Zaklinanie deszczu 1

Ewa Maria Slaska

No cóż, właściwie to dziwne, że szamani, supliki i inne rodzaje zaklinania deszczu pojawiły się dopiero teraz, choć upały zaczęły nas dręczyć już w maju, a gorąco było nawet w kwietniu. Koleżanka powiedziała mi niedawno, że słyszała w radiu (niemieckim!) szamankę zaklinającą deszcz…

A jak się zaczęło, to spróbuję i ja trochę pozaklinać deszcz… Dziś 15 sierpnia, cud nad Wisłą, święto kościelne, ale i znacznie dawniejszy magiczny dzień, dobry do różnych guseł – pełnia lata.

W taki dzień i suplika skuteczniejsza…

Suplika to dawny grecki trisagon – trójlinijkowe wezwanie do Boga
Agios o theos, agios ischyros, agios athanatos, elejson imas

czyli

Święty Boże! Święty Mocny! Święty a Nieśmiertelny!
Zmiłuj się nad nami.

I dalej:

Od zarazy, głodu, ognia i wojny
Wybaw nas, Panie.

Od nagłej i niespodziewanej śmierci
Zachowaj nas, Panie.

My grzeszni, Ciebie, Boga, prosimy:
Wysłuchaj nas, Panie.

Abyś nas do prawdziwej pokuty przyprowadzić raczył,
Prosimy Cię, Panie.

Abyś ludowi swemu pogody (deszczu, pracy i chleba, pokoju, zdrowia) udzielić raczył, prosimy Cię, Panie.

Abyś lud swój od pijaństwa zachować raczył,
Prosimy Cię, Panie.

Abyś wszystkich chrześcijan do jedności w wierze świętej przyprowadzić raczył,
Prosimy Cię, Panie.

Jezu, przepuść. Jezu, wysłuchaj. O, Jezu, Jezu,
Zmiłuj się nad nami.

Matko, uproś. Matko, ubłagaj. O, Matko Boska,
Przyczyń się za nami.

Wszyscy Święci i Święte Boże,
módlcie się za nami


Za nic nie mogę sobie przypomnieć, gdzie i kiedy, ale wiem, że sama uczestniczyłam kiedyś w modlitwie o deszcz, odmawianej na skraju wyschniętego na popiół pola… Robiło wrażenie. Wiem, jestem człowiekiem nowoczesnym, też bym wolała, żeby w Polsce były deszczownice niż supliki, ale nic nie poradzę – robiło wrażenie.

Humanistom starej daty ta suplika wydaje się dość skromna, a wszystko oczywiście przez słynny hymn Jana Kasprowicza, gdzie są i takie strofy jak ta:

Niechaj rozszarpią na strzępy,
na krwawe szmaty
łuny świtowe, powstałe nad ziemią,
gdzie ból i rozpacz drzemią,
ogromne, przez Szatana zapłodnione światy,
a może przez Ciebie,

o Święty, Nieśmiertelny, Święty, Mocny Boże!
Dlaczego moje–li wargi
mają wyrzucać krwawą pieśń?!
Płacz ze mną!
Dlaczego sam mam iść w tę przestrzeń ciemną,
choć żar południa pali się w przestworze?…
Dlaczego sam mam wlec się na rozdroże,
ku tym pochyłym krzyżom,
którym na czarne ramiona
kracząca siada wrona
i dziobem zmarłe rozsypuje próchno?

Niech głuche żale nie głuchną!…
Idź ze mną!
(…)

O dzwonu łkające prośby!
O szumie więdnących drzew!
O Boże, Święty Boże! Święty a Nieśmiertelny!…

Jutro zaklinania ciąg dalszy, ale uwaga – ten wpis to najmocniejsze zaklinanie deszczu, jakie w ogóle istnieje. Przygotowywałam go 9 sierpnia i skończyłam go pisać o godzinie 22. I w Berlinie właśnie zaczęła się burza!

Der einsame Wolf

und seine Kunst…

Er hat mir eine Mail geschickt:

Liebe Freund*innen der Street-Art,
ich lade euch herzlichst zur Finissage am So.,19.08.2018  um 18:00 Uhr ein

Es erwartet euch ein Vortrag mit vielen Fotos
„Einblicke in die Street-Art-Welt Berlin“
erlebt, fotografiert und vorgetragen von Lupo

Fotoausstellung von Lupo Finto noch bis 23.08.2018
“Vielfältige Street-Art-Welt Berlin”
RegenbogenCafé, Berlin-Kreuzberg
Lausitzer Str. 22
So-Fr 9:00 – 17:00 Uhr, Eintritt frei

Liebe Grüße
Lupo Finto


Lupo präsentiert in seinem Vortrag „Einblicke in die Street-Art-Welt Berlin“ unter anderem ungewöhnliche und einzigartige Street-Art der letzten 10 Jahre. Wer kennt z.B. die “Galerie Bürknerstraße”? Oder was ist “Street-Art-Fake”? Lasst euch überraschen, wie Street-Art-Künstler*innen das Stadtbild verändern bzw. kurzzeitig bereichert haben.

Ja. Alles, was Lupo in der Haupstadt findet, ist schön und interessant, meine Katze aber ist natürlich die Schönste :-). Ich habe mir dieses Bild von Lupo als Eigengeschenk schon vor ein paar Jahren zum Geburtstag gekauft…

 

(Anty)Barataria 78

Lech Milewski

Trzy tygodnie temu, w pierwszym odcinku tej serii – KLIK – rozstaliśmy się z Irlandią w krytycznym momencie. Wnuczka Noego, Cesaire, która zamierzała tu zamieszkać, umarła ze zgryzoty. Jej mąż przeżył potop, ale jako łosoś.
Co dalej?

Kolejni ludzie dotarli do Irlandii po zakończeniu ery lodowcowej. Historia Irlandii rozpoczyna się jednak od Celtów, którzy przybyli tu z Galii – Francja i północna Hiszpania.
Na marginesie wspomnę, że za kolebkę Celtów uważa się tereny między obecnymi Czechami a Renem. Było to bardzo wojownicze plemię, które w III wieku p.n.e. wdarło się do Macedonii i Grecji (pokonali Greków pod Termopilami – to nie pomyłka) i ostatecznie osiedlili się w Azji Mniejszej, na terenach obecnej Turcji, gdzie nadano im nazwę Galatów (to u ich potomków przebywał w niewoli pan Zagłoba).

Koniczyna

Społeczeństwo celtyckie składało się z trzech warstw – rolników, wojowników i kapłanów.
Kapłani byli warstwą najwyższą, wyróżniano wśród nich trzy grupy – Bardów (poetów i śpiewaków), wieszczów (badaczy przyrody) i najwyższą grupę – druidów (uczonych posiadających wiedzę o gwiazdach, świecie, ziemi i bogach).
To druidowie uznali koniczynę za świętą roślinę, która odpędza złe duchy. Stała się ona godłem Irlandii.

Z nielicznych źródeł wynika, że kobiety miały prawa zbliżone do męskich. Tacyt wspomina, że celtyckie kobiety uczestniczyły w bitwach i zajmowały dowódcze stanowiska w armii.

Do tego momentu mogłem sobie marzyć, że właśnie tutaj znajdowała się Barataria, ale zbyt mało danych, aby to potwierdzić i zbyt wiele przeciwieństw losu, aby to trwało wystarczająco długo.

W XII wieku Irlandię najechali Normanowie i od tego czasu zaczęły się bliskie kontakty z Anglią. Krytycznym momentem była kolonizacja Irlandii przez Anglików, która rozpoczęła się w XVI wieku. Nazywało to się – Plantations of Ireland – a polegało na zabieraniu siłą ziemi Irlandczykom i przydzielaniu jej przybyszom z Anglii.

Jednym z takich przybyszów był Jonathan Swift, ojciec interesującego mnie Jonathana.
Jonathan Swift junior urodził się w listopadzie 1667 roku w Dublinie. Ojciec zmarł 7 miesięcy przed urodzinami jedynego syna. Przyczyną śmierci był syfilis, którym się zaraził od brudnej pościeli

Dygresja.
Syfilis od brudnej pościeli.

Diagilew

Zastanowiło mnie, że 150 lat później, w XIX-wiecznej Francji, choroba ta dotknęła wielu artystów – Gustave Flaubert, Charles Baudelaire, Guy de Maupassant, Eduoard Manet, Henri de Toulouse Lautrec, Paul Gaugin.
Jakaś zmowa w pralniach?
Przeczytana nie tak dawno obszerna biografia Siergieja Diagilewa skierowała mnie jednak na inny trop.
Gdy Siergiej ukończył 17 lat, jego ojciec – Paweł – miał do wykonania poważny ojcowski obowiązek – zapoznać młodzieńca z tajemnicami seksu.
Paweł Pawłowicz Diagilew ze zdumieniem stwierdził, że od czasu jego młodości nastąpiła istotna zmiana – w Rosji zniesiono feudalizm (1863 rok).
Co to ma do rzeczy?
Wiele, zamiast jak to kiedyś bywało, upatrzyć dla syna jakąś zdrową dziewoję i kazać jej ojcu lub mężowi, aby ją przysłał do dworu na specjalne usługi, ojciec musiał teraz zaprowadzić syna do burdelu.
Tak też zrobił ojciec Siergieja.
Rezultaty przeszły wszelkie oczekiwania. Po pierwsze Siergiej nabrał obrzydzenia do seksu z kobietami, po drugie zaraził się syfilisem.
Sprawdziłem daty – w Anglii feudalizm zlikwidowano w połowie XVII wieku, we Francji – w wyniku Rewolucji Francuskiej.
Jonathan Swift senior, Flaubert i inni dobrze wpisują się w ten scenariusz.

