Usnarz jest wszędzie (2)

Zdjęcie z sieci

ein Hintergrundtext auf Deutsch

Medycy na granicy (Województwo Podlaskie)

Po północy nasz zespół otrzymał od organizacji pomocowej zgłoszenie o dużej grupie osób potrzebujących pomocy. Poszkodowani przebywali w lasach od wielu dni. Na miejsce udali się Andrzej Dziędziel (kierowca-ratownik), Weronika Bujko-Kiersnowska (lekarka) i Piotr Kołodziejczyk (ratownik medyczny). Zgłoszenie dotyczyło grupy ponad 30 osób przebywających poza strefą stanu wyjątkowego. Na miejsce pojechała też Anna Borkowska (lekarka), która miała zacząć swój dyżur o 8:00, ale przebywała już w naszej bazie. Okazało się, że niemożliwe jest dotarcie do poszkodowanych żadnym pojazdem – musieliśmy zaparkować na końcu drogi i przedrzeć się do grupy nocą przez gęsty las razem z naszym sprzętem oraz pakietami pomocowymi. Nieśliśmy ze sobą około 35 litrów wody oraz kilka termosów z gorącą herbatą. Marsz po grząskim terenie, przez gęsto usiane przewalone drzewa trwał około 40 minut.Na miejscu zastaliśmy grupę 8 mężczyzn, 6 kobiet i 16 dzieci. Najmłodsze z nich miało około roku, było karmione piersią. Cała grupa była wychłodzona, bardzo głodna i spragniona. Przekazaliśmy żywność, wodę i koce. Jedna z kobiet była w drugim trymestrze ciąży. Jej stan bardzo nas niepokoił – dolegliwości, które zgłaszała, mogły świadczyć o poważnych powikłaniach położniczych. Po nakarmieniu, ogrzaniu i nawodnieniu jej stan się poprawił. Oceniliśmy też medycznie kilkoro dzieci oraz mężczyznę w podeszłym wieku, po amputacji części nogi, który wędrował przez las od wielu dni. Obejrzeliśmy kikut nogi, zaopatrzyliśmy go i przekazaliśmy odpowiednie leki przeciwbólowe. Skonsultowaliśmy medycznie i podaliśmy odpowiednie leki kilku innym osobom, które cierpiały z powodu urazów, a także dolegliwości internistycznych i ginekologicznych. Na miejscu pomagała nam jedna z członkiń grupy, która w swoim kraju pochodzenia pracowała jako pielęgniarka anestezjologiczna. Zostawiliśmy poszkodowanym bardzo duże ilości leków na ich choroby, a także żywność i wodę. Do grupy dotarli również członkowie organizacji pomocowych, którzy wraz z nami świadczyli pomoc humanitarną. Wszyscy nasi pacjenci kategorycznie odmówili przewiezienia do szpitala. Obawiali się bycia oddzielonymi od rodzin. Grupa była nam ogromnie wdzięczna za udzieloną pomoc. Na pożegnanie zostaliśmy wyściskani. Wróciliśmy do bazy po 6 rano – cała akcja trwała około sześciu godzin. To była najcięższa z naszych dotychczasowych interwencji. Nigdy, w całym swoim życiu zawodowym, nie widzieliśmy czegoś takiego.

Mirosław Miniszewski

Nie mogę pisać wszystkiego, wybaczcie. Obiecuje, że opiszę to wszystko w książce, którą MUSZĘ napisać. Nie mogę tego nie zrobić. Słowo to mój żywioł. Moje życie. Teraz tylko krótka relacja.

Wezwanie pomocy. Wyjazd o 22:00. Powrót 6:00 rano. Potem niosę w sumie 80 kg jedzenia i sprzętu ratującego życie – nie licząc wody, ciepłej zupy i ciepłych ubrań. Wszystko zaniesione na plecach przez koleżankę i przeze mnie.

W drodze powrotnej co 100 metrów żołnierze. Palą ogniska. Pada deszcz. Trzęsą się z zimna. Nie mam już dla nich współczucia. Mają długą broń. Ktoś, kto nosi długą broń, musi sobie sam radzić z deszczem i wiatrem.

W czasie powrotu nagła kontrola SG. Ponad dwie godziny ewidentnie złośliwego trzepania. Co tu robimy? Po co jedziemy w nocy? Po co ma pan kalosze na nogach? Dlaczego ma pan brudne spodnie? Mandat dla koleżanki 500 zł za przebywanie w strefie. To nic, że mieszka kilkaset metrów od jej granicy i żeby dojechać do cywilizacji, musiałaby lasem nadrabiać wiele kilometrów po bezdrożach. “Może pani go nie przyjąć, ale wtedy jedziemy na dołek i składamy wniosek do sądu. Potrwa to około doby.” Koleżanka przyjmuje mandat. Ma w domu dwoje dzieci – nie ma doby na bycie poza domem. Funkcjonariuszka jest nienaturalnie i jadowicie miła. W oczach ma połączenie satysfakcji, wstydu, strachu i czegoś jeszcze, coś takiego jakby u robota albo nie-umarłego.

Pod koniec okazuje się, że jeszcze sprawdzają numer VIN auta. Patrzą, oglądają, ch… wie co i po co. Długo patrzą. Nie spieszą się. W tym czasie w ich radiowozie chodzi silnik. Przez 2 godziny! Paliwo po 6 złotych – za nasze podatki. Przeszukują torby i samochód. Wystawianie samego mandatu trwa ponad godzinę. W końcu nas puszczają. Funkcjonariuszka mówi: “Do zobaczenia w lepszych okolicznościach”. Odpowiadam, że już nigdy nie będzie lepszych okoliczności. Ona pyta dlaczego. Odpowiadam, żeby sama sobie odpowiedziała na to pytanie. Na sam koniec chcę ją zapytać, gdzie są dzieci z Michałowa.

