Odcinek 3

Mieczysław Bonisławski

MINĘŁY PRAWIE DWA MIESIĄCE. MAMY JUŻ LISTOPAD.

Środa po Wszystkich Świętych, od samego rana.

I jak tam na grobach? Zimny, cholera, ten listopad. I ten tłok, drożyzna… Za gałązkę choinki… doniczkę chryzantem… A tu, w mojej opowieści sytuacja się rozwija. Sami wiecie, że wrzesień to ledwo początek. Czas leci, święto nie święto, kobieta ciągle wyjaśnia z Olkiem sprawę tego chłopca. I, powiem wam, mamy duże zmiany. Zresztą, sami popatrzcie, oceńcie…

– Witam, usiądźmy. – Gospodyni zaczyna spotkanie zachęcającym uśmiechem, promieniującym wszystkimi jej gestami, samą postawą, grą całego ciała.
Bez pośpiechu siadają naprzeciw siebie. Chwilę moszczą się na swych miejscach. On ubrany jest oczywiście w te drelichowe spodnie i taką samą jak spodnie, beżową bluzę. Ona dziś ma granatową sukienkę za kolana, z ciężkiego, lekko sztywnego materiału, z plisowanym dołem. Gdy zakłada nogę na nogę, ukazuje łydki w takich śliwkowych, nylonowych pończochach. I gwałtownie musi przykryć rąbkiem tej sukienki kolano, które nie powinno jej tak wystawać.
– Chcę, abyś wrócił, proszę, do tego dnia, kiedy Januszek uciekł ze szkoły przed lekcją wychowania fizycznego. Wolisz to opisać, czy będziesz nam o tym mówić?
– Czy coś będzie bardziej preferowane?
Kobieta nie odpowiada od razu. Chwilę milczy, zastanawia się. Mężczyzna rozumie ją jednak bez słów. W lot odczytuje to wszystko, czego mu potrzeba, z jej mimiki, spojrzenia, gestów.
– Czy będę mógł prosić o coś do pisania?
– Tu są, proszę, kartki…
– …ale
– O, a tu leżą długopisy, weź może jeden.
– Długopisy… Nie! Tylko nie to! Czy nie będzie pani w stanie znaleźć nie-długopisów?!
Kobieta łapie się na jakimś wspomnieniu… I właśnie w tej chwili kojarzy nagłą zmianę na jego twarzy z posiadaną wiedzą o tym, czym może skończyć się taka trauma: przerażeniem, wycofaniem się. Stara się reagować profesjonalnie:
– Ach, dobrze, już dobrze. Zatem, zobacz, wyciągam z tego etui, powoli wyciągam, wieczne pióro. Proszę, weź je.
– O, pióro, wieczne pióro… drogi człowieku… Wychodzi z pani taki dobry człowiek…
– Tak, tylko jednak, nie zniszcz. Pamiątka, bardzo ważna dla mnie, pamiętasz?

Mężczyzna sięga po pióro. W zupełnej ciszy waży je chwilę w dłoni. „Mój drogi” – tak chciałby zacząć. Ale szybko skreśla te słowa. – Chłopcze. – i znów skreślenie. Postanawia początek dopisać na końcu. A na razie zacznie nie zwracając się wprost do niego, nie zwracając się do nikogo – W drugim pokoju dzwoni budzik. To na Ojca, który musi teraz wstać i iść otworzyć ten swój kiosk z gazetami i papierosami. Na razie słychać jednak tylko Matkę, która wstaje pierwsza, aby zrobić wszystkim kanapki.

Zza zasłony przebija się na poduszkę ostre światło słońca. Przez otwarte okno wpada lekki wiatr, porusza zasłoną, światło faluje, wdziera się pod zamknięte powieki. Raz masz żółto w oczach, raz odbierasz cień i tak w kółko, w zależności od tego jak zawieje wiatr, jak ułoży się, zafaluje zasłonka. Nie da się już spać, tak to denerwuje, że lepiej odrzucić kołdrę i wstawać.