A Polska? Czy jakiś sławny Polak miał syfilis?
Zacznijmy od podstaw.
Zabór rosyjski. Rząd carski zlikwidował feudalizm w Królestwie Polskim w 1864 roku.
Zabór austriacki. Następca Marii Teresy, cesarz Józef II, był człowiekiem Oświecenia, reformatorem. Jedną z jego reform było zniesienie feudalizmu w cesarstwie austrackim. Było jednak kilka wyjątków – między nimi Galicja, gdzie opór był tak wielki, że sprawę odłożono na później.
Idąc tym tropem znalazłem – Stanisław Wyspiański.
Czy jego małżeństwo z chłopką i fascynacja weselem poety i chłopki nie były odbiciem tęsknoty za dawnymi czasami i obyczajami?

Koniec dygresji

Pierwsze trzy lata Jonathan spędził pod opieką mamki i w tym okresie nauczył się czytać Biblię. W międzyczasie jego matka wróciła do Anglii, a opiekę nad nim przejął wujek – Godwin Swift. Wysłał on bratanka do szkoły a następnie na uniwersytet w Dublinie.

Jeszcze przed ukończeniem studiów Jonathan przeniósł się do Anglii, gdzie matka załatwiła mu posadę sekretarza u Sir Williama Temple, emerytowanego dyplomaty. Jonathan zyskał zaufanie swojego pracodawcy, który wtajemniczył go w wiele spraw państwowej wagi, a następnie polecił go królowi Williamowi III (Wiliam Orański).

Swift tkwił w centrum spraw państwowej wagi. Zawiódł go jednak instynkt, w niewłaściwych momentach zmieniał orientację – Wigowie kontra Torysi – i w rezultacie usunął się w cień, do swojej rodzinnej Irlandii.

Dopiero tu i teraz zauważył, co stało się z tym krajem.

Jeśli jestem wolnym człowiekiem w Anglii czemuż staję się niewolnikiem po sześciu godzinach, które są potrzebne aby przepłynąć Kanał (Ulsterski, oddzielający Irlandię od Anglii)?

Ludność która w 1641 liczyła półtora miliona, została w ciągu 11 lat zredukowana do 850 tysięcy, w tym 150 tysięcy angielskich i szkockich osadników.

Wynikiem tych obserwacji był szereg paszkwilów i popularne do dzisiaj Podróże Guliwera.

Jonathan Swift nie ograniczył się jednak tylko do satyry. W 1729 roku opublikował praktyczne rozwiązanie.

Skromna Propozycja

Dla zapobieżenia dzieciom biednych w Irlandii, bycia obciążeniem dla rodziców i kraju, a także dla uczynienia ich korzystnymi dla społeczeństwa.

Przygnębiający to widok dla tych, którzy spacerując po naszym wspaniałym mieście (Dublin), lub podróżując po kraju, widzą ulice, drogi, drzwi domostw, zaludnione żebrakami płci żeńskiej, za którymi tłoczy się troje, czworo, sześcioro dzieci w łachmanach nagabujących każdego przechodnia o jałmużnę.

Te matki zamiast pracować na godziwe utrzymanie, zmuszone są spędzać cały czas krążąc w poszukiwaniu wyżywienia dla swoich bezradnych dzieci, które, gdy dorosną, albo z braku pracy przemienią się w złodziei, albo opuszczą rodzinny kraj walczyć za Samozwańca w Hiszpanii, lub sprzedadzą się w niewolę na Barbados.

Sądzę, że wszystkie zainteresowane strony zgodzą się, że ta niesamowita liczba dzieci w ramionach, na plecach lub na piętach ich matek, a często ich ojców, jest w obecnym, godnym pożałowania stanie królestwa (Irlandii), bardzo wielkim dodatkowym utrapieniem; i dlatego ktokolwiek mógłby znaleźć sprawiedliwy, tani i łatwy sposób na zrobienie z tych dzieci rozsądnych i pożytecznych członkowów wspólnego bogactwa, zasłużyłby na posąg jako zbawca narodu.

Moja intencja jest bardzo daleka od ograniczania się do świadczenia wyłącznie na rzecz dzieci zadufanych żebraków: sięga znacznie dalej i będzie w stanie objąć całkowitą liczbę niemowląt w pewnym wieku, które urodziły się rodzicom, którzy nie są w stanie ich utrzymać i muszą błagać o naszą łaskę na ulicach.

Jeśli chodzi o mnie, to od wielu lat skupiłem moje myśli na tym ważnym temacie i starannie rozpatrzyłem kilka planów naszych projektodawców, i w każdym przypadku stwierdziłem, że oparte są na bardzo błędnych obliczeniach.

To prawda, dziecko może przeżyć rok wspierane wyłącznie przez mleko matki, plus niewielkie dodatki pokarmowe nie przekraczające wartości dwóch szylingów, które matka jest w stanie zapewnić przez dorywczą pracę, wyprzedaż dobytku lub legalne żebranie.
Dlatego dokładnie po ukończeniu jednego roku proponuję zająć się nimi w taki sposób, że zamiast być obciążeniem dla swoich rodziców, lub parafii, lub być skazanymi na brak jedzenia i okrycia do końca życia, przyczynią się do wyżywienia, a częściowo również ubrania wielu tysięcy.

Dodatkową wielką zaletą w mojego projektu będzie zapobieżenie dobrowolnym aborcjom, tej okropnej praktyce, w której kobiety mordują swoje nieślubne dzieci.
Niestety! Zbyt często powodem poświęcenia życia tych biednych niewinnych niemowląt nie jest wstyd lecz bieda.

Liczba dusz w tym królestwie (Irlandii) jest zwykle liczona jako półtora miliona. Obliczam więc, że mamy około dwustu tysięcy par, w których kobiety są nadal płodne. Od tego odejmuję trzydzieści tysięc par, które są w stanie utrzymać własne dzieci (zgadam się, że w obecnej, trudnej sytuacji królestwa jest to liczba przesadzone). Pozostając jednak przy pierwotnym założeniu pozostaje nam sto siedemdziesiąt tysięcy hodowców.
Ponownie odejmuję od tego pięćdziesiąt tysięcy kobiet, które poroniły, lub których dzieci umierają przypadkowo lub w wyniku choroby.
Pozostało tylko sto dwadzieścia tysięcy dzieci ubogich rodziców rodzonych każdego roku.
Pytanie brzmi: Jak ta ilość ma być utrzymywana?

Wspomniałem już wyżej, że żadna z proponowanych metod nie daje odpowiedzi na to pytanie.
Nie możemy ich zatrudnić w rzemiośle ani na roli; nie budują domów, nie uprawiają ziemi.
Bardzo rzadko mogą zapewnić sobie środki do życia przez kradzież (do wieku sześciu lat).
Przyznaję, że uczą się podstaw od małego, jednak w tym czasie mogą być właściwie postrzegane tylko jako stażyści. Jak poinformował mnie pewien dżentelmen w hrabstwie Cavan, nigdy nie spotkał więcej niż jeden lub dwa przypadki biegłego opanowania sztuki kradzieży poniżej szóstego roku życia.
Z drugiej strony, jak zapewniali nas nasi kupcy, chłopak lub dziewczyna przed dwunastym rokiem życia nie jest poszukiwanym towarem, a nawet kiedy dochodzą do tego wieku, nikt nie da więcej niż trzy funty lub trzy funty i pół korony co ma się jak jeden do czterech w stosunku do środków, które muszą poświęcić rodzice lub królestwo na ich wyżywienie i odzianie.

Dlatego teraz pokornie zaproponuję swój własny pomysł, który, mam nadzieję, nie wzbudzi najmniejszych zastrzeżeń.
Bardzo dobrze zorientowany znajomy mi Amerykanin w Londynie zapewnił mnie, że młode, zdrowe i dobrze odżywione dziecko w wieku conajmniej roku, to najsmaczniejsze pożywne i zdrowe jedzenie, czy to duszone, pieczone lub gotowane; i nie wątpię, że będzie ono równie dobrze smakować w potrawce lub jako ragout.
(…)
Zakładam, że to jedzenie będzie dość drogie, a zatem bardzo stosowne dla właścicieli ziemskich, którzy, po pochłonięciu większości rodziców, wydają się być najbardziej uprawnieni do skonsumowania ich dzieci.
(…) W tym miejscu ośmielę się wspomnieć, że ilość katolickich dzieci w tym królestwie stanowi trzy czwarte ich populacji. A zatem moja propozycja przyniesie dodatkową korzyść – zmniejszenie ilości papistów.

Jak już wcześniej wyliczyłem, utrzymanie dziecka nędzarza, a do tych zaliczam wszystkich najemców, robotników i cztery piąte rolników, kosztuje około dwóch szylingów rocznie. Jestem przekonany, że żaden dżentelmen nie będzie sarkać na cenę 10 szylingów za ciałko smacznego, tłustego dziecka, z którego można wygospodarować 4 pożywne mięsne dania na posiłek dla rodziny lub przyjaciół.

