The design idea was taken from the image of a peanut shell: two spacious oval spaces with plenty of light, connected by a low, narrow, poorly lit passage. The idea was based on the elemental functions required by humans: a place to live and interact with others, which would include a living room, dining room and kitchen, as well as a sleeping area with dressing room and bathroom. The original concept is parted in two large spaces: day and night. The house is designed to feel, when you enter, as if you were going underground, without losing the integration of the interior with the green, natural landscape outside.
A church made of thousands of white thin beams looks like suspended in the air in lavender field.
This church is a re-embodiment of the usual pattern of Catholic churches built in a purple lavender field in China.
The church, named Sino-french Science Park Church, has been designed by Shanghai Dachuan Architects to redefine the form of a traditional church with light materials and new construction techniques.
The church, covering only 65-square-metre area, is built on a lavender field, in the light of impressionism, and illuminates the history of art from here.
The church is made of thousands of white thin beams to give its pure form and to get its own light and shadow. There is no need to add en extra element to the church. It’s simple, white and looks like only light.
It does not stick to the traditional form to express the freedom, romance and diversity inherent spirit of this land. The church is a break. Break through traditional patterns, break through traditional materials, break through traditional structures, and break through traditional ways of construction, pure white and the free interlacing of light and shadow.
Ten maleńki kościół zbudowano w miejscowośći Qingdao w Chinach. Jego projekt powstał w pracowni Büro Ziyu Zhuang. Kościół oddano do użytku w 2021 roku.
Budynek ma 771 m kw. powierzchni. Projektując go architekci chcieli stworzyć przestrzeń, która dla użytkowników będzie miejscem skupienia. Mogą tu przyjść, by w pozbawionym zbędnych ozdobników miejscu skierować swoje myśli ku przeszłości i przyszłości. Pomóc ma w tym nowoczesna i minimalistyczna architektura.
Aby stworzyć ikonę, musieliśmy zadbać o czystą formę, która wciąż przywołuje archetyp kościoła. Dlatego podczas projektowania zintegrowaliśmy różne obrazy fasad tradycyjnych kościołów. Elewacja wzorowana na tradycyjnych budynkach zyskała rzeźbiarską formę i oglądana z każdej strony wygląda inaczej.
Wnętrze niemal całe utrzymane jest w bieli. Powstały tam ramy, które niczym jaskinia mają dawać poczucie bezpieczeństwa. Wizualnie wnętrze ocieplają jedynie drewniane ławki.
Zdjęcie przysłał Mietek Węglewicz z okazji Dnia Kota.
Ja wiem, Wy myślicie, że Dzień Kota jest kiedy indziej, bo tak Wam media społecznościowe namąciły w głowach, ale zaprawdę, zaprawdę powiadamy Wam, Mietek i ja, że jedyny słuszny Dzień Kota jest 17 lutego. I jeśli mi nie wierzycie, to uwierzcie Wikipedii:
Światowy (Międzynarodowy) Dzień Kota (World Cat Day, National Cat-Day, International Cat Day, Giornata mondiale del gatto) – święto obchodzone corocznie 17 lutego we Włoszech (od 1990) i w Polsce (od 2006), mające podkreślić znaczenie kotów w życiu człowieka, niesienie pomocy wolno żyjącym i bezdomnym zwierzętom, które miały kiedyś dom, ale go straciły, a także uwrażliwienie ludzi na trudny koci los.
W Polsce Światowy Dzień Kota obchodziliśmy po raz pierwszy 19 lutego 2006 roku z inicjatywy Miesięczników Kot i Cat Club Łódź.
Wojciech Albert Kurkowski, pomysłodawca obchodów tego święta, propaguje akcje pomocy bezdomnym kotom pod hasłem „Rasowce – dachowcom”, podczas której kluby felinologiczne zrzeszone w Felis Polonia zbierają dary na rzecz pomocy bezdomnym zwierzętom.
Cecilia Beaux, Portret mężczyzny z kotkiem (Henry Sturgis Trinker), 1898Konrad Krzyżanowski, Portret żony Michaliny z kotem, 1911
W 2010 roku Fundacja Viva! oraz program Mój Pies i inne zwierzęta w TVP Warszawa przyjęły patronat nad Światowym Dniem Kota. W Centrum Targowo-Kongresowym MT Polska Stowarzyszenie Miłośników Kotów Rasowych Jedynka zorganizowano wystawę kotów rasowych. Towarzyszyła jej akcja pomocy dla kotów bezdomnych i wolno żyjących, dla których zima jest trudnym okresem do przetrwania. Do obchodów Dnia Kota włączyło się wydawnictwo MULTICO.
W akcji biorą również udział schroniska dla bezdomnych zwierząt oraz organizacje pro zwierzęce.
Na świecie
Japonia – 22 lutego
Rosja – 1 marca
Stany Zjednoczone – 29 października
Wielka Brytania – 8 sierpnia
Włochy – Dzień Czarnego Kota (od 2007) – 17 listopada
Krzysztof Iwin, Babcia i kot, Andrew Weyth, Christina’s bedroom & Cat on the window, Ryszard Chmiel (który właśnie umarł – R.i.P.)
W sieci jest dużo zbiórek na bezdomne koty, ja udostępniam zbiórkę organizacji kotłownia.pl, bo podoba mi się nazwa Kot(łownia): pomagam.pl/fundacjasilesia, podobnie jak lubię wyraz łos-kot, no wiecie ten z pioseneczki z Zemsty: Kot, kot, pani matko, kot, kot, narobił mi w pokoiku łoskot!
Jest jeszcze stukot, pokot, bełkot, blekot, hurkot a także Szkot i Don Kichot 🙂
Wszyscy już zapewne wiedzą, że irysy to moje ulubione kwiaty, ale chyba nikt intensywniej o tym nie pamięta niż Danusia, pomysłodawczyni tego wpisu.
Dwa zdjęcia po prawej to secesyjne wazony, obraz po lewej, który wygląda jak fotografia, fotografią nie jest – to praca artystki brytyjskiej, która nazywa się Mia Tarney (ur. 1973) – obraz “Irysy, różowa magia” został namalowany w roku 2019; znajduje się w zbiorach prywatnych; reprodukcja za: #ArtPassionGallery. Wazon środkowy został zaprojektowany przez Emila Galle, który wymyślił taki sposób dekorowania szkła.
Ale fakt, że coś jest piękne, powoduje, że będzie naśladowane w nieskończoność, deprecjonując swoje piękno. Irysy też to spotkało. Bo czy obraz po lewej jest piękny, czy tylko z fotograficzną dokładnością naśladuje prawdziwe kwiaty? A szklane irysy poniżej – jeszcze są piękne, czy już są jarmarcznym kiczem?
Tego irysa po prawej (mem, irys na szkle) możecie sobie wziąć i użyć na TikToku albo na Instagramie, albo gdzie Wam się żywnie podoba. Artysta, który go udostępnił nazywa się Kytlruaa. Poniżej inne irysy, które się pojawiły, gdy napisałam w google “mem iris”I tak dalej
A zatem jest to jeszcze sztuka, czy już kicz?
Wikipedia tak określa kicz:
Jako pierwsi słowem „kicz”zaczęli posługiwać się krytycy sztuki z Monachium w latach 70. XIX wieku w odniesieniu do tandetnych pejzaży nieznanego autorstwa, sprzedawanych w wielkich złoconych ramach albo jako kolorowe obrazki, kupowane przez szybko bogacących się niemieckich fabrykantów, chcących zamanifestować swoją zamożność. Ta ówczesna burżuazja (ale także wszystkie następne nowobogackie klasy społeczne, np. amerykańska klasa średnia lat 50. XX w.), nie znając się na sztuce, wybierała zawsze sztukę „bezpieczną”, czyli taką, która nie urazi i nie będzie szokować gości; eksponowała w swoich salonach zwłaszcza przedmioty drogie i bezużyteczne.
