Nico, eine Mondgöttin

Sie liegt auf dem Selbstmörder Friedhof in Berlin begraben, obwohl sie gar keine Selbstmörderin ist, sondern ist auf Ibiza vom Fahrrad gefallen und gestorben. Am 18. Juli 1988.

Nico…

Von Andy Warhol entdeckt, kam sie zu Ruhm als weib­liche Stimme des ersten Albums von The ­Velvet Underground  und, wie Berliner TIP behauptet, werden ihre Soloplatten bis heute immer dann angehört, wenn man einmal so richtig tief depressive Musik hören möchte.

Sie war vielleicht keine Selbstmörderin, das ja, aber, na ja, sie war heroinsüchtig und depressiv, wirkte selbstzerstörerisch und ihr Leben war zu letzt lediglich ein Haufen dubiöser Umstände…

Ihr Grab ist eine Pilgerstätte für viele ihre todessehnsüchtigen Fans aus aller Welt, die dort eine Blume, aber auch einen Joint, eine Schnapsflasche oder eine ­Heroinspritze niederzulegen pflegen.

Anne Schmidt

schrieb über sie zum Buss- und Bettag letztes Jahres…

Es gibt Gräber, die muss man suchen, wenn man sie besuchen will.

Sie wurden anonym angelegt, weil die dort begrabenen Personen mit ihren Geschichten zur Zeit ihres Todes als Aufrührer oder gar Verbrecher galten, deren Gräber keinesfalls zu Pilgerstätten werden sollten.

Andere wiederum wünschten sich schon zu Lebzeiten ein idyllisches Plätzchen an einem weltfernen Ort für ein ewiges Ausruhen nach einem ruhmreichen, turbulenten,

Christa Päffgen, besser bekannt unter ihrem Künstlernamen „Nico”, hatte sich schon in noch unbeschwerten Jugendjahren den Waldfriedhof am Schildhornweg im Grunewald als letzten Ruheort ausgesucht. Dort findet man auf einem Grab unter dem Stein mit ihrem und dem Namen ihrer Großmutter ein gerahmtes Foto von ihr, das in ihrer glücklichen Zeit als Sängerin und Muse von Jim Morrison gemacht sein dürfte.

Wie lange man sie dort noch besuchen kann, ist der Wilmersdorfer Gemeinde überlassen, die den Friedhof aus Kostengründen schließen will.

Die russichen Selbstmörder, nach denen der Friedhof benannt ist, die vielen Toten einer Bombennacht im Jahre 1945 würden dann genau wie Nico und Rolf von Zukowsky umgebettet werden müssen oder dem Verfall preisgegeben werden.

Die Wildschwein rotten um den Friedhof herum, warten schon jetzt auf ein Offenlassen der Pforte.

Foto Elżbieta Kargol


Im Kino gibt es jetzt ein Film über sie. Ein, wie TIP Berlin es bezeichnet, beeindruckendes Biopic über die Spätphase der gefeierten Popikone: Nico, 1988.
I/B 2018, 93 Min., R: Susanna Nicchiarelli, D: Trine Dyrholm, John Sinclair, Anamaria Marinca.
Eine Geschichte über zwei letzte Jahre Nicos Leben.
Trine Dyrholm, die Nico spielt, singt im Film alle Lieder selbst.

Der Film ist fantastisch. Und es gibt gar eine merkwürdige halluzinatorische Vision Polens AD 1987 im Film. Polen an Allen Toten Tag.

Zwei ihre Aussagen, die sich einem für eine Ewigkeit einprägen.
– Bin ich hässlich? Ja? Gut. Ich war sehr unglücklich, als ich schön war.
Und
– Ich war ganz oben und ich war ganz unten. Auf den beiden Orten ist man verdammt allein.


Im TIP erzählt der Musiker Lüül (Lutz Graf-Ulbrich) über seine einstige Liebe und ihr Grab. Er war Musiker der Berliner Krautrockbands Agita­tion Free und Ashra, Mitglied des Kollektivs 17 Hippies – und Nicos ehemaliger Gitarrist und Liebhaber.

„Es gab niemanden, der etwas Vergleichbares machte“, sagt Lüül. Er hat ein Buch geschrieben über seine Jahre mit Nico und es „Im Schatten der Mondgöttin“ genannt. Darin beschreibt er seine erste Begegnung mit ihr in der Pariser Opéra Comique 1973: „Nur ein Scheinwerfer. Dann kam sie. Nico. Überirdisch. Unnahbar schön. Allein mit ihrem indischen Harmonium.“ Magisch hat das damals auf Lüül gewirkt. Ja, und auch er hat sie angehimmelt. „Sie war ­sagenumwoben“, erinnert er sich. Wie von einem Nebelschleier umgeben, all die Geschichten, die man so von ihr erzählte und die sie über sich selbst erzählte, blieben vage, halb erlebt, halb erdacht. Die Kult- und Kunstfigur Nico lebte von ihrer Aura und dem Mysterium, das sie um sich herum schuf. „Sie war unergründlich“, sagt Lüül.

Schleierhaft ist ihm bis heute auch, weshalb sie sich ausgerechnet ihn ausgesucht hat, damals bei der ­Party des gemeinsamen Managers Assaad und später im Backstage-Zelt eines Festivals in Frankreich. Weshalb sie sich im Hotel vor ihm auszog und nackt aufs Bett legte. Vielleicht waren sie sich ja doch gar nicht so fern: Sie aufgewachsen in Schöneberg, im KaDeWe als Model entdeckt, er Musiker aus Charlottenburg, beide Kinder des Nachkriegsberlins. So jedenfalls kam die Mondgöttin ins Leben des 14 Jahre jüngeren Lutz Ulbrich und verlieh ihm ungeahnte Größe. Es folgte: „die wilde Zeit“. Ein Leben aus dem Koffer, von Paris nach Amsterdam, immer dem billigen Heroin nach, die Konzertreisen durch die USA. Apropos Heroin: Es machte sie selbstsicherer, sagt Lüül, aber auch selbstsüchtiger. „Sie war die egozentrischste Person, die ich je kennengelernt habe. Alle halten sie ja so hoch, aber hey, sie war auch eine Bitch! Sie hat Menschen betrogen.“ Doch so wie sie nicht vom Heroin loskam, kam er nicht von ihr los.

Dann das große Finale im Chelsea Hotel, New York. Einem Drehbuchautor würde man diese Szene wohl aus seinem Skript streichen, weil maßlos übertrieben: Nico auf Methadon und Alkohol, es kommt zum Streit, ein Bügeleisen fliegt durchs Fenster (Lüül: „Ich hätte es sonst voll in die Fresse gekriegt.“), sie spuckt ihm ins Gesicht, er würgt und schlägt sie, bis sie fällt und liegen bleibt (Lüül: „Ich dachte schon: Jetzt biste ein Mörder!“), doch sie lebt, die Polizei kommt, der Vorhang fällt. Im wahren Leben geht die Geschichte weiter, die beiden bleiben „in Freundschaft verbunden“, wie man so sagt, sie singt das Lied „Reich der Träume“ für ihn ein, er organisiert ihr letztes Konzert im Planetarium Berlin, sechs Wochen vor ihrem Tod, von dem Lüül am Telefon erfährt. Am 18. Juli 1988 fällt sie in Ibiza vom Fahrrad. Gehirnblutung.


Ein Kinotrailer, huch, so was habe ich noch nie gesehen. Ist 20Uhr51, ich klicke den Trailer an und lese eine merkwürdige Zeile: Aus jugendschutzrechtlichen Gründen darf dieser Trailer nur zwischen 23:00 Uhr und 06:00 Uhr abgespielt werden. Sogar den link zum Trailer kann man vor 23 Uhr nicht kopieren…

Hmmmm… Na egal… Der Trailer

Stuart 51

I don’t wanna be someone who walks away so easily
I’m here to stay and make the difference that I can make
Our differences they do a lot to teach us how to use
The tools and gifts we got yeah, we got a lot at stake
And in the end, you’re still my friend at least we did intend

Nie chcę być kimś kto łatwo odchodzi
Jestem tu by zmienić to co mogę zmienić,
Różnice pomiędzy nami uczą nas jak się posługiwać
Wszystkim co otrzymaliśmy a mamy tak dużo
A gdyby nam nie wyszło to wiem jesteśmy przyjaciółmi
I próbowaliśmy.
Jazon Mraz I won’t give up

Joanna Trümner

Ślub

Następnym etapem ich podróży po Europie była Bruksela. „Po raz pierwszy w życiu będę w miejscu, w którym ludzie mówią obcym językiem”, przyznała się Carlie. „Szczerze mówiąc dzięki tobie w ogóle po raz pierwszy wyjechałam z Australii”, dodała z wdzięcznością. Miasto zaskoczyło ich elegancją i graniczącym ze sterylnością porządkiem. Stuartowi przypomniał się miesięczny pobyt w Berlinie, miejscu, w którym od pierwszego dnia czuł się jak w domu. W Brukseli czuł się obco, po kilku godzinach zwiedzania miasta zastanawiał się, co go tu bardziej drażniło – język, którego nie rozumiał, czy też bogactwo i nienaturalna wręcz czystość ulic i parków. Wieczorny koncert był kompletnym niewypałem. Eleganckie, wielkie pomieszczenie z nowoczesnym, zbyt jaskrawym oświetleniem nie było miejscem odpowiednim dla jego muzyki.

„Co ja tu robię?”, zastanawiał się i obserwował widzów, którzy ani na chwilę nie przerwali rozmów i cały czas zamawiali drinki. Był rozczarowany. „Nie jestem im do niczego potrzebny, taniej byłoby włączyć muzykę ze sprzętu audio”. „Nie wiedzałam, że tak się wpakujemy”, przepraszała Carlie podczas przerwy. „Zbyt pochopnie podpisałam tę umowę, trzeba było najpierw zorientować się, co to za miejsce. Mam nadzieję, że to się więcej nie powtórzy.” Stuart próbował dodać sobie odwagi przed ponownym wejściem na scenę „Po latach koncertów to pierwsza wpadka, to się kiedyś musiało zdarzyć. Mogę się cieszyć, że nie zostałem wygwizdany. Zresztą nie wiem, może to by było lepsze niż ta cholerna obojętność, zachowują się tak, jakby mnie tutaj w ogóle nie było. Muszę jakoś wytrzymać do końca.”

Czuł się tak upokorzony, że po powrocie do hotelu nie mógł zasnąć. Postanowił przejść się po mieście. „Nie gniewaj się, chciałbym teraz być sam, wrócę jak się trochę uspokoję”, przeprosił Carlie i wyszedł z hotelu. Przez kilka godzin chodził ulicami starówki, które mimo późnej pory były pełne ludzi, wracających z wieczornych wizyt w restauracjach i klubach. Czuł, że powoli przechodzi mu złość, a kiedy w witrynie jednego ze sklepów jubilerskich zobaczył piękny pierścionek z drobnym brylantem pomyślał „Na coś ten dzień był jednak potrzebny, znalazłem pierścionek zaręczynowy”.

Kolejne dwa koncerty przebiegły podobnie. W ostatnią noc w Brukseli cieszył się na myśl o tym, że niedługo opuści to miasto, które jednoznacznie dało mu do zrozumienia, że nie potrzebuje jego muzyki.

Pierwszy dzień w Paryżu był dniem wolnym od koncertów. „Miasto zakochanych” było w połowie lutego miejscem deszczowym i szarym, mimo to udało im się znaleźć kilka pięknych zaułków. Podczas wieczornego rejsu statkiem po Sekwanie Stuart oświadczył się Carlie. „Kocham cię i chcę, żebyśmy byli razem. Mam nadzieję, że mi wybaczysz ten kompletny brak wyobraźni. Zdaję sobie sprawę, że te oświadczyny są w kiczowatym stylu z nienajlepszego amerykańskiego filmu”, powiedział, czekając na jej odpowiedź. „Jasne, że za ciebie wyjdę. Zaskoczyłeś mnie, bardzo się cieszę”, Carlie poprawiła pierścionek na palcu.