— Tu następuje lista korzyści wynikająch z powyższej propozycji.
Są one tak oczywiste, że je pominę, za wyjątkiem ostatniego punktu,
który wnosi coś nowego —-

Po szóste, byłoby to wielką zachętą do małżeństwa, wzmocniłoby to troskę i czułość matek do ich dzieci, kiedy będą pewne, że ich biedne niemowlęta, będą źródłem zysku, nie wydatku.
W mężczyznach wzbudzi to troskę o żony w czasie ich ciąży, tak jak ma to obecnie miejsce w przypadku źrebnej klaczy lub cielnej krowy.
Z drugiej strony powstrzyma ich przed biciem żon (co obecnie jest zbyt częstą praktyką) ze strachu przed poronieniem.
(…)

Dr Jonathan Swift – rok 1729

 

Polak potrafi?

Z niewiadomych przyczyn powyższa propozycja nie została wprowadzona w życie, znalazłem jednak przypadek nieco innego podejścia do tego samego problemu.

Rok 1845, Irlandię nawiedziła Wielka Klęska Głodu (Great Irish Famine) – KLIK.

Klęska na tyle wielka, że Wielka Brytania zorganizowała Great Relief Association, która prowadziła akcję zbiórki pieniędzy a następnie rozdział zebranych środków wśród głodująch.
W 1846 roku do akcji włączył się Paweł Edmund Strzelecki, znany nam skądinąd jako badacz Australii. Wikipedia podaje, że jego sprawna działalność równoważyła marnotrawstwo środków przez utytułowanych filantropów. W maju 1847 roku został awansowany na dyrektora akcji – KLIK.
Nie wiem czy Strzelecki czytał wywód Jonathana Swifta, ale chciałbym zwrócić uwagę na jeden element – Swift wspomniał, że gromada głodnych i obdartych dzieci na karku uniemożliwia rodzicom jakąkolwiek działalność. Strzelecki też to zauważył i zapoczątkował akcję rozprowadzania pomocy dla dzieci przez szkoły. Dzięki temu dzieci otrzymywały przy okazji edukację. W szczytowym okresie ilość dzieci, które otrzymywały pomoc w szkołach przekroczyła 200,000 – KLIK.

Idąc polskim tropem przypomniałem sobie wpis, a nawet dwa, o Braciach Polskich – Arianach – KLIK + KLIK.

Dla mnie to czysta Barataria, że też musiałem odbyć tak długą podróż, aby to odkryć 🙂

Orient powszedni XIII

Agnieszka Fetzka i Tomasz Fetzki

Viatorka

Przedostatni dzień Wielkiej Podróży był tak samo bogaty i napięty, jak wszystkie poprzednie. Chcieli jeszcze Wędrowcy choć na chwilę wpaść na Litwę, na własne oczy zobaczyć urodę i poczuć atmosferę tej krainy, o której nie tylko uczyli się na lekcjach historii i o której czytali poematy, ale przede wszystkim, o której słyszeli wiele melancholijnych opowieści od swoich sąsiadów, przesiedlonych stamtąd po wojnie na Ziemie Zachodnie. Viatorka odczuwa szczególną nostalgię, myśląc o tych niegdyś polskich ziemiach, również dlatego że jej przodkowie też pochodzą z Kresów, choć nie z Litwy, ale Podola. Urodził się tam jej Ojciec. Nigdy tam Viatorka jeszcze nie była, nie ma już też od dawna nikogo z bliskich, kto mógłby pokazać ojcowiznę i opowiedzieć, jak tam się żyło.

Nie było czasu odwiedzić Wilna, choć z Augustowa jest niedaleko, jakieś 200 kilometrów. Może następnym razem, przy okazji kolejnej podróży. Za to trzeba było zobaczyć chociaż Niemen, no i w końcu skosztować kartaczy. W tym celu pojechali Wędrowcy do Druskienik, słynnego, znanego od setek lat, uzdrowiska. Sam Józef Piłsudski wielokrotnie tu wypoczywał, mieszkając w skromnej, nieistniejącej już willi Na Pogance. Wcześniej bywali też chętnie w Druskienikach Józef Ignacy Kraszewski czy Stanisław Moniuszko. Nie zostało wiele śladów po polskich czasach, nawet dom Piłsudskiego wyburzono w latach 60 ubiegłego wieku. Pozostało jednak kilka starych, drewnianych willi. Niektóre z nich zaadaptowano do potrzeb nowoczesności. Straszą też opustoszałe molochy z czasów sowieckich – tych pokazywać jednak czytelnikom Viatorka nie zamierza.

Czasy radzieckie przetrwała cerkiew Ikony Matki Bożej „Wszystkich Strapionych Radość” z połowy XIX wieku. Ładnie ją nazwano.

Wyjątkowo efektownie uwiecznił Viator na fotografii pomnik łucznika. No, normalnie jakby dopiero co rozproszył obłoki przy pomocy swej strzały.

Dziś reklamują się Druskieniki jako jedyny w Europie kurort, oferujący czynną przez cały rok trasę narciarską, aquapark z licznymi zjeżdżalniami i ponad 20 łaźniami oraz park linowy, rozciągnięty na trzech hektarach, SPA, a także kolejkę linową.

Obawiał się Viator, jak się na tej Litwie dogadamy, bo niby mówi się, że nie lubią tam Polaków i jak słyszą nasz język, to robią problemy. Coraz częściej zresztą marudzi Viator, że ciężko zwiedzać zagranicę bez znajomości języka. Dziwne. Przecież posiada Viator (czego Viatorka zawsze mu zazdrościła) niewątpliwy talent językowy: świetnie porozumiewa się w języku francuskim, a poza tym doskonale potrafi dogadać się w językach, których nigdy się nie uczył. Viatorka niejednokrotnie była takich sytuacji świadkiem. No, ale takie to jego usposobienie.

Tymczasem spotykani przez Viatorostwo ludzie rozmawiali głównie po polsku, niektórzy zaś po rosyjsku. Trudno było tam usłyszeć język litewski. Pewnie taka jest specyfika miejscowości wypoczynkowej, Polaków zaś niewątpliwe przygnał tam długi weekend.

W końcu ujrzało Viatorostwo Niemen. Jest piękny.

Jeśli myśląc o Niemnie wyobrażają sobie czytelnicy widoki znane wszystkim chyba Polakom z filmu (i serialu) Nad Niemnem wg Elizy Orzeszkowej, to czynią niesłusznie. Okazuje się bowiem, że rolę tytułową w tym filmie zagrała inna rzeka – Bug. W okolicach Wasilewa Szlacheckiego i Gnojna. Samo Gnojno zagrało zaś wieś Bohatyrowicze.

Zmęczyło się Viatorostwo szukaniem restauracji serwującej kartacze, nie znaleźli takiej ani w Druskienikach, ani w kilku litewskich miasteczkach mijanych po drodze. Czyżby słabo szukali? Może trzeba było przejechać się kolejką gondolową i zobaczyć miasto z lotu ptaka?

Czem prędzej wrócili więc Wędrowcy do Polski, a tam, przy samej granicy, znaleźli nawet kilka restauracji serwujących dania regionalne. Dobrze przyrządzone, smaczne i, jak zwykle w tych okolicach, bardzo syte, okraszone na bogato. Lepiej późno niż wcale! Nabrawszy sił ruszyło Viatorostwo w dalsza drogę.

Viator

Sejny po raz drugi. Pierwszy przejazd przez to miasto nastąpił, gdy Viatorostwo zmierzało ku litewskiej granicy. Teraz przemierza jego ulice powtórnie, ale jeszcze nie pora, by się zatrzymać. Zakręt w prawo, kolejnych kilkanaście kilometrów i… Wędrowców otacza inny świat. Wszystkie tablice drogowe są dwujęzyczne, bo też i całą okolicę zamieszkuje, by tak rzec – w większości mniejszość – litewska, konkretnie.

Niemal 75% mieszkańców tej gminy to Litwini: świadomi swej narodowości i silnie do niej przywiązani, a przy tym świetnie zorganizowani, kultywujący język i obyczaje. Ich stolicą jest Puńsk, czyli Punskas: niegdyś miasto, obecnie duża wieś. Napisy wszędzie litewskie lub dwujęzyczne. Nic dziwnego, bo i tutaj Litwini zdecydowanie dominują liczebnie.

Lecz, szczerze mówiąc, wszyscy przechodnie, których minął Viator, mówili (broń boże nie podsłuchiwał Wędrowiec! po prostu – słyszał) po polsku. Tak się jakoś złożyło.

Szkoła, a właściwie zespół szkół, z litewskim i polskim językiem nauczania, dziś zamknięta. Ośrodek kulturalny. Napisy – dwujęzyczne. Ale chorągiew biało-czerwona, nie żółto-zielono-czerwona, co dziwić nie powinno, wszak dziś akurat 2 maja – Święto Flagi, a znajdujemy się w Polsce.

