Ratując, co się da 3

I już po raz trzeci w ciągu tego koszmarnie upalnego lata opublikowane na blogu opowiadanie przenosi nas w głąb prawdziwie zimnej zimy

A. M. Rosner

Rzeczywistość jest tylko płaszczem…

Jakkolwiek dramatycznie i tandetnie brzmią podobne zdania, uważam, że muszę właśnie tak zacząć – obawiam się o własne zdrowie, a nawet życie. Wszystko zaczęło się od decyzji o zakupie samochodu. Jestem historykiem i nie znam się na autach, nie wiem, czym kierować się przy ich wyborze, ani jak poznać w jakim są stanie. Nie mając innego wyjścia zdałem się na łut szczęścia i po stosunkowo krótkim czasie kupiłem wysłużonego, czarnego Citroena. Wiem, że brzmi to infantylnie, nawet głupio, ale od chwili, gdy pierwszy raz zobaczyłem go w komisie, miałem wrażenie, że czekał właśnie na mnie. Nie mogłem oderwać od niego oczu, zupełnie jakby coś mnie do niego przyciągało.

Sprzedawca nie znał jego wcześniejszej historii. Miał co prawda dane poprzedniego właściciela, lecz upierał się, że nie może mi ich zdradzić. Sam oceniłem stan karoserii i wnętrza, a zaprzyjaźniony mechanik zapewnił mnie, że pojazd nie miał poważnego wypadku i był w przyzwoitym stanie. W parę dni załatwiłem wszelkie formalności, odbyłem też kilka krótkich wypraw w najbliższej okolicy domu, by choć trochę przypomnieć sobie trudną sztukę prowadzenia przed poważniejszym wyjazdem.

Po około tygodniu ukontentowany nowym nabytkiem ruszyłem wreszcie na poważniejszą wyprawę. Archiwum, do którego jechałem, znajdowało się blisko Zakopanego, a ponieważ praca nie zapowiadała się na długą, zaplanowałem wyprawę tak, by spędzić kilka dodatkowych dni za miastem. Rzadko miewam okazję się rozerwać, o wyprawach na narty nie wspominając, nie wiedziałem więc powodu, dla którego miałbym odmówić sobie tych kilku drobnych przyjemności. Dodatkowo zachęcał mnie fakt, że świąteczni amatorzy dwóch desek zdążyli już zwolnić nieco miejsca na stokach, a do ferii szkolnych pozostało jeszcze parę dni.

Wyruszyłem kilka minut po dziesiątej. Ustawiłem nawigację w telefonie komórkowym, wrzuciłem do bagażnika torbę z laptopem i ruszyłem przed siebie. Śnieg, który spadł w nocy, spowijał pobocza i mijane przeze mnie wioski. Początkowo obraz ten wydał mi się niezmiernie kojący. Drzewa przywodziły na myśl ulepione ze śniegu i lodu duchy, które tylko jakimś niepojętym cudem zdolne były przeciwstawić się sile wiatru. Skrzące się połacie bieli przypominały idealnie wykrochmaloną, staromodną pościel, a domy wyglądały jak wycięte ze świątecznej pocztówki. Obserwowanie widoków pochłonęło mnie tak bardzo, że nie zorientowałem się nawet, gdy radio przestało odbierać nastawioną przeze mnie stację.

Spodziewałem się, że z czasem, kiedy zacznę oddalać się od miasta, zasięg radiostacji osłabnie i w końcu zmuszony będę szukać innej częstotliwości, albo sięgnąć po płytę. Przez chwilę próbowałem nastawić coś, czego dałoby się słuchać, jednocześnie starając się nie odrywać wzroku od drogi. Do tej pory nie wiem, czy to, że niczego nie znalazłem, było spowodowane marnym stanem odbiornika, czy może mroźną pogodą. Zrezygnowany zdecydowałem się zostawić stację, która ledwie odbierała, w nadziei, że z czasem jakość sygnału ulegnie poprawie.

Teraz, kiedy się nad tym zastanawiam, mam wrażenie, że właśnie wtedy po raz pierwszy dostrzegłem delikatne pasma mgły, powoli wypełzające na jezdnię. Widoczność nie pogorszyła się nagle w znaczący sposób, dlatego postanowiłem jechać dalej, starając się wykorzystać te kilka godzin dziennego światła, jakie mi jeszcze pozostały. Wówczas wydawało mi się całkiem zabawne porównanie delikatnych nici bieli do macek jakiejś gigantycznej ośmiornicy, czy też mitycznego krakena, starającego się pełzać po lądzie.