Rezygnuję. Jest noc. Ciemny las. Wolę nie zaogniać sytuacji. Funkcjonariuszka z kolegą szybko wsiadają do auta. Eskortują nas kilkanaście kilometrów prawie pod sam dom koleżanki. Zapalają długie światła, które przez lusterka mnie oślepiają. Robią to specjalnie. Wbrew przepisom drogowym. Siedzą nam na tyłku. Po drodze koleżanka pyta mnie co czuję. Ja mówię, że nienawiść i lęk. Ona mówi, że obrzydzenie – obrzydzenie do tego świata, do całej rzeczywistości, że za dostarczenie komuś jedzenia, suchych skarpet, kurtek i wody człowiek musi się bać, musi się tłumaczyć i musi płacić mandat, który stanowi czwartą część statystycznych miesięcznych dochodów Polaka.

Odwożę koleżankę do domu, do jej wsi. Przesiadam się do swojego auta. Nadrabiam 20 kilometrów polnymi drogami, żeby uniknąć checkpointów policyjnych. Nie chodzi o to, że się boję. Mam prawo jechać, mieszkam w strefie. Nie mam nic nielegalnego w samochodzie. Nigdy nie mam. Po prostu funkcjonariusze policji są bardzo mili i zwłaszcza ci koło mojej wsi zawsze chcą pogadać, a mi się chce już rzygać na widok kogutów na radiowozie, tych ich mieczy laserowych, którymi machają, żeby zatrzymać samochód, na widok ich uśmiechniętych twarzy, jak gdyby nic się nie stało. Tymczasem się stało. Stało się zło. Otacza mnie. Trawi. Dławi. Oni je reprezentują, nawet jeśli są prywatnie zwykłymi i fajnymi ludźmi. Niestety, każdy ponosi odpowiedzialność za to, w czym w życiu uczestniczy.

W domu przeglądam jeszcze wiadomości na messengerze. W jednej z nich, od kolejnego znajomego, czytam, że jestem kłamcą, oszustem, manipulatorem i wrogiem własnego kraju. Kładę się do łóżka – jest 6:56. Biorę tabletkę Xanaxu. Lekarz mi polecił, bo coś już odkleja mi się w mózgu. Postaram się wyspać. Nie chcę, żeby cokolwiek mi się śniło. Od tygodni są to tylko koszmary. Tylko tyle mogę Wam napisać. Naprawdę nie mogę więcej… Reszty domyślcie się sami.

Słynne zdjęcie; wiem, jest czyjeś, ale nie wiem, czyje. Może pana Mirosława. Przepraszam, jeśli nadużyłam czyichś praw autorskich.

I niektóre komentarze:

* To jak list rozbitka w butelce. Znalazłem go. Jak dać odpowiedź?

* Ile jeszcze będziemy to znosić? Ile jeszcze? Jak długo?

* Ten piorun leci już poprzek rodzin, stołów przy których jemy wspólnie obiad, nie ma trzeciej drogi

Przypominam:

Tu można wpłacać pieniądze, które naprawdę dotrą do tych, niosących pomoc tam na granicy: Grupa Granica.

Wpłacajcie! to dzięki naszym wpłatom osoby w terenie, ale też prawnicy, psycholodzy i cała armia dobrych ludzi może robić to, co robi. Wpłacajcie, choćby po to, żeby ci ludzie mieli z czego zapłacić te cholerne mandaty. Dziękuję: https://zrzutka.pl/kk4yh2

Angela

Brigitte von Ungern-Sternberg

Angela Merkel beschäftigt mich immer noch. Ich nahm mir ein Interview vor, das Günter Gaus mit ihr 1991 geführt hat. Da war sie noch Helmut Kohls ‚Mädchen‘. 
Dieses ‚Mädchen’ hat ihm später die Stirn geboten und aus dem Amt gejagt. Nach den Regierungsjahren mit Kanzler Schröder, ist Angela Merkel an ihren männlichen Konkurrenten vorbei ins Kanzleramt gezogen und hat dort 16 Jahre lang residiert. Sie wurde immer wieder im Amt bestätigt. Schon bemerkenswert!
Ihr Mienenspiel ist interessant und manchmal interessanter als das, was sie sagt.  Anbei eine kleine Auswahl.


Angela Merkel war eine Ossifrau im höchsten Regierungsamt. Man könnte meinen, die Ex-DDRler hätte das mit Stolz erfüllen können. Mitnichten! Die wählen lieber die AFD, wenn sie ‚konservativ‘ wählen wollen. Da steht die SPD inzwischen besser da. 
Nun ist ihre Zeit vorbei, mal sehen wie unsere nächste Regierung sein wird!?!

Großberlin und wir

Quelle: Internet

Ewa Maria Slaska

Es ist ein von meinen Lieblings-Jahrestagen: 101. Jahrestag des Entstehens / Konzipierens / Zusammenklebens von Großberlin. Das Ungetüm ist am 1. Oktober 1920 ins Leben gerufen werden. So ein Frankenstein, zusammengeklebt aus 8 Städte, 59 Dorfgemeinden und 27 Guts.
Immer benutzte ich das Entstehens des Grossstadt Berlin als Erklärung, weshalb es in Berlin 270 Friedhöfe gibt, ich glaube, es sind mehr als in jeder anderen Großstadt der Welt. Jetzt sehe ich, dass auch marode Schulen und chaotische Wahlumstände auf dieses Ereignis zurück zu führen sind. Sehr interessant.