Przed budynkiem stoi szereg tablic z fotografiami i tekstami, wyłącznie litewskimi. Wystawa czasowa, której tematyka, co można wywnioskować właśnie z tych fotografii oraz mapek, obraca się wokół wydarzeń związanych ze stuleciem litewskiej niepodległości. Nasi sąsiedzi też bowiem obchodzą w tym roku taki jubileusz. Szkoda, że każdy świętuje go osobno. Szkoda, że przez większość wieku XIX i XX kilkusetletnie więzy łączące oba narody w jedną Rzeczpospolitą rozluźniły się, rozplątały, wygasły. Że braterstwo zastąpiła obojętność, a czasem wrogość. Że pogranicze zapłonęło, zamiast zakwitnąć. Nie czas i nie miejsce, by analizować, dlaczego tak się stało, kto temu winien (a wina leży niestety po obu stronach), czy mogło się to wszystko potoczyć inaczej. Po prostu – ogromnie, strasznie szkoda! I tyle.

Przed kościołem, w którym większość mszy jest odprawianych, rzecz jasna, po litewsku, stoi figura Matki Boskiej. Na niej wyryty litewski tekst modlitwy, a na postumencie napis w tymże języku. Pielgrzym go nie rozumie, ale zakłada, że oddaje on hołd Leśnym Braciom, skoro zawiera datę 1944-55. Zresztą, może chodzi o coś zupełnie innego?

Wracamy, tymi samymi drogami, mijając te same dwujęzyczne tablice, na południe. Sejny po raz trzeci! Tym razem skutecznie, wszak do trzech razy sztuka.

My, Polacy (bo Viator jest i czuje się Polakiem; żaden oenerowiec nie będzie mu wystawiał cenzurki polskości, nawet mimo tego, że dla Wędrowca miłość do ojczyzny zawiera w sobie, w sposób konieczny, sporą dozę krytycyzmu) lubimy czcić klęski, tym bardziej, że historia nam ich nie skąpiła. Większość narodowych powstań obracała się w katastrofę. No i się przyzwyczailiśmy. Jasne: Gloria Victis. Ale na tym nie można poprzestać, na litość boską! Były i zwycięstwa. Niedouczki głoszą, że jedyna udana insurekcja to Powstanie Wielkopolskie z 1918 roku. No a to Wielkopolskie z 1806? A II i III Śląskie? Trudno uznać je za klęski. A Sejneńskie? Właśnie. Tylko trzeba coś na ten temat wiedzieć. O Powstaniu Sejneńskim Viator dowiedział się, jak na swój wiek, zawstydzająco późno, ale już nadrobił braki. Dlatego, między innymi, chciał odwiedzić Sejny. Tutaj w sierpniu 1919 roku, gdy Ober-Ost wycofał się do Niemiec, Polacy z Litwinami starli się o miasto. Przechodziło ono kilkakrotnie z rąk do rąk, by ostatecznie pozostać w rękach polskich. Sukces był pełen. Inna sprawa, że przyczynił się do pogłębienia wrogości między obu narodami, wrogości, o której niedawno dumał Wędrowiec w Puńsku. Nie Sejny były tu najistotniejsze, znacznie bardziej poróżniło nas Wilno. Ale i Sejny wniosły swój wkład.

Miasto jest małe, ciche i nieco zaniedbane, ale bardzo ładne. Zwłaszcza zanurzone w kolorach zachodzącego słońca.

Na pierwszym planie widoczna pseudobarokowa, bo zbudowana w drugiej połowie XIX wieku, bożnica. Biała Synagoga, wzniesiona na miejscu starszej, XVIII-wiecznej, powstałej dzięki protektoratowi ojca Wawrzyńca Bortkiewicza, przeora sejneńskich dominikanów, których klasztor wznosi się na planie drugim. Synowie Izraela z wdzięczności długo wznosili modły za swego Dobroczyńcę w starym, a później nowym gmachu synagogi. Wznosiliby zapewne do dziś, gdyby nie…

Jeden z nielicznych tutejszych ocalałych Żydów, rabin i kantor Maks Furmański, po sześćdziesięciu latach nieobecności odwiedził Sejny. Wszedł do Białej Synagogi i trafił na próbę młodzieżowej grupy teatralnej, która przygotowywała akurat inscenizację Dybuka. Orient powszedni.

Dominikanów też już nie ma w Sejnach. Podobnie jak wigierskich kamedułów, wygnali ich stąd Prusacy, którzy, od III Zaboru do powstania Księstwa Warszawskiego, zajmowali Suwalszczyznę. Po zakonnikach pozostała Bazylika Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny, piękna świątynia w stylu baroku wileńskiego.

Oraz klasztor: renesansowy i obronny, choć w latach Potopu się nie obronił.

Warto było odwiedzić Druskieniki, Puńsk i Sejny. Trzeba było zamyślić się nad bolesnymi dziejami pogranicza braci. Ale to wyczerpuje i męczy. Już chyba czas wracać. Nie tylko nad Jezioro Studzieniczne, na kwaterę. Czas wracać do domu. O powrocie opowiedzą Wędrowcy za tydzień, na pożegnanie.

Tymczasem jadą do Augustowa. Przez okno auta widać bociana, który kroczy po łące. Czyjaż dusza wcieliła się w tego pięknego ptaka? Może po prostu tego Wojtka, co świat ma czyścić. Oj, dużo mu zostało do roboty. I chyba nigdy jej nie skończy.

Hungrige Zeiten

Es ist zu heiss zum Essen. Um die Gelegenheit zu nutzen, mache ich, nach dem Beispiel von Doktor Jackson, ein 3-Tage-Programm des Nicht-Essens. Gesundheitsfasten ist zu leichtes Wort dafür. Aber egal. Ich bin nicht zu sehr hungrig (gewesen – die 3 Tage sind schon vorbei, wenn ihr es liest), aber Hunger ist immer noch da. Und mit ihm auch laute Versuchungen, überall wo man nur hinschaut. Da wird leckeres Eis verkauft (Vanille & Marille Eismanufaktur), hier sitzt eine Frau alleine am einen kleinen Tischchen und bekommt gerade eine Kaloriebombe ganz in Altrosa und Grün, och lecker…
Ich flüchte mich nach Hause, wo zwar unter dem Dach die Temperaturen über 40 Grad herrschen, aber die Versuchung viel geringer ausfällt.
Ich werde mich hinlegen und etwas sehr leichtes lesen (leichte Kost! hahaha!), schiebe also weg alle harte Schinken (Schinken! hahaha – na ja, ich bin zwar eine Vegetarierin, aber Schinken ist, mindestens theoretisch – auch essbar) und hole mir ein Buch von Jalid Sehouli, Marakesch, das mir vorgestern Monika brachte. Sie war im Marakesch, schrieb darüber…

Ich gehe unter die Dusche (3 Mal am Tag!), lege mich hin (man soll viel liegen!), trinke grünen Tee (2 bis 3 Liter am Tag!) und lese… Glaubt mir oder nicht, aber es ist ein Buch übers Essen (Entschuldige, Professor Sehouli, ich weiß, ihr Werk hat auch andere Schichten, die viel tiefer reichen)… Schon der Untertitel des Buches betrifft das Essen: Viele Geschichten in einer Geschichte oder Die besondere Geschichte der Pastilla… Und Pastilla, auch Bastilla, Bstilla oder Bsteeya (und auch wenn man es nicht weißt, erfährt man sofort, weil es ein Buch über Pastilla ist) ist etwas Essbares! Und wie! Am Ende des Buches gibt es mehrere Rezepte für Pastilla.
Pastilla, schreibt der Autor, verbindet verschiedene Aromen und ist eine Komposition aus Fleisch (und Fisch oder Milch) und knusprigen, warmen, übereinandergeschichteten dünnsten Teigblättern mit süßen Gewürzen. Das Huhn (oder Fisch und Frutti di Mare, oder Ente, oder, och je, Tauben) wird vorsichtig gekocht, die Knochen werden entfernt, das Fleisch zerkleinert und geröstete gemahlene Mandeln beigegeben. Puderzucker und Zimt runden das Gericht ab.

Der Autor isst eine Fischpastilla bei Khalid, einem marokkanischen Freund, dann fährt er nach Hamburg und in Piment, einem kleinem, elegantem Restaurant, wo der marokanische Koch gerade als Koch des Jahres gekürt wurde, isst er Pastilla mit Ente und diese beide Pastillas ändern plötzlich seine ganze Lebenseinstellung. Er ist in Deutschland geborener erster Professor (der Medizin) mit marokkanischer Familiengeschichte, total modern und westlich, und plötzlich findet er, dass ein New-York-Bild, das seine Wohnung ziert… Na ja, lassen wir es den Autor erzählen, er ist ein richtiger Geschichtenerzähler von Djemaa el Fna, den Platz der Toten, Hauptmarkt in Marrakesch, der berühmte Nachtmarkt …

Ich schaute etwas müde, aber wach genug auf das Bild und fühlte, dass es nicht das richtige Bild für meine Wohnung war. Nach dem Erlebnis mit Enten-Pastilla empfand ich, dass ich das Bild durch etwas Orientalisches zu ersetzen habe.
Am nächsten Tag erzählte ich Khalid von meiner kulinarischen Erfahrung in Hamburg und das ich ein orientalisches Bild für meine Wohnung suchte. Khalid sagte, er würde mir ein besonderes Bild besorgen.
Etwa eine Woche später erhielt ich einen Anruf: “Das Bild ist da!” Ich fuhr umgehend zu Khalid und traute meinen Augen nicht. Das Bild zeigte einen Blich auf den Markt von von Djemaa el Fna. Man schaut hindurch zwischen zwei Orangenverkäfer-Wagen, die an ältere englische Pferdekutschen erinnern und an denen frisch gepresster Orangensaft zu kaufen ist. Im Hintergrund erkennt man andere Verkaufsstände, zum beispiel einen Dattel- und Nuss-Verkäufer, weiter dahinter eine der Moscheen auf dem Platz. Der Marktplatz ist noch nicht voll, es scheint Spätnachmittag zu sein, die Zeit, wenn die Vorbereitungen für den Abend beginnen. Das Bild schien mir so vertraut, als hätte ich diesen Blick auf den markt schon seit Jahren in meinem Herzen getragen.
Etwas Besonderes an dem Bild ist auch, dass es sich dem Licht in der Wohnung anzupassen scheint. Abends hat man das gefühl, auf dem Bild sein es neunzehn Uhr; morgens kommt es mir vor wie eine Szene um acht Uhr früh.

