Gienek jest w Monachium. Sama mieszkała już jednak w Polsce, więc wileński adres nie istniał. Historia milczy, jak wyglądało rozstanie Gienka z Barbarą i jak potoczyło się jej dalsze życie z córeczką. On sam załatwił sobie wizę wjazdową do ZSRR i ruszył fałszywym tropem – relacjonowałem w starym wpisie. Maria ze swoim bratem, czyli moim ojcem, znalazła go w Poniewieżu pod Wilnem i sporo zachodu kosztowało, żeby w ramach repatriacji i łączenia rodzin ściągnąć go do Polski. Jednym słowem znalazł się tam, gdzie wcześniej nie chciał – los bywa przekorny. Zamieszkali z ciocią Marią w Szczecinie, w którym ostatecznie zakotwiczył też i ojciec. Czy władze komunistyczne miały Bołtuciowi za złe jego służbę u generała Andersa? Tutaj również brak jakichkolwiek konkretnych informacji, ale na podstawie faktów historycznych wiemy, że za przynależność do tej formacji ludzie trafiali do więzień i tracili życie.

Osobiście nigdy go nie poznałem. W pamięci mojego młodszego brata zachował się pozytywnie, choć obraz wraz z upływem lat robi się coraz bardziej mglisty. Ciocia Maria była matką chrzestną Mariusza, często gościła z mężem w ich domu na Goleniowskiejw Szczecinie. Brat był podrostkiem, kiedy na wczasach w Muszynie Złockiej poznał dziewczynę z bułgarskiego zespołu folklorystycznego i zadurzył się w niej. Pochodziła z Silistry i urzekła brata do tego stopnia, że później pisali do siebie listy, zaś wujek Gienek był bardzo pomocny w tłumaczeniu korespondencji, która odbywała się w języku rosyjskim. Brat pamięta też jego wojenne opowieści, np. jak podczas obrony Tobruku brakowało wody i żołnierze pili własny mocz, cedzony przez onuce wypełnione piaskiem pustyni. Albo jak w kampanii włoskiej, w wiejskich piwnicach znaleźli wino w beczkach, które miało już postać galarety i kiedy tego spróbowali, to się porządnie upili. Pamięć Gienek miał bardzo dobrą, całą Redutę Ordona potrafił wyrecytować na jakimś rodzinnym przyjęciu, a liczył wtedy chyba już sześćdziesiąt lat, albo i więcej. Mariusz nie wie dokładnie, jak długo po wojnie żyli razem z ciocią Marią, ich małżeństwo w końcu się rozpadło. Nie podoba mu się jednak fraza, którą napisałem onegdaj:

To już jednak nie był ten sam Gieniuś, co kiedyś – martwiła się Maria. Wojna wykrzywiła mu charakter, dużo pił, plecami odwróciła się od niego nawet najbliższa rodzina, która po wyjeździe z Wilna osiedliła się we Wrocławiu.

Może i tak było, nie wiem – mówi – ale nie nam go oceniać. Wojna niejednemu człowiekowi zniszczyła życie.

Przyznaję mu rację, także w tym, że jego chrzestna była bardzo atrakcyjną kobietą. Dowiaduję się, że kiedy po powrocie z Niemiec do Polski dały o sobie znać szkodliwe chemikalia, które wdychała w fabryce, zauroczeni nią lekarze w szpitalu na Unii Lubelskiej zrobili wszystko, żeby wróciła do zdrowia. Najważniejsze, że im się to udało, ale żadnego odszkodowania od Niemców za roboty ciocia Maria nigdy nie dostała. Sam pomagałem jej na starość pisać pisma do Darmstadt w tej sprawie, były jednak jak groch o ścianę. Jeżeli zaś chodzi o jej męża, to w sumie postrzegam go jako szczęściarza, bo skosztował zakazanego przez europejską jurysdykcję wielożeństwa, bez prawnych, przykrych konsekwencji.