Dzień zapowiada się pogodny, w słońcu będzie bardzo gorąco. Ten lekki wiatr powinien przynosić chwilami jakąś ochłodę. Jest połowa czerwca, jeszcze półtora tygodnia szkoły i zaczną się wakacje. Świadectwo będzie słabe, ale w mig zapomni się tę czwartą klasę. Nikt nie zostaje na drugi rok, wszyscy idą do piątej… Wszyscy, jaka szkoda…

Trzeba się szybko umyć, zjeść śniadanie i udając wyjście do szkoły zejść do piwnicy, sprawdzić szafkę z trofeami. Jak to dobrze, że Ojciec zaraz poleci do tej swojej nowej pracy, a Matka zadowala się małymi kłamstewkami, nie dociekając skrywanych tajemnic. Wystarczy wziąć tornister i cokolwiek powiedzieć jej o szkole. Nie dopyta dokładnie o ten prawdziwy plan lekcji, nie sprawdzi godziny wyjścia, ani powrotu. Dzięki temu można czmychnąć do labiryntu piwnic i gubiąc tych paru, zaglądających tam w godzinach pracy sąsiadów, oglądać w podniecającym chłodzie lochów trofea. Matka nic nie wie, nie domyśla się, a przez to i nie przeszkadza. W domu nie ma niebezpieczeństwa, że wejdą ci w paradę, wszystko odbiorą, lub każą oddawać… A tam, na dole, ten dreszcz czuwania, to nasłuchiwanie czy gdzieś nie trzasną drzwi, czy nie nadchodzi gospodarz domu lub jakiś pracownik spółdzielni mieszkaniowej, aby zajrzeć do szafki elektrycznej lub węzła cieplnego, ktoś kto mógłby cię złapać na gorącym uczynku, z trofeami w rękach… To takie wspaniałe, gdy czujesz, że wszystkich ograłeś, że wszyscy z tobą przegrywają. Jesteś od nich lepszy, bardziej cwany. Nikt cię nie złapie, bo będziesz szybszy, gdyż dalej od nich widzisz w mroku, dokładniej od nich słyszysz w odbijającym echa pogłosów labiryncie piwnic. To ty tu jesteś panem, w tych chłodnych ciemnościach masz swoją tajemnicę i ukryty skarb. Oni nawet się nie domyślają. Dla nich to tylko zwykłe piwnice z szafkami elektrycznymi, węzłami cieplnymi, zaworami wody i gazu. A przecież prawda jest zupełnie inna. To jest miejsce ukrycia zdobytych trofeów, gdzie ty sam wprowadziłeś drugie, zupełnie inne życie. TAKĄ tajemnicę!

Zupełnie drugi, równoległy, ukryty piwniczny świat. I on jest twój, tylko twój. Ty nim rządzisz, ustalasz wszystko co i jak. I potrafisz go chronić przed wrogami, czyli wszystkimi ludźmi wokół – matką, nauczycielami, klasą, pracownikami spółdzielni. Dla tego świata jesteś jego bohaterem, zdobywcą, opiekunem, ale jednocześnie sam czujesz się tu bezpiecznie, bo dopóki okrywa go tajemnica, nikt ci tutaj nie będzie narzucał reguł innych od tych, niż te które ty sam ustaliłeś i teraz tylko je uznajesz, chcesz aby były właśnie takie a nie inne. Rozglądasz się, nasłuchujesz. Skradasz się, gotów czmychnąć na każdy zbyt bliski odgłos lub gdybyś niespodziewanie zza węgła wpadł na jakiegoś człowieka. I jest, zwyczajna, wisząca na ścianie szafka elektryczna. Metalowe drzwiczki zamknięte są zakręconym drutem, który nauczyłeś się błyskawicznie rozsupływać lub – jak trzeba – „zasznurować”, czyli zrobić odpowiedni węzeł, tak aby nikt nie poznał, że przed chwilą ktoś niepowołany (jakiś dziesięcioletni dzieciak) otwierał szafkę, że tu był, że myszkował w jej wnętrzu.