So sind die Geschichten, die der Professor erzählt… Das Kulinarische ist dafür da, um etwas anderes erzälen zu können. Aber das Kulinarische ist nicht nur der Vorwand. Und am Ende des Buches gibt es leckere Rezepte. So viel zumindest vermute ich. Ich hungre immer noch und sowieso sind die Rezepte für Fleischfresser oder eventuell Milchtrinker… Also nichts für hungrige Zeiten einer Vegetarierin…

Jarosław Łukasik, Malarstwo / Malerei / Painting 2017-2018

Iwonie S.

Wakacje i inne przypadki życia ludzkiego

Przedtem malował meble, bezkrwawo pokawałkowane kobiety oraz męskie garnitury bez wypełnienia, teraz zmienił tematykę i światło, teraz jest lato, nawet w nocnym barze jest słonecznie… Japonki na wakacjach, Penelopa na wakacjach… Wakacyjne martwe natury z warzywami, no chyba że…

  

no chyba że…

 

Redruk. Historia czerwonego kaczora 2

Jerzy Afanasjew 

Obraz 30
Plan ogólny

Do wodospadu wolno zbliża się płynący fortepian. Pierwsze sygnały wodospadu, jakieś kamienie itp. Coraz bliżej, bliżej…
Nagle kaczorkowi zachciało się łapać ryby. Chwyta leżącą na fortepianie wędkę, zarzuca.
Już tylko centymetry dzielą płynący fortepian od przepaści. Słychać huk spadającej wody.
Kaczorek odwrócony tyłem do wodospadu w ogóle tego nie zauważa. Niedźwiadek także smacznie śpi.
Nagle ryba bierze… Spływak się zanurza.
Dzięki temu fortepian zahamowany jakby kotwicą, zatrzymuje się tuż nad przepaścią. Kaczorek, nie zdając sobie sprawy z przypadkowej pomocy ciągnącej w przeciwnym kierunku ryby, stara się ją wyciągnąć.
Pęcznieją mu muskuły. Ponawia próbę. Daremnie.
W tej chwili mija ich myśliwy-lis. Strzela zlatując jednocześnie w przepaść, nic wiedząc o wodospadzie. Kula uderza niedźwiadka w nos. Kicha. Wstaje ziewając. Pomaga kaczorkowi życzliwie wyciągnąć wędkę z wody. Ukazuje się wspaniały szczupak. Fortepian, niczym nie zatrzymywany, niknie wraz z niedźwiadkiem i kaczorkiem w nurtach wodospadu. W ślad za nimi płynie olbrzymie drzewo z korzeniami.

Obraz 31

Rzeka. Koniec wodospadu. Prąd staje się coraz bardziej leniwy. Po obu stronach rzeki – las. Tuż nad brzegiem stoi chałupa leśniczego.

Obraz 32

Domek. Na sznurach suszą się skóry różnych zwierząt. Pod oknem stoi ceber z wodą. W oknie okiennica z serduszkiem, za nią kwiatki. Śmieszny, ujadający jamnik na łańcuchu.

Obraz 33
Plan ogólny

Wnętrze domku. Lisica pierze bieliznę. Ceber jest pełny przelewającej się wciąż piany.

Obraz 34

Przy stole siedzi znany nam lis, w samej koszuli. Na ścianie trofea myśliwskie: rogi jelenie.
Lis pożera żarłocznie całą wazę z makaronem. Obok wisi na sznurach ubranie, kapelusik, strzelba. Z ubrania kapie woda, tworząc powiększającą się na podłodze kałużę.

Proszek do prania “z epoki”, tu zdjęcie z zapuszczonej warszawskiej willi w ogrodzie.

Obraz 35

Słychać ujadanie psa. Lis-myśliwy nastroszył uszy. Pukanie. Lis się straszliwie uśmiecha. Daje żonie znak, by nie otwierała. Zakłada na głowę zdjęte ze ściany rogi jelenie i w tym przebraniu zmierza do drzwi. Otwiera, zapraszając przybyszy do środka.
Są to kaczorek i niedźwiadek, przemoczeni do suchej nitki.

Obraz 36
Zbliżenie

Lis przekręca klucz w zamku, zamykając drzwi na dwa spusty. Puchacz siedzący na sofie otwiera przerażone oczy.

Obraz 37

Nagle lis porywa strzelbę, wskakuje na stojący zegar szafkowy i mierzy w przybyszy.
Przerażony kaczorek wlatuje do ceberka z mydlinami. Wylewa pianę-mydliny.
Mydliny rozpływają się po całej podłodze. Wszystko zaczyna się ślizgać, łącznie z meblami. Zaczynają się dziać straszliwe rzeczy. Wszystko jeździ po pokoju. Mydliny mydlą się coraz bardziej i rosną. Makaron stojący na stole dopełnia reszty. Wszystko zaczyna się  plątać na dobitek w makaronie.

Obraz 38
Plan ogólny

Kaczorek i niedźwiadek wyskakują przez okno. Wpadają do stojących pod oknem beczek z wodą.
Natychmiast wyskakują.
Na falach przy brzegu kołysze się fortepian.
Porywają myśliwemu wiosło. Wskakują na fortepian i wiosłując “na pych” – odpływają. Pies pędzi za nimi, ciągnąc za sobą budę.

Obraz 39

Za uciekinierami pędzi z warkotem motorówka z lisem-myśliwym, pozostawiającym za sobą wysokie fale, które wylewają się aż na rosnący na brzegu rzeki las.

Obraz 40
Plan ogólny

Koryto rzeki zakręca.
Fortepian zręcznie kierowany, na chwię zbacza z rzeki, przecinając las na przełaj i znów wskakuje do rzeki.
Motorówka myśliwego też skraca tak sobie drogę.
Z lasu wyłamuje się drzewo. Pada pomiędzy ściganych a goniącego. Szczątki lisa krążą w powietrzu. Ogon, fuzja, motorówka.

Obraz 41
Plan ogólny

Po falach rozległego morza weseło balansując płynie znany nam fortepian z naszymi znajomymi. W środku ustawiony mały maszt, na którym – jako żagle – suszy się bielizna kaczorka i niedźwiadka. Na skraju fortepianu nogami w wodzie siedzi niedźwiadek w szlafroku i łapie ryby na wędkę. Kaczorek, wesół i szczęśliwy, zaczyna znów tańczyć i stepować po otwartej klawiaturze. Muzyka jazzowa. Mewy tańczą w powietrzu, z wody wyskakują ryby, wieloryby i delfiny i tańczą radośnie w powietrzu.
W ostatniej chwili kaczorek poślizguje się i wpada do wody. Niedźwiadek, zadowolony, że złapał rybę, wyciąga prychającego wodą kaczorka.
Odpływają.

Długie przenikanie.


Yellow submarine była o 10 lat późniejsza niż przygody kaczorka.

Obraz 42
Plan średni lekko z góry

W kabinie piękniejszego niż poprzedni samolotu jadą niedźwiadek i kaczorek. Wiatr rozwiewa im szaliki. Lawirując pomiędzy chmurkami, kaczorek ułatwia niedźwiadkowi zrywanie kwiatków rosnących na chmurkach. Miś ma już ich duży bukiet. Kaczorek śpiewa znaną nam już z poprzedniego lotu piosenkę. Wysoko mija ich znowu parostatek z aniołami. Machają chusteczkami.
Pojawia się też uśmiechnięte, skrzydlate słońce.

Obraz 43

Olbrzymia kopuła nieba. Piosenka kaczorka śpiewana falsetem, ale tylko jako kwa kwa kwa. Pod niebem widzimy balansujący samolot.
Od samolotu odłącza się jakiś punkci. Zaczyna rosnąć i rośnie coraz bardziej.
To bukiet kwiatów zerwanych przez misia.
Kolorowe kwiaty rozlatują się w powietrzu i układają się na ekranie w napis:
KONIEC

Ściemnienie:

Wesoły śpiew kaczorka (basem) 

Z tomu Anioł i mucha, Biblioteka Stańczyka, Warszawa 1959
OCR nie chciał tego czytać, a zatem tekst ręcznie przepisała dla Państwa
adminka 🙂

Redruk, ale jaki! Historia czerwonego kaczora 1

Historia nie jest oczywiście identyczna, tak by być nie mogło, napisana też została w zupełnie innych czasach i całkiem inny był jej wyraźny podtekst polityczny, ale jest w niej wszystko, co i nam się przyda – są cudowne narodziny następcy tronu – kaczora w… kurzym gnieździe (czytaliście przecież historię o tym, jak się cudownie urodziło dwóch niebieskich chłopców!), jest chytry lis, jest katastrofa samolotu w lesie, jest przyjaźń kaczora i białego niedźwiadka… Są nawet koty…

Tekst wydany w roku 1959…
Tak tak, proszę państwa, czytajmy starocie…

Jerzy Afanasjew 

Historia czerwonego kaczorka

Jest to scenariusz filmu animowanego. Widzę go w kolorach czystych, prawie technicznych, osiągniętych przez zmieszanie różnych gatunków tuszu.
Kaczorek powinien być czerwony, mieć biały dziób i białe lub czarne oczki.
Lis jako przedstawiciel “złej rasy” – czarny z białymi kłami.
Niedźwiadek bialutki.
Muzyka winna być żywa i śmieszna, a więc: bęben, trąby, ksylofon.

