Teresa Rudolf
Niełatwo mi będzie dziś tu wszystkie wrażenia i skojarzenia opisać, które mi będą towarzyszyć.
Już kiedyś nadmieniłam, a zdarza się to przypadkowo, że wpada mi w rękę jakiś utwór muzyczny (piosenka, melodia), które łapią mnie w swoje szpony i długo, długo z nich nie wypuszczają.
Tym razem jest to piosenka, o tytule “Gigi l’Amoroso”, którą wykonuje DALIDA. Piosenka ta jest dla mnie prawie małym dramatycznym spektaklem teatralnym, lub inaczej patrząc, wzruszającą historyjką filmową, a można by ją również po prostu opowiedzieć.
I to właśnie spróbuję zrobić, pomimo, że jest możliwość przetłumaczenia tekstu, i można po to natychmiast sięgnąć.
Zaznaczam, że zdaję sobie sprawę, że odbiór sztuki jest aktem indywidualnym, więc piszę tylko tu o “moim filmiku w głowie”, gdy oglądam to wideo.
A dzieje się to dzięki Dalidzie. “Opowiada” ona historię młodego, atrakcyjnego, włoskiego uwodziciela Gigi Giuseppe, zwanego przez wszystkich L’Amoroso, w małej, włoskiej miejscowości, gdzie w soboty wieczorem w znanej kafejce, grał na gitarze i śpiewał…
Kobiety z masteczka omdlewały ze wzruszenia i miłości, jak przystało na porządnych koncertach.
Gigi, topiąc się w uwielbieniu swego miasteczka, a szczególnie pewnej Amerykanki, poczuł, że świat jest wielki i daleki, więc zgodnie ze swoimi marzeniami i naleganiem damy z Ameryki, wyruszył na podbój USA.
Wyjazd jego pogrążył w głębokiej żałobie kochające go zamężne i samotne kobiety, począwszy od piekarzowej, “która co wtorek zamykała swój sklepik, żeby tu przyjść, a była i żona notariusza, tak niewinna, że nigdy przedtem jeszcze nie zdradziła męża, nawet wdowa po pułkowniku porzuciła żałobę, gdy powiedział, że nie lubi czarnego koloru”.
Dalida “towarzyszy” chłopakowi począwszy od kariery małomiasteczkowej, poprzez huczny wyjazd, aż po bardzo skromny powrót po pięciu latach, kiedy to, nie odniósłszy żadnego sukcesu jako genialny piosenkarz, pojawił się z powrotem z małą walizeczką.
Tłumy stęsknionych wielbicieli zgromadziły się na dworcu kolejowym, gdzie wysiadł, natychmiast rozpoznając prawdę. Ich idol płakał ze wzruszenia, a może także nad swoją przegraną karierą w dalekiej Ameryce.
Wzruszające wrażenie zrobił na mnie tłum, dający mu do zrozumienia, że nigdy nie przestał być ich ukochanym, śpiewającym królem miasteczka, a Ameryka w wyniku tej ich wierności, kurczy się do nicości.
On był znów tym “swoim własnym” Gigi L’Amoroso, przytulanym do serca małego, włoskiego miasteczka.
Piosenka ta w wykonaniu fenomenalnej Dalidy, potrafi w ciągu kilku minut przejść od nostalgii przez subiektywną porażkę młodego mężczyzny, do radości odnalezienia zaufanego, zakorzenionego w swoim rodzinnym miejscu, piosenkarza Gigi.
A kim była Dalida?
Dlaczego tak fenomenalnie w moim odczuciu zaśpiewała właśnie tę piosenkę?
Ponieważ śpiewała o doświadczeniach, które sama doskonale znała. Wiedziała już wszystko o szczycie sławy, też i o porażkach, o samotności za kulisami, o miłości, która bywa destrukcyjna, i o tęsknocie za śródziemnomorskim słońcem.
Słuchając w jej wykonaniu “Gigi l’Amoroso”, podświadomie wyczuwa się, że “w tym teatrze” nie ma ani grama fałszu. Ona nie odgrywa roli – ona staje się tą radosną i jednocześnie dramatyczną Włoszką z małego miasteczka, która również jest zakochana w amancie Gigi.
