Odcinek 1

Rozpoczynam dziś publikację ogromnej powieści, której fragmenty już kiedyś tu umieściłam (Deszczowa delegacja), a której poszczególne części rozgrywają się co 10 lat. Główni bohaterowie tych historii znikają, pojawiają się nowi, jedni umierają, inni przesuwają się na boczny plan, przenosimy się wzdłuż osi czasu to wstecz, to do przodu, a sens całości zrozumiemy zapewne, jak się to monumentalne dzieło skończy, a może i wtedy nie, bo już pozapominamy, kto kiedy kogo o co podejrzewał, kto umarł i kto komu podstawił nogę. Trzeba więc będzie przeczytać całość raz jeszcze, łudząc się, że tym razem zrozumiemy, ale też, że autorowi nie przydarzyło się to, co mianowicie było udziałem Antoniego Gołubiewa, autora wielotomowej i wielowątkowej powieści Bolesław Chrobry. Gołubiew nie poradził sobie z tym, co stworzył i nie umiejąc rozplątać i zakończyć zawikłanych wątków, nigdy powieści nie dokończył.

No to zaczynamy.

Mieczysław Bonisławski

JESZCZE WE WRZEŚNIU. NIEMAL TUŻ PO WAKACJACH I URLOPIE

ok. godz. 9:00 rano

To posłuchajcie teraz tego. Przecież wy też wracacie z wakacji, urlopów. Z urlopów… Pierwszy dzień w pracy, jeszcze ta rozgrzana plaża, zimne piwo, gorące rytmy… A tu od rana sprawa, taka bardziej poważna. Posłuchajcie zatem mojej opowieści, trochę, właśnie o tym…

– Panie Olku… Niech pan sobie wyobrazi, proszę, słoneczne popołudnie w Zielonej Górze. Stoimy na zachodnim krańcu miasta. Jest ciepły, bardzo ciepły wrzesień. Złota jesień. Dzieci od dwóch tygodni znowu chodzą do szkoły. Właśnie wróciły po lekcjach do pustych mieszkań w bloku. Rodzice nie przyszli jeszcze z pracy. Dla tych, co nie jedzą obiadu w szkole, gorący posiłek przy rodzinnym stole będzie dopiero za godzinę. Albo za dwie lub trzy? Niech pan nam powie może, co dziesięcio-, dwunastolatek robi w bloku, gdy nie ma dorosłych?

– Właśnie wyobrażam sobie bloki.
Nowe bloki. I raczej szare, bo sklecone tak na szybko z betonowych płyt (zwanych nawet „wielką płytą”). Niskie, czteropiętrowe, są bardzo proste i bardzo długie. I przy tych ich kilkunastu klatkach schodowych i jednostajnym, wydłużonym kształcie, bez żadnych załamań czy skosów, wydają się takie niskie, jeszcze niższe niż te cztery piętra.
I całe są szare, chropowate od betonu, zimne. Bo jedyne żywsze barwy, to jakieś schnące po praniu szmaty, kwiat w doniczce, plażowy leżak. A rozłożone są one po wciśniętych w bryłę bloku balkonach (balkony tak zwanym kosztem pokoju). I pozostają tak stłamszone w czeluściach budynku, że nie stanowią krzykliwej toni w morzu szarości. I są raczej szeptem, niknącą w odmętach kolorową plamką…
Wokół domów ciągle coś się buduje, bo osiedle jest nowe. I nawet dojazdy nie są jeszcze do końca gotowe. I dlatego wzdłuż bloku prowadzi ulica z betonowych płyt, w pewnym momencie kończąca się łachą piachu. A dalej wiedzie już tylko rozjeżdżona ciężkim sprzętem piaszczysta, błotnista breja. Ta betonówka, to ulica generała Waszkiewicza. Wznosi się nieco i nagle urywa w miejscu, gdzie architekci zaplanowali na przyszłość niewielki wiadukt.
A między blokami widzę przestrzeń międzyblokową.
I próbuję przejść tunelem, ziejącym ni stąd ni zowąd z niczym nie zaburzonej bryły bloku na jego drugą stronę. Próbuję wejścia w tę przestrzeń…

– Tak, rozumiem to. I niech pan nam powie może, co się wówczas dzieje?