W środku, po otwarciu drzwiczek ukazuje się wewnętrzna ścianka z blachy. Wystają z niej pokrętła, odcinające prąd od konkretnych pionów i korytarzy w bloku. Ścianka i plastikowe uchwyty są blisko, masz je przy samej twarzy. Skonstruowano je tak, że cały uruchamiany nimi mechanizm znajduje się w przestrzeni ukrytej bardziej w głębi szafki, pomiędzy tą przednią ścianką z pokrętłami a tylną ścianą metalowego pudła, dotykającego muru piwnicy, do którego jest ono przymocowane. W środkowej części tej wewnętrznej ścianki, obok pokręteł zieje duży, prostokątny otwór. Gdyby stanąć na palcach i wsadzić do niego rękę, tak aż za łokieć, można końcówkami palców dotknąć od tyłu tych mechanizmów. Ale one zajmują tylko małą część tamtej zamkniętej przestrzeni. Jej reszta nadaje się doskonale do tego, aby cokolwiek w niej ukryć. To skrytka jak marzenie, drut odkręca się tylko wtedy, gdy ktoś chce włączyć lub odłączyć prąd w piwnicy, na klatce schodowej lub w którymś z pionów mieszkań. A i tak, jak już ktoś otworzy z drutu te drzwiczki, to przecież ludzie dotykają tylko pokręteł, nikt nie grzebie dalej, choćby w samym otworze, a tym bardziej za ścianką, w głębi szafki. Bo i po cóż miałby to robić? To nielogiczne i bez celu, a dorośli w ten sposób nie postępują, a przynajmniej tak się zarzekają. Jeżeli zatem ktoś włożyłby przez ten otwór pewne przedmioty do środka, leżałyby one tam latami niezauważone przez nikogo postronnego.
I leżą. Uwierz mi, że naprawdę leżą.
Wyjmowane rankiem, przed wyjściem do szkoły. Nie codziennie, ale i niezbyt rzadko. I czasem też po południu, po powrocie, z reguły wtedy, kiedy lekcji jest tylko cztery albo pięć, a zatem jeszcze przed obiadem. Późniejszym popołudniem i wieczorem prawie wcale, bo sąsiedzi po godzinach pracy po prostu kręcą się po piwnicach niemal cały czas. Praktycznie niemożliwe jest wtedy upolować chwilę sam na sam z szafką energetyczną.
Wyjmowane z pietyzmem. Brane z miłością do rąk. Dotykane, muskane, oglądane po stokroć. Wzbudzające dumę. Dające przyjemność i satysfakcję z odczuwanego przez ich poprzednich właścicieli żalu, przykrości i kłopotów, a co ci w takich chwilach podsuwa wyobraźnia. Właścicieli, czyli tych, którym są one potrzebne, niezbędne przy tej najbardziej normalnej, przyziemnej, choć drobnej – ba, co by nie było to jednak po prostu – codziennej, życiowej wręcz czynności na każdej z kilku lekcji w szkole. Ileż to się oni tego naszukają, ileż napłaczą z powodu zauważonego w najmniej odpowiedniej chwili braku. A potem działając w malignie, roztargnieni starają się wyjść z trudnej, kłopotliwej sytuacji, jaką jest ta strata. Czasem skutecznie, a czasem bez sukcesu, co tylko potęguje ich nerwowość, nieskoordynowane, bezmyślne miotanie się, zagubienie. Odchodzi ich spokój i pewność siebie. Zapominają, co wiedzieli, to, czego się przedtem długo uczyli, tylko po to, aby właśnie w tej chwili zabłysnąć, wykazać się, odnieść sukces. I dzięki temu tracą nie tylko rzecz – to co chowasz w szafce jako trofeum, ale tracą też swój dobry wizerunek w oczach ludzi, na ocenie których im zależy, a przynajmniej – na tym etapie funkcjonowania – powinno zależeć. Wyrwani do odpowiedzi nie potrafią powiedzieć tego, co normalnie by im przyszło bez trudu i wyrecytowaliby z pamięci. Gubią wątek pisząc, licząc, rysując, wychodzą im złe wyniki, konstruują nieskładne zdania, mylą fakty i logiczne następstwa zdarzeń.
W skrzyni leżą długopisy czwartoklasistów. Dziesiątki długopisów…

– Tego dnia dyżur w klasie powinna mieć Beata Dunaj i jej najbliższa przyjaciółka, mieszkająca w bloku przy Waszkiewicza, na parterze…
Mężczyzna przerywa. Jest spokojny, tylko nerwowo porusza obsadką ponad blatem. Chociaż ma lekko podniesioną głowę, a wzrok utkwiony gdzieś w górze i nie patrzy na swoje, obracające pióro palce, kobieta odbiera całą sytuację w bardzo ograniczony, nieubłaganie ściśle zorientowany sposób:
– Co się stało? Pióro jest zepsute! – z jej głosu przebija strach o wartościowy dla niej przedmiot. I rozczarowanie, bo przecież zawierzyła mężczyźnie. Wbrew wszelkim regulaminom. A tu zamiast zrozumienia, współdziałania spotyka ją taki brak ostrożności i zupełne zlekceważenie…
Mężczyzna spogląda na nią z politowaniem. Ale bez krzty współczucia. I korzysta z osiągniętej przewagi, aby dostać to czego potrzebuje. Pomrukuje niewyraźnie:
– Mhm, u – u…
– Jesteś zmęczony? Chcesz przerwać?
Kobieta od pewnego już czasu nie jest sobą. Zrobiła fałszywy krok. I zaczyna ponosić tego konsekwencje. Los obchodzi się z nią w bezlitosny i okrutny sposób. Nie wybacza najmniejszego błędu, jakiekolwiek chwili słabości.

