Utopia Dziecka Komuny

Lech Milewski

To ja, w środku, w górnym rzędzie.
Warszawa, rok 1956. Za nami Pałac Kultury i Nauki, który jeszcze wtedy oficjalnie nosił imię Józefa Stalina.
Wycieczka szkolna do Warszawy, na czele nasz nauczyciel rosyjskiego.

Moja matka, moja rodzina, praktycznie całe nasze otoczenie, było przeciwne komunizmowi.
Jednak, chcąc tego czy nie, zostaliśmy wciągnięci w rytm życia PRL.
Inna sprawa, że komunizm, jakiego doświadczyliśmy był jak to zdjęcie – iglica ucięta, ostre krawędzie przytępione.

W rezultacie, 60 lat po tej wycieczce, pisząc swoje wspomnienia na blox.pl, zatytułowałem je Dziecko Komuny.

Dzisiaj pozwolę sobie zrekonstruować epilog tych wspomnień.

Komuna zniknęła, przyszedł więc również czas na Dziecko Komuny.
Jak tu zacząć kończyć?
Od podziękowań, najlepiej chronologicznie.

Pierwsze podziękowanie złożyłem w pracy, w dzień po osiągnięciu wieku emerytalnego.

Zaraz potem odszukałem w internecie Ruth L., tę, która pomogła mi znaleźć pierwszą pracę w Australii. Kilka miesięcy później miałem przyjemność podziękować jej osobiście.

Wehikuł czasu ——————————————————————————-
Już drugiego dnia po przylocie do Melbourne skontaktowałem się z agencjami zatrudnienia informatyków. Odbyłem kilka interview. Przebieg był zawsze taki sam.
Agent niedbale przerzucał moje dyplomy akademickie i świadectwa pracy (a były tam takie instytucje jak FSO, LOT, Kuwait University).
– A czy masz jakieś doświadczenie pracy w Australii?

Przecież wspomniałem na początku, że do Australii przyjechałem dopiero wczoraj.
– Ach tak, oczywiście, oczywiście…
Agent z obojętną miną przerzucał moje dokumenty.
Świetnie, Lech, świetnie. Na pewno coś dla ciebie znajdziemy. Zadzwonimy do ciebie za kilka dni.
Po tygodniu ogarnęła mnie rezygnacja, postanowiłem spróbować w Sydney.
To samo, już w połowie dnia zrezygnowałem, czekałem na przystanku na autobus na lotnisko. I tam, na sąsiednim budynku zauważyłem tabliczkę agencji zatrudnienia. Znalazłem numer telefonu w gazecie, zadzwoniłem.
Odebrała jakaś pani, zasadniczo mają przerwę na lunch, ale skoro jestem u ich drzwi, to proszę wejść.
Wspinałem się po starej klatce schodowej i w górze słyszałem stukanie maszyny do pisania przerywane przekleństwami – cholera, psia krew.
Wreszcie dotarłem do biura – dzień dobry – pozdrowiłem agentkę.
Oops, I am sorry, but the only Polish words I know are swearings I learned from my Jewish grandmother.
Opowiedziałem jej swoje doświadczenia z agencjami.
To oczywiste – wyjaśniła. Agent musi mieć asekurację na wypadek, jeśli pracodawca nie będzie z ciebie zadowolony. Świadectwa z USA, Anglii, te może coś znaczą. Ale Polska, Kuwejt… odpada.
Ruth, to co ja mam robić? Zaczynać jako pomocnik w kuchni?
Ty jesteś w porządku, ja dam ci bardzo dobre referencje.
Zadzwoniła do agenta w Melbourne i za dwa dni miałem pracę.

———————————————————————————————–
Australię często nazywają krajem drugiej szansy. Jestem przykładem słuszności tej nazwy

Nawet moje szkolne marzenie – żeby wziąć udział w Olimpiadzie w Melbourne – w jakiś sposób się spełniło. Brałem udział w biegu, którego meta była na stadionie olimpijskim – MCG. Spełniły się również jeszcze wcześniejsze, dziecinne sny o śnieżnych wędrówkach narciarskich. Odkryłem narciarstwo biegowe i uczestniczyłem w maratonach narciarskich w 17 krajach. Ostatnim był Bieg Piastów.

Poniżej wyścigi w Australii – w słońcu i podczas śnieżycy.

Los był tak skrupulatny, że spełnił moje zawodowe tęsknoty z Kuwejtu – opracować ciekawy system komputerowy na komputerze Univac. Był to system sterowania wymianą części w samolocie.
Nawet taki kaprys jak napisanie opowiadania po angielsku zaowocował wymierną nagrodą – polska wersja TUTAJ.
Dziękuję Ci, Australio, przyjęłaś mnie jak swoje naturalne dziecko, a nawet dużo lepiej.
Obawiam się jednak, że nie odpłaciłem pięknym za nadobne. Zadowoliłem się drobnymi efekciarskimi sukcesami, a zaniedbałem bardziej wymierne talenty. W którymś momencie moje zarobki osiągnęły całkiem przyzwoity poziom. Kolega w pracy spytał:
– Akcje czy nieruchomości?
– Ani jedno ani drugie.
– Bardzo niedobrze – spojrzał na mnie ze smutkiem – praca i zarobki z niej są tylko środkiem do celu.
– A co jest celem?
– Żeby to pieniądze na ciebie pracowały. 24 godziny na dobę. Ty sobie śpisz a twój kapitał rośnie.

Zasmuciłem się. Więc moja praca, która daje mi tyle radości, i która jest ceniona przez wiele osób, jest mniej ważna niż jakiś automat do pomnażania kapitału. To był niewątpliwie wpływ komuny. Przez długie lata starano się wpoić ludziom przyzwyczajenie aby pracować 8 godzin, a potem mieć czas na rekreację, kulturę, zabawę.
Któregoś dnia nasz syn Michał, po powrocie ze szkoły poprosił, żebym wyszedł z nim na spacer. Zdecydowanym krokiem zaprowadził mnie na sąsiednią ulicę i pokazał świeżo postawiony płot.
– Tatusiu, ten płot zbudował tatuś Simona.
– Całkiem ładny płot – odpowiedziałem czując już co się święci.
– Tatusiu, a czy ty tutaj coś wybudowałeś?
Uśmiechnąłem się z zażenowaniem. Wskazałem lecący nad naszymi głowami samolot.
– Widzisz ten samolot? On leci bezpiecznie, bo ja opracowałem system, który pilnuje, żeby żadna część się nie popsuła podczas lotu.
Po minie Michała widziałem, że to żaden argument.
Przypomniały mi się rozważania w okresie zakładania rodziny – komuna przetrwa jeszcze setki lat, a my, polska rodzina, przetrwamy komunę.
W takich warunkach odpowiedź na pytanie Michała byłaby prosta – mógłbym zaprowadzić go na cmentarz, na groby przodków, którzy żyli w czasach caratu, w czasach okupacji. Nasze życie było tylko kontynuacją.
Ale co odpowiedzieć, kiedy przetrwanie komuny okazało się fraszką? Ale co odpowiedzieć w Australii, gdzie nie odwiedza się grobów?
Jakąś odpowiedzią byłoby zbudowanie solidnej bazy finansowej dla rodziny i ukierunkowanie dzieci, aby to kontynuowały. Tak właśnie zrobiło wiele osób będących w podobnej sytuacji jak ja.
Osiągnęli sukces, a startowali z dużo gorszej pozycji niż ja.
Jestem jednak pewien, że żadne z nich nie nazwałoby siebie dzieckiem komuny.
Wydaje mi się, że życie w PRL, szczególnie w latach stalinowskich, spowodowało u mnie spore pomieszanie życia na jawie z marzeniami.
W moim przypadku zaowocowało to z jednej strony dużą dozą satysfakcji i zadowolenia z siebie, z drugiej strony nie dawałem chyba poczucia pewności i stabilizacji osobom ze mną związanym.

Na koniec wpisu potop. Nie, nie mam na myśli powiedzenia – po mnie potop. Moje utopie utopiły się już w połowie mojego życia. Od tego czasu płynę, jak bohater poniższej piosenki…

https://www.youtube.com/embed/zLJMUQVfzCI

Lao Che Hydropiekłowstąpienie

P.S. Cały blog Dziecko Komuny został zarchiwizowany w WordPress – TUTAJ.

Jastarnia (3)

Jacek Krenz

Kapliczka, dawna szkoła i stodoła – królestwo naszych dziecięcych zabaw.
Szkołę i kapliczkę ufundowała Urszula Przebendowska w 1755 r. – rys. J. Krenz

Świat dziecięcych zabaw

Po plaży, po południu toczyły się zabawy i opowieści koło domu pod rozłożystym kasztanowcem białym, który został posadzony w 1897 roku przez Walentego Strucka, mieszkańca Jastarni-Boru; dziś jest pięknym pomnikiem przyrody.

W sąsiedztwie, przy ulicy Rybackiej, jest dawny budynek szkoły, w którym mieszkał dyrektor Alfons Groenwald z rodziną. To on rozpoczynał nauczanie jastarnieńskich dzieci po wojnie, słabo lub wcale nie znających języka polskiego. Przyjaźniliśmy się z jego sympatycznymi córkami Oleńką i Hanią oraz młodszym Tadziem. W stodole, na poddaszu, mieliśmy swoje królestwo, gdzie razem z nimi i moimi braćmi bawiliśmy się całymi dniami, zwłaszcza gdy padał deszcz. Czasem do późna wystawaliśmy z Wojtkiem w warzywniaku pod oknem dziewczyn szykujących się do spania i czas płynął na przekomarzaniach i figlach.

W głębi chata i kasztanowiec, w pierwszej linii letnicy i miejscowi; autor – pierwszy po lewej

Wojtek podkochiwał się w Oleńce. Do sąsiedniej przysadzistej chaty pana Hebla przyjeżdżały z mamą panny Sommerówny, Joanna, Marysia i najmłodsza Elżbieta. Czasem wpadał też ich najstarszy brat Wojtek, którego żona znana była potem z ekranów telewizyjnych, jako Chmurka, prezenterka pogody. Marysia, nazywana przez nas Kajakiem, stała się kolejnym obiektem równie nieszczęśliwych westchnień mojego brata Wojtka.

Przygody

Z najwcześniejszego dzieciństwa pamiętam słoneczne dni na plaży z zabawami na brzegu morza. Brodzenie w przyboju fal, meduzy poruszające się w przejrzystej wówczas toni, małe flądry pływające przy karbowanej powierzchni dna, tamy i zamki z piasku, skrzypiący dźwięk piasku pod stopami. Szczególnie lubiłem przesypywać bialutki piasek z jednej piąstki do drugiej.

W miarę dorastania świat wakacyjnych przygód poszerzał się. Chodziliśmy do portu, gdzie było mnóstwo atrakcji z łowieniem ryb, pływaniem bączkiem, przyglądaniem się przybijającym do nabrzeża statkom żeglugi, jachtom i łodziom rybackim. Szczególny zachwyt budził żaglowiec „Generał Zaruski”, przywodząc marzenia o dalekich morskich podróżach. Z wieżyczek latarni na końcach falochronów, wytyczających tor do portu, obserwowaliśmy to wszystko z góry.

Pewnego poranka w porcie przy pawilonie LOK-u byłem świadkiem dziwnej sceny: na trawniku jakiś mężczyzna leżał z tabliczką z napisem STRAJK. Okazało się, że to kucharz z ośrodka żeglarskiego. Po kilku godzinach przyjechał na rowerze milicjant z Helu i go zwinął.

Chodziliśmy do pobliskich bunkrów obronnych z czasów II wojny, najczęściej do tego, który położony był na szczycie wydmowego wzniesienia, z kręgiem dawnego stanowiska ogniowego. Z trudem wdrapywaliśmy się na górę, ale warto było, bo roztaczał się stamtąd widok wokół na morze, zatokę i zalesiony półwysep z latarnią morską, wieżą kościoła i zabudowaniami Jastarni.

Dalej, za Juratą w stronę Helu, wchodziliśmy potajemnie na teren wojskowy, gdzie było mnóstwo jagód, borówek i grzybów, których nikt nie zbierał. Chłopacy z Jastarni zbierali tam nie tylko jagody… Znalezioną amunicję przeciwlotniczą wykorzystywali do ryzykownych zabaw polegających na uruchomieniu zapalnika i wrzuceniu po chwili do zatoki, co wywoływało wysokie gejzery wodne. Był to swoisty sposób łowienia ryb, łączący niebezpieczne z pożytecznym.

W przeciwnym kierunku, w stronę Kuźnicy, chodziliśmy na jeżyny bujnie rosnące po stronie zatoki. Na wydmach przy plaży zachowały się bunkry z grubego betonu. Przez szczeliny strzelnicze można było obserwować morze, a czasem też amatorki szczególnie dokładnego opalania na dzikiej plaży. Heniek nie patrzył, nie musiał, bo dostał od wujka marynarza długopis z obrazkiem kobiety, która przy odpowiednim nachyleniu pokazywała się bez ubrania.

Trochę dalej w kierunku Kuźnicy było wzniesienie na wydmach, zwane Lubekową Górą. Był na niej krzyż upamiętniający morską katastrofę, kiedy zatonął statek. Jeszcze dalej przed samą Kuźnicą znajdował się nowoczesny dom wakacyjny Andrzeja Łapickiego.

Opuszczaliśmy Jastarnię w ostatnie dni sierpnia. Mama dzień wcześniej kupowała bilety. Zdarzyło się raz, że jej niesforne chłopaki poszły pożegnać się z morzem i wrócili pod koniec dnia już po odjeździe pociągu, by w ten sposób przedłużyć pobyt w wakacyjnej krainie.

Jastarnia (2)

Jacek Krenz

Letnicy

Pierwszy raz przyjechaliśmy z Poznania latem 1948 roku nocnym pociągiem Zakopane-Hel. Mama, dwóch moich starszych braci: Jurek i Wojtek, i ja, kilkutygodniowy noworodek w wiklinowym koszyku na półce bagażowej, oraz tobołki ze wszystkim, co potrzebne na dwa miesiące wakacji w dość spartańskich warunkach. W tobołkach była pościel, na wierzchu nocnik i cebrzyk do kąpieli. Tata zostawał zwykle w mieście, by, podobnie jak inni ojcowie, zarobić na wakacje żony i dzieci. Pociągi latem były zwykle przepełnione. Bywało, że jednej osobie udało się wejść i zająć przedział, a bagaże ładowało się przez okno. Pierwszy widok morza zwykle budził nas koło Orłowa. Od Pucka już cały czas cieszył nasze oczy, zwłaszcza wtedy, gdy na półwyspie morze widać było po obu stronach. Na dworcu w Jastarni „tutejsi” pakowali nas na wózki i dowozili do rybackiej chaty w Borze przy Placu Gdańskim. Bór to była ta część Jastarni leżąca w drodze do Juraty.

Mieszkaliśmy w skromnym domu państwa Lenców w jednym pokoju z czterema łóżkami, dla mamy i naszej trójki. Była tam szafa i umywalnia – stolik z miednicą. Mama z panią gospodynią przygotowywała jedzenie w maleńkiej kuchni ze stoliczkiem, na którym jedliśmy obiady. Głównie były to flądry i śledzie smażone i gotowane na różne sposoby na opalanej drewnem blacie.

W plażowe dni mama przygotowywała prowiant na cały dzień.

Było zgrzebnie, ale nikomu to nie przeszkadzało, bo było lato i było morze.

Rybak sprawia sieci

Letnicy zaczynali przyjeżdżać zaraz po zakończeniu roku szkolnego. Mieszkańców Jastarni letnicy nazywali „tutejszymi”. “Tutejsi” sami siebie dzielili na Kaszubów i „tych z Polski”, napływowych, którymi ci ostatni pozostawali nawet po wielu latach mieszkania na Półwyspie. Mieszkańcy Jastarni przystosowywali dla letników swoje chaty, przenosząc się na strych. Czekali na dworcu z wózkami, by zawieźć bagaże na kwatery. W każdym gospodarstwie były takie drewniane czterokołowe wózki służące do transportu ryb i sieci.

Chaty rybackie były bardzo skromne, bez bieżącej wody, z wychodkiem na podwórku. Za łazienkę służyły miednica, dzbanek i ocynkowany kubeł z lodowatą wodą. Po wodę chodziliśmy do pompy ręcznej z dzbankiem lub wiadrem. Lekko słona woda odbierała smak herbacie. Potem było łatwiej, jak doprowadzono wodę do kilku miejsc, domów i pensjonatów.

Brak łazienek częściowo rekompensowały kąpiele w morskiej słonej wodzie. Dzisiaj powiedzielibyśmy, że miało to dobre strony, bo dzięki temu nie pozbawialiśmy się zdrowej powłoki lipidowej. Eleganckie panie jednak zapisywały się na listę do korzystania z łazienki w domu właściciela stacji benzynowej, pana Bizewskiego.

Na plaży

Na plażę szliśmy ścieżką z żółtego klinkieru wzdłuż ulicy Rybackiej i dalej Szkolnej. Nigdzie nie widziałem tak pięknie ułożonej w jodełkę ceglanej nawierzchni. W jedną stronę prowadziła do portu, w drugą do ulicy Żymierskiego. Za kawiarnią „Okrąglak” i barem „Jutrzenka” przechodziliśmy przy betonowym fundamencie, na którym lubiliśmy też przesiadywać. Dalej wzdłuż poletka bobu, próbując czy już dojrzał, przez tory kolei i leśną ścieżką do wejścia na plażę na tyłach Domu Zdrojowego.

Zaraz na początku lata trzeba było upilnować odpowiednie miejsce na wykopanie grajdołu, by utrzymać stałą od lat konfigurację regularnych bywalców. Łopatę pożyczało się z budki ratownika. Grajdoły to tutaj długa tradycja, „prywatne” miejsca na plaży, zaklepane na cały czas wakacyjnego pobytu. Parawany rozpostarte na półkolistych wzniesieniach grajdołów zapewniały osłonę przed wiatrem i przytulną prywatność. Bywały czasem spory o zajmowanie grajdołów przez osoby nieświadome tutejszych układów. Wtedy solidarnie okoliczni sąsiedzi wywierali mniej lub bardziej odpowiednią presję na nieproszonych gości. Bywało, że opornych wynoszono na kocach do wody. Nieszczęsna para z NRD, nieświadoma własnościowych układów, otoczona przez plażowiczów próbujących wytłumaczyć, że komuś zajęli miejsce, doczekała się reprymendy małej dziewczynki:

Hitler kaput, ja, ja!