– A, staję przed drugim, takim samym blokiem. A dwie betonowe, równolegle do siebie ściany z szarej wielkiej płyty wygradzają przestrzeń, gdzie na boisku z betonu, wokół paru huśtawek i przy piaskownicy, obok ceglanego śmietnika dokazuje stadko dzieciaków. A nad ich głowami, spomiędzy betonowych ścian unosi się stłumiony zasłoną z wielkiej płyty gwar. I tonacja tych głosów jest zniekształcona swoistym echem tej studni i zwielokrotnieniem kakofonii dźwięków wydobywających się na raz z tak wielu gardeł. Gwar, szum głosów, głuchy dźwięk odbitej piłki od betonu, przenikliwego pisku rozbujanej huśtawki, może brzdęk dzwonka od roweru. I na pewno słychać odgłosy skakania przez skakankę.
I właśnie tu możesz, w oczekiwaniu na matkę, ciotkę, sąsiadkę, ojca, wujka robić to, co inni, ci wszyscy. O ile masz się do kogo przyłączyć. A tak właśnie powinno być, bo skoro tu, w jednym z tych bloków, mieszkasz…

– Wracamy jeszcze przed blok, proszę. Na rozkopaną, niedokończoną ulicę.

– Dobrze. Po jej drugiej stronie nie ma ani kolejnego bloku, ani śmietnika z placem zabaw. Bo tam zieje pustka, a raczej krajobraz, potocznie nazywany przez dorosłych, księżycowym.
I ciężko powiedzieć, czy tak właśnie powinno nazywać się dużą skarpę świeżego, żółtego piachu, która wznosi się po prostu na wysokość pierwszego piętra? I ułożone po jej bokach w sterty drewno budowlane (głównie deski i kantówki). I stos przygotowanych do układania cegieł, i pryzmę ułożonych jedne na drugich płyt stropowych? A jeżeli powinno, to dlaczego? Czy tak właśnie wygląda księżyc? Czy stojący też tutaj, na szeroko rozstawionych szynach, dźwig, w ogóle, czy to gabarytem, czy konstrukcją przypomina księżycowego łazika?
A za dźwigiem, nazwanym imieniem „Marian”, wyłania się niedokończona jeszcze budowla z białej cegły. I, co ciekawe, ta biel ożywia cały widok.
Czy nie mówią: biały to nie kolor? A niech tylko pani spojrzy na to morze szarości wielkiej płyty i bure błoto wkoło, a zrozumie pani, że świeża, śnieżna biel to też żywy, wesoły kolor!
A ta budowla jest bardzo ciekawa. Bo stanowi ją konstrukcja z żelbetonowych filarów łączonych belkami stropowymi i poprzecznymi (chyba też z betonu). Pustą przestrzeń pomiędzy nimi robotnicy wypełniali jeszcze przed godziną właśnie tą białą cegłą. I przypomina to trochę technikę budowy, zwaną pruskim murem, choć cegła tu znacznie większa i biała a nie czerwona, a szkielet przecież nie drewniany.
A czy nie jest dziwne, że cegły zaczęto układać od piętra? Tak, że dół tej konstrukcji na razie jest niezabudowany. I wygląda ona z daleka jak zadaszona hala, nad którą wznosi się jeszcze piętro. Otwarta całkowicie na zewnętrzne otoczenie, ale z przegrodami wewnątrz, niczym ciąg grot czy jaskiń.
Bo wrażenie to potęguje mrok panujący w tych zamkniętych od góry, ale nie obudowanych ścianami zewnętrznymi pomieszczeniach parteru. A tym głębszy, że białe ściany piętra wręcz lśnią we wrześniowym słońcu popołudnia. I kontrast jest przejmujący.
I do tego dochodzi ta zupełna pustka i towarzysząca jej cisza. Bo robotnicy zaczynają tu robotę z samego rana, stąd po godzinie piętnastej plac budowy zupełnie się wyludnia. A do niedawna nie było tu nawet stróża. I całe piętro i wszystkie nisze na parterze, przestrzeń między stosami desek i cegieł, zbocza hałdy piasku, dźwig są teraz po prostu jak martwe.

