Z wolnej stopy 15

Zbigniew Milewicz

Uśmiechnij się i trwaj…

Jednak nie mogę książki o Mordechaju Gebirtigu tak zostawić, jak to zrobiłem dwa wpisy wstecz. Krakowski bard śpiewał z rozpaczy nad ginącym, żydowskim światem, bo kochał swój ubogi sztetl, jego życie i ludzi. Poświęcił im tomik Majne lider, wydany w Wilnie, w 1936 roku, staraniem przyjaciół poety, którego nie było stać na samodzielne opublikowanie swoich wierszy. Miał na utrzymaniu żonę Blumę i trzy córki, i zupełnie nie dbał o sławę, ani o pozyskiwanie mecenasów dla swojej twórczości. Ukochana żona często strofowała go, że za mało zajmuje się domem i poświęca czas na błahostki i ten wątek poeta również wykorzystał w kilku humorystycznych wierszach. Tomik zawierał ponad pięćdziesiąt piosenek wraz z załączonymi nutami, opowiadających o dzieciństwie poety, jego rówieśnikach, chederze, czasach kawalerskich. Są w nim zakochani, klezmerzy, zatroskane matki i rozbrykane dzieci, świetne dialogi i puenty*.

Oto próbka talentu Gebirtiga z tomiku Majne lider, pieśni Motl, Rejzele i Trzy córki:

W późniejszej, okupacyjnej twórczości autora te jaśniejsze nutki giną, rodzi się dramat. Jak dla mnie najsmutniejsza, ale jednocześnie najbardziej przepełniona miłością jest kołysanka – Hungerik dajn kecele, Głodny kotek, do której muzykę napisał Juliusz Hoffman. Nie wiadomo, kiedy powstała ta piosenka, autor na ogół nie datował swoich utworów, ale myślę, że już w ostatnim okresie życia Mordechaja Gebirtiga, między jego pobytem w podkrakowskich Łagiewnikach i murach getta w Podgórzu.

Na koniec tego krótkiego przeglądu twórczości krakowskiego poety, mocne Minuten fun bitochn, Minuty otuchy:


* Za Wstępem Marleny Pacześ do książki Bądź mi zdrów Krakowie, Wydawnictwo Austeria Kraków – Budapeszt 2012

Autor napisał: To zdjęcie z okładki książki, widać, że jeszcze z przedwojnia, bo tchnie pogodą ducha.

Z wolnej stopy 14

Zbigniew Milewicz

Pan Zbyszek

Ile mógł mieć lat, kiedy przyszły dowódca Luftwaffe posadził go sobie na kolanach i coś do niego powiedział po niemiecku? Chyba pięć, albo sześć. Hermann Göring przyjechał do Białowieży prywatnie, na polowanie, to była jego namiętność. Później też tam bywał, już jako dygnitarz III Rzeszy, na zaproszenie polskiego rządu. Hitlerowi zależało na tym, aby znaleźć w Polsce sojusznika przeciwko Rosji, dochodziło więc do różnych spotkań i rozmów na wysokim szczeblu, m.in. przy okazji polowań na wilki i rysie w Puszczy Białowieskiej. Tata pana Zbyszka zarządzał w Białowieży pałacykiem myśliwskim, zbudowanym jeszcze za czasów carycy Katarzyny II, dla dworskich polowań, i tam Göring się zatrzymał, a że syn wszędzie ojcu towarzyszył, to znał wszystkich gości.

Zbigniew Michał Kowalczyk był urodzonym warszawianinem. Kiedy 30 sierpnia 1939 roku wrócił z obozu harcerskiego w Rumunii do rodzinnego domu, czekało już na niego powołanie do wojska. Otrzymał przydział do ochrony starostwa w Prużanie, stamtąd wraz z oddziałem ruszył dalej na wschód, aż doszły go wieści, że do Polski wkroczyła Armia Czerwona. Wtedy, wspólnie z wycofującym się ze wschodu oddziałem płk. Antoniego Kamińskiego i grupą nadleśniczych, żołnierze Kowalczyka schronili się w Puszczy Białowieskiej. Nie spodziewali się, że tam znienacka zaatakuje ich białoruska partyzantka, sojusznik wroga, liczebnie znacznie silniejsza od nich. Złożyli broń. Chłopi oddali ich w ręce NKWD i ponad 30 żołnierzy, wraz z dowódcami zamknięto w tzw. „więzieniu Białym“ w Słonimiu.

Warunki były trudne. W celach tłoczyło się po 50 – 80 osób, co kilka dni Kowalczyka wzywano na nocne przesłuchania i bito, dopóki się nie przyznał do przynależności do Ligi Obrony Powietrznej i Przeciwgazowej. To śledczym wystarczyło, aby odpowiedział za antysowiecką działalność. W ostatniej dekadzie czerwca 1941, po wkroczeniu Wehrmachtu do ZSRR, NKWD rozpoczęło w więzieniu masowe rozstrzeliwania. Oto relacja Kowalczyka na temat tamtych, dramatycznych wydarzeń:

„Byliśmy zupełnie otępiali, niewrażliwi na nic, tacy jacyś zupełnie myślowo mało działający, opóźnieni jakoś w sposobie myślenia. Potem wychodziliśmy na dwór, stawaliśmy pod murem naprzeciw wejścia. Pierwszy był pułkownik, drugi byłem ja, trzeci był Karol Kamiński, potem był kapitan nadleśniczy Urban z Białowieży – razem 32 osoby. Przypuszczam, że innym, tak jak i mnie odczytano wyrok śmierci. Po kolei przychodzili pod ścianę, pod mur więzienny. Potem przyszedł eszelon do rozstrzelania nas. Do tego momentu nie mieliśmy nic ogłoszonego, żadnego wyroku. Było to przygotowane do normalnej likwidacji, tak jak zostało wykonane w Katyniu.” *

Kiedy stał przed plutonem egzekucyjnym, niemieckie samoloty akurat bombardowały okolicę i jedna z bomb spadła na więzienie, burząc mur. To był dobry prezent od „wujka” Hermanna, tym bardziej, że nieoczekiwany. Gdy później, w 1944 roku, to samo lotnictwo obracało w zgliszcza i ruiny jego ukochaną stolicę, życzył mu dla odmiany pewnie wszystkiego najgorszego. O losach Zbigniewa Kowalczyka między 1941 rokiem i Powstaniem Warszawskim niewiele wiadomo. Tyle tylko, że w 1943 roku ukończył szkołę podchorążych Związku Jaszczurczego, a z początkiem 1944 roku otrzymał awans na stopień podporucznika Narodowych Sił Zbrojnych. Aresztowany przez Niemców, wylądował na Pawiaku. Nie wiadomo, w jakich okolicznościach opuścił więzienie.

W czasie powstania posługiwał się pseudonimami „Żbik”, „Żbikowski” i walczył na Starówce, w zgrupowaniu „Róg”, pod dowództwem kpt. Lucjana Giżyńskiego, ps. „Gozdawa“. W czasie walk awansuje do stopnia porucznika, jest trzykrotnie ranny. Po upadku powstania został wzięty do niewoli i wywieziony do obozu w Ożarowie, później do Lamsdorf i wreszcie do Murnau w Bawarii. Tam doczekał wyzwolenia przez Amerykanów. Kolejne etapy życia Zbigniewa Kowalczyka przypominają sensacyjny serial: wstępuje do Brygady Świętokrzyskiej, która stacjonuje w Bernardovicach, koło Pilzna, w strefie amerykańskiej, przechodzi szkolenie wywiadowcze, przybiera na stałe nazwisko Dziakoński i jedzie do Polski. Celem jego misji jest dostarczenie kryształków do budowy radiostacji szpiegowskiej. W drodze powrotnej ma pomóc przedostać się na Zachód ze strefy okupowanej przez zieloną granicę, grupie prominentnych osób, którym grożą aresztowania i śmierć ze strony funkcjonariuszy UB oraz NKWD. Wśród nich są żony czterech byłych ministrów Słowacji i osoby z polskiego establishmentu. Porucznik Dziakoński ma wspólnika – to oficer Sławomir Modzelewski „Lanc“ – którego zadaniem jest przemycenie do kraju książki szyfrów do nadawania meldunków przez radiostację. A w drodze powrotnej – wywiezienie z Polski na Zachód najbliższej rodziny gen. Władysława Andersa. Inicjatorem tych zadań jest dowództwo amerykańskie.

„Z końcem sierpnia 1945 roku Dziakoński, jako repatriant, przedostał się drogą Jerzego Kozarzewskiego „Konrada“ do Dziedzic na Śląsku – czytamy w pracy historyka i dokumentalisty, dr Łukasza Wolaka, “Ochotnik do Polski”**. Z tego samego kanału w tamtym czasie korzystali również żołnierze Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość“ (WIN) a także wywiadowcy 2 Korpusu Polskiego, w tym rtm. Witold Pilecki. W kraju Dziakoński otrzymał komplet dokumentów, które umożliwiły mu swobodne poruszanie się po Polsce.” Z dalszej treści materiału wynika, że w międzyczasie nastąpiły pewne zmiany w planach. Prominenci, którym porucznik miał pomóc wydostać się z Polski, skorzystali wcześniej z innych możliwości wyjazdu, natomiast „Lanc” niedługo po przekroczeniu granicy został aresztowany przez bezpiekę i Dziakoński musiał dodatkowo przejąć jego powrotne zadanie. Mianowicie – przeprowadzenie przez granicę żony, córki i zięcia gen. Andersa.

Spisał się na medal, choć był na krawędzi dekonspiracji. Za eksfiltrację rodziny generała Andersa został w Polsce zaocznie skazany na karę śmierci. Była to więc jego pierwsza i ostatnia polska misja.

Pisze o niej Adam Dyrko z Monachium, w swojej książce “Wygnańcze szlaki”***, traktującej losach polskich emigrantów i uchodźców w Niemczech. Narratorami poszczególnych rozdziałów są ich bohaterowie, m.in. Zbigniew Kowalczyk vel Dziakoński. Kontynuuje, co stało się później w jego życiu, jak znalazł się w oddziałach wartowniczych**** armii amerykańskiej w Dachau. W sumie jest to bardzo ciekawa opowieść, warta lektury, nie będę więc zdradzał jej wszystkich szczegółów. Wspomnę tylko, że miałem wielki zaszczyt i przyjemność osobiście poznać mojego imiennika i panią Renię, jego małżonkę, dzięki kochanej Marysi Mayerhöfer-Trzeciak, która od lat była z nimi rodzinnie zaprzyjaźniona.
Do spotkania doszło podczas ogniska świętojańskiego nad Isarą, zorganizowanego przez pana Zbyszka dla monachijskiej Polonii, parę tygodni po moim przyjeździe do Niemiec w 1988 roku. Nie zapomnę późniejszej, wspólnej wycieczki jego starym camperem do Kolonii, na jakieś polonijne święto, kiedy złapaliśmy gumę; jego spotkań z harcerzami ze szczepu Białe Orły, którym dowodził druh Waldek Nowakowski, jak w prostych słowach tłumaczył moim synom i innym dzieciakom, co to jest ojczyzna; ciepłej atmosfery mieszkania państwa Dziakońskich, przy Warngauerstrasse, w którym często gościliśmy z moją byłą żoną i dziećmi, pogody ducha gospodarzy, tego, z jaką klasą tańczyli walca na polonijnych balach oraz faktu, że zawsze każdemu i w każdej sprawie gotowi byli bezinteresownie pomóc; wreszcie tej naszej ostatniej, kilkuosobowej, wyprawy na biegówki nad Spitzingsee, gdzie nadal gibki w ruchach senior w pewnym momencie oświadczył, że chyba pora mu już skończyć z czynną karierą sportową i przejść na szkolenie młodzieży, zwłaszcza żeńskiej…

W lutym 2004 roku Zbigniew Dziakoński został awansowany do stopnia podpułkownika rezerwy WP. Zmarł 9 sierpnia 2006 roku w Polsce i spoczywa na warszawskich Powązkach, w Alei Zasłużonych. Wczoraj minęło właśnie stulecie Jego urodzin, z tej okazji o panu Zbyszku napisałem.

Panstwo Dziakońscy z wizytą u Marysi Mayerhöfer, na Blumenau, w 1971 roku. Najmłodszy to Jaś, syn gospodyni.
P.S. Nie lubił pozować do zdjęć. Mama Marysi lubiła natomiast komentować fotki różnymi uwagami…

Państwo Dziakońscy na wycieczce Polskiego Klubu Katolickiego w Monachium do polonijnego ośrodka harcerskiego w Alzacji, w okolicach Colmar, 2000 rok. Tutaj – w Strassburgu.


* Archiwum Ośrodka „Karta“, sygn.AW I/ 0148, Relacja Zbigniewa Dziakońskiego z listopada 1989 r.oku

** “Polska Zbrojna”, Historia, nr.1/2020

*** Oficyna Wydawnicza Volumen, 2007. Niestety nakład jest już wyczerpany, tylko autorowi książki zostało jeszcze nieco egzemplarzy; zamówienia proszę kierować na adres: adyrko@gmail.com

I jeszcze przypis od Adminki:

**** Akurat niedawno Tadeusz Rogala napisał dla Czytelników bloga wspaniały wpis właśnie o amerykańskich oddziałach wartowniczych, trzeba TAM koniecznie zajrzeć.

Reblog: Dem Amulett sei dank

Igal Avidan

Auf den Spuren des jüdischen Mädchens Karolina Cohn
Hörfunksendung


Sobibór

Im November 2016 barg der israelische Archäologe Yoram Haimi auf dem Gelände des früheren nationalsozialistischen Vernichtungslagers Sobibór im heutigen Polen ein silbernes Amulett.


Yoram Haimi

Darauf war der Städtename Frankfurt am Main zu lesen und das Datum 3.7.1929 – und in hebräischen Buchstaben “Mazel tov”.


Karolina mit ihren Eltern Richard und Else (links) im hessischen Bad Orb 1932. In der Mitte Elses Bruder Max Eisemann, ermordet in Majdanek 1943.

Haimi fand heraus, dass das Schmuckstück Karolina Cohn gehört hatte, das als jüdisches Mädchen im Holocaust ermordet wurde. Daraufhin begab sich der Berliner Journalist Klaus Hillenbrand auf die Suche nach den Spuren von Karolina und ihrer Familie.