„Na weselu mojej siostry było sto osób”, dodała po chwili „Nie chcę takiego teatru”. „Nie wiedziałem, że masz siostrę”, Stuart zdał sobie sprawę, że po kilku latach znajomości narzeczona potrafi go jeszcze zaskoczyć. Do tej pory niewiele opowiadała o rodzinie. Wiedział tylko, że rodzice nie żyją od kilku lat, sposób w jaki wspominała, a raczej milczała o swojej rodzinie sugerował, że nie miała szczęśliwego dzieciństwa. Mimo to fakt, że miała siostrę zaskoczył go, do tej pory był przekonany, że jest jedynaczką. Po chwili namysłu Carlie powiedziała: „Od lat nie mam z nią kontaktu, nie rozumiemy się. Nie chciałam dłużej patrzeć na to, jak bardzo uzależnia się od męża i jego religinego fanatyzmu. Obydwoje są świadkami Jehowy, razem chodzą po domach i nawracają ludzi. Są tak zajęci tym nawracaniem, że nie mają czasu dla własnego dziecka. Strasznie mi szkoda dzieciaka i kilkakrotnie próbowałam ich przekonać, że muszą poświęcać jej więcej czasu. Zagroziłam nawet, że sama się zajmę małą, bo każdy sąd przyzna mi rację, oni po prostu zaniedbują Susi. To była nasza ostatnia rozmowa, po tym jak ‘próbowałam im odebrać dziecko, bo nie mam własnych’, święty szwagier zabronił mi dalszych kontaktów. Czasami myślę, że trzeba było pójść do sądu albo przynajmniej zaalarmować odpowiedni urząd i jestem zła na siebie, że tego nie zrobiłam. Stchórzyłam. Zresztą to wszystko działo się w czasie, kiedy sama miałam masę problemów. Szczerze mówiąc nie ma dnia, żebym się nie zastanawiała, co teraz może robić Susi”.

Po koszmarze jakim były koncerty w Brukseli, Stuart z niepokojem czekał na pierwszy koncert w Paryżu. „Czy kiedykolwiek uda mi się zapomnieć to upokorzenie?”, zastanawiał się, widząc przed oczami zajętych rozmową i znudzonych muzyką słuczaczy. Po występie w małym klubie w Quartier Latin poczuł ulgę.

W dwa tygodnie później przylecieli do Berlina. „Nie mogliśmy się doczekać waszego przyjazdu”, przywitała ich Kate na lotnisku. „Pewnie jesteś ciekaw, co się zmieniło po zjednoczeniu. Zrobiło się tutaj jeszcze bardziej kolorowo, ciągle coś się dzieje, zaczęli masowo przyjeżdżać turyści z całego świata. Sami zresztą zobaczycie.” Stuart od chwili przylotu poczuł tą samą fascynację miastem, jaka towarzyszyła mu podczas pierwszej wizyty. Mimo zimna i opatulonych w ciepłe płaszcze ludzi Berlin tętnił życiem. Nieznany język, który tak bardzo drażnił go w Paryżu i Brukseli, tutaj brzmiał jak znana melodia.

Kate była pierwszą osobą, której powiedzieli o zaręczynach. „Bardzo się cieszę, chętnie przyjedziemy na ślub”. „Jeszcze nie wiem, czy w ogóle będzie jakaś wielka impreza, to nie w naszym stylu. A kiedy wy?”, zapytał Stuart i w tej samej chwili pożałował, że zadał siostrze tak intymne, osobiste pytanie. „Nie wiem, ja ciągle nie jestem pewna, że to jest to, czego szukałam”, odpowiedziała Kate. Stuart przyglądał się siostrze z niedowierzaniem. „Jak mogła zdecydować się na dwójkę dzieci z kimś, kogo nie kocha?”

Stuart przysłuchiwał się rozmowom Kate z Walterem, wyłapywał z nieznanego języka poszczególne słówka i dziwił się, że można rozmawiać o tak przyziemnych sprawach. Jego mądra siostra, która kiedyś nie rozstawała się z książką, znała każdy film i godzinami słuchała muzyki, wycinała teraz kupony z gazety i jechała na drugi koniec miasta, tylko dlatego, że benzyna była tam o kilka groszy tańsza. Zgubiła gdzieś swą zwariowaną, nieobliczalną spontaniczność. Po kilku dniach nabrał przekonania, że nigdy nie będzie w stanie przekonać się do sztywnego i pozbawionego humoru Waltera, i otyłych, przemądrzałych dzieci. Z wyrzutami sumienia myślał o George‘u w Londynie, jedynym dziecku w rodzinie, z którym udało mu się nawiązać więź. „Może to się kiedyś zmieni?”, myślał patrząc na Petera i Lizę.

Carlie była zaskoczona Berlinem, „Zupełnie inaczej wyobrażałam sobie Niemcy”, powiedziała. „Myślałam, że znajdę bardzo czyste i świetnie zorganizowane miasto, w którym po zapadnięciu zmroku pustoszeją ulice. A tu jest jak w Londynie, kolorowo i nie niemiecko”.

Ostatni wieczór przed odlotem do domu rodzeństwo spędziło wspólnie. Carlie wybrała się z Walterem i dziećmi do kina. „Co zrobimy z pamiętnikiem mamy?”, zapytała Kate. „Długo o tym myślałem, chyba jednak nie powinniśmy go czytać”, odpowiedział Stuart. „Ja też się długo zastanawiałam. Nie mamy prawa do grzebania w jej myślach. Wszystko, czego o niej nie wiedzieliśmy, przestało być ważne. Liczy się tylko to, że nas kochała. Przy najbliższej okazji pozbędę się tego pamiętnika”, powiedziała Kate. Obydwoje poczuli, że kamień spadł im z serca.

Po powrocie do Sydney Carlie ze Stuartem wprowadzili się do domu Stuarta, którego wieloletni lokatorzy wrócili wreszcie do Brazylii. W czwartek, 09.09.1999 roku Stuart z Carlie byli jedną z wielu par, które wzięły ślub w pięknym, starym budynku urzędu stanu cywilnego na Queens Square. Świadkami byli Tom i cała jego rodzina – Rita, Emily i kilkumiesięczny John.

Koniec części pierwszej

Ciąg dalszy kiedyś

Wiersze z Włosienia

Łukasz Szopa

Uwaga

Dziś wiersze

Koniec Szopy w salonie

Ciąg dalszy kiedyś


ZANIM WNIKNIEMY W NOC

Umierająca Jeanne Moreau,
popękana blizna jej wykrzywionych spokojnie ust.

Kładę dłoń na półkulistej membranie.
Czuję dwa kopnięcia, potem trzecie.

WŁOSIEŃ: 385 KG

Zagadka: półtora roweru.
Pewnie Blecharski, albo jeszcze jego ojczym,
jeździli nim do PGRu i gminy.
Ale czemu jedna porudziała rama,
a cztery koła – żadne nie wyósemkowane?

Z trudem unosimy w dwójkę
kolejne części poniemieckiej młockarki.
Zarówno walec z kolcami, jak i dwumetrowa „tarka“
przypominają średniowieczne maszyny tortur.
Blaszany szyld producenta ukazuje na rewersie puszkę śledzi.

W rozwartą paszczę przeżartej ćwierci beczki,
którą trzyma tylko 30letnia zaschła smoła,
zbieramy żeliwne i żelazne pręty, płaty, płaskowniki.
Ostatnia oryginalność huków: każdy rzut wpływa na kształt następnych.
Innych części (drzwiczki, dusza) rozkruszonego pieca poszły wcześniejszym transportem.

W sumie 385, po 50 groszy (ceny znów idą w dół, ja tu nic nie poradzę)
ale muszę odliczyć 7% za nieczystości (pan wie, ta smoła, to drewno z maszyn),
czyli wychodzi 358 (o, tak ładnie się nam odwróciło),
razy 0 przecinek 5,
179 złotych

WŁOSIEŃ: BLUE SZOPA

Farba Tikkurila Valtti Color z 3-litrowej puszki
dopiero po wymieszaniu deseczką nabiera barwy RAL 5007
Niebieski patyk odrzucam przed krzaki.
Zanurzam pędzel, nasączam, podnoszę.

Zaczynam od lewej deski,
niebieska równa smuga
pokrywa piaskowożółty kolor szopy.
Kilka niebieskich strużek ciągnie się w dół.

Przez następny niebieski kwadrans barwa
wsiąka w drewno, w moją skórę, jej niebieski zapach w powietrze.
W chwili niebieskiej przerwy:
niebieskie buty, niebieskie pokrzywy, niebieskie pomidory.

Kolej na daszek, od dołu.
Podnoszę pędzel, wyginam się,
i duża niebieska kropla pada mi w oko.
Palący biały ból.

WŁOSIEŃ: MAGDA, ELENA

Mama, zmartwiona Magdą i Eleną, odreagowywuje palce na dziewięciu guzikach.
Tata między papierosami ucieka w darwinizm: „No tak, ale na naturę nic nie poradzisz…“
Ja chowam się w polu chwastów, starając się wyrwać jak najwięcej z korzeniami.

WŁOSIEŃ: DRUGI DZIEŃ ULEWY

Zagęszczone ciepło i spokój jak w kręgu mongolskiej jurty:

Astrid ożywia woskowym masażem czterohakowy wieszak
(„Handtuch“ – „Wischtuch“ – „Gläsertuch“ – „Messertuch“).
Ja czytam na zmianę „Topikę“ i „Gazetę Robotniczą“ z 2 kwietnia 1982 r.
(„Eksperymentalna sprzedaż produktów po cenach realnych“)
Tata próbuje przechytrzyć politykę międzynarodową
(reakcja na pętlowy slogan „Polskie Radio dla Gruzji“).
Samuel rozdaje wszystkim niewidzialne prezenty
(„Duże drzewo i kwiatek“, „Kombajn i drugi kombajn“, „Czarny słoń i Samuel“).
Mama wierzy w rychły koniec epoki lodowcowej gulaszu
(i walczy z funkcją piekarnika „rozmrażanie“).

(Czerwony kaflowy piec pozostał jedynym realistą.)

WŁOSIEŃ: DROGA PO NIC

Idziemy, Same i ja, wzdłuż granicy pola i szosy.
Obiecałem, że zobaczymy most, tory, i może pociąg.
Trzyma mnie za rękę, i mówi, abym uważał na auta.
Zaczyna kropić.
Odkrywamy, że na naszym gruncie rosną trzy młode dęby.
Stary wiadukt już niedaleko.
Zaraz potem leje. Udajemy, że tego deszczu nie ma.
Potem w lewo śladami starej drogi, wymijając świeże kałuże i resztki wysypiska.
Pociągu nie ma, lecz udajemy, że wkrótce przyjedzie.

ERAZM I ZIMA

Wędrówka oczu po górskim krajobrazie
lekko pomiętej „Süddeutsche Zeitung“ z 2 stycznia.
(ostre, wąskie, boczne światło żarówki
trójkątnymi cieniami zwiększa stoki, pogłębia doliny).
Skradziona drewniana skulptura Erazma z Rotterdamu,
jako przypadkowa ozdoba na dziobie statku,
zawędrowała w 1598 do Japonii,
gdzie w buddyjskiej światyni czczono jej oblicze.
Mimo wyświechtanych kapci marzną lekko stopy,
łykam wypłowiałą zieleń rumiankowej herbaty.
Samuel śpi. Dziś ulepił pierwszego żółwia ze śniegu.
Karla śpi. Dziś pierwszy raz widziała blask śniegu.

ŚRODEK SIERPNIA

Wieczory zaczynają być chłodne.
Ostatni papieros na ganku,
twarzą twarz z księżycem.
Dzieci śpią, gliniane ściany bezgłośnie oddychają.
Świerszcze ciągną swe koncertowe monologi.