To pojęcie na pewno nie określa tego zalewu kotków, sówek i irysów, które funkcjonują na portalach społecznościowych. Ale współczesna definicja określa to całkowicie odmienny:
Zjawisko kiczu to jednak coś więcej, niż tylko sztuka zdegradowana do roli towaru w społeczeństwie kapitalistycznym. Według Abrahama Moles’a kicz to społeczne przyzwolenie na przyjemność płynącą z cichego porozumienia i uczestnictwa w umiarkowanym i uspokajającym „złym guście”, ale przede wszystkim jest to „sztuka szczęścia” (jak ją nazywa autor), czyli „raj dla mało wymagających”. To obraz zagubienia, rozpadu wartości, braku czegoś, za czym się tęskni, i akceptacji namiastki.
Jest zimna, mokra, szara zima. Pokazałam Wam tu zatem kilkanaście kwiatów, które na pewno, czy tego chcemy czy nie, gdzieś w głębi ducha uważamy za piękne, i nawet jeśli jako świadomi nowocześni ludzie wolimy Francisa Bacona, to czekając na wiosnę możemy się na chwilę zanurzyć w „sztuce szczęścia”. Wy tym bardziej bezpiecznie, bo to ja, pokazuję Wam tu ten kicz.
Ale wiecie, że irys i iris – źrenica, to to samo słowo, a pochodzi stąd, że i kwiat, i tęczówka oka irydują, czyli mienią się jak skrzydła greckiej bogini Iris, Irydy – uosobienia tęczy i boskiej posłanki. Na zakończenie tych wywodów pokażę Wam tu jeszcze – oho, dzieło Francisa Giacobettiego (Francuz, urodzony w r. 1939) – Iris Francis Bacon (fotografia) – źrenica oka Francisa Bacona.
Ponieważ bardzo lubię myśl o tym, że możemy sobie kupić sztukę, o której tu rozprawiamy, powiem, że to zdjęcie, czyli “Bacon’s iris” ze zdjęciem samego Bacona obok, uzyskało na aukcji cenę 23 tysięcy dolarów.
Taaaak. To Søren Kierkegaard, ten nasz ulubieniec, młody, piękny, mądry człowiek. Utalentowany. Młodo umarł (1813–55). Każdy z nas w swoim najlepszym życiu chciałby być Kierkegaardem. Patrzę na ten fragment Albo – Albo i rozmyślania szarpią mną od “tak” do “nie” i z powrotem. I znowu. Zaprawdę, albo – albo. Wszystko mi się jak w soczewce skupia w tej nieszczęsnej musze, złapanej przez znudzonego chłopca w szkole.
To fragment rozdziału „Gospodarka przemienna”, czyli „Płodozmian” (tekst tłumaczył Jarosław Iwaszkiewicz i możliwe, że nie miał pojęcia, co to jest płodozmian, co to jest gospodarka przemienna, czyli jedno-, dwu- i trójpolówka).
Płodozmian jest w filozofii Kierkegaarda remedium na nudę życia. Nie staraj się żyć intensywnie, mówi młody filozof oświeceniowy, nie próbuj pokryć uprawami dorzecza Amazonki, uprawiaj swoją własną doniczkę, ale uprawiaj ją intensywnie, dziś ziemniaki, jutro orchidee. Interesuj się coraz to nowymi dziedzinami życia, intensyfikuj doznania.
Jeśli wciąż jeszcze pamiętamy to, czego nas uczono w szkole, to na pewno przypomnimy sobie, że takie właśnie remedium na nudę i znużenie życiem proponowali już dwa pokolenia wcześniej filozofowie społeczni, Charles Fourier (1772 – 1837) i Robert Owen (1771-1858), czyli tzw socjaliści utopijni.
Nie wiem jak Wy, ale ja ich pamiętam do dziś.
Nuda, nuda. Gdy myślimy o nudzie, najczęściej jednak myślimy o Charlesie Baudelaire (1821– 67), który jest prawie rówieśnikiem Kierkegaarda, urodził się kilka lat później, żył kilka lat dłużej. Jak na dzisiejsze czasy, obaj umarli młodo. Kierkegaard miał lat 32, Baudelaire – 46.
Nic w długości nie zrówna kulawego biegu, Mych dni, gdy pod ciężkimi całunami śniegu, Nuda…
Ch B, Kwiaty Zła
Na zajęciach filozofii młodzi adepci mieli w czasach współczesnych na podstawie owego wyżej przytoczonego fragmentu zapoznać się z koncepcją Kierkegaarda o tym, co to znaczy żyć intensywnie. Przykładem są tu więzień, który oswoił pająka, i chłopiec, który złapał muchę i znęca się nad nią. Kierkegaard nie ocenia tego chłopca, rozwodzi się raczej nad tym, że to, co chłopiec robi z muchą, pomaga mu rozproszyć nudę nieciekawej, nużącej lekcji. To jest, dla mnie, podstawowe przesłanie tego tekstu. Rób co chcesz, tylko się nie nudź.
Dworzec Główny (Hauptbahnhof) w Berlinie, 13 stycznia 2022 roku: reklama rbb, rozgłośni radiowo-telewizyjnej dla Berlina i Brandenburgii: Bloss nicht langweilen, czyli: Byle nie nudzić!
Problem w tym, że chłopiec, oczywiście, nie musi mieć żadnych oporów etycznych (choć może). Ale Kierkegaard, no, hallo! I nawet jeśli pisze o chłopcu, który tych oporów nie ma, bo nie zna, to jednak filozof musi je mieć i znać. On tymczasem nie pisze o tym ani słowa. Filozof doda jednak, że to nie takie proste, bo rozdział “Płodozmian” znajduje się w pierwszym tomie książki Albo – albo, a jej konstrukcja zasadza się na tym, że w tomie pierwszym Kierkegaard przedstawia styl życia estety i go odrzuca, a w tomie drugim przedstawia zasady życia etyka i jest to poniekąd bezpośrednia odpowiedź na wady życia estety.
Może tak jest, ale mnie ta mucha i tak prześladuje.
Mam wrażenie, że udręczona mucha w dziurze na zawsze pozostanie w swojej udręce i nie ujmie się za nią ani Kierkegaard, ani filozof współczesny, który ten tekst wybrał i dał studentom do analizy, ani wreszcie oni sami. Na całą wieczność już ten chłopiec będzie się znęcał nad tą nieszczęsną muchą.
No, ale może zostanie naukowcem.
I wtedy eksperymenty z muchą będą uprawnione i opłacone.
Czy jest on przy tym przeciwieństwem więźnia, który oswaja pająka? Czy przeciwnie – udomowienie świata i dręczenie go są sobie równoznaczne?
No, bo jeśli zostanie naukowcem.
Czy oznacza to, że nieważne, czy to co robimy jest etyczne, ważne, żeby spełniało swój cel, czyli intensyfikowało nasze doznania? Nawet jeśli mają to być najwznioślejsze doznania i myśli o Bogu? Czy możemy zaakceptować tę zasadę w ogóle? A wtedy, gdy wiemy, że intensyfikacja doznań ma rozproszyć nudę?
Czy ta mucha jest kwintesencją kapitalizmu? Czy niepohamowany rozwój zarabiania poprzez czynienie ziemi sobie poddaną (jak o tym pisze Marek Włodarczak) rozprasza nudę?
Siedzimy w tej dziurze, a chłopiec na nas patrzy i patrzy bez końca. I znikąd ratunku.
Za czasów Mao Tse Tunga Chiny dotknęła plaga much. Każdy Chińczyk musiał codziennie zabić co najmniej jedną muchę. Gdy zniknęły muchy, Chiny nawiedziła plaga wygłodniałych wróbli. Każdy Chińczyk musiał zabić codziennie jednego wróbla. Pewien podróżnik zapytany po podróży do Chin, jak tam jest, odpowiedział: W Chinach jest strasznie być muchą. Jest też strasznie być wróblem. I strasznie jest być Chińczykiem.
