Wsiąść do pociągu byle jakiego Nie dbać o bagaż Nie dbać o bilet Ściskając w ręku kamyk zielony Patrzeć jak wszystko zostaje w tyle…
[Irgendeinen Zug nehmen, sich nicht ums Gepäck kümmern und nicht um eine Fahrkarte In der Hand ein grünes Steinchen haltend, schauen wie alles zurückbleibt]
Als ich noch in Warschau Ende der siebziger Jahre dieses Lied von Maryla Rodowicz hörte, war mir eher der erste Satz des Reifrains wichtig, mit den Jahren gewinnt eher der letzte an Bedeutung. Gerade habe ich erfahren, dass die Verfasserin des Liedtexts, Magdalena Czaplińska einen Prozess gegen die Polnische Bahn (PKP) gewonnen hat. Die Bahn hat auf Plakaten mit dem Text geworben, ohne sich um die Rechte daran zu kümmern.
Zanim oddam głos Eli, pozwolę sobie, moi kochani Czytelnicy złożyć Wam życzenia wszelkiej pomyślności. Niech ten rok przyniesie zwycięski pokój nam wszystkim, również tym, którzy go najbardziej potrzebują, czyli mieszkańcom umęczonej wojną Ukrainy.
Ela Kargol
Jeżeli jarmark świąteczny, to po świętach i nieplanowany, wtedy choinki większe i paradniejsze, jaśniej świecą, bombki bardziej kolorowe, stragany przyjazne, ceny choć te same co przed, to już nie dziwią, kolędy z głośników lepiej brzmią, grzane wino bardziej aromatyczne, piramida świąteczna zachwyca. Jakby tak można święta obchodzić po świętach, nieplanowane. Dokładnie i tak nikt nie wie, kiedy urodził się Jezus. Bo gdzie to wiadomo, pod Tatrami, gdziekolwiek by te Tatry były. Za dużo wymagam od życia, kalendarza gregoriańskiego i od świąt.
Im Gewissen jedes Einzelnen wiederspiegelt sich die Staatsform in der er lebt.
Der Antiliberalismus geht um in der Welt. Nicht nur in China, mit dem neu gewählten ‚Sohn des Himmels‘, oder in der verunglückten Demokratie russischer Oligarchen, sondern auch in der antiliberal unterfütterten jungen Demokratie Polens.
Ihre Funktionseliten leiden unter der vom Europa oktroyierten „formalistischen Verfahrensdemokratie“, in der sie nun leben müssen, die elitär, ungerecht und irgendwie nicht polnischer Wesensart entspricht.
Don Quixote nasz sławny bohater Śmiały i ambitny bo w siebie wierzył Mocno swoje marzenia głosił Aż po pełnym niezwykłych przygód dniu
Poprzez miasteczka i pola świeże Wraz z Sancho Panzą wyruszył w drogę Żeby zdobyć w krainie smoków chwałę I w obronie dam wzorowo służyć
Nieustraszony jak Mały Rycerz On pragnął bronić słabszych i biednych By nigdy nie zabrakło sprawiedliwości Nawet w najdalszych krańcach lądów
Być może nie trzeba tego już pisać, bo wszyscy wiedzą, ale dla porządku zaznaczę, że wiersz ten napisała Sztuczna Inteligencja, a temat podsunął jej Konrad. Również ilustrację pod spodem wykonała owa ważna a tajemnicza pani.
Zawsze myślałam, że da się napisać o Prouście i Don Kichocie w jednym wpisie i teraz wreszcie Konrad, Arek i Sztuczna Inteligencja mi to wspólnymi siłami umożliwili. Arek dostarczył mi kilku artykułów z prasy niemieckiej na temat Don Kichota. Pretekstem do ich publikacji był (jak sądzę) dobiegający końca rok proustowski, ogłoszony z okazji 100 rocznicy śmierci wielkiego pisarza. My tu na blogu też uczciliśmy tę rocznicę, reblogując wpis demaskujący słynną proustowską magdalenkę. To podobno wcale nie była ona, tylko najzwyklejszy sucharek. Przypomnijmy to sobie, proszę bardzo, ale doprawdy nie musimy w to wierzyć. Naukowcy wciąż produkują jakieś takie niestrawne suchary. Podobno są za to zdrowe.