Czwartek, godzina 9:00

– Odpocząłeś od wczoraj? Możesz kontynuować?
Spogląda mu prosto w oczy. On nie odwzajemnia spojrzenia, ucieka gdzieś wzrokiem.
Co ona sobie myśli, gdy z jeszcze większą troską w głosie zadaje kolejne pytanie?
– Tam w ogóle można odpocząć? Wyszedł mi chyba jakiś oksymoron, przepraszam… Nie rozmawialiśmy jeszcze o tym… Jak cię traktują… Możesz o tym mówić?
Widzi jego spuszczony wzrok, utkwiony w blacie. Słyszy niewyraźne mamrotanie, coś jakby:
– Czy traktują…? Co, mówić…?
– No tak, rozumiem. – odwraca ze wstydem głowę i rozkłada na stole zapisane arkusze kratkowanego papieru – Te wczorajsze zapiski już przeczytałam. Od deski do deski. Zatem, kontynuuj może, od dziewczyn dyżurnych tego dnia. Beata Dunaj i Mirella Grüner.
– Tak, to niezwykle ważne – mężczyzna doznaje nagłej przemiany. Dzisiaj, teraz jest już spokojny i pewny siebie – Akurat te dwie dyżurne zawsze na początku każdej przerwy, czy jest taka potrzeba, czy nie, lecą namoczyć pod kranem w ubikacji gąbkę do tablicy. I aby się nagadać ze sobą, zostają tam zawsze dłużej niż inne. Wracają obie gdzieś dopiero w połowie przerwy. W pogodny dzień klasa dzięki temu przez kilka minut jest zupełnie pusta…
– Skąd masz o tym takie informacje? – i nagle tknięta jakimś impulsem, rzuca jakby od niechcenia: – Wiesz co, opowiedz mi teraz, proszę, o Piotrku Pasternaku.
On, w końcu, patrzy prosto na nią. Jest zdziwiony, jednak daje się jej zaskoczyć. A ona uśmiecha się zadowolona.
– Spytaj swojej koleżanki, Wiolety, droga kobieto – mężczyzna ratuje się opryskliwym tonem.
– Pytam ciebie.
– Ale czy to nie ona skończyła to Studium Nauczycielskie!
– Jak wiele innych… Minęło dwadzieścia lat, teraz ty...
– Ja?
– Tak, ty, drogi człowieczku. Koniecznie ty.
– Niewielu z czwartej „c” mieszka na osiedlu Łużyckim, przy Waszkiewicza. Bo większość jest z tych punktowców poniżej szkoły, przy Kaczym Dole i z tego mrówkowca i z tych już gotowych wieżowców przy Jóźwiaka. I jeszcze z tego wieżowca blisko rogu Zubrzyckiego i Zawadzkiego. A Kotlarski mieszka przy Jóźwiaka, w wieżowcu. A Pasternak w punktowcu, poniżej. I Mariusz Sieja, też w wieżowcu, razem z Kotlarskim. A Kotlarski i Sieja ganiają przez Sawickiej i Findera, koło SAM-u „Monika” na tory dawnej kolei szprotawskiej i podkładają złotówki pod parowozy… Bo to, łobuzeria jest taka… A Pasternak bardziej czyta książki, przysłuchuje się ojcu, nie łobuzuje. I interesuje go psychologia.
– Jedenastolatka? Jesteś tego pewien?
– Czy ja jestem? A oczywiście! Bo niech pani tylko posłucha jak rozmawiają sobie z tą Dunajówną…
– Opowiedz mi, o tym, jak rozmawiają.
– Bo w bloku mieszkają różni ludzie. A stary Pasternak, co go zna pani koleżanka, Wioletta, jest na ten przykład profesorem w szkole pedagogicznej. I chyba zajmuje się książkami i pisarzami, ale interesuje go też psychologia. A w klatce są też tacy różni: dziennikarz z gazety, urzędnik, milicjant, czy żołnierz, księgowy. I spotykamy się przed blokiem, pogadamy o samochodach. A i zejdziemy się z raz w tygodniu w piwnicy i przepijemy do siebie. Bo ktoś komuś pomoże przy meblach, kto inny uszczelni drugiemu kran. Bo sąsiad sąsiadowi lepiej i prędzej pomoże niż ci, pożal się Boże, fachowcy ze spółdzielni.
– Przecież ty tam nie mieszkasz…?
– A, ale zachodzę często do takiego staruszka… Bo on też był SOKistą i teraz poszedł na emeryturę. A mnie wyrzucili… I przedtem… Bo jak obaj jeszcze byliśmy Strażnikami to on się mną niby opiekował, tak służbowo. I ja zacząłem do niego chodzić, do mieszkania. A on mieszka pod tym Pasternakiem… Profesorem. I jego synem, Piotrkiem, z tej właśnie czwartej klasy. Czwartej „c”.