Ciocia Maria (z prawej) z przyjaciółką w Darmstadcie. To zdjęcie Maria wysłała w czasie wojny ukochanej mamie.

Z wolnej stopy 42

Zbigniew Milewicz

Rzeźnik z Niebuszewa

Kobieta na legitymacyjnym zdjęciu nazywa się Irena Jarosz, ma 20 lat. Spogląda z uśmiechem, zalotnie, świadoma swojej urody. Tak, jakby chciała powiedzieć mężowi, że kiedy przyjdzie z pracy, wtedy czymś dobrym go poczęstuje. To nic, że w domu nie ma mąki, pójdzie do sąsiada, pożyczy. Wiedziała, że podoba się Cyppkowi, powinien ją wspomóc…

Cyppek, a właściwie Zyppeck, podobnie, jak ojciec – Joseph, pochodził z Opola, z mieszanej niemiecko-polskiej rodziny i doskonale władał obydwoma językami. Rocznik 1895, podobnie, jak mój dziadek Erwin, nawet w tym samym miesiącu się urodzili, w sierpniu. Obydwaj byli niedużego wzrostu, skryci w sobie i mieli uzdolnienia techniczne. Joseph został ślusarzem na kolei, a kiedy wybuchła I wojna światowa poszedł na front; wykazywał się odwagą na polu bitwy, za co dwukrotnie go odznaczono. W 1917 został ciężko ranny, stracił prawą nogę, w związku z czym w 1939 roku nie przyjęto go do Wehrmachtu, co dotkliwie odczuł. Czuł się Niemcem, gotowym walczyć i umrzeć dla führera; ten patriotyczny dług spłacili jego dwaj synowie, których miał w związku małżeńskim i był z tego powodu dumny. Ich matka, podobnie, jak matka Josepha była Polką. Starszy syn poległ na froncie wschodnim, młodszy zaginął w czasie działań wojennych gdzieś na Śląsku. Niedługo później Joseph stracił również żonę, która w grudniu 1944 r. zginęła podczas alianckiego bombardowania Opola.

Osamotniony, w ostatnich dniach wojny trafił do Szczecina, z którego Niemcy uciekali przed nadciągającą Armią Czerwoną, zostawiając cały swój dobytek. Wczesną wiosną 1945 roku w mieście pozostało już tylko około 6 tysięcy autochtonów, ale później zaczęła krążyć pogłoska, że los państwowości Szczecina nie jest jeszcze przesądzony i ci co opuścili swoje domostwa, zaczęli do nich wracać. Na początku lipca 1945 roku, kiedy miasto oficjalnie zostało przekazane Polsce, mieszkało w nim znowu około 90 tysięcy osób narodowości niemieckiej. Zaczęto więc wysiedlać Niemców, bo brakowało mieszkań dla Polaków; jednym z Niemców, którzy dobrowolnie zgłosili się na wyjazd, był Zyppeck, to miasto ze względu na swoją chaotyczność i wilgotny klimat mu nie odpowiadało. Odmówiono mu jednak wysiedlenia, bo miał częściowo polskie korzenie i zawodowe umiejętności, potrzebne nowej administracji do odbudowy infrastruktury.

Chcąc nie chcąc, musiał zmienić swoje nazwisko na Józef Cyppek, dostał pracę jako ślusarz w zajezdni tramwajowej i przydziałowe mieszkanie przy ulicy Wawrzyniaka. Ożenił się z miejscową prostytutką i sutenerką, Helgą, znaną w swoim środowisku, jako Margarita, Niemką, która także uniknęła wysiedlenia. Kiedy pewnego dnia Helga znalazła się za kratkami, znowu został sam. Przeniesiono go wtedy do mniejszego mieszkania, na Wilsona 7, dzisiaj jest to ulica Niemierzyńska, w dzielnicy Niebuszewo, cieszącej się złą sławą w Szczecinie. Tam kwaterowano drobnych przestępców, Niemców a także Żydów, przez co dzielnica zwana było Lejbuszewem.