Nasze miejsce znajdowało się zawsze przy wyjściu na plażę na tyłach Domu Zdrojowego, ok. 30 m na prawo. Trochę bliżej były grajdoły rodzin Borysowiczów i Kołaczy z Radomia. Bliżej brzegu Krystyna i Adam Zajączkowscy z Kasią Forbert, do której czasem dołączał tata, słynny operator filmowy, wykorzystując czas przerw na planie. Starczewscy byli okopani bliżej następnego wyjścia na plażę, przy ulicy Zdrojowej. Była tam łódź rybacka i do niej wciągarka. Wracająca z połowów łódź często wypełniona po brzegi flądrami, szprotkami, śledziami i dorszami, ściągała amatorów świeżych ryb prosto z morza.

Nad bezpieczeństwem kąpieli czuwał ratownik. Miał swoja budkę, wieżę i łódź wiosłową. Na maszt wciągał flagę białą, czerwoną lub czarną, zależnie od stanu morza. Kąpielisko strzeżone wytyczały białe i czerwone boje. Wylegujący się w grajdołach letnicy z upływem słonecznych dni zmieniali kolor z bieli, poprzez róż, do upragnionej czekoladki. Przyspieszenie tego procesu wywoływało konieczność okładów z kwaśnego mleka. Skutkowało też obłażeniem płatów naskórka, które następnie należało do-opalić. Amatorki szybkiego czekoladowego odcienia eksperymentowały ze smarowidłem z ropy samochodowej. Odpowiednio opalonych, szczęśliwych plażowiczów uwieczniał sympatyczny fotograf, Hipolit Śmierzchalski, z wykorzystaniem egzotycznych atrybutów: małpki, kucyka i parasolki. Lubiłem z nim biegać brzegiem morza do Juraty i z powrotem; potem okazało się, że dla niego to nie było takie sobie bieganie, lecz trening, bo był wybitnym sportowcem-lekkoatletą. Był też podobno wszechstronnie utalentowanym twórcą – muzykiem, grafikiem i malarzem, ale tego wtedy nie wiedziałem.

Każdego dnia wypatrywaliśmy sprzedawcy lodów, który z drewnianym pudłem przewieszonym przez ramię, oblegany przez dzieciaki, nawoływał: „Looody Mewa, Meeewa lody dla każdego do ochłody”.

Kąpaliśmy się kilka razy dziennie, chodziliśmy brzegiem morza na spacery, czytaliśmy, graliśmy w karty w makao i w kierki, ustawieni w krąg odbijaliśmy piłkę. Nie nudziliśmy się.

Z wolnej stopy 47

Zbigniew Milewicz

Rock and roll

Dzisiaj obchodzimy Międzynarodowy Dzień Rock and Rolla, który się urodził na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych XX wieku za oceanem, a do Polski dotarł ponad dekadę później. Nazwa muzyki, tańca mówiła kołysz się i huśtaj (lub tocz) i na tym on mniej więcej polegał, ale jak to wyglądało na parkiecie, wie tylko ten, kto wtedy miał kilkanaście, albo dwadzieścia lat i chciał udowodnić całemu światu, że zrobi najwymyślniejsze wygibasy ze swoją partnerką. Przerzuci ją sobie przez ramię, przeciągnie pod sobą, okręci wielokrotnie wokół jej własnej osi, ten żywiołowy rytm dawał pomysłowym tancerzom przeróżne możliwości. Oczywiście rock and roll miał swoje reguły, których uczono na kursach tańca, ale takim amatorom jak ja i moi licealni koledzy, wystarczała improwizacja i niespożyta energia plus czyjaś wolna chata, kiedy można było zorganizować prywatkę z potańcówką.

Muzykę odtwarzaliśmy z gramofonowych singli i pocztówek dźwiękowych, które przywozili nam krewni z Zachodu, albo namierzaliśmy na bazarze, nadawało ją też radio Luxemburg, tylko ciężko się go słuchało, bo było zagłuszane. Słuchaliśmy utworów Elvisa Presleya i Paula Anki, może również Roya Orbisona, Jerry`ego Lee Lewisa, albo Chucka Berry`ego. Później, w drugiej połowie lat sześćdziesiątych, kiedy zacząłem chodzić na studenckie bale, po raz pierwszy zetknąłem się z twórczością Beatelsów, ale ich muzyka mnie jakoś nie wciągnęła, podobnie jak The Rolling Stones. Historia rock and rolla jest jednak warta opowiedzenia i według Wikipedii wygląda mniej więcej tak:

Nowy gatunek muzyki rozrywkowej – wywodzący się z uproszczonego i zredukowanego, do trzech lub czterech akordów, schematu bluesowego, granego w szybkim tempie przy pomocy zelektryfikowanych instrumentów – powstał w wyniku połączenia “czarnego” bluesa, rhythm and bluesa, tradycyjnego jazzu oraz “białej” country. Promotorem owego stylu był Alan Freed, amerykański disc jockey z Cleveland, który obserwując swoją klientelę zauważył, że biali nastolatkowie często kupują w sklepach muzycznych płyty z muzyką Afroamerykanów. Podążając za tym trendem zaczął lansować czarną muzykę w radiu, nazwał ją rock and rollem – po raz pierwszy w 1951 roku, czyli siedemdziesiąt lat temu – i muzyka spodobała się słuchaczom. Alan Freed był również organizatorem pierwszych koncertów rock and rollowych, które cieszyły się dobrą frekwencją wśród białej i kolorowej młodzieży. Tym samym przyczynił się on do obniżenia barier rasowych w swoim kraju. DJ z Cleveland żył barwnie i intensywnie, ale niestety krótko. Zmarł w wieku 43 lat na przewlekłą niewydolność nerek i marskość wątroby, co było następstwem alkoholizmu. W 1986 r. Alan Freed został uznany za osobę godną uwiecznienia w muzeum honorującym artystów i osoby, zasłużone dla muzyki rockowej, zaś 21 marca 2002 roku jego szczątki przeniesiono do Rock and Roll Hall of Fame.

Rock and roll cechowała prostota harmoniczna i rytmiczna oraz szybsze i agresywniejsze brzmienie, niż w dotychczasowej muzyce rozrywkowej. Skład zespołów wykrystalizował się pod wpływem wzorcowej grupy Muddy`ego Watersa – śpiew (często wielogłosowy), gitara prowadząca, gitara rytmiczna, gitara basowa, pianino lub organy i perkusja. Jeżeli chodzi o teksty utworów, to podobnie jak muzyka, były proste w formie, lecz często głębokie w treści i dotyczyły miłości oraz spraw młodzieży. Nic więc dziwnego, że wielu młodych Amerykanów utożsamiało się z tą muzyką, na ogół wbrew swoim rodzicom i nauczycielom, którzy tradycyjnie uważali, że dzieci powinny „być widziane i nie być słyszane”. Rock and roll motywował nastolatków do buntu przeciwko sztywniactwu starszego pokolenia, jego podwójnej moralności, różnym stereotypom myślowym i uprzedzeniom, więc zarówno dom, jak i szkoła postrzegały tę muzykę jako realne zagrożenie.

Międzypokoleniowy rozdźwięk wykorzystała kultura Hollywood. Zaczęto kręcić filmy, lansujące nową muzykę, pojawił się styl zwany rockabilly, który miał korzenie w country, bluesie i swingu oraz Elvis Presley, jako jego najbardziej znany wykonawca. Połączył ambitną gitarę z basem i wyniósł ten rytm do rangi znaczącego nurtu. Pożądany był również styl śpiewu Elvisa. Kiedy w lipcu 1954 roku wytwórnia Sun Studios wypuściła na rynek utwór That’s All Right Mama i stacje radiowe w pobliżu Memphis zaczęły grać tę piosenkę, błyskawicznie została ona lokalnym hitem, a w grudniu była już transmitowana w całych Stanach. Wtedy artysta zaczął zgłębiać inne gatunki muzyczne, wzbogacił swój styl oraz repertuar i tak zasłużył na tytuł Króla Rock’N’Rolla.

Nowy czas w muzyce rozrywkowej wpłynął na zmiany w obyczajach. Słowa Sex, drugs and Rock’N’Roll były często ze sobą łączone, w kontekście muzyki rockowej lat 60. Jej wykonawcy mieli skłonność do chaotycznego stylu życia, co wprawdzie było typowe także dla poprzedniej dekady, ale dopiero później stało się jawne. Muzycy zaczęli pić alkohol i używać narkotyków w miejscach publicznych; towarzyszyły temu opowieści o ich szalonych zachowaniach podczas koncertów, wszystko to trafiało do mediów i jeszcze bardziej podkręcało popularność gwiazd.

W latach 60 wyłonił się Garage rock – o charakterystycznym szorstkim brzmieniu, nazwany tak, ponieważ zespoły grające ten rodzaj muzyki, ćwiczyły zwykle w garażu któregoś z członków zespołu. W ślad za tym szły tanie, niskonakładowe i proste nagrania, była to muzyka undergroundowa, co utrudniało ustalenie dokładnej daty powstania utworów. Z niej prawdopodobnie narodził się też późniejszy punk rock.

Rock and roll nie zdobył jednak w Stanach wiodącej popularności. Wśród młodzieży miejskiej ciągle dominowała muzyka folk, a wśród dorosłych różne odmiany tradycyjnego popu. Przyjął się natomiast w Europie Zachodniej, głównie w Wielkiej Brytanii. W połowie lat sześćdziesiątych artyści tego nurtu – przede wszystkim grupy The Beatles, The Dave Clark Five, Herman’s Hermits i The Rolling Stones – reeksportowali go z powrotem za ocean. Wydarzeniem, które praktycznie z dnia na dzień otworzyło Stany na brytyjskich wykonawców, było amerykańskie tournée Beatlesów z 1964 roku i sukces ich singla I Want to Hold Your Hand. Entuzjastyczne przyjęcie tych grup przez publiczność graniczyło z histerią. Charyzmatyczni Brytyjczycy przewrócili dotychczasową scenę muzyczną USA, spychając w cień wszystkich „grzecznych chłopców”, śpiewających banalne piosenki i wywołali pojawienie się silnych, amerykańskich zespołów rock and rollowych. Na skutek tej drugiej fali popularności, nurt stał się wiodącym w muzyce, aż do czasów powstania rapu i hip-hopu.

Prawdopodobnie jednym z najbardziej godnych zapamiętania wydarzeń muzyki rockowej był festiwal w Woodstock, w sierpniu 1969 roku, który odbył się na farmie M. Yasgura w Bethel, koło Nowego Jorku. Jego hasłem było: Peace, Love and Happiness (pokój, miłość i szczęście). Mimo tego, że festiwal nie był reklamowany w środkach masowego przekazu, przyciągnął ponad 500 tysięcy ludzi. Wzięła w nim udział większość najwybitniejszych wykonawców tamtego okresu – m.in. Santana, Janis Joplin, The Who, Jimi Hendrix. Amerykańska młodzież epoki dzieci kwiatów, znudzona polityką i szachrajstwami kapitalistycznego świata, szukała ucieczki w różnego rodzaju środkach odurzających, dlatego też obok gołąbka pokoju siedzącego na gryfie od gitary, pojawił się nieoficjalny symbol Woodstocku – liść konopi indyjskich. Stało się tak również dzięki policji, która na okres trwania festiwalu zawiesiła swoją walkę z narkobiznessem. Godnym uwagi jest fakt, że przez cały czas festiwalu nie zanotowano ani jednego przypadku kradzieży, rozboju czy gwałtu.

Lata 70 stały pod znakiem kontynuacji muzyki, stworzonej przez Beatelsów i Rollingstonsów, ale jej tonacja była już ostrzejsza. Zaczęły się koncerty na stadionach sportowych, później do głosu doszedł hard rock i jeszcze agresywniejszy heavy metal, grały go Led Zeppelin, Deep Purple, Judas Priest, Black Sabbath, czy nasz rodzimy – Test. Z popularnością nowych gatunków rocka było różnie, ale na początku nie miały one dobrej prasy. Podobnie, jak kolejne – punk, disco i glamrock. Dopiero dekadę później, kiedy emocje się uspokoiły, rock podzielił się na wiele gatunków i każdy miał swoich fanów, ale to już nie były moje rytmy. Mój rock and roll grano w Polsce w latach 60 i odbywało się to właściwie nielegalnie. Miał on politycznie czerwone światło, bo była to muzyka wrogiego i wstecznego Zachodu.

Same fryzury na Beatelsów miały w szkołach szlaban, ale nieoficjalnie często się go przekraczało. Muzycznie nie zapomnę licealnych akademii w chorzowskim Słowaku, w czasie których po tradycyjnej pieśni Ukochany kraj, umiłowany kraj, nasz klasowy kolega, Seweryn Sowiak, siadał za klawiaturą fortepianu i rozbrzmiewały pierwsze nutki melodii, zakorzenionej gdzieś w okolicach czarnej rzeki Missisipi. Zaczynał delikatnie, ale to, co on później robił z fortepianem, tego opowiedzieć się nie da, to trzeba było zobaczyć i usłyszeć. Dzisiaj już nie wiem, czy Seweryn grał jazz, bluesa, czy rock and rolla, pewnie wszystko po trochu, bo kochał muzyczne improwizacje i robił to naprawdę świetnie. Szkoda, że później poszedł na medycynę, a nie do akademii muzycznej, ale jego pacjenci tego nie żałowali, bo został dobrym chirurgiem.

Na pewno jednak szkoda, że już go nie ma między nami. Nie zapomnę tego jego trochę Fernandelowskiego uśmiechu, pogody ducha, serdeczności i tego, co potrafił wyczarować na klawiaturze instrumentu. Grał tak lekko i naturalnie, jak człowiek, który się z tym talentem urodził. Najbardziej żal, że odchodząc, człowiek zabiera ze sobą każdy swój Boży dar.

Z wolnej stopy 45

Zbigniew Milewicz

Rajd ozdrowieńca

Wiele miesięcy nie było mnie w Polsce. Oczywiście wszystkiemu winna corona, najpierw były obostrzenia w ruchu granicznym, nie chciałem się więc w to pakować, później sam zachorowałem, na szczęście bez poważniejszych konsekwencji. Teraz, jako ozdrowieniec, jestem bezpieczny dla otoczenia, a ono samo może mi nagwizdać, cały czas jestem więc w ruchu i maski używam tylko w sklepie, kościele i autobusie.

Ludzie, z którymi w Tychach rozmawiam, wyliczają mi, kogo ze wspólnych znajomych zabrała pandemia, trudno mi uwierzyć, że znalazł się wśród nich między innymi nawet ogólnie lubiany Zefel, dawny właściciel piwnego baru na zecie. Dlatego spieszę się do ludzi, którzy jeszcze żyją, nie odkładam spotkań, jak zwykle, na następny raz, bo może go już nie być. Życie jawi się jak coś absolutnie jednorazowego i kruchego, takim, jakim jest w istocie, ale trzeba było dopiero śmiercionośnego wirusa, żeby to pojąć. Miłe są te nieudawane uwagi, czasami zaprawione ulgą: no, nareszcie znowu jesteś. Albo: długo Pana nie było – spotkania Marcysi z piekarniczego, dozorczyni Jańci, albo krawcowej Lusi, u której zawsze coś poszerzam, albo zwężam. Tym razem zwężam, bo corona pozbawiła mnie smaku i węchu, a przeto i apetytu.

Jadę na ulicę Gołębią, do moich starych przyjaciół, Justysi i Krystiana, oczywiście są już zaszczepieni i dziwią się, że ja mam do szczepionek sceptyczny stosunek. Ojciec Justyny był lekarzem, ona sama też nim jest, nie mam więc szans w merytorycznej dyskusji na temat, kto ma rację. Na szczęście ozdrowieńcy zaraz po chorobie się nie szczepią, bo mają własne przeciwciała i spór kończy się elegancko walkowerem.

Do Asi i Krzysia na osiedlu „A“ nie zaglądałem całe wieki, a sporo się u nich zmieniło. Gospodarz cierpi na miażdżycę, amputowano mu przez nią obydwie nogi, musiał się pożegnać z wykonywanym zawodem taksówkarza i obecnie utrzymanie całego domu spoczywa na barkach jego żony. Asia zajmuje się rozliczeniami podatkowymi, pracę ma w swoich czterech ścianach i może jednocześnie opiekować się mężem, ale łatwe to nie jest. Na szczęście czasami śpieszą im z pomocą córki, a medycznie to niezbędne minimum zapewnia terapeuta. Podziwiam ich obydwoje za hart ducha, a dodatkowo Krzysia – za niezmiennie pogodny charakter i poczucie humoru, których mimo choroby nie utracił. Obecnie wszystkie swoje siły koncentruje na wzmocnieniu mięśni kikutów nóg, aby móc przymierzyć się do protez i z serca życzę mu, aby osiągnął swój cel.

Marysia w Świerklanach, Lolek z Halinką w Ustroniu Śląskim i Stefcia w Chorzowie, których z kolei odwiedzam, też mają już za sobą szczepienia na covid, przynajmniej częściowe i tylko pierwsza z nich narzeka, że na drugi dzień bolała ją ręka. Stefcia spontanicznie organizuje w swoim mieszkaniu spotkanie klasowe. Jest nas razem czworo: ona, Helcia, Leszek i ja. Wszyscy mieszkaliśmy kiedyś przy tej samej ulicy Wesołej i chodziliśmy razem do szkoły podstawowej nr 9, róg Dąbrowskiego i Omańkowskiej. Do reszty koleżeństwa Stefcia nie umiała dotrzeć, wielu też niestety już nie żyje. Taksujemy się nawzajem życzliwie, nikt nie mówi, że na ulicy w pośpiechu to byśmy się nie rozpoznali, ale pewnie tak by było. Najważniejsze, że pamięć wszystkim nam jeszcze w miarę dopisuje i jesteśmy na chodzie. Jest wigilia polskiego Dnia Matki, jadę więc na cmentarz do Św. Ducha, żeby zmówić zdrowaśkę i zapalić u mamy znicz.

Swój ozdrowieńczy rajd po miejscach bliskich mojemu sercu zaczynam i kończę w Krakowie. Tam mieszka prawie od roku moja córka Ania z wnuczką Zosią. Mieszka pięknie, w zabytkowej kamienicy przy jednej z przecznic ulicy Karmelickiej, w samym śródmieściu; powodem zamiany Tychów na Kraków jest nowe miejsce pracy córki, więcej teraz zarabia, ale też sprawuje odpowiedzialniejszą funkcję i zadania są trudniejsze. Zosia szczęśliwie daje sobie radę w nowym liceum i środowisku, które ją w pełni zaakceptowało, w przyszłym roku będzie zdawała maturę. Chodząc po Krakowie, rozmawiamy o pracy Ani i szkole Zosi, o jej świeżych przyjaźniach i planach na przyszłość. To miasto świetnie się nadaje do takich spacerów. Idąc od Karmelickiej Parkiem Krakowskim w stronę Wisły, opowiadam im o moich pięciu latach spędzonych tutaj, o barwnych, corocznych Juvenaliach, pokazuję Collegium Paderevianum, w którym miałem zajęcia, Dom Studencki „Żak“, gdzie mieszkałem, później Collegium Novum. Wspominam o demonstracji studentów i pracowników naukowych UJ w marcu 1968 r., która miała miejsce pod tym historycznym budynkiem, a później została brutalnie spacyfikowana przez milicję i ORMO. Chłoną to wszystko, co im opowiadam, a ja czuję się trochę muzealnie, bo zdaję sobie sprawę z tego, że to wszystko było już bardzo dawno temu.

