Orient powszedni XII

Agnieszka Fetzka i Tomasz Fetzki

Viator

Kolejny poranek powitał Wędrowców. Jeszcze raz nad brzegiem Jeziora Studzienicznego. Pogoda piękna, augustowska przyroda na wyciągnięcie ręki. Szkoda każdej chwili.

Długa, piaszczysta i wyboista, choć prosta droga przez gęsty las. Dziwny, jakiś inny, trochę nawet jakby mistyczny. Viator, jak już wspominał, na co dzień żyje na Łużycach wśród lasów. Ale to są bory sosnowe. A tutaj zdecydowanie dominuje świerk. Daje to zupełnie inny efekt. Rzecz nie w tym, który las jest piękniejszy, bo oba takie są. Ale inny bez wątpienia.

Dojeżdżamy na miejsce. Dowspuda. Wysiadamy na małej polance z transportera. Tuż obok przebiega obwodnica Augustowa. W nowym, wywalczonym przez protestujących ekologów i oszczędzającym najbardziej wartościowe leśne obszary, wariancie. Można? Można. Tutaj ekspresówka jest jak najbardziej na miejscu, choć trzeba nadłożyć kilkanaście kilometrów. Warto nadkładać wiedząc, co uratowano. Bo samej potrzeby istnienia obwodnicy nikt przecież nigdy nie kwestionował.

Zanim wsiądziemy do kajaków, jeszcze tylko krótka wizyta na terenie sąsiedniego parku. Oglądamy niewielki neogotycki portyk. Tyle zostało z potężnego pałacu.

Zbudował go polski i napoleoński generał, wsławiony odwagą i zręcznością, zwłaszcza podczas kampanii moskiewskiej. Po klęsce Cesarza przez pewien czas przebywał na emigracji w Anglii, gdzie, zupełnie jak Dezydery Chłapowski, poznawał tajniki nowoczesnego rolnictwa. Po amnestii powrócił do swego rodowego majątku na Suwalszczyźnie, sprowadził szkockich osadników, popierał, ze znakomitymi efektami, nowoczesne rolnictwo i rzemiosło. Stać go było na wystawienie wspaniałej rezydencji – w stylu, a jakże by inaczej, angielskiego neogotyku. Coś tam już kiedyś podczas tej podróży krzywił się Wędrowiec na arystokratów i ich pałace (w Radzyniu Podlaskim konkretnie), ale tym razem nie żałujmy Panu Magnatowi, niech się nacieszy choć kilka lat swą rezydencją: świetnie gospodarował, pomnożył dochody ze swej domeny, dbał o dostatek poddanych. A i jego patriotyzm był najwyższej próby: gdy wybuchło Powstanie Listopadowe nie wahał się, zaryzykował, walczył. Dwukrotnie ranny, po upadku Insurekcji znów, tym razem już na zawsze, udał się na emigrację i zakończył tułaczy żywot gdzieś w Turcji, daleko od swego pałacu, którym, jako się rzekło, mógł się cieszyć zaledwie około pięciu lat. Strata tym większa, iż rezydencja, co też już Viator nadmienił, była naprawdę wspaniała i nowoczesna. Magnat nazywał się Ludwik Michał Pac. Wart Pac pałaca…
Tak, tak – to o nim! I o tutejszym pałacu, skonfiskowanym i wystawionym na licytację, o który kolejni właściciele nie dbali do tego stopnia, że już w roku 1867 musiał być rozebrany. Z wyjątkiem portyku, przed którym stoi Viatorostwo. Sit transit gloria mundi! Jaka to była gloria, uświadamia grafika umieszczona na tablicy stojącej w sąsiedztwie: portyk, służący za podjazd dla powozów, został na niej wyodrębniony bardziej intensywnym kolorem. Reszty budowli już nie uświadczysz, wędrowcze!

Kajaki rwą się już do podróży. Nie wypada kazać im czekać.

Viatorka

Uparła się Viatorka, aby kolejny dzień rozpocząć od spływu po Rospudzie, a nie po którejś z innych rzek, których urodę reklamował jej Viator. I jak się okazało, miała rację, bo po wszystkim zgodnie Viatorostwo orzekło, iż spływ szlakiem od Dowspudy do Świętego Miejsca był najpiękniejszy ze wszystkich, które dotąd wspólnie przeżyło. I, jak zawsze, żałowali, że był tak krótki. Ale cóż: Litwa czekała…

Nie, niech czytelnik nie obawia się, że Viatorka zacznie w tym miejscu opisywać ten spływ w szczegółach. Jak wiadomo jest ona zdecydowanie większą zwolenniczką doznań niż wyobrażeń, jak również doświadczeń niż teorii. Los nie obdarzył jej też (w przeciwieństwie do Viatora) talentem poetyckim, a tylko taki liryczny i romantyczny opis byłby tu na miejscu.

Dlatego pozostaje jedynie Viatorce zachęcić Czytelnika, by pojechał tam i zobaczył tę piękną dolinę na własne oczy, aby sam popłynął rzeką: najpierw krętą i wąską pośród trzcin, potem szerszą i wartką, z kamienistym dnem, niemal jak górski potok, pełną niespodzianek, powalonych pni i głazów. Prawie brak tam śladów działalności człowieka – no, może poza jednym wędkarzem łowiącym i barszczem Sosnowskiego rosnącym przy brzegu. Telefon nie ma tam zasięgu. Tylko szumy, szelesty i inne odgłosy świadczą, jak żywa i bogata jest tutejsza fauna, bo poza kilkoma ptakami żadnego innego zwierzęcia Viatorostwo nie spotkało.

I pomyśleć, że tej przepięknej krainy mogłoby już od dobrych paru lat nie być! Pamiętają zapewne Czytelnicy głośny konflikt, sprzed dziesięciu lat z okładem, o obwodnicę Augustowa. Jak zapisało się to w pamięci Viatorki, zarówno politycy (o dziwo z wszystkich opcji zgodnie), jak i media, jako antagonistów w tym sporze przedstawiały z jednej strony udręczonych hałasem i niebezpieczeństwem stwarzanym przez ciężarówki mieszkańców Augustowa, a z drugiej „nawiedzonych” ekologów, dla których ważniejsze od człowieka są żabki, robaczki i inne kwiatki. Ważni ludzie mówili, że, niestety, nie można inaczej poprowadzić drogi, jedynie estakadą nad obszarem chronionym. Pojawiała się też w tej narracji niedobra Unia Europejska, która nie chciała dać dofinansowania na tę budowę. No i całe szczęście, bo jak się okazało, po kilku latach droga powstała, jednak w innym miejscu, zbudowana taniej i według znacznie lepszej ze względu na potrzeby komunikacyjne regionu koncepcji. Podobno (tak przynajmniej Viatorka przeczytała w kilku artykułach) wariant przebiegu drogi, o który toczył się przed laty konflikt, był najgorszą z opcji. Jak to możliwe?

Zapewne jakimś ludziom z jakichś powodów, których już zapewne nie poznamy (ale jak nie wiadomo o co chodzi – to chodzi o pieniądze) zależało, żeby drogę poprowadzić estakadą. Wystarczyło przemilczeć kilka faktów, wmówić wszystkim, że to jedyne wyjście, sprawę odpowiednio przygotować medialnie (bo jak „gadająca głowę” redaktorzy nazwą „specjalistą” – to ludzie jej wierzą), do tego napuścić rzeczywiście sfrustrowanych, pełnych obaw o swoje życie i zdrowie mieszkańców Augustowa na wszystkich przeciwników. I mało brakowało, by dzisiaj ten przepiękny zakątek już nie istniał. Gdyby nie ci wariaci – ekolodzy, którym w sprawę udało się zaangażować struktury unijne (dziś niechybnie nazwano by ich zdrajcami donoszącymi na własny kraj).

Czasami Viatorka żałuje, że z racji psychologicznego wykształcenia, jak również osobistych i zawodowych, raczej bolesnych doświadczeń, znane są jej mechanizmy manipulacji i wywierania wpływu na ludzi. Bo niestety, dziś coraz tego więcej, w każdej dziedzinie życia. W dużej i małej polityce, ale w życiu codziennym też. Okropny, obmierzły, pusty PR, na który tak łatwo nabierają się ludzie. A skoro nie ma się chęci, żeby przyłączyć się do którejś z grup trzymających władzę i manipulować innymi, jak również żadnych szans, aby uświadomić to i ustrzec przed tym innych, to chyba łatwiej żyłoby się, nie zdając sobie z tego wszystkiego sprawy. I nie bolałoby tak poczucie bezsilności. No, ale jeżeli mimo wszystko Dolina Rospudy i Puszcza Białowieska przetrwały…

Viator

Jest kapliczka na lewym brzegu! Jest most! Wszystko się zgadza. Tutaj Viatorostwo zaczeka na transport: z powrotem do Augustowa. Gdy już udało się (a nie było to takie proste) złapać zasięg i skontaktować z bazą, można odpocząć i dokładniej przyjrzeć się kapliczce.

Uroczysko Święte Miejsce – tu, gdzie Jałówka wpada do Rospudy. Święte i tajemnicze od zawsze: ponoć kiedyś Maryja ukryła miejscowych pod swym niewidzialnym płaszczem przed zagonem tatarskim, choć inni przenoszą to wydarzenie w czasy Powstania Styczniowego, Tatarów zastępując rosyjskim żołdactwem. Kiedyś znajdował się w tym miejscu cmentarz, a później, począwszy od XVI wieku, stała mała cerkiewka św. Jana Chrzciciela. Co roku 24 czerwca, na Świętego Jana właśnie, okoliczna ludność obmywała się rytualnie w rzeczce Jałówce, zastępującej palestyński Jordan, spożywała obrzędowy posiłek, wznosiła modły, zawiązywała na krzyżach ozdobne ręczniki i składała pod nimi monety oraz żywność jako ofiarę. Pogańskie z chrześcijańskim łączyło się gładko i bez zbędnych problemów…

Obecna kapliczka powstała niecałe trzydzieści lat temu.

Ale z tyłu, za budynkiem, stoi krzyż, z pewnością dużo, dużo bardziej sędziwy.

Legenda głosi, że został on wykonany przez Jaćwingów z drużyny dowodzonej przez Skomęta, którzy, po przyjęciu w roku 1283 chrztu, odrzuceni przez współplemieńców, wyemigrowali stąd do Samlandii (półwysep, który dziś znajduje się w Obwodzie Kaliningradzkim). Krzyż został. Palony i niszczony przez pogan ocalał i stoi do dziś. A w drewno wetknięte są liczne monety, które można obejrzeć.