Damien Hirst, Barbecue z muchami
Willem Claesz Heda (1594-1680), Martwa natura z muchą
Ach, te muchy…
Będzie dalej… Może nawet dużo. Bo to jest ważne pytanie: jak mamy się ustosunkowywać do tego, co napisano lub stworzono kiedyś? Krytykować, jak ja tutaj, zmieniać na dzisiejszą modłę (netfliksyzacja), objaśniać i uprzedzać (o tym będzie za tydzień, ale tego też właściwie chciałabym i ja, przynajmniej tu w tym wpisie), usuwać całkowicie, a może po prostu zostawić w spokoju Kierkegaarda i jego muchę? Podpowiem, że zreblogowany wpis sprzed dwóch dni też jest na ten temat: TU
Sen Trzech króli, 1120-30, fragment kapitelu z Katedry Saint-Lazare, Autun, Francja
Uwaga – wpis obrazoburczy. Czytacie na własną odpowiedzialność.
Ewa Maria Slaska
Mędrcy świata, monarchowie, gdzie śpiesznie dążycie? Powiedzcież nam Trzej Królowie, chcecie widzieć Dziecię? Ono w żłobie nie ma tronu, i berła nie dzierży, a proroctwo jego zgonu, już się w świecie szerzy.
Mędrcy świata, złość okrutna, Dziecię prześladuje, wieść okropna, wieść to smutna, Herod spiski knuje. Nic monarchów nie odstrasza, do Betlejem spieszą, gwiazda zbawcę im ogłasza, nadzieją się cieszą.
Przed Maryją stoją społem, Niosą Panu dary. Przed Jezusem biją czołem, składają ofiary. Trzykroć szczęśliwi królowie, Któż wam nie zazdrości? Cóż my damy, kto nam powie, pałając z miłości.
Oczywiście wszyscy wiemy, że Trzej Królowie to pozostałość po starożytnych triadach bogiń i bogów. W trójcy bogiń były zawsze Dziewica, Nimfa, czyli Matka i Starucha, Pani Piekieł. Trójca męskich bogów naśladowała triady kobiece i składała się z Boga Początku, Boga Życia i Boga Śmierci. Byli to trzej osobni bogowie. Dopiero chrześcijańska Trójca Święta, ta, którą dobrze znamy, a która składa się z Ojca, Syna i Ducha Świętego, uważa te trzy elementy triady za emanacje tej samej Istoty. W gruncie rzeczy ta stosunkowo niedawna interpretacja starożytnego prototypu, tylko nieznacznie przesuwa akcenty – najważniejszy staje się Bóg Ojciec, który i daje życie, i go pilnuje i może je odebrać. Syn i Duch są tylko pobocznym uzupełnieniem, ale teologowie nic na to nie mogą poradzić, że my, ludzie z jaskiń, wciąż jeszcze potrzebujemy trzech pradawnych bogów – Boga Piorunów, Boga Polowań i Boga Śmierci. I że, jak głębiej pogrzebiemy w naszych lękach i magicznych zabiegach, to okaże się, że są to starsze od Trzech Bogów Trzy Boginie – Kora, Potnia i Hekate.
Trzy księżniczki baktryjskie
Jedyną (chyba) religią, która konsekwentnie zlikwidowała starożytne triady był ustanowiony przez faraona rebelianta – Echnatona kult Jedynego Atona, przejęty przez Mojżesza i “wyprowadzony” z Egiptu do Ziemi Obiecanej. Echnaton rządził zbyt krótko, by jego koncepcja Boga Jedynego zdążyła się ugruntować i przetrwać. Ale Żydzi mieli dość czasu i to tam właśnie, w Ziemi Obiecanej, utrwaliła się religia oparta na KONCEPCJI boga, który był jedyny i którego Prawo zostało zapisane w Księdze.
Izraelici czcili więc wymyślonego jednego Boga, jednoosobowego i jedynego, o którym mówili Jahwe, który był Obcy, Daleki, Bezimienny. Był on surowy i chyba nie mógł inaczej, musiał karać za odstępstwo, bo odstępstwo było łatwe, znajome, naturalne. Trzy Boginie lub Trzej Bogowie byli zawsze, Ten Jeden Bóg był Nieznany i Obcy, co gorsza jego pierwszą wersję ich przodkowie poznali w Egipcie, Kraju Niewoli. Ten Obcy Bóg groził karami za czczenie bogów okolicznych narodów.
Ja jestem Jahwe, Twój Bóg, który cię wywiódł z ziemi egipskiej, z domu niewoli.
Nie będziesz miał innych bogów obok mnie.
Nie będziesz czynił żadnej rzeźby ani żadnego obrazu tego, co jest na niebie wysoko, ani tego, co jest na ziemi nisko, ani tego, co jest w wodach pod ziemią!
Nie będziesz oddawał im pokłonu i nie będziesz im służył, ponieważ Ja Jahwe, twój Bóg, jestem Bogiem zazdrosnym, który karze występek ojców na synach do trzeciego i czwartego pokolenia względem tych, którzy Mnie nienawidzą.
Okazuję zaś łaskę aż do tysiącznego pokolenia tym, którzy Mnie miłują i przestrzegają moich przykazań.
Nie będziesz wzywał imienia Boga twego, Jahwe, do czczych rzeczy, gdyż Jahwe nie pozostawi bezkarnie tego, który wzywa Jego imienia do czczych rzeczy.
My to znamy na pamięć w wersji uproszczonej do nierozpoznania: Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną. Ci cudzy bogowie często pojawiali się jako triady, trójce bogów.
Rzym: Trójca Kapitolińska Jowisz, Junona i Minerwa
Hinduizm: Brahma (Kriszna), Wisznu, Sziwa
Chiny: Fu Lu Shou (trójca bóstw gwiezdnych) Fuxing bóg szczęścia, Shouxing bóg długowieczności i Luxing bóg kariery
Niektóre triady zrastały się w jedną trójosobową postać, jak potrójna Hekate albo trójca prasłowiańska tzw. „Trzygłów” (Triglav)
Hekate Potrójna i Trzygław, rzeźba współczesna z Parku Słowiańskiego na Wolinie.
Chrześcijaństwo przywróciło więc tylko starożytną trójcę, tracąc tym samym cechę podstawową religii monoteistycznej – Jedynego Boga. I choćbyśmy się nie wiem jak zaklinali i bożyli, że jak “bonie dydy”, wierzymy w Jednego Boga, to przypomnijmy sobie Wyznanie Wiary, czyli Credo:
Wierzę w jednego Boga, Ojca Wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi, wszystkich rzeczy widzialnych i niewidzialnych. I w jednego Pana Jezusa Chrystusa, Syna Bożego Jednorodzonego, który z Ojca jest zrodzony przed wszystkimi wiekami. Bóg z Boga, Światłość ze Światłości, Bóg prawdziwy z Boga prawdziwego. Zrodzony a nie stworzony, współistotny Ojcu, a przez Niego wszystko się stało. On to dla nas ludzi i dla naszego zbawienia zstąpił z nieba. I za sprawą Ducha Świętego przyjął ciało z Maryi Dziewicy i stał się człowiekiem. Ukrzyżowany również za nas, pod Poncjuszem Piłatem został umęczony i pogrzebany. I zmartwychwstał dnia trzeciego, jak oznajmia Pismo. I wstąpił do nieba; siedzi po prawicy Ojca. I powtórnie przyjdzie w chwale sądzić żywych i umarłych, a Królestwu Jego nie będzie końca. Wierzę w Ducha Świętego, Pana i Ożywiciela, który od Ojca i Syna pochodzi. Który z Ojcem i Synem wspólnie odbiera uwielbienie i chwałę który mówił przez Proroków. Wierzę w jeden, Święty, powszechny i apostolski Kościół. Wyznaję jeden chrzest na odpuszczenie grzechów. I oczekuję wskrzeszenia umarłych. I życia wiecznego w przyszłym świecie. Amen.