Autor

Słyszymy dźwięki wspaniałego wojskowego marsza. Na ekranie pojawia się czołówka. Litery czołówki składają się z barwnych kwiatów. W klatce filmowej pojawia się kaczor – bohater filmu – połyka żarłocznie kwiaty z liter, trzaskając przy tym dziobem z szybkością karabinu maszynowego. Tym samym likwiduje litery. Analogiczna sytuacja obejmuje napisy: eksploatacja itd.

Obraz 1
Zbliżenie

W dalszym ciągu słyszymy wojskowego marsza. Widzimy wspaniały tron. Z dwóch jego stron, wzdłuż prowadzącego doń chodnika kokosowego, stoją szpalerem ludzkiego wzrostu koty-wiarusy z karabinami na “prezentuj broń” (rysunek kotów nieruchomy). Zaczyna się wolny najazd w stronę tronu. Na tronie, na lamowanej poduszce siedzi kokoszka w koronie, zajęta składaniem jajka. Poniżej – dumny kogut w generalskim mundurze z nienaturalnie wypiętą piersią dzwoniącą stertą krzyży i medali, z nieodłączną szarfą z gwiazdą, szpadą, pierogiem dyplomatycznym. U łap ostrogi.
Kogut pieje.

Obraz 2

Nagle kokoszka poczyna gdakać i sfruwa z tronu, pozostawiając na poduszce jajko. Gubi w powietrzu pióra.

Obraz 3
Zbliżenie

Na szczycie jajka – mała, mikroskopijna korona. Nagle jajko poczyna rosnąć. Korona także. Na skorupie jajka zwiększa się coraz bardziej rysunek “twarzy” znajdującego się w środku pisklęcia – brzydkiego kaczorka. Martwy rysunek przewraca oczyma.

Kaczorek. Wykonanie: Wnuk. Zdjęcie: Synowa.

Jajko – na skutek tego i rysunek – stają się coraz większe. Jajko z trudem już utrzymuje się na tronie. Jest olbrzymie. Ma ze dwa metry średnicy. Dwór patrzy przerażony… Nagle jajko pęka. Potworny huk.
Na tronowej poduszce stoi normalnej wielkości mała kaczuszka ze znanym nam z rysunku na jajku sympatycznym dziobem. Tak samo jak na rysunku przewraca oczyma i strząsa z siebie resztki skorupy i klejącego się białka. Na głowie pisklęcia korona, u boku szpada.

Obraz 4
Plan ogólny

Koty-gwardia strzygąc wąsami krzyczą trzykrotnie “Hura, hura, hura!” Orkiestra (trąby) zaczyna grać “Sto lat”.

Obraz 5
Plan średni

Mały następca tronu idzie wzdłuż szpaleru kociej gwardii. Koty są potężne, wysokie, ludzkiego wzrostu.
Kaczor-książę jest przy nich malutki, wielkości małego kaczorka.
Idzie dziarskim krokiem. Oddaje honory szpadą.
Mijanym przez następcę kotom ciurkiem ciekną z oczu koraliki – łzy wzruszenia.
Akustycznie zbliżamy się do werbli i orkiestry.

Obraz 6
Plan średni

Orkiestra składa się z dwóch świnek grających na olbrzymich trąbach, a jednocześnie skaczących pionowo na kotłach. Spadając uderzają siedzeniem w bęben. Grają i bębnią zarazem. Rzecz jasna dzieje się to z niewiarygodną szybkością, by uzyskać rytmikę werbli.
Jedna ze świnek, za mocno uderzywszy w bęben, wpada do środka. Szybko z niego wychodzi, ale przez otwór włanego ryjka.
Jeremiasz Hilary Bob, dr filozofii w filmie Yellow submarine Beatlesów. W pewnym momencie połknie wszystko, łącznie z samym sobą… Wydaje mi się bardzo podobny do świnki, który wychodzi z bębna przez własny ryjek…, jest jednak od niej o 10 lat młodszy…

Gdy przechodzi następca tronu, jedna ze świnek dmie tak mocno w trąbę, iż zwiększa się do rozmiarów dużej świnki i nagle pęka – znów zamienia się w malutką świnkę.

Obraz 7
Plan ogólny

Słyszymy ciągle marsza.
Na zielonej łące z kwiatami ustawiony jest śmiesdzny samolot, gotowy do odlotu. Kręcące się śmigło wznosi swym pędem roje kwiatów, wyrywając je z łąki.
Kaczorek wsiada do samoloty żegnany przez rodziców. Nakłada na dziób okulary lotnicze. Powiewają chusteczki. Ryk silnika. Start.

Obraz 8
Plan ogólny

Muzyka się oddala. Niebo z niekończącym się rojem białych chmurek. Daleko pojawia się nasz samolot. Lawiruje groteskowo wśród chmur, jakby nie chciał się zderzyć.

Obraz 9
Plan średni w ruchu

Samolot. Za samolotem przesuwają się chmurki. Gdzie niegdzie na chmurkach rośnie kolorowy kwiatek.
W otwartej kabinie siedzi kaczorek  w lotniczych okularach. Czyta olbrzymią płachtę gazety. W dziobie zawadiacko wetknięta dymi olbrzymia fajka. Pyka. Unosi się dym w formie jajek. Kaczorek śpiewa falsetem wesołą piosenkę. Samolot mija w powietrzu sznur zdziwionych jego prędkością bocianów i kolorowych motyli.
Zza chmury pojawia się pucołowate, żółte słońce z uśmiechniętą twarzą. Unosi się na skrzydłach. Wolnymi ruchami skrzydeł zmienia pozycję – to chowając się, to wychodząc zza chmury.

Obraz 10
Plan ogólny

Nad samolotem płyną na wznak anioły czytające gazety. Pojawia się parostatek, ma koła napędowe z boku, jak te, które pływały kiedyś po Amazonce. Na parostatku tłumy aniołów kiwających przyjaźnie do kaczorka. Machają chusteczkami.
Nagły akord muzyczny, w formie ostrzeżenia.

Obraz 11
Plan ogólny

Rzedniejący las.
Myśliwy – lis w tyrolskim kapelusiku mierzy z fuzji do jelenia.
Słychać warkot samolotu.
Lawiruje groteskowo wśród chmur.
Lis-myśliwy zmienia kąt strzału.
Lufa wznosi się w powietrze.

Obraz 12
Plan średni lekko z góry

Samolot. Beztroski kaczorek  czytający gazetę.
Huk. Kula wybija w skrzydle olbrzymią dziurę. Kaczorek nie zwraca na to uwagi, czyta gazetę.

Obraz 13
Plan średni

Lis jest wściekły. Pysk trzęsie mu się ze złości. Kłapie zębami. Znów nabija fuzję.

Obraz 14
Plan średni lekko z góry

Kolejne strzały lisa odtrącają z samolotu ogon, skrzydła, kadłub.
Kaczorek spokojnie pyka fajkę, śpiewając i czytając gazetę. Nadal nic nie zauważa. W powietrzu leci już tylko szczątek samolotu i cudem trzymający się osi fotelik z kaczorkiem.

Obraz 15

Rozwścieczony lis nabija fuzję całymi pasami nabojów i szarpie za cyngiel.
Potężnie nabita fuzja, rycząc i dymiąc, stara się wyrwać w powietrze, wodząc za sobą myśliwego po polanie leśnej. Lis kurczowo trzyma się strzelby. Potężny strzał. Myśliwy wraz z fuzją ulatuje w powietrze.
Jeleń, zdziwiony, patrzy w górę.
Wiewiórki wychylają głowy z dziupli.

Obraz 16
Plan średni lekko z góry

Tuż obok kaczorka lecącego na foteliku z furkoczącym śmigłem pojawia się myśliwy-lis. Kaczorek spostrzega myśliwego, wciska mu na oczy jego własny kapelusz. Szczątki samolotu zderzają się z chmurą. Huk.

Brzoza. Mgła.

Obraz 17

Po czystym niebie krążą, każde z osobna, dymiąca fajka, przerażony kaczorek, pióra, gazeta, kwiaty, kilka gwiazdek, okulary.
Fajka przedziwnym trafem sama trafia do dzioba kaczorka.

Obraz 18

Kaczorek spada głową w dół. Z przerażenia otwiera dziób (fajka chyba wypada? – pytanie przepisywaczki), przebiera bezskutecznie łapami. Mija przerażone ptaki. Zbliża się do powierzchni jakiejś wody. Na skutek zderzenia wytryskuje w niebo potężna fontanna i masa ruszających ogonami, przerażonych ryb.