– Dobrze, znamy już czas i miejsce, czyli scenę dramatu. Teraz niech pan sobie wyobrazi może, w takiej mrocznej, ceglanej grocie, pustej i martwej, samego jak palec dziesięciolatka…

Dwa dni później, znowu ok. 9 rano

– Dzisiaj kogoś poznamy, panie Olku. Przenieśmy się, może, do pobliskiej szkoły. W nowym gmachu przy ulicy Gwardii Ludowej jest któraś z kolei lekcja. Na szczęście przedostatnia dzisiaj. W końcu! Przyjrzyjmy się, proszę, przez chwilę mikremu Januszkowi. Z ciężkim, wielkim tornistrem na przygarbionych pleckach. Niech pan nam o nim opowie może.

– A, wiem, że od kilkunastu dni mały chłopiec chowa coś na parapecie swojego pokoju. I cały czas czujemy razem tę tajemnicę, skrywaną nawet przed domownikami. Bo słoik jest wyciągnięty gdzieś z piwnicy, gaza podprowadzona z domowej apteczki w kuchni.
Bo woda w słoiku – po cichu przeniesiona nocą z łazienki. A nasączona nią gaza, chroniona ściankami słoika skrywa coś, co w końcu osiągnęło cel, udało się temu chłopcu. Bo ziarnko fasoli nie jest już ziarnkiem. Napęczniało, pękło, spomiędzy dwóch połówek wydostał się żółty ogonek. I teraz, po kilku dniach, ogonek nie jest już żółty, tylko zielony. I nie jest ogonkiem, ale coraz grubszą i wyższą łodyżką, obrastającą kolejnym listkiem.
I od paru nocy mały tuli co wieczór słoik, który zdejmuje z parapetu, zza zasłony i bierze pod pierzynę. I przytula buzię, muska usteczkami, szepce doń słowa pieszczoty. I bardzo uważa, aby nie zasnąć ze słoikiem, bo wtedy, we śnie mógłby go zrzucić z łóżka, stłuc. A to byłaby tragedia. Pilnuje się zatem, czeka do ostatniej chwili przed zaśnięciem i odkłada słoik na parapet, za zasłonę, czule go żegnając i życząc roślince w środku „dobranoc” i dobrych snów.
A zaraz potem zasypia, bezpieczny, silny, gotowy ustrzelić z haubicy wrogie czołgi, atakujące batalion Czernousowa i Marusi, przywalić Kotlarskiemu w ryja, najlepiej tak, aby to zobaczyła Kamila Graczyk…
…Czy Arleta Gratyniuk już się ze mnie nie naśmiewa, a nauczyciel techniki stoi z rozdziawionymi ustami, słuchając jak doskonale tłumaczę zasadę działania… A, czekaj, jak to się nazywa…? No, nie pamiętam. A, co tam wszystkim do tego! To jest cokolwiek, kolejne z urządzeń omawianych na poprzedniej lekcji. A ten „Technik” mówi tak niezrozumiale, dyktuje tak szybko i dużo. I jak tu zdążyć to wszystko zapisać w zeszycie i do tego wyraźnym, wyprostowanym pismem technicznym, tak aby potem, sprawdzając zeszyty, Technik nie krzyczał, nie wyśmiewał przy całej klasie? Czy to jest normalne, że im wszystkim się to udaje? Jak oni to robią? Kiedy się tego nauczyli?
…A przecież w twojej poprzedniej szkole nie było żadnego pisma technicznego, żaden nauczyciel tak nie dyktował. Pani rozmawiała z tobą, tłumaczyła, była taka bliska…

– Proszę, kto tak myśli!?

– A rankiem chowam się pod pierzyną i nie chcę wstawać, a przecież muszę. I nagle zrywam się, po długiej chwili ociągania się. A zanim pójdę do łazienki, tulę słoik, odkładam go. A gdy wracam stamtąd, wyciągam słoik, przyglądam mu się, gadam z fasolką i zaczynam się ubierać. I jem śniadanie. I w końcu wychodzę do szkoły. A przed wyjściem żegnam się z fasolką.