Rynek przypomina euforyczny Eden. Jeszcze niedawno z powodu sanitarnych rygorów świecił pustkami i martwotą, a dziś jest sobota, pierwszy dzień po zluzowaniu obostrzeń. Można nareszcie znowu usiąść z rodziną, albo przyjaciółmi w kawiarnianym ogródku, napić się piwa, lemoniady i ludzie z tego skwapliwie korzystają. Znowu są dorożki, uliczni muzykanci, są ognie w ogródkach, śmiech, gwar, uszczęśliwione buzie, improwizowane tańce na płytach rynku, stragany z wyrobami ludowymi i ponętnie wyglądającym jadłem, ale tego niestety nadal nie czuję. Nieznajomi ludzie sprawiają wrażenie, jak by znali się od dawna, toczą ze sobą miłe rozmowy, nie pamiętam, kiedy ostatnio doświadczyłem takich budujących scen.

Może ktoś w Krakowie rozpyla w powietrzu endorfiny. Na Wiślnej bowiem Ania, ni stąd ni zowąd, zaczepia jakąś kobietę i pyta, gdzie ta kupiła modne czółenka, po czym pada nazwa firmy, która mi nic nie mówi. Wywiązuje się śliczny dialog, czekam, kiedy babeczki padną sobie w objęcia, dwaj uśmiechnięci panowie z boku są tą sceną zachwyceni, my z Zosią oczywiście również. Trudno o pozytywniejsze relacje międzyludzkie, ale zapytam jeszcze raz: czy trzeba było pandemii, żeby ludzie się na siebie znowu otworzyli? I pytanie numer dwa: jak długo ten błogostan potrwa?

Fizycznie nie udało mi się powtórzyć podróży nad Wisłę, ale przed powrotem do Niemiec śniłem, że tam znowu jestem. W tym śnie byłem młodym człowiekiem, siedziałem na okrytych bujną zielenią Plantach w towarzystwie jakiejś pięknej kobiety i z czegoś śmialiśmy się serdecznie. Przecież do szczęścia niczego więcej mi nie trzeba.

Autor, na kuchennych schodach stancji przy Długiej 18, rok 1964, po jakimś egzaminie chyba, bo obowiązkowa, biała koszula i krawat.

§§§ Anegdoty prokuratora Ogórka (6)

Do publikacji wybrał i opracował: Zbigniew Milewicz

W latach 70 w ramach tzw. „wymiany doświadczeń“, odwiedziła ówczesne województwo katowickie grupa prawników z zaprzyjaźnionego, ościennego państwa. Ze strony polskiej towarzyszył im ówczesny minister sprawiedliwości, zaś funkcję tłumacza pełniła pani sędzia Danuta Trojnar.
Gdy po całodziennej pracy, wieczorem, znużona wróciła do domu, zauważyła brak pierścionka na palcu. Przypomniała sobie, że w czasie pobytu w willi rządowej zdjęła pierścionek, gdy myła ręce w toalecie.
Natychmiast zatelefonowała pod ten adres. Telefon odebrał sam minister, który odnalazł pierścionek i obiecał przesłać go natychmiast właścicielce za pośrednictwem ówczesnego prezesa sądu wojewódzkiego. Nazajutrz prezes poprosił woźnego, by oddał pierścionek właścicielce, która prowadziła akurat rozprawę na sali sądowej.
Woźny wszedł na salę rozpraw i w obecności stron, ich pełnomocników i zebranej publiczności zawołał donośnym głosem:
– Pan minister przesyła pani sędzi – złoty pierścionek.
Szmer zdziwienia, ale i podziwu przeszedł przez salę rozpraw. Towarzyszył pani sędzi również przez kilka następnych tygodni.

Przodkowie i potomkowie

Przed laty w Prokuraturze Powiatowej w Zabrzu pracowała młoda, inteligentna i ambitna pani prokurator, Anna Andrysiak. W tym samym czasie Bolesław Andrysiak był już znanym i wziętym adwokatem katowickiej palestry.
Kiedy na jakimś spotkaniu, po raz pierwszy ich sobie przedstawiono, ona z młodzieńczą bezpośredniością powiedziała:
– Zastanawiam się, czy nie mamy wspólnych…
i w tym momencie fatalnie się przejęzyczyła, gdyż zamiast powiedzieć przodków, powiedziała potomków.
Pan mecenas skwapliwie podchwycił ten freudowski lapsus, a następnie – rozwijając rodzinny wątek powiedział :
– Pani prokurator ! Wspólnych przodków chyba nie mamy, ale jeżeli chodzi o wspólnych potomków, to… serdecznie panią zapraszam…

Prawnicze myślenie

Wybitny specjalista prawa międzynarodowego, prof. Julian Makowski egzaminuje inteligentnego, ale leniwego studenta, który słabo przygotował się do egzaminu. Na precyzyjne pytania profesora student odpowiada ogólnikowo i enigmatycznie, pomijając sedno sprawy.
Po pewnym czasie tego kulawego dialogu profesor zdenerwował się, wziął indeks studenta i wpisał: „idiota“. Student, nie tracąc rezonu, odpowiedział :
– Panie profesorze, widzę podpis, ale nie widzę stopnia.
Wówczas profesor roześmiał się serdecznie, przekreślił poprzedni wpis i wstawił ocenę „bardzo dobry“. A ustnie dodał:
– Za myślenie prawnicze.

Reszta opowiastek poniżej na zdjęciach; przypominam, że wystarczy kliknąć na każdą z nich, żeby obrazek się powiększył, ułatwiając czytanie.

Niestety brak miejsca, żeby przytoczyć wszystkie dykteryjki z tej kapitalnej książki. W rozmowie telefonicznej z panem Zygmuntem Ogórkiem dowiedziałem się, że ma on kilkadziesiąt nowych anegdot i nadzieję, że nadejdą kiedyś czasy, kiedy będzie je można opublikować.

Serdecznie życzę tego Autorowi i sobie przy okazji również.

Odcinek 22 i ostatni

Mieczysław Bonisławski


Nastaje chwila ciszy. Choć ciąży wszystkim trzem kobietom, żadna nie kwapi się do jej przerwania. Bo i niby która z nich może coś tu powiedzieć bardziej mądrego, która pociągnąć to dalej?

Wracamy do konkretów. Dochodzeniówka! Relacjonujcie jeszcze raz, co mamy w zeznaniach?
Ale w których? Znaczy się, o jakie podłoże chodzi?
Matka powiedziała…, że jak weszła na budowę…, to chłopiec leżał na wznak, a mężczyzna…, konkretnie nasz podejrzany…, kładł się na niego, czy tak?
Tak… Zaraz… To tu… Proszę: „Próbował rozpiąć mu spodenki. Chciał go wziąć siłą”… Tylko jej szybka i zdecydowana reakcja uchroniła chłopca przed gwałtem… Według zeznania.
Jesteście w stanie przedstawić zeznania innych świadków? Z tego co daliście w papierach, wynika, że to jest jedyna relacja jaką dysponujecie? Dochodzeniówka, nie śpijcie!
​Słychać jak ​Śledcza wzdycha, można sobie wyobrazić, jak tylko kiwa głową i zrezygnowana, po raz drugi, tym razem ostentacyjnie, klepie ręką w notatnik.
Zastanawiacie się cały czas nad tym, co z tego co powiedział w hipnotycznym transie podejrzany jest prawdą, a co nie jest? Psychologia, jak to rozdzielacie?
No, proszę, ani nie zastanawiam się, bo może na próżno, ani bezproduktywnie niczego nie rozdzielam… W tej sytuacji jesteśmy uprawnieni do szukania co najmniej trzech, nie, nawet czterech rodzajów „prawd”…
Co proszę?
A rodzaje tych „prawd” określalibyśmy przez różny stosunek emocjonalny pacjenta do jego przedstawień? Powiążmy to z charakterem motywacji…
W najprostszym przypadku na przedstawienia badanego nie nakładają się żadne emocje ani motywacje z których by one płynęły. Jedynym ograniczeniem jest sama pamięć oraz obiektywna perspektywa, z której człowiek oglądał i zapamiętał opisywane zdarzenie. To nie jest nawet wspomnienie, ale zapis, kalka. Mamy z tym do czynienia, gdy pacjent mówi prawdę, w takim rozumieniu, jakie reprezentuje tutaj pion dochodzeniowy …
​Śledcza [głośne i dosadne prychnięcie]
Biegła [w reakcji na zachowanie Śledczej głos się lekko zmienia, oddech przestaje być miarowy]
Ta prawda też jest oczywiście względna, ale w przydatnym dla postępowania przybliżeniu, sąd uznał by ją za podstawę do orzekania bez żadnych warunków ograniczających. Wszystkie pozostałe przypadki, zespół sędziowski oceniłby jako przeciwważne temu pierwszemu, czyli jako fałszywe świadectwo podejrzanego, mataczenie z jego strony, w celu uniknięcia odpowiedzialności…
​Śledcza [zajadle]
Oczywiście dla psychologa zbrodniarz nie odwraca od siebie podejrzeń…? On w ogóle nie kłamie…
Biegła
…niezupełnie…
​Śledcza [kpiąco]
…a jak już mu się zdarzy, to nie z jego winy? Psycholog w każdej sytuacji znajdzie usprawiedliwienie, prawda…? Obiektywne… Nie związane ze złą wolą…. bandziora… Naukowe…
Biegła [bierze się w garść]
Może nie usprawiedliwienie, ale wytłumaczenie. Może nawet nie… Wyjaśnienie. Naukowe wyjaśnienie, które jest nota bene bardzo pomocne w prowadzeniu postępowania.
​Śledcza [z pozytywnym nastawieniem]
Masz moja droga na myśli profilowanie…?
Biegła [triumfuje; ucieszona, że wreszcie znajduje wspólny język ze Śledczą]
No widzisz! Właśnie! Badany może przedstawiać jako wspomnienie swoje marzenia. Wspomnienie de facto zdeformowane, ale jednak wspomnienie. O ile tylko te marzenia inspirowane są jego doświadczeniem, wynikają z tego co naprawdę przeżył. I to przeżył mocno, głęboko.
Nie jest to działanie celowe, świadome, pacjent wspomina fakty, podświadomie poddane obróbce wynikającej z wrodzonego eudajmonizmu, ludyczności. Te wspomnienia, choć bazują na pamięci epizodycznej, zdecydowanie ukierunkowane są na to, co człowiek, który je uwalnia, chciałby, aby miało miejsce, zamiast tego, co zdarzyło się naprawdę.
Tyle tylko, że nie chodzi tu o same fakty, ale o ich ocenę i wzbudzane przez nie emocje. Podejrzany w takim przypadku może zmieniać kolejność rzeczywistych wydarzeń, a przede wszystkim ich znaczenie. Jednak trzyma się w zasadzie realnych doświadczeń za to chętnie zmienia związki przyczynowo-skutkowe.
Słowem, nie przeinacza niczego co jest związane z bytem czystej materii, nie mataczy też w celu osiągnięcia materialnych korzyści. Jego osobowość, niejako bez porozumienia z nim samym, dąży przede wszystkim do zadowolenia i osiągnięcia poczucia szczęścia.
Prawdą, w takim sądowym rozumieniu, są tu na pewno albo przyczyny, albo skutki. Rzadko i jedno, i drugie, a przynajmniej w niewielkiej części. Prawidłowo rozdzielając fakty od marzeń, możemy profilować motywy sprawcy.
​Śledcza [znudzona]
– Możesz krócej, za chwilę pierwsza gwiazdka…
Biegła [lekceważąco; dalej swoim mentorskim tonem naukowca]
Już, już.
Trzecią możliwością są fantazje, twory płynące z wyobraźni, czyli z nieświadomości, na które badany nie ma żadnego wpływu.
Ich powstawanie pozostaje w zasadzie poza pacjentem, nie tylko poza jego rozumem, ale nawet poza kontrolą jego własnej osobowości.
Fantazje pozostają też, niestety, poza wszelką kontrolą psychopatologa, nie dają się w żaden sposób sklasyfikować, poddać jakiejkolwiek logice. Dlatego bardzo rzadko bywają przydatne śledczym do opisu, czy oceny podejrzanego.
W konsekwencji, to najgorsza dla nas sytuacja, dotycząca tego, co uzyskaliśmy podczas transu hipnotycznego. W przypadku przestępcy takie wizje mogą być nieświadomą formą ucieczki od rzeczywistości, gdy sprawca sam jest przerażony ohydą tego, co uczynił.
Ale równoprawna jest sytuacja, gdy pojawienie się fantazji, może oznaczać, że badany symuluje tylko proces. Zdarza się to wtedy, kiedy hipnoza nie udaje się, a przestępca widzi swój cel w zwodzeniu badającego.
Oskarżyciel [z niedowierzaniem]
Będziemy się przekonywać, że to jest w ogóle możliwe?
Biegła [z głębokim przekonaniem]
Jeżeli powodem zbrodniczych zachowań jest choroba, to może ona chwilami ustępować, a wtedy chory powraca do racjonalnych zachowań i osądów.
Oskarżyciel [upewnia się]
Powiedzcie, pedofilia jest taką chorobą?
Biegła [zmartwiona]
Niestety niewiele jeszcze wiemy o pedofilii. Podobnie zresztą jak i o innych zaburzeniach seksualności. To jednak wstydliwy obszar chorobowy a badania nad tymi jednostkami nie mają takiej aprobaty społecznej, jak choćby laryngologia, czy zwykła okulistyka…
​Śledcza [zapalczywie przerywa obu kobietom; niemal wykrzykuje]
Jest jeszcze jedna możliwość! Którą ignorujesz…!
Biegła [z niedowierzaniem]
Tak? Jaka?
Śledcza [energicznie; wyrzuca z siebie zdanie po zdaniu, z przerwami]
Kłamstwo… Przemyślana obrona przed zarzutem karnym… Zbrodniarz, dzięki niemu, przeczy swojemu udziałowi… I kieruje śledztwo na ślepy tor…
Biegła [z ulgą; słychać odsuwane krzesło; wstaje; ma ochotę się roześmiać]
No proszę ja ciebie, ale wtedy to nie są ani marzenia, ani fantazje, tylko przygotowane z premedytacją fałszywe świadectwo. Wspomniałam może już o tym? Jako o równoprawnym symulowaniu…
Oskarżyciel [niezadowolona]
Dochodzeniówka, pofantazjujcie w końcu trochę o tym, co też nasz podejrzany powiedział?
​Biegła [z nową energią; słychać jej kroki wokół biurka]
Jednak dla mnie bardzo mało wiarygodny jest opis wydarzeń, jaki nam przedstawiła Matka.
Oskarżyciel [zaskoczona; zdegustowana]
No to, to już zakrawa na psychologiczne mrzonki! Opanujcie się biegły!
​Śledcza [niespodziewanie bierze w obronę biegłą; słychać odsuwane krzesło]
A dlaczego nie? Bezstronny świadek… Za bardzo zaangażowana…
Oskarżyciel [głośne klapnięcie ręki o blat; odsuwane krzesło; ze złością]
Dosyć! Jak matka może nie być mocno zaangażowana w takiej sytuacji?
​Śledcza [słychać kroki]
Praktyka dochodzeniowa… Mówi… Wiarygodność takiego świadka… uznajemy za niewystarczającą.
Biegła [waha się; z zastanowieniem]
Zatem, jest możliwe… Jednak tak, to jest nawet bardzo możliwe… Mój pacjent mógł zostać wmanewrowany w to wszystko. A co z tym zabójstwem nauczycielki…?
Oskarżyciel [obrusza się]
Nie mówmy tu o zabójstwie! Ktokolwiek coś takiego w ogóle sugerował…?
Biegła [przystaje, kroki milkną]
Bardzo przepraszam – kilka osób: Dziennikarz, Ojciec, Trener, „Duch”…
Oskarżyciel [słychać szelest ubrania i skrzyp krzesła; odwraca się ku biegłej]
W szczególności ten „Duch”…! Przecież to nie muszą być nawet rzeczywiste osoby. Znamy je tylko z opowiadania…
Biegła [z werwą; znowu słychać jej kroki; potem przystaje; z zastanowieniem]
To może jednak spytajmy o nie podejrzanego! A właśnie, dlaczego nie ma go na tym podsumowaniu?
Śledcza [w zamyśleniu; zastanawia się]
Imaginacje… Może wsparte strachem przed odpowiedzialnością?
Oskarżyciel [słychać szelest ubrania, skrzyp krzesła]
Właśnie tak!
​Biegła [nie daje za wygraną]
Proszę, a czy ktoś w takim razie sprawdzał, czy takie osoby może istnieją?
​Śledcza [cedzi słowa, przerywa w zastanowieniu; przystaje, znowu robi krok]
Prawda… Marzenia… Fantazje… Kłamstwa z premedytacją…. Jak do tego podejść?! Ja już nie wiem, jak oceniać te senne mary…
Biegła [z entuzjazmem, też słychać jej kroki]
Sprawdźcie te poszlaki może? Czy był taki wypadek? Czy są takie treningi w szkołach? Przyduście innych dziennikarzy śledczych z gazety, może? A co, sam ten Demianiuk, nic na niego nie macie? No proszę, na pewno ma pękatą teczkę…
Oskarżyciel [denerwuje się]
Pójdziemy za daleko! Mamy prostą sprawę o pedofilię i nierozgarniętego, młodego mężczyznę, nigdzie nie pracującego, o podejrzanej opinii…
Biegła [oskarżycielsko]
Ten nierozgarnięty mężczyzna o podejrzanej opinii bardzo by chciał przedstawicielom władzy osobiście objaśnić wszystkie wątpliwości w sprawie
O… Te na temat opinii o nim, również… Właśnie to mi, jako psychopatologowi, który go prowadzi, wyjawił.
Oskarżyciel [tonem nie znoszącym sprzeciwu]
Nie komplikujmy tego o jakieś wątki związane z zabójstwem, czy działaniami operacyjnymi organów bezpieczeństwa. Koniec analizy!
Biegła [oschle, oskarżycielsko]
Bez kontaktu z podejrzanym, bez jego ostatniego słowa, no proszę… Może to jest niemożliwe? Po co go tu ściągnięto z aresztu, może po to, aby postał za ścianą…?
​Śledcza [przystaje jak słychać z odgłosów z tyłu za siedzącym Oskarżycielem]
Ci ludzie… Nie poszliśmy tym tropem w postępowaniu. A to jest ciekawe…
​Biegła [to samo]
Ta Matka… A jeżeli ma jakiś ukryty motyw… Zatem, z psychologicznego punktu widzenia… proszę, mogła kłamać…
​Śledcza [z rosnącym zaangażowaniem powoli wylicza]
Zeznania nie są jednoznaczne… Podejrzany przedstawia to inaczej… Mamy tylko słowa Matki… Żadnych dowodów… Ani jak to zweryfikować…
Biegła [emocjonalnie; odkrywczo]
Może jednak są jakieś inne powiązania? Jednak podejrzany burzy zarysowany układ tego „Ducha”, pracowników operacyjnych i tej nauczycielki… Zatem i Matkę mogli wplątać przeciwko niemu…
Oskarżyciel [zdecydowanie]
Psychologia! Dochodzeniówka! Skończyliśmy…
​Śledcza [tak samo; nie reaguje na ton Oskarżyciela]
Zastanówmy się. Tutaj są dodatkowe powiązania… To może być przełom… Nowy kierunek postępowania…
​Biegła [prowokacyjnie; zacietrzewiona]
Może ustalamy czy człowiek dokonał przestępstwa, czy nie? Czy jest coś, co pomoże ocenić, czy mamy do czynienia z chorym na pedofilię, czy też z zupełnie zdrowym człowiekiem, jest dla niego, może, bardzo ważne… Ten człowiek czeka za drzwiami… Czeka na to, co zrobimy. Może od tego zależy, czy wróci do celi, czy do domu? To chyba ważne, gdzie spędzi najbliższe dni, miesiące a może i lata? Bo o dzisiejszej Wigilii może, oczywiście, zapomnieć…
Oskarżyciel [z trzaskiem zamyka podręczną torbę, sarkastycznie]
Ustalmy, że wszystko jest jasne! Stawiamy się po Nowym Roku na zamknięcie postępowania. A podejrzanego, póki co, wysyłamy z powrotem do celi… Zgodnie z tym, co zasugerowała nasza psychologia…

Prokurator spogląda na obie kobiety i nieoczekiwanie wybucha śmiechem. Aż trudno ją poznać, jeszcze przecież nie słyszeliśmy jej śmiechu.