Lese weiter: https://de.wikipedia.org/wiki/Gro%C3%9F-Berlin

Brigitte von Ungern-Sternberg

Zur Wahl gehen in Berlin, das war für viele Berliner*innen  kürzlich ein Erlebnis ganz besonderer Art. 
Ich ging zu einem Wahllokal, in dem ich zuvor noch nie gewählt hatte. Nach über einer halben Stunde Warten in der Schlange kam ich in ein Winzzimmer mit zwei Kabinen. So etwas hatte ich zuvor noch nie erlebt. 
Wie ich hinterher erfuhr, kam ich damit noch ziemlich glimpflich davon. Eine Freundin wartete in einem Wahllokal in der Nähe 1,5 Stunden darauf, ihre diversen Stimmen abzugeben. 
Insgesamt herrschte das wahre Chaos in ganz Berlin.

In der SÜDDEUTSCHEN ZEITUNG gibt es dazu einen ausführlichen Kommentar, siehe beigefügter PDF.
Vorab ein kleiner Auszug, der mir gefallen hat, weil in ihm Berliner Schulen als „einstürzende Schulbauten“ beschrieben werden. Nur allzu wahr, wie ich aus eigener Anschauung bestätigen kann.

…Vor mehr als 100 Jahren entstand Groß-Berlin als Zusammenschluss von vielen selbstbewussten Orten, die einander eher skeptisch beäugten. Das hatte die Folge, dass man in Berlin bis heute meh- rere Städte zum Preis von einer bekommt, je nachdem, ob man in Köpenick, Wedding, Spandau, Pankow oder Kreuzberg unterwegs ist. Aber es hat zusammen mit vielen historischen Brüchen auch dazu geführt, dass sich viele Bezirke, der Senat und die Berliner Landesregierung die Verantwortung teilen. Eine Schule zum Beispiel: Für das, was drinnen passiert, die Lerninhalte, ist der Berliner Senat zuständig, für das, was drumherum passiert, der jeweilige Bezirk. Wenn dann die Gebäude, die in Berlin gerne “einstürzende Schulbauten” genannt werden, saniert werden sollen, sind zwölf Bezirke, drei Senatsverwaltungen und vier kommunale Schulsanierungs-GmbHs am Werk, die sich ungern dreinreden lassen. Man muss nicht Franz Kafka heißen, um sich vorzustellen, wie gut ein solcher Apparat vorankommt…

Lese auch:

Frauenblick: Pinien

Monika Wrzosek-Müller

Die italienische Schirmpinie – die Stolze

Die malerischen Landschaften mit abwechselnd gepflanzten Schirmpinien und Zypressen avancierten zu kitschigen Vorstellungen von der Toskana; man findet sie auf Postkarten, Gemälden, Tischdecken, Fresken auch auf T-Shirts. Sie sind auch wunderschön und eigen, nirgendwo sonst findet man diese Anordnung. Das Schwere, Monumentale einer Schirmpinie wird von der Schlankheit und Eleganz der Zypresse ausgewogen, ausbalanciert, es entsteht ein harmonisches Zusammenspiel; dieser Ausgleich, der in der toskanischen Landschaft immer anzutreffen ist, verleiht ihr die Harmonie und Weichheit, die ich so liebe.

Diese wunderschönen, riesigen Schirme, die mir immer als schattenspendende Gewächse in den Sinn kommen, verlangen so wenig von der Natur, halten so viel aus: extreme Dürre, extreme Hitze, extrem schlechte, aber auch gute, nährreiche Böden. Jedes Jahr bewundere ich diese Giganten in der Pineta der Feniglia, der unter Naturschutz stehenden Landzunge zwischen Ansedonia und dem Monte Argentario. Wie überleben sie die Hitze der vier Monate ohne einen Regentropfen, wie die Horden von Radfahrern und auch der Badegäste? Doch nach erstem Regen wacht die Pineta wieder auf, ist grüner als je zuvor und atmet, riecht nach Pinien, nach Harz oder nach Rosmarin, der hier auch in Fülle wächst. Manchmal, wenn ich länger durch die Pineta laufe und mir die Kronengewölbe anschaue, kommen sie mir vor, als ob sie das Vorbild für die gotischen Kathedralen mit ihren gefächerten Gewölben und schlanken Stützen und Säulen wären. Sie sind aber auch nicht aus der Ansicht von Rom und der antiken Ruinen, umgeben von abertausend Touristen, wegzudenken. Angeblich ist bis heute nicht nachgewiesen, ob sie gezüchtet wurden oder immer schon so in der Natur vorkamen. Auf jeden Fall können die Bäume selbst bis zu 250 oder 300 Jahren alt werden.

Fast jeden Morgen laufe ich oder gehe schnell mit meinem Dackel durch die Pineta, entlang der Lagune, oder auf dem Weg näher am Meer, in der Feniglia, dem acht Kilometer langen Pinienwald, auf einer Landzunge. Das ist die Art von Bewegung, die man sich in der Hitze erlauben kann. Die Pinien schließen sich über meinem Kopf zu einem Gewölbe, unten ist es zwar trocken, aber schattig. In diesem Jahr wurde der Weg an der Lagune mit Wasser besprengt, damit nicht so viel Staub durch die Fahrräder der Ausflügler aufgewirbelt wird. Der Boden ist dann angenehm kühl und an den Rändern wachsen ganz schnell, fast im Nu, grüne Pflanzen, Gräser, Blüten an den Sträuchern. Die Schnelligkeit, mit der die Natur sich von der Trockenheit erholt, ist faszinierend; im Haus, im Garten, habe ich tagelang eine Topfpflanze beobachtet, die wirklich von Minute zu Minute wuchs. Als wir ankamen, waren die Blätter ausgetrocknet; nach regelmäßigem Gießen keimten sie dann aus der Erde und wuchsen zu riesigen Blättern, nahmen immer mehr Platz im Topf ein, bis ich fast dachte, dass sie ihn sprengen würden. Dasselbe geschieht in der Pineta, wenn es mal einen Regenguss gibt; da wachen Sträucher und Pflanzen auf, deren Existenz man gar nicht wahrgenommen hat. Oft überlege ich: Wurde die Pineta angelegt oder wuchs sie da schon seit Jahrhunderten von selbst? Die Funde von Ruinen römischer Villen an zwei Stellen in Pineta würden dem widersprechen.