– Jednak, kto to wszystko robi!?

– Januszek. Bo on wie co go czeka. A to będą ciężkie chwile, ale trzeba się przemóc. Przeboleć te godziny, po to, by po południu wrócić do domu, gdzie jest słoik z rosnącą fasolką. I znowu jest do kogo się przytulić, z kim porozmawiać. A ona tak wszystko rozumie, wszystkiego wysłuchuje. I pociesza samym tylko tym, że po prostu jest, jego jest i z nim.
Ale dzisiaj słoik trzeba było zabrać ze sobą, do szkoły. I obaj wiemy, że to nic dobrego. Bo to coś złego, co czai się cały czas wokół nas. No i ta przyroda jest właśnie przedostatnią lekcją. Po niej jeszcze tylko technika. A wokół słoneczny, wrześniowy dzień, a w środku, w nas, mrok. Kiedy, gdzie i jak stąd szybko uciec, schować się…?

– Ale z kim my teraz rozmawiamy? Proszę, kim wy jesteście? Czy jest tu jeszcze pan Olek?

– Ja jestem Januszek, proszę pani… Drodzy ludzie! Tu nikogo więcej nie ma!

– Ten mały chłopiec, tak? A co się dzieje z panem Olkiem, jednak gdzie jest pan Olek?

– Ja nie wiem o kim pani mówi? Ja nie znam takiego pana!

– Zatem…

– Ja jestem Januszek. Januszek z piątej klasy… Tak, droga pani, kogo pani jeszcze będzie chciała tu widzieć?!

– Zatem, mój drogi Januszku… Tydzień temu też była przyroda. Dobrze to pamiętasz? Czy tak samo zapamiętałeś to jak ja…? Masz ciągle przed oczyma to…

… jak Arleta Gratyniuk stoi przy Kapale. I pokazuje na ciebie. A jest przerwa przed przyrodą. A do tego, dyżurująca nauczycielka znikła gdzieś z korytarza.
I tulisz się do ściany, tam gdzie hol zwęża się i kończą się okna, wychodzące na plac apelowy przed wejściem do szkoły, a zaczynają się ubikacje. I Szczepański ze złośliwym grymasem na twarzy podchodzi do ciebie.
– Co, ty – pada obraźliwie określenie, przed którym tak się wzdragasz, ilekroć ktoś nim w ciebie rzuca – znowu odpierdalasz?! Powiedziano ci ostatnio…
I Szczepański popycha cię silnie oboma rękoma. Zasłaniasz twarz tornistrem, który spada ci z ramion.
I doskakuje Kapała i wyrywa ci tornister. I otwiera go pospiesznie i niedbale, prawie wyrywając zamek.
– Dawaj, gdzie to masz? Jak znajdę, to…
I wyciąga ci z tornistra małe kartonowe pudełko z wyciętymi całkowicie dwoma ścianami. A to praca na lekcję przyrody, która będzie po tej przerwie. Bo to ulepiony z plasteliny kwiatostan pospolitej rośliny. Płatki, pręciki, szypułka są bardzo udane, bo odtworzone z wielką dokładnością, wiernie do ostatniego szczegółu. A delikatna linia krawędzi poszczególnych elementów płynnie rozdziela kolory różnych kawałków plasteliny. Naprawdę doskonały efekt kilkugodzinnej pracy, z którego można być dumnym. I może, w końcu, wpadnie piątka z przyrody, ta pierwsza piątka po kilku miesiącach w nowej szkole?
A tu nic z tego. Bo Kapała rechocząc wyciąga model kwiatu z chroniącej go tekturki. I bierze dwoma palcami, kładzie sobie na drugiej dłoni i powoli, celebrując poczucie satysfakcji zaciska pięść z tracącą jakąkolwiek postać, stającą się bezkształtną masą plasteliną w środku.
I podbiega zdziwiona Beata Dunaj, pełniąca w tym tygodniu funkcję dyżurnej.
– Co ty robisz? – strofuje rozbawionych Kapałę i Szczepańskiego. A nieco z tyłu, jakby nie mając z nimi, z tym co się tu dzieje, nic wspólnego, stoi jeszcze Kotlarski. I udaje ni to obojętność, ni to uprzejme ubolewanie.
– I po co mu to zabieracie? Przecież możecie mu to oddać, dlaczego ma mieć kolejną dwóję – pastwi się nad tobą tą swoją służbową litością Beatka z trzeciej ławki. Och, tylko nie to – dziewczyna broni cię przed dwoma największymi, klasowymi cwaniakami… I to tak przy wszystkich, na oczach całej szkoły…! A żeby to była chociaż Kama Graczyk, która gdzieś na uboczu, poza zasięgiem wzroku całej klasy i tak, tylko we dwoje, pomaga ci ulepić na nowo ten model…
– No, masz – Szczepański odbiera Kapale zniszczoną pracę i ze złośliwym uśmiechem oddaje ci ją.
I Kapała niemal rzuca w ciebie jeszcze pustą kartonową osłonką.
– I jeszcze to jest twoje. Bierz – krzyczy za tobą, gdy ty łykając łzy, tak aby ich nikt nie zobaczył uciekasz do szkolnej ubikacji. Aby jak najdalej od tych chłopaków i dziewczyn. I od nich wszystkich.
A z korytarza dobiega cię jeszcze dzwonek na lekcję przyrody.