Viator patrzy na ten pogańsko-chrześcijański synkretyzm i czuje się w jego oparach odrobinę tak, jakby, miast nad brzegiem Rospudy, znajdował się w, nieodległej przecież, dolinie Issy i, jak leśnik Baltazar, odurzony zapachem ziół, siedział w chatce czarownika Masiulisa.

Znak to wyraźny, iż przyszedł czas, aby wyruszyć na spotkanie Litwy. O czym opowiedzą Wędrowcy za tydzień, w kolejnym odcinku.

Portugal

Bevor ich Christine Ziegler eine Möglichkeit gebe, mit uns über ihre Reise nach Portugal zu sinnieren, veröffentliche ich hier, was ich vor drei Tagen im Spiegel-Online gefunden habe: Portugal ist einziges Land Europas, das sich mehr Flüchtlinge ausdrücklich wünscht… Leset Mal!

christine ziegler / fotos: martin cames

liebe ewa,

der urlaub dauert noch fast eine woche an, juhu, das haben wir lange nicht mehr so gemacht. hier ist der sommer sehr verträglich, der wind vom atlantik sorgt für höchsttemperaturen von 26 grad, das ist sogar für mich ganz in ordnung.

dazu kommt jede menge schönheit, sei es an der küste, sei es im weltkulturerbe von sintra. lauter unverhoffte sachen, so verschieden von allem, was ich schon anschauen durfte.

hast du schon mal einen prunksaal gesehen, der mit elstern ausgemalt wurde? das fand ich verblüffend. dazu die wunderbaren kacheln an der wand. hier eine, die ganz anders war als all die floralen elemente.

elstern und kacheln sind aus dem nationalpalast in sintra. zitat aus der tourismusseite: „Im Herzen von Sintra befindet sich der gotische Nationalpalast, der der am meisten genutzte königliche Palast war und dessen herausstechendes Merkmal seine riesigen Schornsteine sind, die von der Küche nach Außen führen.“

die schornsteine sind wirklich beeindruckend! von oben nach unten: erst mal von innen, dann von außen. und unten drunter ein blick in den dazugehörigen küchenraum.

und hier noch die küste zum atlantik, gleich daneben ist das „ende der welt“, na ja zumindest von europa, gleich beim cabo da roca.

aber vielleicht ist dir das alles ganz vertraut. du bist ja schon so viel mehr rumgekommen. liebe freundin, die mail trifft dich hoffentlich in guter laune und besserer gesundheit an. bis bald hoffe ich, liebe grüße

christine

Wolę psią wachtę niż psią gwiazdę

Ewa Maria Slaska

Za gorąco, za gorąco…

Wyginam jak dinozaury, a razem ze mną wygina cała ludność północnej półkuli…

Proroczy obrazek… Dla ochłody próbuję sobie przypomnieć najzimniejsze historie, własne i cudze. Z własnych chyba najbardziej na upamiętnienie zasługuje wyjazd do Brna w ubiegłym roku, żeby przez kilka dni wziąć udział w zimowej części Marszu dla Aleppo. Szliśmy na przełaj przez pola, wiał lodowaty wicher, podnosząc tumany białego puchu. W oddali przebiegały ogromne stada jeleni. Było tak zimno i biegły tak daleko, że nikt z nas nie zdołał zrobić zdjęcia. Wydaje mi się, że był to dzień 30/30 – minus 30 stopni i 30 kilometrów. Miałam 68 lat. Już przedtem, zanim jeszcze tego lata zaczęliśmy się w upale roztapiać na mokre placki, sądziłam, że ten dzień był czymś bardzo ważnym w moim życiu. Wydawało mi się niezwykłe, że wzięłam w tym udział, że podołałam i gdy ktoś mnie pytał, co dał Marsz, zawsze odpowiadałam, że na płaszczyźnie społecznej był największym ruchem oddolnym w sprawie uchodźców w Europie po roku 2015, a dla mnie osobiście był najbardziej niezwykłym sprawdzianem tego, co mogę.

Teraz, gdy Marsz dla Aleppo został mianowany do pokojowej nagrody Nobla, już nikt nas nie pyta, po co był? Teraz wszyscy pytają (czy mi się wydaje, że z pogardą lub z politowaniem?), czy naprawdę jesteśmy takimi idiotami i wierzymy, że dostaniemy tego Nobla. A my wtedy musimy stanąć na wysokości zadania, wzruszyć ramionami i powiedzieć: no nie, jasne, że nie… W końcu człowiek powinien być cool, co by się nawet w ten upał przydało.


Oczywiście zamiłowanie do zimna można uznać za cechę dziedziczną. W końcu Ojciec “uprawiał” latami żeglugę polarną i to w czasie, gdy było tam jeszcze naprawdę zimno i z lodu nie wyłaziły robale, które przespały 42 tysiące lat, odmarzły i zaczęły jeść jak gdyby nigdy nic (dziękuję mojej synowej za to, że zauważyła tę informację i opublikowała ją na facebooku).

Nota bene, odkrycia dokonali “radzieccy uczeni” (pamiętacie te czasy, gdy na Zachodzie byli naukowcy, a w Sojuzie – uczeni?)


Zima, zimno, ciemno. Zima, zimnica, ciemnica… Paskudne słowa, źle się kojarzą. Tam na pewno są jakieś robale, ruszają się i żrą jak gdyby nigdy nic…


Jak byliśmy mali, kochaliśmy zimę. Zima, biała, śnieżna, śnieżysta, kryształowa, skrząca się jak brylanty… Czekaliśmy na wiosnę, ale w upalne letnie dni tęskniliśmy za zimą. Jaskinia Królowej Tatry, białe sanie Królowej Śniegu, zima w Narni, zima nad dalekim cichym fiordem, zima w Bullerbyn, zima w Dolinie Muminków…

Tove Jansson, Zima Muminków

W zasypanym śniegiem salonie niebo było niemal czarne, lecz śnieg lśnił jasnoniebieskim blaskiem w świetle księżyca. Morze spało pod lodem, a głęboko w ziemi, między korzeniami, wszystkie małe stworzonka śniły o wiośnie. Ale do wiosny było dość daleko, bowiem Nowy Rok minął dopiero co. Właśnie w miejscu, gdzie dolina wznosiła się łagodnie ku górom, stał dom zasypany śniegiem. Wyglądał bardzo samotnie. Podobny był raczej do dziwacznej zaspy śnieżnej. Tuż obok, między oblodzonymi brzegami, wiła się czarna jak węgiel rzeka. Prąd sprawiał, że nie zamarzała przez całą zimę. Ale na moście nie było żadnych śladów stóp, a i wokół domu zaspy śniegu naniesionego przez wiatr były nietknięte.
Wewnątrz domu było ciepło i przytulnie. Na dole w piwnicy tliły się wolno na ruszcie całe masy torfu. Księżyc zaglądał w okno oświetlając białe zimowe pokrowce na meblach i owinięty tiulem kryształowy żyrandol. A w salonie wokół największego kaflowego pieca rodzina Muminków spała długim zimowym snem. Spali zawsze od października do kwietnia, tak bowiem czynili ich przodkowie, a Muminki przestrzegają tradycji. Wszyscy, podobnie jak ich przodkowie, mieli w żołądkach porządną porcję igliwia, przy łóżkach zaś, pełni nadziei, położyli to, co mogło być potrzebne wczesną wiosną. Łopaty, okulary przeciwsłoneczne i trochę taśmy filmowej, przyrządy do mierzenia siły wiatru i tym podobne przedmioty.
Cisza pełna była spokoju i oczekiwania. Czasem ktoś westchnął i zwinąwszy się wsuwał głębiej w posłanie, w którym spał. Promień księżyca przewędrował od fotela na biegunach do stołu w salonie, przesunął się po mosiężnych gałkach na wezgłowiu łóżka i zaświecił prosto w twarz Muminka. A potem zdarzyło się coś, co nie zdarzyło się nigdy, odkąd pierwszy troll z rodziny Muminków zapadł w sen zimowy. Muminek obudził się i nie mógł już zasnąć.
Patrzył, jak świeci księżyc i kryształy lodu na szybie. Słyszał buczenie pieca na dole w piwnicy i był coraz bardziej rozbudzony i zdumiony. W końcu wstał i podreptał do łóżka swojej Mamy. Pociągnął ją ostrożnie za ucho, lecz się nie obudziła, tylko zwinęła się w obojętną kulkę. “Jeśli nawet Mama się nie obudzi, to nie ma co próbować budzić innych” – pomyślał Muminek i ruszył dalej przez obcy, tajemniczy dom. Zegary stały już od dawna i wszystko pokryte było delikatną warstwą kurzu. Na stole w salonie stała od jesieni waza do zupy z resztkami igliwia w środku. A kryształowy żyrandol w tiulowej sukience podzwaniał sobie z cicha. Nagle Muminek zląkł się i znieruchomiał w ciepłym mroku za promieniem księżyca. Poczuł się ogromnie samotny.
– Mamo! Obudź się! – zawołał, ciągnąc za kołdrę. – Cały świat gdzieś się zgubił!
Ale Mama się nie obudziła. Co prawda do jej snu o lecie wkradł się na chwilę niepokój i troska, ale nie mogła się obudzić. Więc Muminek zwinął się w kłębek na dywanie przy jej łóżku i długa noc zimowa ciągnęła się dalej.
O świcie zaspa śnieżna na dachu zaczęła się ruszać. Zsunęła się kawałek, po czym zdecydowanie zjechała przez okap i siadła z miękkim plaśnięciem. Wszystkie okna zostały zasypane i przez szyby sączyło się do wnętrza domu tylko słabe, szare światło. Salon stał się bardziej nierzeczywisty niż kiedykolwiek, jakby znalazł się głęboko pod ziemią. Muminek nastawiwszy uszu długo nasłuchiwał, po czym zapalił nocną lampkę i podszedł do komody, żeby przeczytać wiosenny list Włóczykija. List leżał tam, gdzie zwykle, pod małym tramwajem z morskiej pianki, i podobny był do wszystkich wiosennych listów, jakie zostawiał Włóczykij, kiedy w październiku wyruszał na południe. Na początku dużymi, okrągłymi literami napisane było “Hej”. Sam list był krótki.
HEJ! Śpij dobrze i nie smuć się. Pierwszego ciepłego, wiosennego dnia będziesz mnie miał tu znowu. Zaczekaj na mnie z budowaniem tamy. Włóczykij
Muminek przeczytał list kilka razy i nagle poczuł, że jest głodny. Poszedł do kuchni. Kuchnia także zdawała się tkwić całe mile pod ziemią. Była niesamowicie wysprzątana i pusta. Spiżarnia również świeciła pustkami, jak wszystko inne. Znalazł jedynie butelkę sfermentowanego soku malinowego i paczkę zakurzonego knackebrod. Usadowił się wygodnie pod kuchennym stołem i czytając jeszcze raz list Włóczykija zaczął jeść. Potem położył się na plecach i przyglądał się czworograniastym drewnianym listwom pod stołem. Było bardzo cicho.
– Hej – szepnął Muminek. – Śpij dobrze i nie smuć się. Pierwszego ciepłego wiosennego dnia… – powiedział trochę głośniej. A potem zaśpiewał na całe gardło: – Będziesz mnie miał tu znowu! Będziesz mnie miał i będzie wiosna, i będzie ciepło, i będę tu, i będziemy tu, i ty, i ja, i tak co dnia, i tak co dnia.
Tu urwał nagle na widok dwojga małych oczu spoglądających na niego spod kuchennej szafki. Odpowiedział im spojrzeniem. W kuchni zapanowała cisza. Potem oczy znikły.
– Czekaj! – zawołał Muminek z niepokojem. Podpełzł do szafki i zaczął szeptem wabić:
– Chodź, chodź! Nie bój się! Nie zrobię ci nic złego. Wracaj! Ale kimkolwiek był ten, kto mieszkał pod szafką – nie pokazał się już więcej. Muminek rozłożył rzędem na podłodze kawałki knackebrod i nakapał na nie trochę soku malinowego. Kiedy wrócił do salonu, kryształowe wisiorki na żyrandolu dzwoniły melancholijnie.
– Pójdę sobie stąd – powiedział Muminek surowo do żyrandola. – Znudziliście mi się wszyscy, pójdę na południe, na spotkanie Włóczykija. Usiłował otworzyć drzwi wejściowe, ale przymarzły. Biegał popiskując od okna do okna, ale i okna były poprzymarzane. Wtedy pobiegł na strych, otworzył klapę i wyszedł na dach. Uderzyło go zimne powietrze. Dech mu zaparło, pośliznął się i stoczył przez okap.
I tak nieszczęsny Muminek znalazł się w nowym niebezpiecznym świecie i wpadł po uszy w zaspę śniegu – pierwszą, jaką mu się zdarzyło w życiu widzieć. Coś kłuło go niemile w aksamitną skórę, ale jednocześnie jego nos zwietrzył jakiś nowy zapach. Był to zapach poważny, najpoważniejszy ze wszystkich znanych mu dotąd zapachów, i trochę przerażający. Lecz sprawił, że Muminek obudził się na dobre i poczuł ciekawość. Nad doliną rozpościerał się szary półmrok. Ale teraz dolina nie była zielona, tylko biała. Wszystko, co się kiedyś ruszało, zrobiło się nieruchome. Wszelkie żywe dźwięki zamilkły. Wszystko, co było kanciaste, stało się okrągłe.
– To jest śnieg – szepnął Muminek. – Słyszałem o tym od Mamy, to nazywa się śnieg. Bez wiedzy Muminka jego aksamitna skóra postanowiła powoli stać się futerkiem, które mogło przydać się w zimie. Wymagało to trochę czasu, ale decyzja została powzięta. A decyzja to zawsze rzecz pożyteczna. Tymczasem Muminek dalej z trudem wędrował przez śnieg, aż doszedł do rzeki. Była to ta sama rzeka, która przejrzysta i wesoła przepływała latem przez ogród Muminków. Teraz jednak wyglądała inaczej. Była czarna i obojętna – ona też należała do tego nowego świata, który był Muminkowi obcy. Na wszelki wypadek spojrzał na most. Spojrzał na skrzynkę pocztową. Zgadzało się. Uchylił nieco wieczka, ale nie było tam żadnej poczty prócz zeschłego liścia bez jednego słowa. Przyzwyczaił się do zapachu zimy i ów zapach nie budził już w nim ciekawości. Popatrzył na krzak jaśminu, który był bezładną plątaniną nagich gałęzi, i pomyślał przerażony: “Umarł. Cały świat umarł, kiedy spałem. Ten świat należy do kogoś innego, kogo nie znam. Może do Buki. I nie został zrobiony po to, aby żyły w nim Muminki”.
Przez chwilę wahał się. Ale potem uznał, że jeszcze gorzej byłoby znosić samotność, będąc jedynym nie śpiącym wśród śpiących. I Muminek ruszył przed siebie, wydeptując pierwsze ślady na moście i dalej, na zboczu góry. Były to ślady bardzo drobne, ale stanowcze i wiodły prosto pomiędzy drzewa, na południe.