Białe pasy, początkowo delikatne i ulotne, stawały się z czasem coraz wyraźniejsze i cięższe. Obserwowałem jak mgła kotłowała się w obniżeniach terenu po obu stronach drogi, zakrywając drzewa, krzewy i otulając budynki. Uważam podobne zjawiska za niezwykle urokliwe, lecz tym razem wydały mi się bardziej niepokojące niż zachwycające. Nie jestem w stanie tego wyjaśnić, po prostu odczuwałem dyskomfort na ich widok. Miało to prawdopodobnie związek z moim brakiem doświadczenia za kierownicą – pomimo włączenia świateł przeciwmgielnych, prowadzenie w tak ciężkich warunkach nie należało do przyjemności. Nie był to jednak zwykły stres, lecz jakiś wewnętrzny niepokój, dreszcz, który nie dawał mi spokoju z powodu swej irracjonalności. Żyłem przecież w świecie, w którym jedynymi zagrożeniami, jakie mogły na mnie czekać, były zbłąkane łosie i nieuważni kierowcy.

Starałem się skupić myśli na światłach jadącego przede mną samochodu dostawczego. Monotonia drogi, szum silnika i radioodbiornika na każdego działałyby usypiająco i ja też zaczynałem odczuwać lekkie znużenie. Póki mogłem podziwiać przewijające się za oknami samochodu obrazy, prowadziło mi się znacznie łatwiej. Odkąd jednak mgła zaczęła gęstnieć, jedynym co widziałem przed sobą były cztery czerwone punkciki i zarys naczepy. Próbowałem utrzymywać stałą prędkość, tak by nie stracić ich z oczu, jednocześnie wypatrując kątem oka znaków drogowych. Nie miałem najmniejszego zamiaru zatrzymywać się na poboczu, nie w takich warunkach. W końcu, jeśli ja widziałem tak niewiele, inni kierowcy mieliby problemy z dostrzeżeniem mojego samochodu, a ostatnim, na co miałem ochotę, była stłuczka. Postanowiłem po prostu szukać informacji o stacji benzynowej czy restauracji, w której mógłbym chwilę odpocząć i napić się kawy.

Trudno mi określić jak długo tkwiłem w tak beznadziejnej sytuacji. Coraz bardziej odczuwałem klaustrofobiczność blaszanej puszki, w której zamknąłem się z własnej woli. Miałem wrażenie, że dach znajdował się niepokojąco nisko, drzwi zbyt blisko, a wszystkie mechanizmy pojazdu działały coraz wolniej i bardziej opornie. Dźwięki dobiegające z głośników, zamiast nieść ulgę i pomagać skoncentrować się na drodze, stawały się z każdą chwilą bardziej irytujące. Na ledwo słyszalną muzykę nakładały się odgłosy innej audycji, rozmów ze słuchaczami czy jakiegoś słuchowiska.

Zdawałem sobie sprawę z tego, że wszystkie te odczucia nie były niczym innym, niż wynikiem zmęczenia i stresu. Na chwilę skoncentrowałem wzrok na zarysie tablicy informacyjnej, która wyłoniła się z mgły po prawej stronie drogi. Miałem nadzieję, że dostrzegę informację o jakimś zajeździe. Nagle, kątem oka, zauważyłem, że czerwone lampy ciężarówki zaczęły przybliżać się do mnie z niepokojącą prędkością. Z przerażeniem, na ile to możliwe, przygotowałem się na uderzenie i huk, a przed oczami przewinęły mi się obrazki z telewizyjnych wiadomości drogowych. W uszach zadźwięczały mi słowa:

Młody, niedoświadczony kierowca zginął tragicznie…

Do dziś nie wiem, czy były wynikiem jakiejś niezrozumiałej reminiscencji czegoś, co kiedyś zasłyszałem, pochodziły tylko z mojej wyobraźni, czy też wydobyły się z radia. Nie miałem czasu zastanawiać się nad tak banalną kwestią, przekonany że lada chwila roztrzaskam się o naczepę. Pamiętam jak spostrzegłem, że światła te nie były już kwadratowe, lecz wykrzywione, niczym oczy wydrążonej na święto duchów dyni. Ich źrenice płonęły żywym ogniem i czułem, że przewiercają mnie na wskroś. Rzuciły się na mnie, na mój samochód, próbując wedrzeć się do środka i dopaść mnie uwięzionego w fotelu kierowcy.