C.b.d.o.
***
We Włoszech z kolei… ale to niech już opisze znawca Włoch, czyli cytowany już tu wielokrotnie Jacek Pałasiński:
Jesteście, P.T. Czytelnicy gotowi? Nie? No to hajże po skarpetę! Dzisiejszej nocy odwiedzi Was pewna brzydka starucha. Upewni się, czy śpicie i wedrze się do waszego domu, a jak się okaże, że głosowaliście na szajkę (tak autor określa tych, co u władzy – przyp. EMS), to do skarpety nawrzuca wam węgla. Rosyjskiego, oczywiście, z Donbasu, oczywiście, bo szajka zasiarczony węgiel z Ludowych Republik Ługańskiej i Donieckiej przedkłada ponad inne. A jeśli byliście grzeczni, chodziliście na manifestacje, dezawuowaliście przestępstwa, machlojki i oszustwa szajki, to może starucha wrzuci wam do zawieszonej na kominku skarpety cukierka. Starucha ma na imię Befana. A „Befana”, to takie włoskie, ludowe przekoślawienie oryginału, czyli ἐπιφάνια, epifania, a epifania to objawienie. W tym wypadku objawienie boskiej natury dzieciątka Jeszua trzem mędrcom ze Wschodu, który, śledząc „gwiazdę” (Mt 2,1-12.16), przynieśli boskiemu Dziecięciu dary: złoto, kadzidło i mirrę, a kto nie wie do dziś, co zacz mirra, niech podłubie w źródłach. W suku w Damaszku straganiarze oferowali mirrę i D.O. oczywiście kupił, ale gdzieś mu się w licznych przeprowadzkach zadziała. Giotto przedstawił „gwiazdę” jako kometę, prowadzącą Trzech Mędrców (zupełnie niepoprawnie zwanych „królami”) do stajenki w Bet Lehem, co po hebrajsku oznacza dosłownie „Dom Chleba”, czyli po prostu piekarnię. No bo Giotto był w 1301 r. świadkiem „przebiegu” po nieboskłonie komety Haleya i tak mu się skojarzyło. Ale od tego czasu nikt inaczej owej „gwiazdy” betlejemskiej inaczej nie przedstawiał, jak tylko kometę, co jest bez sensu, bo gwiazda i kometa to są dwa zupełnie odmienne ciała niebieskie. Do dziś mędrcy (choć nie tamci trzej, ze Wschodu) zachodzą w głowę, cóż to mogło być za światło, które Trzech Mędrców prowadziło, bo, jakby tu powiedzieć, „gwiazda” na pewno nie. Może jakieś małe UFO? „Epifania” to termin, używany przez Kościoły zachodnie, te wschodnie, nieco mniej od zachodnich heretyckie, na objawienie boskiej natury Jeszuy, używają bardziej precyzyjnego terminu „Teofania”. Z kolei muzułmanie używają terminu „epifania” na pojawienie się na końcu czasów ludzi wezwanych przez Allaha, którzy położą kres niesprawiedliwościom i niedoskonałościom gatunku ludzkiego. Drodzy muzułmanie, co, wy gazet nie czytacie? Tacy ludzie już się objawili, nazywają się „szajka”, a jak nie wierzycie, to obejrzyjcie wiadomości w kurwizji (https://tvn24.pl/…/afera-mailowa-nowa-odslona-mail-z…). W każdym razie we Włoszech z „epifanii” najpierw zrobili „bifanię”, a potem „befanię”, skąd już tylko krok do Befany. Befana ma źródła mało chrześcijańskie, dlatego w Kościele łatwego życia nie miała. Wywodzi się z hellenistycznej odmiany mitraizmu, dla którego 12 dni po równonocy zimowej, w Saturnaliach jako Diem Natalis Solis Invicti, obchodzono w Cesarstwie Rzymskim równocześnie, jako święto śmierci oraz święto odrodzenia Matki Natury. Rzymianie wierzyli, że przez te 12 dni (a raczej nocy) kobiety latają nad polami, by dodać im siły rozrodczej. 12 dnia umierały dla Rzymian zeszłoroczne plony, a te, przygotowane pod wiosenny zasiew, nabierały ducha, który sprawi, że w ziemi się odrodzą i rozmnożą. I właśnie Befana była jedną z tych kobiet, latających nad polami, by dać im płodność. Bogiem a prawdą to zastąpiła Dianę, która wcześniej dokonywała tych nalotów. Befana odpoczywała w ludzkich domach i osądzała ich mieszkańców: dobrych nagradzała, złych karała. Aha: ten 6 stycznia, w którym mędrcy mieli dotrzeć do betlejemskiej stajenki, to nie jest wynalazek wczesnochrześcijański; datę tę zaproponował pod koniec IV w. święty Epifaniusz z Salaminy, przez Kościoły wschodnie uważany za ojca Kościoła. Dzisiaj by sprawiał mnóstwo kłopotów, bo energicznie przeciwstawiał się kultowi Maryi i równie energicznie zwalczał kult obrazów. (D.O. nieodmiennie namawia do przeczytania w Wikipedii hasła „Dekalog” i odbycia refleksji, jak też to się stało, że Kościoły chrześcijańskie, zwłaszcza zachodni, spokojnie wyeliminowały sobie Drugie Przykazanie Boże i, żeby się liczba zgadzała, podzieliły na dwa Przykazanie Dziewiąte, każąc wiernym wierzyć, że Pan Bóg zstąpił na Ziemię, by dać rodzajowi ludzkiemu Przykazanie o treści „ani żadnej rzeczy, która jego jest”). Ufff… No, dobrze, możesz, Czytelniku, zapomnieć o skarpecie dla Befany, ale nie zapominaj, żeby się przyzwoicie zachowywać i nie sprzedawać ojczyzny za 500 srebrników.
***
O!, poważnie się zrobiło. Oczywiście nie sprzedamy. Obyśmy jednak nie zapomnieli, że święto to jednak święto, przypomnę tu dwa królewskie wypieki pieczone z okazji święta Trzech Króli – Ciasto Królewskie i Szczodraki:
Ten wypiek nieco przypomina rogale marcińskie – jest to ciasto francuskie nadziewane masą migdałową. Z kolei szczodraki to drożdżowe ciastka nadziewane kapustą, czyli coś w rodzaju kulebiaczków, albo czymś na słodko, np. dżemem albo masą sernikową. Czyli też jakaś odmiana rogali marcińskich.
I w szczodrakach i w cieście królewskim coś się zapieka – figurkę, migdał, ziarnko fasoli. Osoba, która znajdzie zapieczonego fanta, zostaje królem, fasolowym, migdałowym, karnawałowym. Królem. A ten król to wzór postaci Sancho Pansy i jego nadziei na gubernatorstwo wyspy. Pisałam już o tym kilkakrotnie (np. TU), ale nigdy nie zawadzi przypomnieć.
Jakob Jordaens, Fasolowy Król (1640 – 1645)
Pewien młody człowiek poinformował swoją mamę, a ona mnie, że obecnie w Berlinie pojawił się od dawna znany w Niemczech północnych nowy sposób wybierania króla karnawału: kupuje się pączki w cukierni i je się tak długo, aż się trafi na pączek nadziany musztardą. Tak się zostaje Musztardowym Królem.
***
Dodatki od Czytelniczek i Czytelników nadesłane w ciągu dnia:
Ela Kargol o naszej dzisiejszej wyprawie do malarza, Wiesława Fiszbacha – ma nas trzy sportretować, a my się postanowiłyśmy pokazać w naszej prawdziwej postaci:
Powiedzcież nam trzy królowe, gdzie spiesznie dążycie? do artysty, het na Neukölln umilić mu życie!!!