Ojciec, Dariusz Bogucki, na jachcie w lodach


I zagadka… Jest taka książka, w której jest cały czas zimno i światem rządzi Ministerstwo Zimy, i nie jest to Lewa ręka ciemności Ursuli K. Le Guin ani Gra o tron, choć i tam oczywiście the winter is coming…
Książka zaczyna się tak…

14 lipca 1924 roku, gdy przyszli po mnie czynownicy Ministerjum Zimy, wieczorem tego dnia, w wigilję syberjady, dopiero wtedy zacząłem podejrzewać, że nie istnieję.
Pod pierzyną, pod trzema kocami i starym płaszczem gabardynowym, w barchanowych kalesonach i swetrze włóczkowym, w skarpetach naciągniętych na skarpety – tylko stopy wystawały spod pierzyny i koców – po kilkunastu godzinach snu nareszcie rozmrożony, zwinięty prawie w kulę, z głową wciśniętą pod poduchę w grubej obszewce, że i dźwięki docierały już miękkie, ogrzane, oblane w wosku, jak mrówki ugrzęzłe w żywicy, tak one przedzierały się w głąb powoli i z wielkim mozołem, przez sen i przez poduszkę, milimetr za milimetrem, słowo za słowem…

Przyjaciółka

Basia Kowalska

– Kochana – żyć mi się nie chce,
Już dłużej nie mogę,
Co warte jest życie,
Gdy każdy dzień boli?

Samotność mnie dręczy,
Cierpienie doskwiera,
Sił mi brakuje,
Kończę się powoli,

– Zobaczysz to minie,
Przejdzie, zapomnisz,
Wszystko się ułoży,
I zdrowie powróci,

– To niemożliwe,
To nigdy nie przejdzie,
Czekam już tylko,
Aż męka się skróci,

– Wiem, że masz ciężko,
Każdy ma jakoś,
Życie nie bajka,
Którą kupujesz,

– Kończę rozmowę,
Pa pa, Kochana,
Myśl o mnie często,
Ty mnie rozumiesz.

Co włożyć na fitness?
Pumę czy adidas?
Co włożyć na randkę?
Gucciego czy Diora?

Jak zwiększyć obroty,
Dochody mej firmy?
Wieczór w Operze?
Czy popracować?

Teraz na narty,
Z tymi czy z tymi?
Wymienić meble,
Na takie czy takie?

Podciągnąć francuski,
Wziąć nowe zlecenie,
Biznes się kręci,
Bonusy wszelakie,

Zjeść coś w „Sobieskim”,
Wejść w nowy projekt,
Znów mnie słuchają,
Świat wokół wiruje,

Tyle się dzieje,
Tak ciężkie jest życie,
Skąd brać na to siłę?
Kochana zrozumie.

– Kochana – żyć mi się nie chce…

Rodzinne wakacje i placek z porzeczkami

Spędziliśmy kilka dni latem 2018 roku w pięknym dworze naszego kuzyna.

Z tyłu za dworem jest sad i ogród, które dostarczyły nam agrestu, jabłek, porzeczek, kwiatów cukinii i dyni, ale i samej cukinii, oraz buraczków na chłodnik. Ogarnęło nas istne szaleństwo gotowania być może zdrowo, bezglutenowo, ekologicznie, ale przede wszystkim – smacznie.

Gotujemy. Było nas sześć (a potem jeszcze dojechała siódma) – piąta kucharka robiła zdjęcie, szósta, która przygotowała sztufadę – odpoczywa. Na patelni smażone kwiaty cukinii, w garnku – groszek cukrowy z orzechami nerkowca i sosem sojowym.

W planie działań sześciu kucharek znalazł się placek z porzeczkami, który przed laty, a dokładnie 11 sierpnia 2011 roku, rozpoczął naszą szaloną i wesołą rodzinną współpracę blogowo-kulinarną. Małgorzata przysłała wtedy zdjęcia porzeczek ze swego kanadyjskiego ogrodu, zdjęcie placka z porzeczkami oraz przepis. Teraz wreszcie rodzinnie zjedliśmy taki placek.

Letni placek porzeczkowy / Summer Currant Cake

Ciasto
2 filiżanki mąki (30 deka)
¾ filiżanki cukru pudru (10 deka)
2/3 filiżanki margaryny (15 deka) – nie używać masła! nie wyjdzie! ~
3 żółtka

Zagnieść wszystkie składniki w kulę. Jeśli ciasto jest za suche, dodać trochę zimnej wody. Wyłożyć cienko ciastem dno i boki tortownicy. Upiec na złoto, ostudzić.

Nadzienie:
3 białka
cukier puder – tyle, ile okaże się potrzebne.
czerwone porzeczki (lub jagody, maliny, truskawki), obrane z szypułek itp, umyte i wysuszone!

Ubić na sztywno pianę z białek. Dodawać cukier i dalej ubijać, aż uzyskamy gęstą masę. Dodać (ręcznie!) owoce i delikatnie wymieszać!!!. Wyłożyć nadzienie na spód z ciasta, piec w nagrzanym piekarniku (180°C), aż wierzch będzie lekko złocisty. Wyłączyć piec i zostawić ciasto w piecu na 15 minut.

Rodzina. Od lewej. Piotr upiekł łososia. Małgorzata zrobiła placek z porzeczkami. Maria przygotowała tiramisu w wersji z glutenem i bez. Ciocia upiekła sztufadę. Ja – zbierałam porzeczki. Jacek namalował akwarelę. Kasia robiła złotą konfiturę z papierówek, dodając masło! Agnieszka zrobiła wszystko! Stefek upiekł buraki. Leon i Kama pilnowali, żeby psy nie zjadły tego, co gotujemy i siebie nawzajem. Piotr i Agnieszka jako gospodarze dokonali największej sztuki – wspaniale udawali, że wszystko robi się samo, a nawała gości nie sprawia najmniejszego kłopotu.