A my co? Pora do domu – i całkowicie rozluźniona, po prostu, szczebiocze – Za chwilę Wigilia… Zostały wam jeszcze jakieś ostatnie zakupy, czy już tylko końcówka gotowania, drogie panie? A właśnie, dostałyście karpia? To ta afera z zeszłego tygodnia, pamiętacie? Tu to dopiero nadałam tempo! Inaczej wszystkie kobitki w Zielonej Górze utłukły by na święta prokuraturę w miejsce tych ryb…

Teraz śmieją się wszystkie trzy. Śledcza szturcha pod ramię Psycholog, a ta lekko popycha Oskarżenie ku wyjściu. Po chwili, swobodnie rozmawiając, odchodzą z pola słyszenia. Ich głosy rozmywają się, w końcu nikną.

MINĘŁY ŚWIĘTA I SYLWESTER. JESTEŚMY JUŻ W PIERWSZYM MIESIĄCU NOWEGO ROKU


Piątek, 07 stycznia, przed pierwszą wolną sobotą karnawału

godz. 11:10

Święta, święta i po świętach. A przed nami pierwsza w tym roku wolna sobota. Pierwsza z dwunastu… I pierwsza w karnawale (wczoraj mieliśmy Trzech Króli). W taki tydzień nastrój w pracy psują mi przede wszystkim wszelkie niezałatwione sprawy sprzed Bożego Narodzenia, do których muszę teraz wracać… i je kończyć… Macie tak samo?

Są umówione na rano. Na rano, czyli po jedenastej. Prokurator już jest i krząta się po pokoju. Czeka, spogląda na zegarek, porządkuje papiery. Zbliża się koniec opowieści. Przyjrzyjcie się więc jeszcze raz głównym bohaterom. Oto Prokurator, Psycholog, Śledcza i Olek. Tu, w pokoju nikogo więcej nie spotkacie… Ale bądźcie pewni, że moja opowieść dla was tutaj się nie urwie. Nie w taki dzień. Póki co, posłuchajcie ich… A potem, już naprawdę na sam koniec, przeniesiecie się jeszcze w pewne przyjemne miejsce…

Odcinek 21

Mieczysław Bonisławski

To może już lepiej tak:

Czasem nie dziwię się tym twoim kolegom. Czy ty nie możesz znaleźć sobie innych przyjaciół, może jakieś dziewczynki? Ta Dunajówna, mieszka w bloku naprzeciwko, kilka razy pytała o ciebie. Jest z twojej klasy…
Mamo! Mam się bawić z dziewczyną?!
Dlaczego ty jesteś taki dziwny? Przecież dziewczynki to też ludzie. A nie przeklinają, nie biją się. Po co ci taki Czarek ze Sławkiem? A Remiszewskich i Szczepańskich unikaj, to łobuzy i nic dobrego z nich nie wyrośnie…
Co, mały na łobuzów trafił? W takiej szkole, to dopiero potrafią tak „wyuczyć”, że pożal się Panie Boże – „a ta jeszcze nie poszła sobie!” Cały czas tu stała? I czego ta wiedźma oczekuje, że co, że ja jej wszystko opowiem, jak na spowiedzi? „O, niedoczekanie twoje…!”
A co to, droga sąsiadko, jeszcze pani nie wysiadła? Tak sąsiadka zamilkła, że myślałam… Bo to „Centrum”… Właśnie przejechaliśmy. Mój Boże, przegapiła pani! – udałam głupią.
Nie, do mojego jeszcze dwa przystanki… Dzisiaj do roboty jadę, nie na miasto. To, dopiero w przyszłym tygodniu.
Ach, no tak… Do pracy, sąsiadka, spieszy się…
Tego Czarka i Sławka, to ja znam. Z tych dwóch klatek, chłopaki… A ten Remiszewski, Szczepański, to też z naszego osiedla…? Bo chyba o nich dotąd nie słyszałam…
– Nie, to chłopcy ze „Słonecznego”. Tam, po drugiej stronie Łużyckiej… Nieważne, nie ma o czym mówić, sąsiadko. To co z tymi zakupami w przyszłym tygodniu?
Tak, „Słoneczne” też chodzi do tej nowej szkoły, do „jedynki”. To by się zgadzało.

Odwróciłam się. Niedobrze by było tak zupełnie zignorować to babsko, ale nie chciało mi się gadać, sięgnęłam po papierosa. Nie, no jasne, pamiętałam, że w autobusie się nie pali. Nie zamierzałam go zapalać, ale zaraz mieliśmy wysiadać. Była szansa, że w milczeniu przetrzymam tę szarżującą plotkarę. Ta jednak nie dawała za wygraną:

I co Januszek, ma kłopoty w szkole, z chłopakami z innego osiedla? Biją go? czy odwrotnie, wciągają do swojego chuligaństwa?
„O tak! Tylko tego brakowało, abym ci się teraz zwierzyła z problemów szkolnych syna, z tą Barczyńską, z kolegami z klasy. Jutro, gdzież tam, jeszcze dzisiaj do wieczora, byłby to temat numer jeden po wszystkich klatkach w naszym bloku. Czy ty się nigdy nie odczepisz babo?!”
Coś widzę, że nie chce o tym sąsiadka specjalnie mówić. Ale to chyba jakiś poważniejszy problem? Mówili w bloku, że szkoła wysłała syna do poradni psychicznej. I sąsiadka jeździ z nim chyba do jakiegoś psychologa, zdaje się, tak?
„No to pięknie! Baba jednak rozsierdziła się i teraz złośliwie rozgada naokoło Bóg wie co. Zrobi z Januszka jakiegoś psychopatę…”
Sąsiadka ma takie duże zmartwienie, czy tylko ze mną nie chce gadać? Coś ja myślę, że to ze mną nie chce… Za prosta baba jestem dla pani byłej dziennikarki, tak? Za wysokie progi? Ale niech sąsiadka pamięta, kto zajdzie wysoko, dłużej spada. A w ten sposób gębów pani ludziom nie zamknie.
„Niech ją cholera weźmie…” Z nerwów wypadła mi z rąk paczka „Carmenów”. Pudełko było już prawie puste, więc niewiele się rozsypało pod siedzenia…
Osiedle może i nowe, młode. Ludzie jeszcze się mało znają, ba, prawie w ogóle się nie znają. Ale i tak milczenie na nic się tu zda. Ludzie, czego mają się dowiedzieć, to i tak się dowiedzą. I będą gadać! A co będą gadać? Dobry Panie Boże, kto to wie? To co im ślina na język przyniesie. A i same języki bywają złe, oj, jak bardzo złe… Co to ja nie wiem?
„Ty sama masz najgorszy ozór z możliwych. Trajkoczesz nim o wszystkich, że aż głowa boli. A jakie głupoty… Czego ty babo nie wymyślisz, a czego sama nie pododajesz…?”
A stara Majdrowa mogłaby po sąsiedzku ludziom objaśnić, złe słowo zamienić na dobre, podłe kłamstwo – na, trudną, bo trudną, ale prawdę. Każda prawda lepsza od złośliwego domysłu.
„Wiedźma!”
Ale Majdrowej się nic nie mówi. Majdrową zbywa się milczeniem. Zamiast jej zawierzyć.
„Tylko tego mi jeszcze brakowało!”
I to milczenie, jeszcze może się obrócić przeciwko.
„Co za złowieszcza Kasandra”. Aż sama roześmiałam się w duchu z tego porównania antycznej klasyki ze zwyczajną pleciugą, klekotką rodem z najbardziej złośliwego magla.
Takie wywyższanie się nie skończy się dobrze. Tu w bloku żyjemy wszyscy równi, jak w jednej rodzinie…
„Musiała, musiała mieć to ostatnie słowo. I pewnie by ją skręciło, gdyby powiedziała coś mądrego, na poziomie?”
Oho… – zabrzmiało to niezwykle złowróżbnie.

Autobus skręcił ze swojej trasy i podjechał pod pogotowie. Ranny wysiadł.

Widzisz Januszku, nic strasznego się panu nie stało. Pójdzie na pogotowie, opatrzą go i… Niedługo wysiadamy. Przygotuj się.
„Te problemy z Januszkiem. Rzeczywiście, może poświęciłam mu w pewnym momencie całe swoje życie, może karierę” – uśmiechnęłam się sama do siebie – „Co się z nim dzieje? Czy to moja wina? Może jestem złą matką? Skoro przestałam pisać i pracować, po to by lepiej wychować syna i w efekcie, ani go dobrze nie wychowuję, ani nie piszę, nie pracuję…?”
„Powoli robię się stara. Zaczynają się problemy z przekwitaniem. Czy ja zmarnowałam całe swoje życie?”
Januszek wstał i zaczął przepychać się ku drzwiom. Przed oczami stanął mi jak żywy ten ranny z przetrąconą przez drzwi łapą. Krzyknęłam na syna, poleciałam za nim, złapałam. A w domu była przecież jeszcze Tosia i Zbyszek.

– Ty głupi padalcu, dzień był wtedy parszywy, ale moje życie nie było takie. Osiągnęłam wielki sukces, spotkało mnie przeogromne szczęście, o którym ty po prostu, zboku, nie możesz mieć żadnego, najmniejszego pojęcia, rozumiesz?!
Olek nie obraził się. Sprawiał wrażenie zatroskanego opowieścią Alicji. Zupełnie poważnym, takim analitycznym, profesorskim tonem podsumował:
– Barczyńska przedwczoraj zginęła w wypadku na Krośnieńskiej. Z samego rana wjechała samochodem brata pod parowóz składu towarowego. Powstała plotka, że jechała od kochanka, ale nie od pani męża. Ludzie mówią, że to był Wytrykus, ten sekretarz.
– Bzdury! – żachnęła się kobieta – Ludzie wygadują bzdury. Tak samo o tym Wytrykusie zresztą, jak i o moim mężu. Bolek z nią…? – wybuchnęła bardzo serdecznym śmiechem. I taka jeszcze, ubawiona, spróbowała zgasić Olka – Dzisiaj opowiedział mi o wszystkim znajomy dziennikarz, przyjaciel rodziny.
– Czy nie Demianiuk przypadkiem? – odgryzł się.
– Demianiuk. A ty skąd to wiesz…?
– On wszystkim dużo opowiada. Dużo ciekawych historii. A czego pani się od niego dowiedziała?
– Mąż odkrył, że ta Barczyńska rzeczywiście uwzięła się na Januszka. I zamiast mu pomóc, nic nie zrobiła, gdy koledzy z klasy mu zaczęli dokuczać… I on zbierał na to dowody, dokumentował całą aferę. I do tego, Demianiuk powiedział mi, jak Januszek to bardzo przeżywa, że skrywa się właśnie tutaj, na tej budowie. I żebym tu do niego przyszła, bo tu grozi mu wielkie niebezpieczeństwo…

Chrenowicz wyjął nieco już podniszczoną, zagniecioną w części widokówkę ze Schwiebus. Podetknął ją Alicji przed oczy.
– Znalazłem tę kartkę na miejscu śmierci Barczyńskiej. Chyba nie zgubił jej żaden z gapiów. Coś mi mówi, że zapomniał ją zabrać ktoś, kto był zamieszany w to zdarzenie. Bo to nie wygląda mi na zwyczajny wypadek… Widziałem tę pocztówkę… Pokazał mi ją…
Alicja wyrwała obrazek z rąk mężczyzny. Zachłannie rzuciła się na sztywny, kolorowy prostokącik.
– Tak… Przypominam sobie, sam ten widoczek i ten polski dopisek „Świebodzin”, pod skreślonym odręcznie „Schwiebus”… Tylko kto mi go pokazywał? Gdzie to było…?
Energicznie odsunęła Olka na bok. Popchnęła Januszka ku wyjściu i nie oglądając się, podążyła za chłopcem. Na odchodne rzuciła jeszcze tylko zbaraniałemu Chrenowiczowi, którego zaskoczenie zupełnie sparaliżowało, złowróżbne memento:
– Już wiem o jakim niebezpieczeństwie mówił ten Demianiuk. Idę na milicję pieprzony zboczeńcu. Ale jeżeli się okaże, że skrzywdziłeś mojego synka, że zdążyłeś mu coś zrobić, żadne więzienie nie ochroni cię przede mną!
Koniec z czekaniem na cud, sama zaczynam znowu pisać swoje życie. Drogi wujciu Świtała, zmieniam kartkę w maszynie mojego ojca na czystą i zaraz się przekonasz, co ja jeszcze potrafię…!
A ta widokówka będzie niezaprzeczalnym dowodem. Zobaczysz, pożałujesz chwili, w której mi ją pokazałeś w swoich ohydnych zboczonych łapskach. Ten las pod Broniszowem i ten deszcz… Nie trafił cię wtedy piorun, ale teraz ja miotam piorunami.
We wszystkich zboczeńców tego miasta!

ostatnia kartka maszynopisu w segregatorze

segregator ma zaklejony numer na grzbiecie, jest tylko napis „sygnatura akt”, ale też z zamazanym ołówkiem kopiowym numerem; brak opisu czy zestawienia stron, a karty nie są zszyte zalakowanym sznurkiem z odciskiem pieczęci, stąd nie sposób stwierdzić, czy jest to cały komplet dowodów, czy tylko ich część; czy jest to koniec zeznań i historii, której one dotyczą, czy też istnieje jeszcze dalszy ciąg?

czytanie zakończono 23 grudnia, godz. 12:50

Piątek, 24 grudnia, Wigilia
godz. 9:30


Widzą się tam gdzie ostatnio.
Psycholog i Strażnik. Reszta ma pojawić się później. Tak zarządziła Psycholog. To spotkanie, sam na sam ze Strażnikiem, to jej osobista inicjatywa, o której nie wspomniała Prokurator.
Strażnik podaje jej przez stół pomięte kartki. Pozbywa się ich wręcz, z wyrazem głębokiej boleści na twarzy. Wywołuje to jej nagłe, pełne niezrozumienia spojrzenie.
Mężczyzna nawet nie udaje, że tego nie dostrzega. Nie, nie bawi go to, nie czuje też wobec kobiety zawiści. Jednak milczy, nie chce jej niczego ułatwiać.
Ona ujmuje kartki w dłonie. Rozpościera je, wygładza. Celebruje ten moment dłuższą chwilę.
W końcu pyta:
Całe to będzie oznaczało coś, czego będę miała się domyślać?
Strażnik spogląda jej prosto w oczy. Twarz wykrzywia grymas niezrozumienia i zniecierpliwienia.
Psycholog nie ulega:
Może jednak masz coś jeszcze do dodania?
– Czy ja mam jeszcze coś do dodania? To chyba jest oczywiste, że przekazałem władzom w pełni prawdziwy i rzeczywisty obraz sytuacji…?!
Chciałbyś może coś jeszcze…?
Strażnik demonstracyjnie rozgląda się wokół. Ogarnia całe otoczenie gestem rozczarowania, że nikogo więcej z nimi nie ma. To samo przebija z jego pytania:
– Czy Śledcza i Prokurator nie czytały tego jeszcze lub nie będą czytać tego w ogóle…? Czy nie będzie ich dzisiaj?
Czytały, no proszę. Może jednak rozmawialiśmy o tym? I będą o jedenastej. Najpierw jednak chciałam porozmawiać tylko z tobą. Może jeszcze coś dodasz, coś, czego nie chciałeś mówić przy tamtych…? Mamy jeszcze godzinę. Godzinę kiedy możemy bez nich pogadać, coś niecoś podciągnąć…
Strażnik spogląda z politowaniem. Nie obrusza się, nie okazuje pretensji. Chce pozostać łagodny, przyjazny, wyrozumiały. Tak, chce najwyraźniej okazać jej łagodną wyrozumiałość, dając jednocześnie do zrozumienia, jak bardzo ona sama nic nie rozumie.
– Ale ja nie mam żadnych tajemnic. Ani nic do ukrycia. Zwłaszcza teraz, kiedy jeszcze nie jest za późno, aby mnie dokładnie wysłuchać i coś zmienić.
Tak? – kobiecie nie udaje się ukryć doznanego zawodu. – Sądziłam, że ci jeszcze jakoś pomogę, że uchronię przed nimi.
– Czy coś ma mi zagrażać ze strony władzy i jej organów?
No, proszę… – obrusza się Psycholog. – Co to znowu za naiwne pytania? Chyba zdajesz sobie sprawę z powagi sytuacji?
– Ja? Jak najbardziej. I to lepiej niż obywatelka i te dwie funkcjonariuszki, powołane do sprawowania władzy w tym kraju. Na nieszczęście mieszkających tu obywateli…
Psycholog w lot pojmuje swoją pomyłkę. Z jednej strony nie chce stresować mężczyzny bez konieczności i ponad miarę, chce go ochronić przed zbędną mu w tamtej chwili przygniatającą prawdą, a z drugiej – odczuwa potrzebę jak najszybszego powrotu do swojej służbowej roli bezstronnego analityka. Próbuje pogodzić te dwa, przeciwstawne imperatywy:
Niech i tak będzie…
Nie kończy, zdając sobie sprawę z irracjonalności i infantylności tego, co chce powiedzieć, zrobić.
Nie kończy, bo mężczyzna przerywa jej, wchodzi w słowo:
– Żadne „niech i tak będzie”. Czy obywatelka nie rozumie, że nikt lepiej ode mnie nie czuje powagi sytuacji!
To twoja przyszłość, twoja sytuacja osobista…
– Czy ja wyglądam na kogoś, kto będzie potrzebował pomocy…
Tak!
– …kobiet?
Psycholog zamiera. Na jej twarzy maluje się rozpacz przegranej. Rozumie swoją bezsilność. A Strażnik kończy rozpoczętą myśl:
– Czy Śledcza i Prokurator na pewno to przeczytały lub przeczytają? Czy na pewno tu przyjdą? Czy jak wszyscy inni i one chcą mnie oszukać!?
Nie sadzę, trochę je znam, ostatecznie… Tylko, że, proszę, coś z nimi jest nie w porządku. Jakby nie były sobą… Kryją kogoś, ochraniają…?
– Boją się prawdy albo poznały ją na tyle, że chcą ją ukryć! Nie jest im na rękę! Bo one są właśnie takie…
No proszę, czyli znacie się? Mają jakiś powód, aby ukręcić łeb sprawie, ale mi o nim nie powiedziały?
– Skądże znowu, drogi człowieku. Skąd by się miały wziąć u mnie takie znajomości…?
Zachłystuje się. Nabiera powietrza. Wypuszcza. Łapie oddech i kończy:
– Ja obywatelce już nic więcej nie powiem. I poczekajmy na tę milicjantkę i na tamtą drugą przedstawicielkę państwową. Bo wytłumaczę to wam wszystkim dokładnie jak już będziecie razem i w komplecie. I tak, aby w końcu każda z was zrozumiała. Bo obywatelka, gdy spisywała to wszystko, nie była w stanie pojąć tej całej prawdy, którą tylko ja potrafię wytłumaczyć, wydobyć na światło dzienne i objaśnić. A opowiadałem to, co opowiadałem, aby to zapisać, ale to był tylko taki wstęp do tego, co powiem. Bo ja zrobiłem sobie taki pretekst, abym mógł potem ja, osobiście i w bezpośredniej rozmowie wyjaśnić wątpliwości. Bo przecież rozbudziłem wątpliwości w was trzech. Ja, wojownik, „Czarny Koń”. I spełnię swoje powołanie, bo odpowiem na pytania, które ten, tak nieporadnie spisany tekst w was wyzwolił. Bo co taka kobieta jak ty, może sama, drodzy ludzie…?