Instynktownie nadepnąłem pedał hamulca, wciskając go w podłogę tak mocno, że bałem się, iż przebiję się nogą do samego asfaltu. Samochodem gwałtownie szarpnęło i uruchomiły się światła awaryjne. Spodziewałem się nagłego bólu, eksplozji poduszki powietrznej i huku gniecionej blachy. Zamiast tego ze zdziwieniem patrzyłem jak przeistoczone w złowrogie oczy reflektory rozbijają się o przednią szybę. Jednocześnie, odziane w swoje kwadratowe ciała, oddalały się niknąc gdzieś przede mną w białej toni, najzwyklejsze i nadal przytwierdzone do naczepy. Wszystko to sprawiało wrażenie eksplozji, w której dostrzec można było pojedyncze iskry. Czerwień przez chwilę rozlała się po przedniej szybie samochodu, a ja czułem się tak, jakbym rozbił jakąś wielką mydlaną bańkę.

Stoczyłem się resztką pędu na pobocze, próbując wyrównać oddech i opanować tłukące się w piersi serce. Jeszcze przed chwilą, gotowy na najgorsze, byłem przekonany, że wjadę w hamującą ciężarówkę. Teraz, powoli zdając sobie sprawę z tego, że wciąż żyłem, próbowałem otrząsnąć się z koszmaru i zrozumieć, co się właściwie stało.

Jestem człowiekiem od urodzenia sceptycznym i wiem, że wszystko co widzę ma logiczne wyjaśnienie. Prawdopodobnie właśnie dlatego mój umysł bez większych oporów przyjął najprostszą z odpowiedzi – musiałem przysnąć, poddałem się znużeniu i zbliżyłem do tej przeklętej ciężarówki w ostatniej chwili trzeźwiejąc i hamując. Dziwne wizje musiały być czymś pomiędzy halucynacją a marą senną, która chciała pochwycić mnie w swe szpony. Ciągle czułem lekkie drżenie rąk i dziwne pulsowanie w nogach, które zapewne powodowała krążąca w moich żyłach adrenalina. I choć byłem pewien, że po czymś takim senność nie da rady znowu nade mną zapanować, zapragnąłem jak najszybciej dotrzeć do parkingu, na którym mógłbym odpocząć.

Wyłączyłem światła awaryjne i już miałem wrócić na szosę, gdy usłyszałem głos – ten sam, który towarzyszył czerwonemu rozbłyskowi. Z niemalże absolutną pewnością mogłem już określić, że wydobywał się z głośników. Był niewyraźny, zlewał się z piosenką ledwie słyszalną na niedostrojonej częstotliwości, ale docierał do mnie za pośrednictwem eteru. Tym razem rozbrzmiał nieco głośniej, jakby wyraźniej i pewniej.

Rzeczywistość jest tylko płaszczem, skrywającym coś…

Ciągle zdenerwowany nie starałem się wsłuchać w słowa, które, jak myślałem, nie miały najmniejszego sensu. Wziąłem głęboki oddech i wróciłem na szosę. Postanowiłem jechać wolno, uważając, że żaden kierowca nie porwie się na szaleńczą jazdę w takich warunkach. Nie pokonałem jednak kilkudziesięciu metrów, gdy nagle coś wyprzedziło mnie wyłaniając się brutalnie i znikając bezpowrotnie we mgle. Nie miałem pewności co to było –wszystko zdarzyło się zbyt szybko, zbyt nagle i gwałtownie bym mógł mieć pewność. Zdawało mi się jednak, że to coś miało kształt nie motocykla, samochodu czy ciężarówki, lecz pociągu…

Nie wierzyłem własnym oczom. Staromodny parowóz ciągnął wagony wyglądające jak te, jakimi jeździli pasażerowie Orient Expresu. Poruszał się z zawrotną prędkością, i to jezdnią, nie torami, co zaskoczyło mnie jeszcze bardziej. Nie wiem czy radiowy głos powiedział coś więcej, nie słyszałem go, bo wnętrze samochodu wypełnił na chwilę turkot i ryk pociągowych dzwonków ostrzegawczych.