Zdjęcie zrobił dron. Też mu nieźle wyszło…

Trochę zimy latem

Janina Kowalska

Wiatr

Jest koniec lutego. Siedzę sobie w ciepłym pokoju u córki we Florencji i patrzę na skutki wzmagającego się wiatru. Nawet pada trochę śniegu. Miasto jest wciśnięte między góry i ten śnieg pada prawdopodobnie tam, a tu jest go tyle, ile go wiatr przywieje. Po drugiej stronie ulicy w ogródku rośnie młody cyprys, jest na wysokości metra podparty drewnianym płotkiem, ale wiatr i tak miota nim na wszystkie strony.

Przypomniał mi ten wiatr dzień sprzed lat, który…

Za oknem mojego pokoju w Poradni Zdrowia Psychicznego, gdzie pracowałam jako asystent społeczny1, wisiały dwie biało-czerwone flagi. Był 17 stycznia 1955 roku, rocznica „oswobodzenia“ Warszawy przez Armię Radziecką. Nie o politykę mi to jednak chodzi, a opiszę ten dzień z punktu widzenia kobiety-matki.

Rozmawiałam właśnie z rodziną pacjenta, gdy do drzwi zastukała sekretarka i powiedziała, że jest do mnie telefon. Bardzo zdziwiona pobiegłam do sekretariatu. Dzwoniła moja mama, która u siebie w pracy miała na biurku radio. Powiedziała, że właśnie usłyszała komunikat o nadchodzącym nad Warszawę bardzo silnym wietrze. Wróciłam do rozmowy z bliskimi pacjenta. Zauważyłam, że flagi za oknem już nie zwisają spokojnie i szarpie nimi wiatr. Widać było, że się wzmaga. Zakończyłam rozmowę i poszłam poprosić szefa o zwolnienie z dalszych godzin pracy. Miałam dwie małe córeczki, starsza, trzyletnia Małgosia była w przedszkolu blisko domu, półtoraroczna Maria w żłobku, około 5 kilometrów od mojego miejsca pracy. Zastanowiłam się przez chwilę, co mam robić i co się stanie, gdy wiatr osiągnie większą szybkość, temperatura spadnie i zmrozi wczorajszą odwilż?

Szef pozwolił mi wyjść z pracy.

Nie mogłam liczyć na pomoc męża, który pracował w szpitalu i jednocześnie kończył studia medyczne. Był tak zajęty, że nawet nie wiedziałabym, dokąd mam dzwonić, żeby się z nim porozumieć. Zatelefonowałam więc jeszcze z Poradni do Ojca, który sam był odpowiedzialny za swoją pracę redakcyjną i nie obowiązywała go, modna wówczas, dyscypilna pracy.2

Umówiłam się z Ojcem, że przyjedzie do domu i będzie na mnie czekał. Wiatr szarpał flagami coraz mocniej, wczorajsze kałuże ścinał mróz, a ja pobiegłam na postój taksówek. Widziałam, jak odjeżdżały, ale udało mi się złapać ostatnią, jaka tam stała. Pojechaliśmy prosto do żłobka, trochę to trwało, bo zrobiła się potężna ślizgawica. Podjechaliśmy jak najbliżej wejścia, ale miałam jeszcze do przejścia około 50 metrów wzdłuż siatkowego płotu. Było bardzo ślisko, nogi mi się rozjeżdżały, łapałam się siatki, a z tyłu naciskał na mnie potężny wiatr. Odebrałam Marysię, nie tłumacząc , dlaczego ją zabieram wcześniej, bo nie chciałam siać paniki. Opatuliłam małą, jak mogłam, zakryłam jej buzię szalikiem. Trzymając dziecko w ramionach doszłam do ścieżki przy płocie. Uderzył we mnie potężny wiatr. Teraz wiał mi w twarz i był tak silny, że szarpał mnie razem z dzieckiem, omal mnie nie przewrócił. Uczepiłam się jedną ręką siatki i pociągając się za nią, usiłowałam iść. Moje zmagania zauważył czekający na mnie taksówkarz. Wyskoczył z auta, przybiegł na pomoc, objął mnie w pół i pchał do przodu, a ja jechałam na butach jak na łyżwach, kurczowo trzymając przerażone dziecko. Tak dotarliśmy do samochodu. Kazałam jechać do domu, a nie, jak to sobie przedtem umyśliłam, do przedszkola. Liczyłam, że Ojciec już jest. Zapłaciłam za ten kurs, jak to się mówi, oczy z głowy, ale też bardzo podziękowałam taksówkarzowi za pomoc.

Ojciec już był w mieszkaniu i usiłował napalić w piecyku, ale wiatr wydmuchiwał ogień na tacę leżącą przed piecykiem. W pokoju było przeraźliwie zimno. Ogrzanie go zawsze było skomplikowane, bo piecyk był podczepiony do drzwiczek dużego pieca, który w środku był całkiem zrujnowany, ale miał drożny kanał do wylotu komina. Położyłam ubrane dziecko na tapczanie i razem z Ojcem wzięłam się za rozpalanie. Trzymałam drzwiczki od piecyka, żeby ogień nie wylatywał, a piec „złapał ciąg“. Po kilku minutach udało się. Zostawiłam małą z Dziadkiem. a sama pobiegłam do przedszkola po Małgosię. Ubrałam ją i wzięłam na ręce, mocno ją do siebie przytulając. Kiedy wyszłam na ulicę, dziecko się przestraszyło i rozpłakało. Rozpięłam palto i przycisnęłam ją do siebie, całkowicie ją odgradzając od potwornego wiatru, i tak ruszyłam biegiem do domu. Małgosia przytulona do mnie, uspokoiła się. Biegłam tak z dziesięć minut, wiatr między domami nie był tak agresywny, a może ja się przyzwyczaiłam. W domu było ciepło i Marysia, już już bez płaszczyka, siedziała zadowolona na tapczanie. Ja padłam bez tchu. Ojciec zrobił herbatę i to mi wróciło siły. Najważniejsze, że dzieci były w domu.

Wiatr szalał i wzmagał się. Przed wieczorem mój mąż i mama też wrócili do domu. Mąż autobusem dojechał do Placu Uniii Lubelskiej i tam musiał się przesiąść do tramwaju. Na placu nawet w spokojne dni było wietrznie, a teraz, bez podpórki, nie można było ustać na nogach. Mąż na przystanku tramwajowym, w berecie naciągniętym na czoło i uszy, z podniesionym kołnierzem, stał trzymając się słupa latarni, ale do tramwaju miał do przebycia kilka kroków. Dwa razy nie udało mu się pokonać tej odległości, ale za trzecim zgiął się w pół i dobrnął do wejścia. Mama w pracy robiła bilans roczny i miała wracać do domu też dopiero wieczorem. Na szczęście trafiła na moment, gdy wiatr osłabł, dotarła do tramwaju i bez przeszkód do domu.

Wicher zrobił dużo szkód w Warszawie, wciąż jeszcze nie odbudowanej. W spalonych domach przewracały się ściany i leciały cegły. Było kilka osób rannych.


1/ Na początku lat pięćdziesiątych przyjechała do Warszawy Jekaterina Furcewa, minister oświaty Związku Radzieckiego, i wygłosiła na Uniwersytecie Warszawskim wykład „O szkodliwości stosowania badań psychologicznych“. Zamknięto wtedy wydziały psychologii, a psychologów przemianowano na asystentów społecznych. Zakazano, pod karą zwolnienia z pracy, stosowania testów. W Poradni Zdrowia Psychicznego jedna ze starszych psychologów, w wyjątkowo trudnym do diagnozy przypadku, zastosowała test osobowości. Nie wiadomo, jak ta wiadomość dotarła do dyrekcji i wywołała panikę; panią chciano zwolnić z pracy, a była tuż przed emeryturą. Z trudem udało się ją obronić.

2/ Dyscyplina pracy polegała wtedy na tym, że trzeba było przychodzić do pracy super punktualnie, a po przyjściu można już było nic nie robić.

Barataria 76 Babcia i wnuczka

Pamiętamy, Mietek Węglewicz odkrył, że słowo Barataria jako zaklęcie zostało użyte w zwariowanej sztuczce Gałczyńskiego, babcia i wnuczek, i że to od tego to zaklęcia wzięła się nazwa kawiarni Barataria w Warszawie na ulicdy Wilczej, o której wprawdzie w internecie nic nie można znaleźć, a przecież i tak już kilkakrotnie pojawiała się w tych wpisach (TU i TU, i oczywiście, siłą rzeczy, TU). Dawno temu odezwała się pani Zofia Klaybor, która jako studentka chodziła do Baratarii na kawę i spotykała tam Szymona Kobylińskiego (mieszkał ponoć niedaleko). Jednakże poproszona o obszerniejszy komentarz pani Zofia, nie odezwała się już więcej.

Jednak to jej zawdzięczam linka do ślicznego wspomnienia profesora Andrzeja Warchałowskiego z Uniwersytetu we Wrocławiu o  profesorze Macieju Mroczkowskim (1927-2007), entomologu i… psiarzu.

Przez następne sześćdziesiąt lat widywaliśmy się wielokrotnie w czasie moich wyjazdów do Warszawy, najpierw służbowych, a później związanych z moimi funkcjami w redakcjach, radach naukowych i Komitecie Zoologii PAN. Parę razy gościł także u mnie we Wrocławiu wraz ze swymi pieskami, gdy przyjeżdżał na wystawy psów rasowych. Maciek, bo tak Go koledzy w rozmowach nazywali, przez te wszystkie lata prawie zupełnie się nie zmieniał. Zaszyty w swoim gabinecie, zatopiony w stosach literatury, witał gości z wesołym wyrazem twarzy, zawsze mając dla nich jakąś zabawną anegdotę lub plotkę, bardzo bowiem lubił żarty i psoty. Na przykład: przy
ulicy Wilczej, naprzeciwko Instytutu, przez wiele lat znajdowała się cukierenka czy też barek o nazwie „Barataria”. Pracownicy Instytutu, a także i Maciek, zachodzili tam na drugie śniadanie lub na filiżankę kawy. Zachodził tam także znany rysownik i
grafik, Szymon Kobyliński ze swymi dwoma psami, zawsze tymi samymi, okropnie brzydkimi kundlami. Za każdym razem gdy wszedł i zajął miesce przy stoliku, to Maciek, jeśli akurat tam był, bardzo głośnym i przenikliwym szeptem odzywał się
do swoich towarzyszy: „O, patrzcie, pan Szymon przyprowadził nowe psy. Te, coście widzieli w zeszłym tygodniu, już zjadł”. Kobyliński znał się na żartach, więc tylko groził mu palcem.

