Odpowiedź na pytanie

Krzysztof Maria Załuski

Albo płacisz, albo zdychasz!

reblog z Facebooka


Tak się ostatnio zastanawiałem, dlaczego polskie społeczeństwo jest w stanie zaakceptować wycenę pracy jednych ekspertów, a wiedzy innych nie widzi w ogóle?

Pani doktor Katarzyna Mensah, lat dwadzieścia osiem, lekarka, edukatorka medyczna i influencerka – bo dziś można być wszystkim naraz – wyjaśniła na Instagramie, dlaczego tysiąc złotych za wizytę u ginekologa to cena uczciwa. Płaci się przecież nie za godzinę, lecz za „kilkanaście lat nauki, doświadczenie, tysiące przeprowadzonych zabiegów”. Cennik zresztą nie jej – należy do doktora, który występuje w sieci jako Nagi Ginekolog. Nagi, ale nie goły.
Argument jest piękny w swojej prostocie: nie kupujesz godziny, kupujesz biografię. Płacisz za wszystkie noce ślęczenia nad książkami, za studia, za wszystkie dyżury, za całą drogę, którą ten człowiek przeszedł, zanim usiadł naprzeciwko ciebie. Zgoda. Podpisuję się. Tylko że w tym samym czasie, w tym samym kraju, pisarz, tłumacz i malarz, Jacek Denhel policzył, ile na swojej biografii zarabia polski pisarz. Wyszło mu około siedmiuset złotych. Nie za wizytę. Miesięcznie.
Przyłóżmy więc miarę pani doktor do pisarza, skoro to miara uniwersalna. Kilkanaście lat nauki? Proszę bardzo: u pisarza to nie kilkanaście, to czterdzieści lat czytania, kilka języków obcych, kilka żyć. Doświadczenie? Setki tysięcy stron napisanych, często do szuflady, czyli dokładny odpowiednik „tysięcy przeprowadzonych zabiegów” – z tą różnicą, że pisarz przeprowadza operacje bez asysty, bez znieczulenia i na sobie. Odpowiedzialność? Lekarz odpowiada za ciało jednego pacjenta przez pół godziny. Literatura odpowiada za wyobraźnię i język zbiorowości przez pokolenia. Zsumujmy: te same lata, ta sama praca, większa skala. Wynik: siedemset złotych miesięcznie. Chyba jednak coś tu nie gra w tym równaniu – albo lata nauki wcale nie są tym, za co się płaci.
I nie są. Płaci się za coś zupełnie innego, tylko nie wypada tego nazwać. Płaci się za strach. Pacjentka, która słyszy „tysiąc złotych”, nie jest klientką na wolnym rynku – jest zakładniczką własnego ciała. Nie może „nie skorzystać z oferty”. Może najwyżej stanąć w kolejce publicznej ochrony zdrowia i modlić się, żeby to, co w niej rośnie, rosło wolniej niż lista oczekujących. Rynek, na którym odmowa zakupu grozi śmiercią, nie jest wolnym rynkiem. Jest strukturą przymusu. Neurochirurdzy fakturujący po dwadzieścia sześć tysięcy złotych za godzinę – bo i takie faktury ujawniono, obok miesięcznych rachunków na trzysta tysięcy z publicznych szpitali – nie są wybitnymi przedsiębiorcami. Są beneficjentami prostego mechanizmu: „albo płacisz, albo zdychasz”. Że korzysta z niego człowiek w białym fartuchu, chociaż bardziej pasowała by mu kominiarka. Niech będzie, może być biała.
Pani doktor Mensah dodaje jeszcze, że podobne stawki notariuszy i prawników nikogo nie oburzają. Święta racja – i to jest najsmutniejsze zdanie w całym jej wywodzie. Chociaż ona tego nie zauważa… Bo cóż łączy lekarza, notariusza i adwokata? To, że do żadnego z nich nie idzie się z własnej woli. Idzie się ze strachu: przed chorobą, przed utratą majątku, przed więzieniem. Trzy zawody, których cennik rośnie proporcjonalnie do rozpaczy klienta – i to właśnie one są w Polsce wyceniane najwyżej. Płacimy za wszystko, co nas ratuje, i nie płacimy nic za to, co nas tworzy. Piękny autoportret społeczeństwa: samo ciało, sam majątek, sama procedura. Duszy w cenniku brak.
A przecież państwo doskonale wie, ile warta jest ta pozycja spoza cennika – wie, kiedy trzeba się nią pochwalić. Kiedy polska pisarka dostaje Nobla, sukces jest natychmiast narodowy. Premierzy ustawiają się do zdjęć, ambasady rozsyłają komunikaty. Kultura, słyszymy wtedy, to nasz „soft power”, nasza wizytówka, nasze bezcenne dobro. Niemcy aby mieć „bezcenne dobro” utrzymują sieć Instytutów Goethego na całym świecie. Szwajcarzy, Austriacy, Francuzi mają swoje instytuty, bo wiedzą, że obrazu kraju nie tworzą komunikaty ministerstw, tylko książki i ich przekłady, filmy, muzyka i sztuka. Kraj znany światu głównie z cudzych zbrodni popełnionych na jego terytorium potrzebuje własnej opowieści bardziej niż czołgów. I ten kraj wycenił autorów tej opowieści na siedemset złotych miesięcznie – poniżej progu, za którym w ogóle opłaca się żyć. „Bezcenne” okazało się w polszczyźnie urzędowej eufemizmem słowa „darmowe”. I żeby to było całkiem jasne – tak dzieje się od trzech dekad.
Na koniec arytmetyka, bo rozważania o pieniądzach wypada zamknąć rachunkiem. Godzina neurochirurga: dwadzieścia sześć tysięcy. Miesiąc pisarza: siedemset. Wychodzi, że godzina pracy przy otwartej czaszce warta jest tyle, co trzy lata pracy przy otwartej głowie. Nie kwestionuję znaczenia czaszki – sam ją mam i chciałbym, żeby w razie czego otwierał ją ktoś wybitny. Kwestionuję rachunek, w którym godzina znika bez śladu po sześćdziesięciu minutach, a książka potrafi pracować w języku sto lat – i za te sto lat płaci się jak za kwadrans w prywatnym gabinecie, bez paragonu.
Pani doktor Mensah ma rację w jednym: rzeczywiście płaci się za kilkanaście lat nauki. Tyle że nie wszystkim. Płaci się tym, którzy trzymają nas za gardło. Reszta niech pisze. Za darmo. Bo to podobno bezcenne.

Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego
Unia Literacka
Stowarzyszenie Pisarzy Polskich
Związek Literatów Polskich
Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich
Radio Wnet
OficjalneZero
Rzeczpospolita
Gazeta Wyborcza
DoRzeczy
Telewizja Republika
TVP Kultura
@obserwujący

https://www.money.pl/…/1000-zl-za-wizyte-lekarka-placi…

PS od Adminki: Wspomniany w tekście Jacek Dehnel jest autorem znanym i poczytnym. Dlatego zarabia aż 700 złotych miesięcznie! Autorzy mniej znani i poczytni stosownie do swego “mniej” zarabiają zdecydowanie mniej. A często dopłacają, zwłaszcza gdy muszą gdzieś być i dokądś pojechać, na przykład żeby sprawdzić, czy pani Luba w starej synagodze na Lubartowskiej w Lublinie jeszcze żyje, a jak nie – to gdzie jest jej grób?

I PS nr 2: W dawnej Polsce Kościół pobierał najwięcej kasy za pogrzeb. Bo biedak z braku pieniędzy mógł nie ochrzcić dziecka, nie pójść do komunii i bierzmowania, mógł żyć bez ślubu, ale za pogrzeb zapłacił, bo pochówek musiał być jak należy – z księdzem, mszą, organami i na cmentarzu, a nie gdzieś za płotem…

One thought on “Odpowiedź na pytanie

Leave a comment