Paul Jandl napisał 11 listopada 2022 roku o tym, jakie konsekwencje miał fakt, że kiedyś Matka odmówiła małemu Marcelowi pocałunku na dobranoc (Neue Zürcher Zeitung 28.11.22), strona 9. Na następnej stronie Edi Zolinger pisze o wpływie obrazu Anne-Louis Girodetta Le Sommeil d’Endymion (1791, olej na płótnie, Luwr) na pewne fragmenty prozy Prousta. Tymczasem we Frankfurter Allgemeine Zeitung z 12 listopada 2022 roku Paul Ingendaay pisze o tym, jakim dowcipnym pisarzem był Proust, ba, kusi się nawet o tezę, że jest on on najdowcipniejszym autorem światowej Moderny. Dwa z tych trzech artykułów są zilustrowane zresztą tym samym portretem uśmiechniętego Prousta, na dodatek z fryzurą na jeża. Portret jest całkowicie nieznany, a w każdym razie – mało znany, zapewne osoby dobierające ilustracje w obu gazetach szlag trafił, gdy zobaczyły, jakiego miały pecha, że zamiast zwykłego portretu Prousta, wybrały portret całkowicie nietypowy.
Paul Ingendaay pisze, że dowcip Prousta przejawia się w tym, jak opisuje różne postaci, np. służącą Franciszkę czy księżnę Parmy, w podchwyceniu ich zabawnych cech charakteru i sposobu mówienia, ale, dodaje, “Proust nigdy nie naśmiewa się ze swoich postaci. Patrzy na świat z ciepłym uśmiechem i ten uśmiech ociepla też wizerunki prezentowanych osób. Być może jest on w literaturze XX wieku jedynym pisarzem, który swym uśmiechem zbliża się do dobrego wejrzenia, tak charakterystycznego dla Don Kichota – jest tym, który rozumie, a nie tym, który by wyśmiewał.”
I tak właśnie objawili mi się obaj moi ulubieńcy w Berlinie. Uśmiechnięci i przyjaźni ludziom.
Nasza nowa autorka, Sztuczna Inteligencja, połączyła ich w jedno (obrazek na dole po lewej), ale nie uznała, iż byłyby to istoty, które się uśmiechają. Obaj, razem i osobno, są, tak jak to wiemy z tradycji, Smętni:
***
Wczoraj popołudniu pomyślałam, że skończyłam układać ten wpis na dziś i poszłam na prezentację teczki pięciu grafik, wykonanych współcześnie przez berlińskich artystów i nieberlińską artystkę. Grafiki wykonali Mawil, Jakob Hinrichs, Henning Wagenbreth i Jim Avignon oraz Barbara Yelin z Monachium. Ich prace są nową interpretacją indywidualnie wybranych litografii słynnego berlińskiego rysownika sprzed ponad stu lat – Heinricha Zille (1858 – 1929). Grafikom towarzyszy publikacja z tekstem Matthiasa Flügge. I to właśnie on podczas spotkania powiedział o Heinrichu Zille to samo co cytowany uprzednio Ingendaay o Prouście i Don Kichocie, że on też patrzył na ludzi, widział ich los, ciężką dolę, ale też ich szczęście, widział ich przyjemności i rozpacze, zalety, wady i śmiesznostki, wszystko odnotowywał, ale nigdy ich nie wyśmiewał.
Die Heinrich-Zille-Mappe. Foto: Jana Vollmer/tipBerlin Fünf Siebdrucke im Format: 30 x 40 cm, limitierte Auflage: 199 Stück, signiert und nummeriert, Preis: 199 €. Erhältlich im tipBerlin-Shop: www.tip-berlin.de/zille
Uwaga dla tych, którzy szukają oryginalnego prezentu pod choinkę – teczka zawiera 5 sitodruków, sygnowanych przez artystów; limitowany nakład 199 egzemplarzy, każdy za 199 euro – i porada ode mnie: można taką teczkę rozdzielić na pięć prezentów.