Tego samego dnia, ale już późnym popołudniem

– Zacznijmy już, może, panie Olku. Dziś jest dla nas nowy dzień…
– I nowa lekcja przyrody. I masz ze sobą tę fasolkę, która wyrosła dla ciebie. A w dupę nawet z tą kolejną, ostatnią lekcją techniki, na której „Technik” znowu… Bo przed nią jest ta przyroda, która pozwala na najbliższy czas zapomnieć o technice.
I wychodzisz dumny z gabinetu matematycznego, dzierżąc w rękach słoik, w którym wykiełkowała dla ciebie twoja fasolka. Czy wszyscy patrzą i widzą jak wyrosła? Raczej nie patrzą, bo i co w tym nadzwyczajnego, każdy ma dzisiaj ze sobą taki słoik. I raczej nie widzą, ty jednak jesteś tak zapatrzony, że bodaj całego świata wokół nie dostrzegasz.
I wychodzisz z klasy. A przed sobą niesiesz słoik. I skręcasz w ten korytarz w stronę klatki schodowej. I jesteś na końcu korytarza. A za jego rogiem zaczynają się schody i nie widzisz czającego się tam w ukryciu Kotlarskiego. Nie zauważasz jego delikatnego gestu w stronę przyglądających się wszystkiemu z dołu Kapały, Szczepańskiego, Arlety i reszty. A może zresztą tej reszty nawet nie ma, przecież to nie kino, tylko szkoła?
I nie widzisz jak Kotlarski lekko wystawia nogę, o którą zahaczasz. I nie rozumiesz też dlaczego Kotlarski niby niechcący, zza węgła, delikatnie na ciebie wpada, popychając w stronę schodów. Jakby było mało już tego, że potykasz się o jego nogę, którą ci po chamsku podstawił.
I w pierwszej chwili nie widzisz też tego, jak słoik leci ci z rąk i toczy się po schodach, rozbijając się na wiele okruchów.
A ty spadasz na dół i podnosisz z podłogi złamany, zielony badyl ze zwisającym, naderwanym ostatnim liściem.
W pierwszej chwili nie rozumiesz co do ciebie mówi Kotlarski, pochylając się nad tobą z udawaną troską.
– Och, stary, przepraszam cię. Wyleciałeś na mnie taki, taki zza tego rogu. Nic nie mogłem zrobić. Wszystko w porządku?
I bierze połamaną fasolkę z twoich rąk.
– Czekaj, pomogę ci… Ale, ale z tego to chyba już nic nie będzie…? Bo tego się nie uratuje. Może wyrzucę ci to do kosza? Czy jednak chcesz to sobie zabrać, do domu…?
Ale oszołomienie mija. I zabierasz Kotlarskiemu trupa fasolki. I porywasz z podłogi otwarty tornister i tłumiąc płacz, rozpychając uczniów na korytarzu wybiegasz przez drzwi wejściowe ze szkoły…

– Gdzie wtedy pan był? Co pan czuł? Ten chłopiec…

– Drodzy ludzie! Przecież chłopiec cały czas jest tutaj! O co pani będzie jeszcze pytać?