Zamieszkał na parterze, pod numerem 3, a że od początku stronił od nowych sąsiadów i z nikim nie utrzymywał towarzyskich kontaktów, zdobył opinię dziwaka. Znikał na całe noce. Nikt nie wiedział, co robił i dokąd chodził. Przeszkadzały mu bawiące się na podwórzu dzieci i plotkujące pod jego oknami kobiety, czasami wykłócał się z nimi z tego powodu. Gdy Helga siedziała w więzieniu, któregoś dnia do mieszkania Józefa wprowadził się młody blondyn. Zaciekawionym sąsiadom Cyppek odpowiadał, że to jego zaginiony syn i na tym urywał wszelkie wyjaśnienia. Po pewnym czasie mężczyzna zniknął i już więcej się nie pojawił. Nikt nigdy nie dowiedział się, kim naprawdę był ów młody mężczyzna. Od tamtego momentu stał się jeszcze bardziej gburowaty i zamknięty w sobie. Jego jedyną rozrywką były seanse filmowe w pobliskim kinie „Młoda Gwardia”. I pewnie już do końca swojego życia Józef pozostałby dla wszystkich niegroźnym dziwakiem, gdyby nie zbrodnia na Irenie Jarosz, którą mu udowodniono.

11 września 1952 roku mąż ofiary, także Józef, wrócił wcześniej z pracy. W domu zobaczył sąsiadkę, Zofię, która opiekowała się ich kilkumiesięcznym dzieckiem; była umówiona z Ireną, ale kiedy przyszła nie zastała jej w mieszkaniu, tylko płaczącego niemowlaka w łóżeczku. Józef stwierdził, że z mieszkania zginęła również pierzyna, koc, prześcieradło, garnitur i dwa męskie zegarki. Zaniepokojony rozpoczął obchód sąsiedztwa; przechodząc obok mieszkania Cyppka, zauważył przez okno ich pierzynę leżącą na podłodze. Próbował dostać się do środka, jednak zarówno drzwi, jak i okna były zamknięte. Przerażony zawiadomił więc milicję. Przybyli na miejsce funkcjonariusze postanowili poczekać na powrót Cyppka, który w tym czasie przebywał w kinie, na seansie filmu Wilhelm Tell. Gdy wrócił, spokojnie wpuścił milicjantów do środka. To, co zastali na miejscu i opisali w służbowym protokole, jest zbyt drastyczne, żebym opowiedział. Nieszczęsny mąż ofiary potwierdził, że rozkawałkowane szczątki, pozbawione głowy, należały do jego żony. Józef Cyppek został więc natychmiast zatrzymany i osadzony w areszcie.

Władze postanowiły bezwzględnie rozprawić się z mordercą i to jak najszybciej. Dwa dni po odkryciu zwłok ofiary, do szczecińskiego sądu wpłynął akt oskarżenia „rzeźnika”, który miał odpowiedzieć za dokonanie zbrodni na tle seksualnym. Mężczyzna do wszystkiego się przyznał, a podczas przesłuchań dokładnie opowiedział o szczegółach dokonanego morderstwa. Zeznał, że 20-letnia Irena Jarosz od dawna mu się podobała. Gdy feralnego dnia zapukała do jego drzwi, aby pożyczyć szklankę mąki, Cyppek postanowił wykorzystać sytuację. W zamian za mąkę, zaproponował sąsiadce odbycie stosunku płciowego. Gdy kobieta odmówiła, w gniewie zatłukł swoją ofiarę młotkiem. Po dokonaniu zbrodni rozczłonkował ciało, a odciętą głowę zatopił w pobliskim jeziorze zaporowym Rusałka. Resztę ciała zamierzał wynieść w częściach z domu i także zatopić. Pierwotnie planował zakopać ciało w lesie, jednak zrezygnował z tego pomysłu, gdyż nie posiadał łopaty.