Links: Der israelische Familienforscher Haim Motzen, der Karolina Cohns Verwandten in aller Welt entdeckte. / Rechts: Klaus Hillenbrand mit seinem Buch „Das Amulett und das Mädchen“

Teil 1

Teil 2

TA bitwa

Zbigniew Milewicz

Bitwa Warszawska

Na Wschodzie […] są drzwi, które się otwierają i zamykają i zależy, kto i jak szeroko siłą je otworzy
Józef Piłsudski do Władysława Baranowskiego, 7 lutego 1919 roku, przed jego odjazdem na paryską konferencję pokojową

Zakończenie I wojny światowej przesądziło o powstaniu Niepodległej Rzeczpospolitej, ale nikt jeszcze nie wiedział, w jakich granicach przyjdzie żyć Polakom. Zmagania o nie toczyły się na szczeblach dyplomatycznych i na polu bitwy. O Lwów trwały walki z Ukraińcami, w Wielkopolsce, a później na Górnym Śląsku powstańcy chcieli wyrwać swoje ziemie z rąk niemieckich. Natomiast w Warszawie, w grudniu 1918 roku, utworzona została z inspiracji władz sowieckich Komunistyczna Partia Robotnicza Polski, która wzywała do rewolucji „ramię w ramię z socjalistyczną Rosją“ i to był sygnał, że bolszewicy rozpoczęli marsz na Zachód. O wschodnią granicę Polski wojowano najdłużej i najkrwawiej. Będąca początkiem wojny polsko-bolszewickiej Operacja “Cel Wisła” rozpoczęła się z rozkazu Lenina już 18 listopada 1918 roku ( część historyków twierdzi, że w styczniu 1919). Jej główny cel stanowiło wsparcie komunistów, którzy rozpoczęli rewolucję w Niemczech i w krajach dawnych Austro-Węgier, ale Lenin potrzebował pomostu, żeby się tam dostać, a więc po drodze postanowił zmiażdżyć Polskę. Fizycznie i politycznie, bo również miała zostać skomunizowana, co też nastąpiło, ale później. Na razie przy szabli był Naczelnik Państwa, Józef Piłsudski, który dobrze rozumiał przejęte po caracie imperialne apetyty bolszewickiej Rosji i stawił czoła wrogowi. Od decydującej o losach wojny, zwycięskiej Bitwy Warszawskiej minęło właśnie sto lat.

Długa linia frontu, oddzielająca stronę polską i bolszewicką, była podzielona przez Polesie, krainę geograficzną, dziś wchodzącą w skład zarówno Polski, jak i Białorusi, Ukrainy oraz Rosji. Był to wówczas nasz naturalny, wielki sprzymierzeniec, gdyż ze względu na bagnisty, podmokły teren, nie można tam było prowadzić działań zbrojnych. W związku z tym walki toczyły się na dwu oddzielnych obszarach: froncie północnym (Brama Smoleńska ) i południowym. Wojskami przeciwnika na Północy dowodził były oficer carski Michaił Tuchaczewski, a na Południu Aleksander Jegorow, z Józefem Stalinem, komisarzem politycznym Frontu i Siemionem Budionnym, dowódcą słynnej Konarmii. Rozdział wojsk bolszewickich stwarzał korzystną dla Polski sytuację operacyjną, bowiem można było zastosować manewr po liniach wewnętrznych, po pobiciu jednej grupy wojsk przeciwnika, przerzucano siły na drugą stronę.

Do pierwszego starcia doszło 14 lutego 1919, w okolicach miasteczka Mosty na Białorusi. Po kapitulacji na Zachodzie, Niemcy ewakuowali swoje wojska również z okupowanych terenów na Wschodzie; bolszewicy potajemnie dogadali się z nimi i w swoim marszu na Zachód łatwo zajęli Mińsk, a następnie Wilno, skąd Sowieci wyparli polską samoobronę, która pięć dni wcześniej oswobodziła miasto. Pod Mostami musieli się jednak zatrzymać. Szczupłe siły polskie, składające się z 12 batalionów piechoty, 12 szwadronów kawalerii i 3 baterii artylerii, działały tam na dwóch, dość równomiernie obsadzonych odcinkach frontu. Formacjami odcinka południowego (Prypeć – Szczytno), czyli Grupy Podlaskiej, dowodził gen. Antoni Listowski. Jego oddziały swoim prawym skrzydłem utrzymywały łączność z Grupą Wołyńską gen. Edwarda Rydza-Śmigłego i koncentrowały się głównie pod Antopolem na kierunku Brześć – Pińsk i okolicach Berezy Kartuskiej. Obsada odcinka północnego (Szczytno – Skidel ) należała do Dywizji Litewsko-Białoruskiej gen. Wacława Iwaszkiewicza-Rudoszańskiego, operującej przede wszystkim w rejonie Wołkowyska. Na tych pozycjach wiązano siły Armii Czerwonej, zajętej wówczas także walką z oddziałami białych, zatem defensywa była skuteczna. Kiedy dowódcą Dywizji został gen. Stanisław Szeptycki, formacje polskie przeszły do działań zaczepnych, opanowały Słonim, Pińsk, przedpola Lidy. W kwietniu odzyskaliśmy Wilno, jesienią nasze oddziały dotarły do Dźwiny i Berezyny, przekroczyły Zbrucz.

Kiedy wiosną 1920 roku bolszewicy przystąpili do wielkiej koncentracji sił na Froncie Zachodnim, Józef Piłsudski, jako Naczelny Dowódca wojsk polskich, zdecydował o podjęciu ataku wyprzedzającego i rozbiciu jego formacji, zanim wojska sowieckie osiągną gotowość operacyjną. Wyprawę na Wschód poprzedziło podpisanie porozumienia politycznego z atamanem Semenem Petlurą, w którym strona polska gwarantowała pomoc w utworzeniu niezależnego państwa ukraińskiego, zaś Petlura wsparcie militarne w walce z bolszewikami. Niektórym politykom w obozie władzy marzyło się zdobycie w tej wyprawie Kremla, ale Piłsudski był realistą, uważał, że bolszewikom należy „nadepnąć na tak bolesne miejsce, żeby nie mogli się uchylać i uciekać. Moskwa takim miejscem nie jest. Kijów, Ukraina, to jest ich czuły punkt.” Atak ruszył 25 kwietnia. Początkowo nasze wojska odnosiły sukcesy, biorąc tysiące jeńców i szybko zajmując kolejne tereny; 7 maja oddziały polskie i ukraińskie wkroczyły do niebronionego Kijowa. Piłsudski udał się do zajętej stolicy Ukrainy z kilkugodzinną wizytą. Po powrocie do Warszawy, witający go marszałek Sejmu, Wojciech Trąmpczyński, przyrównał czyny Piłsudskiego do dokonań Bolesława Chrobrego, ale euforia zwycięstwa trwała krótko.


Oddziały wyruszające na front defilują przed Naczelnikiem Państwa, J.Piłsudskim.Fot. CAW – dzieje.pl

W odpowiedzi na sukcesy armii polskiej ruszyła kontrofensywa, na północy kierowana przez Michaiła Tuchaczewskiego, na południu przez Siemiona Budionnego. 5 czerwca jego Konarmia przerwała linię frontu i zmusiła Polaków do gwałtownego odwrotu z Ukrainy. Na północy Piłsudski zakładał utrzymanie Wilna i oparcie się na starej, poniemieckiej linii umocnień, jednak znaczna przewaga wojsk sowieckich zniweczyła ten plan. Armia Czerwona parła w kierunku Warszawy, pokonując średnio około 20 km dziennie. Armia Konna, licząca 16 tysięcy żołnierzy i uważana za najskuteczniejszy wynalazek rosyjskiej wojny domowej, posuwała się z dwukrotnie większą prędkością, a słynęła z wyjątkowego okrucieństwa. W drodze na Ukrainę, w ciągu 30 dni nieprzerwanej jazdy pokonała ona 1200 kilometrów, niszcząc wszystko, co znalazło się na jej drodze, masakrując jeńców i ludność cywilną.

Wielka ofensywa rosyjska ruszyła 4 lipca, wróg przekroczył Berezynę, zdobył Wilno, 23 lipca padło Grodno. Po jego zdobyciu Tuchaczewski, który w międzyczasie awansował na dowódcę całego Frontu Zachodniego, wydał rozkaz zajęcia Warszawy do 12 sierpnia. Pod koniec lipca, pokonując w krótkim czasie ponad 400 kilometrów, armia bolszewicka dotarła do linii Bugu. Lenin i jego współpracownicy również nie próżnowali, politycznie wszystko już było przygotowane do demontażu ustroju za Bugiem.
30 lipca przybył do Białegostoku, utworzony w Moskwie, Tymczasowy Komitet Rewolucyjny Polski (Polrewkom), którego zadaniem było przejęcie władzy na terenach wyzwolonych przez Armię Czerwoną. W skład Komitetu wchodzili m.in. Julian Marchlewski, Feliks Dzierżyński, Feliks Kon.

Frontowe niepowodzenia ściągnęły na Piłsudskiego rosnącą falę krytyki. Wyczerpały się kredyty na dostawy wojskowe, problemem pozostawał transport zakupionego sprzętu. Środowiska rewolucyjne w zachodniej Europie podjęły kampanię pod hasłem „Ręce precz od Rosji”, czego skutkiem było wstrzymanie  dostaw broni kierowanych do Polski, spowodowane strajkami kolejarzy i dokerów. Słowem, groziła militarna katastrofa.


Polscy żołnierze podczas walk z Armią Czerwoną w rejonie Radzymina w 1920 r.Fot. PAP/CAF – dzieje.pl

Bezpośrednie zagrożenie państwa zmobilizowało siły do obrony. Powołano Inspektorat Armii Ochotniczej, z gen. Józefem Hallerem jako dowódcą i ogłoszono ochotniczy zaciąg do wojska, który nie pozostał bez echa. Józef Piłsudski postanowił stoczyć decydująca bitwę na obszarze między Bugiem i Wisłą. 13 sierpnia bolszewicy uderzyli na przedmieścia Warszawy – przełamali pierwszą linię obrony i zajęli Radzymin. Rozpoczęły się dwudniowe walki o Warszawę, najcięższe boje stoczono pod Radzyminem i Ossowem. Armia gen Sikorskiego zatrzymała dwukrotnie silniejszego wroga i zaczęła spychać go na wschód. Polska kontrofensywa znad Wieprza ruszyła 16 sierpnia i bezpośrednio zagroziła tyłom armii bolszewickiej. Odegrała też rolę szybkość polskiego natarcia – piechota posuwała się 50-60 kilometrów na dobę, zajmując węzły komunikacyjne, przeprawy, mosty na tyłach cofającego się przeciwnika. Armia Konna Budionnego, która w decydującej fazie bitwy została powstrzymana rozkazem Stalina, poniosła porażkę w bitwie pod Komarowem z 1 Dywizją Kawalerii płk. Juliusza Rómmla.

Do ostatniej wielkiej batalii doszło nad Niemnem (20-29 września 1920). Jednak Rosjanom nie udało się odtworzyć linii frontu i wojska polskie dotarły do Dźwiny i Mińska. Na południu Polacy oswobodzili całą Galicję, odrzucając przeciwnika za Zbrucz. Dla polskiego społeczeństwa zwycięstwo w wojnie z Rosją sowiecką miało wielkie znaczenie moralne. Był to pierwszy od 220 lat sukces Polski na arenie międzynarodowej i pierwsza od 220 lat wojna wygrana samodzielnie przez armię polską.

Po pięciu miesiącach negocjacji, 18 marca 1921 roku Polska i Rosja podpisały w Rydze traktat pokojowy, który ustalił ostateczny przebieg polskiej granicy wschodniej (na linii Dzisna – Dokszyce – Słucz – Ostróg – Zbrucz). Nie zadowalał on w wielu aspektach zarówno polskich elit politycznych, jak i strony rosyjskiej, ale do 17 września 1939 roku granica ta przetrwała.

Tyle w ogromnym, faktograficznym skrócie o tej wojnie i jej decydującym rozstrzygnięciu, Bitwie Warszawskiej. Emocjonują one wielu ludzi do dziś i stawiają pytania, na które często nie ma odpowiedzi. Na przykład, jak wyglądałby dzisiaj świat, a przynajmniej spora jego część, z Polską włącznie, gdyby Piłsudski ostatecznie dogadał się z gen. Denikinem i całkowicie zniszczył przeciwnika? Była taka możliwość, a więc dlaczego jesienią 1919 roku, podczas wojny z bolszewikami zatrzymał on natarcie, co umożliwiło Armii Czerwonej przerzucenie sił z frontu polskiego i rozprawienie się z zagrażającą jej na południu białą armią Antona Denikina? Generał szedł wtedy na Moskwę i miał wszelkie szanse, żeby ją odzyskać. Denikin pozytywnie odnosił się do niepodległości państwa polskiego, ale jedynie w granicach Królestwa Polskiego z 1815 roku, nie akceptował też federacyjnych planów Piłsudskiego, według których w pierwszym rzędzie Ukraina, Białoruś i Litwa miały być również autonomiczne, aby wspólnie z Polską przeciwstawiać się imperialnym zakusom Rosji. Bolszewicy, w zależności od sytuacji na froncie, byli natomiast w stanie obiecać wszystko i tego oczywiście nie dotrzymać, kiedy szło im lepiej, Piłsudski uznał ich więc prawdopodobnie za mniejsze zło.

Następna kwestia, również nie wyjaśniona do dzisiaj, to pytanie, kto faktycznie był głównym architektem Bitwy Warszawskiej – Józef Piłsudski, czy gen. Tadeusz Rozwadowski? Był on jednym z głównych organizatorów polskich sił zbrojnych po odzyskaniu Niepodległości i dowódcą bohaterskiej obrony Lwowa przed Ukraińcami w latach 1918 – 1919 . Różnili się z Marszałkiem w wielu poglądach na temat sztuki wojennej i priorytetów w pomocy dla odzyskanych, wschodnich kresów, w osobistych rozmowach często dochodziło między nimi do spięć, w związku z czym stary frontowiec został odsunięty na boczny tor, na stanowisko szefa Polskiej Misji Wojskowej w Paryżu, co przyjął z rozgoryczeniem. Jednego jednak Piłsudski nie mógł jednak generałowi odmówić, tego mianowicie, że był wybitnym strategiem, kiedy więc polska obrona zaczęła się kruszyć pod natarciem Armii Czerwonej, sprowadził go do stolicy i mianował szefem Sztabu Generalnego. Wtedy zostały gruntownie zreorganizowane polskie odziały i opracowano plan natarcia znad dolnego Wieprza, który okazał się skuteczny. Zwycięstwo w Bitwie Warszawskiej zostało jednoznacznie przypisane Józefowi Piłsudskiemu, a gen. Rozwadowski nigdy tego nie zakwestionował.