Barataria 75 Genesis

Lech Milewski

W poszukiwaniu Baratarii

Szanowna Twórczyni Baratarystyki wspomniała nie tak dawno – TUTAJ – że poszukuję Baratarii i że trudno mi ją znaleźć.
To prawda. Nadeszła pora, aby zdać relację z tych poszukiwań.

Postanowiłem zbadać sprawę gruntownie. Kto i gdzie wspomniał pierwszy raz o wyspie? Czy to była Barataria to osobna sprawa.
Gdzie szukać takiej informacji? Gdzieżby indziej niż na samym początku czyli w Biblii.

A więc to było tak –
GENESIS.
Rodział I.1. Na początku stworzył Bóg niebo i ziemię.
2. A ziemia była niekształowna i próżna, i ciemność była nad przepaścią, a Duch Boży unaszał się nad wodami.

Powyższy i wszystkie następne cytaty biblijne pochodzą z tłumaczenia Biblii przez księdza Wujka.
Wydawnictwo – Brytyjskie i Zagraniczne Towarzystwo Biblijne. Warszawa. 1961.

6. Potem rzekł Bóg: Niech będzie rozpostarcie, w pośrodku wód, a niech dzieli wody od wód.

To jeszcze nie wyspa, to kontynent, bo wyspa nie dzieli wód.
I tak przeminęło osiem pokoleń Adamowych, zleciało kilka tysięcy lat.
A równocześnie…

Rozdział VI. 1. I stało się, gdy się ludzie poczęli rozmnażać na ziemi, iż córki im się zrodziły;
2. Że widząc synowie Boży córki ludzkie, iż były piękne, brali je sobie za żony, ze wszystkich, które sobie upodobali.
(…)
4. A byli olbrzymowie na ziemi w one dni; nawet i potem, gdy weszli synowie Boży do córek ludzkich, rodziły im się syny. A cić są mocarze, którzy od wieku byli mężowie sławni.
5. A widząc Pan, że wielka była złość ludzka na ziemi (…) żałował Pan, że uczynił człowieka na ziemi i bolał w sercu swem.
(…)
7. I rzekł Pan. Wygładzę człowieka, któregom stworzył, z oblicza ziemi, od człowieka aż do bydlęcia, aż do gadziny, i aż do ptastwa niebieskiego: bo mi żal żem je uczynił.

Dygresja. Komentatorzy Biblii podsuwają hipotezę, że potop to była swoista czystka genetyczna. Wytracić istoty ludzkie, które miały sobie geny owych wspomnianych w paragrafie 2. “synów Bożych”. Ale dlaczego gadziny i ptastwo niebieske?

8. Ale Noe znalazł łaskę w oczach Pańskich.
(…)
18. … i wnijdziesz do korabia, ty i synowie twoi, i żona twoja, i żony synów twoich z tobą.
(…)

A córki, a wnukowie i wnuczki? Przecież Noe musiał mieć liczne potomstwo
Oczywiście, że miał, ale informacji o tym szukać trzeba już poza Biblią.

Cesaire.
To wnuczka Noego, córka Bitha – syna Noego, którego ojciec nie zabrał do arki gdyż podejrzewał go o kradzież.
Bith pogodził się z myślą, że zginie w potopie, ale Cesaire miała inne plany.
Zbudowała nie jedną, ale trzy arki. Obsadziła wszystkie kobiecą załogą (razem 50 pań).
Jedyni mężczyźni, których zabrała to jej ojciec Bith, Larda – jej brat oraz jej mąż Fintan MacBochra.

Cesaire wzięła kurs na Irlandię logicznie rozumując, że skoro jest to wyspa niezamieszkała to nie zna grzechu, ergo nie powinna zostać zatopiona.

Droga byłą kręta i długa. Kronikarze piszą, że arki zbudowano na brzegu Nilu skąd pożeglowano na morze Kaspijskie, stamtąd, rzekami, na szczyty Alp i dalej na morze Śródziemne. Na północnym brzegu Hiszpanii Cesaire weszła na wieżę, taką jak ta

Wieża

I okazało się, że Irlandia jest tuż, tuż.

Zgodnie z oczekiwaniami Irlandia była bezludna i w tym momencie kolonizatorzy zdali sobie sprawę jak ciężkie czeka ich zadanie – zaludnić wyspę.
Bith jako najstarszy i schorowany otrzymał zniżkę – tylko 16 kobiet. Pozostali dwaj panowie po 17.
Już wkrótce okazało się, że 16 to też za dużo dla seniora więc młodym podniesiono normę o 50%. Brat Cesaire, Larda, który doznał kontuzji podczas lądowania, wkrótce podupadł na zdrowiu i zmarł.
Cały trud spadł na Fintana, męża Cesaire. W tym momencie najsłabszym punktem okazała się Cesaire, która nie mogła pogodzić miłości do męża z misją zaludnienia Irlandii i zmarła ze zgryzoty.
Fintan też wkrótce zorientował się, że misja go przerasta, porzucił kobiety i ukrył się w grocie.

I wtedy nadszedł potop, który wbrew oczekiwaniom nie oszczędził Irlandii, ale w obecnej sytuacji nie miało to już większego znaczenia.
Wody podnosiły się, podchodziły już do groty, w której zamieszkiwał Fintan, który większość czasu spędzał śpiąc. Przyśniło mu się wówczas, że jest łososiem. Sen przerwały zalewające grotę wody, ale Fintanowi nic nie groziło gdyż obudził się jako łosoś.

Salmon of Knowledge

Powyżej pomnik Fintana-łososia w Belfascie.

Źródło opowieści TUTAJ.

W tym momencie odłożyłem na bok irlandzkie legendy i rozejrzałem się w terenie. Wody po potopie opadły, wynurzyły się wyspy brytyjskie a wśród nich Lindisfarne a to już przecież Barataria, patrz TUTAJ.

Zatrzymam się chwilę na Lindisfarne

Lindisfarne

Jak widać na zdjęciu jest to wyspa pływowa – właściwszy wydawałby mi się termin przypływowa gdyż Lindisfarne jest wyspą tylko podczas przypływu.

Czy to jednak Barataria?
Stosunki społeczne tego nie potwierdzają gdyż przez wiele wieków wyspę zamieszkiwali tylko mnisi, podporządkowani klasztornej dyscyplinie.

Na szczęście Wyspy Brytyjskie oferują tyle różnorodności, że na pewno coś się znajdzie.

Skorzystam z relacji gościa z kontynentu.

Rok 1726 – Wolter poróżnił się z niejakim kawalerem de Rohan-Chabot. Obrażony kawaler wynajął bandziorów, którzy pobili Woltera. Wolter wyzwał kawalera de Rohan na pojedynek, ale wpływowa rodzina arystokraty załatwiła uwięzienie filozofa w Bastylii.
Wolter, obawiając się, że może to być uwięzienie bezterminowe, poprosił o zamianę kary więzienia na ekstradycję do Anglii, co władze francuskie z ulgą zaaprobowały.

I oto co znalazł:
“Wnijdź do kupieckiego w Londynie domu (…) Tam Żyd, Mahometanin i Chrześcijanin obcują jeden z drugim jak gdyby jednej byli religii a nazwisko Bankruta niewiernym tam dają. Tam Prezbiterianin powierza się Anabaptyście a Angielczyk od Kwakra przyjmuje obietnicę. Z tego zgromadzenia jedni idą do synagogi, drudzy do szynkowni. Tamten każe się ochrzcić (…) a ów syna swojego obrzezać daje, mrucząc nad dziecięciem hebrajskie słowa, których sam nie rozumie. Inni w opuszczonych kapeluszach idą do swych kościołów, a wszyscy są uspokojeni. Gdyby w Anglii jedna tylko była religia, samowładztwa obawiać by się potrzeba, gdyby były dwie, wzajemnie by się pomordowały, ale że ich jest trzydzieści, wszystkie zgodnie i szczęśliwie żyją“.

Wolter – Listy o Angielczykach.

I jeszcze… “Żaden człowiek, przez to że jest szlachcicem czy księdzem, nie jest wyłączony od płacenia podatków, te zaś Izba Niższa stanowi. Każdy daje nie podług swojej godności (gdyż to rzecz szalona), ale podług swego dochodu“.

No, rzeczywiście Barataria, ale…

Przypominam – Wolter przybył do Anglii w 1726 roku. W tym to roku w angielskich księgarniach ukazała się książka niejakiego Lemuela Gullivera – Podróże do kilku odległych krajów świata.

Guliwer

Lemuel Gulliver pisze o wielu wyspach i niejedna z nich ma w sobie coś z Baratarii. Porównuje je czasem do Anglii i muszę stwierdzić, że czytając te relacje zastanawiałem się często która z wysp jest Baratarią, a która jej przeciwieństwem – Anty-Baratarią?

Przypisy a raczej przy-śpiewki. Polecam piosenkę Hydropiekłowstąpienie, która nieco wyjaśnia sprawę misji Noego.

Orient powszedni X

Agnieszka Fetzka i Tomasz Fetzki

Viator

Kolejny poranek powitał Wędrowców. W zupełnie nowych okolicznościach przyrody… i niepowtarzalnej. Jak wspominał Pielgrzym tydzień temu, po całodziennej podróży dość przypadkowo i w ostatniej chwili (tego rodzaju taktyka bywa męcząca, ale ma swój urok) znalazło Viatorostwo nocleg na kwaterze w Studzienicznej – wiosce będącej, administracyjnie rzecz ujmując, dzielnicą Augustowa. Zauważył też, że ten wybór był znakomity, a lokalizacja taka, że lepszej nie mogli sobie wymarzyć.

Kolejny poranek powitał Wędrowców. Suwalszczyzna to co prawda część województwa podlaskiego, ale historycznie niewiele ma z Podlasiem wspólnego. Inne ukształtowanie terenu, czyli jeziora, świerkowe lasy i morenowe wzgórza, których na Podlasiu nie uświadczysz. Inna kompozycja etniczna: tam Polacy wymieszani z Białorusinami, tu mieszkają obok Litwinów. Byliby i Jaćwingowie, wszak to ich ziemia gniazdowa, gdyby mniej w broni, a więcej w dyplomacji pokładali zaufanie; a tak to wspólnie przez Rusinów, Litwinów, Polaków i Krzyżaków po trosze wyrżnięci, po trosze wchłonięci zostali. Honor zachowali, ale ich samych już nie ma, hélas!

W każdym razie tutaj cerkwi, powszechnie na Podlasiu występujących, niemal nie uświadczysz, bo tak Polacy jak Litwini to en masse katolicy obrządku łacińskiego. Niemal, powiada Viator. Zdarzają się bowiem świątynie obrządku wschodniego, ale niepomiernie rzadziej i, zazwyczaj, w specyficznej odmianie, jako molenny starowierców. I niestety znów trzeba się przyznać do błędu, przełknąć gorzką pigułkę. Już po raz trzeci na trasie tej Podróży Mistycznej skrewił Wędrowiec. Zawiódł jego profesjonalizm, co zresztą wyszło na jaw dopiero po powrocie do domu. Planując itinerarium nie uwzględnił Pielgrzym dziedzictwa staroobrzędowców. Z jakiegoś względu umiejscowił ich sobie na Mazurach, a że Mazur, ze względów czasowych, nie brało Viatorostwo pod uwagę jako etapu tej wyprawy, to i wizyt w świątyniach starowierców Pielgrzym też nie przewidział. Skądinąd ta mazurska lokalizacja nie jest całkowicie błędna, jako że uciekinierzy spod opresji reform patriarchy Nikona osiedlali się zarówno tam, po pruskiej stronie granicy, jak i tu, na Suwalszczyźnie. Ale nie uwzględnić Gabowych Grądów na trasie podróży? Wstyd Viatorze! Hańba. To trzeba będzie nadrobić. Tym bardziej, że Suwalszczyzna warta jest następnej wizyty. Niejednej.