Sąd zdecydował się utajnić proces ze względu na obawy, że pochodzenie oskarżonego może wywołać w Szczecinie antyniemieckie nastroje oraz doprowadzić do „niepokojów społecznych” i zamieszek, a nawet do pogromów mniejszości niemieckiej. Przynajmniej tak mówił sądowy protokół. Proces rozpoczął się 17 września 1952 roku i zakończył tego samego dnia. Przyznanie się Cyppka do popełnienia zbrodni sąd uznał za najmocniejszy dowód jego winy. Znaleziono także wytłumaczenie rozbieżności pomiędzy wynikami sekcji zwłok („zbrodni dokonała osoba doświadczona w porcjowaniu mięsa”), a umiejętnościami Cyppka (z zawodu był ślusarzem). Wykazano, że znaleziona w jego mieszkaniu niemiecka książka lekarska, wystarczyła, aby morderca uzyskał dostateczną wiedzę co do fachowego rozczłonkowania ciała.

Obciążające były również zeznania przesłuchiwanych w trakcie śledztwa sąsiadów, którzy opowiadali o dziwnym zachowaniu Cyppka zarówno przed, jak i po morderstwie. Jedna z kobiet opowiedziała milicjantom o tym, jak tuż po zaginięciu Ireny, Cyppek w sposób bardzo ironiczny ubolewał nad faktem, że Jaroszowa pozostawiła swoje dziecko na pastwę losu.  Józefa Cyppka uznano za winnego i skazano na karę śmierci przez powieszenie. Będąc w więzieniu skazaniec poprosił ówczesnego Prezydenta RP Bolesława Bieruta o łaskę. Ta nigdy nie nadeszła i 3 listopada 1952 roku o godzinie 17:45 Cyppek został powieszony…

Wtedy zaczęła żyć legenda miejska o rzeźniku z Niebuszewa, okrutnym, seryjnym mordercy i kanibalu, który pod osłoną nocy mordował kobiety i dzieci, a z ich mięsa przyrządzał bigos, który sprzedawał później na miejskim targu. Nagle okazało się, że mieszkańcy okrytej złą sławą kamienicy przy Wilsona 7 wszystkiego się domyślali. Każdy czuł charakterystyczną woń, wydobywającą się z mieszkania nielubianego dziwaka i słyszał dziwne odgłosy. W Szczecinie, jak w całej Polsce w tamtym czasie, brakowało mięsa w oficjalnej sprzedaży i wszyscy szeptali o handlu ludzkimi ciałami, ale nikt nie miał odwagi mówić tego głośno. Według wspomnianej legendy, Cyppek pozostawał w dobrych stosunkach z rzeźnikami pracującymi w pobliskiej masarni przy ulicy 3 maja. I to właśnie im sprzedawał rozczłonkowane części ciał swoich ofiar, głównie dzieci. W historii tej znalazło się również miejsce dla wspólniczki rzeźnika – bileterki z kina „Młoda Gwardia”, która miała odsyłać do Cyppka niewinne ofiary – najczęściej dzieci, którym zabrakło kilku groszy na bilet do kina.

Nie wiadomo, ile w tym wszystkim jest prawdy. Józefa Cyppka oskarżono i skazano wyłącznie za jedno morderstwo, dokonane na Irenie Jarosz. Akta procesowe nie zawierają żadnej wzmianki o zamordowanych dzieciach i handlu ludzkim mięsem. Kilka tygodni po egzekucji „rzeźnika” postanowiono osuszyć jezioro Rusałka. Na dnie zbiornika odnaleziono wtedy kilka ludzkich czaszek, głównie dziecięcych, niektóre źródła mówią nawet o kilkunastu. Nikt wtedy nie potrafił odpowiedzieć na pytanie do kogo one należały i jak się tam znalazły; znalezisko pasowało do kanibala Cyppka, więc legenda je przyjęła. W kolejnej wersji Cyppek był dawnym SS-manem. Pamięć o niedawnych niemieckich zbrodniach wojennych wzmacniała wrogość polskich mieszkańców Szczecina do wszystkiego co niemieckie. Nagle sprawca przestał był pół-Polakiem i stał się czystym Niemcem, w dodatku członkiem znienawidzonej formacji. Tylko ktoś taki mógł z zimną krwią mordować kobiety i dzieci. Mało kto zwracał uwagę na fakt, iż Józef Cyppek nie miał najmniejszych szans na przyjęcie do SS. Wykluczało go kalectwo jak i niski wzrost (158 cm).