Nie wiadomo również, jak potoczyłyby się losy wojny, gdyby na przełomie sierpnia i września 1919 roku Biuro Szyfrów pod kierunkiem Jana Kowalewskiego nie złamało pierwszych kluczy szyfrowych Armii Czerwonej, które umożliwiły odczytanie korespondencji bolszewickiej z frontów wojny domowej na Ukrainie, w południowej Rosji i na Kaukazie. Dzięki temu Piłsudski dużo wiedział na temat sytuacji w tym regionie i koncentracji wojsk przeciwnika przy wschodniej granicy. Wspaniałym dniem był również 15 sierpnia 1920 roku, kiedy to kaliski 203 Pułk Ułanów zdobył sztab 4 armii sowieckiej w Ciechanowie, a wraz z nim – kancelarię, magazyny i jedną z dwóch radiostacji, służących Rosjanom do utrzymywania łączności z dowództwem w Mińsku. Szybko podjęto więc decyzję o przestrojeniu polskiego nadajnika na częstotliwość rosyjską i rozpoczęciu zagłuszania nadajników wroga, dzięki czemu druga z sowieckich radiostacji nie mogła odebrać rozkazów. Warszawa na tej samej częstotliwości nadawała bowiem przez dwie doby teksty Pisma Świętego – jedyne wystarczająco obszerne materiały, które udało się szybko odnaleźć. Brak łączności praktycznie wyeliminował więc 4 Armię z bitwy o Warszawę.

Zwycięstwo w Bitwie Warszawskiej, a następnie wygrane bitwy nad Niemnem i pod Komarowem, gdzie polska jazda pokonała kawalerię Budionnego, przypieczętowały zwycięskie zakończenie wojny z Rosją.

Trochę liczb: w przededniu Bitwy Warszawskiej Polska wraz ze sprzymierzeńcami utrzymywała na froncie milion żołnierzy, Rosjanie 2,5 miliona. W samej bitwie uczestniczyło po stronie rosyjskiej 104-114 tysięcy żołnierzy, po stronie polskiej 113-123 tysięcy. Polacy mieli do dyspozycji 500 dział i 1780 karabinów maszynowych, Armia Czerwona 600 dział i 2450 karabinów. Grupa uderzeniowa znad Wieprza liczyła około 46 tysięcy żołnierzy. Straty wojsk rosyjskich w bitwie szacuje się na około 25 tysięcy poległych, 60 tysięcy jeńców i 45 tysięcy internowanych w Prusach Wschodnich. Po stronie polskiej – 4,5 tysiąca poległych, 22 tysiące rannych i około 10 tysięcy zaginionych.

Wyposażenie obu armii było dużo gorsze niż to widzimy we współczesnych inscenizacjach bitwy i obrazach filmowych. Premier Wincenty Witos tak wspominał inspekcję armii w przededniu decydującego starcia: “mała tylko część żołnierzy miała na sobie kompletne, choć potargane mundury, co najmniej połowa była bez obuwia (…), na niektórych wisiały tylko resztki spodni i innego ubrania”. Inny świadek, Stanisław Grabski, jadący na rokowania pokojowe do Mińska tak natomiast wspominał widok Armii Czerwonej: “część żołnierzy szła boso. Nie wszyscy też posiadali karabiny. Mieli je dostać dopiero w okopach, pozostałe po poległych i ciężko rannych. Najbardziej mnie jednak zafrapował widok setek wozów zupełnie pustych (…), wyraźnie jechały one po zdobycz wojenną”.

Lord Edgar Wincent D’ Abernon, świadek tamtych wydarzeń, brytyjski dyplomata, wydał w Londynie, w 1931 roku książkę, w której nazwał Bitwę Warszawską „osiemnastą decydującą bitwą w dziejach świata”. Porównał ją do zwycięstwa władcy Franków, Karola Młota, który w 732 roku pokonał Arabów pod Poitiers i zatrzymał pochód Islamu do Europy, podobnie jak zrobił to później król Jan III Sobieski pod Wiedniem. Tak samo Polacy, zwyciężając pod Warszawą, powstrzymali ekspansję komunizmu, a więc całkowicie innego systemu wartości do zachodniej Europy, choć niestety na dłuższą metę siebie przed tym nie uratowali.

Nie mniej to Zwycięstwo.

Często nazywa się Bitwę Warszawską również Cudem nad Wisłą. Określenie to wymyślili narodowcy, aby pomniejszyć rolę Marszałka Piłsudskiego w pokonaniu bolszewików i przypisać je siłom nadprzyrodzonym. Aczkolwiek niektórzy z wziętych do niewoli żołnierzy rosyjskich przysięgali na wszystko, że widzieli na niebie Matkę Boską, jak swoim płaszczem zasłania Warszawę… Zgodnie z piękną, polską tradycją na pamiątkę warszawskiej Victorii, w jej wigilię, kiedy przypada Wniebowzięcie NMP, obchodzimy od 1923 roku Święto Żołnierza. Tak się ono nazywało do 1947 roku, obchodzono je nawet w polskich jednostkach wojskowych formowanych od maja 1943 roku w ZSRR. W świątecznych mszach polowych uczestniczyli ponoć zarówno Bolesław Bierut, jak i Marszałek Michał Rola – Żymierski. Później 15 sierpnia stał się dniem powszednim, ożył dopiero w 1992 roku, jako dzień Wojska Polskiego, no a wojsko to przede wszystkim żołnierze. Ku chwale Ojczyzny!


P.S. Pisząc ten tekst, korzystałem z materiałów Muzeum Historii Polski online „Czy potrzeba było cudu? Bitwa Warszawska 1920 r.”, artykułu „Fakty z bitwy”, zamieszczonego w Tygodniku Powszechnym 03.08.2010, pracy Janusza Szczepańskiego p.t. “Kontrowersje wokół bitwy warszawskiej 1920 r.” w “Mówią wieki” 8/2002) oraz Wikipedii.

Polskie Odziały Wartownicze przy Armii Amerykańskiej

Tadeusz Rogala

W Niemczech i w Europie

Przy okazji 75 rocznicy zakończenia II wojny światowej warto przypomnieć los Polaków po zakończeniu wojny i ich udział w odbudowywaniu zniszczonej Europy.

Po zakończeniu działań wojennych w strefach zachodnich Niemiec przebywało około półtora miliona Polaków. Byli to więźniowie obozów koncentracyjnych, obozów jenieckich oraz osoby przebywające na robotach przymusowych. Były też ludzie, którzy z różnych względów znaleźli się na tym terenie, jak np. Brygada Świętokrzyska, która w liczbie ponad tysiąca osób przeszła przez front do strefy amerykańskiej – w obawie przed represjami ze stony Sowietów – wyzwalając po drodze kobiecy obóz koncentracyjny w Holiszowie (Czechy), uwalniając około 700 więźniarek, w tym 167 Polek oraz ponad 200 Żydówek.

Wielu Polaków z terenów wschodnich Niemiec przedzierało się na Zachód, mając nadzieję na spotkanie się z Polskimi Siłami Zbrojnymi, będącymi pod władzą Rządu Rzeczypospolitej w Londynie i możliwość wstąpienia do tej formacji wojskowej. Ludzie liczyli, że istniejący stan rzeczy na ziemiach polskich ulegnie zmianie i wkrótce te ziemie będą wolne od okupacji radzieckiej. Inni Polacy przesuwali się na Wschód pragnąc jak najszybciej wrócić do domu. Wielu Polaków z kresów wschodnich nie miało jednak dokąd wracać.

Mocarstwa zachodnie uważały, że z chwilą przeprowadzenia w Polsce wolnych wyborów, także reszta Polsków wróci do kraju. Większość Polsków jednak takiej nadziei nie miała, wielu liczyło się niebezpieczeństwem nowych prześladowań ze strony władzy narzuconej przez Związek Radziecki.

Już w roku 1944 zawarta została między Główną Kwaterą Dowództwa Frontu Europejskiego SHAEF i polskimi władzami wojskowymi ogólnikowa umowa na temat użycia wyzwalanych jeńców Polaków i wyzwolonych robotników przymusowych w oddziałach Labor Service (służba pracy). Już wtedy brano pod uwagę, że w wyzwalanych stopniowo Niemczech mogą powstać zadania techniczne i wartownicze dla większej ilości ludzi godnych zaufania, a nie przygotowanych do objęcia służby wojskowej.

Wladze okupacyjne w Niemczech kierowały się tym, aby wszystkich uchodzców skierować do krajów pochodzenie, czyli ich repatriację. Nie przewidywano, aby taka ilość osób wysiedlonych (displaced persons, w skrócie DP, w powszechnym użyciu dipisi) miała możliwość pozostania. Dipisów umieszczono bądź to w dawnych obozach lub byłych niemieckich koszarach wojskowych. I tak np. w Ludwigsburgu w koszarach niemieckich i budynkach obozowych przebywało, w pewnych okresach do 14 tysięcy Polaków. Obóz ten istniał do początku lat pięćdziesiątych. Obozy były prowadzone przez UNRA, potem przez IRO. Wiele osób wróciło do kraju, czy poprzez repatriacje, czy też na własną rękę, jednakże duża część Polaków pozostała ze względu na sytuację politycznąj.

W pierwszych trzech latach po zakończeniu wojny praktycznie nie było możliwości pracy dla osób wysiedlonych. W tych niezwykle trudnych wyrunkach życia uchodzców i ich bezczynności należało czymś zająć dziesiątki tysięcy mężczyzn, zdolnych do pracy. Taką możliwość pracy dały im Oddziały Wartownicze. A wartownicy byli potrzebni, wojska okupacyjne wyjeżdzały z terenu Niemiec, natomiast pozostało dużo obiektów do strzeżenia, jak składy, lotniska, obozy internowanych. Koncepcja wojsk wartowniczych odpowiadała tradycjom Armii Amerykańskiej, która nie miała przymusowej służby wojskowej i chętnie posługiwała się personelem pomocniczym innej narodowości.

Podpisana wcześniej umowa przewidywała wypłatę wynagrodzeń dla Labor Service według skali dla Polskich Sił Zbrojnych w Anglii. Na podstawie tej umowy dowódcy armii amerykańskiej, 7 Armii w Heidelbergu i 3 Armii w Monachium,wydali rozkazy upoważniające do tworzenia oddziałów wartowniczych. Pierwsze kompanie wartownicze powstały już w maju 1945 roku. W praktyce odbywało się to w ten sposób, że dowódcy jednostek amerykańskich, którzy nie mogli wykonać zadań ze względu braki w ludziach, zwracali się do najbliższego ośrodka byłych jeńców polskich, wyszukiwali w nim oficera i zlecali mu formowanie kompanii wartowniczej, nie dając żadnych regulaminów i wskazówek co do zasad organizacji. Oficerowie dobierali sobie młodszych oficerów i podoficerów, i opierając się na znanych sobie regulaminach i wzorach organizacyjnych polskich, formowali od dołu formację typu wojskowego polskiego, a podlegającą dowództwu amerykańskiemu, które jednak nie wtrącało się do szczegółów i pozostawiało dużą swobodę dowódcom polskim.

Ponieważ sprawa uzupełnień i organizacowania nowych jedynostek nastręczała dużo trudności, z projektem powołania Głównej Sekcji Łącznikowej polskiej, wystąpił mjr Leopold Koziebrodzki, oficer łącznikowy przy dowództwie 7 Armii. Rozkazem z 3 listopada 1945 roku powołano do życia Polską Sekcję Łącznikową pod nazwą 8th Labor Supervision Area, na czele której stanął płk. Franciszek Sobolta. Podstawy regulaminowe dla Oddziałów Wartowniczych zostały ustalone dopiero w maju 1946 roku, zaś ostatecznie ujednolicone dla wszystkich jedynostek dopiero w maju 1947 roku.

Część jednostek pełniła służbę przy lotnictwie amerykańskich, jednostki te przemianowano na szwadrony wartownicze (Labor Service Squadron). W ramach Labor Service obok kompanii wartowniczych istniały kompanie pracy, wykonujące różne zadania techniczne oraz kompanie transportowe (Truck Co), szczególnie popularne, ponieważ dawały sposobność zdobywania umiejętności kierowania samochodami, a także ich konserwacji i naprawy. Istniały także kobiece Oddziały Wartownicze. W Käfertal utworzono pluton kobiet pod dowódctwem por. Ireny Markiewicz, zapoczątkowany przez 22 byłe członkinie AK, przybyłe z obozu w Burg. Liczebność tego plutonu dochodziła do 140 osób.

Pod koniec roku 1945 władze amerykańskie podały zapotrzebowanie na 25 tysięcy nowych wartowników. Oddziały wartownicze pilnowały obozów jenieckich, gdzie tylko w strefie amerykańskiej przeszło przez nie ponad dwa miliony jeńców niemieckich. Drugą kategorią były obozy dla przestępców wojennych. Poza tym istniały więzienia dla skazanych przestępców wojennych oraz więźniów śledczych, czekających na rozprawę przed sądem norymberskim. W procesie głównych przestępców wojennych służbę pełniła amerykańska policja wojskowa, która później została zastąpiona przez kompanie wartownicze bałtyckie i polskie. Niekiedy można było na kronikach filmowych zobaczyć naszywkę Poland na mundurach eskorty przestępców wojennych.

Innym ważnym zadaniem wartowników było strzeżenie obiektów wojskowych i mienia armii amerykańskiej. Nie było to zadanie wdzięczne. Z chwilą zakończenia wojny prawie wszystkie magazyny armii niemieckiej, wszystkie wojskowe i cywilne ładunki towarów kolejowych zostały przez miejscową ludność rozgrabione. Prawie cały przemysł niemiecki stanął, a dla ludności głównym źródłem zdobycia niezbędnych artykułów była grabież. Na wyprawy do amerykańskich magazynów szły całe zorganizowane bandy, nieraz bardzo dobrze uzbrojone. Obok rabunku występowały kradzieże dokonywane przez liczny personel lokalny, zatrudniony przy transportach, magazynowaniu, w warsztatach wojskowych itd. Musiały być też strzeżone obiekty wojskowe, mieszkania wojskowych i cywilnych przedstawicieli mocarstw okupacyjnych, parkingi, biura itp. Zamiarem władz okupacyjnych było ograniczenie armii okupacyjnej do możliwego minimum, a wszystkie zadania wartownicze miały przejąć nowo tworzone formacje wartownicze.