– Gdzie? Tutaj, razem z nami, proszę…?

– Czy…? Tak, oczywiście! Januszku, drogi chłopcze, obywatelka się ciebie pyta…

– Zatem… Tak, powiedz nam zatem, chłopcze, może, o swych uczuciach, o swych przeżyciach.

– Januszek! Czemu milczysz…? To nie jest w porządku. Odpowiadaj obywatelce…
Czy nie pamiętasz tego? I nie wiesz jak to wtedy jest?
Wychodzisz pospiesznie do góry. Po rozkopanej, nieutwardzonej jeszcze skarpie, która okala szkolny plac apelowy, rozciągający się przed głównym wejściem do szkoły i wzdłuż jej całego gmachu. A buty grzęzną ci w miękkiej glinie. I potykasz się. Przystajesz. Ruszasz i dalej się ślizgasz w mokrej breji. I nieporadnie próbujesz założyć tornister, co udaje ci się za trzecim razem. I gdy jesteś na szczycie skarpy, wrogi korytarz szkolny, który masz gdzieś za plecami, wydaje ci się już tylko wspomnieniem. A włożony w to twój wielki wysiłek, jest ceną, którą płacisz za sukces, jaki udało ci się osiągnąć. I mierzysz to zmęczenie zgodnie ze skalą oddającą bezmiar twojego dokonania. Ale czujesz też na karku złowrogie skurcze. Bo to stres z obawy przed skuteczną pogonią.