Die Pinien sind wie Skulpturen, ihre Stämme sind kräftig und die Äste irgendwann wie Sprossen eines Schirmes angelegt; sie brauchen ungefähr 50 Jahre, bis sich ein richtiger Schirm gebildet hat. Manchmal ähneln sie einem Riesenpilz, vielleicht ist die Eiche ein Pendant in unseren Breitengraden zu dieser Wucht und Kraft, die sich aus diesen Bäumen entwickelt. Die vertrockneten Äste fallen von selbst ab, es bleibt der immer flachere Schirm oben, er ist wahrscheinlich auch überlebenswichtig für so einen Baum unter diesen klimatischen Bedingungen. Dieses Jahr war ich erschrocken, als ich die alten Pinien an der Straße nach Grosseto total beschnitten fand, sie sahen aus wie nackte, hilflose Wesen, die verletzt worden sind und ums Überleben kämpfen. Je weniger beschattete Stellen sich unten am Boden befinden, desto geringer die Überlebenschancen des Baumes. Irgendwo habe ich gelesen, dass sie in einer Pineta sogar bis zu sechs Monaten die Hitze und Dürre aushalten können. Dann flachen die Schirme noch mehr ab und bilden eine grüne Schicht oben; unten bleibt es trocken aber schattig. Die Schirmpinien wurden Modelle für unzählige Künstler und stehen immer noch stramm und schattenspendend, man möchte sogar sagen „wie gemalt“ da. Schon seit Antike werden sie abgebildet; natürlich finden wir sie bei den impressionistischen Gemälden, aber auch in vielen Zeichnungen, Lithografien, Fotografien, später und früher.

Interessant ist die Affinität der Faschisten zu den Pinien und zur Pineta; Mussolini soll angeordnet haben, überall Pinien zu pflanzen. Es gab regelrechte Programme zur Aufforstung entlang der Küste; die Wäldchen sollten die hinter dem Strand gelegenen Getreidefelder vor der salzigen Meerbrise schützen. Die bekannten faschistischen Musterdörfer wie Sabaudia in Latium, Villagio Resta und Le Cestine in Apulien oder auch Gualdo Tadino in Umbrien wurden mit Pinienwäldern abgegrenzt. Ich erinnere mich an Fotografien in einer Trattoria in Salento, die zeigten, wie Soldaten in den 1920er Jahren die frischen Anpflanzungen von Pinien bewachten. Gerade im Süden des Landes, in Apulien, in Latium, aber auch auf den Inseln, auf Sizilien und auf Sardinien, war dies Teil der der faschistischen Agrarpolitik nach den Kampagnen zur Enteignung des Großgrundbesitzes und zur Steigerung der Getreideproduktion auf bisher ungenutzten Flächen. Es gibt sehr lange Abschnitte an der italienischen Küste, besonders am Ionischen und Tyrrhenischen Meer, die mit Pinienwäldern bewachsen sind. Die Pinie als Symbol muss auch durch ihre Stärke, Anmut und Ausdauer angezogen haben und wurde in der Zeit oft auch in den Ornamenten eingesetzt; man findet sie schon früher im Art Déco-Stil.

Wenn ich an Pinien denke, kommen mir natürlich noch die schmackhaften Pinienkerne (pinoli) in den Sinn. Sie werden viel in der italienischen Küche verarbeitet, vor allem beim Backen; ich denke an die Torta della Nonna. Sie werden aber auch im berühmten pesto genovese, anstelle von Pistazien, verarbeitet; sie garnieren Salate und manche Vorspeisen. Pinienkerne haben einen relativ hohen Fettgehalt und sind sehr nahrhaft. Sie werden manuell geerntet, die Zapfen werden heruntergeschlagen oder man wartet, bis sie von selbst herabfallen. In Italien werden sie in der Winterzeit, zwischen Oktober und März gesammelt, dann fallen aus den Zapfen die harten Samen, deren harte Schale muss man entfernen, um an den cremeweißen Kern zu kommen. Manchmal werden die Samen eingeweicht oder direkt zerstoßen; diese Arbeit ist sehr mühsam und deswegen sind die Pinienkerne sehr teuer. Inzwischen gelangen sie auf unseren Lebensmittelmarkt auch aus Asien.

Shut down (5)

Tibor Jagielski

Siddartha

Intro:

5 X

mein name ist in wasser geschrieben
umfasst von wellen
unvergänglich wie schaum deren kronen

mein name wird von wind gepfiffen
spaziert mit den wolken
und fällt mit dem regen herunter

 in wasser geschrieben ist mein name

——————————————————————

wracam z targów (fr/m) obładowany książkami do b.,
po drodze podrzucam  redakcji moje teksty (wywiady z węgierskimi autorami, reportaż, felieton, trzy rolki ze zdjęciami) i parę książek, potem walę się do łóżka i śpię 24 godziny;
po prysznicu dzwonię do pani małgosi i pytam jak tam moje teksty
– wszystkim się podobają, a naczelny zabrał je nawet do domu.
no, trochę mnie zdziwiło to “do domu”, ale nic, robię sobie parę dni wakacji i czekam na numer;
po tygodniu mam go w ręce, otwieram i znajduje jedną szóstą reportażu i jedno zdjęcie  (stoisko naszej redakcji na targach z leszkiem sz. i edwardem na pierwszym tle);
lekko oszołomiony (liczyłem, że odrobinę zarobię, a płacono od znaku; za zdjęcie dostawało się najwięcej) staram się złapać edwarda, ale oczywiście trwa to wieczność i kiedy go wreszcie po dwóch tygodniach (następny numer magazynu był już w druku) dopadam zezuje strapiony
– dlaczego nie puściłeś moich zdjęć i tekstów?  – pytam
patrzy na sufit, patrzy na ziemię, patrzy na mnie
– nie mogę, bo, hm, wiesz, to faszyści…
– bo walczyli pod stalingradem, a potem przeżyli gulag?
– tak.
– ale oni nie mieli z szalasim i jego strzało-krzyżowcami nic wspólnego; to byli normalni, zawodowi żołnierze I armii węgierskiej…
patrzy w bok, patrzy w górę i milczy;
milczymy obaj;