Zarówno polscy jeńcy wojenni, jak i byli robotnicy przymusowi, którzy nie decydowali się na powrót do kraju, chętnie zgłaszali się do Oddziałów Wartowniczych. Do roku 1950 nie było problemów z rekrutacją szeregowców i podoficerów. Dużą rolę odgrywało przywiązanie do munduru, ale motywowały też na ogół lepsze warunki bytu w kompaniach w porównaniu do życia obozowego.

W roku 1946 roku powołanow w Käfertal, w byłym obozie jenieckim, obóz jednolitego szkolenia dla Oddziałów Wartowniczych pod nazwą „Polskie Zgrupowanie Wojskowe” – Polish PWX-Camp Nr 1, który następnie przekształcono na „RAMP (recovered allied military personnel) Replacement Guard Center”. Do roku 1955 w obozie Käfertal uformowano ogółem 133 kompanie, wyszkolono 842 oficerów Oddziałów Wartowniczych, 3787 podoficerów i 26087 szeregowych. Ogółem przez szkolenie w obozie Käfertal przeszło 39 294 wartowników. Dowódcą obozu był ppłk. Juliusz Filipkowski. W okresach szczytowych ogólna liczebność kompanii wartowniczych dochodziła do 40 000 wartowników.

Cały czas po roku 1945 następowała emigracja Polaków do Anglii, Ameryki, Australii nie tylko z obozów przejściowych, ale także z Oddziałów Wartowniczych. Tylko od września 1948 roku do września 1950 roku z Odziałów Wartowniczych wyemigrowało ponad 10 000 Polaków. Ponieważ żołnierzom z Oddziałów Wartowniczych można było wypowiedzieć służbę natychmiastowo, a także wystąpić z nich bez wypowiedzienia, występowała cały czas rotacja. Przyjmuje się, że poprzez Oddziały Wartownicze przeszło około 200 tysięcy Polaków.

Szczególnie po reformie waluty w roku 1949 mieszkańcy obozów cywilnych patrzyli z zazdrością na wartowników, uważając, że mają dobre zarobki. Przed reformą waluty pracowano nie tylko w Oddziałach Wartowniczych, ale w ogóle w Niemczech nie dla uposażenia, ale dla otrzymania lepszych przydziałów żywności. Bolączką Oddziałów Wartowniczych było zagadnienie ubezpieczeń społecznych, początkowo sprawa ta nie była uregulowana. W końcu sprawę ubezpieczeń załatwiona została drogą objęcia wartowników jak i innych pracujących „osób wysiedlonych”, także tych przebywających w obozach dla wysiedlonych, przez niemieckie ubezpieczenia społeczne.

W latach 1945-1947 około 50% wartowników było zakwaterowanych w koszarach murowanych, 30% w budynkach cywilnych, a 20 – w barakach drewnianych. Zdarzało się, że zakwaterowani byli w namiotach.

Jak pisał w „Ostatnich Wiadomościach” z 1 stycznia 1949 roku płk. F. Sobolta:

Służba w Oddziałach Wartowniczych nie jest celem – jest środkiem do osiągnięcia celu. Oddziały Wartownicze składają się z ludzi, którzy powzięli indywidualną, nieskrępowaną żadnym naciskiem z zewnątrz decyzję pozostania poza krajem. W wyniku tej decyzji wstąpili oni dobrowolnie do organizacji, która umożliwiła im przetrwanie i przygotowanie się do właściwej emigracji w warunkach znacznie lepszych, niż te jakie miała pozostała część społeczności polskiej w Niemczech (…).
Podstawą tego zbiorowego wysiłku jest dobra służba wartownika stojącego na posterunku, wzorowa praca robotnika w kompanii pracy, sumienna jazda kierowcy w kompanii samochodowej. Tylko i wyłącznie tej uczciwej codziennej bezimiennej pracy Oddziały Wartownicze zawdzięczają dobre imię u swych pracodawców, wśród społeczności polskiej i u Niemców, w których kraju żyją.

Na egzystencję Oddziałów Watrowniczych wpływały dwa warunki. Z jednej strony rząd amerykański dążył do ograniczenia stanów liczbowym Armii Amerykańskiej, co przemawiało za tworzeniem i zwiększaniem Oddziałów Wartowniczych, a z drugiej – dążenie Rosji Sowieckiej do zlikwidowania za wszelką cenę polskich formacji w wolnym świecie, jeśli miały nawet w najmniejszym stopniu charakter wojskowy. W marcu 1946 roku warszawska misja wojskowa w Berlinie złożyła w Najwyższej Radzie Kontroli notę protestującą przeciw tworzeniu „oddziałów wojskowych”, które miały być podstawą dla „działalności emigracyjnych elementów faszystowskich”. W rezultacie Sowiety domagały się w tej nocie rozwiązania Oddziałów Wartowniczych.

Efektem tego był wydany w kwietniu 1946 roku zakaz noszenia jakichkolwiek odznak, uwidaczniających stopień oficerski lub podoficerski, a także zakaz salutowania. W praktyce zarządzenie okazało się niepraktyczne, dlatego już w czerwcu wprowadzono osobne oznaki oficerskie i podoficerskie. Istnienie umundurowanych i uzbrojonych formacji polskich nie podovało się też niektórym instytucjom niemieckim. Pod wpływem akcji sowieckiej, w pewnej mierze popartej przez instytucje niemieckie, doszło do przemundurowania Oddziałów Wartowniczych, a ściślej – przefarbowania zielonych mundurów amerykańskich na kolor granatowy.

Sprawowanie służby wartowniczej przez Polaków w Niemczech na terenie strefy amerykańskiej, a później także angielskiej miał różnorodny wpływ na stosunki polsko-niemieckie. Wartownicy byli częścią sił okupacyjnych. Polacy z różnej kategorii niewolników stali się współokupantami, a niejako częścią aparatu, sprawującego w Niemczech władzę. Polacy mieli to samo poczucie wartości i swojej władzy co armie okupacyjne, jednak nie było jej nadużywania. Pełnienie służby wartowniczej na terenie Niemiec podniosło w tutejszym społeczeństwie wartość Polaków. Jednakże były akcje i intrygi przeciw wartownikom, wychodzące od miejscowego społeczeństwa. Po okresie, gdy  ludność miejscowa biernie poddawała się okupacji aliantów, przyszedł okres reakcji, co skierowane zostało również przeciw polskim wartownikom. Najbardziej uwydatniło się to w roku 1947. Potem akcje przeciw wartownikom polskim ucichły. W Niemczech powojennych było dużo biedy, zwłaszcza w pierwszych latach. Nieraz można było widzieć czy to zbiegów ze Wschodu, czy inwalidów wojennych wyciągającego rękę do polskiego wartownika, a także znane były opinię, że od Polaka otrzymał prędzej jałmużnę niż od tubylca. Tam, gdzie wartownik w służbie czy poza nią spotykał się z ludnością miejscową, następowała poprawa stosunków.

Kompanie Wartownicze były dla Polaków nie tylko możliwością przetrwania trudnego okresu powojnennego, ale stanowiły swojego rodzaju szkołę życia. Trzeba przypomnieć, że na obczyżnie w Niemczech znalazło się wiele tysięcy polskiej młodzieży. Na roboty przymusowe wywożono osoby od czternastego roku życia. Przebywały na robotach przymusowych także całe rodziny.

Jeżeli kompanie wartownicze (…) nie są organizacjami, której byt zależy od takich czy innych ram formalnych – to tylko i jedynie dzięki temu, że stanowią one przede wszystkim szkołę wychowania. Kompanie wartownicze od początku swego istnienia mają równocześnie ambicję kształtowania poglądów wartownika oraz jego stosunku do ciążących na nim zadań i obowiązków człowieka i Polaka.

– pisały „Ostatnie Wiadomości” nr 2 z 6 stycznia 1948 roku.

W numerze 255 z 11 września 1946 roku czytamy

Dowódca każdej kompanii w obecnych warunkach życia na obczyźnie (…) posiada zwiększone obowiązki. Wynikają one z faktu, że podporządkowani mu ludzie są oderwani od ziemi ojczystej, że pozbawieni są nie tylko domu rodzinnego, ale i opieki oraz kierownictwa ze strony rodziców (…). Dowódca kompanii ludziom tym musi zastąpić ojca. W ten zaś sposób ponosi faktyczną odpowiedzialność za należyty rozwój duchowy i umysłowy powierzonej mu kompanii.

A z okazji obchodów Święta Żołnierza w 1946 roku „Ostatnie Wiadomości” piszą znowu:

Jesteśmy niejako przedstawicielami Polski na obczyźnie, a to zobowiązuje. Pracą i wzorowym postępowaniem winniśmy udowodnić, że w pełni zdajemy sobie sprawę z odpowiedzialności, jaka na nas ciąży. W tym leży sens emigracji, aby tu, na obczyźnie, jedynością woli i czynów, zdyscyplinowaniem i wysiłkiem utorować sobie i krajowi drogę do nowej, lepszej przyszłości.

Polacy skupieni w Oddziałach Wartowniczych starali się uzupełniać swoje wykształcenie, przerwane przez wojnnę, i rozwijać się intelektualnie. W Käfertal ukazywała się prasa, organizowano różne kursy dokształcające, nawet zorganizowano teatr. Dzięki życzyliwości dowódctwa amerykańskiego poza zwykłym szkoleniem wartowników, organizowano na dużą skalę kształcenie zawodowe, przekraczające wymagania i potrzeby kompanii. Przygotowywano kadry oficerów oświatowych, instruktorów, i pracowników świetlic.

Ważną rolę w pracy ogólno-oświatowej odegrała prasa. Na początku ukazywało się wiele pism. Po likwidacji obozu szkoleniowego w Käfertal jedynym pismem wartowniczym stały się „Ostatnie Wiadomości”. Poza tym istniał jeszcze specjalny dodatek dla wartowników w katolickim tygodniku „Słowo Polskie”, wydawanym w Monachium.

Ważnym elemenen wychowawczym było wpajanie wartownikom idei spółdzielczości. Na bazie tego powstał Fundusz Kulturalno-Oświatowy Kompanii Wartowniczych przemianowany później na Fundusz Społeczny O.W. Przy jego pomocy realizowano zakrojoną na szeroką skalę pomoc charytatywną. Watrownicy poddali się dobrowolnie opodatkowaniu na Fundusz w wysokości 2% swoich poborów. Czy to z incjatywy dowódcy, kapelana czy z incjatywy wartownika szli z pomocą innym. Zbierano gotówkę, papierosy czy czekolady i oddawano to na potrzeby dla dzieci lub chorych w szpitalach, często też na potrzeby więźniów. Szczególną formą pomocy od samego początku istnienia Oddziałów Wartowniczych były szkoły, w których uczyli się sami wartownicy, ale także w których uczyli się Polacy w wieku od lat 6 do 40. Najwięcej kosztowała wartowników Wyższa Szkoła Techniczna w Esslingen, kształcąca polskich inżynierów. Szkoła ta powstała jeszcze w roku 1945 z incjatywy grupy polskich inżynierów. Istniała tam Staatliche Ingenieurschule Esslingen, której gmach, bogato zaopatrzony we wszystkie laboratoria, oddany został na potrzeby polskiej uczelni technicznej. Uczelnia przetrwała do roku 1947. Ponadto finansowano m.in. gimnazium w Regensburgu, Bratnią Pomoc w Stuttgarcie, Marburgu, Frankfurcie czy Szkołę Techniczną w Schrambergu.

W książce „Biała Księga Polskich Oddziałów Wartowniczych” Stanisław Łysiak pisze:

Powołano Fundusz Społeczny Oddziałów Wartowniczych, dzięki któremu wyszkolono spore zastępy doktorów, dentystów, inżynierów i wielu innych specjalistów i złagodzono nędzę wielu byłym wartownikom, w trudnej sytuacji socjalnej w rodzinie, na skutek braku opieki socjalnej. Polscy inżynierowie pracują przy budowie cmentarzy dla poległych żołnierzy Armii Amerykańskiej, pozostałych w Europie. Ci sami inżynierowie pracują przy zakładaniu instalacji wojskowych. Lekarze polscy zajmują godne stanowiska w szpitalach amerykańskich. Wartownicy pracują w warsztatach samochodowych i innych, a wielu pracuje przy obsłudze specjalnych maszyn elektornicznych.

W „Polsce Walczącej” nr 27 z 1947 roku Tadeusz Nowakowski tak pisze o akcji oświatowej wartowników:

Żołnierze polscy z amerykańskich kompanii wartowniczych fundują stypendia, zrzekają się papierosów (papierosy w tym czasie były najlepszym środkiem płatniczym – przyp. autora), składają wysokie ofiary pieniężne. Chłopcy z zapadłych poleskich i wołyńskich wiosek, sami bez szkoły, ciężko pracujący – daniną swoją umożliwiają młodzieży studia. Spracowana ręka chłopska i robotnicza dobrowolnie wyciągnięta – czyż trzeba lepszego symbolu i dowodu, jak dalecy jesteśmy na obczyźnie od nienawiści czy niechęci warstwowej. Jakże wysoki jest ten dług serdeczny młodej inteligencji polskiej w Niemczech i jak wyraźnie domaga się spłaty w przyszłości.

Z końcem 1946 roku władze amerykańskie przystąpiły do ekshumacji zwłok żołnierzy armii Stanów Zjednoczonych, pochowanych na cmentarzach tymczasowych i umieszczenia ich na stałych cmentarzach wojennych. Dal tego celu sprowadzono z Niemiec do Francji na dwa lata jedynostki transportowe Labor Service. Po nich wysłano następne kompanie do innych zadań. I to jeszcze przez wiele lat. I z tego zadania polscy wartownicy wywiązali się wzorowo. Niektórzy pozostali na stałe we Francji, zakładając tam rodziny.

Polscy żolnierze w Labor Service służyli przy Armii Amerykańskiej do końca lat osiemdziesiątych, przechodząc międzyczasie różne zmiany organizacyjne i umundurowania. Powyższy opis jest tylko zasygnalizowaniem historii Polskich Oddziałów Wartowniczych i ich wiekiego wkład w pomoc dla polskich emigrantów w Zachodniej Europie, szczególnie w Niemczcech, a także wielki wkład w stabilizację życia społeczności niemieckiej i europejskich po zakończeniu wojny i budowanie podwalin pod dzisiejszą Europę.


Na podstawie książki „Dziesięciolecie Polskich Oddziałów Wartowniczych przy Armii Amerykańskiej w Europie”, praca zbiorowa i z bezpośrednich rozmów z byłymi wartownikami z Oddziałów Wartowniczych.