Czwartek, godzina 9:20
Opowieść o lokatorach punktowca, sąsiadach prof. Pasternaka
Ojca Piotrka z IV klasy „c” szkoły podstawowej nr 1 (przy ul. Gwardii Ludowej)

To było tak.
Okienko od piwnicy miało całkowicie opuszczoną ramę. Na zewnątrz, tylnymi kołami na trawniku stał „maluch” z odchyloną klapą silnika, otwartymi drzwiami od strony kierowcy i podniesioną do góry maską. Ze ścianki działowej bagażnika wystawały kable, połączone w powietrzu klamrami z końcówkami przedłużacza, który napięty do granic znikał w piwnicznej czeluści.
– Dobra, mam! Już podłączone! – dobiegł stamtąd piskliwy jak na mężczyznę w sile wieku głos zefamowskiego elektryka spod dziesiątki na drugim piętrze.
Niewysoki, grubawy buchalter spółdzielni ogrodniczej, ten z parteru, otarł chusteczką pot z czoła i zanurzył się prawie cały we wnętrzu bagażnika fiata. Duża, okrągła głowa znikła zupełnie, tak samo wystające z podwiniętych rękawów koszuli, tłuste i krótkie ręce. Aż dziw jak to wszystko się tam zmieściło?
– Sąsiad, no może sąsiad już próbować zapalać – wydostał się miły, ciepły, choć silny głos
W maluchu na przednim siedzeniu po lewej, przed kierownicą siedział dosyć wysoki, ale przeciętnej postury mężczyzna w średnim wieku, o trójkątnej, podłużnej twarzy, z wysokim czołem i głęboko osadzonymi oczami. Spodnie od garnituru, biała koszula rozpięta pod szyją, gładko ogolona broda i policzki. Włożył kluczyk do stacyjki, przekręcił, poniżej kierownicy nacisnął na pedał gazu.
Samochód nie zareagował.
– Nie, nie tak, panie Profesorze! – zaoponował stojący przy otwartych drzwiach były strażnik kolejowy. Ten znajomy SOKisty, tego spod czwórki, ostatnio, odkąd zwolnili go ze Służby, przychodził tu na całe dnie. W sumie, nawet specjalnie nie było wiadomo po co, bo przecież już nie gadał, tak jak dawniej, ani ze starym ani z jego żoną. Za to najczęściej przesiadywał samotnie, godzinami, na ławce przy placu zabaw, po drugiej stronie osiedlowej zatoczki.
– Sąsiad, spokojnie, powolutku – wyprostował się buchalter, wyjrzał z tej swojej dziury i zrobił dwa kroki ku siedzącemu za kierownicą – Tak jak powiedziałem, sąsiad, próbuj zrobić to dokładnie. Wpierw sprzęgło – dodał łagodnie i szybko wrócił na swe stanowisko.
Twarz profesora przybrała zawzięty wyraz. Układ ust, jaki przybrał, wskazywał na wielką determinację. Mars pokrywał czoło. Ale polski fiat 126p to nie kolejna historia z pogranicza literaturoznawstwa i meandrów biografii właściwego wieszcza, czy klasyka. On się tak łatwo nie chciał poddać. Zacharczał, zacharczał – i znowu nic.
– Jak to nie akumulator, to do wymiany są szczotki, to pewne, identiko – pojawił się niczym spod ziemi właściciel piskliwego głosu.
Profesor z zatroskaną miną wygramolił się z auta.
Mikry, niski i chudziutki elektryk zielonogórskich zakładów meblarskich, który wyszedł w międzyczasie z piwnicy, pozostawiając tam całą swoją maszynerię złożoną z kabli, stanął nad otwartym bagażnikiem. Z drugiej strony, naprzeciwko ciągle schowanego w nim do połowy buchaltera.
Specjalista od rachunkowości, okrąglutki mieszkaniec parteru, zwany był w bloku „złotą rączką”. Z racji tego, że pomagał wszystkim we wszystkim. A potrafił doprowadzić każdą rzecz, za którą tylko się zabrał, do końca, czy to był mechanizm, czy elektryka, czy cieknąca rura. Wtedy też było wiadomo, że nie odpuści, nigdy nie odpuszczał, aż doszedł przyczyny awarii i ją usunął.
– To chyba gaźnik – wszedł w słowo elektrykowi – Chcę go próbować sąsiadowi czyścić…
Chudzinka spod dziesiątki obruszył się.
– A skąd znowu! To identiko sprawa elektryki. U nas na zakładzie było tak, że przyjechał nie dalej jak w zeszłym tygodniu, z Nowego Miasteczka, z podzakładu, ichni kierownik, do naszego działu wzornictwa… Starą „warszawą”. I ta też mu tak zgasła, identiko. Nie mógł zapalić, tak jak i tu, dokładniuśko. I to była prądnica. Ha, i zrobiłem mu ją, na cacy, a jakże…
– Drogi człowieku, czy prądnica w tym maluchu…? – zaczął z wyrzutem strażnik bez etatu.