(Dodatek od Adminki: poszłyśmy do Wiesława Fiszbacha, a o nim będzie na samym dole)
ElaEwaKrysia
Mietek Węglewicz
Trzech Króli (kolęda)
Idą mędrcy wschodu, przez calutki świat dookoła globu dwa tysiące lat Czy pustynia, czy oaza mróz, czy żar się leje Kacper, Melchior i Baltazar idą do Betlejem Baltazara boli kostka Kacper łapie dech Melchior mówi ,,łaska boska że nie sam, we trzech” Idą trzej królowie, dwa tysiące lat i dziękują Bogu za ten piękny świat
Ewa Maria Slaska upiekła szczodraki, a Ela Kargol przypomniała poprzednie świętowania Trzech Króli
To jeszcze ja, Adminka: W szczodrakach zapiekłam słodkie nadzienie z makiem, orzechami i migdałami, po to by nam się dobrze wiodło. Był też jeden cały orzech. Królową Orzechową została Krysia!
*** Trzej Królowie to nie tylko koniec okresu świątecznego w chrześcijaństwie, ale praktycznie rzecz biorąc w każdej religii na świecie, która raczyła zauważyć zjawiska na niebie i ziemi, takie jak przesilenie zimowe, czy przybywanie dnia “na barani skok”. W tradycji słowiańskiej okres ten nazywał się Szczodre Gody. Stąd szczodraki. Niech się nam wszystkim szczodrze wiedzie! ***
A to nasz wczorajszy Karnawałowy Król, Wielki Gubernator Baratarii w Berlinie, artysta Wiesław Fiszbach:
Wpis z inspiracji Danuty Starzyńskiej-Rosieckiej. Dziękuję.
Edgar Maxence (1871–1954) francuski malarz symboliczny, Portret dziewczyny z irysami (1948 ) Kazimierz Sichulski, Irys, 1911, Muzeum Narodowe w Krakowie Maria Wiik, (1853-1928) malarka fińska, Irysy
Julian Tuwim Irysy
Ciemnych irysów dostałem pęk, Nie wiem od kogo. Serce me drżący ogarnął lęk, Ciemnych irysów dostałem pęk I patrzę na nie z dziecinną trwogą: “Co też te kwiaty mi przynieść mogą?” — Lęk.
I list dostałem. Słowa: “Bez słów” Jeno w nim były. …Jak tchnienie dawnych najdroższych bzów, Żal mi przyniosły słowa: “Bez słów”… Śród wspomnienia słodkiej bezsiły Znów mi się oczy twoje przyśniły, Znów…
***
Na obrazie poniżej Irysy nad morzem, obraz namalowany w roku 1993 przez Jamie Wyetha, syna słynnego Andrew Wyetha, przedstawiający latarnię morską na Southern Island w stanie Maine. Andrew i Jamie Wyethowie byli właścicielami latarni od roku 1978 i być może to oni właśnie posadzili wokół latarni błękitne irysy.
Autorką tych irysów jest Henriette, siostra Andrew, jeszcze jedna malująca osoba z tej wielce utalentowanej rodziny. Zasłynęła głównie z portretów i martwych natur. Uczyła się u swego słynnego taty, od kiedy ukończyła 11 lat, a potem studiowała malarstwo. W dzieciństwie chorowała na paraliż dziecięcy (choroba Heinego-Medina) i była częściowo sparaliżowana. Malowała prawą ręką, a rysowała lewą.
*** Irysy to moje ulubione kwiaty. Najpiękniejsze są ciemnoniebieskie. Zimne. Tak jak je przedstawiła Vicky Oldfield, współczesna graficzka brytyjska.
KÖNIG GALERIE presents MACHINE HALLUCINATIONS: NATURE DREAMS, Refik Anadol’s second large-scale solo exhibition in Germany. Almost two years after his site-specific installation LATENT BEING, the artist returns to Berlin to reveal the aesthetic outcomes of his research into the intersection of human consciousness, archives of nature, and machine intelligence.
MACHINE HALLUCINATIONS: NATURE DREAMS, designed specifically for KÖNIG GALERIE, comprises three novel aesthetic approaches to a vast photographic dataset of nature: A giant data sculpture displaying machine-generated, dynamic pigments of nature titled NATURE DREAMS, four new series of data paintings, and WINDS OF BERLIN, a site-specific, public art projection on the tower of ST. AGNES which will be created based on environmental real-time data collected from the city.
Anadol is a pioneer in the world of rare digital art and crypto collectibles, minting the first fully immersive digital artwork NFT in September 2021. For KÖNIG GALERIE he creates unique NFT options: the AI data sculpture NATURE DREAMS, and his public projection, WINDS OF BERLIN, which will mark the first time a generative public artwork in Berlin to be offered in NFT form.
An architectural exhibition of synesthetic reality experiments based on GAN algorithms developed by artificial intelligence and inspired by fluid dynamics, NATURE DREAMS turns datasets into latent multi-sensory experiences to commemorate the beauty of the earth we share.
“I am very excited to be back in Berlin to transform the façade of the iconic ST. AGNES church into a data sculpture and showcase our most cutting-edge AI data paintings from the MACHINE HALLUCINATION series. Our studio’s exploration of digital pigmentation and light through fluid solver algorithms draws inspiration from nature-themed datasets, using the most innovative methods available to AI-based media artists.
Refik Anadol
MACHINE HALLUCINATIONS is an ongoing exploration of data aesthetics based on collective visual memories of space, nature, and urban environments. Since the inception of the project during his 2016 during Google AMI Residency, Anadol has been utilizing machine intelligence as a collaborator to human consciousness, specifically DCGAN, PGAN and StyleGAN algorithms trained on these vast datasets to reveal unrecognized layers of our external realities.
Anadol and his team collect data from digital archives and publicly available resources, then process the millions of photographic memories with machine learning classification models. The sorted image datasets are then clustered into thematic categories to better understand the semantic context of the data universe. This expanding data universe not only represents the interpolation of data as synthesis, but also becomes a latent cosmos in which hallucinative potential is the main channel of artistic creativity. As a thoroughly curated multi-channel experience, MACHINE HALLUCINATIONS offers a new form of sensational autonomy via cybernetic serendipity.
Refik Anadol is a media artist and pioneer in the aesthetics of machine intelligence, and the director of Refik Anadol Studio in Los Angeles. Since 2008, his works have explored the space among digital and physical entities by creating a symbiotic relationship between architecture, science, technology, and media arts. As an artist and a spatial thinker, he addresses the challenges, and the possibilities, that ubiquitous computing has imposed on humanity, and what it means to be a human in the age of AI.
Coining the terms “data painting” and “latent cinema”, Anadol has invited his audience to imagine alternative and dynamic realities by re-defining the functionalities of both interior and exterior architectural elements. He tackles this by moving beyond the integration of media into built forms and translating the logic of a new media technology into spatial design. Anadol’s site-specific three-dimensional data sculptures, liveaudio/visual performances, and immersive installations take many virtual and physical forms. Entire buildings come to life, floors, walls, and ceilings disappear into infinity, vivid aesthetics take shape from large swaths of data, and what was once invisible to the human eye becomes visible.
Foto Ela Kargol 25.11.2021 at 18:00
REFIK ANADOL STUDIO consists of artists, architects, data scientists, and researchers from diverse professional and personal backgrounds, embracing principles of inclusion and equity throughout every stage of production. While the studio is located in Los Angeles, its members originate from 10 different countries and are collectively fluent in 14 languages. Since 2014, REFIK ANADOL STUDIO’s site-specific public art projects comprised vast and multidimensional urban typologies, inspiring participation, interaction, and appreciation of art in diverse communities around the world. The members share Anadol’s vision of blurring the boundaries between art, science, and technology with a focus on creating new public spaces and screens by augmenting existing architectural elements and buildings facades.