Nigdy więcej i again

Komunikat Stowarzyszenia ‘NIGDY WIĘCEJ’

Stowarzyszenie ‘NIGDY WIĘCEJ’ zostało partnerem wystawy malarstwa pt. ‘Again’ Ryszarda Szozdy, którą będzie można oglądać w galerii sztuki współczesnej Nanazenit w Warszawie.

W obozie koncentracyjnym Dachau wzniesiono w 1968 roku pomnik Narodów, na którym – jako przestrogę – w pięciu językach umieszczono napis ‘Nigdy więcej’. W tym samym roku siły zbrojne USA w Wietnamie osiągnęły 549 tysięcy żołnierzy, zastrzelono Martina Luthera Kinga, a w całych Stanach wybuchły zamieszki rasowe. W Polsce rozpoczęto antysemicką nagonkę, a Praską Wiosnę spacyfikowano czołgami. W wojnie pomiędzy Nigerią i Biafrą giną 3 miliony cywilów.

‘Again’ dokumentuje historię przemocy. Wystawa jak rollercoaster wiezie nas przez zamieszki i egzekucje, jest w bajkach i filmowych zapisach z wojskowych dronów. Obecna wszędzie przemoc oślepia – w końcu przestajemy ją widzieć, akceptujemy ją i kapitulujemy. Cykl zamyka się – jesteśmy skazani na wieczne ‘Again’.

Dzięki uprzejmości noblistki Olgi Tokarczuk, jako uzupełnienie do malarstwa Szozdy, na wystawie pojawi się fragment mowy noblowskiej pod tytułem ‘Czuły narrator’.

Wernisaż odbędzie się 27 czerwca o godzinie 18, a wystawę będzie można zwiedzać od 25 czerwca do 14 sierpnia 2020 (adres galerii Nanazenit: ul. Zwycięzców 15 w Warszawie).

Ryszard Szozda – urodzony w 1976 roku w Krakowie. Mieszka i pracuje w Warszawie. Absolwent Wydziału Grafiki Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie w 2001 roku. W latach 1999-2000 studiował na Wydziale Fotografii Uniwersytetu Duisburg-Essen w Niemczech. Do 2007 roku zajmował się przeważnie grafiką i fotografią, od 2012 skoncentrował się na malarstwie. W swoich pracach eksploruje tematy związane z symboliczną przemocą, zagrożeniem rasizmem i wojną obecną we współczesnej ikonosferze. Autor projektów: ‘Sig Sauer’ i ‘Wiza Amerykańska’ w 2000 roku w Galerii Otwartej prowadzonej przez Rafała Bujnowskiego i Wilhelma Sasnala. Współtwórca i reżyser filmu dokumentalnego ‘Don’t pay me’ o negacji konwencjonalnego priorytetu gromadzenia pieniędzy i dóbr. Współredaktor audycji ‘Ptaki i ornitolodzy’ o sztuce współczesnej w internetowym projekcie radiowym Radio Głosy. Autor wielkoformatowych obrazów do przedstawienia ‘Zew Cthulhu’ w reżyserii Michała Borczucha w Teatrze Nowym w Warszawie w 2017. Laureat nagrody głównej Arte Laguna Prize 2019 w Wenecji.

Stowarzyszenie ‘NIGDY WIĘCEJ’ jest założoną w 1996 roku niezależną, apolityczną organizacją ekspercką, która monitoruje zdarzenia na tle ksenofobicznym. Prowadzi również kampanie społeczne, m.in. ‘Muzyka Przeciwko Rasizmowi’ i ‘Wykopmy Rasizm ze Stadionów’.‎

Więcej informacji:
www.nigdywiecej.org
www.facebook.com/Respect.Diversity
www.twitter.com/StowNIGDYWIECEJ

Galeria sztuki współczesnej Nanazenit: http://nanazenit.pl

 

 

 

XXX

Z domowego aresztu (12)

Zbigniew Milewicz

W służbie Najjaśniejszej…

Wiódł życie o jakim marzą mężczyźni. Ciekawe i pełne przygód, pozbawione trosk materialnych, miał ogromne powodzenie u kobiet, z czego czerpał pełnymi garściami i z każdej opresji wychodził obronną ręką, tylko pod koniec się wszystko popsuło. 81 lat temu, 17 czerwca 1939 roku oficer polskiego wywiadu, Jerzy Sosnowski został skazany na karę 15 lat pozbawienia wolności i grzywnę w wysokości 200 tysięcy złotych, za zdradę i współpracę z Niemcami.

Urodził się 3 lub 4 grudnia 1896 roku we Lwowie, w rodzinie ze szlacheckimi korzeniami; to był mniej więcej rocznik mojego dziadka, a więc jako młody człowiek aktywnie uczestniczył w patriotycznych i parawojskowych organizacjach – w konnym oddziale Sokoła i ćwiczeniach Strzelca. W sierpniu 1914 roku wstąpił jako ochotnik do formowanego właśnie przez Piłsudskiego 1 pułku piechoty, chrzest bojowy miał szybko, w bitwie pod Karczówką, pod Kielcami. Przeszedł szlak Pierwszej Brygady od Kielc przez Chmielnik, Pińczów do Szczucina, walczył koło Opatowa, pod Wiślicą, w Czarkowie i Szczytnikach. Później pod Laskami koło Dęblina i w odwrocie Brygady do Krakowa. Kiedy dowództwo armii austriackiej sprzeciwiło się dalszemu werbunkowi żołnierzy do Legionu i zaczęło ich wcielać do swoich formacji, Sosnowskiego skierowano do szkoły oficerów kawalerii w Holicach.

Pół roku później awansowano go do stopnia podchorążego i powierzono mu dowództwo plutonu w austriackim pułku kawalerii. W kwietniu 1916 roku promowany na stopień podporucznika i od razu wyjazd na front rosyjski. Wraca w marcu 1917 roku z pięcioma medalami i odznaczeniami. Kończy szybki kurs dowódców broni maszynowej i już w stopniu porucznika udaje się do Wiener Neustadt na kurs lotniczy, gdzie po trzech miesiącach zdobywa kwalifikacje obserwatora i pilota. Dostaje przydział do 13 kompanii lotniczej i walczy w niej aż do końca wojny – na froncie rosyjskim, m.in. w Odessie oraz na froncie albańskim, najpierw jako oficer techniczny,  później jako pilot. Za skrzydlate zasługi otrzymuje Wojskowy Krzyż Karola (cesarza).

Z takim wojennym wianem byłby znakomitą partią dla niejednej Emmy czy Johanny nad pięknym, modrym Dunajem, z błogosławieństwem mamusi i majątkiem tatusia żyli by sobie beztrosko i szczęśliwie w otoczeniu gromadki dzieci, choć  niedługo by to trwało, bo następna wojna była już za rogiem…Sosnowski poszedł jednak za swoim brygadierem Piłsudskim, bronić ojczyzny przed bolszewikami. Zgłosił się do elitarnego 8 pułku ułanów Księcia Józefa Poniatowskiego w Krakowie, gdzie dowodził szwadronem karabinów maszynowych i przez pewien czas pełnił w zastępstwie funkcję dowódcy pułku.

Za  akcję pod Maniewiczami otrzymał pochwałę Dowódcy Grupy, gen. Rydza-Śmigłego. Był czterokrotnym kawalererm Krzyża Walecznych. 23 stycznia 1920 roku na wniosek dowódcy pułku, ppłk. Henryka Brzezowskiego, odznaczono go orderem Virtuti Militari V klasy. W uzasadnieniu napisano m.in.: „Po ciężkich walkach z przeważającymi siłami (…) w krytycznym momencie rzuca się porucznik Sosnowski na czele swego szwadr. na zbliżające się szwadrony Budzionnego i brawurową szarżą wpędza je do bagna, gdzie przez ogień km zostały dziesiątkowane. 25/7 wysłany jako straż boczna pułku przez Dżekrwiny zdobywa tę miejscowość wyrzucając pułk bolszew. zadając mu duże straty (…) Przy zdobyciu Beresteczka 25/7 przez 8 p.uł. wpada jako pierwszy w konnym szyku do miasteczka”( pisownia oryginalna).  1 września 1920 r. zostaje rotmistrzem.

W styczniu 1920 roku rotmistrz Sosnowski był już na Litwie, najpierw w Lidzie, później w Wilnie, w dyspozycji II Odziału 2 Armii, co było kryptonimem polskiego wywiadu. Po wojnie polsko-rosyjskiej skierowano go do 13 pułku ułanów w Nowej Wilejce, był szefem sztabu dywizji kawalerii, a później  brygady kawalerii Wojsk Litwy Środkowej w Wilnie. W trakcie służby wykonał szereg tajnych zadań rozpoznawczych. We wrześniu 1921 roku dostaje się do Sztabu Generalnego w Warszawie, na stanowisko referenta kawalerii i instruktora jazdy konnej, i tutaj mogłaby się zacząć fikcyjna historia Rittera von Nalecza, bogatego, polskiego barona, bez pamięci zakochanego w hippice, który pewnego dnia przyjechał do Berlina i zatrzymał się tu na dłużej. Wojsko Polskie mogłoby się jednak wydać Niemcom podejrzane, więc niby baron się nim nie afiszuje, natomiast nie kryje swojej obecności na zgrupowaniu ekipy olimpijskiej w Grudziądzu, a następnie na międzynarodowych wyścigach konnych w Paryżu, dokąd przed Berlinem wyjeżdża na krótko. Jest bogaty i nikt nie zabroni mu podróżować.

Prawdziwy rotmistrz Sosnowski w styczniu 1921 roku zmienia stan cywilny, jego żoną zostaje starsza o 18 lat Aleksandra Gabriela Knaapowa, o której względy konkurował z samym pułkownikiem Rómmlem. Małżeństwo to zostaje rozwiązane krótko po rozpoczęciu przez Sosnowskiego misji szpiegowskiej w Berlinie. Do czego polskim władzom potrzebny był szpieg w Berlinie? Od początku lat 20 ubiegłego stulecia napływały do Polski wysoce niepokojące informacje o licznych przypadkach, kiedy to Republika Weimarska nie respektowała postanowień Traktatu Wersalskiego odnośnie zakazu zbrojeń. Już w 1919 roku utworzono w Niemczech nielegalnie Reichswehr, Sztab Generalny, który powstał pod niewinną nazwą Truppenamt, Biuro Wojsk. Twórca i szef sztabu, stary generał Hans von Seeckt był gorącym orędownikiem zbliżenia z sowiecką Rosją i równie wielkim przeciwnikiem istnienia odrodzonego państwa polskiego. 11 września 1922 roku w liście do ministra spraw zagranicznych Republiki, był nim Ulrich von Brockdorff-Rantzau, napisał: „Istnienie Polski jest nie do zniesienia, jako sprzeczne z warunkami życia Niemiec. Polska musi zniknąć i zniknie”. Sytuację pogorszyło zbliżenie pomiędzy Związkiem Radzieckim i niemiecką Republiką Weimarską na mocy układu z Rapallo, zawartego 16 kwietnia 1922 roku. Stał się on m.in. podstawą nawiązania bezpośredniej współpracy zbrojeniowej pomiędzy obydwoma państwami. Zatem polski wywiad wojskowy starał się o aktualne informacje i przy pełnej aprobacie “góry” rozbudowywał siatkę szpiegowską w Niemczech.

31 grudnia 1924 roku rotmistrz Sosnowski zostaje przeniesiony w normalny, żołnierski stan spoczynku i z nowym rokiem jest żołnierzem wywiadu WP – Oddziału II SG WP, Referatu „Zachód”. 25 lutego 1925 roku, po krótkim przeszkoleniu, jedzie wraz z żoną i swoimi końmi najpierw dla niepoznaki do Paryża, a stamtąd w kwietniu do Berlina, gdzie rozpoczyna organizowanie placówki wywiadu głębokiego „In-3”*. Pretekstem przyjazdu do stolicy Niemiec były kolejne, międzynarodowe zawody jeździeckie. Sosnowski pełnił służbę wywiadowczą z pozycji nielegalnej, bez immunitetu dyplomatycznego, pod przykrywką polskiego arystokraty, niechętnego Józefowi Piłsudskiemu, zwolennika nawiązywania przyjaznych stosunków z Niemcami oraz członka ponadnarodowej organizacji do walki z bolszewizmem. Przedstawiał się tam jako wielbiciel niemieckiej kultury i zagorzały przeciwnik barbarzyńskiej (unkultur) sowieckiej Rosji. Znany na skalę europejską doskonały jeździec konny, będący jednocześnie wielbicielem kobiet i wystawnego nocnego życia, które (ze szczodrze przydzielanych mu pieniędzy operacyjnych Oddziału II) finansował swym towarzyszom, a zwłaszcza towarzyszkom, w zubożałym po wielkiej wojnie Berlinie. Taka postawa młodego i przystojnego rotmistrza wraz z jego wyjątkową inteligencją, urokiem osobistym i poczuciem humoru zjednywała mu śmietankę towarzyską stolicy Republiki Weimarskiej.

Szybko zdobył popularność w berlińskich kręgach towarzyskich. Pierwszym, istotnym z punktu widzenia wywiadu, był kontakt z jego dawnym znajomym – Richardem von Falkenhayn, z którym kiedyś skutecznie rywalizował na torach wyścigów konnych. Już na terenie kompleksu hippicznego w Hoppegarten zdobył pierwsze informacje o udziale niemieckich oficerów i generalicji w sowieckich ćwiczeniach wojskowych oraz o spodziewanej rewizycie w Niemczech “oficjeli” na fałszywych, bułgarskich paszportach, w tym Marszałka ZSRR M. Tuchaczewskiego, głównego przegranego wojny polsko-bolszewickiej. Nie czas jednak i miejsce na opis działalności agenturalnej rotmistrza Sosnowskiego w Niemczech, bo to temat na grubą książkę. Napisał ją już inny były agent wywiadu, PRL-owskiego, gen. Marian Zacharski, który działał w Stanach Zednoczonych. Książka nosi tytuł „Rotmistrz“ i jest często cytowana przez Wikipedię, z której ja z kolei korzystam.

Mnie jednak interesuje przede wszystkim polski proces sądowy Jerzego Sosnowskiego, a nie napiszę o nim, póki bodaj krótko nie opowiem o jego wsypie w Niemczech, bo to fakty ze sobą powiązane.