Do przyjścia Prokurator i Śledczej pozostaje już niecałe półtorej godziny…

Piątek, 24 grudnia, Wigilia
godz. 11:10

Jak widzicie w ten dzień nie wyciągam was nigdzie z domu. Tak samo jak z samego rana, tak i teraz, przed południem, robicie sobie, co tam wam wypada, a ja opowiadam, co się dzieje. Możecie słuchać niczym radia, robiąc ostatnie porządki w mieszkaniu albo układając talerze na stole w pokoju z choinką. Albo siadacie sobie w kuchni i kroicie karpia i próbujecie, płynnej jeszcze w tej chwili, zalewy, a ja siedzę naprzeciwko, z drugiej strony stołu i gawędzę niczym wiekowa starowinka, sąsiadka lub baba ze wsi, co przywiozła szynkę i baleron na święta, a teraz rozgrzewa się gorącą herbatą z miodem i cytryną, popijając ją z trzymanego oburącz porcelanowego kubka. Chusta opada jej z czoła, poprawia ją wolną ręką, drugą trzymając ucho naczynia z tym gorącym, parującym płynem…
Albo siedzimy przy pustym jeszcze, ale już uroczystym stole wigilijnym, w pokoju gościnnym i gadamy sobie przy kawie lub lampce koniaku. Ubrani jesteśmy nie tak domowo, bardziej wizytowo, co dobrze oddaje nastrój tej towarzyskiej kawy. I w tym dalekim od domowej roboty czasie, ja opowiadam, opowiadam, opowiadam… A ty słuchasz i słuchasz, sięgając po każdym jakimś bardziej intrygującym zdaniu po filiżankę z kawą.
W każdym domu słuchacie mnie inaczej. A może nie jesteście w domu, tylko w pracy. Wigilia to przecież normalny dzień roboczy. Normalny? No, może jeszcze z rana. Ale tak już po dziesiątej, a na pewno przed dwunastą i u was pojawia się ktoś z rady zakładowej z jakąś paczką i życzeniem dla pracowników? A może nawet sam kierownik, szef, ktoś z dyrekcji? I nawet jak nie pracujecie w ten dzień o te dwie godziny krócej niż zwykle, tak jak w soboty, to i tak, im „starsza” godzina, tym mniej pracy, a więcej rozmyślań o rodzinie, o życiu, o Wigilii.
Czy ktoś jest samotny? No tak, dla was ta opowieść może być ratunkiem na te trzy puste dni, w których nagle przestajecie być komukolwiek potrzebni. Ale teraz, szczególnie was, muszę przeprosić. Bohaterowie mojej opowieści mają liczne rodziny i bliskich znajomych, z którymi prowadzą ożywione życie towarzyskie. Czy sprawi wam to przykrość, czy wzbudzi wasz smutek, żal…
U Makarewiczów już od dawna rodzinne życie toczy się normalnie. Duża żywa choinka to jak co roku domena i zadanie Majora, chociaż, szczególnie ta przyszywana ciotka Irena, cały czas jest napalona na enerdowskie, nowoczesne drzewko z plastiku. Ponieważ jednak Alicja nie jest jeszcze zdecydowana na zmiany, na razie jest tradycyjnie. Mimo że kolega Majora ze STASI ma ze sobą aż trzy takie iglaki do rozdania. Jednego bierze sobie Pułkownik, co do pozostałych jeszcze nic nie wiadomo.
Alicja i Irena razem przygotowują Wigilię. Mają swoje kresowe, domowe przepisy. Na przykład kutia. Januszek nie lubi maku, zatem tylko parsknął na jego widok. Zbyszek jednak wyjada z makutry słodką masę, a Tosia włącza się w gotowanie. Choć to jeszcze taki mały brzdąc, przygotowuje sałatkę warzywną.
Redaktor Demianiuk również dziś pracuje. Jego porozrzucana po wioskach między Kożuchowem a Szprotawą rodzina pielęgnuje tradycje łemkowskie, u nich święta są więc dwa tygodnie po katolickich. Wtedy to dopiero Redaktor rozpocznie Swiatyj Weczer, zajechawszy uprzednio z honorami ze stolicy województwa do Wichowa lub Broniszowa, czyli tam gdzie mu w tym roku rodzina zaplanuje miejsce przy stole. Demianiuk nie dorobił się jak dotąd „miastowej” żony ani rodziny w Zielonej Górze, toteż tradycyjny, polski wigilijny dzień spędza stawiając od rana aż do zmroku wódkę tym, którzy chcą się napić. Za dnia, z dala od uroczystego stołu, pod naturalnym drzewkiem, gdzieś na ławce w parku.
Po jedenastej jest już w swoim ulubionym, na wpół dzikim parczku u zbiegu Ogrodowej i Jaskółczej. Przy torach towarowych dawnej stacji kolei szprotawskiej. Tu gdzie niespełna rok temu edukował Olka. Jedna ćwiartka, druga ćwiartka i ma już kilka nowych tematów do swoich artykułów. Ma znacznie silniejszą głowę niż ci wszyscy menele tutaj, to i korzysta z tego daru. A dzisiaj, przy Wigilii rozmawia nawet z Trudą, z tą rudą Niemrą z jego Broniszowa…
Sosiński od rana porządkuje grób siostry na cmentarzu na Jędrzychowie. O jedenastej pojawia się tam i Wioletta, nauczycielka z Chynowa, koleżanka Teresy Barczyńskiej jeszcze z czasów Studium Nauczycielskiego. Gadają o życiu. O tym, jak nikt nie zna dnia, ani godziny. Wioletta nie jest już taka narwana, jak wtedy w Broniszowie, gdy naskoczyła w pałacu na młodego Sosińskiego z pretensjami o to, że nieomal zniszczył ten kolejowy wiadukt obok jej domu na Krakusa. Dlatego nie przyznaje się, że prosto z cmentarza wybiera się również, tak pogadać sobie w ten przedwigilijny czas, do Alicji Makarewicz. To z nią jadąc w tamtą „deszczową delegację”, zobaczyła wtedy po raz pierwszy i Sosińskiego, i Demianiuka. Jakież to dawne czasy! A dziś? Może gdyby pociągnęła ten temat, to razem z Trenerem odkryliby te jakieś dziwne i tajemnicze powiązania, które tak nie dają spokoju Psycholog. Te, o których zaczęła coś mówić przesłuchiwanemu przez nią strażnikowi, Chrenowiczowi. Może? Kto to wie?

Jest zatem jedenasta. Większość z was robi coś jeszcze w domu, a część jest jeszcze w pracy, ale powoli szykuje się do wyjścia do domu. Zrozumiecie więc poddenerwowanie kobiet prowadzących sprawę tego strażnika, które muszą jeszcze zrobić dzisiaj podsumowanie materiałów z ostatnich tygodni.
Nie, nie obawiajcie się. Nie zabiorę wam już dzisiaj dużo czasu. I może faktycznie zróbcie sobie małą przerwę. Na kawę lub po prostu usiądźcie na chwilę. Złapcie oddech, odpocznijcie. Poczujcie się niczym na widowni w teatrze, albo w kinie…
Nie będę was zbytnio absorbował. Odpuszczamy opisy scenerii, to jak kobiety są ubrane i cały ruch sceniczny. Wyobraźcie sobie, że kręcicie gałką radioodbiornika i w pewnej chwili zalewa was trójgłos trzech aktorek, na który podświadomie, w napięciu czekaliście. Dobrych aktorek, potrafiących swoim głosem pobudzić waszą wyobraźnię. Rysują przed wami tonem głosu, modulacją, oddechem emocje kobiet, o których wam opowiadają.
Siedzicie sobie wygodnie, nie myślicie o niczym więcej. Słuchacie rozleniwieni… Obowiązki od was gdzieś odpływają, co będzie potem staje się nieważne, dalekie. Z ciekawością słuchacie, co sobie powiedzą Psycholog, Śledcza i Prokurator po przeczytaniu materiałów, które Biegła im przygotowała na podstawie sesji z podejrzanym…

Biegła [sucho; jakby prowadziła wykład; pod koniec głos jej zaczyna drgać]

Nie, Poruczniku. To jest po prostu wbrew metodyce i nie powinno być stosowane. Takie spiętrzenie bodźców na podświadomość, takie drążenie we wspomnieniach, bez żadnego pohamowania, może powodować wtórne i niestety nieodwracalne automodyfikacje w pamięci epizodycznej.

Pacjent nie pozostaje zupełnie obojętny na hipnozę, szczególnie na – jakby to nazwać – zbyt intensywną hipnozę. Ja, prowadząc pacjenta w stanie transu, jeżeli będę zbyt długo lub zbyt często dotykać danego wspomnienia, jestem w stanie, niestety, wpłynąć w trwały sposób na jego zmianę, zainicjowaną nieświadomie przez samego właściciela wspomnienia „na moją modłę”, czyli według tego jak on sobie zaczyna wyobrażać moje – a nie jego lub zupełnie obiektywne – oczekiwania wobec tego wspomnienia. Zarówno wobec ich kontekstu, jak i treści.

Jest wielce prawdopodobne, że po trzech sesjach tygodniowo, po dwóch i pół tygodnia wentylowania tego samego w kółko, podejrzany na samym końcu opowiada mi już tylko takie historie, jakie według niego zespół śledczy chce usłyszeć…

I zamiast prawdy dostajemy świetnie pasującą nam bajeczkę…

Żaden specjalista nie będzie przytaczać uzyskanych w ten sposób informacji, ani wyciągać z nich wniosków. Ja zresztą też nie zamierzam konstruować standardowego raportu, ani pod niczym się podpisywać. Co najwyżej mogę wziąć odpowiedzialność za wyniki moich pierwszych, samodzielnych badań pacjenta…

Oskarżyciel [przerywa bezceremonialnie; słychać szelest przewracanych kartek]

Dość już! Tak patrząc na to wszystko, też mam wątpliwości… A z drugiej strony, leży przed nami bardzo praktyczny materiał. Chyba nawet nie potrzeba nam już żadnej dodatkowej analizy, ani tym bardziej podpisu psychologa.

Biegła [spokojnie; zasadniczo; ale to nie rezygnacja, to gra]

To trochę oburzające. To co zamierza nasza prokuratura…

​Oskarżyciel [bez tej charakterystycznej pewności siebie; z nutą zastanowienia]

Przepraszam za użyte sformułowania, ale z tych bredni i fantazji nikt się nie połapie, o co chodzi? Wykorzystajmy je jednak do wsparcia ostatecznej tezy postępowania.

​Biegła [kwituje to z sarkazmem, a nawet buntowniczo]

No, proszę, rzeczywiście, jakież to może być praktyczne podejście… A oficer śledczy, chociaż nadążyłby za prokuraturą, dałby radę ogarnąć do której wersji śledczej ostatecznie będziemy dopasowywać zeznania tego biedaka?

​Śledcza [zgryźliwie]

Mój pion ma się zupełnie dobrze, proszę biegłej. Za to tobie myli się ofiara ze sprawcą?

​Oskarżyciel [odsuwa krzesło, zatrzaskuje teczkę, wstaje, robi kilka kroków]

Spokój w zespole! Porządkujemy to. Psychologia, co z tego wszystkiego uznajemy za realne z punktu widzenia rzeczywistego stanu rzeczy? Chodzi o wydarzenia, w których wziął udział podejrzany. Jego motywacje. Takie ogólne, obiektywne konteksty. Zostało coś pominięte?

​Biegła [wyraźnie dotknięta; urażonym tonem; szelest zwijanych papierów]

Ja już swoje powiedziałam. Z profesjonalnego punktu widzenia, nie mogę być niczego pewna. Trzeba było poprzestać na jednej hipnozie, zgodnie z początkowym założeniem. Albo ponowić kolejne seanse, ale po upływie jakiegoś czasu, według obowiązujących standardów.

​Śledcza [z naiwną zapalczywością; zadziwiona]

Naprawdę to takie ważne? Gdyby usypiać go tydzień po tygodniu, a nie raz za razem, to opowiadał by co innego?

​Biegła [oschle]

Tak Poruczniku. Jest na to duża szansa.

​Oskarżyciel [bez entuzjazmu; z jakimś głębszym zastanowieniem; tonem podsumowania]

Ale pewni też być nie możecie… Cóż, nasz eksperyment wypadł tak a nie inaczej…

Odcinek 20

Mieczysław Bonisławski

– To fontanna, nie sadzawka. Z takim ozdobnym flamingiem, szkoda tylko, że z betonu. Dlaczego mama z tobą nie rozmawia? I czemu prowadza cię do psychologa – przeskrobałeś coś w szkole?
– A, tam, szkoła… – machnął lekceważąco ręką Januszek, ale Olek nie dał za wygraną:
– Czyli, że masz swoje pomysły, ale nauczyciele zamiast starać się cię zrozumieć, wolą mieć święty spokój? Czyli, że psycholog ma cię zbadać i napisać, że to ty jesteś nie w porządku, a nie oni, tak? Oni chcieliby, aby wszystkie dzieci były równe i myślały jak od sznurka…
– Szkoła, szkoła jest niedobra…
– A mama? Czemu z tobą nie rozmawia, nie walczy o ciebie z tą szkoła, z tą Ber…?
– Mama kiedyś była inna, ale teraz już z nikim w ogóle nie rozmawia. Chyba, że z panią – ciocią Ireną… O, popatrz…

Chłopiec podniósł się z pleców i zaczął układać patyczki – marionetki. Ułożył je w dwóch, równych rzędach, wzdłuż ulicy przebiegającej przez ”wiadukt” nad „torami”. Kilka ułożył, tak jakby z brzegu, większość wbił na stojąco, tak bardziej po środku. Od biedy, można było sobie tak wyobrażać siedzących i stojących ludzi wewnątrz miejskiego autobusu.

– Aua! Jezu, aaa…!
– O, Boże, coś się stało!
– Ludzie, ludzie spokojnie…
– Panie kierowco! Zabiło człowieka.
– Nie!, przytrzasnęło w drzwiach.
– Rękę, rękę mu złamało…
– Panie kierowco, drzwi. Drzwi!
– Otworzyć drzwi. Kierowca! Człowiek ranny, proszę otworzyć natychmiast drzwi!
– Co tam się dzieje?
– Drzwi przytrzasnęły gościowi rękę.
– Już otwieram. I co?
– Żyje, ale ma całą rękę we krwi.
– Zaraz zemdleje, trzeba na pogotowie.
– Trzeba po karetkę! – mały poruszał energicznie większością ze stojących, tych powtykanych w piasek na sztorc, patyczków. „Przekrzykiwały się” nawzajem niemal wszystkie. Niemal…

Dwa „siedzące” patyczki „milczały”. Do czasu:
– Mamo, co się stało?
Nic, cisza.
– Mamo, co jest temu panu, popatrz…?
„Milczący” patyczek wykonał gest przypominający zapalanie papierosa.
– Mamo, czy jemu stało się coś złego? Dlaczego wszyscy tak strasznie krzyczą? Czemu ty nic mi nie mówisz?
– Alicja, w autobusie się nie pali. Spieszno ci na kolegium? – nad „siedzącymi” pochylił się jeden ze „stojących” patyczków.
– Ach, no tak. Zapomniałam się. – „Mama” szybko zgasiła papierosa i spojrzała w górę, na znajomą twarz – To ty, Irena? Dziękuję…
– Zobacz, samo rano, a ja muszę już lecieć do Komitetu. Szlag by trafił takie powitanie dnia, co nie? A do tego – tym przepełnionym autobusem. No, ale ty co? Z małym gdzieś jedziecie…?
– Mamo, mamo! Powiedz mi…
– Nie, nie. Bądźcie cicho, oboje! Bardzo was proszę – patyczek znowu wyjął papierosa, ale nie zapalił go, tylko przez chwilę trzymał go w dłoni, a za którymś z rzędu skrętem autobusu, po prostu, takiego nie zapalonego, zgniótł w palcach.