Byłem tak zaskoczony, że nie zdążyłem nawet zareagować. Mgła otulała mój samochód pozwalając dostrzec wyłącznie to, co znajdowało się nie dalej niż na kilkanaście metrów wokół mnie. Widziałem brzeg drogi razem z białymi liniami odgraniczającymi jezdnię od pobocza, wyłapywałem wyłaniające się z bieli znaki drogowe i słupki kilometrażowe. Próbowałem wmówić sobie, że padłem ofiarą złudzenia optycznego, ignorując dźwięki i wspomnienie dziwnego kształtu. Byłem przerażony i zmęczony, a moje oczy ledwie radziły sobie z wszechobecną jasnością bijącą z mlecznego kłębowiska.

Tłumaczyłem sobie, że to, co pojawiło się po mojej lewej stronie, a co wziąłem za pociąg, było ciężarówką z finezyjnymi malowidłami na plandece. Jednocześnie czułem, że choć moje zdrowie psychiczne tego ode mnie wymagało, sam się okłamywałem. Podobno zwierzęta są w stanie wyczuć pewne zagrażające im zjawiska, jak trzęsienia ziemi czy tornada. Wydaje mi się, że to, co czują, podobne jest do wrażenia, które tego dnia coraz silniej mnie ogarniało. Miałem ochotę uciekać, wyjść z ograniczonej coraz ciaśniejszymi blachami przestrzeni i biec jak najdalej przed siebie, nie myśląc nawet o oglądaniu się za plecy.

Starałem się opanować, choć przychodziło mi to niezwykle ciężko. Z jednej strony sam dostrzegałem irracjonalność całej sytuacji, z drugiej jednak miałem świadomość tego, że to, co widziałem, było pociągiem, a jego obecności nic nie mogło tłumaczyć.

Przypomniały mi się słowa, które chwilę wcześniej popłynęły z głośników.

– Rzeczywistość jest tylko płaszczem – mruknąłem sam do siebie, mając nadzieję, że własny głos doda mi otuchy. Chciałem zapamiętać to zdanie, by móc do niego wrócić w zaciszu zarezerwowanego pokoju hotelowego. Byłem ciekaw czy znajdę w Internecie jakieś podpowiedzi, co do jego pochodzenia, lub choć rozwinięcie tłumaczące o co mogło chodzić autorowi audycji. Wyobraziłem sobie, jak siedząc wieczorem przed monitorem śmieję się z własnych lęków i omamów. Jak utwierdzam się w przekonaniu, że padłem ofiarą iluzji albo zmęczenia.

Z zamyślenia, choć trwało ono zaledwie kilka sekund, wyrwało mnie pojedyncze słowo. Tym razem głośniki ryknęły tak głośno, że podskoczyłem na siedzeniu.

Nadchodzi!

Ścisnąłem mocniej kierownicę, jakbym chciał się jej przytrzymać. W tym samym momencie dostrzegłem coś, co przekraczało wszelkie możliwości racjonalnego rozumowania. Z mgły wyłonił się bowiem kształt do złudzenia przypominający olbrzymie ramię ośmiornicy.

Kraken – przemknęło mi przez myśl, gdy wciskałem pedał hamulca. – Cholerny kraken, tylko dlaczego na lądzie?

Zatrzymałem się z piskiem opon, stawiając samochód w poprzek jezdni. Oszalałem, byłem tego absolutnie pewien. Nie wiem dlaczego, ani w jaki sposób, ale musiałem postradać resztki zdrowego rozsądku. Rozpadające się na przedniej szybie światła ciężarówki, Orient Expres mijający mnie w towarzystwie dzwonków, a teraz jeszcze wielka kałamarnica próbująca złapać i oderwać kawałek asfaltu. Ogarnęło mnie szaleństwo, albo umarłem jakimś cudem tego nie zauważając i znalazłem się w przeznaczonym tylko dla mnie koszmarze, piekle, w którym cała wieczność wyglądać będzie właśnie w ten sposób.