Berlińska autorka Annett Gröschner zaproponowała kiedyś opisywanie każdego dnia jednym zdaniem. Annett sugerowała stosowanie surowych zasad – to znaczy, że rzeczywiście trzeba zapisywać jedno zdanie każdego dnia, ma ono dotyczyć stosunków ze światem zewnętrznym, ma być opatrzone datą, godziną i miejscem. Niestety, mimo iż propozycja bardzo mi się spodobała, nie potrafiłam się do niej zastosować konsekwentnie i rygorystycznie. Najczęściej nie wiem więc, kiedy miało miejsce zdarzenie, które opiszę tu Wam jednym zdaniem, może było to niedawno, może kilka dni temu, może ostatnio, może kiedyś. Problemem jest też owo jedno zdanie. Może się mylę, ale wydaje mi się, że w niemieckim zbudowanie jednego zdania jest jednak prostsze niż po polsku. Ale może to nieważne. Chyba chodzi o to, żeby pisać krótko i zwięźle.
Z takich “jednych zdań” składa się pierwszy rozdział Lat, najsłynniejszej książki tegorocznej noblistki, Annie Ernaux. Nie jestem tym zachwycona (podobnie jak samą książką i jej autorką), ale gdy Annett uczyła mnie, jak zapisywać świat jednym zdaniem, nie widziałam tej książki, ba, nawet o niej nie wiedziałam.
***
Wpis został zilustrowany przez Konrada we współpracy ze Sztuczną Inteligencją Dall-E.
***
Marzec. Jadę do domu metrem numer 6. Obok mnie siedzi szczupły chłopiec, na oko dwunastolatek, na przeciwko jego znacznie większy i grubszy kolega. “Wiem wszystko”, mówi ten mniejszy, “możesz mnie zapytać o cokolwiek, odpowiem ci na każde pytanie”. Większy mówi niewyraźnie, nie wiem więc, o co pyta. Mały rzeczywiście odpowiada na wszystkie pytania. Robi to miło, bez cienia arogancji czy zarozumiałości. Po prostu wie wszystko. Mianowałabym rodziców tego chłopca ministrą i ministrem wychowania publicznego – wychowali miłego, inteligentnego, otwartego chłopaka, który czuje, że wie wszystko i jest w stanie to wyrazić, pozostając sympatycznym, otwartym, uśmiechniętym młodym człowiekiem.
***
Kwiecień. Notatki w telefonie: Zaufania nie można chcieć ani wymusić, ale można się go nauczyć; wytrenować; przyzwyczaić się, że warto mieć zaufanie, warto je kultywować; zaufanie jest ryzykiem; źle ulokowane może nas kosztować bardzo dużo, ale zaufanie może być również użytecznym, ułatwiającym życie sposobem funkcjonowania wśród ludzi.
***
Sierpień. Jadę metrem. Siedzę sama. Na dwóch ławkach po przeciwnej stronie, naprzeciwko siebie siedzi dwóch mężczyzn. Obaj są bardzo szczupli i mają pociągłe twarze, ale tylko to ich łączy, bo są swoim całkowitym przeciwieństwem. Jeden jest stary, biały, blady, ma siwe włosy i jest ubrany na biało. Drugi jest młody, czarny, ma czarne dredy i czarne ubranie. Wyglądają jak negatyw i pozytyw tej samej postaci, odbitej nie tylko na osi lewo – prawo, ale też na osi czasu. Do wagonu wsiada bardzo hałaśliwy, niestetyczny i niedomyty bezdomny. Coś głośno wykrzykuje. Obaj identyczni mężczyźni, biały i czarny, obracają się w jego stronę i patrzą na niego z identyczną zdumioną miną.
***
Wrzesień. Stacja kolejki S-Bahn Tempelhof. Na ławce siedzi odziany w jasnozielone ubranko niewysoki, tęgi facet z potarganą siwawą brodą i takimiż włosami; wygląda jak duży krasnolud i czyta powieść pt. Rückkehr der Zwerge (Powrót krasnoludów).