Autobus faktycznie skręcił raz, drugi i trzeci. Zatrzymał się na przystanku i pojechał dalej, aż w końcu wyjechał na szeroką, ruchliwą ulicę Bohaterów Westerplatte.
Irena cały czas coś gadała nad głową Mamy i jej synka:
– Cholera by wzięła te telefony. Nie masz w domu, kłopot jeden, ani z kim pogadać, jak akurat trzeba, ani zadzwonić do kina, czy teatru, spytać co grają, ani po taksówkę. A jak masz go już w domu – inny kłopot. Siódma rano i ci dzwonią, że w Komitecie jakaś konferencja, czy egzekutywa z Niemcami, Łotyszami albo jeszcze innymi Ukraińcami. Wyobrażasz to sobie? Rozumiesz? Nie wiem doprawdy, na diabła ja starałam się o ten telefon? I na cholerę mi go w końcu zainstalowali… A tak się cieszyłam… I tu masz, obudzili w środku nocy, no i chlust do wanny, ubrałam się raz dwa i na autobus. Po trzydziestu latach, zachciało im się wracać do „tych” spraw. Przecież to już dawno przebrzmiało… Ty wiesz, odgrzewają kwestię wysiedleń: Niemców stąd, a Łemków tutaj… Tak, to nie byli jednak Łotysze, tylko nasi, poczciwi Łemkowie, od nas i z Ukrainy… Ale, ja już wysiadam. Papatki, durne to jak te młode, które to sobie wymyślają…

Gdy autobus dojeżdżał do przystanku za Komitetem Wojewódzkim PZPR, kawałek za placem z Pomnikiem Bohaterów, stanął, a potem ruszył, liczne patyczki-marionetki znowu się ożywiły i „rozgadały”:
– Była już pani w tym nowym domu towarowym?
– W tym tu….? Nie, jeszcze nie.
– Ja byłam.
– Ta pani była…
– A, to pani, dzień dobry. I co warto tam zajrzeć?
– Sklepów dużo i towary takie lepsze, ale drogo, pani, drogo.
– Ja też słyszałem, że to nie dla nas. Może gdzieś w Poznaniu czy innym Wrocławiu, takie „Centrum” będzie miało wzięcie, ale nie u nas…
– Nie, no towary całkiem sobie. I poukładane tak, że wszystko człowiek widzi, co i jak. Nie jak gdzie indziej..
– Przestronnie jest i oświetlone jak trza… Ale to i w takim „Centrumie” musi bez to i swoje kosztować.
– Luksusy…
– Gdzie tam nam do nich…
– A pani sąsiadko? – jakiś głos znowu zaczepił cały czas zamyśloną, nie reagującą na nic wokół, milczącą Matkę – W tym tygodniu mam na pierwszą zmianę, ale po niedzieli wybiorę się w dzień na miasto… Może i pani…?
– Co, proszę? Przepraszam, nie dosłyszałam…
– To przez ten szum, takie głośne te stare autobusy w środku. Czy my jeszcze doczekamy jakichś nowocześniejszych? Synowa – mieszkają z synem we Wrocławiu – opowiadała mi, że u nich, w tym Wrocławiu, znaczy się…
– Tak, tak, to przez ten stary autobus. Ten hałas – podjęła Mama, błądząc jednak myślami zupełnie gdzie indziej.
– Mówię, że w przyszłym tygodniu wybieram się na miasto, to zajrzę do tego nowego „Centrum”. Była już sąsiadka?
Mama coś odburknęła, schylając głowę, co tamta zrozumiała po swojemu:
– Właśnie, ja też jeszcze nie. Może się sąsiadka wybierze ze mną, zawsze razem raźniej.
– A…
– Myśli pani o tej z trzeciej klatki… Nie, nie, ja już z nią nic… Czy wie pani, co ona powiedziała o…
– Tak? – wróciła do rzeczywistości Mama, ale jej nieobecny wzrok chyba podziałał i na tamtą:
– Nieważne. Stare próchno. Niech strzępi ten ozór gdzie indziej i inni niech się użerają z tym jej synalkiem… Ale co, wybierze się pani ze mną?

– Mamo, mamo! Chłopaki mówili w szkole, że tam jest superowy sklep z modelami. Taaakie samochodziki…
– W szkole… – zawahała się Mama-patyczek – A dajże mi już spokój z tą twoją szkołą! Mało mam przez nią kłopotów! – zakończyła w złości.
– Oho… – wycofała się tchórzliwie tamta kobieta, zostawiając synka sam na sam z nieprzejednaną, oziębłą Mamą Nie pomogła mu, chociaż przecież mogła…
– Mamo…! Czarek ze Sławkiem mają taki autobus, „jelcza” z przyczepą osobową. I z otwieranymi drzwiami. Ja takiego nigdy nie widziałem, a oni powiedzieli, że jak nie będę miał takiego samego, to mam do nich już nie przychodzić. Na pewno są takie w tym „Centrum”… Bo nigdzie indziej ich nie ma…

W tle dalej słychać było „rozgadane” ludziki-patyczki:
– I co, wybierasz się…
– Może na święta. Mam wesele w rodzinie. Prezent jaki może dostanę. Tam są takie bardziej eleganckie rzeczy.
– Ja tam pójdę tylko popatrzeć. Nie stać mnie, ale pooglądać lepszy świat przecież można. Chyba nie wyrzucą, nie ma takiego prawa, co?
– Weź pan choćby coś małego, na pamiątkę. Wtedy na pewno wpuszczą.
– To może być tak jak w knajpie, jak setka, to tylko z zakąską. A jak nie, to wywalą na zbity ryj… Nie zakropisz bez zagrychy.
– Słyszałam, że telewizory kolorowe mają.
– A jakże! A talon…
– Tu są bez zapisów. Córka dostała mieszkanie, to kupiłabym jej do tego mieszkania…

Znowu głosy tych dwóch „siedzących” gałązek:
– Słyszysz, mamo! Słyszałaś, tam na pewno będzie taki autobusik z przyczepą!
– Pokłóciłeś się z Czarkiem i Sławkiem?
– Mamo…
– Czasami nie dziwię się tym twoim kolegom. Czy ty nie możesz…? Czemu ty jesteś taki…? – ton beznamiętny, szorstki, pełen goryczy i żalu do całego świata.

Chrenowicz uciszył chłopca. „Dosyć, dosyć, to mi wystarczy. A ta twoja Matka…” – wymamrotał, nie wiedzieć czy do siebie, czy tak, aby Januszek go jednak usłyszał, pół mówiąc, pół głośno myśląc – „Może ona jest po prostu zmęczona? Matka, to matka, automatycznie cię kocha. Nawet się nad tym nie zastanawia. Tym się różni mężczyzna od kobiety. Posłuchaj mnie, ona kocha i ciebie, i twego braciszka, i siostrzyczkę. Ale jej też musi być ciężko. Kiedy ją widziałeś wypoczętą, śmiejącą się z niczego? Kiedy przyszła późno wieczorem od swoich koleżanek? A kiedy ostatni raz przeczytała ci artykuł, który napisała lub książkę, którą jej wydrukowali? Dawno, dawno temu. A może w ogóle tego nawet nie pamiętasz, co? Ona cię kocha, nie opuściła cię, ale pani psycholog pewnie o Mamę nie pytała, prawda? Tak myślałem.” A na cały głos poprosił:

– Co się działo w szkole? Opowiedz o swoich kłopotach w klasie: koledzy, nauczycielka?
Mały zaczął na nowo rozstawiać gałązki-ludziki, ale Olek i tym razem go powstrzymał:
– Dosyć tych teatrzyków. Chodź tu do mnie – usiadł po turecku po środku wyspy piasku, wziął za rękę chłopca i przyciągnął tak, że miał go przed sobą. – Mów, jak jest. Prosto, swoimi słowami.
Gdy Januszek opowiedział już o złośliwościach ze strony Kotlarskiego, o agresywnych atakach Szczepańskiego i Remiszewskiego, o zawstydlzającej go litości Beaty Dunaj, nieporozumieniach z Barczyńską i innymi nauczycielami, o strachu przed profesorem techniki, Linkowskim, aż w końcu przeszedł do kulminacyjnej sytuacji z zabitą bez skrupułów fasolką, znowu zaszkliły mu się oczy.

Ależ to jest mazgaj!”, pomyślał Olek.Co ja tu jeszcze z nim robię? Ten mały, zaszczuty beksa nigdy nie zostanie Wojownikiem! Nie nadaje się do żadnej walki… Tracę z nim tylko czas… Mój czas jest tak cenny, miałem tu spotkać posłanego do mnie Przewodnika, a co znalazłem? To miał być złoty chłopiec, po to naszukałem się tej Sceny Kreatorów, a co znalazłem? Znowu mnie ktoś wystrychnął na dudka! Straciłem wszystko…”

Olek podniósł się. Z niesmakiem wydął usta, odwrócił się tyłem do Januszka. Zrobił krok, drugi… Zatrzymał się. Spojrzał na małego przez ramię.

Co straciłem tak naprawdę? Trochę czasu, ale przecież nie mogę poddać się, przestać wierzyć w siebie. Jeżeli to wszystko nie było prawdą, to czym? Baśnią, ułudą, fantazją? Nie, to niemożliwe… To znowu, jakaś kolejna próba. To ONI próbują mnie zwieść, mieszając mi w głowie prawdę z fikcją. Ja nie żyłem bajką, ja naprawdę mam TO zrobić, do tego zostałem powołany. Gdyby nie wyrzucili mnie ze Straży Ochrony Kolei, dalej pałętałbym się między tymi nieudacznikami, niewolnikami regulaminów, tchórzami bojącymi się łobuzów… Gdyby mnie przyjęli do wojska, wypełniałbym teraz rozkazy jakiegoś półgłówka. Dobrze się stało, tak jak jest! Uratowałem sam siebie przed samym sobą! A ONI! Nie dali mi rady…

Popatrzył dłuższą chwilę na chłopca. Zastanawiał się w milczeniu, stojąc nieruchomo, zupełnie wyprostowany. Taksował siebie i jego. Dostrzegł dysproporcje – z jednej strony potężnie zbudowany, wyćwiczony mężczyzna-Wojownik, a z drugiej – zapłakany, mikry chłopaczek, przed którym dopiero cała jego droga.

A może zabawić się z NIMI? A jakbym z takiego mazgaja zrobił Wojownika, mściciela…? Ależ by się ONI zdziwili. Ależ bym ICH zaskoczył! Chcieli mnie, MNIE – mistrza walk, rozmontować, osłabić tymi ICH fikcjami, rozleniwić słodyczą baśni – to ja sprowadzę teraz do baśniowego życia tego nieszczęśliwego chłopca. Zostanę jego Przewodnikiem po jego krainie fantazji i szczęśliwości. Dokonam cudu i z tego zmarnowanego malca zrobię Wojownika. To on potrzebuje Przewodnika, nie ja! On faktycznie ma bardzo źle, a ja… Mnie się tylko wydawało, że cierpię. To było tą prawdziwą ułudą, której się domyślałem, ale nie mogłem jej właściwie wskazać. ONI chcieli mnie omamić i niemal IM się udało… Ale nie ze mną takie gry… Chodź mały do cudownego świata… Poprowadzę cię. To będzie moja kolejna próba. Może w końcu już ostania?

Uklęknął przy Januszku. Nawet na klęcząco miał głowę wyżej niż stojący chłopiec.

– A czy ty wiesz, co ja jeszcze innego robię w życiu? Prowadzę szkołę sztuk walki. Jestem mistrzem, wiesz. Czy słyszałeś o mistrzu „Czarny Koń”? To ja…
Januszek uśmiechnął się pełną buzią, ale w porywie szczerości, ufnie pokręcił przecząco głową.
– Każdy chłopak, jak wyrośnie na mężczyznę, musi być zdrowy i silny, aby bronić siebie i swojej rodziny przez wrogami, być zdrowym i silnym. Nie trzeba palić papierosów, ani pić alkoholu. Za to trzeba cały czas ćwiczyć ciało i umysł. Czy chcesz być taki?
Chłopak z zapałem, cały uśmiechnięty, pokiwał potakująco głową.
– Dla ćwiczenia ducha trzeba być wrażliwym i myśleć tylko pozytywnie o sobie i o innych. Nie można dokuczać innym jak Szczepański. Nie można być złośliwym jak Kotlarski, ani wywyższać się jak Pasternak. Oni nigdy nie zostaną prawdziwymi mężczyznami. Prawdziwi mężczyźni już wkrótce ich w życiu pokonają. – ciągnął dalej Chrenowicz – A dla sprawnego i żelaznego ciała trzeba ćwiczyć fizycznie. Chodź, pokażę ci kilka chwytów, których cię nauczę…
Zademonstrował jakieś elementy, ćwiczenia. Najpierw sam turlając się po piasku, padając, to znowu podnosząc się. W końcu złapał chłopca i delikatnie przewrócił go. Po chwili pokładali się razem. Mały turlał się w uściskach mężczyzny, to wydając jakieś nieartykułowane wrzaski, to śmiejąc się na cały głos.
Jak on się momentalnie zmienił…? Niech zaatakuje mnie, gdy postawię wysoki blok… Nie poddaje się, szuka, dąży do lepszego, do sukcesu. Troski i porażki nie zamknęły go w sobie, jest gotowy sięgać po zwycięstwa. Jak prawdziwy Wojownik… Spróbujemy z dźwignią na staw biodrowy… On pokona swoje słabości, te wszystkie utrapienia związane ze Szczepańskimi, Kotlarskimi, nauczycielami… To bohaterstwo tak przeciwstawiać się własnym lękom, grozie otoczenia… Ciekawe czy będzie się tak samo rzucał, jak go lekko podduszę? Ostrożnie, to tylko dla zabawy, dla sprawdzenia odruchów kandydata i jego charakteru… Prawdziwy Wojownik…

– Co tu się dzieje?!
Wysoka, szczupła blondynka wgramoliła się tyleż energicznie, co dosyć nieudolnie na wyspę złotego piasku. Nogi w modnych chodakach grzęzły jej w sypkim, nie dającym oparcia podłożu, stopy ślizgały się. Cała jej postawa była jeszcze jak u młodej, gibkiej dziewczyny, ale twarz nosiła już znamiona mijającego czasu. Niewątpliwie niegdyś intrygująco wystające kości policzkowe pod wysokim czołem i lekko skośnymi (do środka), głęboko osadzonymi, szerokimi oczami nie wystawały już tak ostro, rozpłynęły się w fałdach tłuszczu. A wąska, ale pełna żuchwa, z takimi dwoma, głębokimi przed laty bruzdami, idącymi po obu bokach zwężającej się brody, teraz tonęła już tylko wśród rozmnażających się z tygodnia na tydzień fal zmarszczek. Ostrości stały się opływowe, zagłębienia się wypełniły, to co było jędrne, nabrzmiało.
W końcu złapała chłopca za rękę, potrząsnęła nią i wyciągnęła spod mężczyzny.
– Czy ty wiesz, która jest godzina? Już dawno skończyłeś lekcje, czemu nie jesteś w domu?
Rozejrzała się wokół. Cała roztrzęsiona, nie kryła swojego niezadowolenia. Znowu krzyczała:
– Co to w ogóle jest?! Co ty tu wyprawiasz! Ja się martwię w domu, czy znowu ci czegoś nie zrobili… Już, marsz mi na obiad!
Nagle spojrzała jeszcze raz w stronę ciągle klęczącego w piasku Olka.
– A pan co tu robi?! Kim pan w ogóle jest!
I w tym momencie zaczęła coś kojarzyć…
– Zboczeniec… Co ty, do cholery, zrobiłeś mojemu synowi?!
Pociągnęła jeszcze mocniej Januszka, chowając go za sobą a sama, zasłaniając syna stanęła w wojowniczej pozycji tuż przed mężczyzną:
– Ty pedofilu… Ja cię zaraz, na milicję… Zgnijesz w więzieniu! Za to co tu robiłeś z moim chłopcem. Że też tacy muszą się rodzić, że też ziemia takich nosi…!
Chrenowicz podczas tej tyrady zdążył dojść do siebie. W pierwszej chwili zupełnie zdezorientowany, potem już spokojny, powstał z kolan, niemal dostojnie otrzepał się z piasku i tonem nietajonej wyższości replikował:
– Jestem mistrzem szkoły walki. „Czarny Koń”, najlepsza w Zielonej Górze, musiała pani o mnie słyszeć. I ja nie jestem żadnym zboczeńcem, za to pani Januszkowi potrzebny jest ktoś, kto mu w końcu pomoże. Te kłopoty w szkole, z łobuzami z klasy. Te nieporozumienia z panią, jako matką…
Alicja zbaraniała. Wyprostowała się jeszcze bardziej, zesztywniała, potrząsnęła głową i ryknęła:
– Co takiego?! Co ty, pedofilu, możesz mieć do powiedzenia na mój temat! Tobie to już zupełnie padło na tę chorą głowę, zboczeńcu…
– Nie jestem zboczeńcem. Prowadzę szkołę sztuk walki…
– „Czarny Koń” – wydęła wargi kobieta i prychnęła drwiąco. – A może czarna dupa konia, z ciebie taki rycerz, co to po zadzie wsiada na wierzchowca…? Pedał od małych chłopców…
Olka w końcu to trochę ruszyło:
– No tak, na pewno nie jestem matką, która na widok wypadku w autobusie ucieka od przerażonego syna i zamyka się w sobie, zamiast dać mu poczucie bezpieczeństwa. Ani taką, która nie zauważa, że syn potrzebuje zabawki, aby zaimponować rówieśnikom i zdobyć należną mu pozycję w grupie, a ona ruga go tylko i daje do zrozumienia, iż na nic nie zasługuje.
– O czym ty gadasz, padalcu? – zdziwiła się Alicja, przeplatając oznaki zmieszania ze spazmami śmiechu, bo aż tak niedorzeczne wydały jej się wywody tego „mistrza”.
– Czy pamiętasz, jak jechaliście na wizytę do psycholog Ber i drzwi autobusu przytrzasnęły palec temu robotnikowi? A czy pamiętasz, jak potem mały chciał w tym nowym domu towarowym kupić taki autobus z przyczepą, aby wkupić się w łaski Czarka i Sławka?
– Czy pamiętam? Ten przeklęty poranek…
– Tak, czy pamiętasz?
– Pamiętam. Z samego rana, mój stary gdzieś zniknął. Do pracy nigdy tak wcześnie nie chodził, gdzie więc mógł polecieć? Przed lekcjami Januszka mieliśmy jeszcze wizytę u tej Ber… Wsiedliśmy do autobusu…
Co to dzisiaj mąż tak wcześnie… – zagadnęła mnie zaraz przy wejściu sąsiadka z parteru, z tej drugiej klatki, przy wjeździe pod blokiem. Ona mieszka zaraz nad wjazdem… Nie chciało mi się z nią gadać. To strasznie zgryźliwa i złośliwa plotkara, najgorsza w bloku.
Poszedł do pracy.
Nie, no przecież w tym tygodniu, to od rana w kiosku siedzi ta młoda, jego zmienniczka, nie on – drwiąco zaoponowała tamta.
Tak, faktycznie – odganiałam się od niej, jak od natrętnej muchy. – To nie wiem, coś mu pewnie wypadło…
Plociuch znacząco zmrużył oczy. Wysilił się na taki protekcjonalny ton:
Nie wiem, czy sąsiadce mówić, bo może sąsiadka już wie…
Co niby mam wiedzieć?
… a może i nie. Bo to żona dowiaduje się zawsze ostatnia…
Niby o czym?! – zaczynała mnie już złościć.
Mówią, że on chadza do tej Barczyńskiej, nauczycielki Januszka…

Aua, Jezu, aaa….!
O Boże, coś się stało!
…zabiło człowieka…

Wzdrygnęłam się. Przerażona zakryłam ręką Januszkowi oczy i nieco uniosłam się z siedzenia, aby dojrzeć sytuację przy automatycznych drzwiach.