Dalida naprawdę nazywała się Iolanda Cristina Gigliotti. Urodziła się w 1933 roku w Kairze w rodzinie włoskich imigrantów. Zanim podbiła Paryż i resztę świata, w 1954 roku zdobyła tytuł Miss Egiptu.
Niedługo potem wyjechała do Francji, by spróbować sił w aktorstwie, ale to muzyka przyniosła jej nieśmiertelność.
Dalida była artystycznym kameleonem. Śpiewała w kilkunastu językach (m.in. po francusku, włosku, arabsku, niemiecku czy hiszpańsku) i potrafiła odnaleźć się w każdym stylu.
Była niekwestionowaną królową piosenki we Francji, lansując między innymi takie hity jak “Paroles, paroles” (w duecie z Alainem Delonem).
Jej sukcesy mają obecnie historyczną wartość w muzyce:
– była artystką absolutnie przełomową:
– sprzedała ponad 170 milionów płyt na całym świecie.
– jako pierwsza wykonawczyni w historii otrzymała Diamentową Płytę (w 1981 roku za 25 lat sukcesów).
– była pierwszą kobietą, która wyprzedała kultową salę Olympia w Paryżu przez kilkanaście dni z rzędu.
Lecz sława ta miała i mroczne strony, gdyż za fasadą olśniewających kreacji, uśmiechu i cekinów kryło się pasmo osobistych dramatów. Trzech mężczyzn jej życia (w tym piosenkarz Luigi Tenco oraz były mąż Lucien Morisse) popełniło samobójstwo. Dalida przez lata sama zmagała się z głęboką depresją i poczuciem samotności.
W maju 1987 roku, w wieku 54 lat, sama zdecydowała również o odejściu, zostawiając krótki, poruszający list:
Życie stało się dla mnie nieznośne. Wybaczcie mi.
Historia bohatera piosenki, tylko chwilowo pechowego Gigi za granicą swego kraju i prawdziwa historia Dalidy (z ogromnym sukcesem w najsubtelniejszych interpretacjach), nasuwa mi wiele daleko idących skojarzeń.
Po pierwsze, z jaką ironią losu spotyka się ona sama w porównaniu z Gigi?
On, w “swoim” miasteczku, gdzie wszyscy się znają, pomimo smutnego powrotu i znacznie obniżonego poczucia własnej wartości, zostaje odebrany przez tłum ze swoistą wiernością dla jego osoby, pamięcią, empatią, czułością i motywacją powrotu “do siebie”, jako ich dawnego króla estrady w ich włoskim mikroświecie.
Natomiast ona, utrzymując się ciągle na powierzchni ogromnego oceanu światowej sławy i ciągłych jego oczekiwań, była samotną, zagubioną kobietą, aż do momentu, gdy już nie starczyło jej sił na unoszenie się na tej, tak anonimowej bezbrzeżności.
W świecie muzyki presja estrady i samotność, destrukcyjne nałogi bardzo często prowadziły do przedwczesnych odejść, co sprawia, że historie takich śmierci do dziś budzą wiele emocji i czasem obrastają w mity.
W historii muzyki mamy niestety wiele wybitnych postaci, które odebrały sobie życie.
Oto kilka najbardziej znanych przykładów z różnych epok i gatunków muzycznych:
Kurt Cobain – lider i wokalista legendarnego zespołu Nirvana, zmarł w 1994 roku.
Chris Cornell – głos zespołów Soundgarden i Audioslave, zmarł w 2017 roku.
Ian Curtis – charyzmatyczny wokalista post-punkowej grupy Joy Division, zmarł w 1980 roku.
Keith Flint – wokalista i tancerz elektronicznej grupy The Prodigy, zmarł w 2019 roku.
Avicii (Tim Bergling) – szwedzki DJ, producent i wokalista/ twórca hitów muzyki elektronicznej, zmarł w 2018 roku.
Natomiast wbrew początkowo powszechnej opinii Amy Winehouse nie popełniła samobójstwa, zmarła w lipcu 2011 roku w wieku 27 lat z powodu przypadkowego zatrucia alkoholem, wstrząsu po nagłym spożyciu ogromnej ilości alkoholu po okresie dłuższej abstynencji.