Ela Kargol, Krystyna Koziewicz & Ewa Maria Slaska in front of church tower 25th of Nov 2021 at 18:00
BIO
Refik Anadol’s (b. 1985, Istanbul, Turkey) work has been shown worldwide in numerous institutional exhibitions including the Venice Architecture Biennale (2021); the National Gallery of Victoria 2020 Triennal, Melbourne (2020); MUTEK, Montreal (2020); Centre Pompidou, Paris (2020); National Museum of China, Beijing (2019); Fotografiska, Stockholm (2019); ZKM, Karlsruhe (2019, 2018); the Istanbul Biennal, Istanbul (2015); Marta Herford Museum, Herford (2010); the Contemporary Art Center – sentralistanbul, Istanbul (2008). Public audio-visual performances took place in locations throughout the world such as the Walt Disney Concert Hall, Los Angeles (2018, 2014); Ars Electronica, Linz (2017, 2011, 2010); the Arc de Triomf, Barcelona (2011); the European Capital of Culture, Essen (2010) and many others. The artist has been honoured with the Lorenzo il Magnifico Lifetime Achievement Award for New Media Art (2019); the German Design Award (2017); the Microsoft Research’s Best Vision Award (2013), amongst others.
Młody człowiek rozmawiając z różnymi ludźmi, zadaje im pytanie: czy boją się śmierci? W szerszym wymiarze pytanie to brzmi: czy ludzie chcą żyć wiecznie? Odpowiedzi, jak się można domyślać, są różne. Ela odpowiedziała, że ludzie nie chcą żyć wiecznie, ale nie chcą umierać. Inna starsza pani powiedziała z kolei, że może nie trzeba od razu wierzyć w wieczne życie pozagrobowe, ale byłoby pewną pociechą, gdyby tam (TAM) na przykład była – łączka.
Autorce (czyli Admince) się ta odpowiedź bardzo spodobała. Bo Raj, podobnie jak Piekło, to byty wieczne, mocne i konkretne, tymczasem już samo słowo “łączka” zakłada ulotność, niewieczność. Umieramy, idziemy na łączkę, gdzie możemy oddać się niespiesznym i niezobowiązującym rozmyślaniom o tym, że umarliśmy. Umarłość to nowy dla nas stan ducha, a może i ciała, i każdy potrzebuje trochę czasu, żeby się z tym oswoić. A gdy już się pogodziliśmy z tym, że umarliśmy, zbieramy bukiet kwiatów i odchodzimy, znikamy, rozpływamy się w nicości.
Według dziś reblogowanego autora, Pompeje wcale nie zostały zniszczone 24 sierpnia, lecz 24 października. Czyli dziś przed prawie dwoma tysiącami lat. Tekst, który dziś rebloguję, został opublikowany na Facebooku już 18 sierpnia. Skopiowałam go sobie wtedy, ale publikuję dopiero dziś. Czyli w nową rocznicę. Autorem jest Jacek Pałasiński, który sam siebie na FB określa jako Drugi Obieg czyli D.O. lub DO.
Pojawia się w nim motyw łączki.
273 lata po odkryciu Pompejów– niespodzianka! Pompeje, jak wiadomo, przysypane zostały przez popioły z Wezuwiusza w 79 r. n.e (choć nie ma pewności, co do daty, prawdopodobnie nie 24 sierpnia, tylko 24 października). Niespodzianka ta burzy wiedzę naukową na temat obrządków pogrzebowych starożytnych Rzymian. Według surowych reguł dorośli zmarli musieli zostać poddani kremacji. Nie palono tylko ciał zmarłych dzieci, którym nie wyrosły jeszcze zęby. Kremacja była też aktem oczyszczenia zmarłego z grzechów ziemskich; unikanie tego rytuału ściągało na zmarłego gniew bogów. A tu – proszę! Na wschodnim krańcu tego cudownego, rzymskiego miasta, którego każda wizytacja sprawia, że D.O. żałuje, że nie żył w I wieku n.e., odnaleziono grobowiec, a w nim częściowo zabalsamowane ciało! Grobowiec zawiera doczesne resztki Marcusa Veneriusa Secundio – byłego niewolnika, czyli wyzwoleńca – który był pierwszym strażnikiem bardzo ważnej świątyni Wenus, której Pompeje były poświęcone, a także sługą Augustów i wreszcie Sacerdos Augustalis (kapłanem Augustów), czyli członkiem kolegium kapłanów kultu cesarskiego. Dzięki inskrypcjom wiemy, że grobowiec przygotowywany był przez zmarłego bardzo skrupulatnie przez co najmniej kilka lat przed śmiercią. Ściany ozdobione malunkami przedstawiającymi zielony szczęśliwy ogród (idea raju musiała być wtedy ludziom nieobca). System zapieczętowania grobowca był bardzo szczelny; nie przedostał się przezeń nawet najmniejszy powiew. W tekście wyrytej w marmurze inskrypcji nagrobnej znajduje się pierwsza znaleziona przez naukowców wyraźna wzmianka o użyciu greki w przedstawieniach teatralnych, które miały miejsce w lokalnym amfiteatrze. Zachowały się fragmenty ciała, fragmenty ubrania, a przede wszystkim – być może – wyjaśnienie, dlaczego Marcus Venerius zdecydował się zrezygnować z pośmiertnego oczyszczenia. Obok jego ciała, w obudowie grobowca, znajdowały się urny z prochami kobiety zwanej Novia Amabilis (Ukochana) oraz prochy co najmniej trojga dzieci. Novia mogła być żoną Marcusa Veneriusa, albo jego córką, zaś dzieci, które zmarły młodo, mogły być jego dziećmi lub wnukami. Tego się raczej nie dowiemy, ale hipoteza, że nawet po śmierci nie chciał się rozstawać z ukochanymi wydaje się D.O. bardzo sugestywna i pociągająca.
Archeologia śmierci
Ten zielony ogród to inna wersja “łączki”. Próbuję przypomnieć sobie, czy znam więcej takich łączek? Upaniszady, czyli posiadywanie na trawie. Tak się o upaniszadach mówiło za moich młodych lat. Niestety dokładniejsze tłumaczenia współczesne brzmią już mniej poetycki: siedzieć nisko. Szkoda, bo nisko można siedzieć wszędzie, również jako pokutnik na skraju ogniska, albo poddanki u stóp królowej, a siedzieć na łące i słuchać o bogach wedyjskich, to piękny obraz. Bo Upaniszady (dewanagari उपनिषद्, trl. Upaniṣad, ang. Upanishads) to najpóźniejsze, pochodzące z VIII–III w. p.n.e., teksty z wedyjskiego objawienia (śruti) o treści religijno-filozoficznej.
Ale jednak Upaniszady to historia o tym, że siadamy na łące. Bo oto król Paesi wyjeżdża na przejażdżkę rydwanem i widzi już z daleka tłum ludzi siedzących na łące. Jest to jego królewska łąka w jego królewskim parku. Tymczasem jest tam tłum. Woźnica mówi mu, iż tam na łące mędrzec Keśin [uczeń Parœwanathy] naucza o tym, że jest pięć rodzajów poznania, a jednym z nich jest jasnowidzenie i że mędrzec ów twierdzi, jakoby dusza była odrębna od ciała. Król jest zaciekawiony opowieścią woźnicy, udają się więc obaj tam, gdzie naucza mądry mnich. Mnich i król rozmawiają przez czas jakiś, aż król pyta, czy może przysiąść na chwilę. To twoja łąka, panie, odpowiada mędrzec, zawsze możesz na niej przysiąść i posłuchać.*
I tak to się zaczęło.