– Sąsiedzi! – w oknie piwnicy pojawiła się rumiana, nieco nalana twarz tego milicjanta z czwartego piętra – Należy się, należy nam krótka przerwa. Ja odpalam nową butlę i właśnie…
– Ale co, na tym miłym słoneczku, czy musowo idziemy w lochy? – podjął temat elektryk.
– Drodzy ludzie, nie, wejdźmy do środka. Nie wypada, panowie, tak w ciągu dnia pić alkohol na oczach dzieciaczków – były strażnik wskazał ręką na piaskownicę, huśtawkę między słupami i huśtawkę – równoważnię z konikami, oblepione najmłodszymi mieszkańcami czterech okolicznych punktowców.
– No, to idziemy już, idziemy. Ja mam tu trzy składane krzesełka – zachęcał milicjant.
Ruszyli całą czwórką, profesor nawet nie zamykał samochodu, zostawił tak otwarty i z tyłu, i z przodu, tylko drzwiczki przy kierowcy klapnęły zatrzaśnięte, ale nie na klucz.
Przeszli po trawniku, potem chodnikiem przed drzwi wejściowe do budynku a dalej – już w środku – czekały ich kolejne, wewnętrzne drzwi i za nimi schody w dół.
W tych drugich drzwiach, za którymi było zejście do piwnic, natknęli się na konduktorkę z miejskich autobusów, mieszkającą pod dwójką z prawie dorosłą córką. Profesor wytwornie przepuścił ją przed wszystkimi, przytrzymał drzwi, aby swobodnie przeszła. Jako że niosła w obu rękach siatki z pustymi wekami, w jej oczach pojawiła się niema, ale głęboka wdzięczność.
Zeszli wszyscy dziewięć schodków w dół wąskim i niskim korytarzem. W niszy na dole rozgałęział się on na dwa kolejne, w ogóle stawało się bardziej przestronnie. Piwnice milicjanta, elektryka i konduktorki były na lewo. Po chwili doszli do kolejnego rozgałęzienia, a w zasadzie przecięcia się dwóch korytarzy na krzyż. Znowu skręcili w lewo gdzie w korytarzyku odchodzącym prostopadle od głównego ciągu była piwnica milicjanta i „złotej rączki”. Gdyby w tym miejscu skręcili w prawo, trafili by do piwnicy konduktorki.