Nic nie wskazuje na to, że Cyppek miał stragan na bazarze, gdzie niby handlował wyrobami z ludzkiego mięsa. Znał za to dobrze dwóch niemieckich rzeźników, Güntera i Hansa oraz ich pracownicę Johannę, którzy na szczecińskim bazarze sprzedawali robiony przez siebie bigos. Nie ma jednak żadnych dowodów, że bigos ten zawierał ludzkie mięso. Istnieje hipoteza mówiąca, że Cyppek sam był kanibalem, ale tutaj także brak dowodów. Wątpliwości mogą natomiast budzić niektóre jego zeznania złożone w śledztwie i w trakcie procesu. Świadkowie, którzy byli na sali rozpraw, opisywali oskarżonego jako człowieka o wyglądzie kogoś, kto został dotkliwie pobity. Czy zatem jego zeznania zostały wymuszone?

Istnieje historia, która przy zbrodni Józefa Cyppka stawia kolejne znaki zapytania. W 1952 roku, w nielegalnej masarni w Niebuszewie, została zamordowana klientka, która przypadkiem znalazła na stole do rozbiórki mięsa ludzkie, rozkawałkowane zwłoki. I jako niewygodny świadek podzieliła los wcześniejszej ofiary. Okoliczności przestępstwa do złudzenia przypominały scenariusz z Wilsona 7, obydwa zbiegały się w czasie. Sprawa wyszła na jaw dopiero po wielu latach, wiadomo było, że milicja aresztowała rzeźników, ale, co się z nimi dalej stało, historia milczy. A może nieprzypadkowo te zbrodnie miały tyle podobieństw, może były dziełem tego samego sprawcy, albo sprawców? Istnieje teoria, która mówi wprost, że czyn Józefa Cyppka wykorzystało Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego do zatuszowania wcześniejszych zbrodni, w które miał być zamieszany bardzo wpływowy żydowski gang rzeźników, sprzedający na szczecińskim targu ludzkie mięso. Cyppek jako nielubiany pół-Niemiec, pół-Polak, dziwak i samotnik mógł być idealnym kozłem ofiarnym, a celowo rozpowszechniane plotki zrobiły swoje… Dlaczego Kurier Szczecinski poświęcił sprawie Cyppka zaledwie niedużego szpunta i to dopiero dwa dni po procesie? Gazeta ta żyła z taniej sensacji, czy komuś więc zależało na milczeniu mediów?

W historii rzeźnika z Niebuszewa nic nie jest pewne.  Po śmierci Józefa Cyppka jego mieszkanie przy Wilsona 7 przez wiele lat stało puste. Nikt nie chciał się tam wprowadzić. Dopiero pewien szewc się odważył; kuchnia, w której odnaleziono zwłoki Ireny Jarosz, została przerobiona na schowek gospodarczy i toalety. Miejsce spoczynku sprawcy na szczecińskim Cmentarzu Centralnym figuruje w miejscowych archiwach, ale nie ma pewności, czy szczątki należą do Józefa Cyppka. Podobno jednak od niepamiętnych lat ktoś anonimowy stawia na zaniedbanej mogile zapalony znicz; nie zdziwiłbym się, gdyby dbały o to dyskretnie wnuki tamtych rzeźników.