***
Październik. Jadę autobusem do Szczecina. Na dworcu autobusowym widzę rodzinę, chyba romską, tata, mama i pięcioro dzieci. Przed nimi siedem kolorowych walizek w kolorach tęczy, każda coraz mniejsza.
*** Kiedyś, w międzyczasie, czyjaś uwaga na Facebooku: Rośliny nas hodują, a jak umieramy, żywią się nami.
***
W dzień częściowego zaćmienia słońca (24.10.2022 o godzinie 11) poszłyśmy z koleżanką do lasu na grzyby. Zaćmienia słońca, jako żywo, nie widziałyśmy, grzybów też niewiele, ale za to było takie coś, co na pewno jest w stanie żywić się nami:
Tu kończy się możliwość opisania tego czegoś jednym zdaniem. Nie wiemy, co to jest. Wygląda jak orchidea. Tak mi się wydaje. Następnego dnia koleżanka przysyła wyjaśnienie z Wikipedii.
Zdaniem niemieckiej Wikipedii jest to grzyb i jest jadalny. Nazywa się Tintenfischpilz – grzyb-kałamarnica i został przywleczony do Europy na początku XX wieku z Australii lub Nowej Zelandii. Dlatego też po polsku nazywa się okratek australijski. Najpierw wyrasta jako tzw. jajo, które jest białawe i ma wysokość ok. 5 centymetrów, a średnicę około 3 centymetrów. Gdy jajo dojrzeje, pęka i wysuwa się z niego receptakl (tak! taki wyraz), który może nawet osiągnąć wysokość 15 centymetrów. Również ten (s)twór musi dojrzeć i wtedy pęka na 4-6 czerwonych ramion. Przypomina wtedy czerwoną ośmiornicę, stąd też jego niemiecka nazwa. W tej postaci grzyb brzydko pachnie, co nie dziwi specjalnie, bo w końcu jest krewniakiem sromotnika smrodliwego. W Niemczech owocniki okratka nazywa się potocznie “jajami czarownicy” (Hexeneier).
Diabelska sprawa to zaćmienie słońca. Nawet jeśli go nie widziałyśmy.
Steinstücken to jedna z dziesięciu eksklaw Berlina Zachodniego, jedyna zamieszkała, oddalona od Berlina Zachodniego o ponad kilometr.
Powstała, gdy chłopi ze wsi Stolpe nabyli w 1787 roku kawałek ziemi poza właściwymi granicami gminy, na którym w XIX wieku powstała kolonia.
Pruskie prawo przyporządkowywało grunty poza miejscem zamieszkania do gminy, w której właściciel mieszkał na stałe, w tym wypadku była to wieś Stolpe, która w 1898 r. stała się gminą Wannsee, ta z kolei w 1920 roku została włączona do Wielkiego Berlina.
Steinstücken było więc terytorium należącym do Berlina, jednak znajdowało się poza jego obszarem.
Po II wojnie światowej Steinstücken, jako część dzielnicy Zehlendorf, weszło w skład sektora amerykańskiego, otaczający je Babelsberg stał się częścią radzieckiej strefy okupacyjnej. Granicę początkowo można było przekraczać bez dużych problemów. 18 października 1951 roku Steinstücken zostało tymczasowo zajęte przez NRD-owską Volkspolizei. Na skutek interwencji USA, NRD po czterech dniach cofnęła aneksję. Od tego czasu Steinstücken zostało odgrodzone linią posterunków, a mieszkańcy nie mogli już swobodnie przedostawać się do okolicznych dzielnic, do Babelsbergu i Poczdamu. Jedyne nadal funkcjonujące połączenie z Berlinem Zachodnim prowadziło teraz przez leśną drogę i dwa przejścia graniczne w Kohlhasenbrück.
Od czasu wybudowania muru berlińskiego w 1961roku, Steinstücken ogrodzono osobnym murem. Zwłaszcza po ucieczce na zachód ponad 20 enerdowskich pograniczników granica w tym miejscu zaczęła być szczególnie mocno chroniona.
Od postawienia muru w 1961 roku w Steinstücken stacjonowało trzech żołnierzy amerykańskich. Helikoptery zapewniały połączenie z Berlinem Zachodnim.