Na wprost, za tym skrzyżowaniem, na ścianie wisiała duża skrzynia energetyczna a dalej obok niej wiodło główne przejście do kolejnych rozgałęzień. Wzdłuż tego głównego ciągu nie było bezpośrednio wejść do piwnic. Drzwi do piwnic konkretnych lokatorów ulokowane były w tych bocznych, prostopadłych korytarzykach. Były one krótkie, mieściła się wzdłuż nich zaledwie para piwnicznych drzwi po każdej stronie, a kończyły się oknem, jedynym źródłem naturalnego światła.
Tu też właśnie, przy skrzynce, spotkali pielęgniarkę z trzeciego piętra.
– A co to, znowu ma pan te problemy z maluchem, panie profesorze? – wskazała na zwisające kable, idące po posadzce w stronę otwartego okna. – Czy dzieciaki coś nabroiły?
Nad tym kablem milicjant rozstawił już trzy składane krzesełka turystyczne. Obite kolorowym materiałem, ułożonym w pasiasty deseń żywych barw – na przemian czerwony, zielony i żółty – drewniane stelaże wyróżniały się w jednolitej szarości piwnic.
– Co to się tam dzisiaj rano stało na trasie? – pielęgniarka szturchnęła w ramię konduktorkę. U nóg tej pierwszej stała kobiałka z ziemniakami. Widocznie kobieta zeszła do piwnicy po kartofle, które miała gotować na obiad dla męża, redaktora gazety i obojga drobiazgu, 9-letniej Eli i o trzy lata młodszego Czarka. Chwilę przedtem przymknęła kolanem drewniane drzwi swojego segmentu, włożyła kabłąk kłódki w metalowy skobel i przekręciła kluczyk. Zrobiła kilka kroków w stronę wyjścia, ale przystanęła w rozwidleniu, zaciekawiona tym całym pochodem. Mężczyźni ominęli ją w milczeniu, być może nawet nie zdając sobie w pełni sprawy z tego że ona tu jest. A ona sama nie ośmieliła się do nich pierwsza odezwać. Może gdyby byli pojedynczo, no we dwóch, albo gdyby, jakoś tak na nią akurat wypadło… – ale tak, starczyło jej odwagi tylko na tyle, aby zagaić profesora i kobietę, która z nimi zeszła.
Wszelako konduktorka tylko wzruszyła ramionami.
– A gdzie, niby?
– Chyba gdzieś na trasie „siódemki”. Z rana, przed wpół do ósmej… Jak dzieciaki do szkoły…
– Kochana, nie wiem! My już teraz na wozach nie jeździmy.
Milicjant wystawił tymczasem ze swojej klitki pękaty gąsior. Wyjął z zakorkowanego otworu wlewu rurkę fermentacyjną i zamienił ją na cienki wężyk. Pochylił się nad baniakiem, wziął w usta końcówkę węża i zassał. Jak tylko w rurce pojawił się ciemnoczerwony płyn, szybko wypluł wężyk i zanurzył go w szklance musztardówce. Ta powoli napełniała się…
– Łapiemy się, łapiemy za stołeczki. Każdy bierze swój i można siadać.
Mężczyźni wzięli w ręce po krzesełku i „każdy” lekko przestawił swoje, według jakiegoś, znanego tylko jemu schematu.
Profesor statecznie, z dozą majestatu. Oszczędne ruchy, bez poszarpywania – postawił swoje siedzisko przy przeciwnej ścianie niż gąsior i pozostałe krzesełka.
Buchalter, „złota rączka”, swoje podniósł niemal do niskiego, jak to w piwnicy, sufitu, wyprostował ręce i w takiej pozycji przeniósł je parę kroków, aż w końcu postawił na początku bocznego korytarzyka, przed jego skrzyżowaniem z ciągiem głównym. Za głową miał skrzynkę energetyczną i opierającą się o nią pielęgniarkę.
Elektryk tylko szurnął swoim po betonie, aż całość się zatrzęsła. Klepnął silnie dłonią w materiał, nerwowo, jakby trzepał dywan i zasiadł zamaszyście niemal przy samym gąsiorku, vis a vis profesora, a obok buchaltera (patrząc od strony najistotniejszego w tej sytuacji i scenerii gąsiorka – to de facto przed buchalterem).
Tylko były strażnik kolejowy, gość w bloku, a nie lokator, dla którego zabrakło krzesełka, po prostu odsunął się tak jakoś w kierunku „złotej rączki” i stanął wygodnie oparty o ścianę, przed skrzyżowaniem korytarzy, naprzeciw buchaltera, a obok obu kobiet. Mógł teraz jednako brać udział, tak w dyspucie mężczyzn, jak i przysłuchiwać się rozmowie pań.
Dopełniał tego wszystkiego milicjant, stojący okrakiem ponad gąsiorem, tak już bardziej za nim, a przed zamykającym przestrzeń oknem, z którego zwisały te przeciągnięte wcześniej przez elektryka od skrzynki do „malucha” profesora kable.
Wężyk przeszedł już przez wszystkie pięć musztardówek.
Każdy przechylił swoją szklankę, upił nieco płynu. Dały się słyszeć parsknięcia, pokasływanie, także takie pomruki: „yaa… a-a!”
– Mocne!
– Co tam sąsiad dolał, khe – khe…?!
– Czujemy co, czujemy? – milicjant dumnym głosem jednoznacznie zasugerował potwierdzenie przypuszczeń pozostałych.
– Czysty spirytus spróbował sąsiad? – podpytał buchalter.
– Czyściutki. Najprawdziwszy – delektował się własnym sukcesem gospodarz.