A stając już na wzniesieniu, jesteś na skraju nowej, wyasfaltowanej niedawno ulicy. W lewo rozszerza się ona w dwujezdniową arterię, przedzieloną po środku pasem zieleni. I w tym kierunku idzie się do liceum i amfiteatru. A twoje osiedle jest jednak w prawo.
I masz do wyboru dwie drogi. Tę krótszą – gdyby zawrócić i stojąc znowu twarzą do szkoły – odbić w lewo ku długiemu czteropiętrowemu mrówkowcowi, stojącemu na górnym skraju obszernego, lejkowatego obniżenia, zwanego Kaczym Dołem, za którym, na dole, pieszy szlak biegnie dalej pomiędzy otynkowanymi na brązowo punktowcami. I ta trasa wiedzie obok ogrodzonego betonowym parkanem więziennego baraku, u podnóża wieżyczki strażniczej. A najgorsze jest to, że idzie się tędy, okrążając plac przed szkołą, niemal tuż nad nim i będąc cały czas widocznym z okien korytarzy szkoły. A tędy też wracają do siebie uczniowie z owego mrówkowca i ulicy punktowców. I na tej drodze do domu nikt nigdy przez to nie jest sam, pełno tu chłopaków i dziewczyn z różnych klas. I tu jesteś widoczny dla nauczycielki przyrody i innych nauczycieli, jeżeli tylko szukają cię, zaniepokojeni tym, że cię nie ma na lekcji przyrody. I tu widzi cię cała banda Szczepańskiego, o ile chce cię dopaść i pobić lub sprowadzić w niesławie do klasy, w taki haniebny sposób karząc cię za ucieczkę z lekcji. I tu cię zagadują, widzą, śmieją się z twoich wagarów ci wszyscy inni, wracający do domu tak jak się należy, po zakończeniu swoich lekcji.
A ty chcesz się schować, zniknąć. I dlatego skręcasz w prawo (czyli gdybyś zawrócił, to te „w prawo”, byłoby właśnie tamtym „w lewo”, obok więziennej wieżyczki, którego tak chcesz unikać), ale odbijasz nieco dalej (wyżej) niż więzienie, szerokim, odchodzącym od szkoły łukiem tej nowej, asfaltowej ulicy Gwardii Ludowej.
A ta ulica, choć jeżdżą nią już prywatne samochody osobowe, ciężarówki z zaopatrzeniem a nawet autobusy miejskie, jest jeszcze cały czas w budowie. Bo prowadzi praktycznie przez wielki plac budowy. I gotowa jest tylko nie za szeroka (dwa pasy), asfaltowa jezdnia, a nie ma ciągle chodników. I idzie się obok wylanej masy bitumicznej bez krawężników (niczym szosa gdzieś między polami lub w lesie), wydeptaną w gliniastej brei ścieżką. I w dni deszczowe jest to zdradliwe, wciągające buty bagno, a w porze suchej i słonecznej – najeżone koleinami twarde klepisko. A ścieżka wije się to przy samym asfalcie, to odchodząc od szosy, raz w dół raz w górę, jeszcze innym razem po płaskim. W zależności od położenia budowy konkretnego budynku względem tej, okrążającej, jeden po drugim, cały ich ciąg ulicy.
Szosa generalnie wiedzie szerokim łukiem w prawo, łukiem obchodzącym pozostającą nieco w dole szkołę i domy zgrupowane wokół Kaczego Dołu (na górze mrówkowiec, na dole punktowce). A w oddali, na linii horyzontu, stoją po wewnętrznej stronie tego łuku (na prawo od wygiętej ulicy) dwa zamieszkałe już dziesięciopiętrowe wieżowce. Bliższe, budowane zaraz za szkołą (patrząc wzdłuż łuku ulicy od strony liceum i amfiteatru) trzy inne wieżowce są już gotowe, ale jeszcze nieotynkowane i puste. A w jednym, najbliższym szkole, nie ma jeszcze nawet okien i drzwi balkonowych. I wszystkie tworzą jedną, wygiętą linię, po tej stronie ulicy. A po jej drugiej stronie jest pustka, pofałdowana łąka z kępami owocowych drzew, przechodząca w oddali w lity las. Gdzieś pośród tych traw i krzewów są glinianki, a w nich wielkie mrowie traszek i żab. I będą tam, dopóki w miejscu łąk nie powstanie kolejne osiedle.
Dla dziesięciolatka wybór tej trasy, to trzykrotne nadrobienie odległości i wyprawa niemal po skraju poznanego świata. Ale tylko tutaj jest szansa na przebycie drogi do domu w samotności, skutecznej ucieczki.
I dlatego idziesz w stronę domu właśnie tędy.

Początek następnego tygodnia, poniedziałek, godz. 11 przed południem.

– Wróćmy może jeszcze do tego co się stało po ucieczce z lekcji przyrody… Jednak od początku tej wędrówki wiadomo, że po drodze, daleko poza ostatnim blokiem osiedla Łużyckiego, aż na linii widnokręgu jest krzyżówka ulicy Gwardii Ludowej z ulicą Łużycką. To tędy trzeba wracać ku blokom przy Waszkiewicza. Ale zanim dojdzie się do bloku Januszka, przechodzi się obok tej budowli z piętrem z białych cegieł. Obok dźwigu na szeroko rozstawionych szynach. Januszek, gdy wie, że w domu nikogo nie ma, nie idzie do pustego mieszkania. Nie zostaje też na placu zabaw lub na boisku. Nie kładzie tornistra na trawie i nie dołącza się do kręgu bawiących się dzieci. Januszek skręca do białego budynku. Przenika przez ogrodzenie. Daje się wchłonąć mrocznym grotom na parterze budowli.
Niech pan nam teraz opowie coś, proszę, właśnie o tym.