Kobyliński rzeczywiście – psiarz nad psiarze, zresztą napisał nawet książkę – Zbrojny pies i zestaw plotek. No, a poza tym jest autorem komiksu pod tytułem… Przygody pancernych i psa Szarika (1970-1971)…

Cóż, literatura jest tylko naśladowczynią rzeczywistości, i Gałczyński powraca tu nam co i raz, to tu (powyżej), to tam czyli poniżej. Jak na dzisiejsze czasy przystało, w opowieści Kamili nie pojawia się wnuczek tylko wnuczka. A i babcia (też ma zresztą na imię Zofia) nie jest groteskowa czyli z groteski poetycko-krytyczno-społecznej, lecz jak najprawdziwsza i przez wnuczkę Kamilę nader kochana. A zatem, jak to w baratarystyce, wszystko odwracamy do góry nogami i oddajemy głos Kamili. Kamila napisała przed kilku dniami komentarz do wpisu numer 6 i tak to się zaczęło.

Kamila

Witam! Niezmiernie cieszę się, że ów wątek o tej kawiarni znalazłam 🙂 Moja Babcia pracowała w kawiarni Barataria na ul. Wilczej przez ok. 20 lat, począwszy od roku 1963. Opowiadała mi wiele ciekawostek, różnych sytuacji ze swojej pracy. Z opowiadań wynika, że był to w sumie najszczęśliwszy okres w jej życiu, bo pracę swą uwielbiała. Nazwa „Barataria” wzięła się z Don Kichota – od nieistniejącej/wymyślonej wyspy, której wielkorządcą miał być Sancho Pansa. Tak mówi Babcia. Kawiarnia co najmniej trzy razy zmieniała właścicieli, lecz wygląd i nazwa pozostawała. O cytatach z Gałczyńskiego Babcia również opowiadała, tak jak i wiszącym tułowiu kobiety-manekina ze szczotą zamiast głowy. Najbardziej spodobał mi się tekst podobno umieszczony przed ladą, który babcia zawsze z uśmiechem na ustach przywołuje: „Samoobsługa nie dotyczy królów, mężów stanu i poetów” 🙂
Babcia wiele razy opowiada o studentach z Politechniki, którzy w kawiarni byli stałymi bywalcami. Może ktoś tutaj pamięta moją Babcię Zosię, która przez te 20 lat parzyła kawę, nalewała koniaczek, podawała eklerkę? 🙂 Pozdrawiam. Kamila

Natychmiast napisałam do Kamili

Pani Kamilo, ten Pani komentarz byłby świetny jako osobny wpis. Czy Pani by się zgodziła wystąpić jako autorka? Chciałaby Pani sama taki wpis przygotowac? albo może zechciałaby Pani odpowiedzieć na kilka pytań uściślających a zarazem rozszerzających temat? Pytania dotyczyły by Babci i tego co ją łączyło z Baratarią i czy może zachowały się jakieś zdjęcia z tamtego czasu?
Bardzo serdecznie pozdrawiam
Ewa

Kamila natychmiast odpisała…

Bardzo, bardzo mi miło, dziękuję za odpowiedź! Jeżeli chciałaby Pani przygotować listę pytań… Babcia na pewno z chęcią na wszystkie odpowie – o ile pamięć jej nie zawiedzie i będzie miała na nie odpowiedź (w tym roku skończyła 83 lata). Wszystko mogę spisać i przesłać Pani.
Poszperam też w domowych pudłach ze zdjęciami, lecz z tego co kojarzę zachowało się praktycznie jedno jedyne zdjęcie Babci w kawiarni przy dużym ekspresie podczas parzenia kawy.
Jeśli chce Pani opublikować wpis, to ja oczywiście wyrażam na to zgodę – Babcia myślę, że też nie będzie miała nic przeciwko, a wręcz przeciwnie (zawsze kiedy pojawia się temat kawiarni staje się niezmiernie ożywiona i gotowa opowiadać, każdemu kto tylko chce słuchać).Mogłabym pokusić się o przygotowanie takiego wpisu, ale nie wiem też jakie oczekiwania wobec niego miałaby Pani. Tak sobie myślę, że jeśli Babcia odpowiedziałaby na większość pytań to byłby to może fajny wywiad. W takim wpisie więcej byłoby wtedy Jej.

Ps. Strasznie się cieszę, że Pani do mnie napisała!

Pozdrawiam,
Kamila

No to czekamy… na zdjęcie Babci Zosi przy ekspresie do kawy i na odpowiedzi na pytania:

Kiedy Babcia zaczęła pracować w “Baratarii”? Ile miała lat? Jaki był jej stan rodzinny?
Kto był wtedy właścicielem? Czy dobrze go znała?
Czy wie, kto nazwał kawiarnię “Baratarią”? Czy ten ktoś to opowiadał, czy było to zapisane, czy ktoś jej o tym powiedział?
Czy słyszała przedtem o Baratarii? A jeśli tak, to której? Tej Sancho Pansy czy tej pirata Laffitte? A może o Gałczyńskim?
Podobno lata pracy w “Baratarii” wspomina jako bardzo szczęśliwe. Dlaczego? Z uwagi na życie osobiste? Czy z uwagi na pracę w kawiarni? Czy jedno i drugie? A może praca i życie się splątały w jakiś szczególny sposób?
W jakich godzinach kawiarnia była czynna? W jakich ona pracowała? Czy stale w tym samym czasie, czy na zmiany?
Czy może opisać wygląd kawiarni? Bar? Stoliki? Okna? Obrazy?
Czy wie, kto urządził kawiarnię? Czy ludzie lubili wnętrze kawiarni?
Czy były gazety do czytania? A jeśli tak, to jakie?
Czy pamięta jak się parzyło wówczas kawę i jak się ją podawało?
Czy podawano alkohol?
Czy pamięta, co było do jedzenia? Jakie były ciastka? Kto je piekł?
Czy mogła by podać przepis na coś, co lubiła jeść, gdy była w pracy?
Czy może opowiedzieć jakieś anegdoty z czasu pracy? O ludziach? O zdarzeniach? O przedmiotach? O muzyce? O poezji?
Czy jakieś zdarzenie polityczne czy kulturalne szczególnie jej utkwiło w pamięci i w jakiś sposób wiązało się z jej pracę (np. czy szła po pracy na jakiś koncert albo nie mogła wrócić do domu, bo na ulicy były zamieszki?)
Czy wie kiedy i dlaczego “Barataria” została zamknięta?
A kiedy i dlaczego on przestała pracować w “Baratarii”?

A w ogóle niech nam po prostu opowie, co pamięta, a Kamila niech nam to zapisze
i opisze!!!

Orient powszedni XI

Agnieszka Fetzka i Tomasz Fetzki

Viator

Być w Augustowie i nie płynąć Kanałem Augustowskim to jak palić, ale się nie zaciągać. Takoż rzecz ma się z pobytem na Suwalszczyźnie i odwiedzinami w Suwałkach. Toteż bezpośrednio po rejsie Kanałem ruszyło Viatorostwo w kierunku Suwałk.

Wędrowiec był już tutaj trzydzieści lat temu. Z owego czasu pozostało mu wspomnienie głupawej nieco radochy, gdy w mieście ówcześnie wojewódzkim widział głównie małomiasteczkowe domki, w niczym nie licujące z powagą siedziby województwa. Tak mu się wówczas wydawało, ale to działo się dawno temu, a on był wtedy, jak napomknął, młody i głupi. Dziś już potrafi docenić niską – to fakt – ale elegancką, foremną, przemyślaną, przyjazną człowiekowi zabudowę Śródmieścia, zwłaszcza ulic Kościuszki i Chłodnej oraz placu Piłsudskiego. Fasady malowane na biało lub w barwach pastelowych: uczta dla oka. Dorósł Viator przez te trzy dekady. Dojrzał.

Wśród niewysokich, klasycystycznych kamienic niemal monumentalnie prezentuje się, również klasycystyczna, konkatedra św. Aleksandra, choć w istocie wcale nie jest taka wielka. Kwestia skali, otoczenia, myśli urbanistycznej.

Kościół jest, rzecz jasna, katolicki. Bo też taki w większości charakter mają Suwałki. Zdecydowanie dominują tu łacinnicy polskiego etnosu (tak, tak! Viator pamięta o Litwinach, ale o nich będzie później), choć drzewiej różnie z tym bywało, wszak miasto, dawny gród Jaćwingów, szczyci się zabytkowym Zespołem Cmentarzy Siedmiu Wyznań. A na nim, pośród innych, groby wspomnianych tydzień temu starowierców: do dziś Wędrowiec płoni się ze wstydu na myśl, że nie uwzględnił w planie wizyty suwalskiej molenny. Nie odwiedził także stojącej gdzieś na peryferiach cerkwi prawosławnej. Za to podziwiał wznoszący się w Śródmieściu elegancki, jak wszystko tutaj, kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa, obecnie katolicki, niegdyś ortodoksyjny. Panta rhei!

Kierunek wschód. Za niedługo Wędrowcy znajdą się w jednym z najpiękniejszych i najbardziej mistycznych miejsc Suwalszczyzny. Półwysep wrzynający się w długie, rynnowe, niebywałej urody jezioro Wigry. Klasztor Kamedułów.

Czytelnik nie musi mieć takich zwichrowanych zainteresowań jak Viator, przeto i nie jest zobowiązany posiadać wiadomości na temat białych mnichów: lektura Pana Wołodyjowskiego to jednak za mało. Dlatego Pielgrzym czuje się w obowiązku przekazać garść podstawowych informacji, bez których wizyta w Wigrach nie mogłaby się udać.

Żyjący na przełomie X i XI wieku książęcy syn, Romuald z Rawenny, wstąpił do zakonu benedyktynów, aby pokutować za grzechy ojca i własne. Po kilku latach odczuł potrzebę bardziej radykalnej realizacji rad ewangelicznych, przeprowadził przeto reformę zakonu, a ściślej rzecz ujmując – stworzył nowy zakon, w którym połączyć chciał charakterystyczny dla synów świętego Benedykta monastyczny, wspólnotowy sposób życia z duchem pustelniczym. Czyli… pożenił wodę z ogniem, o czym świadczyć ma herb zakonny – dwa gołąbki pijące z jednego naczynia – symbolizujący harmonijne połączenie wspólnoty braterskiej z samotnością, monastycyzmu z eremityzmem. Ten zakon to oczywiście kameduli. Mnisi większość dnia spędzają jak pustelnicy: w samotności, w milczeniu, dzieląc czas między prywatną modlitwę kontemplacyjną i pracę fizyczną. Jedynie kilkakrotnie w ciągu dnia gromadzą się na wspólnej mszy oraz na modlitwie Liturgii Godzin (czyli, tak bardziej po ludzku, na modlitwie brewiarzowej). Poza tym, kilka razy w roku, spotykają się na braterską rekreację, aby celebrować ducha braterskiej wspólnoty. Z takiego trybu życia wynika wprost architektura klasztoru: nie jest to, jak zazwyczaj, duży jednolity budynek z wirydarzem pośrodku, tylko zespół osobnych malutkich domków – eremów. Pracują kameduli ciężko, milczą wytrwale, jedzą skromnie. Memento mori! Habity noszą białe. Stąd teren, na którym znajdowała się siedziba zakonników, nazwano często Bielanami. Tak jest w Krakowie, na Srebrnej Górze w Lasku Wolskim, gdzie bracia żyją do dziś. Tak też sprawy się mają w Warszawie (no właśnie imć Michał Wołodyjowski!), gdzie co prawda mnichów od dawna już nie ma, ale klasztor stoi. Należy do Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego.