Obraz 19

Następny opada (na siedzeniu) myśliwy-lis. Spada wprost na twardy brzeg. Doznaje wstrząsu. Rozchodzi się wizyjnie na osiem zdezorientowanych lisów. Powoli obraz wraca do jednego lisa.

Obraz 20
Plan średni

Lis wstaje, gotów do strzału zbliża się do brzegu płynącej wartko rzeki. Z tyłu za nim, z piasku wywierca się kaczorek. Podchodzi ukradkiem do lisa i kopie go w tyłek.
Lis wpada do wody.
Po powierzchni płynie tyrolski kapelusik.

Obraz 21

Po wartkim nurcie rzeki płyną porwane prądem drzewa i mały domek z czerwonym daszkiem. Z komina unosi się dym. Przez otwarte okno słychać potworne chrapanie. W rytm chrapania domek kurczy się i rośnie.
Domek porywany wirami tańczy po wodzie, zatrzymuje się, niekiedy obraca się w kółko.

Obraz 22
Zbliżenie

Z wody wystaje złowieszczo ostra belka, po której wyłazi lis. Domek, obracając się na wirach, zbliża się nieuchronnie do złowieszczej belki.

Obraz 23
Na brzegu zaniepokojone norki skaczą po kolei do wody. Matka z dziećmi. Piszczą ze strachu.

Obraz 24
Zbliżenie

Trzask. Z drzazgami domu wirują w powietrzu garnki, gramofon, donice z kwiatami i lis-myśliwy. Z domu ocalał tylko fortepian, kołyszący się na falach rzeki. Otwarta klawiatura. Na pulpicie nuty, na fortepianie wazon z kwiatami i przeraźliwie chrapiący biały niedźwiadek w czarnym fraku.

Obraz 25
Plan średni

Stojący na drzewie kaczorek wskakuje na przepływający fortepian.
Staje na otwartej klawiaturze, zaczyna stepować, a tym samym grać, jednocześnie śpiewając. Kaczorek kpi sobie z lisa.
Słyszymy jakąś znaną melodię jazzową.

Obraz 26

Numer solowy kaczorka stepującego po klawiaturze jak stary aktor, urodzony w varieté.

Obraz 27
Plan średni

Słysząc wesołą melodię, ryby wyskakują z wody i wskakują długimi rzędami do pyska śpiącego niedźwiadka, któremu od nadmiaru ryb pęcznieje brzuch. Niedźwiedź słodko się oblizuje i uśmiecha przez sen.

Obraz 28

Przemokły do suchej nitki lis wyłazi z wody na brzeg. Stara się coś znaleźć, by dogonić uciekinierów. Wrzuca do wody swój kapelusz. Staje na nim na jednej nodze jak bocian i z fuzją podniesioną do strzału płynie za uciekinierami.

Obraz 29

Olbrzymi wodospad, siągający pod niebo prawie. Groźna woda zrzuca drzewa i olbrzymie głazy.

Obraz 30
Plan ogólny

Do wodospadu wolno zbliża się płynący fortepian. Pierwsze sygnały wodospadu, jakieś kamienie itp. Coraz bliżej, bliżej…

Ciąg dalszy jutro…

Z tomu Anioł i mucha, Biblioteka Stańczyka, Warszawa 1959
OCR nie chciał tego czytać, a zatem tekst ręcznie przepisała dla Państwa
adminka 🙂

Barataria 77 Swift

Lech Milewski

Czytelników mojego poprzedniego wpisu mogło zaskoczyć dziwne pomieszanie tematów – staroirlandzka legenda, rzeczowe obserwacje angielskich obyczajów dokonane przez czołowego filozofa epoki Oświecenia i Podróże Guliwera – bajki dla dzieci.

Dzisiaj zacznę od bajki.
Podróże Guliwera były jednym z największych sukcesów wydawniczych XVIII wieku. Pierwsze wydanie sprzedano w ciągu tygodnia. Za kilka miesięcy książka została przetłumaczona na francuski. Na początku 1727 roku książka została wydana w Hadze a we Francji ukazało się kolejne tłumaczenie autorstwa księdza Desfontaines’a.

Zatrzymajmy się chwilę na tym ostatnim tłumaczeniu.
Ksiądz Desfontaines w przedmowie napisał:
Nie mogę zataić, że w dziele pana Swifta znalazłem ustępy słabe, a nawet bardzo złe, niezrozumiałe alegorie, niesmaczne aluzje, dziecinne szczegóły, trywialne uwagi, wulgarne żarty, ordynarne dowcipy… słowem rzeczy, które dosłownie oddane po francusku… obrażałyby dobry smak jaki rządzi we Francji, okryłyby mnie samego wstydem i ściągnęłyby niechybnie słuszne zarzuty, gdybym był tak lekkomyślny i nieostrożny, aby je pokazać oczom publiczności.

Co rzekłszy ksiądz Desfontanes, jak sam pisze: …naprawiłem potknięcia i wypolerowałem miejsca, które mi się nie podobały.

Jeszcze cytat z Woltera, pisany bez znajomości Podróży Guliwera i ich francuskiego tłumaczenia.
Każdy tłumacz dowcipnych powieści jest głupi. Otóż dlaczego nigdy nie zrozumieją we Francji dowcipnego nauczyciela Swifta, którego nazywają angielskim Rabelais.

Wolter – Listy o Angielczykach

Pierwsze tłumaczenie na polski ukazało się w 1784 roku. Było to, zgodnie z ówczesnym obyczajem, tłumaczenie nie z angielskiego lecz z francuskiego.

Chyba jednak poprawki księdza Desfontanes za bardzo nie zaszkodziły, skoro w roku 1817 Jędrzej Śniadecki w wydawanych w Wilnie przez Towarzystwo Szubrawców – KLIK – Wiadomościach Brukowych opublikował cykl Dalszy ciąg postrzeżeń włóczęgi Guliwera – satyrę na obskurantym szlachecki i nędzę chłopską na ziemiach litewsko-ruskich.

Pierwsze, prawie wierne tłumaczenie ukazało się w Lipsku w 1842 roku.

Ja czytałem Podróże Guliwera wydane w Warszawie w 1953 roku – wydawnictwo Iskry.

Podróże Guliwera

Zdjęcie pochodzi z witryny antykwariatu Rara Avis w Krakowie. Ilustracje w tym wpisie są autorstwa J.I. Grandville’a.

Rok 1953. Przygody Guliwera znane mi były z rysunkowego filmu dla dzieci. Wydaje mi się, że znakomita ilość osób, którym tytuł książki coś mówi, zna ją właśnie z filmów lub książeczek dla dzieci. W rezultacie, gdy wydorośleją, nie sięgną raczej po dość grubą książkę, no bo co ich obchodzą tak naiwne bajeczki.

Jestem przekonany, że moja matka nie czytała całej powieści i w rezultacie byłem mocno zdezorientowany, że z jej rąk otrzymałem książkę zawierającą tak “wulgarne treści” i bardzo śmiałe obserwacje dotyczące zachowania istot rodzaju żeńskiego.

Obecnie jednak zajrzałem do Podróży Guliwera szukając Baratarii. Oto wyniki moich poszukiwań.

Liliput
Większość opowieści poświęcona jest opisowi jak też istoty o wysokości 15 cm radzą sobie z olbrzymem – Człowiekiem Górą (Quinbus Blestrin).
Radzą sobie nieźle, poza jednym – kosztami wyżywienia.

Poszukałem jednak informacji, które nie są tak oczywiste dla dzieci.
Gdy jakiś wielki urząd bądź przez śmierć, bądź przez popadnięcie w niełaskę (co się często zdarza) wakuje, pięciu lub sześciu kandydatów podaje Cesarzowi memoriały, ażeby mieli pozwolenie bawienia Jego Cesarskiej Mości i dworu skakaniem na sznurach.
Kto skacze najwyżej bez upadnięcia, ten otrzymuje urząd.

Dwa najpoważniejsze problemy, które nękały ten kraj to po pierwsze – rywalizacja dwóch partii politycznych Tramecksan i Slamecksan, tak nazwanych od Wysokich i Niskich Klocków, czyli obcasów trzewików, które nosili.
Wysokie Klocki bardziej się zgadzają ze starą konstytucją jednak Cesarz postanowił używać tylko Niskich Klocków, tak w sprawowaniu rządu jak i we wszystkich od woli monarszej zależnych urzędach. Niechęci dwóch partii w tak wysokim są stopniu, że ani jedzą, ani piją z sobą, ani do siebie gadają.

Drugi problem to zagrożenie Liliputu ze strony mieszkańców wyspy Blefusku. Te dwa mocarstwa toczyły od 36 księżyców wojnę, której powód był następujący: Wszyscy się zgadzają, że początkowo zawsze tłuczono jaja przed jedzeniem z grubszego końca, ale dziad naszego Cesarza jeszcze gdy był dziecięciem, mając jeść jajo skaleczył sobie palec, skąd poszło prawo, żeby jaja z cieńszego końca tłuczono. Lud tą ustawą tak był oburzony, że dziejopisowie o sześciu z tej okoliczności wspominają rozruchach. Na jedenaście tysięcy liczą ludzi, którzy woleli śmierć ponieść, aniżeli poddać się prawu tłuczenia jaj z cieńszego końca. Zamieszanie wykorzystują władcy Blefusku, którzy oskarżają nas jakobyśmy kardynalnie gwałcili przykazania naszego Wielkiego Proroka objawione w 54 rozdziale Blundekralu (to jest Al-koranu), co jednak myślę jest tylko przekręceniem tekstu, którego te są słowa: “Wszyscy wierni tłuc będą jaja z końca wygodniejszego (pogrubienie moje).