Niemiecki kontrwywiad deptał baronowi von Nalecz (ojciec naszego bohatera był herbu Nałęcz) po piętach już od samego początku jego pobytu w Berlinie, jednak chroniły go przyjaźnie z establishmentem, a później jeszcze Günther Rudloff, wysoki oficer Abwehry. Rozpracowywał barona, ale jako namiętny hazardzista miał spore długi, więc pozwalał sobie pomagać finansowo, a później przystał na współpracę z polskim wywiadem, jako podwójny agent. Ponieważ były różne donosy na Sosnowskiego, które groziły dekonspiracją, Rudloff zarejestrował go jako współpracownika Abwehry, oficerem prowadzącym czyniąc… samego siebie, póki co więc wszystko było pod kontrolą. Zmieniło się to mocno na niekorzyść, kiedy naziści doszli w Niemczech do władzy. Jesienią 1933 roku Gestapo wpadło na trop polskiej siatki wywiadowczej. Mimo że Sosnowski otrzymywał informacje o grożącym niebezpieczeństwie, kontynuował działalność z zamiarem przeorganizowania działalności szpiegowskiej tak, by mogła funkcjonować bez jego udziału.

O wydanie Sosnowskiego był podejrzewany porucznik Józef Gryf-Czajkowski, podwójny agent, współpracownik niemieckiego wywiadu, a wcześniej poprzednik Sosnowskiego na stanowisku w Berlinie. Do rozpracowania Ritter von Nalecza została użyta także aktorka Lea Kruse, jego kolejna kochanka, którą poznał jesienią 1933 roku. Mimo kolejnych ostrzeżeń o jej działalności, otrzymał on z centrali zadanie zwerbowania jej do pracy dla polskiego wywiadu. Posiadał również informacje o nielojalności służącego, Hermanna Spiegla, które zbagatelizował. Wiedząc, że znajduje się pod stałą obserwacją, zdołał 25 lutego 1934 ostrzec trzech polskich agentów, którzy zbiegli z Niemiec. Sam planował ucieczkę dwa dni później, podczas balu, jaki wyprawił dla śmietanki towarzyskiej Berlina po wieczorze w operze.

27 lutego 1934 roku na zaproszenie majora Sosnowskiego zjawiła się cała socjeta Berlina: elita towarzyska i artystyczna, politycy i dyplomaci, biznesmeni i przedstawiciele prominentnych rodów, a także… Abwehra. Pierwsza część uroczystości odbyła się w Sali Bacha opery berlińskiej, wybranych 80 gości zaproszonych było do berlińskiego mieszkania barona przy Lützowufer 36. Gestapo aresztowało Sosnowskiego w trakcie odbywającego się tam hucznego przyjęcia wraz ze wszystkimi gośćmi. Aresztowani zostali przewiezieni dwiema przygotowanymi wcześniej ciężarówkami do głównej siedziby Gestapo przy Prinz-Albrecht-Straße 8. Korowód szykownych dam z najwyższych sfer w kapiących złotem kreacjach i najważniejszych berlińczyków we frakach i smokingach został przeszukany, przesłuchany i powędrował do cel. W ciągu najbliższych kilku dni do aresztu trafiło kilkadziesiąt osób, w tym Benita von Falkenhayn, Renate von Natzmer i Irene von Jena, które miały dostęp do niemieckich tajnych dokumentów i były głównymi informatorkami wywiadowcy. Aresztowania uniknął tylko Günther Rudloff, który twierdził, że znajomość z Sosnowskim miała mu pomóc w uzyskiwaniu informacji operacyjnych. Proces Sosnowskiego i  jego agentek rozpoczął się rok później, wyrok zapadł 16 lutego 1935 roku. Benitę von Falkenhayn i Renate von Natzmer skazano za zdradę na karę śmierci. Hitler nie skorzystał z prawa łaski i wyroki na młodych arystokratkach wykonano. Jerzy Sosnowski i Irene von Jena otrzymali wyroki dożywotniego pozbawienia wolności i horrendalne grzywny.

Wyroki śmierci wykonano dwa dni po ogłoszeniu wyroku w więzieniu Plötzensee. Obie  kobiety zostały w obecności Sosnowskiego ścięte toporem przez kata Karla Gröplera. Wykonanie kary śmierci na młodych niemieckich arystokratkach przy użyciu średniowiecznego narzędzia, nie stosowanego od setek lat w Europie, zszokowało światową opinię publiczną. Było ono równie patologiczne, jak cały faszystowski system.

Skutkiem sprawy Sosnowskiego służby bezpieczeństwa Rzeszy sporządziły dwa dekrety o zwalczaniu szpiegostwa, które weszły w życie 1 stycznia 1935 roku. Pierwszy zobowiązywał wszystkich członków NSDAP do zwracania uwagi na treść rozmów toczonych w miejscach publicznych, drugi dekret nałożył na dozorców kamienic obowiązek donoszenia o podejrzanych zachowaniach lokatorów i przesyłkach do nich adresowanych.

Nazajutrz po wsypie siatki w centrali w Warszawie wybuchła panika. Minister spraw zagranicznych, Józef Beck, wraz z płk. Mayerem, powiadomiwszy Naczelnika, postanowili aresztować całą znaną niemiecką agenturę na terenie Polski i natychmiast wystąpić do Niemców z propozycją wymiany więźniów. Intensywne próby uratowania majora – ów awans otrzymał Sosnowski 1 listopada 1929 roku – były ponawiane, m.in. w czasie wizyty w Warszawie ministra propagandy Rzeszy, Goebbelsa, oraz późniejszej – Göringa. Kiedy 12 maja 1935 roku zmarł Józef Piłsudski, przychylny Sosnowskiemu do końca, nastąpiły liczne zmiany kadrowe w polskim wojsku, w tym także w służbach wywiadowczych. Do władzy doszli zawzięci przeciwnicy Sosnowskiego – płk. Stefan Mayer, kpt. Stefan Maresch i kpt. Adam Świtkowski, którzy od dawna gromadzili w zaciszu swych gabinetów materiały mające go skompromitować. M.in. pomówienia niemieckich służb specjalnych, że as polskiego wywiadu przez szereg lat był ich płatnym współpracownikiem. W niepamięć poszły doskonałe opinie byłych przełożonych majora i uznanie Naczelnika Państwa dla jego dokonań, za które w 1929 roku otrzymał Srebrny Krzyż Zasługi. Kiedy więc w kwietniu 1936 roku udało się wreszcie sprowadzić go do Polski , w ramach wymiany szpiegów, zaraz po przekroczeniu granicy został przewieziony do centrali wywiadu w  Sztabie Głównym i tam osadzony w areszcie domowym.

Przesiedział w nim w całkowitej izolacji od otoczenia 17 miesięcy, bez możliwości skontaktowania się z rodziną, prawnikami, szefostwem II Oddziału i… bez  jakichkolwiek zarzutów. 17 miesięcy trwało śledztwo, w którym prowadzący oficerowie starali się udowodnić mu nierzetelność finansową, zawodową łatwowierność i przede wszystkim zdradę. Po roku  zdesperowany podciął sobie żyły, ale go odratowano, więc rozpoczął głodówkę. Gdy stan zdrowia majora się pogorszył, wezwano lekarza i podjęto próby przymusowego odżywiania, na szpital śledczy nie wyrażono zgodzili. Wreszcie, wobec zagrożenia życia zatrzymanego, zostało wystosowane zawiadomienie do Wojskowej Prokuratury Okręgowej, na podstawie którego orzeczono dwumiesięczny, tymczasowy areszt wobec majora Sosnowskiego. Przewieziony został do wojskowego aresztu śledczego przy ul. Gęsiej w Warszawie i dopiero wtedy przerwał głodówkę. Prowadzący jego sprawę prokurator ppłk. Porębski  w piśmie do sądu stwierdził, że na razie nie ma żadnych  materiałów dowodowych, obciążających zatrzymanego, ale wdrożył postępowanie. Na wokandę Wojskowego Sądu Okręgowego w Warszawie sprawa weszła dopiero pod koniec marca 1938 roku; w celu uniknięcia rozgłosu rozprawy odbywały się w miejscu odosobnienia majora, przy ul. Gęsiej. W ciągu 15 miesięcy trwania procesu sędziemu – był nim płk. Górecki – nie udało się również zebrać żadnych dowodów winy przeciwko delikwentowi, poza  wziętą z księżyca korespondencją, dotyczącą budowy willi ze zdefraudowanego, wojskowego mienia. Dodajmy – w sytuacji, kiedy ten nadal znajdował się w ścisłym areszcie, bez kontaktu z otoczeniem i najbliższymi. Tak sztucznie sfabrykowanych dowodów prokurator nie zdecydował się zastosować.

W procesie, podobnie jak w postępowaniu przygotowawczym, oskarżony zaprzeczył wszystkim stawianym mu zarzutom. Skazujący go wyrok urągał prawu i tzw. sędziowskiej niezawisłości. Był nieprawomocny, ale do rozpatrzenia sprawy w kolejnej instancji już nie doszło, ponieważ wybuchła wojna. Jakie były dalsze losy majora Jerzego Sosnowskiego, tego nie wiemy. Najprawdopodobniej był ewakuowany z więzienia na Wschód, później jedne źródła podają, że został zastrzelony przez konwojentów w okolicach Jaremcza, albo Brześcia nad Bugiem, a inne, że tylko został ranny i dostał się w ręce NKWD. Data zgadzałaby się, to miało się wydarzyć około 17 września 1939 roku. Jeżeli zastrzelił go konwój, to działał na mocy ustnego polecenia służb więziennych, aby w razie wybuchu wojny po cichu „likwidować” więźniów, których uwolnienie  mogło być niebezpieczne dla państwa polskiego. Natomiast w drugiej wersji miał wylądować na Łubiance, gdzie przekonano go do współpracy z rosyjskim wywiadem, albo nie przekonano, jak twierdzą jeszcze inni, więc później przewieziony został do więzienia w Saratowie, gdzie podjął kolejną głodówkę i zmarł z wycieńczenia. Data śmierci majora nie jest więc dokładnie znana, zmarł między 1939 a 1945 rokiem – podaje Wikipedia.

*Do 1934 roku placówka „In-3” uważana była za główne źródło informacji Polski o Reichswehrze. Przez cały okres swojej działalności pochłonęła 2 miliony złotych. Major Sosnowski przekazał do centrali w Warszawie charakterystyki dwustu kandydatów do potencjalnego werbunku, ze szczególnym uwzględnieniem ich stanowisk i rozpoznanych słabości.

 

 

 

rtm. Jerzy Sosnowski, 13 Pułk Ułanów Wileńskich

 


PS: Każdy areszt, nawet ten domowy kiedyś się na szczęście kończy. Granice otwarte, można znowu podróżować, więc od następnego tygodnia będę pisał “z wolnej stopy”.

Żonkile

Ela Kargol

Gdy wielu z nas zaczęło umieszczać na fejsbukowych profilach żonkile na znak, że pamiętamy rocznicę i symbol, zrobiłam to samo. Dwa dni później zerwałam dwa żonkile w berlińskim ogrodzie mojego pracodawcy i pojechałam na Peron 17 berlińskiego dworca w Grunewaldzie. Prawie każdemu berlińczykowi, a na pewno temu zachodniemu, Peron 17, miejsce upamiętniające deportację Żydów do obozów zagłady, jest doskonale znany.

To właśnie z tego dworca i dwóch innych w Berlinie wywieziono od października 1941 do końca wojny około 50 tysięcy kobiet, mężczyzn, dzieci. Najpierw transporty odbywały się w wycofanych z użytkowania wagonach Reichsbahny, potem w przepełnionych wagonach towarowych. Pierwsze transporty pojechały do gett, w Łodzi, potem w Warszawie. A więc przybysze z Berlina dotarli do warszawskiego getta jeszcze przed wybuchem powstania w getcie, 19 kwietnia 1943 roku. Nie wiem, czy ktoś z tych transportów z berlińskiego Grunewaldu przeżył powstanie, był jego świadkiem, albo nawet walczył.

Przed 77 laty powstanie w getcie, od początku skazane na klęskę, dobiegło końca.

Żonkile powoli przekwitają, tylko te późne odmiany świecą jak słońca lub raczej gwiazdy wśród zielonej berlińskiej wiosny. Po nich dopiero zakwitają tulipany, jeszcze później bez i inne kwiecie. Większość odmian żonkili jest sześciopromienna jak Gwiazda Dawida.

Symbolem obchodów 70 rocznicy Powstania w Getcie Warszawskim był żonkil – kwiat, którego płatki układają się w kształt sześcioramiennej gwiazdy. W każdą rocznicę żydowskiego zrywu żonkile kładł pod pomnikiem Bohaterów Getta ostatni dowódca powstania – Marek Edelman, tyle wikipedia. Co roku 19 kwietnia na ulicach Warszawy tysiące wolontariuszy rozdają przechodniom papierowe żonkile, żeby przypomnieć, żeby pamiętać, żeby choć na chwilę pomyśleć o powstańcach z getta.

W 2013 roku spędziłam z córką kilka dni w Warszawie. Nocowałyśmy w hotelu na Muranowie, niedaleko miejsca, gdzie był kiedyś Plac Muranowski, tam gdzie trwały najzagorzalsze walki powstańcze. Muzeum Historii Żydów Polskich nie było jeszcze otwarte, choć w zasadzie już było. Działała już dość duża kawiarnia, a pani przewodniczka oprowadziła nas ciekawie po budynku prawie pustego jeszcze muzeum. Zapytałam ją o kamienie pamięci. Zdaję sobie sprawę, że cały Muranów musiałby być nimi wybrukowany, a w Warszawie musiałybyśmy się potykać o nie prawie na każdym kroku. W Polsce pojawiły się już wtedy nieliczne „stolpersteine”, we Wrocławiu i Słubicach. Te mosiężne tabliczki zaprojektowane przez niemieckiego artystę Guntera Demniga informują o konkretnej osobie, która kiedyś mieszkała w miejscu, przed którym są one wyłożone i w czasach nazizmu musiała to miejsce opuścić, co najczęściej kończyło się dla niej tragicznie, śmiercią w obozie zagłady. Dla niektórych włodarzy miast kamienie pamięci są w dalszym ciągu niegodną formą upamiętnienia ofiar.

Do mnie, od kiedy je pierwszy raz zobaczyłam, przemawiały zawsze czytelnie i dobitnie.