Kolejny poranek powitał Wędrowców. Nad brzegiem Jeziora Studzienicznego. Z okien kwatery widać półwysep (dawniej wyspę, połączoną później z lądem solidną groblą) a na nim kapliczkę.

Sanktuarium Matki Bożej Studzienicznej. Sięga swymi początkami drugiej dekady XVIII wieku, gdy wysepkę obrał na swą siedzibę pustelnik, przybyły z klasztoru kamedułów w pobliskich Wigrach. Przykładem świątobliwego życia i mądrymi radami zaczął z czasem ściągać do siebie tłumy pielgrzymów. Odszedł stąd w roku 1728, ale pątnicy przybywali dalej masowo, uznając samo miejsce ze święte. A około roku 1770 osiedlił się tutaj kolejny eremita, były major czy nawet, jak prawiono, pułkownik wojska polskiego, Wincenty Morawski. Ten został aż do śmierci, ale wcześniej zbudował drewnianą kaplicę, w której umieszczono kopię ikony Czarnej Madonny. Obraz szybko cudami zasłynął, pielgrzymki coraz tłumniej i z coraz dalszych stron na wysepkę ściągały. Z czasem trzeba było na miejscu starego sanktuarium, jeszcze przez pustelnika Morawskiego wzniesionego, zbudować w roku 1872 kaplicę murowaną, zaś pięćdziesiąt lat później drewniany mostek zastąpiono ziemną groblą, Neoklasycystyczna kaplica stoi do dziś, a pątnicy wciąż do niej ciągną z daleka.

Poza kaplicą na półwyspie jest też cudowna studzienka (od której wioska wzięła nazwę), pomnik Jana Pawła II, który odwiedził, już jako papież, studzieniczne sanktuarium oraz łódź – Piotrowa, jak można przypuszczać, tym bardziej, gdy się przeczyta napis, umieszczony na rei.

Wypłyń na głębię! Wszak tak właśnie rzekł Jezus do Szymona Piotra. Jak przepastna może być ta głębia? Pustelnik Morawski, który w samotności żywot przed obliczem Najwyższego przepędził, może to wie. Viator nie ma pojęcia.

Obiecywał sobie Pielgrzym przed rozpoczęciem pisania dochowanie wiary zwięzłości wypowiedzi, ale na jedną dygresję musi i może sobie pozwolić: po Drohiczynie i Pannach z Wilka oraz Bielsku Podlaskim i Znachorze trzecia to już bowiem sytuacja, tym razem niezamierzona i nieplanowana, gdy Wędrowcy napotkali na swym szlaku plener kinematograficzny. Inne co prawda czasy, inny gatunek filmowy, ale dzieło też warte pamięci. Tak jak i jego reżyser, zmarły zaledwie pół roku temu Wojciech Wójcik. W przaśnych latach osiemdziesiątych jego filmy, zazwyczaj o tematyce kryminalnej i sensacyjnej, wyróżniały się, można by to nazwać, zachodnim sznytem – miały precyzyjnie skonstruowane scenariusze i były świetnie zrealizowane. Viator pamięta choćby doskonałe Prywatne śledztwo czy mroczny Trójkąt bermudzki, dzieła które, na dobrą sprawę, nie zestarzały się do dziś. Ale tutaj, w Studzienicznej, Wójcik znalazł plenery dla innego ze swych filmów, nakręconego w 1981 roku Karate po polsku. To właśnie w kaplicy, którą ze swych okien widzi Viatorostwo, wykonywali freski artyści plastycy zagrani przez Edwarda Żentarę i Michała Anioła. Tutaj (11 minuta 22 sekunda) mogą sobie Czytelnicy przypomnieć te sceny.

Kolejny poranek powitał Wędrowców. Nad brzegiem Jeziora Studzienicznego. Gdy dotarło do nich, że jezioro to jest częścią szlaku wodnego, znanego powszechnie jako Kanał Augustowski, Wędrowiec raz tylko spojrzał na swą Towarzyszkę i już wiedział, od czego rozpocznie się dzisiejszy dzień.

Viatorka

Jeśli woda, to czas na kajaki i zupełnie nowe doznania. Pływało już bowiem Viatorostwo wieloma rzekami i jeziorami, a także naturalnymi i sztucznymi odnogami Szprewy w Spreewaldzie, ale długimi, wielokilometrowymi kanałami łączącymi jeziora, jeszcze nie. Poza tym, taki spływ to spotkanie z historią, przecież Kanał Augustowski wraz z całym zespołem budowli i urządzeń uznany został za pomnik historii oraz znalazł się w rejestrze zabytków. I słusznie! Pomysł na utworzenie kanału wodnego łączącego zlewisko Wisły i Niemna z Bałtykiem, z pominięciem dolnego biegu Wisły, powstał podobno już w 1823. Po prostu – Królestwo Polskie, kadłubowe państwo polskie połączone unią personalną z Rosją, potrzebowało otwartego i wolnego dostępu do morza. Spławianie towarów Wisłą do Gdańska było bowiem nieopłacalne: Prusacy nałożyli zaporowe cła.

Pierwotnie projektem zajął się Ignacy Prądzyński, późniejszy generał i wódz naczelny Powstania Listopadowego. Zadbał o patriotyczną symbolikę śluz – miały być wykładane czerwoną cegłą i białym piaskowcem, a więc nawiązywać do polskich barw narodowych. Po wielu perypetiach, przerwie związanej z walkami wyzwoleńczymi w 1931 r., następującej po nich utracie autonomii Królestwa Polskiego oraz wielu zmianach wprowadzonych do pierwotnego projektu, kanał otwarto w 1839 r. Jak się okazało, Prusacy w międzyczasie cła obniżyli, wiec nie było już potrzeby wozić kanałem towarów do Bałtyku, wykorzystywany był natomiast lokalnie, głównie do spławu drewna. Potem został też modernizowany, żeby przystosować go chociażby do przepływu łodzi motorowych.

Program podróży Viatorstwa po Podlasiu był bardzo napięty, nie istniała więc możliwość, aby przepłynąć cały Kanał. Ma on długość ponad 100 km, po drodze trzeba pokonać 18 śluz – na jeden dzień to stanowczo zbyt dużo. Po konsultacji z właścicielem wypożyczalni kajaków nad jeziorem Studzienicznym (skądinąd bardzo sympatycznym panem) wybrało więc Viatorstwo odcinek około 13 km, od śluzy Paniewo do śluzy Swoboda. Trasa bardzo ciekawa i o dużej a zmiennej urodzie.

Żałuje teraz Viatorka, że nie było czasu, żeby przepływać przez śluzę Paniewo, że obejrzeliśmy ją jedynie „od tyłu”.

Z tego ujęcia śluza nie robi wielkiego wrażenia, a to przecież jedyna śluza dwukomorowa, bo różnica poziomów między jeziorem Paniewo a jeziorem Krzywym, które łączy, wynosi ponad 6 metrów. A na przeprawę trzeba poświęcić podobno aż 40 minut. Następnym razem z pewnością Viatorostwo nie ominie tej atrakcji.

Za śluzą Paniewo jezioro o tej samej nazwie, którego długość i szerokość nie przekracza kilometra, a po nim sztuczny kanał i jezioro wytopiskowe Orle, nieco większe, ale znacznie płytsze od Paniewa. A na nim łabędzie, widać, że zaprzyjaźnione z ludźmi, bo kiedy tylko zobaczyły Viatorostwo, szybko pan łabędź, a za nim pani łabędziowa, podpłynęły do kajaka. No i rozczarowanie – ich tym razem, nie nasze – bo niczego do jedzenia niestety ze sobą nie mieliśmy. Nasze trochę też…



W końcu dopłynęło Viatorostwo do śluzy Gorczyca, a tam konsternacja. Czekamy, wołamy, a śluza zamknięta na głucho i żywego ducha nie widać. Co robić? Zdecydował się Viator wysiąść z kajaka i poszukać gospodarza, Viatorka zaś w tym czasie wbiła paznokcie w betonowy brzeg, żeby kajak nie uciekł jej na środek kanału, albo, co gorsza, się nie przewrócił. Po prawdzie kanał głęboki nie jest, ale zanurzenie się w zimnej i mętnej wodzie do przyjemnych by nie należało. Nie było Viatora kilkanaście minut, w końcu powrócił. Znalazł pana obsługującego śluzę w domu, oglądającego telewizję. Pan ze stoickim spokojem poinformował nas, że od kiedy remontują śluzę Swoboda, ruch jest tak mały (faktycznie, tego dnia Wędrowcy byli pierwszymi przepływającymi), że nie opłaca mu się tam cały czas siedzieć. Jak Swoboda jest otwarta, to pływają tędy często motorówki, ale teraz to nie. MOTORÓWKI! Faktycznie, zdało sobie Viatorostwo sprawę, że po drodze nie spotkało ani łodzi motorowych, ani żadnych kajaków. Nikogo. I dobrze, bo nie mieliśmy ochoty mijać się z motorówkami na wąskim kanale i do tego słuchać znowu huku silników. Za to samo przepłynięcie przez śluzę Gorczyca dostarczyło sympatycznych przeżyć. Wpływa się do szerokiej na 5 metrów i długiej na 43 metry komory, do której wpuszcza się  wodę. Mechanizm, jak niegdyś, jest ręczny. Woda gwałtownie rzuca kajakiem, aby na koniec podnieść poziom o niemal 3 metry.

Dalej, za śluzą, już tylko małe, szerokie na 400 metrów a długie na dwa kilometry jezioro Gorczyckie i w końcu najdłuższy i najwyżej położony sztuczny odcinek Kanału Augustowskiego – 7 kilometrów płytkiego, raczej wąskiego traktu wodnego, bez nurtu, z nieprzejrzystą wodą. Płynie się i płynie, a dystansu jakby wcale nie ubywało. Czas też niby płynie, a czujemy się, jakbyśmy stali w miejscu. Znużony Viator w końcu nadał mu nazwę: psychiczna prosta. Trzeba mieć cierpliwość, żeby ją pokonać.

Jednak ostatecznie dotarliśmy do końca spływu, czyli do śluzy Swoboda – tej remontowanej, a właściwie zdemontowanej jedynie, na której nic się nie dzieje. Podobno rok temu zaczęto coś tam grzebać, na zimę ekipa remontowa się zwinęła, aby w tym roku jeszcze się nie pokazać. Gdyby nie to, szybciutko dopłynęlibyśmy pod samą kwaterę w Studziennej. Ale za to pewnie po drodze udręczyłby nas hałas motorówek. Więc chyba nie ma czego żałować.

Marzy się Wędrowcom wrócić kiedyś na Kanał Augustowski, szczególnie, aby zobaczyć jego koniec, połączenie z Niemnem. Tylko, że te ostanie 20 kilometrów jest już na w Białorusi. Nie da się tak po prostu wynająć kajaka. Wycieczka musi być zorganizowana przez odpowiednie biuro, trzeba mieć wizy. Odwykło Viatorostwo od takich obostrzeń, za to przyzwyczaiło się przez kilkanaście lat do swobodnych podróży po Europie. Kto jednak wie, co będzie w przyszłości, może nawet nieodległej – czy nasi Rządzący nie doprowadzą znowu do zamknięcia granic, nie tylko na wschodzie.

Viator

Jak się wiosłuje, to nie można robić zdjęć. Zajęła się tym Viatorka. Ale stado rzadkich i pięknych czapli białych, które przez pewien czas towarzyszyły nam, tłumnie przelatując i obsiadając kolejne drzewa, musiał Wędrowiec uwiecznić, bo czegoś takiego jeszcze nie widział. Słaby aparat, to i fotki nieszczególne. Są raczej pretekstem, mającym pobudzić wyobraźnię Czytelników

 

Bacząc na dotychczasowe doświadczenia z podróży po Oriencie powszechnym, Viator nie miał wątpliwości, iż w to stado wcieliła się gromada tajemniczych duszyczek. Nie wiedział tylko, czyich. To się jednak miało okazać już tego samego dnia po południu – czyli za tydzień na blogu.

