Odcinek 6

Mieczysław Bonisławski

– Ja nie rozumiem, mówię dokładnie to, co wtedy słyszałem. Czy nie takie było dla mnie polecenie? Czy nie właśnie to, będziecie chciały towarzyszki uzyskać ode mnie?
Przestańmy sobie wmawiać, że dziesięciolatek mamrotał grzebiąc w piaskownicy, używając takich złożonych wypowiedzi. Takich długich fraz myślowych!
Mężczyzna powoli dochodzi do siebie. Popatrując na nią spode łba, zaczyna coś sobie układać w głowie. Z jego zmieniającej się miny, widać, że dochodzi w końcu do czegoś, co według niego pozwoli mu osiągnąć założony cel.
– Czy ja dobrze rozumiem towarzyszkę, towarzyszka mi nie…
– Skończmy z tym, zanim na dobre zaczniecie. – Pozwala sobie tylko na takie żachnięcie się. Przesłuchiwany nie może być dla niej towarzyszem, to nie ten sort człowieka. To ją obraża. Towarzyszem jest tylko ktoś równy jej pozycji, z którym ma jakieś wspólne cele. A jeżeli nie wspólne, to chociaż jej własne. Drobne żachnięcie się i szybki powrót do przyjętej postawy – Przytaczajcie tylko to, co rzeczywiście usłyszeliście. Dokładnie, bez waszej interpretacji. A jeżeli nie pamiętacie, to przestańmy marnować nasz czas. Takie mamienie funkcjonariuszy, nic nie pomoże w waszej sytuacji.
– A przecież ja… Drodzy ludzie…
Tak to wszystko oceniacie? W taki prosty sposób? – decyduje się wtrącić ze swojego odosobnienia Psycholog.
– …Bo przecież… – próbuje w końcu coś przekazać od siebie mężczyzna, ale tym razem przerywa mu Śledcza. Odpowiada niejako obojgu. A nie proszona – również reprezentując to, co ma na myśli Prokurator:
– To psychologicznie niemożliwe. Dzieciak powtarzałby to, co zapamiętał z rozmów dorosłych, ale nie tak głową, rozumowo, ale emocjami. To co w nim utkwiło, ale przecież w dużych nerwach. Bo chłopiec był zdenerwowany. To wynika z zeznań, z całości relacji… Dlatego to mogłyby być tylko hasła, symbole. W postaci krótkich, znaczących tylko dla niego samego komunikatów.
– A my tu mamy samodzielną, złożoną kreację myśli, poglądów, konstruowanie złożonych relacji słownych, no proszę…
– ironizuje Psycholog – Chłopiec, zatem, to nie mały człowieczek, tylko jakaś małpka i musi jak małpka…. Ja jednak mam tego po dziurki w nosie.
– …no i ja… Czy niby co? Bo to ja sobie wymyśliłem?! A może to chłopiec ma bujną wyobraźnię? – mężczyzna już wraca do pełnej kontroli swoich wypowiedzi i rozpoczyna regularny spór ze Śledczą. Ta podejmuje rzucona jej rękawicę:
– Musiałby być małym geniuszem.
– Albo dzieckiem po przejściach…
Szybko ucina to jednak Prokurator:
– Racja! To nie mogą być tyrady, one są zupełnie niewiarygodne. Przestajemy konfabulować! Mówimy dokładnie to co usłyszeliśmy i zapamiętaliśmy. A jak nie, to wracajcie do celi!
– Robicie błąd, obie panie. To tkwi w tym chłopcu. To czego nie szukacie, nie dostrzegacie nawet… – nie poddaje się mężczyzna. – I jak wy, drodzy ludzie, tak dojdziecie do czegoś…?