——————————————————————————

Pergamonaltar

Ich fühle mich
wie Pergamonaltar
manchmal ohne Kopf
ein anderes mal
kann ich nicht uff die Beine

Nicht selten
sind nur die Hände da
wie Freund und Feind
ineinander im kampf
verflochten

Ausgang  – ungewiß

(2014)

heute über windräder

die reise nach jerichow
ist immer eine reise des hiobs
oder
oedipus

gauck hat sich selbst geblendet
in seiner christenheit
und angela huldigt der kirche der komsomolzen bis ans gelbe meer
und verwandelt deutschland
in ein kibbuz
voller windräder

führwahr
an den  don kichots mangelt es nicht
aber was fehlt
vollkommen
sind die sancho pansas

was wurde loriot zur garnisonskirche sagen?
ich denke
ruhe in frieden

(2015)

Johanna, Melina und das Patent

Liebe Ewa,

so eine schöne Nachricht können wir heute verkünden! Es ist soweit! 

Ein unfassbares Hurra. Unsere Serie in 8 Teilen ist fertig! DAS PATENT! 

Zweieinhalb Jahre haben wir das Erfinden erforscht und entdeckt. Wir haben Jahrhunderte durchreist und über Innovation nach Innovation gestaunt. Wir haben Laboratorien durchforstet und das Gehirn untersucht. Auf Entdeckungsreise zu den Erfindungen dieser Welt waren wir. Immer auf der Suche: wie geht es, dieses ominöse Erfinden?

AB DEM 10.10. IM RADIO UND ONLINE! 

Shut down (4)

Tibor Jagielski

elektroniczne safari

trolle to nie lwice (jak się skromnie nazywają)
tylko szakale
atakują
(w ich mniemaniu)
najsłabszych

podczas gdy lwice z góry zastanawiają się jaką ofiarę dopaść
to szakale walą na oślep w stado
wychodząc ze słusznego założenia,
że starych, chorych i cielaków zawsze dość,
a jak ktoś z watahy skręci sobie kark, to tym lepiej, bo będzie więcej do pożarcia

podczas gdy lwy gardzą
to szakale delektują się padliną

nie oznacza to, że są leniwe
o nie
potrafią czekać

zawsze rusza trek
mielizna się znajdzie

droga znana

t.j. IX 21

elektronisches safari

trolle sind keine löwinen
(obwohl sie sich so wähnen)
sondern schakale
sie greifen die an
(die ihrer meinung nach)
die schwächsten sind

während die löwinen sich genau überlegen
welches opfer sie schnappen
schlagen die szakale blind in die herde
zu recht wissend dass die alten, kranken und fohlen
ihnen nicht entkommen werden
und wenn manches sich dabei den genick bricht umso besser
die meute hat danach mehr zu fressen

während die löwinen den aas zu meiden versuchen
schmeckt es den schackalen ausgezeichnet

es bedutet nicht, dass sie faul sind
o nein
die schackale können warten

der trek zieht immer wieder
am furth

weg ist bekannt

t.j. 2021/09

rzucone do sieci,
albo taka była wola nieba, z nią się zawsze zgadzać trzeba

________________________________________________________________

nie wiem, czy ktoś w roku 2010 nie wierzył w zwycięstwo partii pis, przynajmniej ja nie,
ja się takiego rozwoju sytuacji obawiałem;
katastrofa smoleńska była wtedy lokalnie, tak jak pandemia cov-19 dzisiaj globalnie,
wodą na młyn zwolenników teorii spiskowych („a nie mówiłam/em!”);
a krótko potem dochodzi do majdanu w kijowie, który kończy się aneksją krymu przez moskwę,
czy ktoś w to nie wierzył?
ja nie, ja się tego obawiałem;
a i dzisiaj nie wierzę w polexit, nie, ja się tego obawiam

22 IX 2021

________________________________________________________________

Auf Amrum

(Augenzeugenbericht)

Anfang August alarmierten anfliegende Austernfischer* Amrumer Areal.

Amrumbewohner, aber auch Amerikatouristen, achteten angespannt auf außergewöhnlichen Aufruhr am Abendhimmel.

„ Ach!“ – ächtzte ängstliche Apothekenangestellte Annabell Aalglatt – „Austernfischer am Abend! Abscheulich! Alle abschießen!!“

Aber allgemeiner Aufstand anständiger Anwohner animierte Austernfischerliebhaber, arge Agitation abzulehnen.

Auf abendrotgetünchten Austernbänken aßen Austernfischer ausgezeichnete Amrumaustern.