– Przy której próbie tak to wyszło sąsiadowi? – dociekał buchalter.
– A, ja nie mogę, nie mogę… – zawiesił głos milicjant – tajemnica zakładu, tajemnica!
Kobiety były na razie myślami daleko od degustacji.
– Przed ósmą, przywieźli nam autobusem na pogotowie rannego. Właśnie z linii „siódemki”. Pomyślałam sobie, że może pani będzie coś o tym wiedzieć? Nie miała dziś pani służby?
– Nie kochaniutka, od tego roku to my tylko sprawdzamy bilety. I to też tak, wiesz, jak… Wsiadamy do wozu na przystanku, sprawdzamy wszystkich pasażerów jak leci i na następnym przystanku wysiadamy i czekamy na nowy wóz. Chyba, że ludzi jest tyle, że musimy jechać dwa albo i trzy przystanki…
– Czy ludzie będą teraz wyłudzać przejazdy bez biletu? – zdziwił się strażnik.
– A będą, żebyś pan wiedział! – zapalczywie zgodziła się kobieta – I my teraz jesteśmy od tego, aby łapać takich gapowiczów. I dajemy im mandaty.
– Czy dobrze widziałem, pani konduktorko? Czy wasze siedziska, z których sprzedawaliście i kasowaliście wchodzącym pasażerom bilety, są nadal? W każdym autobusie, przy drzwiach…
– A są jeszcze. Przecież to ledwo co na wiosnę rozwiązali nas, czyli „żywych” konduktorów. Wtedy to powkładali te automatyczne kasowniki, samoobsługa! Marka „Krak”, kochaniutki!
– To skąd, droga pani, podróżni mają teraz brać same bilety…?
– A do kiosku „Ruchu”, kochany, to pójść nie łaska…?
– Tak, potwierdzamy to, potwierdzamy. Moja żona też tak kupuje, w kiosku… – wtrącił spod okna milicjant, dołączając do rozmowy.
Niepocieszona brakiem interesujących ją informacji, pielęgniarka sięgnęła po kobiałkę, gotowa pójść w końcu do mieszkania, pichcić ten obiad.
Ale ni stąd ni z owąd wspomógł ją elektryk.
– A kto to był, co go tak raniło w tym autobusie? Wypadek jakiś? Czy jak?
– Z tego co pacjent mówił, to wsiadał do „siódemki” na przystanku na Łużyckiej, ale nie na naszym. Na tym kolejnym, za wiaduktem. Za więzieniem. Jak to po siódmej, był tłok. Szofer ruszył zbyt szybko i zatrzasnął drzwi, gdy nasz pacjent jeszcze wsiadał. I nie zdążył schować ręki i przytrzasnął palce. Boże, nawet nie myślę, jakby trafił na dziecko, w drodze do szkoły!
– Mus to był San. W Sanie automatyczne drzwi tak dobijają, całą siłą do ramy wozu. – wtrąciła konduktorka – W Jelczu drzwi przymykają leciutko do środka, skrzydła tak ku sobie.
– W tych autobusach nie patrzą na ludzi! A kierowcy, to wcale! – ostro skrytykował elektryk, ale w obronie kierowców, w równie zapalczywym tonie, stanął strażnik:
– Nie wiadomo, jak to było drogi człowieku! Bo najczęściej jest tak, że to gówniarze z osiedli wskakują na ostatnią chwilę, gdy już drzwi się zamykają, a wóz rusza… Bo zabawę z tego sobie robią i chcą w ten sposób pojechać bez biletu w na pół otwartych drzwiach…
– …i jak ten robotnik zaczął krwawić i mdleć, to inni zaczęli krzyczeć. Aż szofer się zorientował i pojechał, prosto do nas, na pogotowie. Ale wiecie państwo, tak ze wszystkimi ludźmi – cicho dokończyła pielęgniarka – A ja jakbym już widziała wśród nich moją Elę.
– To widzimy to, widzimy, że daleko z trasy nie zjechał – trzeźwo zauważył milicjant – Tyle co z Westerplatte, zamiast w lewo na dworzec, skręcił w prawo… Ciekawi to, ciekawi pewnie wszystkich, czy wrócił potem jeszcze z powrotem, czy też minął przystanek przy „Lumelu”?
– Tak, tam można pojechać prosto Wyspiańskiego, identiko. Między parkiem a tym nowym wiaduktem nad torami. Tym przy dworcu PKP – to powiedział elektryk.
– No właśnie, sama byłam ciekawa, jak to dokładnie od początku było? I jak się potem skończyło dla szofera? Dlatego pani spytałam, sąsiadko…
– A poszkodowany? Jaki stan zdrowia? – dopytywał się, zaciekawiony, profesor.
Pielęgniarka niewiele jednak wiedziała.
– To był robotnik, bodaj z „Lumelu”. I jechał, tą „siódemką”, akurat do pracy. Chyba go tylko zszyli, bo rentgen nic nie wykazywał. I po zabiegu normalnie poszedł do roboty, blisko miał. Ja sama już byłam po nocce, szłam do domu, do dzieci. Tak to tylko podglądałam z daleka, na odchodnym, przez ramię… I wyślij tu dziecko autobusem do szkoły – zakończyła smutno.
Milicjant wziął w dłonie wężyk…
– No, sąsiedzi, jak smakuje, to komu smakuje – ja proponuję – na drugą nóżkę…!
Posmakowali znowu. Tym razem było słychać tylko cmoknięcia i odgłos głośnego przełykania. Przepędzone kilka razy domowej roboty wino, czyli de facto własny winiak, dodatkowo wzmocniony spirytusem, naprawdę wszystkim dogodził.

 

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.