Żonkile nie budzą tyle kontrowersji, co „stolpersteine”. Wiosną jest ich dużo, nie tylko w Berlinie, nie tylko w Warszawie. Rosną na każdym skwerze, są ozdobą parków, ogrodów, balkonów i mieszkań. Niemcy lubią żonkile. Już od stycznia sprzedawane są w każdym supermarkecie, wiązane po 10 sztuk leżą w pudłach, zduszone bez życia. Czasem kupię wiązkę, wiązkę nierozkwitniętych zielonych patyków, z dziwną końcówką, która w wazonie dopiero wypięknieje i zaświeci jak gwiazda. Porównanie nasuwa się samo, niestety bez dobrego zakończenia. Prawie nikt z tych ludzi ściśniętych w przeładowanych wagonach wyruszających z dworca w Grunewaldzie nie przeżył.

Do dworca w Grunewaldzie mam niedaleko, około 3,5 kilometra, po drodze mijam cztery kamienie pamięci. Gdybym trochę skręciła w bok, byłoby ich kilka lub kilkanaście więcej. Na mojej ulicy, Binger Straße, mieszkał Hans Liebermann, bratanek malarza Maxa Liebermanna. Hans Liebermann był profesorem chemii organicznej, który po przejęciu władzy przez nazistów został zwolniony z pracy. Nie pogodził się z tą upokarzającą go decyzją i we wrześniu 1938 roku popełnil samobójstwo.

Następną osobą upamiętnioną na mojej trasie w kierunku Peronu 17 jest Bärbel Utermarck. Bärbel miała pięć lat, gdy umierała. Prawdopodobnie znałam jej siostrę, która sprzedawała nam ołówki, zeszyty i książki w swoim sklepie papierniczym, założonym jeszcze przez jej i Bärbel rodziców przeszło 80 lat temu. Bärbel urodziła się we wrześniu 1939 roku z zespołem Downa. W grudniu 1943 roku po narodzinach „zdrowej” siostry i po staraniach ojca, żeby „chorą” córkę umieścić w dobrym chrześcijańskim domu opieki, udało się takie miejsce znaleźć w Sulechowie (Heim der Inneren Mission), gdzie po dwóch miesiącach pięcioletnia Bärbel została zamordowana w ramach akcji T4.

Akcja T4 (Aktion T4, E-Aktion) – program realizowany w III Rzeszy w latach 1939–1944, polegający na fizycznej „eliminacji życia niewartego życia” (wikipedia). Decyzje zapadały w budynku w Berlinie przy Tiergartenstraße 4 (stąd T4), budynku, który w spadku po ojcu w latach 20 XX wieku otrzymał Hans Liebermann, ten z mojej ulicy. W latach 30 XX wieku dom został bezprawnie przejęty przez nazistów.

Następny przystanek jest przy Hagenstraße. Tam są dwa kamienie pamięci, upamiętniające małżeństwo cukierników Dobrinów, właścicieli kilku kawiarni w Berlinie. Moritz i Helene Dobrin zostali deportowani do Theresienstadt z grunewaldzkiego dworca w sierpniu 1942 roku. Helene zmarła z wycieńczenia, jej mężowi udało się dotrzeć specjalnym transportem w lutym 1945 roku do Szwajcarii. W organizację transportu zaangażowany był Heinrich Himmler, który pod koniec wojny chcąc ratować własną skórę doszedł do porozumienia z ówczesnym prezydentem Szwajcarii i wspólnie z Göringiem zorganizował ten jeden jedyny transport 1200 Żydów z Theresienstad do Szwajcarii. Heinrich Himmler mieszkał przy Hagenstraße 22, był prawie sąsiadem Dobrinów.

Blisko stacji kolejowej Berlin-Grunewald mieszkała Frieda Kalischer, pisarka, kobieta wykształcona i zamożna, która w grudniu 1942 roku deportowana została do Auschwitz. Mieszkała przy samym dworcu, była więc świadkiem wywózki ludzi, których masowo przyprowadzano lub przywożono pod dworzec grunewaldzki i często dopiero po kilku dniach oczekiwań pakowano ich w wagony i wysyłano na wschód, skąd już nie wracali. Ten sam los spotkał Friedę.

W tym czasie mój dziadek Piotr pracował jako murarz w którymś z obozów w Oświęcimiu. Stawiał kolejne baraki. Nigdy już się nie dowiem, czy był robotnikiem przymusowym, czy dobrowolnie zgłosił się u Niemca, bo bieda we wsi małopolskiej była nie do wytrzymania. Mama w tym czasie mieszkająca w Nowym Tomyślu w drodze do szkoły oddawała swoje drugie śniadanie Żydom pracującym przy budowie drogi. Babcia, gdy się o tym dowiedziała, szykowała mamie dwa śniadania. Mama dwóch śniadań już nie oddawała, zawsze tylko jedno.

Istniały dwa równoległe światy. Mało kto był zdolny do czynów bohaterskich, mało kto przewidywał taki obrót spraw. Mało kto wierzył postanowieniom konferencji z Wannsee. Każdy z nas w jakiś sposób przyzwalał, ze strachu, egoizmu, niewiary, potrzeby przeżycia za wszelka cenę. Nie umiem powiedzieć, czy postąpiłabym inaczej.

Kilka dni temu pojawił się w mediach apel zwracąjacy się do wszystkich, którzy są w posiadaniu jakichkolwiek zdjęć dokumentujących deportację 50 tysięcy Żydów w Berlinie. W oficjalnych archiwach nie zachowała się ani jedna fotografia. Być może w prywatnych zbiorach jeszcze się takie znajdują, tym bardziej, że co dziesiąta rodzina w Berlinie posiadała aparat fotograficzny. Link do apelu TU.

W 2008 roku stanął na dworcu w Grunewaldzie tzw. Pociąg Pamięci (Zug der Erinnerung). Czekałyśmy z córką bardzo długo, żeby wejść do wagonu i obejrzeć wystawę o losach deportowanych dzieci.

Pomiędzy październikiem 1940 roku a grudniem 1944 roku naziści deportowali setki tysięcy dzieci do obozów zagłady lub do pracy przymusowej. Ich dokładna liczba nie jest znana. Wagon ten dojechał też do Oświęcimia. Gdy dwa lata później byłyśmy w hitlerowskim obozie zagłady w Auschwitz nikt o takim pociągu, wagonie-wystawie nie słyszał.

Przed dworcem grunewaldzkim jest skwer, od 2015 roku noszący nazwę Karmielplatz. Izraelski Karmiel jest miastem partnerskim berlińskiej dzielnicy Charlottenburg-Wilmersdorf. Po lewej stronie placu stoi kamienica w której mieszkała Frieda Kalischer, w środku skweru biało-niebieskie ławki i budka z książkami. Budka nie jest zwyczajna. Dedykowana jest Peronowi 17, deportacji ludności, zagładzie Żydów. Oprócz książek wmontowany jest w niej głośnik, który obecnie, z uwagi na pandemię, nie działa. Z głośnika można usłyszeć po polsku, niemiecku, angielsku i w języku maori fragment z dzienników Anny Frank. Niedaleko budki wśród brzóz z inicjatywy grupy kobiet z ewangelickiej parafii w Grunewaldzie powstało w 1987 roku miejsce pamięci osób deportowanych. Na dwóch drewnianych podkładach kolejowych leży trzeci, na którym wyryta jest data 18.10.41. Był to pierwszy transport 1013 ludzi do łódzkiego getta. Pierwsza tablica upamiętniająca deportację Żydów była umieszczona na budynku kolejowym już w 1953 roku, następna w 1987. W roku 1987/88 władze lokalne dzielnicy Charlottenburg-Wilmersdorf ogłosiły konkurs na Pomnik Deportowanych.

Konkurs ten wygrał projekt rzeźbiarza Karola Broniatowskiego i architekta Ralfa Sroki. Karola Broniatowskiego poznałam w 2011 roku, podczas trwania wystawy “Obok. Polska – Niemcy. 1000 lat historii w sztuce”. To wtedy dowiedziałam się, że jest on autorem tej przejmującej rzeźby przy Peronie 17. Ślady ludzi, których nie ma, puste miejsca po nich wykute w skale, cienie. Nie można obok nich przejść obojętnie, idąc w kierunku Peronu 17, którego tory w dalszym ciągu prowadzą na wschód. Po obu stronach peronu daty, liczby, miejsca. Ostatni transport wyjechał stąd do Sachsenhausen 5 stycznia 1945 roku. Peron, a zwłaszcza tunel są tak rzeczywiste, że przeszywają mnie ciarki, gdy idę tunelem na drugą stronę Grunewaldu. Myślę o tych tysiącach ludzi: nieświadomych, bezbronnych, przerażonych, nieprzeczuwających, że będzie to ich ostatnia podróż, podróż w jedną stronę.
Kładę swoje żonkile na żeliwnej płycie z datą transportu 14.04.1942 do Warszawy. Kilkanaście kroków przede mną przystają chłopak z dziewczyną. Chłopak zdejmuje czapkę z daszkiem, przywdziewa jarmułkę, otwiera modlitewnik i chwilę stoją pogrążeni w modlitwie. Znikają z mojego pola widzenia tak szybko, jak się pojawili.

Żonkili już prawie nie ma. Mijam jeszcze te ostatnie w drodze do domu. Na drugi rok znowu zakwitną. 16 maja 1943 powstanie w getcie warszawskim dobiegło końca. Na rozkaz Heinricha Himmlera Jürgen Stroop osobiście wysadził Wielką Synagogę na Tłomackiem. Powstańcy zginęli, ludność cywilna została wymordowana lub wywieziona do obozów zagłady, a cały teren getta zrównany z ziemią.

Reblog na Dzień Zwycięstwa

…żeby przypomnieć, że było niekiedy przerażające i że długo jeszcze trwało, zanim się na dobre zorganizowało i zawładnęło życiem (za onet.pl)

Aleksandra Czajkowska

Piekło na wodzie. Jak alianci zbombardowali ocalałych więźniów obozów koncentracyjnych.

Nigdy nie lubił rozmawiać o wojnie. Był zamknięty w sobie, ale nie wynikało to z charakteru. Michał Lech przeżył tortury w więzieniu gestapo i pobyt w dwóch obozach zagłady, jednak najbliżej śmierci był, gdy wojenny koszmar chylił się ku końcowi. 75 lat temu samoloty aliantów zbombardowały okręt “Arcona”, przewożący więźniów nazistowskich obozów. Spośród pięciu tysięcy pasażerów ocalało jedynie 350 osób.

Urodził się 31 sierpnia 1917 roku w Pełkiniach pod Jarosławiem. Zajmował się uprawą roli razem z rodzicami, siostrą i bratem. Był spokojnym, młodym chłopakiem. Kiedy wybuchła wojna miał 22 lata, ale dla niego rozpoczęła się ona rok później. Przez donos jednego z miejscowych kolaborantów Michał Lech został aresztowany 3 maja 1940 roku.

Początkowo więziony był w Jarosławiu. Tam brutalnie katowany przez Franza Schmidta, słynnego’’kata jarosławskiego’’, przetrwał sześć miesięcy. Na jego plecach zamiast skóry były widoczne kości. Dziury bez mięśni. Rozmaite tortury były specjalnością zastępcy szefa Gestapo w Jarosławiu. Okaleczanie, bicie, kopanie, wyrywanie paznokci to tylko niektóre metody stosowane przez niego przy przesłuchaniach więźniów. Schmidt był osobiście odpowiedzialny za śmierć kilkuset osób i skazanie kolejnych kilkunastu tysięcy.

3 listopada 1940 r. Michał został przewieziony razem z innymi więźniami do Tarnowa. Po 17 dniach, 20 listopada przyjechał do więzienia Montelupich w Krakowie, skąd 4 grudnia trafił do Auschwitz jednym z pierwszych transportów. Odtąd przestał być człowiekiem. Stał się więźniem politycznym nr 6 797.

Pierwszy dzień wiosny 1943 r. był ostatnim jego dniem w Auschwitz. Został przeniesiony do obozu Neuengamme niedaleko Hamburga, gdzie doczekał wyzwolenia. Nie wiedział jednak, że będzie musiał jeszcze raz walczyć o życie. W ostatnich tygodniach wojny Niemcy rozpoczęli likwidację obozu i ewakuację więźniów do portu w Lubece.

Pierwszy transport dotarł na miejsce 19 kwietnia 1945 r. Ostatni więźniowie trafili tam 1 maja. Do tego czasu czekali, nie wiedząc, w jakim celu zostali przewiezieni na statki i co ich spotka. W porcie były zakotwiczone trzy okręty: “Athen”, “Thielbeck” i transatlantyk “Cap Arcona”. Ostatni, największy zakotwiczony był pięć kilometrów od brzegu. Aby dostać się na pokład “Arcony” trzeba było przypłynąć tam za pomocą “Athen”. Załoga cywilna statków nie chciała wykonywać rozkazów SS, jednak została do tego zmuszona.

Na “Cap Arconie” znajdowało się pięć tys. więźniów, na “Thielbecku” trzy tys., a na pokładzie “Athen” dwa tys. Michał Lech znalazł się na pokładzie największego liniowca. Okręt nie przypominał luksusowej jednostki, za jaką uchodził przed wojną. Na statkach panowała ciasnota, w dwuosobowych kajutach tłoczyło się po dwudziestu kilku więźniów. W zaduchu, w oparach własnych fekaliów, przebywali tam przez kilka dni.

Piekło na wodzie

II wojna światowa zbliżała się do końca. 2 maja alianci zakomunikowali wszystkim jednostkom, że nazajutrz po godz. 14 rozpoczną bombardowanie statków. Nakłaniali do wycofania się Niemców, lecz nie wiedzieli, że na okrętach zamiast gotowych do bitwy żołnierzy przebywają wycieńczeni z głodu i chorzy więźniowie obozu. Wbrew rozkazom przebywającego na pokładzie dowódcy SS, kapitan statku “Athen” 15 minut przed rozpoczęciem ostrzału wywiesił białą flagę i zawinął do portu. Marynarz uratował życie dwóch tysięcy więźniów, ale pasażerowie pozostałych dwóch statków nie mieli tyle szczęścia.

SS-mani nie chcieli wywiesić białych flag ani oznaczeń czerwonego krzyża, które powstrzymałyby atak aliantów. 3 maja 1945 r. po godzinie 14 rozpoczęło się bombardowanie frachtowców. Samoloty wystrzeliły ok. 60 rakiet w kierunku “Cap Arcony” i “Thielbecka” oraz serie z karabinów maszynowych.