Wszystkie dzieci wiedzą, że Guliwer włączył się w decydujący sposób do wojny z Blefuskiem a mianowicie unieszkodliwił flotę najeźdźców.

I dalej o Liliputach:
Mają swoje prawa i zwyczaje osobliwsze, które bym może przedsięwziął usprawiedliwić, gdyby prawom i zwyczajom mojej kochanej ojczyzny nie były nazbyt przeciwne.
Pierwsze prawo, które nadmienię mówi o donosicielach. Oszukanie maja za obrzydliwszą zbrodnię niż kradzież i dlatego zawsze karzą śmiercią.
W obieraniu osób na urzędy więcej uważają na poczciwość niżeli na wysoką zdatność. Rząd potrzebny jest rodzajowi ludzkiemu, mówią oni, a zatem Opatrzność nie miała zamiaru zawiadywania interesami publicznymi uczynić umiejętnością trudną.
Nie chcą aby dziecko miało jakieś osobliwsze zobowiązania wobec ojca za poczęcie i wobec matki za urodzenie, które zważywszy nędzę ludzkiego życia, nie było dobrodziejstwem ani nie było zamierzone przez rodziców. Z tej przyczyny uważają, że ojciec i matka mniej od kogoś obcego nadają się do wychowywania swych dzieci.

Czytelnicy Przygód Guliwera wiedzą, że pobyt Guliwera na Lilipucie zakończył się intrygami i zamiarami zabicia go w podstępny sposób. Na szczęście morze wyrzuciło na brzeg rozbitą szalupę, którą udało się doprowadzić do stanu używalności i podróżnik dotarł nią w pobliże angielskiego statku, na którym znalazł ratunek.

Podsumowanie – może te, wymienione w ostatnim cytacie, osobliwe zwyczaje wykazują jakieś cechy Baratarii, ale wcześniejsze relacje i informacje o intrygach i podstępach zniechęciły mnie do tej wyspy. Nie, to nie tu.

Brobdingnag – kraina olbrzymów

Brobdingnag

Znowu znaczna część opowieści to relacja jak wiele zależy od punktu spojrzenia, tym razem zdecydowanie z dołu.

To w tej opowieści Guliwer relacjonuje bardzo niedyskretnie wygląd wypielęgnowanych ciał kobiecych ogladanych okiem liliputa. Równie niedyskretnie zdradza tajemnice damskich pokojów.

Nie dowiadujemy się wiele o stosunkach społeczno-politycznych Brobdingnagu. Odwrotnie, Guliwer musi opowiedzieć królowi o stosunkach i obyczajach panujących w Angli i królewska ocena jest zupełnie różna od tej wyrażonej przez Woltera.

Mój malutki przyjacielu Grildrigu, uczyniłeś niezwyczajną kraju swego pochwałę. Dowiodłeś arcydobrze, że niewiadomość, lenistwo i występek mogą być niekiedy jedynymi przymiotami prawodawców, że prawa bywają objaśniane, tłumaczone i stosowane przez osoby, w których interesie jest ich zepsucie, zawikłanie i przekręcenie.

Opuszczam więc Brobdingnag z poczuciem, że nie znalazłem tam Baratarii. Co gorsza zwątpiłem, czy była nią Anglia.

Balnibarbi

Balnibarbi

Jak widać z powyższej mapy są to dwa terytoria – latająca wyspa Laputa oraz spora wyspa na Pacyfiku, na której znajduje się właściwe królewstwo.
Z opowieści Guliwera można wnioskować, że mieszkańcy tego kraju nie różnią się fizycznie od mieszkańców Anglii. Różnice jednak są:

Balnibarbi

Nigdy jeszcze nie widziałem ludzi tak osobliwych w swojej postaci, odzieniu i obyczajach. Zwieszali głowę raz na prawą, raz na lewą stronę. Jednym okiem patrzyli w niebo, drugim ku ziemi. Suknie ich były upstrzone niezliczonymi figurami słońca, gwiazd, księżyca między którymi znajdowały się skrzypce, arfy, flety, gitary… Umysły tego narodu wydają się być tak roztargnione i w zamysłach pogrążone, że nie mogli ani mówić, ani uważać co drudzy do nich mówią bez pomocy trzaskających pęcherzy, którymi ich dla ocucenia bito albo po uszach albo po ustach.

Guliwer poświęca kilka rozdziałów opisowi zachowań i prac badawczych prowadzonych przez mieszkańców Balnibarbi. Z innych źródeł dowiedziałem się, że ten fragment powieści to satyra na Royal Society, Królewskie Towarzystwo Naukowe, które w tym okresie było pod wpływem partii Whigów.

Luggnagg

Podobnie jak w Balnibarbi Guliwer większość swej relacji poświęca jednej, charakterystycznej właściwości mieszkańców krainy.
Powiedział mi, że czasem (choć rzadko) rodzi się dziecię z plamą czerwoną prosto nad lewą brwią i że to szczęśliwe znamię uwalnia je od śmierci (…).
Zawołałem w niejakim będąc zachwyceniu: “Szczęśliwy naród, którego dzieci mogą się spodziewać nieśmiertelności! Szczęśliwy kraj, gdzie starożytnych czasów przykłady zawsze trwają, gdzie pierwszych wieków cnota jeszcze nia zaginęła, gdzie pierwsi ludzie żyją i żyć będą wiecznie, ażeby nauczali mądrości wszystkich swoich potomków..”(…).
Ten, który mi to opowiedział, spojrzał na mnie z uśmiechem oznaczającym moją niewiadomość godną politowania. Rzekł mi naprzód, iż takie prawie zdanie zdarzało mu się znajdować u Balnibarbów i Japończyków, że chęć życia jest przyrodzona człowiekowi… Lecz na wyspie Luggnagg inaczej myślą, bo przykład i ustawiczny widok Struldbrugów zachowuje jej mieszkańców od nierozsądnej miłości życia.

Strulbug

Potem odmalował mi obraz Struldbrugów i rzekł, że podobni są do śmiertelnych i żyją jak ci do lat trzydziestu a potem wpadają w coraz większy smutek, aż póki nie dożyją lat osiemdziesięciu, że naówczas nie tylko są podlegli wstrętnym chorobom, nędzy i słabościom starości, ale nadto tak ich dręczy świadomość wiecznej trwałości ich zgrzybiałości, że się niczym ucieszyć nie mogą. Nie tylko są, jak wszyscy inni starcowie, uparci, nieużyci, łakomi, wielomówni, gniewliwi. ale też kochają tylko siebie, wyrzekając się słodyczy przyjaźni, a nawet do dzieci swoich żadnego nie mają przywiązania. Zawiść pożera ich bez przestanku, a na widok rozkoszy zmysłowych, miłostek, rozrywek, jakich używa młodzież śmiertelna, niejako co moment konają.

Kraina Houyhnhnmów

Podczas kolejnej podróży to Guliwer jest kapitanem statku. Ma jednak pecha, jego załoga składa się z byłych korsarzy. Opanowują statek i w odruchu łaski wywożą Guliwera na mijaną właśnie wyspę.
Napotyka tam jakieś paskudne stwory, na szczęście w którymś momencie rozbiegają się w popłochu.
Przyczyną popłochu był zbliżający się koń. Koń obejrzał uważnie i obwąchał Guliwera z każdej strony. Podczas tych oględzin przybył jakiś drugi koń i ukłonił się bardzo grzecznie pierwszemu. Witały się uderzając łagodnie prawymi kopytami i zaczęły rżeć różnymi sposobami, jakby jakieś wymawiając słowa… Zadziwiony, że jeśli tak się ze sobą znoszą zwierzęta, pomyślałem, że mieszkańcy w tym kraju muszą być najmędrszymi na ziemi.

Houyhnhnm

Wszyscy wiemy, że rzeczywiście byli najmędrszymi, ale to były właśnie konie. Co gorsza te paskudne stwory spotkane na początku wizyty okazują się być coraz bardziej podobne do naszego gatunku ludzkiego. Konie, ujęte manierami i wiedzą Guliwera, traktują go bardzo przyjaźnie. Gdy jednak relacjonuje im szczegółowo zasady i obyczaje panujące w jego kraju, sam zdaje sobie sprawę, do jakiej kategorii istot należy.

I tak odwiedziłem z Guliwerem aż pięć wysp i nigdzie nie znalazłem Baratarii. Do tego wykreśliłem Anglię z listy potencjalnych kandydatów.

Pozostało jeszcze jedno miejsce, Irlandia, od której zacząłem poprzedni wpis.
Wszak Jonathan Swift urodził się w Dublinie, jego matka była rodowitą Irlandką a ojciec osiedlił się tam na stałe.
Dlaczego nie napisał nic o swoim kraju?

Napisał, napisał, ale o tym już w następnym odcinku.

P.S. Wnikliwych czytelników może zainteresować teoria, że nazwa yahoo może pochodzić od YHWH – Jahwe. Być może w kontekście “hnea Yahoo” jako antyteza Boga. Patrz TUTAJ.