Nie, przytrzasnęło w drzwiach.
Ręka…, rękę…, ręką…
Człowiek ranny, proszę otworzyć drzwi.
Już otwieram. I co?
Żyje, ale ma całą rękę we krwi.
Trzeba by po karetkę.
Zaraz, zaraz, ja mam kurs. Żyje pan, jak się pan czuje? Da pan radę?
Wytrzymam, wytrzymam. Wysadź mnie pan przy pogotowiu. Tam mnie opatrzą. Nic mi nie będzie.
Widziała sąsiadka? W takim tłoku mus nam jeździć, to i wypadki co chwila…
Jakie co chwila, kiedy pani widziała coś podobnego? Poza tym, facet, sam powiedział, że wsiadał na ostatnią chwilę, wepchnął się w zamykające się już drzwi i nie zdążył schować ręki – gasił paplę ktoś z pasażerów.
A pan co, może też kierowca z MPK? – odgryzła się mu kobieta.
Zaraz, zaraz. To niby mój mąż, miałby z wychowawczynią naszego syna…?

Zanim ta baba zdążyła odpowiedzieć, autobus stanął na przystanku przy szkole ekonomicznej. Wysiadło trochę uczniów, sporo ludzi idących na targ, mimo tłoku pasażerowie będący w środku wielką falą przemieścili się do przodu. Dzięki temu stanęła nade mną Irena.
Słyszałaś? Ryndak ma dostać kolejną nagrodę.
I co z tego?
Jak to, przecież kiedyś byłaś lepsza od niego.
Kiedy to było? – rozmarzyłam się trochę, ale szybko stanęło mi przed oczyma zupełnie inne szczęście – Jeszcze przed Januszkiem…

I na co ci to było? A pamiętasz jak go obsobaczył Bereza w tych „Związkach naturalnych”? A Ryndak i tak, ma tego „Piętaka”, teraz dostanie „Lubuską”… Wiesz gdzie ty byś mogła być, gdyby nie…?
Ja moje powieści zatytułowałam „Januszek”, „Zbyszek” oraz „Tosia”… – uśmiechnęłamsię na samą myśl o nich.
Mamo, co jest temu panu, popatrz…

Ranny mężczyzna miał się całkiem dobrze. Zdaje się, że omawiał właśnie mecz żużlowy, zamachnął się tą przetrąconą łapą i zaczepił o kogoś, że aż syknął. On z bólu, a ten, którego potrącił zakrwawionym bandażem, z irytacji.
Sięgnęłam po papierosa.
Mamo, czy jemu…
Ja bym się tak nie poświęciła. O talent trzeba dbać, a nie tak go marnować. I co osiągnęłaś? Co ty masz z tego życia, nic.
Mamo, czemu ty nic do mnie nie mówisz?
Alicjo, w autobusie się nie pali…

Irena wysiadła. Miała jakąś redakcyjną robotę w Komitecie Wojewódzkim. Tegoroczna laureatka nagrody radiowej rzeczywiście nie marnowała talentu i szczęścia, jakie jej dopisywało. Właśnie dopiero co zdobyła to swoje pierwsze trofeum za ów reportaż o „Szczęśliwej miłości”, a czekało ją w przyszłości pewnie jeszcze wiele kolejnych laurów. Zdobywała znaczącą pozycję już na poziomie krajowym, nie tylko na naszym, zielonogórskim podwórku.

„Co osiągnęłam? Postarałam się o syna, który nie radził sobie z kolegami w klasie, a wychowawczyni robiła z niego na siłę niedorozwiniętego emocjonalnie, więc zaczęłam z nim jeździć do poradni psychologicznej. Miałam też męża, o którym sąsiadka mi właśnie doniosła, że wziął sobie za kochankę wychowawczynię mego synka, tę samą, która wysłała mnie i małego do wariatkowa… To mogła by być całkiem niezła powieść sensacyjno-obyczajowa. A może powinnam była zacząć ją pisać…?” – śmiałam się w duchu.

A pani sąsiadko?
Przepraszam, nie dosłyszałam…
Mówię, że w przyszłym tygodniu wybieram się na miasto, to zajrzę do tego nowego „Centrum”…
A…
Myśli pani o tej z trzeciej klatki… Nie, nie… Czy wie pani co ona powiedziała…

„Wiem co ty powiedziałaś, wiedźmo, o moim mężu”. To prawda, gdzieś ostatnio znikał. Prawdopodobnie nawet miało to jakiś związek z tą Barczyńską. Ale ona pochodziła z antysocjalistycznej rodziny, myślę, że ją rozpracowywał operacyjnie. To musiało być zainteresowanie o charakterze służbowym, wiedźmo z drugiej klatki!”
A ta Barczyńska. I co ona znowu zrobiła przeciwko Januszkowi? Ten Szczepański, ten Remiszewski. Klasowe łobuzy, czy to możliwe, aby byli takim zagrożeniem dla jednego z uczniów bez wiedzy nauczycieli? A jeżeli Barczyńska o wszystkim wiedziała, to czy to nie mogło się dziać za jej cichą aprobatą… Ta „jedynka”, to jednak cholerna szkoła…!

Mamo, mamo! Chłopaki mówili w szkole, że tam jest superowy sklep z modelami…
W szkole… A dajże mi już spokój z tą twoją szkołą!

Srakiś autobusik. Czarek ze Sławkiem. Jeden synalek majora milicji. Teraz jak wynikły te kłopoty, ojczulek zaczął się wynosić ponad mojego, że mój to niby „ubek”. A on, oficer milicji, niby że był zawsze w porządku. Lepszy… A matka zaczęła pracę w oddziale jakiegoś przedsiębiorstwa handlowego, „Otex” czy tak jakoś, oni chyba handlują ciuchami za granicę? Damessa się z niej zrobiła, że nie podejdziesz… A rodzice Czarka ukrywali cały czas kontakty z eReFeNem. Czarkowi z tych kontaktów przynajmniej skapywały dobre, zachodnie zabawki, ubrania, sprzęt sportowy. „Tu nie o autobusik poszło, synku. Ale nie zrozumiesz tego na razie nawet, jakby pani doktor Ber nie wiem jak się postarała. Ja też nie potrafiłabym ci tego wytłumaczyć, w taki sposób, aby ci nie sprawić przykrości…”

To może już lepiej tak:

Odcinek 19

Mieczysław Bonisławski

Olek gwałtownie odwrócił się od Januszka. Odskoczył od lgnącego do niego chłopca, uciekł o dwa susy w bok, zatrzymując się nad imitacją torów pomiędzy kupkami piasku.
– Co tu zbudowałeś?
Januszek był zdziwiony zachowaniem Olka. Nie wiedział, jak ma zareagować. Przygniotła go ta sytuacja zmieniająca się od jednej skrajności w drugą. Nie mógł się zdecydować co zrobić? Milczeć czy uciekać?
Olek też czuł się niezręcznie. Spróbował zachęcić chłopca do nic nie znaczącej pogawędki:
– Czy to są te tory w jarze? Te za blokami?
Januszek mimo woli skinął głową.
– Pracowałem tu, na tych torach, tyle że prawdziwych. Miałem służbowy mundur. Nie taki jak ten teraz… Byłem Strażnikiem Ochrony Kolei. SOK. Wiesz, kim są SOKiści?
Chłopiec stał z otwartą buzią. Ciężko było poznać, czy słuchał mężczyzny, czy tylko tak patrzył? Zapewne nic nie rozumiał. Olek tymczasem puszył się już sam przed sobą:
– SOKiści są najważniejsi na całej kolei, ba, w całym transporcie. Wiesz, co się stanie, jak ciężarówką przywiozą towary i materiały, ale ich nie załadują do wagonów, bo złodzieje je rozkradną? Ale SOKiści pilnują. Pilnują i łapią złodziei! I wsadzają ich za kraty! Tak, gdyby nie my, cały transport by padł, bo nic by nie dochodziło do adresata. A wandale, którzy niszczą zwrotnice, linki, lampy, szybki sygnałowe? A łobuzy, co biegają po torach, wdrapują się na wagony? A my pilnujemy. Ilu ja takich łobuzów przegoniłem od towarowego jadącego tam, w górę, – pokazał ręką gdzieś poza wiadukt z gałęzi – ilu złapałem. Manewrowi zawsze się ich bali. Potrafili być ważni tylko wobec kierowców. Zeskakiwali ze stopni wagonu przez przejazdem i machali tymi swoimi chorągiewkami szoferakom przed szybą. Czuli, że mają władzę, bo mogli zatrzymać samochód, rozstawić ludzi po kątach. Ale jak widzieli łobuza, co się wieszał wagonu albo ustawiał jakieś przeszkody na torze, to nawet nosa nie wytknęli. Nie pogonili, nie nakopali do tyłka, nie huknęli po żebrach, gdzież tam! Tchórzem podszyci, a ja sam potrafiłem złapać za kark i potrząsnąć, a jak potrzeba, to i przyłożyć albo położyć na torach do przyjazdu milicji. I ani mi drgnęli! Bo niechby tylko spróbowali! Nikt się taki nie znalazł, co by chciał sprawdzić, ile mogą te ręce…!
Chrenowicz wymachiwał nogami i rękami, wykonał nawet gest, jakby się chciał posłużyć Januszkiem jako manekinem do demonstracji. Ale gdy zobaczył, że przestraszył chłopca, opamiętał się.
– No i to było bardzo często właśnie tutaj, w tym prawdziwym wąwozie na skraju osiedla, zaraz za blokami – szybko dokończył. – Jak ty jesteś z tego, tu, bloku, to pewnie i twoi starsi koledzy, sąsiedzi zaszli mi nie raz za skórę? A ty sam, czy nie chodziłeś czasem też czepiać się wagonów albo rzucać kamieniami w lokomotywkę?
Januszek obruszył się.
– Nie! – rzucił nieprzyjaźnie Olkowi – Nigdy tam nie broiłem!
– No, a tu – mężczyzna wskazał na plastikowy model stara, leżący przed „parowozem” – co tu się stało? Skąd pomysł z taką katastrofą? Ciężarówka spadła z wiaduktu? I to się zdarzyło tu na bocznicy kolei szprotawskiej? Kiedy to widziałeś?
Chłopiec nie odpowiadał. Chwilę trwało milczenie. Pierwszy przerwał je Olek, bo rolą mężczyzny w związku, czy to z dzieckiem, z kobietą, czy z kimś słabszym jest brać się za bary z problemami i je rozwiązywać. Tak to Olek rozumiał, intuicyjnie i w praktyce:
– A ci wszyscy ludzie? To aktorzy, a to – wskazał gestem dłoni na wyspę z piasku – czy to jest scena? Jak teatr albo cyrk?
Januszek żachnął się:
– To nie cyrk! Ani teatr. To ludzie, z życia.
– Z jakiego życia?
– No, stąd. Z życia Zielonej Góry…
– Kim oni są?
– To przewodniczący Mamak. To sekretarz Wytrykus – chłopiec zaczął na nowo rozkładać patyczki wzdłuż imitacji toru. Jeszcze chwilę trwała ta prezentacja, niczym z horroru. – To pani – ciocia Irena, sąsiadka, koleżanka Mamy z radia, a to wujek Giżejewski. To jest sam „Duch”, prawdziwy! A to chłopacy z osiedla, Zenek, Remik, Rafał… I panie z osiedla…
– Skąd oni tu przyszli?
– Różnie. Z życia.
– Zaprosiłeś ich? Ale dlaczego, po co?
Chłopiec zamilkł. Kręcił się, trochę gestykulował. Pokiwał głową, ale nic nie mówił.
– I co tu robili? – drążył Chrenowicz – Opowiedz.

Januszek wziął w ręce obie mieszkanki osiedla i koleżankę Mamy:
– Dzień dobry, a dokąd to tak rano?
– A do sklepu biegnę. Rzucili cielęcinę, muszę dostać dla mojego starego. Na ten jego żołądek, to tylko cielęcina…
Patyczek przeszedł obok „wiaduktu”, przepuścił przejeżdżający „ulicą Łużycką” niebieski autobus i doszedł do wieżowca na brzegu skarpy.
– Do „Moniki” rzucili?
– A gdzieżby indziej, przecież to jedyny sklep na osiedlu.
– Cholera by ich wzięła. Bloków nastawiali, ludzi naściągali, tylko o sklepach zapomnieli. Co to jest, żeby ludzie z tylu ulic, z tak daleka musieli wszyscy tutaj chodzić na zakupy. Co to jest jeden „SAM” na takie dwa osiedla…

Olek wskazał ręką na niebieskiego jelcza.

– Dziwny ten autobus. Dlaczego PKS stanął na przystanku linii „siódemki”? – rozejrzał się i podniósł leżący nieopodal czerwony model autosana. – O, takie są miejskie autobusy. Czerwone.

Chłopiec uruchomił trzy kolejne patyki, a rzecz się działa już na „przystanku”:

– Długo pan czeka?
– A, ze dwadzieścia minut będzie.
– „Siódemka” już jechała?
– A gdzież tam, droga pani! Oni jeżdżą jak chcą…
– Spóźnię się…
– Stadami jeżdżą. Pół godziny nic, a potem dwa, trzy na raz.
– Albo jak długo nie jadą, to ludzi się nazbiera, że taki tłok…
– Czasem nawet nie przystaje, bo taki pełny.
– I skąd to się bierze!
– A na pętli zbierają się kierowcy i w karty grają…
– Uwaga, jedzie!
– Gdzie?
– No, tam, widzi pani?
– Jasne, że widzę, ale to jest niebieski, nie czerwony.
– Z PKS-u wypożyczyli, bo te miejskie ciągle im się psuły, zostawały na zajezdni i nie miało co na miasto wyjechać…

Na przystanek zajechał niebieski jelcz. Nie miał jednak automatycznych drzwi, tylko zwyczajne.

– Panie, ładuj się! Na specjalnie zaproszenie pan czekasz?
– Kiedy drzwi się nie otworzyły.
– O, rany! Przesuń się pan. To autobus z PKS-u, samemu się otwiera drzwi, jak w PKS-ie…

Olek pokiwał ze zrozumieniem głową. Po czym wskazał na nieco większe patyczki, odłożone po drugiej stronie toru.

– A to kto? Czemu oni leżą osobno?

Januszek roześmiał się, ale nic nie odpowiedział, tylko energicznie przeskoczył w tamtą stronę i gałązki-ludziki jakby ożyły:

– Słyszałem, że aktyw kulturalny ostro zabalował ostatniej nocy. Gdzie to było, w „Topazie”? – „powiedział pan sekretarz Wytrykus” skomentował chłopiec, animujący gałązki.
– Tak, w „Topazie” – dopowiedział Januszek jako „artysta pan Giżejewski” , dziwnie zmęczonym i ponurym głosu, przypisanym znanemu aktorowi, urzędnikowi do spraw kultury, a teraz konferansjerowi na Winobraniu. Temu, który wyjechał do Wrocławia.
– Zmieniło się coś od twojego wyjazdu z Zielonej Góry? – „powiedział pan Wytrykus”.
– Wódka podrożała, a dziewczyny, które się pod nią rozbierają, postarzały się… – „powiedział pan Giżejewski”.
– Wszystko takie złe w tej naszej Zielonej Górze? – „powiedział pan Wytrykus”.
– Nie, a ty Kaziu, co to za nowe muzeum wymyśliłeś? – „powiedział pan Giżejewski”.
– To już pomysł obecnych władz, ale z jednym masz rację: pomysł wyszedł jeszcze za mojej kadencji – „powiedział pan przewodniczący Mamak”.
– O czym mówisz? – „powiedział pan Wytrykus”.
– W Ochli otwieracie park etnograficzny… – „powiedział pan Giżejewski”.
– Muzeum regionalne od dłuższego czasu borykało się z niedoborem miejsca. Zasugerowałem w swoim czasie, aby zbiory działu etnograficznego wydzielić z ogólnych zasobów do osobnej jednostki. No i powołano muzeum skansen na wolnym powietrzu w Ochli – „powiedział pan Mamak”.
– Gratulacje, to dosyć nowatorski pomysł na polskim gruncie – „powiedział pan Duch”.
– No tak, tak. Czy musieliście wybrać akurat taki lokal na imprezę dla organizatorów Winobrania? – „powiedział pan Wytrykus”.
– Taki, to znaczy, jaki? Co złego jest w tym „Topazie”? – „powiedział pan Giżejewski”.
– Chodzi ci, Bolek, o to, że to miejsce, gdzie spotykają się żule i cinkciarze…? – „powiedział pan Duch”.
– Do tego zawsze tu jest dużo ludzi z miasta. A chodzi mi i o jedno, i o drugie. Po co mieszkańcy mają oglądać aktyw, bawiący się z gołymi panienkami w takim szemranym towarzystwie? Nie mogliście pójść normalnie do „Orła”? – „powiedział pan Wytrykus”.
– Partia w osobie sekretarza, jak zwykle dba o dobre nastroje społeczeństwa Zielonej Góry… Psujemy ci ideologiczną robotę, co Bolek? – „powiedział pan Duch”.
– Dałbyś spokój takim gadkom. Dobrze wiesz o co mi chodzi – „powiedział pan Wytrykus”.
– Ale wy tu robicie się małomiasteczkowi. Ciemnogród i zacofanie. Pamiętasz mój artykuł o tym, jak kiedyś kolej szprotawska stanie się skansenem? Same skanseny, jeden za drugim z tego Winnego Grodu zrobicie… – „powiedział pan Giżejewski”.
– Hola, hola, a w tym twoim Wrocławiu, to towarzysz Drożdż pozwala wam na takie rozpasanie? Byle gdzie i na oczach ludzi? Chyba, przy najbliższej okazji, sam spytam o to Ludwika… – „powiedział pan Wytrykus”.

Olek odszedł na dwa kroki. Schylił głowę, coś sobie przypominał, błądząc myślami daleko od Januszka i jego scenek. Schował dłonie w kieszeniach munduru. Przez tkaninę można było dostrzec, jak przebiera wewnątrz palcami. Chłopiec spojrzał raz i drugi na towarzysza i jakiś mars przebiegł mu przez czoło. Przerwał dialog miejskich osobistości. Nie takim energicznym skokiem, jak poprzednio, w bardziej wyważony sposób przekroczył swoje tory z powrotem, na tę stronę. Zamyślony ujął w ręce gałązki porozrzucane po tym tutaj, zwyczajnym świecie, a nie w strefie przeznaczonej dla gałązek-sekretarzy i gałązek-przewodniczących.