Uważa się dość powszechnie, że idee, jakie reprezentują Upaniszady są zbliżone do podstaw filozofii europejskiej, do filozofii Pitagorasa i Platona zwłaszcza w takich dziedzinach jak źródła wiedzy, pojęcie sprawiedliwości, droga zbawienia, a nawet platońska alegoria jaskini. Nie wiadomo jednak, czy rzeczywiście jest tak, że Pitagoras zawędrował aż do Indii, czy też może jacyś bramini hinduscy przybyli do Aten, albo innego greckiego miasta. Może nawet celowo – po to, żeby się spotkać z Platonem! Dowodów nie ma, są tylko przypuszczenia i supozycje, może więc było tak, jak to się nieraz w historii myśli ludzkiej zdarzało, że te same koncepcje objawiały się niezależnie od siebie w różnych miejscach na kuli ziemskiej. Najsłynniejszą teorię takich równoległych etapów rozwoju opracował Karl Jaspers, niemiecki filozof i psycholog i nazwał ją Achsenzeit, czas osi. Był to okres pomiędzy VIII a III wiekiem przed naszą erą w Persji, Indiach, Chinach, Palestynie i świecie grecko-rzymskim, a podobieństwa, jakie objawiały się w religii i filozofii tych odległych kręgów kulturowych były uderzające, mimo że badacze nie odnotowują jakichś znaczących kontaktów między tymi kulturami. Okres ten miał wywrzeć istotny wpływ na kształtowanie się naszej świadomości, mentalności i filozofii. Teoria Jaspersa odegrała znaczną rolę w dyskursie filozoficznym XX wieku, mimo że… jest zapewne nieprawdziwa. Antropolodzy kulturowi twierdzą bowiem, że nie da się jej udowodnić, a historycy religii, że nie mogła być ważna, skoro brakuje w niej takich znaczących postaci jak Mojżesz, Jezus, Mahomet i Echnaton.
* Dysputa między materialistą, królem Paesim, a księciem-ascetą Keśinem. Fragment Opowieści o królu Paesim (Paesi-kahânayam) przełożył z prakrytu Piotr Balcerowicz
Podpis pod winietą: Flora zbierająca kwiaty na łące, czyli Flora z rogiem obfitości, malowidło naścienne w Stabie, trzecim mieście zniszczonym przez wybuch Wezuwiusza
To on, prawda? Don Kichot. Czasem się go spotyka w normalnym życiu. Już pokazywałam na tym blogu moich przyjaciół – Don Kichotów, kompozytor Michał Talma Sutt i Arek Łuba, dziennikarz, Marek Maj, poeta, teraz pojawił się kolejny, gdański malarz Czesław Tumielewicz.
Zastanawiałam się jak tego znalezionego przypadkiem na Facebooku zaprzyjaźnionego Don Kichota umiejscowić na blogu. Oczywiście jako założycielka szlachetnej gałęzi nauki zwanej baratarystyką nie muszę w ogóle uzasadniać, dlaczego piszę o Don Kichocie, utopiach, Sancho Pansie, czy wiatrakach. Piszę, bo taką mam ochotę. Ale nawet w tej beztroskiej dowolności, gdy muszę, chcę, powinnam wybrać jakiś dzień, zastanawiam się nad tym, który. Tym razem zastanowiłam się nad imieniem Don Kichota. Bo czy my w ogóle wiemy, jak on miał na imię? Znawca po chwili zastanowienia wykrzyknie zadowolony: wiem, Alonzo! I tak też właśnie jest. Alonso Quixano ( Alonso Quijano). Ale, hola, to wcale nie jest takie znowu proste. Bo nasz bohater ma nazwisko w miarę od początku powieści, ale właściwie od razu jest ono przerobione na jego przybrane imię Pan Kichot, natomiast imię – Alonso Quijano – pojawi się dopiero w ostatnim rozdziale II części i wcale nie po to, żebyśmy my jako czytelnicy wiedzieli wreszcie po 15 latach i stu rozdziałach, z kim mieliśmy do czynienia? Nie, imię pojawia się z przyczyny znacznie bardziej skomplikowanej. Oto pomiędzy wydaniem części I (1601 rok) a drugiej (1615) pewien plagiator-uzurpator, Alonso Fernández de Avellaneda, wydał w roku 1614 swoją wersję przygód Don Kichota i podał tam również jego imię: Martín Quijada. Tego Cervantesowi było doprawdy za wiele i ze świętego oburzenia na oszusta napisał był część drugą swej opowieści o chudym rycerzu na chudym koniu. Pod koniec części II Don Kichot dowiaduje się o tym, że istniej fake jego dziejów, który głosi między innymi, że ma na imię Marcin i że przestał kochać Dulcyneę z Toboso. Cervantes poświęca sporo miejsca dyskusji z plagiatorem i prostuje wszystkie jego supozycje. Stąd właśnie również “prawdziwe” imię: Alonzo, zauważmy przy tym, że jest to imię jego adwersarza.
W dwóch tłumaczeniach Don Kichota na polski, u Zakrzewskiego i u Charchalisa, imię bohatera w ogóle się nie pojawia, ale zawsze można liczyć na wierność i dokładność tłumaczenia Anny Ludwiki Czerny i Zygmunta Czerny (Warszawa PIW 1955): “Naprawdę umiera i naprawdę jest zdrów na umyśle Alonzo Quijano Dobry. (…) Panowie – rzekł Don Kichote – powoli, powoli, bowiem w gniazdach zeszłorocznych nie ma w tym roku ptaków. Byłem szaleńcem, teraz jestem zdrów na umyśle; byłem Don Kichotem z Manczy, dziś jestem Alonzo Quijano Dobry. Oby mój żal i prawda przywróciły mi szacunek, jaki ichmościowie żywiliście dla mnie (…;) proboszcz poprosił notariusza, aby poświadczył, że Alonzo Quijano Dobry, zwany powszechnie Don Kichote z Manczy, rozstał się z życiem doczesnym i zmarł naturalną śmiercią; prosił o to zaświadczenie, chcąc zapobiec, aby jakiś inny autor, prócz Sidi Hameta Ben Engelego*, nie wskrzesił go oszukańczo i nie pisał niemożliwych historii jego przewag.”
Dodajmy jednak, że Alonso / Alonzo jest samodzielnym imieniem, ale wcale nie tak samodzielnym jak np. Gustaw czy Konrad, bo okazuje się, że jest to forma oboczna, głównie włoska lub rzadziej hiszpańska, męskiego imienia Alfons, co w starogermańskim oznaczało “szlachetny”.
Nie wiem, czy interesuje nas pochodzenie imienia Alonzo od Alfonsa, zwłaszcza że z Alfonsem jest nam trochę nie po drodze, głównie dlatego że to imię zostało ośmieszone w komedii Monsieur Alphonse Aleksandra Dumasa (syna), wydanej w 1873 r. Pan Alfons był sutenerem, co sprawia, że obecnie imię Alfons jest w Polsce rzadko nadawane. Nadal jednak należy do imion często występujących m.in. w Hiszpanii.
A zatem Alonzo czy Alfons? Czyli kiedy miał(by) imieniny Don Kichot?
Dla osób noszących dane imię najważniejsze jest pytanie, czy był święty jego imienia, bo wtedy obchodzi się imieniny w dniu śmierci patrona. W języku kościelnym mówi się, że danego świętego “się wspomina” tego właśnie dnia. A święty był i to po pierwsze był Hiszpanem z czasów Cervantesa, a po drugie akurat dziś przypada (w miarę) okrągła rocznica jego śmierci – 430.
Alfons de Orozco, właśc. Alonso de Orozco (ur. 17 października 1500, zm. 19 września 1591 w Madrycie) – hiszpański ksiądz i augustianin, święty Kościoła katolickiego.
Urodził się w szlacheckiej rodzinie. Studiował na Uniwersytecie w Salamance. Złożył śluby zakonne w 1523 roku, a w 1527 roku otrzymał święcenia kapłańskie. W 1549 roku wyruszył jako misjonarz do Meksyku, jednak ciężko zachorował i musiał wrócić do kraju. W 1554 roku król Karol V Habsburg mianował go królewskim kaznodzieją, a ten przeniósł się do Madrytu.