Kocie zagadki

Koty w pomorskiej wiosce Poczernin. Jest to jedyna w Polsce wieś, gdzie istnieje oficjalny, kościelny ośrodek leczenia za pomocą egzorcyzmów. Egzorcystów kościelnych jest w Polsce kilkuset, ale tylko jeden ośrodek. Mieści się w starym młynie, obok zbudowano mały klasztor i erem. Gdy byłyśmy tam z koleżanką w grudniu 2017 roku, budowano właśnie obok centrum pielgrzyma. 
Ale dość już o egzorcystach, przechodzimy do zagadek. Proszę podać tytuły i autorów książek, z których pochodzą te cytaty. Zdjęcia mają się nijak do tego, o co chodzi w cytatach. Po prostu nadeszła pora, żeby je wreszcie wstawić do jakiegoś wpisu…


1.

Trzecim w tej kompanii był kocur, który nie wiadomo skąd się wziął, wyposażony w zawadiackie wąsy kawalerzysty, olbrzymi jak wieprz, czarny jak sadza lub gawron. Cała trójka ruszyła w ulicę Patriarszą, przy czym kocur szedł na tylnych łapach.
Iwan pobiegł za łajdakami i od razu przekonał się, że dogonić ich będzie bardzo trudno.
Trójka błyskawicznie przemknęła przez ulicę i znalazła się na Spirydonowce. Choć Iwan nieustannie przyspieszał kroku, odległość miedzy nim a ściganymi nie zmniejszała się. Poeta ani się obejrzał, jak przemierzył Spirydonowkę i znalazł się przy Bramie Nikickiej, a tam jego sytuacja znacznie się pogorszyła. Tu już było tłoczno. W dodatku szajka złoczyńców właśnie postanowiła zastosować wypróbowany bandycki fortel i uciekać w rozsypce. Regent nader zręcznie wprasował się do autobusu, który na pełnym gazie pędził w kierunku placu Arbackiego, i umknął. Iwan, zgubiwszy jednego ze ściganych, całą uwagę skoncentrował na kocurze i zobaczył, że dziwny ów kot podszedł do drzwi wagonu motorowego linii “A”, który stał na przystanku, bezczelnie odepchnął wrzeszczącą kobietę, chwycił za poręcz i nawet wykonał próbę wręczenia konduktorce dziesiątaka przez otwarte z powodu upału okno.
Zachowanie się kota wstrząsnęło Iwanem do tego stopnia, że zastygł nieruchomo obok sklepu kolonialnego na rogu i wtedy zdumiał się po raz drugi, i to znacznie silniej, tym razem za przyczyną konduktorki. Ta, skoro tylko zobaczyła włażącego do tramwaju kota, wrzasnęła dygocąc z wściekłości:
– Kotom nie wolno! Z kotami nie wolno! Psik! Wyłaź, bo zawołam milicjanta!
Ani konduktorki, ani pasażerów nie zdziwiło to, co było najdziwniejsze – nie to więc, że kot pakuje się do tramwaju, to byłoby jeszcze pół biedy, ale to, że zamierza zapłacić za bilet!
Kot okazał się zwierzakiem nie tylko wypłacalnym, ale także zdyscyplinowanym. Na pierwszy okrzyk konduktorki przerwał natarcie, opuścił stopień i pocierając monetą wąsy usiadł na przystanku. Ale gdy tylko konduktorka szarpnęła dzwonek i tramwaj ruszył, kocur postąpił tak, jak postąpiłby każdy, kogo wyrzucają z tramwaju, a kto mimo to jechać musi. Przeczekał, aż miną go wszystkie trzy wagony, po czym wskoczył na tylny zderzak ostatniego, łapą objął sterczącą nad zderzakiem gumową rurę i pojechał, zaoszczędziwszy w ten sposób dziesięć kopiejek.

W kawiarni Coffee Point w Szczecinie.


Drzwi prowadziły do straszliwie zadymionej kuchni. Księżna siedziała pośrodku na stołku o trzech nogach, piastując dziecko. Nad paleniskiem pochyliła się Kucharka, mieszając zupę w wielkim rondlu.
„Stanowcze musi być za dużo pieprzu w tej zupie” – pomyślała dziewczynka powstrzymując się od kichania.
W powietrzu unosiło się również zbyt wiele tej przyprawy. Nawet Księżna kichała od czasu do czasu, dziecko zaś na zmianę kichało i wrzeszczało bez wytchnienia. Jedynymi istotami uodpornionymi na tę ilość pieprzu w atmosferze byli: Kucharka oraz wielki kot, który siedział przy kuchni i uśmiechał się od ucha do ucha.
– Czy nie zechciałaby mnie pani poinformować – odezwała się dziewczynka trwożliwym głosikiem, nie była bowiem pewna, czy powinna odzywać się nie pytana – czy nie zechciałaby
mnie pani poinformować, dlaczego ten kot tak dziwacznie się uśmiecha?
– To jest Kot-Dziwak (…) – odpowiedziała Księżna – i w tym tkwi cała przyczyna. Prosię!
Ostatnie słowo Księżny padło tak nagle i gwałtownie, że dziewczynka aż podskoczyła z
przerażenia. Po chwili jednak zorientowała się, że słowo „prosię” było skierowane do niemowlęcia, nabrała więc znowu odwagi i rzekła:
– Nie sądziłam, że koty-dziwaki tak się uśmiechają. Nie przypuszczałam, że koty w
ogóle umieją się uśmiechać.
– Umieją doskonale – odparła Księżna. – I większość z nich uśmiecha się.
– Nie widziałam nigdy przedtem uśmiechającego się kota – rzekła dziewczynka, zadowolona
z nawiązania rozmowy.
– W ogóle mało jeszcze widziałaś – odpowiedziała Księżna. – I w tym tkwi sedno rzeczy.
(…) nagle ze zdumieniem ujrzała na jednym z pobliskich drzew Kota-Dziwaka. Na jej widok Kot uśmiechnął się swym zwyczajem od ucha do ucha.
„Wygląda raczej dobrodusznie – pomyślała – ale ma jednak bardzo długie pazury i całe mnóstwo zębów, trzeba więc traktować go uprzejmie”.
– Drogi panie Kiciu-Dziwaku – zaczęła raczej nieśmiało, ponieważ nie wiedziała, czy
forma ta przypadnie Kotu do gustu. (Kot uśmiechnął się jeszcze szerzej. Widzę, że mu się
spodobało” – pomyślała dziewczynka). – Czy nie mógłby pan mnie poinformować, którędy
powinnam pójść? – mówiła dalej.
– To zależy w dużej mierze od tego, dokąd pragnęłabyś zajść – odparł Kot-Dziwak.
– Właściwie wszystko mi jedno.
– W takim razie również wszystko jedno, którędy pójdziesz.
– Chciałabym tylko dostać się dokądś – dodała dziewczynka w formie wyjaśnienia
– Ach, na pewno tam się dostaniesz, jeśli tylko będziesz szła dość długo.

(…) spojrzała w górę i znowu dostrzegła Kota siedzącego na gałęzi.
– Czy powiedziałaś, że dziecko zmieniło się w prosiaka, czy w psiaka? – zapytał Kot.
– Powiedziałam, że w prosiaka – odparła Alicja. – A w ogóle wolałabym, żeby pan nie
znikał i nie pojawiał się tak nagle. Można od tego zgłupieć.
– Zgoda – rzekł Kot i tym razem zaczął znikać bardzo powoli, zaczynając od końca
ogona, a kończąc na uśmiechu, który pozostał jeszcze przez pewien czas, zawieszony nad
gałęzią.
„Widziałam już koty bez uśmiechu – pomyślała dziewczynka – ale uśmiech bez kota widzę po raz pierwszy w życiu. To doprawdy nadzwyczajne!”

Zdjęcie to było podpisane “Kot w Iraku”, ale nie wiem skąd je mam i nie wiem, czy to naprawdę kot w Iraku, czy ja to tylko tak sobie wymyśliłam. Kot się nie uśmiecha.


Słuchaj, Kochanie, i dobrze uważaj, bo to, co ci chcę opowiedzieć, działo się przed bardzo dawnymi laty, kiedy zwierzęta obecnie oswojone żyły jeszcze w stanie dzikim. Dziki był Pies i dziki był Koń, i dzika była Krowa, i dzika była Owca, i dzika była Świnia – tak dzika, jak tylko zwierzę dzikim być potrafi. I wszystkie te dzikie zwierzęta chodziły po Wilgotnych, Dzikich Lasach, samotnymi, dzikimi ścieżynami. Ale najdzikszy ze wszystkich dzikich zwierząt był Kot. Sam zawsze chadzał własnymi drogami i było mu wszystko jedno kędy.

Naturalnie, że Człowiek był także dziki. Strasznie dziki. A zaczął się oswajać dopiero wówczas, gdy spotkał Kobietę, która mu powiedziała, że wcale nie ma ochoty prowadzić takiego dzikiego życia, jakie on dotąd prowadził. I zaraz wyszukała ładną, suchą Jaskinię i oświadczyła, że w niej będzie sypiać, a nie na kupie mokrych liści; następnie wysypała całe wnętrze Jaskini suchym, miękkim piaskiem, a w głębi roznieciła ogień; wnijście zaś do Jaskini zasłoniła skórą końską zawieszoną ogonem na dół i rzekła:
– Odtąd, mój Kochany, musisz sobie wycierać nogi wchodząc do mieszkania, bo zaczniemy prowadzić porządny dom.
Tego wieczora, Kochanie, jedli już na kolację pieczeń z dzikiego barana, upieczoną na gorących kamieniach i przyprawioną dzikim czosnkiem i dzikim pieprzem; i dziką kaczkę z dzikim ryżem i dzikim bożym zielem, i dzikim anyżem; i kości szpikowe z dzikiego wołu, i dzikie czereśnie, i dzikie owoce granatu.
A po tej kolacji Mężczyzna położył się w pobliżu ogniska, ogromnie zadowolony i szczęśliwy; Kobieta natomiast zaczęła rozczesywać długie włosy. I wzięła kość z pieczeni baraniej, płaską kość łopatkową, i długo wpatrywała się w wyryte na niej znaki, następnie dorzuciła drew do ogniska i uczyniła Czar. Pierwszy Czar na świecie – Czar Śpiewu.
A z Wilgotnych, Dzikich Lasów wybiegły wszystkie dzikie zwierzęta i zgromadziły się wmiejscu, skąd mogły widzieć światło ogniska, i dziwiły się, nie wiedząc, co to ma znaczyć.
A Dziki Koń tupnął dzikim kopytem i rzekł:
– O Przyjaciele moi i Nieprzyjaciele! Powiedzcie, dlaczego Człowiek i Żona jego rozłożyli tak wielki ogień w tej wielkiej Jaskini i jaką on nam wyrządzi szkodę?
A Dziki Pies począł węszyć dzikim nosem i poczuł woń pieczonej baraniny, i rzekł:
– Muszę tam pójść i zobaczyć, i dowiedzieć się, bo zdaje mi się, że jest tam coś dobrego. Chodź, Kocie, pójdziemy razem!
– Nie! Nie! Jestem Kotem, który zawsze sam chadza własnymi drogami, i wszystko mi jedno kędy! Nie pójdę z tobą!
– Nigdy już więc nie będziemy przyjaciółmi – rzekł Dziki Pies i sam ruszył w stronę Jaskini.
Ale zaledwie uszedł kilka kroków, Kot mruknął do siebie:
– Wszystko mi jedno, kędy chodzę. Dlaczego nie miałbym pójść także do Jaskini i zobaczyć, i oglądać, i powrócić, kiedy mi się spodoba? – I cichutko, na palcach, pomknął za Psem i ukrył się w pobliżu Jaskini, skąd mógł wszystko i słyszeć, i widzieć. I zobaczył, jak Dziki Pies, doszedłszy do Jaskini, podniósł głową skórę końską, wiszącą u wnijścia ogonem na dół, i począł węszyć przyjemną woń pieczonej baraniny; a Kobieta, przyglądająca się właśnie łopatce z barana, na widok Psa zaśmiała się i rzekła:
Oto pierwszy! Dzika Istoto z Dzikich Lasów, czego potrzebujesz?
A Dziki Pies rzekł:
– O moja Nieprzyjaciółko i Żono mego Nieprzyjaciela, powiedz, jaka to woń rozkoszna rozchodzi się po lasach?
Wówczas Kobieta wzięła kość z pieczeni baraniej, rzuciła ją Dzikiemu Psu i rzekła:
– Dzika Istoto z Dzikich Lasów, spróbuj i pokosztuj!
Pies ogryzł kość, która była smaczniejsza od wszystkiego, co kiedykolwiek był jadł, i rzekł:
– O moja Nieprzyjaciółko i Żono mego Nieprzyjaciela, daj mi jeszcze jedną!
A kobieta odparła:
– Dzika Istoto z Dzikich Lasów, pomagaj memu Mężowi polować w ciągu dnia, a w nocy strzeż Jaskini, a będziesz miała tyle kości z pieczeni, ile sama zechcesz!
– Ach! – szepnął Kot, który podsłuchiwał. – Ta Kobieta jest bardzo mądra, ale nie taka mądra, jak ja.