Dziś niewielki pomnik upamiętniający most powietrzny wykonany z dwóch łopat wirnika przypomina o skomplikowanej historii eksklawy. Lądowisko, gdzie stoi helikopter, na który można się wspiąć i fikać koziołki, jest placem zabaw, na mapie zaznaczonym jako Helikopter-Spielplatz.
Drogę prowadzącą na lądowisko nazwano Am Landeplatz.
Lądowisko wykorzystywane było do roku 1976.
Po umowie o wymianie terytorialnej z 1971 roku eksklawa została połączona z obszarem Berlina prawie kilometrowym korytarzem. 30 sierpnia 1972 r. otwarto drogę, Bernhard-Beyer-Straße, która zapewniała publiczny dostęp i połączenie z siecią transportu lokalnego Berlina Zachodniego. Do dziś nie zmienił się numer autobusu, który tu przyjeżdża.
Jeszcze przed upadkiem muru nasz sąsiad zabrał nas na wycieczkę do Steinstücken. Niewiele z tej wycieczki pamiętam, jedynie przejazd przez las, płot z obydwu stron i tory kolejowe, które przecinały Steinstücken. Most nad torami kolejowymi i niebo nad nim stały się częścią Berlina Zachodniego, natomiast przestrzeń powietrzna pod mostem wraz z ziemią pod nim pozostała przy NRD. I tak jest do dzisiaj, most należy do Berlina, a to co pod mostem do Brandenburgii. Choć dzisiaj nie ma to już żadnego znaczenia.
W tym roku przyjechałam tu rowerem z Griebnitzsee, kierując się drogą muru, wyznaczoną nie zawsze po śladach rzeczywistej granicy. Rzeczywista granica muru w tym miejscu tworzy zygzaki, zakręty i już nikt nie pamięta jak przebiegała.
Mur przedni, mur tylni, pas śmierci, to wszystko już jest historią, wcale niedaleką.
Griebnitzsee, jezioro na granicy Berlina i Poczdamu. Statek wycieczkowy przepełniony, jakby miałby to być ostatni ciepły dzień tej jesieni, kajaki, deski i inne łódki na jeziorze. Podczas podziału Berlina granica między NRD a Berlinem Zachodnim, a więc praktycznie część muru berlińskiego, leżała na środku jeziora. Stela z nazwiskami upamiętnia trzy osoby, Willego Marzahna, Petera Böhme i Jörgena Schmidtchen (pierwszy strażnik graniczny, który zginął przy ochronie muru). Warto wspomnieć o czwartej ofierze, o Günterze Wiedenhöft, który utonął w grudniu 1962 roku w jeziorze podczas próby ucieczki.
W „Chronik der Mauer” czytamy:
Mieszkańcy zachodniej części Berlina – Steinstücken i Kohlhasenbrück – zostali zaskoczeni hałasem strzałów z broni palnej we wczesnych godzinach porannych, jeden pocisk wbił się w otwarte skrzydło okna sąsiedniego budynku mieszkalnego. “Ratunku, zaraz mnie zabijecie” – usłyszał świadek krzyk z pasa śmierci pomiędzy seriami oddawanych strzałów. Krzyż pamiątkowy z napisem “Willi Marzahn – zastrzelony 19 marca 1966 roku podczas ucieczki” upamiętnił później zabitego uciekiniera w berlińskiej dzielnicy Zehlendorf. – W oświadczeniu batalionu strzeleckiego z 13 kwietnia 1966 roku czytamy: “Marzahn otrzymał sprawiedliwą karę, zapłacił za swoją zbrodnię życiem.”
Nad samym jeziorem autentyczna część muru przedniego pomalowana od strony wody szarą farbą, od strony lądu naturalnie szara jak beton. Lekko pochylona w stronę jeziora. W murze wetknięte szare jak beton róże jakby na przeprosiny za to, co było, za te 28 lat, za setki niepotrzebnych śmierci.
Kawałek dalej japońskie wiśnie, które stały się też symbolem muru, ale tego, który 9 listopada 1989 przestał istnieć.