VIII 06

* 1 793 Aexemplare

Austernfischer/ ostrygojad zwyczajny

Zum Tod von Mikis Theodorakis

Mikis Theodorakis (* 29. Juli 1925, † 2. September 2021]) war ein griechischer Komponist, Schriftsteller und Politiker. In seiner Heimat wird er als Volksheld verehrt. Theodorakis war einer der bekanntesten griechischen Komponisten des 20. Jahrhunderts. Besonders seine Filmmusiken zu Alexis Sorbas (mit Sirtaki), Z und Serpico sowie die Vertonung des Canto General nach Versen von Pablo Neruda machten ihn weltweit bekannt. Zu seinem mehr als 1000 Werke umfassenden Schaffen zählen symphonische Kompositionen und eine Vielzahl von Liedern. Darüber hinaus wurde er durch sein politisches Engagement bekannt.

Während des Zweiten Weltkriegs war er Widerstandskämpfer gegen den Nationalsozialismus und kämpfte beim anschließenden Griechischen Bürgerkrieg auf Seiten der Linken, weshalb er später in einem Lager interniert und schwer gefoltert wurde. Gegen die Militärdiktatur ging er in den Widerstand und wurde festgenommen und erneut schwer gefoltert; er durfte auf internationalen Druck ausreisen und lebte bis 1974 im Pariser Exil. In den frühen 60er und in den 80er Jahren wurde Theodorakis als linker Politiker in das griechische Parlament gewählt. 1989 half er, eine große Koalition zwischen Konservativen, Sozialisten und Linken zu bilden: Erstmals seit dem Griechischen Bürgerkrieg wurden Kommunisten wieder an der Macht beteiligt. Er wurde 1990 Minister ohne Geschäftsbereich beim Premierminister in der Regierung von Konstantinos Mitsotakis. In dieser Funktion setzte er sich gegen Drogen und Terrorismus, für Kultur und Erziehung sowie für verbesserte Beziehungen zwischen Griechenland und der Türkei ein. Auch als er sich von der Tagespolitik zurückgezogen hatte, äußerte er sich zur aktuellen Politik: zum Kosovo-Krieg, für Palästina, gegen den Krieg im Irak.

In den Jahren der Militärdiktatur von 1967 bis 1974 galt er als Symbol des Widerstandes

Zum Tod von Mikis Theodorakis hat Brigitte ihre persönliche Erinnerung geschrieben.

Brigitte von Ungern-Sternberg

Theodorakis hat ein hohes Alter erreicht, dennoch hinterlässt sein Tod eine Leerstelle.

Ein glückliches Ereignis war das Konzert 1974 nach dem Ende der Diktatur in Griechenland.

Jedem Anfang wohnt ein Zauber inne… dann kommt der Alltag und auch das mühsame Geschäft der Aufarbeitung wie nach dem Mauerfall, der Menschenkette in den baltischen Ländern und ähnlichen ‚Wenden‘. So auch in Griechenland.

Theodorakis ist aus der kommunistischen Partei ausgetreten, ein Sozialist ist er immer geblieben. Für seine Standhaftigkeit hat er einen hohen Preis gezahlt, jetzt ist er ein fester Bestandteil des Kulturerbes weit über Griechenland hinaus.

Maria Farantouri, berühmte Interpretin der Lieder von Theodorakis, hat in den 70-er Jahren live Lieder von Theodorakis gesungen im Programm der ‚Festlichen Tage‘ am Fuß des Kreuzbergs, eine wundervolle Stimme, die den ganzen Viktoriapark einhüllte. Ich habe ihr sehr beglückt zugehört.

Frauenblick. Warthe.

Diesmal, statt Stadtspaziergänge, eine magische Fahrt in Brandenburg

Monika Wrzosek-Müller

Warthe, mein Refugium, Einsiedelei und Domizil

Es war ein Dorf, ein Dorf gelegen zwischen uralten Wäldern, Seen, Wiesen und Feldern. Die Hügel wellten sich über den langen Wasserläufen, die hohen Gräser und Getreideähren wiegten sich im Wind. Alles schien in Bewegung und doch in absoluter Ruhe, die nur von Vogelrufen unterbrochen wurde; da waren die Kraniche, die paarweise stolzierten und oft entsetzlich schrien, auch der Kuckuck tickte wie eine Uhr, zählte die Jahre, die uns blieben, oder die Kinder, die geboren werden sollten, oder noch etwas anderes, einsam spazierten die Störche. Manchmal waren die Vogelkonzerte derart laut, dass man ins Häuschen flüchten musste, um sich unterhalten zu können. Doch die Stille täuschte, denn nachts kamen die Biber und bevölkerten die Seeufer scharenweise, die Wälder um die Ufer der Seen; sie suchten nach geeigneten Bäumen, nagten an dicken Stämmen und fällten einen nach dem anderen. Niemand konnte ihre manchmal verheerende Arbeit stoppen; die Erlen und Espen waren erledigt, jetzt kamen auch Buchen dran, nur die Eichen waren ihnen zu hart, oder schmeckten nicht. Es kamen auch Mäuse und manchmal Waschbären und der Volksmund sprach vom Wolf, der sich immer näher an die menschliche Siedlungen heranwagte, den aber niemand richtig gesehen hatte, nur wage Fotos von ihm existierten. Auch Rehe und Wildschweine sah man immer wieder, oder ihre Spuren; von den Hochsitzen an den Feld- oder Waldrändern konnte man sie gut beobachten, auch abschießen, denn Jägerkunst war allgemein verbreitet. Auf den verschlungenen Pfaden konnte man auch Schlangen sichten, sie sonnten sich an den warmen Plätzen und verschwanden geräuschlos, sobald man näherkam. Zum vollständigen Bild gehörten auch Kühe oder besser Rinder; nicht die schwarz-weißen Milchkühe, die wir aus unserer Kindheit kannten, sondern hochgezüchtete, fleischbewusste, hellbeige Tiere, die auf den Wiesen herumstolzierten oder lagen, mit unzähligen Kälbern.