– Wzrok ci się już przyzwyczaił do półmroku. Pomimo kontrastu z jasnym, pozostającym w ostrym słonecznym świetle otoczeniem, rozróżniasz dokładnie szczegóły wnętrz skrytych pod wymurowanym z cegieł piętrem. Czujesz się niczym przy wchodzeniu z olbrzymiej, otwartej przestrzeni do dusznej, wąskiej i niskiej pieczary. Pieczary, czyli jaskini? Nie, to chyba niezbyt trafne. To ma być zejście z pustyni, gorącej i nasłonecznionej do wnętrza piramidy? Zaprzeczamy. To jest raczej wejście z obszernego, zatłoczonego, pełnego spoconych i zmęczonych gwarem, intensywnością dnia wielu ludzi placu pod kolumnadę jakiejś starożytnej, greckiej lub rzymskiej budowli. Budowli opartej o kolumny, z dachem hen wysoko nad głową, bez ścian na wyciągnięcie ręki, w jej mrok, w jej ograniczoną przestrzeń, w jej otchłań. Otchłań? Skąd tu otchłań? Tylko dlatego, że schodzimy z pełnego słońca, z bezkresną linią horyzontu w cień? W ciemność tak kontrastującą, że ograniczającą do minimum wgląd w postrzegane granice widnokręgu?
Przy wchodzeniu między kolumnadę akropolu, jakichś ruin hellenistycznej świątyni, czy pozostałości imitacji innej Arkadii (gdzieś zupełnie z dala od Grecji czy Italii) nie towarzyszy poczucie zanurzania się w otchłani… To jest coś innego. Rzeczywiście wchodzisz ze strefy gorąca i jasności w obszar cienia, półmroku, mroku. Tak, robi się coraz mniej jasno, coraz mniej przestronnie. Jest coraz ciemniej, idziesz dalej, głębiej, nie rozróżniasz już kształtu kolumn, ich ilości, tego gdzie są. Robi się coraz ciaśniej, schodzisz w dół. Najpierw szerokim korytarzem, który łagodnie, ale systematycznie, za każdym kolejnym krokiem się zwęża. Możesz już dotknąć ściany z lewej, ściany z prawej, sklepienia. Jesteś w korytarzu, korytarz skręca, w lewo, w prawo, wyczuwasz stopami, że jego spąg się obniża. Czujesz całym ciałem, iż stąpasz w dół, zapadasz się… Ale…
Jak to się dzieje, że robisz zaledwie kilka kroków, a zmienia się całe twoje otoczenie, całe życie? Ze światłości, w mrok. Spomiędzy przestronnej, strzelistej kolumnady świątyni w kręty, wąski korytarz wiodący gdzieś w dół? Co to za głębia? Co to za czeluście?
Spąg nie jest już pochylony, pod nogami są schody. Schodzisz. Przed tobą jakieś szmery, odgłos spadającej wody. „Tam” jest gdzieś podziemny wodospad?
Zakręt w lewo, pod kątem prostym. I cztery bardzo wysokie stopnie w dół, ledwo dajesz radę je przestąpić, niemal obijasz sobie uda o kamienie. Teraz kilka, kilkanaście kroków ostro schodzącą upadową. I w prawo, tym razem prawie zawracasz, to niemal kąt półpełny. Znowu schody, tym razem płytsze, ale jest ich chyba z dziesięć. I nagle… co?
Zeszliśmy z placu pełnego turystów, z rynku (?), ze świątynnego wzgórza (?) pod dach zabytkowej arkady, opisywany w każdym szkolnym podręczniku, w tysiącach przewodników turystycznych, w stu pięćdziesięciu językach. Przestronnej, ale przecież skończonej, ograniczonej zamysłem architekta i wykonawcy. Po stokroć zbadanej, po tysiąckroć schodzonej. Skąd w tej ograniczonej budowli ten długi, niekończący się, pełen zakrętów korytarz, jak tu się mieści ten bezmiar? Jakieś podziemne wodospady, tajemnicze przejścia, labirynty. To niemożliwe.
A jednak. Te ostatnie dziesięć, czy nawet kilkanaście schodów sprowadza nas na skraj wielkiej, podziemnej sali. Nie widzisz jej sklepienia ani ścian. Wokół jest przecież ciemno, a one są daleko od ciebie, daleko od siebie. Wyczuwasz tylko tę przestrzeń poprzez niosące się echo twoich kroków, echo skapujących kropel wody, poprzez nagle rozrzedzoną wilgoć, powiew powietrza (skąd w tej pieczarze wiatr?) Czujesz ją intuicyjnie, nie widzisz jej, ale wyobrażasz ją sobie.

Ciąg dalszy za tydzień

1 thought on “Odcinek 1”

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.