Być może nowa książka 1

Ewa Maria Slaska

A być może tylko takie tylko poodrywane kawałki.

Wieczorem do cioci i wujka

Mój ojciec miał dwóch młodszych braci, Andrzeja, zwanego Jędrkiem, i Jacka. Jako bracia ojca byli niewątpliwie stryjami, jednak, aczkolwiek pamiętam z dzieciństwa słowo stryjek, być może z porzekadła „zamienił stryjek siekierkę na kijek”, w sytacjach rodzinnych słowo stryjek w ogóle się nie pojawiało. Nawet dziś, po tylu dziesięcioleciach, trudno mi myśleć o wujkach jako stryjkach. Pozostaję więc przy słowie wujek. Wujek Jacek i wujek Jędrek.

Mieszkaliśmy we Wrzeszczu na ulicy Grunwaldzkiej i z dawnego dzieciństwa pamiętam, że, kiedy wujek Jędrek i ciocia Basia wyprowadzili się z Grunwaldzkiej, mieszkali niedaleko, w takim ciemnym przejściu przez bramę na podwórko, którym potem codziennie, ale „za dnia”, chodziłam do szkoły. „Za dnia” podwórko było całkiem normalne, z trzech stron nowoczesne powojenne bloki, z jednej otwarta przestrzeń, brukowana droga od ulicy Miszewskiego do szkoły podstawowej numer 17, czyli „siedemnastki”, wieczorami jednak stawało się czeluścią grozy.

Dziś w bramie jest fryzjer, ale to dziś. W latach 50 była to zwykła brama, zwieńczona półokrągłym łukiem.

Wujostwo mieli telewizor i moja siostra od wczesnego dzieciństwa chodziła do nich oglądać bajki. Ja nie i dziś już nie wiem, dlaczego ja tych bajek nie oglądałam. Chodziła tylko moja siostra, a wieczorem ja szłam po nią i przyprowadzałam ją do domu. Trwało to wiele lat. Pamiętam, że próbowałam uzyskać zwolnienie z tego obowiązku, argumentując, że moja siostra jest teraz starsza niż ja wtedy, kiedy musiałam pójść po nią po raz pierwszy. Jednak w latach 50 dzieci chyba nie miały prawa dyskutować z rodzicami. Nawet się dziwię, że wolno mi było coś takiego powiedzieć. Chyba, że tego wcale nie powiedziałam i wszystko sobie wymyśliłam.

To oczywiście możliwe.

Droga po siostrę trwała nie dłużej niż 10 minut, ale trzeba było przejść koło małego parku, zwanego „małpiakiem”, gdzie na okrągłym skwerku na ławeczkach wieczorem siedzieli moim zdaniem pijacy. Czy naprawdę? Nie mam pojęcia. Potem był maleńki domek z toaletami. Owi pijacy wychodzili z niego, dopinając spodnie już na ulicy. Jeszcze malutki mostek nad brudnym strumieniem, o którym lata później dowiedziałam się, że nazywa się Potok Królewski. W głębi na potoku był wielki poniemiecki zbiornik retencyjny. Wybetonowany, pełen brudnej wody, otoczony płotem. Był to, jak każdy wiedział, „basen Ewy Braun”, kochanki Hitlera, a chociaż jako dziecko nie wiedziałam, co to znaczy kochanka, to jednak wiedziałam, kto to był Adolf Hitler, bałam się wojny wręcz przeraźliwie, biegłam więc koło tego parku prześladowana przez podwójną grozę polskich pijaków i tych koszmarnych Niemców. Zadyszana dobiegałam do ulicy Miszewskiego, pędziłam na oślep na drugą stronę i… No tak, tam była brama.

Tą bramą szłyśmy kiedyś z Mamą „za dnia”, gdy jakiś zaczajony za załomem muru łobuziak rzucił w nas kamieniem. Mama się wściekła, ruszyła ku niemu rozjuszona i wykrzyknęła, że ona mu pokaże, jaka jest kara za rzucanie w ludzi kamieniami, na co łobuziak, zanim uciekł, odpyskował, że to nie kamień tylko cegłówka.

Ten łobuziak w moim dziecięcym pojęciu był tam zawsze, zawsze się czaił, żeby znowu rzucić tę cegłówkę.

Taka była droga z domu do cioci i wujka. Moja siostra czekała z reguły już ubrana, brałam ją za rękę i musiałam ją przeprowadzić bezpiecznie przez bramę, ulicę, mostek koło Niemców, obok wychodka i „małpiaka” do domu.

Nie mogłyśmy biec, bo nie mogłam straszyć dziecka. Szłyśmy po prostu szybkim krokiem. Chłopak z cegłówką, Niemcy i pijacy nigdy nam nic nie zrobili, za co im do dziś jestem wdzięczna.

One thought on “Być może nowa książka 1

  1. Dzieciństwo lat pięćdziesiątych, to cudny temat do opisywania, nie to co teraz. Co teraz mogą powiedzieć dzieciaki? Wszystko odgrywało się wtedy na podwórkach i rodzicom nic do tego było. Opisy dzieciństwa lat pięćdziesiątych zawsze wywołują uśmiech i wzruszenie. To był świat, którego już nie ma, ale który na zawsze pozostał w sercach tych, którzy go pamiętają. Myśmy wtedy mieli ducha.

    Podwórka tętniły życiem od rana do wieczora. To tam rodziły się przyjaźnie na całe życie, tam przeżywało się pierwsze zwycięstwa i pierwsze porażki. Wystarczył kawałek kredy, piłka, skakanka czy kilka kapsli, żeby stworzyć własny świat pełen przygód. Czas płynął inaczej, a największym szczęściem było to, że można było po prostu być razem.

    Rodzice nie kontrolowali każdego naszego kroku. Ufali nam, a my uczyliśmy się samodzielności, odpowiedzialności i wzajemnej pomocy. Wracaliśmy do domu z brudnymi rękami, zdartymi kolanami i rumieńcami na twarzy, ale bogatsi o kolejne wspomnienia, których nikt nie mógł nam odebrać.

    Dziś dzieci dorastają w zupełnie innym świecie. Mają dostęp do rzeczy, o których kiedyś nawet się nie śniło. A jednak czasem zastanawiam się, czy nie brakuje im tego, co było najpiękniejsze – zwykłej radości z bycia razem, śmiechu niosącego się po całym podwórku i poczucia, że wakacyjny dzień może trwać bez końca.

    Nie chodzi o to, żeby oceniać, które czasy były lepsze. Każde pokolenie ma swoje wspomnienia. Ale tamto dzieciństwo miało w sobie coś, czego nie da się kupić ani zastąpić nowoczesną technologią – prostotę, wolność i magię codzienności. I może właśnie dlatego tak często do niego wracamy, z cichą tęsknotą i wdzięcznością za to, że mogliśmy je przeżyć.

Leave a comment