Gdy już nie tylko pies, ale koń i krowa poszli do Jaskini i zawarli układ z Kobietą…

Kot ukrył się, jak zwykle, i czekał, czy znów jakieś dzikie zwierzę nie pójdzie do Jaskini; nikt się jednak nie ruszył z Wilgotnych, Dzikich Lasów. Wówczas Kot sam się udał do Jaskini i zobaczył, jak Kobieta doiła Krowę, i poczuł przyjemne ciepło bijące od ogniska i zapach ciepłego mleka. I spytał:
– O moja Nieprzyjaciółko i Żono mego Nieprzyjaciela, powiedz, dokąd poszła Dzika Krowa?
A Kobieta zaśmiała się i rzekła:
– Dzika Istoto z Dzikich Lasów, wracaj, skąd przyszłaś, bo zaplotłam już warkocze i odrzuciłam kość czarnoksięską, i nie potrzeba już więcej przyjaciół ni sług w naszej Jaskini!
A Kot rzekł:
– Nie jestem ani przyjacielem, ani sługą, lecz Kotem, który zawsze chadza własnymi drogami, a teraz chciałby wejść do waszej Jaskini.
(…)
Przebiegły Kot, opiekując się Dzieckiem i polując na myszy, doprowadził jednak do tego, że i Kobieta, i Mężczyzna i Pies zawarli z nim układ, i zdarzyło się, że wprawdzie, że…

Mężczyzna rzucił za kotem butami i kamiennym toporkiem, a Kot wybiegł z Jaskini i ścigany przez Psa, wdrapał się na drzewo, ale od tej chwili, Kochanie, na pięciu prawdziwych Mężczyzn trzech z pewnością rzuca za Kotem butami, a wszystkie prawdziwe Psy gonią go i prześladują. Ale Kot także dotrzymuje warunków układu. Łowi myszy i dobry jest dla Dziecka, dopóki go nie targa za ogon.

Ale spełniwszy swe obowiązki, od czasu do czasu urządza sobie wycieczki, a zwłaszcza podczas jasnych nocy księżycowych staje się znów Kotem, który zawsze chadza własnymi drogami, i wszystko mu jedno kędy. I wówczas pędzi do Wilgotnych, Dzikich Lasów lub wdrapuje się na Wilgotne, Dzikie Drzewa i Wilgotne, Dzikie Dachy i wywijając dzikim ogonem, biega po Dzikich, Wilgotnych Ścieżynach.


Kot nad morzem w Albanii. A może w Grecji. Chyba że są to jednak Indie…

Reblog: Lyrische und drastische

Urszula Usakowska-Wolff

Feministische Kunst aus Indien

Die in der Ausstellung »Facing India« gezeigte Kunst ist ohne Zweifel feministisch, politisch und engagiert. Aber unabhängig davon, wie man sie nennt, ist es eine Kunst, die äußerst suggestiv wirkt und lange im Gedächtnis bleibt. Der Einfallsreichtum, das Wissen und der Weitblick der Künstlerinnen, die Dynamik und Energie, mit der sie ihre perfekt ausgeführten Werke realisieren, die Vielzahl von Techniken, Materialien und überraschenden Lösungen kommen in allen Arbeiten, die im Erdgeschoss des Kunstmuseums Wolfsburg präsentiert werden, zum Ausdruck.


Reena Saini Kallat, Woven Chronicle

Die von mehr als 1,3 Milliarden Menschen bewohnte Republik Indien ist die bevölkerungsstärkste Demokratie der Welt. Dieses riesige Land, das den größten Teil des südasiatischen Subkontinents einnimmt, ist ein nationales, religiöses und sprachliches Konglomerat voller Kontraste. Es gibt dort extreme Armut und unvorstellbaren Reichtum, das Kastensystem ist vor allem in ländlichen Gebieten gang und gäbe. Trotz der in der Verfassung verbrieften Gleichberechtigung ist die Situation der Frauen tragisch: Sie werden erniedrigt, vergewaltigt, verbrannt oder auf andere grausame Art umgebracht. Blutige ethnische- und Grenzkonflikte dauern bis heute an, religiöser Fanatismus und Nationalismus breiten sich aus. In den Metropolen gibt es kaum Luft zum Atmen und selbst heilige Flüsse sind kontaminiert. Andererseits ist Indien eine der sich am dynamischsten entwickelnden Volkswirtschaften der Welt, die indische IT-Industrie wird seit vielen Jahren international als konkurrenzlos angesehen, während ein Drittel der indischen Bevölkerung Analphabeten sind. Die Nutznießer der Globalisierung, die soziale Ungleichheiten festigt und vertieft, ist die Mittel- und Oberschicht.

Blick in die Ausstellung „Facing India“ mit Arbeiten von Vibha Galhotra 

Sechs Frauen im fast gleichen Alter

Weniger bekannt ist, dass in diesem großen Land auch Kunst gedeiht, nicht nur die Koch- oder die Filmkunst aus Bollywood und Tollywood, sondern auch die zeitgenössische Kunst, in der vor allem Frauen den Ton angeben. Während die japanische und chinesische Kunst schon seit längerer Zeit international ausgestellt und gesammelt wird, hat die indische erst jetzt begonnen, sich im Westen zu etablieren. Das liegt vor allem an der Unsichtbarkeit dieser Kunst, denn in Indien gibt es kaum Ausstellungsorte und Ausstellungsmöglichkeiten. Um sich also eine Meinung über die indische Kunst zu bilden, muss man nicht nach Mumbai, Delhi oder Bengaluru fahren, sondern in die etwas kleinere Stadt Wolfsburg in Niedersachsen. Dort befindet sich bekanntlich der Hauptsitz des VW-Konzerns, der Autos auch in Indien produziert. Aber das ist mitnichten der einzige Grund, warum die erste so umfangreiche Schau der indischen Kunst gerade im Kunstmuseum Wolfsburg stattfindet. Als sein Direktor vor zwei Jahren Ralf Beil wurde, versprach er, das Museumsprogramm globaler zu gestalten und vor allem den Künstlerinnen und ihrer Sicht auf die Dinge dieser Welt mehr Platz als bisher einzuräumen. Er hielt sein Wort, was die Ausstellung »Facing India« vorführt, in der sechs indische Künstlerinnen das Gesicht, konkreter: die vielen Gesichter ihres Landes zur Schau stellen.
Bharti Kher (* 1969), Mithu Sen (* 1971), Reena Saini Kallat (* 1973), Vibha Galhotra (* 1978), Tejal Shah (* 1979) und Prajakta Potnis (* 1980), von der Kuratorin Uta Ruhkamp während ihrer drei Indienaufenthalte ausgewählt, gehören größtenteils der Generation der 30- und 40jährigen an. Obwohl sie aufgrund ihrer Herkunft zur privilegierten Klasse zählen, behandeln sie in ihren Werken mehr oder weniger radikal soziale, politische, ökologische und moralische Probleme, die an der Schnittstelle zwischen Modernisierung und Tradition auftauchen: Das ist in der Tat eine recht explosive Mischung, nicht nur in Indien.


Bahrti Kher, Sing to Them that Will Listen, Reiskörner Metallschale und Marmorsockel

Digitalisierung, Degradierung, Globalisierung

Die in der Ausstellung »Facing India« gezeigte Kunst ist ohne Zweifel feministisch, politisch und engagiert. Aber unabhängig davon, wie man sie nennt, ist es eine Kunst, die äußerst suggestiv wirkt und lange im Gedächtnis bleibt. Der Einfallsreichtum, das Wissen und der Weitblick der Künstlerinnen, die Dynamik und Energie, mit der sie ihre perfekt ausgeführten Werke realisieren, die Vielzahl von Techniken, Materialien und überraschenden Lösungen kommen in allen Arbeiten, die im Erdgeschoss des Kunstmuseums Wolfsburgs präsentiert werden, zum Ausdruck. Man kann unmittelbar spüren, dass die Kunst für sie eine Mission, eine Botschaft oder eine Art ist, die verschwiegenen, sorgfältig vor den Augen versteckten, unsichtbaren und nicht ausgesprochenen, also nicht existenten Probleme ans Tageslicht zu bringen. Und, was besonders wichtig erscheint, haben die von den Künstlerinnen in ihren Arbeiten aufgegriffenen und dargestellten Themen einen universellen Charakter, denn es gibt sie schon oder wird es bald auch in unserer Weltgegend geben. »Doch machen wir uns nichts vor: So drastisch all dies von Europa aus auf den ersten Blick wirkt, es sind in jedem einzelnen Punkt auch unsere Probleme und Gegenwartsfragen, die hier – zum Teil sogar für uns – verhandelt werden«, schreibt Ralf Beil, Direktor des Kunstmuseums Wolfsburg, im exzellenten Ausstellungskatalog. »Indien ist eines der Labore für das Gelingen oder Scheitern unserer globalen Zukunft. Ob Geschlechter-, Umwelt-, Digitalisierungs- oder Nationalitätsfragen, alles ist auf das Extremste verdichtet.« Es ist nicht einfach zu verstehen, was in Indien wirklich geschieht, denn, nach Meinung der Schriftstellerin Arundhati Roy, »dreht sich ganz Indien um Grenzen. Im Westen hält man Indien fälschlicherweise für eine anarchische, chaotische Gesellschaft. Dabei ist Indien ein Meister im Grenzziehen. Jenseits des chaotischen Verkehrs ist die Gesellschaft durch ein eisernes Gatter aus Kasten, Regionen, Religionen getrennt.« Die aus der Tradition resultierenden Spaltungen sowie die von der Tradition und Gesellschaft sanktionierte Gewalt sind eines der Themen der Gruppenschau »Facing India« im Kunstmuseum Wolfsburg.