Michał Lech, ocalały ze statku “Cap Arcona”

Takiego wyzwolenia nikt z nich się nie spodziewał. Pierwszy zatonął “Thielbec”, a kiedy był już prawie zanurzony pod wodą, rozpoczął się ostrzał “Cap Arcony”. Przestraszeni i wycieńczeni więźniowie biegali po pokładach, Niemcy nie mieli nad nimi żadnej kontroli. Zaczęła się rozpaczliwa walka o życie. Wcześniejszy ostrzał spowodował pożar okrętu. Wokół leżeli zakrwawieni lub poparzeni więźniowie, martwi lub wyjący z bólu.

Kilkanaście minut trwało, zanim Michał Lech, stojący na płonącej części statku, zanurzył się w wodzie. Nie mógł wypłynąć na powierzchnię, ponieważ zimno sparaliżowało jego ciało. W końcu złapał oddech. Na “Cap Arconie” było więcej szalup ratunkowych niż na”Thielbecku”, ale nie były dostępne dla więźniów. Niemcy pospiesznie opuszczali szalupy płonącego już i w połowie zatopionego statku.

Kiedy uderzały z dużą prędkością o wodę, hitlerowcy wypadali z nich. To była jedyna szansa dla więźniów. Część z nich razem z Michałem przejęła jedną szalupę i walcząc o życie, jak najszybciej odpływała od reszty, która usilnie chciała dostać się na pokład łodzi. Znajdowali się 5 km od brzegu.

Więźniowie po pokonaniu kilku kilometrów w wodzie pod ostrzałem dopłynęli do brzegu, gdzie czekali na nich Niemcy, którzy dobijali ocalałych. Kiedy alianci zorientowali się, że zbombardowali statki z więźniami, natychmiast ruszyli na pomoc. Dopuszczający się zbrodni żołnierze niemieccy uciekli lub zostali aresztowani, pozostawiając przy życiu garstkę ocalałych.

Drugie życie w nowej Polsce

Z około 9 tysięcy 400 więźniów przebywających na trzech statkach przeżyło 2 tysięcy 400. Większość ocalałych znajdowała się na pokładzie nienaruszonego “Athen”. Z “Cap Arcony”, liczącej około pięciu tysięcy więźniów przeżyło 350, a z “Thielbeck”, na którym było około trzy tysięcy jedynie 50 osób.

To był koniec wojny, obozów i walki o życie. Alianci zapewnili leczenie najpierw na miejscu, a później w Szwecji. Michał został tam kilka lat, pracował w fabryce żarówek “Osram”. Po pięciu latach wysłał stamtąd pierwszą wiadomość do domu. Jego wojna trwała dokładnie pięć lat, od aresztowania 3 maja 1940 roku do wyzwolenia 3 maja 1945 roku.

Postanowił przyjechać do Polski, do mamy. Na promie został okradziony z dokumentów. Brak paszportu spowodował, że w Szczecinie został uznany za szpiega i aresztowany. Dopiero po interwencji Szwecji został wypuszczony, ale bez dokumentów nie mógł już wyjechać z Polski. Wrócił do Pełkiń, ożenił się, miał dwie córki. Jedna z nich to moja mama. Tak, to historia mojego dziadka, którego nigdy nie poznałam. Dziadek do końca życia miał ogromne problemy zdrowotne. Zmarł 9 listopada 1989 roku.

Budapeszt, fryzjer, węgierski chłopiec i korona (1)

Ela Kargol

O tym, że pojedziemy do Budapesztu, wiedzieliśmy już od kilku miesięcy. Był to prezent, trochę przypadkowy, od naszej młodszej córki Heleny, obejmujący wiele okazji, począwszy od Świąt Bożego Narodzenia przez Dzień Babci i Dziadka, skończywszy na Dniu Kobiet. Po drodze była jeszcze najważniejsza uroczystość, a mianowicie 60 urodziny mojego męża, Tomka.

Nasza starsza córka Marta spędziła w zeszłym roku kilka dni w stolicy Węgier i cała w zachwytach podarowała nam przewodniki, udzieliła wskazówek i rad typu: “Co musimy koniecznie zobaczyć!”
Czasu było dużo, więc można było się solidnie przygotować, tym bardziej, że żadne z nas nie jest ignorantem w sprawach poznawania nowych miejsc, innej kultury i innej, choć często wspólnej, historii.

Dwa dni przed planowanym wyjazdem zapytałam Tomka, czy zajrzał do przewodników. On na to, że w zasadzie wszystko wie, jest Buda i jest Peszt, a w pracy miał kiedyś kolegę Węgra, jakby to w czymś miało pomóc. Ja wspomniałam coś o Batorym i Jadwidze Andegaweńskiej, córka Helena, że nie wiadomo, czy w ogóle polecimy, bo zbliża się wirus korony i jeżeli dolecimy, to ona i tak nie wyjdzie z wynajętego mieszkania, najwyżej na krótki spacer w samotności.

Dla Tomka oprócz wspomnianych dwóch części miasta i kolegi Węgra najważniejsza miała być wizyta u fryzjera w Budapeszcie. Ten zwyczaj powstał wiele lat temu, kiedy to po raz pierwszy byliśmy w Stanach. Na pytanie “Jak było w Ameryce?” mój mąż odpowiadał: “Byłem u fryzjera”. Później już wszystkie wyjazdy dalsze i bliższe związane były z wizytą w salonie fryzjerskim.

Dzień przed wylotem do Budapesztu przypomniałam sobie o „Węgierskim Chłopcu“, pomniku, stojącym na Jasnych Błoniach, w Szczecinie, mieście, które kocham, i odwiedzam w każdej wolnej chwili. Wiedziałam, że bliźniacza rzeźba stoi w Budapeszcie i chciałam ją koniecznie zobaczyć. Wprawdzie oba pomniki powstały w czasach autorytarnych rządów obu krajów, w roku 2016, ale nawiązują do historii z roku 1956, kiedy to „Węgrzy maszerowali pod poskimi sztandarami i z wizerunkami orła białego dnia 23 października 1956. Na transparentach widniały napisy: „Niech żyje odważna polska młodzież”, „Niech żyją polskie zmiany”, „Bem, Kossuth, Petöfi”. Marsz zakończył się pod pomnikiem bohatera Polski i Węgier – Józefa Bema odczytaniem listy żądań studentów. Studenci węgierscy skandowali hasło: „Polska ukazuje drogę…” Solidarnościowa demonstracja studentów węgierskich z protestami polskich robotników stała się przyczyną wybuchu Powstania na Węgrzech w roku 1956“ (https://pl.wikipedia.org/wiki/Stosunki_polsko-wegierskie).

Powstanie, nazwane później rewolucją węgierską, zostało krwawo stłumione przez wojska radzieckie. W wyniku walk zginęło po węgierskiej stronie 2500 osób, ponad 20 tysięcy aresztowano lub internowano, a około 200 tysięcy osób uciekło z kraju do Austrii i Jugosławii. Polacy, już po odwilży gomółkowskiej, a właściwie w czasie jej trwania, zareagowali natychmiast, zaangażowali się w pomoc narodowi węgierskiemu, przekazując krew, lekarstwa, żywność i artykuły pierwszej potrzeby. Dary ze Szczecina przekazano do robotniczego Csepel, dzielnicy na obrzeżach Budapesztu, w jego południowej części. O tej dzielnicy nie piszą przewodniki. Dojazd do niej z centrum Budapesztu był dość skomplikowany, ale to najważniejsze moje budapesztańskie życzenie zostało w pełni zrealizowane i spełnione.

Inaczej rzecz się miała z życzeniami dalszych członków rodziny. Nasza córka nie została w mieszkaniu, które nazywało się obiecująco „Balzac apartament”, a było zwykłą kawalerką z całym zachowanym wyposażeniem z lat 80 ubiegłego wieku. Lot był tani, mieszkanie tanie, ale takie, że niekoniecznie chciałoby się spędzać w nim całe dnie. Helcia stwierdziła, że z „koroną“ jeszcze nie jest tak źle, a my sobie nie poradzimy bez komórek, tylko z mapą. Tomka plany też legły w gruzach, choć na naszej budapesztańskiej ulicy Balzaka było aż czterech fryzjerów. Jeden był zamknięty, drugi zbyt ekskluzywny, a u dwóch pozostałych trzeba było zawsze poczekać godzinę. Tomek w końcu stwierdził, że do fryzjera pójdzie w Lachowicach pod Suchą Beskidzką, dokąd mieliśmy pojechać wkrótce potem. Bądź co bądź trochę ponad sto lat temu były to Austro-Węgry, a moja beskidzka babcia śpiewała o Franciszku Józefie cesarzu Austrii i królu Węgier pochwalne pieśni.

Wylądowaliśmy w Budapeszcie 5 marca, na lotnisku Ferenca Liszta, w dniu urodzin mojego męża Tomka (1960), świętej Kingi (1234) i Ludwika Węgierskiego (1326), przyszłego króla Polski.

Mieszkaliśmy w Peszcie, ale pierwszy dzień spędziliśmy w Budzie, a wieczór w węgierskiej knajpie, nie pamiętam po której stronie miasta, gdzie świętowaliśmy potrójne urodziny.

Do Budy zaprowadził nas Most Elżbiety (żony Franciszka Józefa, czyli Sissi. Jest jeszcze dzielnica żydowska nazwana jej imieniem), wprost na Wzgórze Gellerta, wzgórze samych sprzeczności. Kiedyś zbierały się na nim czarownice i odprawiały sabat, potem przybył biskup Gellert, chcący nawrócić niewiernych, ale poganie poradzili sobie z biskupem, spuszczając go ze szczytu w drewnianej beczce. Pomnik Wolności na szczycie, postawiony w podzięce Armii Czerwonej, po zdjęciu czerwonej gwiazdy upamiętnia wszystkich, którzy polegli za Węgry. Nawet roślinność jest przeciwstawna, na stoku południowym śródziemnomorska, a na północnym prawie alpejska. Spojrzałam na Dunaj, a on piękny i modry tylko u Straussa i w fotoshopie, majestatyczny, dzielący i łączący miasto. Ruszyliśmy do zamku.

Najstarsze zachowane fundamenty Zamku Królewskiego w Budzie pochodzą podobno z czasów Ludwika Węgierskiego. Ludwik, król Polski w latach 1370–1382, nie posiadając męskiego potomka, przekupił szlachtę polską i łapówkarstwem załatwił dziedziczenie tronu swojej córce Jadwidze, właśnie tej Jadwidze Andegaweńskiej, która musiała poślubić Jagiełłę i zrezygnować z zaręczyn z Wilhelmem Habsburgiem. Setki lat Jadwiga wraz z Kingą czekały na kanonizację. No i wreszcie, po znajomości, się jej doczekały. Obie stały się świętymi i patronkami Polski za sprawą papieża Polaka. Pomnik Jadwigi i Jagiełły znaleźliśmy w Budzie przy Bramie Wiedeńskiej, dość nowoczesny, odsłonięty nie tak dawno, powstał z inicjatywy i na koszt Litwy. Żartując jeszcze z „korony”, dotykaliśmy koron obu władców Polski, Litwina i Węgierki, siedzących w dość dużej odległości od siebie, takiej jak odległy był ich związek małżeński i tak jak nakazuje dzisiejszy czas pandemii. W środku insygnia ich władzy, którymi w imię wyższej konieczności ich połączono. Pomnik samej Jadwigi, bez męża ustawiony naprzeciwko pomnika Kingi przy kościele śródmiejskim pw. NMP jest dużo radośniejszy. Nieszczęśliwy był też Batory, zmuszony do ślubu z 10 lat od niego starszą 53-letnią Anną Jagiellonką. Jego pomnik stoi w w dość nieciekawym miejscu, jakby opuszczony, małoważny. A przy jego grobie na Wawelu Węgrzy zawsze przystają i śpiewają hymn „Boże zbaw Węgrów” i wtedy Batory staje się ważny.

Jeśli już o pomnikach piszę, Budapeszt to miasto pomników, pomniczków, monumentów, postumentów, statui (tak się odmienia w liczbie mnogiej statua!), rzeźb na fasadach, na dachach, na stacjach metra, w bramach, parkach, mostach i na… cokołach jak przystało. Pomniki towarzyszyły nam wszędzie. Pan z psem, robotnik z młotem, człowiek z beczkami, Colombo z jamnikiem, maszkaron nad bramą, święty Stefan i święty Emeryk, ryczący lew przy zamku w Budzie, mityczny ptak Madziarów, turul, Węgierski Chłopiec i wiele innych postaci ważnych dla Węgrów, mnie zupełnie nieznanych. Największe jednak wrażenie robią na nas „Buty na brzegu Dunaju”. Pomnik przedstawia 60 par butów damskich, męskich, dziecięcych. Upamiętniają one ludzi, przede wszystkim Żydów, którzy zostali tutaj rozstrzelani, a ich ciała wpadły do Dunaju. Napis na tablicy pamiątkowej w języku węgierskim, angielskim i hebrajskim głosi: Pamięci budapeszteńskich ofiar rozstrzelanych nad brzegiem Dunaju przez uzbrojonych strzałokrzyżowców (było to faszystowskie ugrupowanie założone w 1935 roku, w czasie II wojny światowej kolaborujące z Trzecią Rzeszą).

W ten dzień byliśmy w synagodze budapesztańskiej, największej w Europie, choć przewodniczka, opowiadająca o niej, dodała, że tych największych w Europie jest kilka. Na dziedzińcu pomnik płaczącej wierzby, której metalowe gałązki i liście z wygrawerowanymi nazwiskami zamordowanych Żydów dźwięczą na wietrze, jakby chciały przypomnieć o Holokauście i skomplikowanej historii Węgrów.

Niedaleko dworca Kaleti, dworca wschodniego, wybudowanego w latach 80 XIX wieku, dworca, na który wjeżdżają pociągi z Polski, leży potężny, jak wszystko w tym mieście, cmentarz Kerepesi. Od 1855 roku Węgrzy chowają tutaj swoich zasłużonych artystów, polityków, dziennikarzy, architektów, no jednym słowem wielkich i ważnych ludzi. Grobowce wzbogacone są majestatycznymi rzeźbami. Nad wszystkimi góruje mauzoleum Lajosa Kossutha, wielkiego przywódcy walki o niepodległość z czasów Wiosny Ludów. Pomnik Józefa Bema, przyjaciela Kossutha, bohatera węgierskiego z tamtych czasów i nabrzeże jego imienia musieliśmy minąć idąc na wyspę Małgorzaty. Oprócz pomnika „ojczulka Bema”, jak go nazywali Węgrzy, znajduje się w tym mieście 14 placów oraz ulic noszących jego imię. Czyli chodząc dużo po mieście, być może stąpaliśmy po jednej z nich.

Ciąg dalszy jutro