Ein Dorf, auf halbem Weg zwischen dem sehr schönem alten Städtchen Templin und dem riesigen Schloss Boitzenburg gelegen. Der Weg führte immer wieder in die eine oder andere Richtung, an diesen beiden Punkten musste man vorbei. Sie markierten, bestimmten auch das Leben unmittelbar; weiter weg waren Prenzlau, Zehdenick, Lychen oder Feldberg… Immer lange Abschnitte der Landschaft mit Seen, Wäldern, Feldern, Wiesen dazwischen. In Templin hatte man eingekauft, früher vor der Pandemie die Naturtherme besucht, auch manchmal eine Eisdiele oder ein Café aufgesucht. Nach Boitzenburg fuhr man zum Kuchenessen, oder um um das Schloss oder um die Klosterruine zu wandern, immer gab es einen Rundweg; man startete und ging immer weiter, bis man irgendwann zurück am Start war.

Es war und ist ein Straßendorf, langgestreckt, auf beiden Seiten der graden Straße stehen die eher kleinen Häuser, ohne andere Planung, mit einer Kirche, einer Bäckerei, einer Kneipe. Die Häuser sind noch nicht vollständig mit Berlinern bevölkert, doch in der Kneipe versammelten sich oft die Zugezogenen und die Berliner Radler. Die Bäckerei versorgt auch mit Tageszeitungen; ein für sie wichtiges Geheimnis lüfteten sie erst nach drei Jahren Ansässigkeit: es gibt auch Jäger, die sehr gutes Wildfleisch verkaufen, sowie Bauern, die Eier an die Städter direkt abgeben; da lernte man, was ein Grünling ist und wie wirklich gutes Fleisch schmeckt. Umgeben war das Dorf mit mehreren Siedlungen, Wohnstätten mit ein paar einzelnen Häusern, mitten in der Landschaft gelegen: Luisenfelde, Metzelthin, Egarsee, Stabeshöhe, Bröddin. Am großen Warthesee gibt es viele Bungalows und Ferienanlagen, noch aus DDR-Zeiten, mit jeweils separaten Zugängen, Stegen zum See. Überhaupt war und ist der Tourismus doch eine gewisse Einnahmequelle für die Bevölkerung. Noch drei kleinere Seen liegen um das Dorf herum: kleiner Warthesee, Ratenowsee, Poviestsee; es wurde darauf gerudert und geangelt; es gibt auch einen Anglerverein im Dorf, wo man sich die Erlaubnis fürs Angeln holen konnte.

Das Dorf liegt in einem Gebiet, das vor sehr langer Zeit von verschiedenen Stämmen, sowohl germanischen als auch slawischen, bewohnt war, dann später auch Teil des Heiligen Römischen Reiches wurde, als Markgrafschaft Nordmark, schon früh im 12. Jahrhundert bildete die Region einen kleinen Teil der Mark Brandenburg. Das Dorf wurde zum ersten Mal 1295 in Dokumenten erwähnt, es gehörte zu einem Territorium, das vom Kloster Marienpforte verwaltet wurde. Erst Mitte des 16. Jahrhunderts ging es in den Besitz der Familie von Arnim über, die auf Schloss Boitzenburg lebte und große Ländereien in der Umgebung besaß.

Nach der Wende kam, ein paar Kilometer von Warthe entfernt, Daisy Gräfin von Arnim, die Apfelgräfin, auf das Gut in Lichtenhain zurück und baute das alte Verwalterhaus aus. Es ist ein beliebtes Ausflugsziel, mit einem Café im Garten und Apfelspezialitäten, einem Hofladen mit vielen Apfelprodukten und Mosterei, in der man eigene Äpfel zu Saft verarbeiten lassen kann. Die Wege um das Gutshaus sind mit Apfelbäumen gesäumt und sehen in fast jeder Jahreszeit wunderschön aus.

Die erste Kirche in Warthe wurde höchstwahrscheinlich auf dem Priesterberg errichtet, ungefähr an derselben Stelle wurde später, in den 1840er Jahren, ein Glockenstuhl errichtet, (im Dreißigjährigen Krieg war das Dorf stark verwüstet worden); rundherum existiert ein kleiner Friedhof. Die neue Kirche, (leider ohne Turm) wurde 1825 erbaut, besitzt schöne bunte Glasfenster und eine große Orgel. Neben der Kirche, am Dorfplatz, wurden anlässlich des Sieges im deutsch-französischen Krieg von 1870/71 vier Eichen gepflanzt, drei davon stehen als uralte, große Bäume immer noch und sind Namensgeber für die Kneipe nebenan. Auf dem Dorfplatz neben den Bäumen, der Kirche, der Kneipe steht noch ein Kriegerdenkmal für die im Ersten Weltkrieg gefallenen Warther Soldaten und etwas weiter weg auf einer Blumenwiese befindet sich ein altes kleines Häuschen, die ehemalige Dorfschmiede, die 1995 in eine Heimatstube mit einem kleinen Museum und einer Bibliothek ausgebaut wurde. Auf der gegenüberliegenden Seite der Straße steht verlassen die ehemalige Dorfschule (1998 geschlossen) und wartet auf einen Investor; sie könnte in eine schöne Pension umgebaut werden. Die Freiwillige Feuerwehr war schon in den dreißiger Jahren des 20. Jahrhunderts gegründet worden; das Spritzenhaus befindet sich näher am Großen Warthesee und der Dorfbadestelle. Wenn man sich die Statistikzahlen der Bewohner anschaut, bemerkt man, dass die Bevölkerungszahl immer mehr schrumpfte; eine große Auswanderung in die USA gab es schon in der zweiten Hälfte des 19. Jahrhunderts, doch von den 1875 verzeichneten 619 Einwohnern sind bis heute (2006) 319 übrig geblieben.