Cała trójka powoli, krok za krokiem odchodzi w trakcie tej rozmowy od piaszczystej wsypy demiurga w stronę jasnej plamy wyjścia spod betonowego sklepienia. W stronę Psycholog, ale ta nadal ich unika. Im oni krok bliżej niej, tym ona krok od nich.
Nikt już nie patrzy na patyki, na samochodziki. Leżą porozrzucane na piasku, nikomu niepotrzebne, zapomniane.
Stalowoszary mundur Porucznik niemal dotyka teraz popielatego żakietu Prokurator. Kobiety idą, przystają, znowu przemieszczają się o krok, czy dwa, prawie twarzą w twarz. Oddziela je tylko odległość obficie napiętych pod materią obu strojów czterech piersi. Sterczącego spiczasto biustu jednej i nieco bardziej okrągłego, trochę już opadającego – drugiej.
Anemicznie gestykulują rękoma. Można chwilami odnieść wrażenie, że jedna powstrzymuje ręce drugiej, że dłońmi odpychają się od siebie, ale to tylko wrażenie.
Ale rzeczywiście są zaabsorbowane tylko sobą. Przestały dostrzegać mężczyznę, który wlecze się za nimi. Pozostaje jednak niejako na uboczu toczącej się rozmowy. Wygląda to tak, jakby on nachalnie następował krok w krok za nimi, ignorowany i niedostrzegany. Jakby kobiety chciały się pozbyć natręta.
– On nic nie pamięta, albo nawet nic nie słyszał, bo po prostu nic takiego nie było. On nas zwodzi. Czy naprawdę warto to ciągnąć dalej? – piekli się Śledcza.
– Czy chcecie usłyszeć prawdę, czy tylko to, co pasuje towarzyszce porucznik? Proszę bardzo, już opowiadam tak jak się należy. Nie, nie przerywajcie tego! Dajcie mi szansę, drodzy ludzie! – zawodzi z boku mężczyzna.
– Nie czas jeszcze na analizy! Teraz róbmy to, po co się tu znaleźliśmy. Trzeba wykorzystywać każdą możliwość, nawet taką… – odgania się przed napastliwością Śledczej Prokurator, a po chwili całkowicie zmienia ton: – No nie powiemy przecież że przyjeżdżałam tutaj na darmo… Słuchajcie no, to już nie jest etap wstępny!. Ja chyba nie rozumiem naszej dochodzeniówki… Przyznajcie się, cała dokumentacja zebrana dotąd, to stek bzdur! Nie potrafiliście wyciągnąć żadnych wniosków z sensem! – zawahała się, ale zakończyła nieskrywaną wcale groźbą – Odpowiadajcie, po co mnie tu dzisiaj ściągnięto i niech to będzie uzasadniony powód!
– Bardzo, bardzo pani dziękuję… Ta towarzyszka, to…
Prokurator odruchowo spogląda w stronę tego głosu. I bez przekonania rzuca w kierunku mężczyzny:
– Tylko nie błaznujemy. Konkretnie, zwięźle, tak jak było.
– Wyjął z tornistra mały czerwony samochodzik. Postawił na drodze. To był duży Fiat, 125 p.
Śledcza staje między nim a Prokurator. Wyraźnie chce przerwać, wchodzi mężczyźnie w słowo, zagłusza go:
– W tej sytuacji, to ja poproszę prokuraturę o przerwę. Potrzebuję coś sprawdzić. Parę szczegółów.
– Też taki plastikowy modelik z kiosku „Ruchu” – przebija się mężczyzna.
Prokurator nie reaguje. Spogląda teraz w twarz Śledczej.
– Gdzie, tutaj?
– Nie, muszę wrócić na komendę. I chciałabym też zabrać jego
– wskazuje na przesłuchiwanego – coś mu pokazać. Jeszcze raz przepytać na pewne okoliczności.
– Wolałbym… – próbuje zaoponować mężczyzna, ale nikt go nie słucha. Obie kobiety stoją już na zewnątrz budowli, Śledcza gotowa do wyjazdu. On, stojący z tyłu, za ich plecami, jakby przestał dla nich istnieć. Na chwilę, kiedy kończą ten wątek rozmowy.
– Dobrze. Godzina musi wystarczyć.
– Wolałabym trochę więcej czasu. Czy mogę prosić, może tak do wpół do pierwszej…?