W obu tych miejscach był już Viator, Wigry to trzeci kamedulski erem, ku któremu zmierza. A cóż go ku niemu ciągnie? Wszak i tutaj już od 1805 roku nie ma zakonników: pruscy zaborcy ich stąd wygnali. Mnichów nie ma, ale atmosfera pozostała. Wędrowiec uprzedzał na samym początku podróży, iż będzie to wędrówka mistyczna, na granicy światów. I taką właśnie jest. Jaka więc siła tajemna ciągnie Viatora ku eremowi? Mysterium fascinosum wymieszane z mysterium tremendum. Bo też i radykalizm oraz odmienność życia kamedulskiego budzą podziw splątany ze strachem. Choć, z eschatologicznego punktu widzenia, są całkowicie uzasadnione. Logiczne. Skoro uznaję, że życie przyszłe jest ważniejsze, prawdziwsze, cenniejsze od doczesnego, to bez żalu to drugie i jego pokusy poświęcam, aby lepiej się przygotować na nieuchronne a wyczekiwane spotkanie z Wiecznością. Memento mori. Z takim podejściem niekoniecznie się trzeba zgadzać, ale niewątpliwe budzi ono szacunek: o ile Błażej Pascal ze swoim zakładem jawi się jako mały, silnie interesowny i merkantylny kupczyk, o tyle kameduli to hazardziści z wielkim rozmachem: kładą na szalę wszystko, ryzykują ogromnie, żadnych półśrodków. Bo już nawet nie chodzi o to, że ciężko jest trwać na wysuniętej modlitewnej placówce przed obliczem Najwyższego, ale o to, że pozostaje się na niej sam na sam… ze sobą samym. A to wyjątkowo uciążliwe towarzystwo, każdy z nas ucieka od niego w pracę, życie towarzyskie, ekran smartfona. Trzeba odwagi na takie spotkanie. Szacunek. Szacunek tym bardziej, że kameduła robi to, co robi, na własny jedynie rachunek, nikogo do niczego nie zmusza: wszelka aktywność zewnętrzna, także misjonarska i duszpasterska, jest w tym zakonie surowo zakazana. I taką postawę Viator, choć jej nie podziela, to jednak darzy głęboką estymą. Zwłaszcza, że żyje w świecie, w którym ciągle ktoś chce go zbawiać na siłę, podając do wierzenia i do realizacji różne mądrości. Ciągle ktoś wie lepie, co jest wartościowe i godne ofiary z życia, najchętniej cudzego. Szczególnie tak jakoś od trzech lat próbują go na siłę uszczęśliwiać. Marny trud, przyjaciele.

Wigierski klasztor nie dość, że malowniczo na półwyspie i na wzgórzu położony, jest też świetnie zachowany.

A wśród innych kamedulskich siedzib wyróżnia się niezwykłą, dwupoziomową konstrukcją: dwa tarasy eremów.

Kameduli, surowi za życia, pozostają takimi po śmierci. Gdy zakonnik umiera, bracia kładą jego ciało na prostą deskę, wsuwają do wnęki w podziemiach kościoła, zamurowują otwór i… tyle. Czeka tam sobie duchowy hazardzista na Sąd Ostateczny. Takie katakumby widział już kiedyś Viator w krakowskim eremie, dziś ogląda je w Wigrach. O przeznaczeniu krypty świadczy jedyny zachowany na jej ścianach fresk: dance macabre, taniec śmierci. Kostucha pląsa z mnichem.

Są też dwa przeszklone otwory, można w nich obejrzeć to, co pozostało z cielesnej powłoki świątobliwych braci; to ślad po próbie plądrowania katakumb, jaką podjęli żołnierze kajzera, okupujący Suwalszczyznę podczas I Wojny Światowej. Obejrzeć można, ale zdjęć robić nie wypada: uszanujmy majestat śmierci.

Aż dziw bierze, iż tacy mocarze metafizyczni jak kameduli wigierscy potrafili od czasu do czasu splamić się małostkowością. Na przykład wadzili się gwałtownie z pustelnikiem ze Studzienicznej (Wędrowiec tydzień temu o nim opowiadał), kto jest doskonalszym eremitą… Czy dlatego muszą jeszcze przez jakiś pokutować, wcieleni w stado białych czapli, które Wędrowcy spotkali na Kanale Augustowskim? Bo że to oni właśnie, Viator nie ma żadnych wątpliwości. Ale może powód ich przedłużonego doczesnego pobytu jest zupełnie inny. Niewykluczone, że Najwyższy, obdarzony wyrafinowanym poczuciem humoru, wysłał ich w nagrodę na urlop: nie mogli za życia, niech teraz nacieszą się do syta pięknem suwalskich jezior i augustowskich lasów. Kto wie.

Z żalem żegnają Wędrowcy niezwykłe miejsce. Można powiedzieć że Viator, jak stachanowiec, wyrobił już 60% normy. Pozostały mu jeszcze do odwiedzenia ostatnie dwa polskie eremy kamedułów. Czynny klasztor w Bieniszewie pod Koninem oraz pokamedulski zespół w Rytwianach na Sandomierszczyźnie. Uczyni to niechybnie!

Słońce chyli się powoli ku zachodowi. Viatorostwo podąża za nim, by dzień w pełni wykorzystać. Przez Szypliszki i Wiżajny (takie dziwne nazwy to jeden z niewielu śladów po Jaćwingach, dawnych gospodarzach tych ziem) mkną Wędrowcy pośród wysokich wzgórz morenowych, takich prawie gór kieszonkowych, pędzą wśród jezior i ani się spostrzegą, gdy opuszczą Suwalszczyznę i wjadą na Mazury. Postój w Bolciach, krótka wizyta na trójstyku granic Polski, Litwy i Rosji, reprezentowanej tutaj przez eksklawę kaliningradzką. Oby nie za szybko te granice po raz kolejny zmieniły swój przebieg!

Dalej, czas nagli, jak zwykle zresztą. Zmrok już niemal zapadał, gdy Wędrowcy stanęli u stóp kolejowych wiaduktów w Stańczykach. Linia Gołdap-Żytkiejmy, której były częścią, już nie istnieje, ale zabytkowa konstrukcja z początków XX wieku, wzorowana na ponoć na prowansalskich akweduktach w Pont-du-Gard, wysoka na 36 i pół metra, na szczęście przetrwała dziejowe zawieruchy. Prezentuje się tym bardziej monumentalnie, że wokół (jak śpiewała Budka Suflera w jednej ze swych dawnych, dobrych piosenek) wagnerowski ton – mroczno, chmurno, a niebo co chwilę rozświetlają błyski nadchodzącej wielkimi krokami burzy.

Viatorka

Sprawami metafizycznymi na tym odcinku podróży zajął się Viator, jak zwykle zresztą, pieczołowicie i drobiazgowo. Pozostało więc Viatorce poczynić kilka uwag natury zdecydowanie bardziej przyziemnej. Doczesnej.

Po pierwsze: w Suwałkach znowu delektowało się Viatorostwo kuchnią regionalną. Nie, i tym razem nie skosztowaliśmy jeszcze kartaczy, Viator bowiem, po konsultacji z gospodarzami naszego noclegu, oświadczył, że najlepsze są jednak na Litwie. No trudno. Restauracja Karczma Polska oferowała na szczęście tyle innych pysznych regionalnych specjałów, że i tak Wędrowcy wyszli stamtąd ledwo ruszając się z przejedzenia. Po spożyciu chłodnika litewskiego podanego z okraszonymi ziemniakami pozbyła się w końcu Viatorka wyniesionego z dzieciństwa (ściślej mówiąc z przedszkolnej kuchni) uprzedzenia do chłodników. Ponadto czosnkowo-serowe chlebki litewskie, swojski smalczyk z pieczywem i ogórasem oraz kiszka ziemniaczana. Na koniec bliny litewskie. Nie wiedzieć czemu wydawało się kiedyś Viatorce, że są one robione z ciasta drożdżowego. A tymczasem to po prostu placki ziemniaczane nadziewane mięsnym (albo grzybowym) farszem. Bardzo smaczne, chociaż, jak inne potrawy kuchni suwalsko-litewskiej, bardzo syte i kaloryczne. W końcu dawni mieszkańcy tej ziemi musieli mieć siłę do ciężkiej pracy w polu!

Interesująca na swój sposób była też dla Viatorki wizyta w klasztorze w Wigrach. Owszem, bardzo lubi ona, podobnie jak Viator, atmosferę tego typu miejsc i chętnie je odwiedza. Ale akurat w Wigrach uwagę Viatorki przykuło coś naprawdę przyziemnego – trasa dla wózków! Pierwszy raz w miejscu zabytkowym w Polsce spotkało się Viatorostwo z takim rozwiązaniem. Jakaż to ulga, kiedy można spokojnie, nawet samemu, bez niebezpieczeństwa utraty koła i bez szczękania zębami podczas jazdy po bruku, przemieszczać się od parkingu przez prawie cały teren klasztoru. No, wiadomo, że wieża, krypta czy dolny poziom eremów dla wózkowiczów raczej pozostanie niedostępny, ale i tak trasa zasługuje na pochwałę.

Okazuje się, że można coś takiego gustownie zrobić w miejscu zabytkowym, a konserwator zabytków nie piętrzy problemów. Dlaczego więc zwykle nasze miasta rewitalizuje się bez myślenia o potrzebach niepełnosprawnych? Bruk wygląda pięknie, ale dla ludzi poruszających się na wózkach czy o kulach, jak też zresztą dla pań na szpilkach, jest prawdziwą udręką. Takie to są wieloletnie Viatorki frustracje. A przecież można powielić takie praktyczne i dobrze prezentujące się ścieżki, jak ta wigierska chociażby. Urody żadnemu rynkowi na pewno nie ujmą. Tylko, że łatwiej urzędnikom twierdzić, że się nie da. tak samo, jak rzekomo się nie da zrobić podjazdu czy windy w zabytkowym budynku. Bo konserwator, bo to, bo tamto… A zresztą to kosztuje, a ilu tych niepełnosprawnych w końcu przychodzi; to się nie opłaca. Natomiast wydawać pieniądze na broszurki, kwiatki, cateringi, imprezy czy PR opłaca się jak najbardziej. Cóż, syty głodnego nie zrozumie.