Noch eine Tatsache ist erwähnenswert: bis 1945 war Warthe mit einer Bahnstrecke Templin-Fährkrug – Fürstenwerder verbunden, das alte Bahnhofsgebäude steht immer noch, doch der Bahndamm wurde zu einem Fahrradweg umgebaut und erfreut sich großer Beliebtheit. Von öffentlichen Verkehrsmitteln kursiert nur ein Bus nach Templin oder Boitzenburg, doch die Mehrheit der Bewohner bevorzugt das eigene Auto.

Verwaltungstechnisch gehört Warthe seit 1993 dem Landkreis Uckermark zu und seit 2001 zur Gemeinde Boitzenburger Land.

Am schönsten war die Gegend für sie im Herbst; die Laubbäume färbten sich langsam vom satten Grün über mehrere Abstufungen von Gelb über Rot bis zum Braun, bis die Blätter dann langsam, Ende November, ganz verschwanden, was neue Ausblicke ermöglichte. In Sonnenlicht leuchteten die Blätter manchmal golden und die Spinnweben zogen ihre Fäden an den Disteln und hohen Gräsern. Leichte Nebelschwaden zogen über die Feuchtgebiete und Täler, auch manchmal über den See; Pilze konnte man bei etwas Regen und Glück in Unmengen finden; das Land war zum Verlieben still und naturecht.

Shut down 3 (central park)

Tibor Jagielski

– na początku jest wszystko proste jak dwa razy dwa, ale im głębiej w las tym więcej drzew – powiedział z wielkim namaszczeniem  antoni hrabia monte wiadomo i przesunął paciorek w różańcu z rubinu na brylant.
 – na przykład taki suwak logarytmiczny… – tutaj polski potomek nelsona mandeli popatrzył głęboko w oczy profesora theodore kruszynko z technical university of mickiewicz, alabama, który poczuł się nagle bardzo dziwnie, zamigotał  i zaczął rozluźniać krawat. 
– …albo ajfon, tabula smaragdina dzisiejszych czasów – pomachał aparatem przed, blednącym powoli, nosem polonusa hrabia
 – czy to  tylko diabelskie wynalazki!? a prawda jest…- wykrzyknął i podniósł wzrok w kierunku nieba
-…tylko tam, gdzie  matka boska jasnogórska! niech pan powie, kochany panie inżynierze, niech pan przyzna, czy udało się panu dodzwonić do boga, albo przynajmniej do świętego antoniego?
– dodzwonić? do świętego?! antoniego??? – zapytał  kompletnie skonfundowany inżynier i wyjął z butonierki batystową chusteczkę, aby otrzeć zroszone potem czoło.
– ha, ha! – zaśmiał się, wpuszczony nieopatrznie do kawalerki profesora  hrabia, przesunął palce z brylantu na opal i rozsiadł się wygodnie na jedynym fotelu, który stał obok  przywiązanego do ściany łóżka.
– niezbadane są wyroki boże!
– wooody! – zasapał kruszynko i wyrwał jedwabny krawat z kameleonami, które zmieniały barwy w zależności od otoczenia w jakim się znalazły, tym razem był to, po kolorze cytrynowym kolor ciemnoczerwony, podobnie jak nabrzmiała twarz hrabiego antoniego, który wznosił się nad profesorem theodore kruszynko, niczym gigantyczny nietoperz nad robaczkiem świętojańskim;
jedno było pewne – na ucieczkę było  za późno.

Help! Sie wollen mein Gutes!


parę godzin później
rano miał kruszynko strasznego kaca – moralniaka i postanowił zadzwonić do matki, czego już od lat nie robił;
a na stole leżał cyrograf; miesięcznie 99,90 zielonych, ważne 24 miesiące.

od czasu wczesnej śmierci ojca ich stosunki uległy ochłodzeniu, a gdy rok po pogrzebie wyszła ponownie za mąż – zlodowaciały.
ona poświęciła się nowemu małżonkowi, a profesor kruszynko – karierze naukowej, z której nic nie wyszło;
nagle zobaczył znowu ojca na dzień przed śmiercią; w rozległym łożu na środku przestronnego pokoju leżał on, prawie wyschnięty, filigranowo alabastrowy, w szlafroku i ulubionej wełnianej czapce i patrzył ze zdziwieniem na otaczający go tłum z księdzem na czele, a na jego obliczu malowało się pytanie: co ja tu robię?
kruszynko pamiętał, że się rozpłakał, a prawie wszyscy patrzyli na niego wrogo i w strasznym milczeniu – jak tak można?
i tylko głowa ojca uniosła się nad poduszką i wyszeptała
– synku mój!
ale to nie śmierć, bo (trzymał go potem, w tej ważnej chwili, sam w ramionach) tylko pogrzeb i hiobowe wieści z nowego jorku były dla niego  szokiem.
do mieszkania nieopodal central parku włamano się brutalnie, kradnąc i niszcząc prawie cały dobytek, w tym księgozbiór ojca (a policja miała od początku całą sprawę  w dupie i do kicia wsadzono na koniec jakiegoś włóczykija, który z przestępstwem nie miał nic wspólnego, poza kapeluszem, który znalazł przed rozbitym oknem kancelarii)
zorientował się, DOPIERO WTEDY, że wraz z ojcem umiera jego świat i on sam…
– cholera! -chwycił ajfon i nacisnął  przycisk MOTHER.

c.d. n.

***

wellengang – ein totenlied

zwei schwester ertrinken im meer
wo kam der wellengang her?
die wellen waren hoch wie ein haus
und schnapp weg war die maus

unendlich traurig am ballermannstrand
verschwinden wir in nebel
wie zeichen im sand

unendlich traurig am ballermannstrand
verschwinden wir in nebel
wie zeichen im sand

im september  den dritten
im jahre zweitausend zwanzig
plus eins