Wtorek, w dalszym ciągu. Po przerwie.
Godz. 13:30

Co może zmienić taka przerwa? Dużo.
Jakie zmiany wprowadzą do życia czterech osób dwie i pół godziny? Zaledwie dwie i pół godziny.
Znaczące.
Śledcza jest mocno niepocieszona. I wcale tego nie kryje. Powrót z komendy okazuje się jej porażką. Prokurator po wysłuchaniu relacji z czynności, jakie wykonali razem z przesłuchiwanym przez te – ostatecznie – prawie sto pięćdziesiąt minut, ma teraz twarz jeszcze bardziej zamarłą niż podczas tej burzliwej wymiany zdań przed przerwą.
To co tężeje w wyrazie jej oczu, w zaciśnięciu ust, w podkuleniu do siebie warg, znów ktoś kto jej nie zna, mógłby mylnie przyjąć za nowy grymas zawodu, całkowitej dezaprobaty, poczucia porażki i poddania się jej.
Czy dałby się zwieść? Ta kobieta całe życie pracuje nad tym, aby jej twarz niczego wobec nikogo nie wyrażała. Nawet wbrew mimowolnym, niekontrolowanym dąsom…
I właśnie tę, pozornie nic nie wyrażającą twarz odwraca teraz od Śledczej. Porucznik już wie, że ją rozczarowała i że najgorsze co ją obecnie czeka, to lekceważący stosunek Prokurator do jej tez i wniosków. A przecież jest tak pewna swoich przemyśleń. Czuje, że toczy się tu jakaś gra. I jest niemal przekonana, że te niebezpieczne dla całego postępowania machinacje są sprawką właśnie tego mężczyzny. Nikt inny jej do tego nie pasuje. I dlatego potrzebuje wsparcia Prokurator dla uratowania tego śledztwa! Tak bardzo potrzebuje…
Prokurator odwraca jednak głowę od Porucznik i widzi przed sobą Psycholog. Też w zupełnie innym nastroju niż przed przerwą.

Kobieta w brązowej sukience, z równie zamarłą twarzą, asystuje szykującemu się do dalszej rekonstrukcji mężczyźnie. Pod maską obojętności kryje się zadowolenie. Psycholog, gdy jest w dobrym nastroju, potrafi go ukrywać po to, aby wykorzystać nieświadomość swoich oponentów. Przed przerwą, w tym odosobnieniu na granicy hali, na pewno jej twarz nie była taka spokojna… Tym odejściem na parę kroków od pozostałych maskowała wszystko, co wtedy można by było wyczytać z jej niezwykle ekspresywnej mimiki osoby, która zupełnie się emocjonalnie posypała. Teraz sytuacja się zmieniła. Zadowolona, w pełni panuje nad sobą.

W oku Prokurator przez krótki, nieuchwytny moment iskrzy diabelski błysk. Wie, że Śledcza, do której odwróciła się przecież plecami, nie może tego widzieć. Czy to szalbierstwo jest skierowane przeciwko niej? Czyżby porażka Porucznik i sprowadzenie śledztwa na manowce, były na rękę Prokurator?
Wszyscy czekają na jej decyzję o dalszym przebiegu tej wizji lokalnej. Każde z nich ze swoim własnym niepokojem.
Kobieta w garsonce wygląda teraz, jakby nie szukała już nowych rozwiązań. Podda się obowiązującej procedurze, aby jak najsprawniej zakończyć to, co zostało rozpoczęte. Najsprawniej, niekoniecznie modelowo czy nienagannie. Za to do samego końca. Na analizy przyjdzie czas. Później. Teraz niech mężczyzna mówi, mówi i przede wszystkim – kończy. Niech mówi, tak jak uważa i to, co uważa. One są na tyle doświadczone, aby sobie poradzić z tym, co od niego otrzymają. Poradzą sobie, tak jak wymagają od nich tego ich przełożeni i ogólna sytuacja. Tak, ważne aby dopowiedział i pokazał wszystko, wreszcie, do końca i potwierdził, że to rzeczywiście jest już całość, że to jest faktycznie ów koniec. A one z tym sobie poradzą, niezależnie od tego, co usłyszą. Ważny jest jego podpis na zakończenie, dowód, że już nic więcej nie może się pojawić nowego, niespodziewanego, a to co on powie… Ma małe znaczenie. W zasadzie nie ma znaczenia.

Zatem czeka na nie jego świat. Wykreowany podobno przez małego chłopca, a który on podejrzał. Nowe sceny, nowe dialogi
Mężczyzna znowu staje wyprostowany nad piaskownicą tego jakiegoś demiurga (co to za stwór? Czyj to wymysł?) Rozsstawia nogi, pochyla się nad rozłożonymi zabawkami. Klęka na piasku i mówi:

– Wyjął z tornistra dwa, czy trzy małe samochodziki i porozstawiał w piaskownicy na ulicy. To były takie plastikowe modele z kiosku „Ruchu”. Duży czerwony Fiat 125p i niebieski pick-up Syrena z białą plandeką, i czerwony Żuk, też z plandeką.
Głosy wokół Fiata:
– „Dobry zryw. Musieliście go robić, panie magister… /Jedźmy już, panowie, późno się zrobiło. /O, i o takich właśnie sprawach powinieneś pisać, Demianiuk. A wy robicie z siebie wielkiego redaktorka… /A macie jakiś cynk, panie Pułkownik? A może dostanę coś z odcinka sportu dzieci i młodzieży, moi drodzy panowie? /A żeby pan wiedział, redaktorze. Usłyszałem ostatnio parę ciekawych rzeczy, od moich chłopaków. Więźniowie zaczynają pracę na budowie osiedla rano i o dziesiątej mają drugie śniadanie. I potem, już po piętnastej, chłopcy z osiedla, na takiej pustej budowie, zbierają po nich butelki i sprzedają w skupie… Jakie to ma znaczenie w którym? Ale dobrze, w skupie, przy SAM-ie na Zubrzyckiego…”
Autko zatrzymuje się, przepuszcza jadącego główną ulicą Żuka. Potem z piskiem opon przyspiesza i wyprzedza furgon.
Głosy z Fiata:
– „Całe osiedle areszt zbudowawszy, he, he…. To nie są tematy dla mnie. Przekażę Ryndakowi, jak go znowu spotkam. /A dlaczego miały by nie być? Chłopcy znajdują różne rzeczy. /Tak w ich kieszeniach? Czyli co, grzebawszy w porciętach i gatkach, aż wygrzebawszy…. Ciekawość, cóż ta takie może być z tych gatek, he, he, he… /Chłopcy penetrują popołudniami nie pilnowane i nie domknięte baraki. Te, gdzie więźniowie się przebierają, jedzą. /I co tam znajdują, trenerze? /Najczęściej martwe myszy w butelkach po mleku. Robotnicy robią sobie w nich pułapki na te dokuczliwe gryzonie. Zdarzają się zakrwawione pakuły, obtłuczone szyjki po piwie. /Ty, magisterek, „tulipany” to dla kryminalnego. Jak znalazł dla redaktora. A właśnie, ty, redaktorek, gdzie uciekasz…? Do pióra… /Stare szpargały po Niemcach… /No, no! Przeglądał to trener, było coś faktycznie istotnego? Zaraz, zaraz… A czemu to my nic o tym nie wiemy? Ukrywasz takie informacje, ty magisterek? Chodźże no tu… /Skądże, szefie! Nie ukrywam – to tylko stare szpargały. Takie tam, sprzed trzydziestu lat…”
Fiat zwalnia, człapie za pick-upem.
– Moja siostra! Stanę tu na chwilę. Pozwolicie panowie…? – wykrzykuje mężczyzna imitując głos Trenera-Magistra.
Autko zamiera, przytrzymane jego dłonią.
Wstaje z klęczek. Otrzepuje spodnie z piachu. Zaczyna zbierać porozrzucane patyki. Odchodzi kawałek w stronę filaru. Zatrzymuje się tak, że dotyka go wyciągniętą przez siebie ręką.
Chwilę stoi sztywno, w milczeniu. Buduje napięcie.
I z nagła strzela całymi seriami słów, które mkną z szybkością i intensywnością pocisków uwolnionych przez erkaemistę z lufy szybkostrzelnego karabinu. Czyni to po mistrzowsku, sprawnie łącząc zmiany modulacji głosu z animacjami patyczków. Tak jak przed przerwą.
Tym razem kobiety jednak nie szukają w tym błędnych intencji i sprzecznych okoliczności. Dają się ponieść fascynacji tym osobliwym wyrazem artystycznym i mistrzostwem animatora.

Patyk numer 2: „Teresa!”
Patyk numer 5: „Cześć. A… Dzień dobry, redaktorze.”
Patyk numer 1: „Pozwólcie mi, panie Pułkownik. A oto i ona, pani Teresa Barczyńska. Ona uczywszy w tej nowej szkole, przy Gwardii Ludowej. Prywatnie, siostra magistra.”
Patyk numer 3: „A, miło poznać przedstawicielkę takiego odpowiedzialnego zawodu… A siostrę znakomitego trenera – tym bardziej…”
P5: „Pułkownik? To pan wojskowy?”
P1: „Uważajcie, panie Pułkownik. Siostra Sosińskiego wyjątkowo nie znosiwszy komuny.”
P3: „Dlaczego?”
P5: „Tylko ubecji. Za życie.”
P3: „Nauczycielka? Pani, zapewne, po studiach?”
P5: „A pan też, że jak po studiach, to z władzą było tylko po drodze?”
P3: „Uproszczenie?”
P5: „Zdecydowanie”
P3: „Mówi pani, zdecydowanie?”
P5: „A żeby pan wiedział, pułkowniku. Tak właśnie! Głupi, bardzo głupi stereotyp. Docent, profesor, prokurator – tacy na pewno na coś poszli, ale zwykła nauczycielka… Co wy wszyscy chcecie od nas, nauczycieli? Po swoich się porozglądajcie. Po urzędach, katedrach. Sądach. Kancelariach. A od szkoły, to proszę – wara! Wara wam wszystkim…”