– Widzi pani ten balkon naprzeciwko?
– Który, gdzie?
– No, tu na wprost. Ozdobiony skrzyżowanymi młotkami górniczymi.

Marionetki z gałązek znowu czekały już na przystanku na miejski autobus.

– A czemuż to tak? Co to my, jakiś Śląsk, czy co?
– Tam, gdzie jest pętla „czwórki” i „szóstki” za Niemca, ba, jeszcze do niedawna, była elektrownia na węgiel, ale ten brunatny. Pracowała na naszym, zielonogórskim węglu. A kopalnie ciągnęły się po lasach, aż pod Słone…
Kobieta – patyczek nie okazała zbytniego zainteresowania tą historią. Paliły ją za to aktualne problemy. Zagadała do kolejnej osoby:
– Te autobusy tak się spóźniają. Czekamy całymi godzinami, ludzi tu dużo, bo idą z deptaka, a oni zagrodzili tymi dechami pół chodnika.
– Ma pani rację. I to miało być na krótko, a ten parkan stoi tu i stoi już ponad pół roku.
– A też pani mówi, dłużej…!
– Ludzie nie mają gdzie czekać na autobus…
– A co oni, za tym parkanem…? Wie kto?
– Fabrykę wódek rozbudowują.

To był przystanek po środku ulicy Jedności Robotniczej.

Januszek przerwał nagle w pół rozmowy. Spojrzał w górę na Olka. Zacisnął usta i z dosyć zaciętym wyrazem twarzy rzucił gałązki w piach. Leniwie wstał z kolan i na wpół zgięty poczynił dwa – trzy niezgrabne kroki, aż stanął przed mężczyzną. Ucapił go za szerokie rękawy bluzy.

– A ty znasz Wytrykusa, Ducha, Mamaka? Ja tu gadam, a ty co? Ty nic… Co to za przyjaciel…?

Chrenowicz nie wiedział, co powiedzieć. Zbierał myśli, ale szło mu to niesporo. Chłopak taranem wchodził w to milczenie:

– Skąd się tu wziąłeś? Czy na pewno chcesz zostać moim przyjacielem? Będziesz mi pomagał?
– Jestem w tym mieście Przechodniem, Przechodniem który tylko przeszedł tym osiedlem i z niego zniknął. Czy ty chcesz PRZECHODNIA za przyjaciela? Czy ty wiesz, co jest najlepsze w drodze? Teren, gdzie przechodzą tory kolejowe. Nie ma asfaltu ulicy, ani trawy, ani pola, ani piachu. Jest tylko pasmo pachnącego tłucznia. A na nim aromatycznie pachnące podkłady i przerdzewiałe sztaby szyn… Lubię położyć się cały i tak leżeć z głową przy szynach, na ostrych kamieniach. Wdycham wtedy ten zapach smołowanego drewna podkładów nagrzanych w słońcu. To mój ulubiony zapach.
Wyobrażam sobie wtedy, że jestem psem, wyrzuconym z pędzącego pociągu. Leżę tak z połamanymi łapami, z przetrąconym kręgosłupem i wiem, że już nie wstanę i nigdzie stąd nie pobiegnę. To koniec. Szczęśliwy koniec.
Rozkoszą napawa mnie ulubiony zapach, rozkoszą napawa mnie wspomnienie mojego pana, które jest moim ostatnim wspomnieniem przed śmiercią. Zanim zapadnie dla mnie niekończący się mrok, odchodzę w ten zapach, który pamiętam od szczenięcia i w to rozmazujące się wspomnienie chwil z człowiekiem, który był dla mnie wszystkim. Odchodzę pełen szczęścia, którego doświadczyłem będąc z nim, z jego rodziną. Umieram szczęśliwy, nie czując bólu połamanych kości i porwanych nerwów, gdyż nie gnębi mnie zmora samotności… Nawet zapamiętałem to, że to on sam wyrzucił mnie z tego pociągu…
Gdy leżę niczym wyrzucony na tory pies, mam wspomnienia, które sprawiają, że nie czuję się samotny, nie mam wrażenia, że moje życie było pozbawione sensu, myślę, że jednak cokolwiek dla kogoś znaczyłem.
A gdy stoję przy drodze lub idę przez te osiedla, sam, bez sensu, bez znaczenia. Przechodzień. Czy chcesz TAKIEGO przyjaciela?
Czy szedłeś kiedykolwiek drogą przez zupełnie ci obcą i wrogą wieś lub ulicę? Miejscowe wyrostki rzucają w ciebie tłuczniem, powyrywanym spomiędzy podkładów kolejowych. Trafiają w plecak, w czapkę – czapka ci spada. W buty, powyżej butów, czujesz ostry ból, zaczynasz kuleć. Z tyłu – śmiech. A jak pada deszcz lub idziesz w powietrzu świeżym, dopiero co po deszczu, łobuzy packają w ciebie kulami błota, wytoczonymi z kałuż na drodze. Trafiają raz, drugi.
Oblepia cię błoto, coraz więcej błota. Wiesz, nie cierpię tego błota. Boję się, że mnie oblepi tak, że mnie nikt nie pozna, nawet sam Bóg. Błoto zasłoni mnie światu, zakryje przed nim, przed ludźmi, nikt mnie nie rozpozna, ja – oślepiony błotem w oczach – nikogo nie znajdę, kto mógłby zakończyć moją samotność i bezcelowość.
Nikt mnie nie odnajdzie, ani ja nikogo nie odnajdę. Nawet samego siebie nie odnajdę pod tym błotem. Czy myślisz, że mnie jednak odnalazłeś? Po to, abym został twoim przyjacielem? czy chcesz MNIE za przyjaciela?
Tak dobrze zapadły ci w głowę te tory. Wydawało mi się, że ja tutaj, na nich pracowałem. Ale nie, nie zostałem człowiekiem stąd, kolejarzem. Tu też tylko przeszedłem się po torowisku, byłem tylko Przechodniem…

– Tędy codziennie chodzi bardzo wielu ludzi – wtrącił zupełnie poważnie Januszek.
– Czy tak, doprawdy? I dokąd oni tak chodzą?
– A do pracy. A potem – z pracy.
– To gdzie oni pracują?
– Tam, za szeroką ulicą, nad którą chodzi się górą, pracują w ciepłowni, w wytwórni lodów, w „Falubazie”, w mleczarni, w KPRB… Ale chodzą też w drugą stronę. Dołem, pod ulicą Łużycką – do weterynarii, milicjanci do komendy, dziennikarze do radia, strażacy, do domu kultury, do spółdzielni…
– Dużo wiesz. Skąd? Po co ci to?
Januszek wstrząsnął ramionami.
– Nie wiem. A ty po co chodzisz torami? Dokąd?
– Szukałem ciebie. Pracowałem na kolei i czasem jeździłem tutaj tymi towarowymi pociągami, aby je chronić przed twoimi kolegami-łobuzami.
– Ja nie mam kolegów…
– Kiedyś wyszedłem z tego wąwozu i cię spotkałem jak łaziłeś samotny pod tymi balkonami. Od razu cię polubiłem. Pomyślałem, że Bóg mi cię zesłał… Potem byłem u swojego starszego kolegi z pracy, w takim punktowcu przy Sucharskiego. Podsłuchałem twoją koleżankę i kolegę, jak o tobie mówili. Dziewczynka to była Beata, a chłopak – Piotr.
– Beata… Beata Dunaj i Piotrek Pasternak…
– Podsłuchałemich i jeszcze bardziej chciałem cię odszukać, ale wtedy poznałem dwóch niedobrych ludzi, którzy kazali mi wyrządzić ci krzywdę. Taki jeden Redaktor z gazety…
– Redaktor z gazety… Pani – ciocia Irena, najlepsza koleżanka mojej mamy też jest redaktorką.
– Nie, to nie o nią chodzi! A drugim był taki profesor od piłki ręcznej… Bardzo źli ludzie. Namawiali mnie do strasznych rzeczy… Ale ja tak nie chciałem. Niedoczekanie ich! Może i ja jestem tylko szarym Przechodniem, takim, którego nikt nie zauważa i nie potrzebuje. Może i ja przechodzę przez życie innych, zupełnie obcy i nic nikomu nie dając. Ale czy to oznacza, że muszę robić rzeczy, które uważam za złe? Czy komuś takiemu jak ja można bezkarnie i na pewniaka kazać robić takie rzeczy? Czy Przechodzień, którego porządni ludzie, wszyscy miejscowi uważają za nic niewartego włóczęgę albo w ogóle go nie zauważają, nie ma prawa do własnych wartości, do swojego zdania? Czy ja, ten nikt, którego mijasz idąc chodnikiem lub korytarzem w pociągu, o którego obijasz się w autobusie, jestem pozbawiony swojego „ja”, dlatego że ty nie widzisz we mnie człowieka? Czy tylko „tutejsi” mają prawo do godności? Ja jestem Przechodniem, tylko Przechodniem. Nie jestem stąd, miejscowym, tutejszym, nie jestem zatem w twoim obrazie świata człowiekiem tylko dlatego, że to ty odarłeś mnie z osobowości, uczuć, woli? Dlatego, że Przechodniowi można kazać zrobić najbardziej podłą rzecz, a on… Przechodzień przyjmie wszystko do wykonania, za kromkę chleba, za szklankę wody, nie pytając o nic. O dobro i zło, o szykany i o tego, kogo ma dopaść… Bo nikogo tu nie zna, z nikim nie czuje się związany, by odczuć jak go dręczy. Nie wyznaje tutejszych norm rozdzielających dobro od zła, a zanim inni go osądzą, pójdzie dalej… Czy naprawdę zaprzyjaźnił byś się z PRZECHODNIEM?
Nie wierzysz w to, że Przechodzień jest taki? Wierzysz w romantyczną wizję włóczęgi, który nikogo nie skrzywdzi, globtrotera, który jest uosobieniem wolności i tolerancji? A wieczna droga – ich kwintesencją?
Dobrze, skoro jesteśmy już przyjaciółmi, to pomóż mi i odpowiedz, jak przyjaciel, przyjacielowi na jedno pytanie. Dlaczego oni wszyscy, zamiast skorzystać z dobrodziejstwa bycia tutejszymi, wchodzą w moje buty? To ja jestem Przechodniem, z całą samotnością i brakiem celu w życiu. Śmietnik społeczny, chaszcze z ostami i perzem, opustoszałe zakamarki, gdzie śpią dzikie psy i koty, to moja domena, mój dom! Dlaczego oni mi się do niego wpychają…?
Nie rozumiesz mnie? Zapuszczony wąwóz kolei szprotawskiej to nie miejsce dla „tutejszych”, realizujących swoje role społeczne. Tu mogą przychodzić, by bezwstydnie wypłakiwać się, wszystkie wyrzutki, samotnicy, dziwadła, odszczepieńcy. Nawet normalny, porządny pijak ma swojego „Asa”, swój „Widok”, czy piwo z dystrybutora w „CePeeNie” przy parku. Ci pod krawatem mają „Topaz” albo „Ratuszową”. W tym wąwozie to ja mogę topić w dowolny sposób swój żal i do woli obrażać Pana Boga. A oni się tu pchają…
Zobacz, władze miasta pobudowały nowe drogi do stref fabrycznych. Uruchomiły nowe linie autobusów miejskich. Do „Novity”, do Zakładów Mięsnych w Przylepie na linii numer „9” jeżdżą nawet wozy przegubowe, jeden czy dwa, sprowadzone specjalnie do Zielonej Góry. Właśnie specjalnie dla tej linii, dla robotników zakładów mięsnych, tej nowej fabryki wykładzin dywanowych, chłodni, elektrociepłowni. W okolice „Polskiej Wełny”, „Zefamu”, browaru puszczono kolejne dwie linie. A ludzie wolą dalej łazić pieszo. Jak łaziki tak łażą, nie skorzystają z dobrodziejstw władzy! Odpowiedz mi, przyjacielu, dlaczego? Czy to jakiś bunt robotniczy przeciwko Partii?
Nie odpowiadasz… Taki z ciebie przyjaciel! Widzisz, tam gdzie ja, Przechodzień, mógłbym usiąść sobie przy torach, w krzakach i spokojnie, przez nikogo nie niepokojony przeżywać swoją traumę, lezą ci dobrzy tatusiowie, mężulkowie żoneczek, bracia i siostry. Leżą, aby mi odebrać spokój, zabrudzić błotem tę ostatnią i zarazem jedyną enklawę, jaką dla siebie w końcu odkryłem… A ty na to nic! Nawet nie kwapisz się do tego, aby mnie, swojego przyjaciela, pocieszyć…
Wiesz co ja myślę? To żaden bunt, nie ma żadnych robotniczych buntów. Aby jakakolwiek zbiorowość ludzi wyszła na ulice, postawiła się władzy, jakiejkolwiek innej zbiorowości, potrzebny byłby wspólny cel i jedno dla wszystkich zagrożenie. Ale ludzie tak nie myślą, stadnie, zbiorowo. Każdy przed oczami ma, tak naprawdę, tylko siebie. Tak zwane oddolne, robotnicze bunty, to akcje sterowane przez służby. Stoją za nimi ci, którzy mają pieniądze, a chcą mieć ich jeszcze więcej, albo ci, którzy mają władzę i chcą jej jeszcze więcej. Więcej władzy lub więcej pieniędzy kosztem innych bogaczy lub władców. Taki sterowany bunt to tylko inspiracja dla przepływu pieniędzy lub władzy. Nie ma autentycznych zbiorowych zrywów, autentyczny może być tylko poryw indywidualny. A i do tego człowiek, robotnik też musi trafić na swojego Inspiratora. Tak dla siebie, w swoich środowiskach, w małych grupach, w których funkcjonują na co dzień lub od święta ludzie różnie takiego zwą. Raz bywa Zbawicielem, innym razem liderem, rewolucjonistą, filozofem-kreatorem…
I wiesz co ja jeszcze myślę? Ty jesteś ich przyjacielem, a nie moim. Takim właśnie Inspiratorem, Zbawcą dla tych wszystkich, którym wydaje się, że wchodząc na mój teren, mogą stać się mną, Przechodniem, tak jak ja… Oni nie chcą pieniędzy, ani władzy. Oni tylko nie chcą bratać się z władzą, nie chcą do niej przynależeć. Nie chcą należeć do tego społeczeństwa, które jest poddańczo uległe i realizuje swoje szare życie. Oni chcą być niezależni i wolni jak Przechodnie… I dlatego chodzą pieszo, urągając w ten sposób dobrobytowi, którym próbuje ich niewolić władza. Dobrze myślę, przyjacielu?
Tylko, że to ja miałem ich obudzić z letargu, wyrwać ze snu poddaństwa! Zostałem do tego wybrany… A ty, przyjacielu, miałeś mi wskazać drogę, dać impuls. Tymczasem zamiast mnie, pobudziłeś ich przeciwko mnie…!
Im się wydaje, że dokonują samodzielnych wyborów, że odtrącając wygodny autobus i idąc pieszo, zachowują wolność jako Przechodnie… Ale każda wolność jednego człowieka, jest jednocześnie ograniczeniem wolności kogoś innego. Każdy wybór, dla jednego jest wyborem lepszego, a jednocześnie pozostawia to gorsze komuś drugiemu. Oni nie zbuntowali się przeciwko władzom, oni zbuntowali się przeciwko mnie! Przeciwko mojemu powołaniu do uratowania ich. A ty, chociaż sprowadzono cię dla mnie i tylko dla mnie, poparłeś tamtych, ich wszystkich a nie mnie!

Januszek wyrwał się z rąk Olka i rzucił się na piasek. Przywarł do niego całym swoim ciałem, rozciągniętym ile się tylko dało na płask. Rozłożył na boki ręce, skulił nogi a wszystkim nim targnęły konwulsje spazmów. Płakał, ryczał przerażony pełnym głosem. Trząsł się, zgarniał bezwiednie piasek pod siebie i rzucał się.
Zaskoczony Chrenowicz zamarł na dłuższą chwilę, by nagle rzucić się ku chłopcu. Porwał go w ręce, uniósł w górę. Obrócił twarzą do swojej twarzy.

– Co ci jest?! Już dobrze, mój przyjacielu…
– Nie chcesz… Ty nie chcesz być moim przyjacielem! – chłopiec spazmatycznie wyrzucał z siebie pojedyncze sylaby. – Ty krzyczysz na mnie! A ja ciebie nie rozumiem! Nie rozumiem, o czym ty w ogóle mówisz…
– Dobrze, już dobrze – mężczyzna odłożył z powrotem małego na piasek, tak jak leżał przedtem, plecami do góry. Pochylił się nad nim, pogłaskał po głowie. Przyklęknął obok. Objął – Niech już i tak będzie.

Rozmyślał chwilę, co miał zrobić dalej? W końcu podjął problem od typowej dla siebie strony:

– Co z tobą? Młody mężczyzna… – Chrenowicz odwrócił małego na plecy, tak by mogli patrzeć na siebie. – Młody mężczyzna – kontynuował – nie może się tak mazgaić. Mężczyzna powstrzymuje swoje emocje. Co z ciebie za chłopak? Musisz być gotowy do walki, mieć wyćwiczone ciało i umysł.
W pełni je kontrolować.
– A będziesz dalej moim przyjacielem? – wyszlochał Januszek.
Olek przyjrzał mu się uważniej. Musiał się głębiej nad tym zastanowić, ale zauważył, jak na to jego zastanawianie się mały zmarszczył czoło, otworzył usta gotowe do nowego wybuchu płaczu i szybko poprawił się:
– Cały czas byłem i nadal jestem.
Chłopiec uśmiechnął się.
– Czy ci, przyjacielu, coś aż tak dojadło w życiu, co to było? Dlaczego tak reagujesz?
– Mama ze mną w ogóle nie rozmawia. Tylko krzyczy i muszę chodzić do takiej pani doktor.
– Doktor, czy to chodzi o lekarza? Czy ty jesteś chory? Jak ona się nazywa, gdzie do niej chodzisz…?
– Nazywa się Ber. Chodzę do niej do takiej innej szkoły, za szpitalem. Tam jest taki duży ptak z betonu. On stoi w kamiennej sadzawce z rurami, z których wytryskuje woda. I idzie się obok niego, i jak ta woda leci, to tak fajowo na mnie pryska…
– Ta Ber, to psycholog. A naprzeciwko szpitala jest szkoła przy której działa taka przychodnia, do której chodzą na badania do psychologa dzieci i dorośli. Mnie tam też wysyłali…
– Też chodziłeś tam? – uradował się chłopiec. – Pryskała cię woda, gdy biegałeś po sadzawce…?