Zaraz za Stańczykami złapała Wędrowców burza. Ale taka straszna, że też można ją uznać za rodzaj doświadczenia mistycznego (tak przynajmniej stwierdził Viator). W deszczu i wśród grzmotów powróciło Viatorostwo z Mazur na Suwalszczyznę. Gdy dojeżdżali do Augustowa, niebo już się wypogodziło, ale zapadła noc. Augustowskie noce… Cóż: gdy się tak intensywnie przeżywa augustowskie dnie, w nocy śpi się jak kamień.

Ślub w rodzinie

…skłonił mnie do zreblogowania dawnego mojego wpisu, w którym słynna kobieta literacka bierze ślub. Wpis ukazał się na blogu Jak udusić kurę…, w którym niemal w każdym wpisie była zagadka, najczęściej literacka, i przepis kulinarny. Najpierw zagadka:

Stół zastawiono pod wozownią. Znalazły się na nim cztery pieczenie wołowe, sześć kurcząt, duszona cielęcina, trzy ćwiartki baranie, a pośrodku pieczone prosię przybrane czterema kiełbaskami ze szczawiem. Po rogach stały karafki z wódką. Słodki jabłecznik, musując w butelkach, otaczał korki gęstą pianą, a kieliszki już zawczasu napełnione były winem aż po brzegi. Na wielkich półmiskach z żółtą galaretką, która drgała za każdym potrąceniem stołu, wypisane były kolorowym maczkiem monogramy nowożeńców. Ciasta i torty piekł cukiernik sprowadzony z Y. Starał się, jak mógł, bo był to pierwszy jego występ w okolicy. Deser był arcydziełem i powitany został okrzykami podziwu. Na niebieskiej tekturowej podstawie w kształcie świątyni z portykami, kolumnadą, posążkami ze stiuku ustawionymi w niszach, usianymi złotymi gwiazdami z papieru, stała wieża z ciasta otoczona pomniejszymi fortyfikacjami z tataraku, migdałów, rodzynków i pomarańczowych skórek. Wreszcie na najwyższej kondygnacji przedstawiającej zieloną łączkę wśród skał i jezior z konfitur, wśród okrętów z łupinek orzecha kołysał się mały amorek na czekoladowej huśtawce, której słupy ozdobione były, niby kulkami, pąkami świeżych róż.

Jedli do wieczora; kto był zmęczony siedzeniem, szedł przejść się trochę na podwórze albo do stodoły na partię kręgli i wracał znów do stołu. Wreszcie kilka osób zdrzemnęło się, niektórzy chrapali nawet. Ale przy kawie ożywili się wszyscy. Śpiewali, mocowali się, nosili ciężary, próbowali dźwignąć wóz na ramionach, dowcipkowali i całowali panie. Wieczorem, gdy przyszła pora odjazdu, konie po chrapy spasione owsem wierzgały, stawały dęba, aż pękała uprząż, a panowie klęli lub wybuchali śmiechem. W całej okolicy widać było w tę księżycową noc pędzące galopem po kałużach, wybojach i bezdrożach bryczki, z których wychylały się kobiety, by chwycić lejce…

Co to za książka? Co to za kobieta?

Za rozwiązanie zagadki będzie nagroda.

Zastanowiły mnie te kiełbasy ze szczawiem. Wydaje mi się, że nie ma przepisu na kiełbasę, która miałaby szczaw w środku i raczej chodzi o potrawę, w której kiełbasy (kiełbaski) ułożone są na warstwie szczawiu. Nie znalazłam przepisu, któryby się tak nazywał, również w języku oryginału. Tym niemniej w oryginale są to też kiełbasy ze szczawiem. Dziwne, dziwne… ale być może Flaubert nie miał pojęcia o kulinariach, albo, przeciwnie, miał pojęcie jak najbardziej, ale była to potrawa, która już dziś nikogo nie rajcuje i nikt jej już nie robi.

Ja proponuję placek lotaryński czyli kisz ze szczawiem i kiełbaskami (oczywiście może być bez kiełbasek lub z kiełbaskami sojowymi). Tarta jest przepyszna, najlepsza jaką kiedykolwiek jadłam (oczywiście bez kiełbasek)…

Ciasto:
1 szklanka mąki
0,5 kostki masła
2 żółtka
2 łyżki zimnej wody

Farsz:
1 cebula
ok. 0,25 kg szczawiu
1 ząbek czosnku
2 łyżki musztardy dijon
60 g sera (powinien być ostry i twardy)
6 kiełbasek typu dobre cienkie parówki, bez skórki lub ze skórką jadalną
3 jajka
1 duży jogurt kremowy
tymianek świeży i suszony
gałka muszkatołowa cała (mamy tarkę lub młynek do gałki? Bo jak nie, to wziąć w proszku)
pieprz

Zimne masło pokroić w kostkę, mąkę przesiać przez sito, żółtka ubić z wodą. Wszystkie składniki stopniowo wrzucić do malaksera i ukręcić ciasto, albo zagnieść ciasto w misce. Tak czy owak powinna się zrobić nie lepiąca się do palców kula. Zawinąć w folię przezroczystą i włożyć na godzinę do lodówki.
Wyjąć, rozwałkować, natłuścić masłem okrągłą foremkę do tart, wyłożyć ciastem, pokrywając również brzegi. Ciasto nakłuć widelcem. Aby kształt placka się utrzymał, dobrze jest pokryć ciasto folią do pieczenia lub papierem i nasypać suchego grochu. Nagrzać piekarnik do temperatury 180 stopni. Piec 8 minut, wyjąć z piekarnika, usunąć fasolę i folię, wstawić z powrotem do pieca na 2 minuty. Wyjąć, ostudzić, posmarować musztardą i wsadzić z powrotem do pieca na 2-3 minuty. Wyjąć i schłodzić.

Ufff. Teraz farsz.

Cebulę, pory, szczaw, kiełbaski pokroić. Podsmażyć na patelni kiełbaski (na oliwie lub na boczku, jak kto woli), wrzucić cebulę i rozgnieciony czosnek oraz suszony tymianek, podsmażyć, dodać pokrojony szczaw. Raczej dusić niż smażyć, aż składniki zmiękną. Ostudzić.
Połowę sera pokroić w cienkie plasterki, połowę zetrzeć na tarce. Plasterkami wyłożyć dno tarty.
Jogurt wymieszać w miseczce z 3 jajkami, utartym serem i startą gałką muszkatołową, pieprzem, solą. Dodać świeży tymianek.
Do foremki z ciasta nałożyć farsz, zalać sosem jogurtowo-jajeczno-serowym.
Piec 20 minut, aż wierzch się zetnie i zrumieni.
Podawać na zimno lub ciepło.

No i na zimno można było ułożyć takie kawałki tarty wokół pieczonych mięsiw. Czemu nie.

Heute abend auf dem Himmel

gestern schrieb ich über metaphorische Mondgöttin, heute

Klaus-Peter Schröder

schreibt über total un-metaphorische

totale Mondfinsternis über Deutschland (Reblog)

Nur selten fällt eine totale Mondfinsternis mit der günstigsten Sichtbarkeit eines äußeren Planeten zusammen: Am späten Abend des 27. Juli 2018 steht tief über dem Südosthorizont, nur knapp sechs Grad nördlich des Roten Planeten Mars, der ebenfalls rötlich leuchtende, verfinsterte Erdtrabant. Lesen Sie hier, wie Sie diesen besonderen Anblick am besten genießen können.

Am Abend des letzten Freitags im Juli 2018, zwischen 21:30 Uhr und 23:13 Uhr, ist es endlich wieder so weit: Zur Vollmondzeit tritt der Erdtrabant in den Schatten unseres Planeten ein und schimmert dann in einem kupferroten Licht. Währenddessen leuchtet nur eine Hand breit unterhalb des verfinsterten Mondes ein weiterer Himmelskörper, der ebenfalls durch eine rötliche Farbe auffällt: Es ist der Planet Mars, der nun besonders hell ist und während der gesamten Nacht über dem Horizont bleibt. Hat jeder der beiden Akteure für sich genommen schon viel zu bieten, so ist das Rendezvous am 27. Juli 2018 erst recht ein astronomisches Highlight. Bereits die Beobachtung dieses Himmelsschauspiels mit bloßem Auge verspricht Eindrücke, die Sie sich nicht entgehen lassen sollten!

© Felix Nendzig (Ausschnitt)

Beim Betrachten durch ein Fernglas oder ein Teleskop zeigen sich im Umfeld des verfinsterten Erdtrabanten mehrere lichtschwache Sterne, die im gleißenden Licht des Vollmonds niemals sichtbar wären. Dies verleiht dem Anblick eine ungeahnte räumliche Tiefe. Hinzu kommt die ungewohnte Farbe des Mondes, die besonders zur Mitte der Verfinsterung, gegen 22:23 Uhr, die Blicke auf sich zieht.

Bei einer solchen totalen Mondfinsternis steht der Erdtrabant der Sonne am Himmel gegenüber: Sonne, Erde und Mond sind dann entlang einer Linie aufgereiht. Gleiches gilt an diesem Tag für den Mars: Wie der Vollmond, so geht auch er zu Sonnenuntergang im Südosten auf und zu Sonnenaufgang im Südwesten unter – man sagt, der Planet befindet sich in Opposition zur Sonne.

© SuW-Grafik (Ausschnitt)

Der Erdschatten: Gar nicht so finster

Bereits um 20:24 Uhr MESZ beginnt der Ostrand des Mondes etwas angeknabbert auszusehen. Allerdings ist diese Phase der partiellen Verfinsterung nur in den östlichen und südöstlichen Teilen Europas gut sichtbar. In Mitteleuropa erreicht der Mond erst ab etwa 21:30 Uhr ausreichende Höhen über dem Horizont und ist dann bereits vollständig in den Kernschatten der Erde eingetaucht. Erheblich besser lassen sich die partiellen Phasen der Mondfinsternis nach dem Ende der Totalität, ab 23:13 Uhr, verfolgen.