Za filarem Śledcza otwiera teczkę i pokazuje Psycholog wyjęte z niej papiery. Pochylają się teraz nam nimi obie, zgodnie niczym duet łyżwiarek czy tancerek. O Barczyńskiej jest w nich tylko tyle, że uczy fizyki oraz informacja o tym, gdzie ukończyła uczelnię, gdzie należała. Trochę materiałów operacyjnych, o córeczce, o separacji z mężem przemocowcem i alkoholikiem.
Skąd u niej bierze się ta zadziorność? Tego próbuje dociekać Śledcza. Psycholog coś jej tłumaczy… Może działa w związku nauczycielstwa? Może w komisji socjalnej? Nie, to nie to…
Rozpatrują możliwości wynikające z jej osobowości, przeszłości… Podobnie jak kukiełki – gałązki, ożywiane przez mężczyznę:

P3: „No, to jak tam u was, wśród nauczycieli po studiach na komunistycznej uczelni jest z tą komuną?”
P5: „Naprawdę niewiele było trzeba, aby ubecja mi brata zabiła.”
P2: „Teresa, daj spokój!”
P5: „A dlaczego mam milczeć? To twoi znajomi przecież. Jak wojskowy, to niech wojsko też wie. Może na coś się przyda… Całe lata zmarnowałeś, gdy cię zesłali na tę wieś… A co zrobili z twoim najlepszym przyjacielem…?”
P2: „Teresa była narzeczoną Ostrowskiego. Gdy go wtedy skazali… Tak, tego samego, od sprawy wiaduktu na kolei szprotawskiej. Wiaduktu, dobre sobie…! Ruiny przy Krakusa, które sami niedawno zburzyliście, przy budowie tej nowej trasy, Wojska Polskiego…! Teresa długo była potem sama…”

Śledcza kiwa ręką na Prokurator. Ta niechętnie odrywa wzrok od animacji, podchodzi do porucznik. Chwilę szepczą. Prokurator przecząco kręci głową. Nie, nie zgadza się. Sprawa tego jakiegoś Ostrowskiego to już dawno zamknięty rozdział. Jakieś lata pięćdziesiąte, stalinowskie wypaczenia. Nie ma znaczenia to, do czego nawiązuje ta Barczyńska i jej brat, Trener-Magister. Sprawa nie będzie rozszerzana o te wątki. Prokuratura się nie zgadza. Koniec, kropka. Po temacie.
A matka chłopca? Córka tego wojskowego prokuratora… To jest przecież jakaś nić. Prokurator patrzy na Śledczą wzrokiem bazyliszka. Jakby chciała ją tu, na miejscu położyć trupem…
Jak to się skończy? Nijak. Nie skończy się. W ich konflikt wchodzi Psycholog i obie je ucisza, zwracając jednocześnie ich uwagę na kolejną sekwencję scenek. Kluczowych dla sprawy, jak podkreśla, po czym całkiem zgrabnie, a przede wszystkim skutecznie skupia całą ich uwagę na tej rozmowie Redaktora z Nauczycielką:

P1: „Poproszę na słówko, moja pani profesor… Odejdźmy. Tu, na bok… A oni wyjaśnią sobie, co mają wyjaśnić…”
P5: „Nawet dobrze się składa… Redaktorze… Ten chłopiec, który ma być z mojej klasy… Czy to Januszek? Oni sprowadzili się ostatnio na Waszkiewicza?”
P1: „Tak, to ten.”
P5: „To na pewno wnuk tego stalinowskiego prokuratora? On i sprawa… mojego…”
P1: „Ostrowskiego. Tak, to jest pewna informacja. Przecież pokazywałem tę starą gazetę, pani profesor… Tę z pięćdziesiątego…”
P5: „Ten artykuł…”
P1: „Spóźnione skrupuły, pani porfesorko?”
P5: „Żadnych! Jeśli to ubeckie szczenię, to wyrośnie z niego taki sam bandyta. To trzeba plenić do któregoś pokolenia… Dostanie to co mu się należy.”
P1: „Są i inni nauczyciele. Pomogą? Przeszkodzą? To są jednak ostateczne nauczyciele?”
P5: „Ja też jestem nauczycielką… Coś panu w tym nie pasuje, Redaktorze? Ja przecież też nią jestem.”
P1: „Nawet wychowawczynią tego Januszka. Zapamiętałem i trafiłem w sedno.”
P5: „Co proszę…? Ach tak… Wszyscy jesteśmy nauczycielami, wychowawcami, mamy swoją misję. Mamy własne posłannictwo wobec historii, wobec rodziny… To są moi koledzy, którzy tu żyją i widzą.”
P1: „Opowiadacie sobie takie rzeczy? Co takiego opowiedziała im pani, pani profesor? To były zwierzenia o sobie, o bracie, o tamtej historii? A o mnie, o mnie cokolwiek im pani powiedziała, moja droga Tereso?”
P5: „Skądże! Jak nauczyciel, to od razu musi być głupi? Iść na postronku, ześwinić się władzy…? Moi koledzy z pracy mają własne oczy. Nie ulegają propagandzie jak inne grupy… A co do szczeniaka, jest w mojej klasie. Komu uwierzą jak nie wychowawczyni klasy ”
P1: „Komu pomogą, pani, pani wychowawczyni klasy?”
P5: „Nie potrzeba. Klasa go zeżre.”
P1: „Czyli, o ile dobrze rozumiem, zaplanowała pani samosąd? A dobrze pani sobie wszystko rozważyła, moja droga Tereso? Tak? No, dobrze, ostatecznie to twoi wychowankowie, ty ich uczysz różnych rzeczy… Niech go pobiją. Masz odpowiednich łobuzów w swojej klasie, pani profesorko?”
P5: „Słucham?”
P1: „Stawiam jeden warunek. Chcę przy tym być!”
P5: „Nie rozumiem, redaktorze…!”
P1: „To jest oczywiste, ale wyjaśniam. To ja powiem kiedy i gdzie dojdzie do pobicia. To będzie temat dla mnie! Przemoc w szkole, pani profesor.”
P5: „Nie myślałam, że to tak. Chciałam sama… za swoje krzywdy… Ale skoro tak musi być – to niech i będzie!”

Wtorek, tuż przed końcem. Pierwszy zmierzch.

Zmęczenie…
Zapadał mglisty, listopadowy wieczór. Taki co to może przenosić między ludzi wszystkie ich wyobraźnie.
Zniechęcenie…
W gęstej mgle zawarczał silnik i z tej mgły ruszył Fiat.
– Brryy, brryy… Wziuuuu…!
To był na pewno tamten Fiat.
Wziął ostro zakręt. O mało nie wypadł z drogi. Ni stąd, ni zowąd niebieski Jelcz podniósł się z torów pod wiaduktem i wyskoczył na ulicę, którą właśnie szarżował plastikowy fiacik. Na skrzyżowaniu, z boku wyjechał pick-up. Nie wyhamował i uderzył w autobus. Jelczem obróciło, pękatym nosem zaczepił o Żuka.
W to wszystko wyrżnął z impetem czerwony Fiat. Aż go uniosło. Dachował.

Przed stojącymi obok kobietami nie było już mężczyzny w więziennym drelichu. Poniosła je ta ekspresja i osnowa jego wizji. Przed ich oczami był dziesięcioletni uczeń klasy 4c szkoły podstawowej przy Gwardii Ludowej. Widziały, że chłopcu nie wystarczyło to, co zrobił (stało się?) przed chwilą. Widziały jak znowu podniósł mały model i Fiat ponownie spadł z wysoka. Gruchnął głośno. I jeszcze raz, pośród krzyków miażdżonych pasażerów zarył głęboko w piasku, wyżłobił krater. Huk, zgrzyt, wycie syreny pogotowia ratunkowego, tumany piachu – szarpane małymi dłońmi – podnosiły się i opadały niczym podczas pustynnej burzy. Leciały na autko, zasypywały go.

I naraz znowu cisza.
Cisza.
Teraz chłopiec szybko, nerwowymi ruchami spakował wszystko do tornistra i wybiegł na budowę, pomiędzy sterty płyt stropowych a cielsko dźwigu „Marian”. Przebiegł przez szeroko rozstawione szyny, w kierunku bloku stojącego po drugiej stronie rozgrzebanej osiedlowej ulicy. Ulicy Generała Waszkiewicza.
Biegł z powrotem do domu.
Po szkole.
Na obiad?
Do piwnicy?

Mgła opadła na miasto. I pogrążyła je w letargu zapomnienia…

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.