Faktische geografische und metaphorische Grenzen

Das Erste, was direkt am Eingang der Ausstellung ins Auge fällt, ist eine riesige Weltkarte, die aussieht, als sei sie aus farbiger Wolle gehäkelt worden. Beim näheren Hinschauen merkt man jedoch, dass diese riesige kartographische Installation namens »Woven Chronicle«, die die gesamte grau gestrichene Wand einnimmt, aus Elektrokabeln gefertigt wurde. Aus acht Lautsprechern, die auf sechs Kontinenten platziert sind, ertönt eine Kakophonie von Geräuschen, ein Mix aus knisternden Hochspannungsleitungen, blubberndem Wassers, dem Besetztzeichen eines Telefons, heulenden Fabrik- und Schiffssirenen, den Geräuschen der Flügel und Stimmen der Zugvögel. »Die gewebte Chronik« ist, wie ihre Autorin Reena Saini Kallat (Foto oben) erklärt, eine Kartographie historischer und gegenwärtiger Migrationsbewegungen. Obwohl sich heute dank der Mobilität der Menschen und des schnellen Informationsflusses verschiedene Kulturen viel schneller vermischen als je zuvor, wurden die Grenzen paradoxerweise nie so streng kontrolliert und überwacht wie jetzt. » Elektrokabel sind für mich eine ambivalente Metapher: einerseits verbinden sie, andererseits bilden sie lineare Formationen in Gestalt von Netzen und anderen Zäunen, sodass sie teilen. Der Glaube daran, dass dank der globalen, das heißt grenzenlosen Kommunikation die faktischen geographischen, ethnischen und sozialen Grenzen aufhören zu existieren, hat sich als illusorisch erwiesen. Im Gegenteil: Dank fortschrittlicher Technologien können regressive Inhalte umgehend verbreitet werden: Stereotypen, zweifelhafte Ideologien, Nationalismen«.

Die provokanten Mutanten

Reena Saini Kallat, Hyphenated Lives (Installationsfragment)

Reena Saini Kallat ist eine vielseitige Künstlerin: Sie schafft Wand- und Klanginstallationen, ist Malerin, Bildhauerin und Fotografin. Man sieht und hört, dass die Kunst der Erinnerung ihre Leidenschaft ist. In der Fotoserie »Crease / Crevice / Contour« möchte sie das Leid der Frauen vor dem Vergessen bewahren, die nicht nur während der Kriege zwischen Indien und Pakistan um Kaschmir die erste Kriegsbeute waren. Sexuelle Gewalt, Komponente eines jedes Krieges, hat blutige Male auf der Haut der Frauen hinterlassen. Auch wenn sie unsichtbar sind, erinnert sich der Körper daran. Kallat ist auch Autorin der Installation »Hyphenated Lives«, die wie der Saal eines Naturkundemuseums anmutet, mit Bildern der Fauna und Flora an den Wänden und Fossilien in den Vitrinen. Wenn man sie genauer betrachtet, handelt es sich um Porträts von Mutanten, die die geteilten, aber historisch miteinander verbundenen Länder symbolisieren, welche um die Kontrolle über natürliche Ressourcen kämpfen, hauptsächlich über das Wasser. Sie tragen doppelte Namen, zum Beispiel Sun-Poe, eine Kreuzung zwischen dem palästinensischen Sonnenvogel (Sunbird) und dem Wiedehopf (Hoopoe), dem Nationalvogel Israels. Auf diese farbigen Gouachen, die mit handschriftlichen Kommentaren der Künstlerin versehen sind, klebt sie Stacheldraht. Geopolitik teilt Länder, obwohl es schwer ist, die Natur in streng nationale Teile zu zerlegen. »Diese Bindestrich-Porträts können als poetische Provokationen einer Spezies, die es in der Vergangenheit nicht gegeben hat – oder als ein Vorschlag für die Zukunft verstanden werden«, sagt Reena Saii Kallat.

Äquilibristik der (Un)linguistik

Auch Mitu Sen (Foto) liebt Provokationen. Die begnadete Sprachkünstlerin, Bildhauerin und Malerin begann ihre künstlerische Laufbahn als bengalische Dichterin. Nachdem sie 1997 nach Delhi gezogen war, musste sie Hindi und Englisch lernen, was ihr zunächst recht schwer fiel. Die meisten ihrer Werke tragen Titel, in denen die Vorsilbe »un« steht. Sie ist eines der Hauptelemente ihrer Un- oder Nichtsprache. Es ist offensichtlich, dass es mit eigenen Zähnen oder mit dem Zahnersatz leicht fällt, sich in jeder Sprache oder Nichtsprache zu artikulieren. Wie alle Arbeiten von Mitu Sen ist auch die Installation »Border Unseen« Ausdruck eines absurden Sinns für Humor. Im Deutschen klingt »Unseen« phonetisch ein wenig wie Unsinn. Künstliches Zahnfleisch, in dem künstliche Zähne stecken, sieht natürlich wie eine Grenze aus, die im geschlossenen Mund unsichtbar ist, aber man kann sie nicht übersehen, wenn sie an einer Wand als Zahnrad hängt.

Mithu Sen, Phantom Pain 2

Mitu Sen nennt ihre Zeichnungen und Skulpturen Performances, denn das Publikum soll sich daran aktiv beteiligen. Eine großartige Idee ist zum Beispiel die Serie der 40 Grafiken und Zeichnungen unter dem Titel »The Same River Twice« (Derselbe Fluss zweimal), die in einem geschlossenen Raum betrachtet werden kann. Es ist eine Kunst der Camouflage, die sich vielleicht vor dem Auge des Zensors tarnt, denn nur, wenn man mit einer Taschenlampe weiße Papierblätter beleuchtet, sieht man ihren zweiten Boden: erotische, leicht pornografische Spiele nicht heterosexueller Paare. Die benachbarte Installation »Mou (Museum of Real Estate) beherbergt eine Sammlung von Kitschartikeln, Souvenirs und anderen Nippes in einer runden Vitrine, die einer leicht zu transportierenden Wunderkammer gleicht.

Mithu Sen, Mou (Museum of Real Estate)

Symphonie der Zeit oder Kakofonie

»Wir leben in einer sich schnell verändernden Welt und betrachten uns als anpassungsfähig«, sagt Vibha Galhotra (Foto oben). »Gleichzeitig berücksichtigen wir kaum das Ausmaß der Umweltverschmutzung und akzeptieren sie passiv als die neue Realität.« In multimedialen Rauminstallationen, in Filmen und Fotografien stützt sich die Künstlerin auf die platonische Theorie der fünf Elemente und zeigt, was mit dem Wasser des heiligen Flusses Yamuna, mit Luft, Erde, Äther und Feuer geschieht. Nach dem Eintauchen eines weißen Tuchs in Yamuna wird es sofort schwarz. Neu-Delhi ist die am meisten verschmutzte Stadt der Welt, die, wie Vibha sagt, einer Gaskammer gleicht, sodass die Menschen ständig Masken tragen müssen, in denen sie aussehen, als ob ihnen, wie in Nostradamus’ Prophezeiung, anstelle der Nasen Schweinerüssel wachsen würden. In den Städten ist jedes Stückchen Boden zugebaut, und sogar in den Vierteln, die von getarnten Sicherheitsmännern bewacht werden (Installation »Neo Camouflage«), liegen die Häuser extrem dicht beieinander: Das ist eine bunte Betonwüste, ohne einen Grashalm. Eine große Weltkarte unter dem Titel »Time Symphony Or Cacophony« wird immer dunkler, schreckliche Geräusche dringen aus ihr nach Außen: Die klassische Symphonie der Zeit verschwindet, ersetzt durch eine Kakophonie der Zerstörung.




Vibha Galhotra, Neo Camouflage (Installationsfragmente)

Gedemütigte, schweigende und gequälte Frauen

Wenig optimistisch sind auch die Arbeiten von Bharti Kher (Foto), der einzigen Teilnehmerin der Wolfsburger Ausstellung, die nicht in Indien, sondern in Ostlondon geboren wurde, und seit 1992 dauerhaft in der Hauptstadt Indiens lebt. Die Künstlerin, deren Werk um die Situation der indischen Frauen kreist, ist eine Perfektionistin und Ästhetin, die die sogar in den überraschendsten Materialien verborgene Energie und Schönheit an die Oberfläche zaubert. Neben Skulpturen aus Bronze, Kleiderstoff, Reis und Reliefs aus Bindis zeigt sie in Wolfsburg auch eine Säule aus roten Armreifen, den Bangles, unter dem Titel »Bloodline« (Stammbaum): Frauen sind zwar die Stützen und die treibende Kraft der indischen Gesellschaft, leben aber oft in einem »Deaf Room« (Tauben Zimmer), das von einer Mauer des Schweigens umgeben ist. Diese beindruckende Plastik besteht aus zehn Tonnen Glasziegeln, die Bharti Kher aus geschmolzenen Armreifen und Ton errichtete. Das Schicksal der Frauen, die im ältesten Beruf der Welt arbeiten, ist auch nicht einfach, wie die Gipsskulptur der sechs Sitzenden unter dem Titel »Six Women«, also sechs Sexarbeiterinnen aus Kolkata, zeigt. Bharti Khers Werke sind Monumente für die extrem müden, gequälten und tagtäglich gedemütigten Frauen in Indien.

Bharti Kher, Six Women

Dem dritten Geschlecht geht es häufig sehr schlecht

Tejal Shah ist auch vielseitig begabt, sie macht fantastische Zeichentrickfilme, sie zeichnet und fotografiert meisterhaft, wovon die Fotoserie » Women like us« zeugt. Sie stellt »Frauen wie wir« dar, also solche, die nicht einverstanden sind, die ihnen zugeschriebenen Geschlechterrollen zu spielen, weil sie sich wie Männer fühlen. Die Genderfrage ist das, was diese Künstlerin, die lange Zeit in Indien nicht ausstellen durfte, am meisten interessiert. Sie befasst sich nämlich mit Themen, die verschwiegen werden sollen wie die Gewalt gegen Hijras, die offiziell als Göttinnen des dritten Geschlecht verehrt werden, aber in Wirklichkeit den Massenvergewaltigen zum Opfer fallen, verletzt, bepisst und umgebracht: zu sehen in der erschütternden Foto- und Videoinstallation »Untitled (On Violence)«.

Prajakta Potnis mit Dr. Uta Ruhkamp (links)

In der Ausstellung »Facing India« gibt es auch weniger drastische, witzige und ironische Arbeiten. Ihre jüngste Teilnehmerin, die 28jährige Prajakta Potnis, arrangiert und fotografiert seltsame Landschaften und Stillleben in spezifischen Interieurs. Die Digitaldruckserie »Capsule« wartet mit Rollteppen auf, die auf einer Plastikserviette im Kühlschrank stehen. Eines der »Still Lifes« zeigt Blumenkohls in Gefrierfächern, die wie Atompilze aussehen. Kann die Natura (morta) eines Blumenkohls explosiv sein oder nicht explosiv sein, das ist hier die Frage.

Prajakta Potnis, Capsule

Alle Fotos © Urszula Usakowska-Wolff


FACING INDIA
Kunstmuseum Wolfsburg
29.04-7.10 2018
Katalog, 38 Euro
www.kunstmuseum-wolfsburg.de

Siłaczki / Starke Polinnen / Frauen der ersten Stunde

Wesprzyj projekt filmu o polskich sufrażystkach
Support the film about Polish strong women

Wesprzyj powstanie filmu na https://polakpotrafi.pl/projekt/film-…

“Siłaczki” to historyczny, fabularyzowany dokument opowiadający historię polskich sufrażystek. Film powstaje od stycznia 2017 roku z inicjatywy twórców – Marty Dzido i Piotra Śliwowskiego, dzięki środkom producenta Fundacji Obiektyw-Na, koprodukcji z Domem Spotkań z Historią, we współpracy z Fundacją im. Heinricha Bölla w Warszawie; produkcję dofinansowano ze środków Muzeum Historii Polski w Warszawie w ramach Programu „Patriotyzm Jutra”.