© Fred Espenak / NASA / SuW-Grafik (Ausschnitt)

Verlauf der Mondfinsternis | Am 27. Juli 2018 durchläuft der Mond den Erdschatten nahezu zentral und erscheint daher besonders dunkel. In weiten Teilen Mitteleuropas steht er ab etwa 21:30 Uhr MESZ hoch genug über dem Horizont, um in einem Fernglas sichtbar zu sein. Zu dieser Zeit ist er bereits vollständig in den Kernschatten der Erde eingetreten.

Hätte die Erde keine Atmosphäre, so wäre der Mond während der totalen Phase der Finsternis unsichtbar. Die Brechkraft der irdischen Luftschichten lenkt aber ein wenig Sonnenlicht in den Kernschatten der Erde hinein, der in Mondentfernung etwa noch zweieinhalb Monddurchmesser groß ist. Ein Astronaut auf dem Mond würde unseren Planeten in diesem Moment als dunkle Scheibe mit zwei Grad Durchmesser wahrnehmen, die sich vom umgebenden Weltraum durch einen dünnen, feurig roten Lichtsaum abgrenzt: Aus seiner Sicht würde die Erdatmosphäre von hinten beleuchtet.

Es ist dieses vom Staub und Dunst der Atmosphäre rot gefilterte Licht, in dem wir den verfinsterten Vollmond am irdischen Himmel sehen. Besonders eindrucksvoll ist der Anblick, wenn Sie ein Fernglas benutzen – denn im Vergleich zu einem herkömmlichen Teleskop bietet dieses kompakte optische Gerät den Vorteil, dass Sie mit beiden Augen zugleich hindurchsehen können. Da der Mond den Erdschatten diesmal nahezu zentral durchläuft, erscheint er während der Totalität besonders dunkel.

Das Ende der totalen Verfinsterung ist um 23:13 Uhr erreicht; etwa um 23:45 Uhr erscheint der Mond noch halb verfinstert. Was ihn dann jedoch von einem gewöhnlichen Halbmond im letzten Viertel unterscheidet, ist sein Anblick im Fernglas oder Teleskop: Im letzten Viertel fällt das Sonnenlicht nahe der Hell-Dunkel-Grenze unter einem sehr flachen Winkel auf die Mondoberfläche, so dass hier Kraterwände und Gebirge lange, schwarze Schatten werfen. Entlang der reichlich unscharfen Hell-Dunkel-Grenze einer Mondfinsternis erscheinen diese langen Schatten jedoch nicht, denn das Licht trifft ja nun weiterhin direkt von oben auf die Mondoberfläche – und nicht von der Seite, wie beim echten Halbmond.

Um 00:19 Uhr MESZ ist auch der letzte fehlende Bissen am Westrand des Mondes verschwunden; der Mond hat dann den Kernschatten der Erde vollständig verlassen. Den Kernschatten der Erde umgibt eine ringförmige, weniger dunkle Zone, der Halbschatten. Er verrät sich kurz nach dem Ende der Totalität durch eine geringe, sehr diffuse Abschattung in der Nähe derjenigen Stelle, an welcher der Kernschatten soeben noch auf den Vollmond fiel.

Seltenes Ereignis

Das schöne Schauspiel einer Finsternis tritt nicht bei jedem Vollmond ein, denn dazu müsste die Mondbahn genau innerhalb der Erdbahnebene liegen. Tatsächlich ist die Bahn jedoch um rund fünf Grad geneigt. Dies hat zur Folge, dass der Mond die Erdbahnebene während eines vollen Umlaufs an zwei Punkten durchquert: an den so genannten Knotenpunkten. Durchläuft der Mond die Erdbahnebene von Nord nach Süd, steht er im absteigenden Knoten. Ihm gegenüber befindet sich der aufsteigende Knoten, in dem er die Erdbahnebene von Süd nach Nord durchläuft.

Stellung des Mondes zur Erde | Am 27. Juli 2018 steht der Erdtrabant zur Vollmondzeit in der Nähe des Punktes, in dem er die Erdbahnebene von Nord nach Süd durchquert: im absteigenden Knoten seiner Bahn. Die nun eintretende totale Mondfinsternis wird von zwei Sonnenfinsternissen flankiert, denn rund zwei Wochen zuvor, am 13. Juli, und zwei Wochen danach, am 11. August, befindet sich der Mond zur Neumondphase nahe dem aufsteigenden Knoten zwischen Erde und Sonne. Allerdings ist keine dieser partiellen Finsternisse von Mitteleuropa aus sichtbar.

Demzufolge müsste sich der Erdtrabant zur Vollmondzeit genau in einem der Knotenpunkte befinden, damit eine Finsternis eintreten kann. Dank der Größe des Erdschattens, der in Mondentfernung mehr als zweimal so groß ist wie der Mond, genügt es jedoch, wenn der Vollmond einem der Knoten sehr nahe kommt. Zumeist läuft er aber zu weit nördlich oder südlich am Erdschatten vorbei, so dass keine Finsternis eintritt. Und selbst wenn die Bedingung erfüllt ist, kann es vorkommen, dass wir in Mitteleuropa keine Finsternis erleben können, denn schließlich muss unser Kontinent zur passenden Zeit dem Mond zugewandt sein, so dass er für uns während der Nacht über dem Horizont steht.

Beispielsweise konnten wir die totale Mondfinsternis am 31. Januar 2018 nicht sehen, weil sich Mitteleuropa zur fraglichen Zeit auf der mondabgewandten Seite der Erde befand. Meist muss ein ortsgebundener Beobachter ein bis zwei Jahre auf die nächste totale Mondfinsternis warten. Partielle Verfinsterungen, bei denen der Trabant nur teilweise in den Schatten der Erde eintaucht, sind etwas häufiger.

Günstige Sichtbarkeit mit Handikap

Unser äußerer Nachbar Mars erreicht während seiner diesjährigen Opposition einen Winkeldurchmesser von rund 24 Bogensekunden, was beinahe der größtmögliche Wert ist. Auch seine scheinbare Helligkeit ist Ende Juli maximal. Dies hat einen einfachen geometrischen Grund: Sonne, Erde und Mars liegen am 27. Juli ja aufgereiht auf einer Linie. Der Planet steht dabei nahe am sonnennächsten Punkt seiner Bahn, dem Perihel. Gleichzeitig steht die Erde im Juli noch nahe an ihrem sonnenfernsten Punkt, dem Aphel. Somit kommen sich Mars und Erde während ihrer Begegnung diesmal viel näher als in durchschnittlichen Oppositionen. Der Abstand beider Planeten beträgt am Monatsende nur rund 58 Millionen Kilometer, während er in ungünstigen Fällen bis zu 101 Millionen Kilometer betragen kann.

Doch leider gibt es einen Wermutstropfen: Auf Grund der räumlichen Lage der Marsbahn ereignen sich Periheloppositionen stets im weit südlich gelegenen Teil des Tierkreises. Am 27. Juli steht Mars im westlichen Teil des Sternbilds Steinbock, das in Mitteleuropa niemals hoch über den Horizont gelangt. Das vom Planeten kommende Licht muss somit einen relativ langen Weg durch die Erdatmosphäre zurücklegen, bevor es das Teleskop des Beobachters erreicht. Deshalb ist es auch wahrscheinlich, dass die allgegenwärtige Luftunruhe die Sichtbarkeit feiner Details deutlich einschränkt.

Oppositionsschleifen von Mars, Saturn und Pluto | Die hellen Planeten Mars und Saturn tummeln sich derzeit im südlichen Teil der Ekliptik, in den Sternbildern Steinbock beziehungsweise Schütze. Hier, vor dem sternreichen Hintergrund der Milchstraße, zieht auch der lichtschwache Zwergplanet Pluto seine Bahn.

Unser roter Nachbar im Teleskop

© NASA / USGS (Ausschnitt)

Landkarte unseres Nachbarn | Viele der hellen und dunklen Gebiete, die auf diesem Gesamtbild der Marsoberfläche sichtbar sind, lassen sich unter günstigen Bedingungen schon in einem Amateurteleskop erkennen. Die Karte entstand aus Aufnahmen der NASA-Sonden Viking Orbiter 1 und 2, die den Roten Planeten ab 1976 mehrere Jahre lang erforschten.

Der Mars benötigt für eine volle Umdrehung rund 37 Minuten länger als die Erde. Beobachtet man ihn also täglich zur gleichen Uhrzeit, dann bemerkt man von Nacht zu Nacht eine kleine Verschiebung der Oberflächenstrukturen. Dem Zeitunterschied entspricht im Gradnetz des Mars ein Längenunterschied von rund neun Grad, so dass allmählich neue Gebiete auf den sichtbaren Teil der Marsscheibe vorrücken. Besonders deutlich wird dies, wenn das große, dunkle Hochplateau Syrtis Major auf der Vorderseite des Planeten angelangt ist. Diese Region wurde bereits im Jahr 1659 von dem niederländischen Physiker und Astronomen Christiaan Huygens (1629–1695) entdeckt. Schon in den ersten Julinächten wird sie kurz nach Mitternacht sichtbar sein.

Dunkles Gebiet auf dem Mars | Auf der Oberfläche unseres Nachbarplaneten Mars zeigen sich im Teleskop dunkle Gebiete. Am auffälligsten ist die Region Syrtis Major. Reinhard Neul fotografierte sie am 16. April 2014. Am 27. Juli 2018 steht der Rote Planet in Erdnähe.

Ein weiterer Leckerbissen ist die weiße Polkappe auf der uns zugeneigten Hemisphäre des Mars. In den Monaten vor der Opposition verringert sich ihre Ausdehnung im Verhältnis zum zunehmenden scheinbaren Marsdurchmesser, denn auch auf dem Mars gibt es Jahreszeiten. Ein Rotfilter verstärkt bei solchen Beobachtungen die Kontraste der Bodenformationen, weil das von der Oberfläche reflektierte rötliche Licht den bläulichen Dunst der darüberliegenden Atmosphäre besser durchdringt.

Keine technische Maßnahme hilft allerdings gegen einen Staubsturm auf dem Mars, der sich binnen ein bis zwei Wochen wie ein gelbes Tuch auf dem Planeten ausbreiten kann und dann den Blick auf die Oberfläche verhindert. Gerade in den Periheloppositionen kommen solche Stürme häufiger vor, weil die nun stärkere Sonneneinstrahlung mehr Energie in die Marsatmosphäre pumpt – ein Effekt, den wir beim Blick auf unseren atmosphärelosen Mond nicht befürchten müssen.


Der Autor ist Professor für Astrophysik an der Universität Guanajuato in Zentralmexiko. Als Student beobachtete er über viele Jahre hinweg regelmäßig mit dem eigenen Teleskop; heute sind die stellare und solare Aktivität seine Forschungsschwerpunkte.

Caption text