Podobnie jak w przypadku Amy, śmierć Whitney Houston w lutym 2012 roku również nie była samobójstwem. Oficjalny raport wykazał, że artystka przypadkowo utonęła w wannie, a do tragedii przyczyniła się chroniczna choroba serca (plus miażdżyca) oraz częste zażywanie kokainy.
Osobiście bardzo boleśnie przeżyłam odejście austriackiego muzyka-poety-piosenkarza Ludwiga Hirscha, zmarłego w roku 2011 w wieku 65lat w wyniku samobójtwa w szpitalu wiedeńskim.
W historii polskiej muzyki było również kilku znanych i cenionych artystów, którzy odebrali sobie życie. Do najbardziej znanych należą:
Mirosław Breguła – wokalista, gitarzysta i lider popularnego, szczególnie w latach 80. i 90., zespołu Universe (znanego z takich hitów jak „Mr. Lennon” czy „Wołanie przez ciszę”). Zmagał się z chorobą alkoholową i depresją; odebrał sobie życie w 2007 roku.
Andrzej Siewierski – wokalista i lider rockowego zespołu Azyl P., który w latach 80. zasłynął przebojem „Mała Maggie”. Muzyk popełnił samobójstwo w grudniu 2007 roku.
Edward Stachura – choć kojarzony głównie jako poeta i pisarz, był również pieśniarzem, kompozytorem i wykonawcą własnych utworów (tzw. poezji śpiewanej). Po latach zmagania się z problemami psychicznymi odebrał sobie życie w 1979 roku.
Mit „cierpiącego artysty” towarzyszy ludzkości od wieków, ale współczesna nauka – w tym psychiatria, psychologia i genetyka – rzeczywiście przyjrzała się temu zjawisku. Stwierdzono, że istnieją określone typy osobowości oraz cechy neuropsychologiczne, które łączą się z wysoką kreatywnością.
Dość powierzchownie można powiedzieć, że osoby kreatywne cechuje potężna wyobraźnia, wrażliwość estetyczna, głęboki kontakt z własnymi emocjami. Ta ekstremalna wrażliwość sprawia, że bodźce i emocje, które inni ludzie łatwo ignorują, lub szybko przetwarzają, u artystów rezonują znacznie silniej i dłużej. Są oni po prostu bardziej podatni na zranienie i głębiej to przeżywają, co może prowadzić do przebodźcowania, chaosu myślowego, egzystencjalnego bólu, uczucia porażki z najmniejszego powodu, czy też “nieuleczalnego” poczucia osamotnienia.
Jedno z największych badań w tej dziedzinie przeprowadził szwedzki Instytut Karolinska na próbie z ponad milionem osób. Naukowcy wykazali wyraźną korelację genetyczną między osobami kreatywnymi, a ich przeżywaniem świata i własnej osoby.
W fazie podwyższonego nastroju u osób kreatywnych dochodzi do niesamowitego natłoku pomysłów, odwagi i produktywności. Kiedy jednak przychodzi odwrotna faza, spadek samopoczucia i aktywności jest drastyczny.
Gdy połączy się to z kryzysem (po porażce zawodowej, w trakcie załamania nerwowego czy pod wpływem substancji psychoaktywnych), osoby te są znacznie bardziej skłonne do podjęcia nagłej, tragicznej w skutkach decyzji.
Wracając do piosenki “Gigi l’Amoroso”, pomyślałam, że byłoby pięknie, gdyby każdy człowiek mógł mieć w sobie swoje maleńkie, “włoskie miasteczko”, gdzie może zawsze wrócić i tam spotkać znów “tę i tego, tamto i to” i zostać “przytulonym”.
A osoby, które odważają się, lub “muszą” wychodzić poza normalność, przeciętność życia codziennego, twórcy, artyści, powinny przede wszystkim mieć w sobie choćby taki mały “kawałek ziemi” dającej bezpieczeństwo, a mógłby nim być nawet tylko “mały odcisk własnej stopy”, gdzie jednak jest ogólnoludzka, zwyczajna przyjaźń, miłość i pomoc, gdy jest ona konieczna.