Chodzenie po mieście. Trzy żonkile.

Ela Kargol

Były trzy dworce w Berlinie, z których deportowano Żydów między rokiem 1941 a 1945 na Wschód, do gett i obozów zagłady:

Bahnhof Grunewald – 10 137 ludzi,
Anhalter Bahnhof – 9 635 ludzi,
Güterbahnhof (dworzec towarowy) Moabit – 32 201 ludzi.

Skrupulatnie rozliczano ich z pozostawionego majątku ruchomego, bo nieruchomości, jeśli takie posiadali, odebrano im już wcześniej. Prowadzono drobiazgowe listy z oświadczeniami majątkowymi, a jeżeli ktoś nie zdążył spisać swojego stanu posiadania i znalazł się już w transporcie, urzędnik zaznaczał, że odpowiednie zaświadczenie będzie jeszcze dostarczone. Są też dokładne spisy tych, którzy wybrali sami dla siebie „osteczne rozwiązanie” jeszcze przed transportem do Auschwitz, Theresienstadt czy Treblinki. Majątki ich wszystkich przepadały na rzecz nazistowskiej Rzeszy. Deutsche Reichsbahn (Niemieckie Koleje Rzeszy) po targu z Himmlerem, który wynegocjował dobrą cenę, brały od dorosłego 4 reichspfennigi (fenigi rzeszy), od dziecka 2 fenigi. Małe dzieci jechały za darmo do Auschwitz, Bełżca, Rygi…

Odpowiedzialny za rolę Reichsbahny w deportacjach Żydów był Albert Ganzenmüller, sekretarz stanu w Ministerstwie Transportu III Rzeszy. Dożył sędziwego wieku 91 lat.

Z Anhalter Bahnhof dołączano do kursowych pociągów dalekobieżnych trzy wagony trzeciej klasy. Pasażerowie czekający w kierunku Drezna nie różnili się wiele od pasażerów, którzy jechali dalej do Theresienstadt, może tylko tym, że tych drugich otaczała grupa SS-manów, pilnująca porządku. Konduktor nie musiał sprawdzać kolejno biletów. Bilety były grupowe.

Miejsce pamięci Putlitzbrücke

W rocznicę wybuchu powstania w Getcie Warszawskim wybrałyśmy się (Ewa, Krysia i ja) na berliński dworzec Grunewald, do miejsca pamięci Gleis 17, z którego 18. X. 1941 wyruszył pierwszy pociąg z 1013 „pasażerami” do getta w Łodzi. Przyniosłyśmy świeże żonkile, papierowe przypięłyśmy do płaszczy i kurtek. Kilka dni później pojechałyśmy na były dworzec towarowy Moabit, skąd deportowano do gett i obozów zagłady ponad 30 tysięcy berlińskich Żydów.

Miejsce pamięci Gleis 17 na Grunewaldzie

Na moście Putlitzkim (Putlitzbrücke), który rozciąga się nad moabickim dworcem towarowym i przystankiem S-Bahny Westhafen, stanął w roku 1987 pomnik upamiętniający deportację tysięcy Żydów. Autorem pomnika jest Volkmar Haase. Pomnik jest miejscem częstych ataków grup antysemickich, nawet zamachu bombowego (sierpień 1992 roku). Wybuch zniszczył pomnik do tego stopnia, że musiał być zdemontowany i w następnym roku jeszcze raz ustawiony. Jesteśmy tu pierwszy raz. Częścią pomnika są zdeformowane schody, schody, które prowadzą do nieba i są tak nierzeczywiste, a jednocześnie wstrząsające, groźne, tragiczne. Daleko mi od krytyki idei artysty, a już na pewno idei upamiętnienia tego miejsca, ale gdy podeszłyśmy pod pomnik, oprócz kilku obligatoryjnych zdjęć i wymienianych przy tym uwag niewiele miałyśmy do powiedzenia. Całe otoczenie pomnika, hałas przejeżdzających po moście samochodów, a pod mostem kolejki miejskiej, nie dają możliwości cichej zadumy. Ale dobrze, że jest. Napis, który umieszczony jest na pomniku dość nisko, w całości jeszcze raz znajduję w internecie.