Zmarł 19 września 1591 roku – mając 90 lat – w opinii świętości.
Został beatyfikowany przez papieża Leona XIII w dniu 15 stycznia 1882 roku, a kanonizowany przez Jana Pawła II w dniu 19 maja 2002 roku.
Lubię takich świętych, którzy po prostu byli dobrymi ludźmi. Takich, których nikt nie umęczył i nie udręczył, ale też nie byli bogaczami, co to fundując klasztory i kościoły “zarobili sobie” na świętość. Do moich ulubieńców należeli dotąd św. Franciszek, św. Antoni i św. Martin de Porres, teraz dochodzi jeszcze do tej listy św. Alonzo.
My, czytelniczki książek Lucy Maud Montgomery, znamy to imię przede wszystkim z trzeciego tomu książek o Ani z Zielonego Wzgórza. Ania wyjeżdża do Redmondu na uniwersytet i poznaje tam piękną Izabelę Gordon, która przyjechała na studia, ponieważ nie mogła się zdecydować, za którego z dwóch wielbicieli ma wyjść za mąż. Jej kandydaci na męża są bogaci i występują w książce zawsze w liczbie podwójnej, jako Alek i Alonzo.
Wracamy jednak do Don Kichota.
Wydaje się dość zabawne, że cała II księga napisana przez Cervantesa powstała, jak się wydaje, jako dyskusja z fałszywą i wulgarną wersją opowieści Avellanedy o bohaterze Cervantesa. W ostatnich rozdziałach Cervantes opisuje, jak Don Kichot natyka się w drukarni w Barcelonie na ową sfałszowaną książkę o sobie, a w chwilę później spotyka Don Alvaro Tarfa, jednego z bohaterów tej fałszywej opowieści.
Spotkanie przebiega bardzo zabawnie i myślę, że każdy autor, który dla zabawy wprowadza do swojej powieści bohaterów innych książek, mógłby się w tej kwestii dużo nauczyć od Cervantesa.
— Jestem Alvaro Tarfe — odrzekł kawaler. — Czy to nie o panu przypadkiem mowa w drugiej części historii Don Kichota z Manchy? — zagadnął Don Kichot. — Właśnie o mnie — odparł kawaler — a z owym Don Kichotem w ścisłej nawet byłem zażyłości, ja go to namówiłem, że pojechał do Saragossy i rzeczywiście powinien mi być nieco wdzięcznym, bo po wypuszczeniu go z więzienia nie pozwoliłem go zelżyć na ulicy. Pan wiesz zapewne, że siedział w więzieniu za różne burdy? — Powiedz mi waszmość z łaski swojej, Don Alvaro — zapytał Don Kichot — czy ja też choć trochę podobny jestem do owego Don Kichota? — Ani źdźbła — odparł Don Alvaro. — A ten Don Kichot miał też giermka Sancho Pansa? — Tak, miał — odparł Alvaro — jakiegoś giermka tego nazwiska. Mówiono, że bardzo dowcipny, ale ja nigdy od niego nic dowcipnego nie usłyszałem. — O, wierzę bardzo — zawołał Sancho — bo nie każdemu na tym świecie dany dowcip i nie tak łatwo, jak się na pozór zdaje. Ten Sancho, o którym pan powiadasz, musi to być łajdak jakiś i wisielec, bo to ja jestem Sancho Pansa i umiem palić dowcipy na zawołanie. Jeśli pan nie wierzysz, spróbuj, zostań pan tylko przez rok ze mną, a przekonasz się, że mi co chwila z ust płyną i w takiej ilości, że wszyscy, co je słyszą, umierają ze śmiechu, choć często sam nie wiem, co gadam. Co zaś do prawdziwego Don Kichota z Manchy, tego mądrego, walecznego obrońcy i mściciela krzywd, ojca sierot, podporę wdów i panien i zakochanego na śmierć w niezrównanej Dulcynei z Toboso, jest nim właśnie mój pan, którego przed sobą widzicie. Wszelki inny Don Kichot i Sancho Pansa to kłamstwo. — Rzeczywiście, mój przyjacielu — odparł kawaler — wierzę temu, bo więcej mi w tej chwili dałeś dowodu dowcipu, niż tamten Sancho Pansa przez cały czas, com go widział; widać w nim było żarłoka i głupca, a nie dowcipnisia, i przekonywam się, że czarownicy, prześladujący prawdziwego Don Kichota, i na mnie się usadzić musieli, każąc mi dręczyć się tak długo z fałszywym Don Kichotem i tym cymbałem giermkiem jego. Ale po Bogu a prawdzie nie wiem, co powiedzieć, bo istotnie na własne oczy moje widziałem tamtego Don Kichota w szpitalu wariatów, a tu spostrzegam zupełnie innego, który tamtego nie zna wcale. — Co do mnie — rzekł Don Kichot — nie powiem waszmość panu, ażebym był dobry, ale nie jestem też najgorszy Don Kichot, i na dowód tego, Don Alvaro, powiem panu, że nigdy noga moja w Saragossie nie postała, właśnie dlatego, ażeby wręcz zadać kłamstwo autorowi, bo słyszałem o tym fałszywym Don Kichocie. (…) Nareszcie, Don Alvaro, jestem ten sam Don Kichot, o którym sława tyle rzeczy głosi, a nie ten nikczemnik, co sobie śmie przywłaszczać imię moje i chwałę. Mam pana teraz prosić o łaskę jedną, której dla poparcia prawdy przez uszanowanie dla błędnego rycerstwa nie odmówisz mi waszmość zapewne. Zeznasz osobiście na piśmie z własnoręcznym podpisem, przed miejscowym sędzią, żeś mnie pan dzisiaj pierwszy raz w życiu zobaczył i że nie jestem tym Don Kichotem, o którym mowa w drugiej części owej historii, jako też, że Sancho Pansa, mój giermek, nie jest tym, którego znałeś. — Słusznie, mości Don Kichocie — odparł Don Alvaro — dam ci to zadośćuczynienie jak najchętniej. Dziwna to wszelako rzecz widzieć jednocześnie dwóch Don Kichotów i dwóch Sanchów tego samego nazwiska i z tego samego niby kraju, a tak różniących się twarzą, uczynkami i obejściem. Wątpię prawie o tym, com widział, i zdaje mi się, że to sen być musiał. (…) Gdy Don Kichot i Don Alvaro razem wieczerzali, wszedł przypadkiem do gospody sędzia miejscowy z notariuszem, któremu Don Kichot kazał zrobić protokół z zeznania Don Alvara, jako nie znał Don Kichota z Manchy tu obecnego i jako rzeczony obecny nie był tym, którego opisuje książka pod napisem: Druga część Don Kichota z Manchy, przez jakiegoś Avellaneda z Tordesilas. Sędzia sporządził to wszystko z wielkim zadowoleniem Don Kichota, który podziękował najserdeczniej urzędnikowi usłużnemu. Wiele sobie nawzajem komplementów powiedzieli Don Alvaro z Don Kichotem, który dał tyle dowodów rozumu i wykształcenia, że Don Alvaro myślał, iż naprawdę był zaczarowany, kiedy tamtego widział Don Kichota.
A my tymczasem otwórzmy wino Don Kichot, wspomnijmy dobrego biskupa Alonzo i równie dobrego szaleńca, który wierzył w utopie, a także pisarza, który to opisał.
¡Salud!
* Dla przypomnienia, oficjalnie, w książce, to nie Cervantes jest autorem opowieści o Don Kichocie, ale arabski pisarz Sidi Hamet Ben Engele – autor zastosował tu znany chwyt: znalezienia rękopisu, kupienia go na targu, bądź opracowania go. Pierwsze z brzegu przykłady takiego zabiegu literackiego to Rękopis znaleziony w Saragossie Potockiego, Lolita i Pale fire Nabokova, powieść Sutera i film Gsponera Lila Lila.