O filmie: Sto lat temu nasze prababki wywalczyły dla nas prawa wyborcze. Wywalczyły nam również możliwość studiowania, zarobkowania, dysponowania własnymi pieniędzmi, możliwość rozwodu i samodzielnego decydowania o tym z kim i czy w ogóle zawrzemy związek małżeński. Przyzwyczaiłyśmy się do faktu, że mamy te prawa. Uważamy je za oczywiste. Ale musimy zdać sobie sprawę z tego, że sto lat – wobec wieków ciemnoty i ubezwłasnowolnienia kobiety – to krótki czas i że prawa, które wywalczyły nam prababki sto lat temu nie są dane raz na zawsze. Te prawa nie są też prezentem, który – jak się powszechnie sądzi – dostałyśmy wraz z nadejściem niepodległości. O te prawa toczył się bój, bo praw się nie dostaje – jak mówi jedna z bohaterek filmu – prawa się zdobywa w walce! I o tej trudnej walce opowiadają Siłaczki – pierwszy w historii polskiej kinematografii film o sufrażystkach.

O projekcie

Siłaczki to pierwszy w historii polskiej kinematografii film opowiadający o sufrażystkach, które na przełomie XIX i XX wieku na ziemiach polskich walczyły o prawa dla kobiet.

O projekcie i projektodawcach:

Autorami i producentami filmu są Marta Dzido i Piotr Śliwowski – twórcy m.in. głośnego i nagradzanego dokumentu o bohaterkach rewolucji Sierpnia 80 “Solidarność według kobiet”- pierwszego polskiego filmu dokumentalnego współfinansowanego z crowdfundingu.

kontakt: silaczki.film@gmail.com

Termin realizacji:

Planowana premiera “Siłaczek” to 28.11.2018 – w stulecie podpisania przez Józefa Piłsudskiego dekretu nadającego Polkom czynne i bierne prawa wyborcze.

Do końca roku 2018 wszyscy Wspierający otrzymają wybrane nagrody.

Dlaczego crowdfunding?

Realizacja filmu jest możliwa dzięki zaangażowaniu i wsparciu finansowemu Domu Spotkań z Historią,  we współpracy z Fundacją im. Heinricha Bölla w Warszawie i dofinansowaniu ze środków Muzeum Historii Polski w ramach programu Patriotyzm Jutra, jednak to środki niewystarczające, by Siłaczki zrealizować zgodnie z zamierzeniami reżyserów.

W styczniu tego roku twórcy złożyli wniosek o dofinansowanie filmu do Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, jednak do dnia dzisiejszego nie otrzymali wiążącej odpowiedzi. Bez powodzenia próbowali pozyskać finansowanie w konkursach organizowanych przez Śląski Fundusz Filmowy i Poznański Fundusz Filmowy. Porażką skończyły się próby zainteresowania przedsięwzięciem Instytutu Adama Mickiewicza i programu rządowego Niepodległa.

Na co zbieramy?

Ponieważ zbliża się 28 listopada – setna rocznica podpisania dekretu o prawach wyborczych dla Polek – a twórcy filmu chcą uczcić ten dzień uroczystą premierą filmu, podjęli decyzję o rozpoczęciu aukcji crowdfundingowej.

Autorzy Siłaczek zbierają środki na dokończenie zdjęć, postprodukcję dźwięku, koloryzację obrazu, przygotowanie kopii filmu DCP do rozpowszechniania w kinach, tłumaczenie listy dialogowej na język angielski i organizację uroczystej premiery w kinie Muranów w dniu 28.11.2018.

***

Siłaczki to historyczny, fabularyzowany film dokumentalny, opowiadający historię naszych prababek, których wysiłek, upór i konsekwencja doprowadziły do podpisania przez Józefa Piłsudskiego dekretu o prawach wyborczych kobiet 28 listopada 1918 roku. Pokazuje ich niełatwą walkę o dostęp do edukacji i pracy zarobkowej, zaangażowanie w odzyskanie niepodległości i niezłomność w szerzeniu idei wolnościowych i emancypacyjnych.

Osią opowieści są losy kilku aktywistek z Poznania, Warszawy, Lublina i Krakowa: Justyny Budzińskiej-Tylickiej – lekarki-społecznicy, która stanęła na czele słynnej delegacji do Piłsudskiego, Marii Dulębianki – pierwszej kandydatki do Sejmu, Kazimiery Bujwidowej – dzięki której staraniom w 1894 na Uniwersytet Jagielloński przyjęto pierwsze studentki, Pauliny Kuczalskiej – Reinschmit, nazywanej hetmanką feminizmu, która jako pierwsza wyodrębniła postulaty kobiece z kwestii narodowo-wyzwoleńczych, sióstr Tułodzieckich: Anieli – organizatorki tajnego nauczania, skazanej na karę więzienia, i Zofii – założycielki pierwszego w Polsce związku zawodowego kobiet, Aleksandry Piłsudskiej – żołnierki, orędowniczki sprawy kobiecej, Zofii Daszyńskiej -Golińskiej – ekonomistki i pionierki kooperatywizmu i wielu innych.

Film ukazuje ówczesne realia obyczajowe, polityczne i ekonomiczne, które determinowały powstawanie ruchów politycznych i działania na rzecz powszechnej edukacji i równości społecznej na ziemiach polskich.
Podkreśla fakt, że Polska była jednym z pierwszych państw na świecie, w którym kobiety uzyskały pełnię praw wyborczych.

Z uwagi na znikomą ilość materiałów archiwalnych (nagrań video, fotografii), dotyczących opisywanych wydarzeń i ich uczestniczek, twórcy zdecydowali o realizacji fabularyzowanych inscenizacji z udziałem statystek i znanych, polskich aktorek (m.in. Marii Seweryn, Klary Bielawki, Marty Ojrzyńskiej), które odgrywają sceny historyczne, czytają fragmenty przemówień, tekstów i odezw, pisanych przez bohaterki filmu.

O Siłaczkach opowiadają także badaczki historii kobiet, potomkinie bohaterek oraz spadkobierczynie ich idei – kobiety, dla których fraza Zofii Nałkowskiej “Chcemy całego życia” wciąż brzmi aktualnie i stanowi inspiracje do podejmowania działań na rzecz równouprawnienia kobiet i sprawiedliwości społecznej.

Ulice Berlina – Plac Hanne Sobka

Ewa Maria Slaska

Wielu z nas odjeżdża do Szczecina, a i dalej do Kołobrzegu, Gdańska, Olsztyna i Białegostoku z dworca Gesundbrunnen.

Z reguły nie mamy czasu na dworcu, wyskakujemy z metra i pędzimy na peron, może w biegu wskoczymy jeszcze po kawę to go, zwaną przez berlińczyków kawą Togo, i już, pach pach, jedziemy. Mało kto ma więc okazję, żeby w ogóle zauważyć, że na samym środku hali dworcowej stoi tablica informacyjna.

Ale jest lato 2o18 roku. W komunikacji miejskiej wciąż coś nawala. Kolejka miejska, która ostatnio nagminnie się spóźnia, spóźnia się i dziś, zanim dotrę na dworzec, pociąg o 8:05 dawno odjechał. Muszę czekać na następny. Tracę godzinę z pospiesznego życia mieszkańca metropolii, godzinę, która odbije się na napiętym harmonogramie całego dnia, godzinę, która okaże się jednak zyskiem. Na początku wcale to tak nie wygląda. Kawa wypita, pobliskie centrum handlowe jeszcze zamknięte, gazeta nudna, książki “się nie wzięło”, bo w pociągu “miało się” sprawdzić wymagający korekty tekst w komputerze. Nerd by w takiej sytuacji natychmiast otworzył laptopa, ale mnie się nie chce. Młodzi spędziliby taką godzinę z nosem w komórce, ale ja już jadąc tu sprawdziłam, co w poczcie i też mi się nie chce. Zarzucam torbę na ramię i wolnym krokiem obchodzę dworzec.

Widzę szereg mrówek niosących duże białe jajka. Idą przez halę dworcową, jakby to był ostęp leśny. Naprawdę, rację mają ci, którzy głoszą, że natura nas w ogóle nie zauważa i nic z nas sobie nie robi, że nie obchodzą jej nasze zniszczenia, bo nie zależy jej na poszczególnych gatunkach, lecz po prostu na życiu, a ono przetrwa wszystko.

Odrywam nos od ziemi i w ostatniej chwili udaje mi się nie wpaść na tablicę, która mi wyrosła dosłownie przed tymże nosem. Duża tablica informacyjna ze zdjęciami i tekstem. Dar z nieba, jest co czytać! Potem się dowiem, że tablicę odsłonięto niedawno, bo w czerwcu 2016 roku. Przedtem była tu przez lata jedna wielka budowa. Przy okazji nazwano plac przed dworcem imienniem Hanno Sobka: Hanne-Sobek-Platz.

To jemu poświęcono tablicę na dworcu. Piękna historia, piękny człowiek, nigdy o nim nie sałyszałam. Hanne Sobek był pierwszą prawdziwą gwiazdą niemieckiego futbolu, a może nawet europejskiego.

Tu na Weddingu, w pobliżu obecnego dworca, mieściła się główna siedziba berlińskiego klubu piłkarskiego Hertha i własny stadion klubu czyli Die Plumpe. Stadion, wciśniąty między budynek dworca a most, zwany Millionenbrücke, bo tyle kosztowała jego budowa.

Kapitanem drużyny był Hanne Sobek, jego żona prowadziła knajpę Lichtburg w pobliskim kinie i teatrze. Wedding był robotniczy i rewolucyjny, a Hertha była jego sercem. To były czasy! Nic z nich nie pozostało. Owszem, Hertha nadal istnieje, ale już dawno odcięła się od swych proletariackich korzeni. Sobek dostał plac przed dworcem i tablicę na dworcu…

Klub Hertha został założony 25 lipca 1892 roku nie tu, lecz troszkę dalej, na pewnej ławce na Placu Arkona. Pierwsza knajpa klubu mieściła się nieopodal na Oderberger Straße. Ławka (ale czy ta sama?) wciąż jeszcze jest, podobnie knajpa. Teraz to hipsterska dzielnica, nikt tu nie kopie w piłę, a w knajpie można zamówić bezglutenowe kluseczki z bezmięsnym gulaszem w bezlaktozowym sosie śmietanowym.

Sześć razy pod rząd Hertha prowadzona przez Sobka weszła stąd, ze stadionu Plumpe na Gesundbrunnen, do finałów mistrzostw Niemiec. Cztery razy przegrała, dwa razy wygrała. Zdobycie tytułu w roku 1931 wywołało prawdziwą euforię. Po rozegranym w Kolonii meczu, gdzie Hertha wygrała 3:2 z 1860 München, 15 czerwca 1931 roku na dworcu Friedrichstraße tysiące berlińczyków czekały na drużynę i odprowadziły ją w tryumfalnym pochodzie do  Gesundbrunnen.

Johannes Sobek, zawsze nazywany ‘Hanne’, urodził się 18 marca 1900 roku, w Mirow w Meklemburgii. Od dzieciństwa kochał piłkę nożną, w latach 1920 – 1925 grał w drużynie Alemannia 90. On sam 10 razy grał w mistrzostwach Niemiec, po raz pierwszy właśnie w Alemanii. W roku 1925 został napastnikiem w berlińskiej drużynie Hertha BSC i współtworzył jej legendę, legendę Biało-Niebieskich. W roku 1930 Hertha wygrała 5:4 z  Holsztynem Kilonią, a w roku 1931 z Monachium. W obu  meczach Sobek strzelił po dwie bramki. Po wojnie Sobek był trenerem piłkarskim.

Berliński autor Oliver Ohmann, który napisał książkę o Sobku, pisze: “Hanne Sobek był cudem, na który od dawna czekali początkujący piłkarze – charyzmatyczny, pełen pasji, genialny.” Jeden z kolegów piłkarzy ujął to prościej “Hanne Sobek był według mnie największym berlińskim piłkarzem.”

Sobek zmarł 17 lutego 1989 roku w Berlinie. W roku 1999 jego imieniem nazwano zespół sportowy przy placu Louise Schröder, w roku 2006 Sobek został patronem placu przed dworcem Gesundbrunnen.