STUFEN
DIE KEINE
STUFEN
MEHR SIND.
EINE TREPPE
DIE KEINE TREPPE MEHR IST.
ABGEBROCHEN.
SYMBOL DES WEGES
DER KEIN WEG MEHR WAR
FUER DIE
DIE
UEBER RAMPEN
GLEISE
STUFEN
UND TREPPEN
DIESEN LETZTEN WEG GEHEN MUSSTEN.
VOM BAHNHOF PUTLITZSTRASSE
WURDEN IN DEN JAHREN
1941–1944
ZEHNTAUSENDE JUEDISCHER MITBUERGER BERLINS
IN VERNICHTUNGSLAGER
DEPORTIERT
UND
ERMORDET

Stopnie, które już nie są stopniami
Schody, które już nie są schodami
urwane
symbol drogi, która nie była już drogą
dla tych, którzy przez te rampy tory, stopnie i schody ostatnią drogę musieli przebyć

Z dworca Putlitzstraße (dworzec towarowy Moabit) w latach 1941 – 44 zostało deportowanych i zamordowanych w obozach zaglady dziesiatki tysięcy współmieszkańców Berlina pochodzenia żydowskiego, współobywateli tego miasta.

Miejsce pamięci peronu 69 na moabickim dworcu otwarto nie tak dawno, cztery lata temu. Trudno tu trafić. Trzeba zejść z głośnego mostu i ulicą Quitzowstraße kierować się na wschód, wypatrując Lidla i sklepu budowlanego Hellweg. Pomiędzy nimi znajduje się wybrukowana droga, podobno w urzędowych aktach zwana jeszcze Deportationsweg. Droga, która prowadziła prosto do dawnych torów tzw. militarnych 69, 81, 82.

Miejsce pamięci Deportationsbahnhof (Gleis 69) Moabit

Czytam wiele krytycznych uwag o tym miejscu, uwag, których nie podzielam. Może trafiłyśmy na spokojny słoneczny dzień, na dobrą porę dnia, może fakt, że wiedziałyśmy, po co tu przyszłyśmy, pozwolił nam się zatrzymać na chwilę. Sosnowy lasek, tory, rampa, wybrukowana droga, którą oni szli. Przy drodze rozkwitł właśnie żółty kwiatek, na drodze leży czapka, którą ktoś zgubił, wtedy też mogły leżeć tu czapki, a wiosną kwitło kwiecie.

34 transporty, transporty ludzi, ludzi, którzy ulicami Moabitu szli z synagogi przy Levetzowstrasse, przekształconej na punkt zborny (Sammellager). Często byli to sąsiedzi, przyjaciele, oznaczeni gwiazdą Dawida, całe rodziny, samotni, dzieci, jeszcze z walizkami w ręku, które musieli i tak zostawić, zanim weszli do wagonu.

Ellen-Epstein-Straße, nowo powstała ulica na terenie moabickiego dworca towarowego, upamiętnia wspaniałą pianistkę, która wraz z siostrą wsiadła tu w październiku 1942 roku do pociągu w kierunku Rygi. Był to 21 Berliner Osttransport i była to podróż w jedną stronę.

Zostawiamy nasze papierowe żonkile przy „torze 69”, a kilka dni później w miejscu, gdzie stała synagoga przy Levetzowstraße.

Miejsce pamięci Synagoga Levetzowstraße. Wszystkie zdjęcia – Elżbieta Kargol

***

Od Adminki: O miejscu pamięci na Grunewaldzie pisałyśmy już: TU wpis Eli, tu dwa moje TU i TU.