Huk i wstrząs, które pojawiły się, gdy wielka macka dotknęła samochodu od strony pasażera, doprowadziły mnie na skraj paniki. Towarzyszyło im dziwne, nieprzyjemne mlaśnięcie, jakie można usłyszeć, gdy uderzy się w coś galaretowatego. Podejrzewałem, że człowiek martwy nie jest zdolny do odczuwania podobnych rzeczy. Jeśli rzeczywiście tak było, pozostawało mi założyć, że żyję, choć sam nie wiedziałem, która z możliwości była mniej przerażająca – śmierć czy obłęd.

Drżącymi rękoma wrzuciłem luz i nie wyłączając silnika zdjąłem nogę ze sprzęgła. Ostatkiem sił zmusiłem się, by spojrzeć przez okno pasażera i upewnić, czy to, w co wjechałem, nadal znajdowało się na drodze. Początkowo widziałem tylko biel, rozciągającą się nad jezdnią, lecz po chwili dostrzegłem zarys niewielkich krakenich odnóży, wijących się i co rusz pojawiających na wysokości szyby. Niektóre z nich przybliżały się do drzwi pojazdu, inne oddalały od nich podrygując jakby w szaleńczym tańcu.

Odpiąłem pas i wyskoczyłem na zewnątrz blaszanej pułapki gotowy do ucieczki. Nie wiedziałem, czy nogi nie odmówią mi posłuszeństwa, czy nie przewrócę się i nie padnę ofiarą bestii rodem z żeglarskich opowieści. Jedyne, o czym myślałem, to bieg – nieważne gdzie, byle jak najszybciej znaleźć się tak daleko od tego miejsca, jak tylko to możliwe. Kiedy jednak znalazłem się kilka kroków od samochodu, coś zaskoczyło mnie jeszcze bardziej, niż wszystkie najdziwniejsze nawet wizje, przewijające mi się tego dnia przed oczyma.

Mój samochód rzeczywiście stał pośrodku drogi. Silnik ciągle pracował, a włączone światła rzucały jasne snopy na pokryte śniegiem pobocze. Nie spowijała go jednak mgła, a blask nisko wiszącego, zimowego słońca. Po niebie przesuwały się pojedyncze obłoki, niewinne i nieprzesłaniające idealnej widoczności mroźnego popołudnia.

Nie wiem jak długo stałem na drodze przenosząc spojrzenie z nieba na ziemię i z powrotem ku górze. Wiem tylko, że z transu, czy też otępienia, wyrwał mnie czyjś głos. Gdy pierwszy raz dotarł do mych uszu, przestraszyłem się, że wydobywał się z samochodowych głośników i zapowiadał kolejne nieszczęście. Spadający samolot? Przebiegającego przez jezdnię potwora ze skandynawskich legend? A może pojawienie się wiszącego nisko nad polami zeppelina?

– Nic się panu nie stało?

– Kraken… – wymamrotałem i od razu pożałowałem, że słowo to opuściło moje usta. Stała przede mną jakaś kobieta. Zatroskana, przerażona, z telefonem przy uchu, obserwowała mnie badawczo, najwyraźniej próbując się gdzieś dodzwonić.

Boże – przeszło mi przez głowę – pomyśli, że zwariowałem. Odwiozą mnie do domu bez klamek…

– Nic się panu nie stało? Już dzwonię po pogotowie.
– Nie trzeba, dziękuję… – mruknąłem.

Musiała pomyśleć, że uderzyłem się w głowę. Stałem jak ogłupiały pośrodku szosy, prawdopodobnie nie reagując na jej słowa przez jakiś czas. Teraz, kiedy wyrwałem się z transu, czułem na twarzy chłodne powietrze, palce rąk szczypały mnie od mrozu, lecz tym, co przyprawiło mnie o prawdziwe dreszcze, było wspomnienie wypadku. Nie zastanawiając się nad tym co robię, odwróciłem się, by sprawdzić w co wjechałem.

Pamiętałem to, co zobaczyłem we mgle. Wiedziałem, że mój refleks mnie nie zawiódł, że w ostatniej chwili skręciłem kierownicą i uderzyłem w przeszkodę bokiem, nie przodem pojazdu. Na drodze jednak, zamiast kałamarnicy, krakena czy jakiegokolwiek innego potwora, leżało drzewo. Zwykłe, powalone przez wiatr i być może osłabione mrozem drzewo. To, co wziąłem za wielką mackę, było konarem, a tańczące przed szybą dziwa niczym innym, niż gałęziami.

– Jest pan pewien, że karetka nie jest potrzebna? Wydaje mi się, że jest pan w szoku.
– Dziękuję, nic mi nie jest – odpowiedziałem nieco pewniej.

Odwróciłem się do kobiety czując ulgę tak wielką, że nie sposób jej opisać. Spojrzała na mnie jeszcze bardziej podejrzliwie, lecz opuściła rękę rezygnując z połączenia.

Musiałem coś do niej powiedzieć. Coś, co przekona ją, że nic mi się nie stało i pozwoli uniknąć przyjazdu karetki czy policji. Nie wiem jak miałbym wytłumaczyć funkcjonariuszom dlaczego nie zauważyłem wielkiego drzewa leżącego na jezdni.

– Niech pani zadzwoni po strażaków, to drzewo trzeba usunąć z drogi, zanim ktoś w nie wjedzie.
– Na to akurat już za późno – skwitowała patrząc na Citroena. – Nie wiem czy nie trzeba będzie zadzwonić po lawetę, niech pan zobaczy, czy samochód w ogóle jest w stanie jechać. I tak przydałoby się go przestawić na pobocze.

Przyznałem jej rację i wróciłem do auta. Gdy usiadłem na swoim miejscu i spojrzałem przez przednią szybę, serce o mało nie wyskoczyło mi z piersi. Mgła rozciągała się nad polami, niewiele rzadsza niż w momencie stłuczki. W oddali, wysoko nad ziemią, pojawił się zarys jakiegoś ciemnego kształtu. Spojrzałem w bok i zamiast drzewa ponownie ujrzałem coś, co wyglądało jak odnóża potwora. Po szybie pełzało kłębowisko nerwowo ruszających się larw.

Zerknąłem w drugą stronę, przez otwarte drzwi. Kobieta chodziła nerwowo przed maską swojego samochodu tłumacząc coś osobie po drugiej stronie linii. Skąpana w słońcu droga przecinała ośnieżone pola, a widoczność była idealna aż po horyzont. Z drugiej strony jednak nie przekraczała dwudziestu metrów i choć mgła podnosiła się powoli, na jezdni podrygiwało coś, czego wolałbym nigdy w życiu nie oglądać.

Byłem tak zaskoczony i jednocześnie zażenowany, że nie mogłem podjąć żadnej sensownej decyzji. Zgodnie z prośbą zatroskanej kobiety wrzuciłem bieg i zatrzaskując drzwi spróbowałem podjechać do skraju jezdni. Samochód ruszył z miejsca i choć zniszczenia boku były znaczne, nie uniemożliwiły mi przestawienia pojazdu. Oczywiście, dalsza droga była wykluczona, co zrozumiałem, gdy skręciłem mocniej kierownicę i usłyszałem dźwięk blachy trącej o oponę.

Zza kierownicy nie widziałem drugiego samochodu. W miejscu, w którym zaparkowała, stała dorożka, a zaprzężony do niej koń obrzucał mnie nerwowymi spojrzeniami. Odziana w długą, typową dla połowy dziewiętnastego wieku suknię dama, ruszyła w moim kierunku. Ciągle zszokowany wydarzeniami ostatnich kilkudziesięciu minut nie zastanawiałem się co robić. Odruchowo opuściłem szybę i gdy jej krawędź zjeżdżała w dół, przypomniały mi się zasłyszane w radio słowa. „Rzeczywistość jest płaszczem”. Choć nie wiedziałem w jakim kontekście zostały wypowiedziane, musiałem się z nimi zgodzić. Z tym, że ktokolwiek był ich autorem, zapomniał napomknąć o rozdarciach i dziurach.

Do miejsca, do którego sięgała szklana tafla, widziałem scenę jak z dziwacznego snu – kary koń, dorożka, staromodna dama i konające w drgawkach obrzydliwe coś, co poharatało mój samochód. Powyżej tego miejsca świat wyglądał inaczej, czy może raczej „normalniej”. Obca kobieta kończyła rozmowę, podczas gdy jej samochód stał na awaryjnych światłach, ostrzegając nadjeżdżających kierowców.

– Strażacy są w drodze, ale pan to już chyba dalej nie pojedzie. Zagapił się pan, czy spadło panu przed maskę z zaskoczenia?

– Można chyba powiedzieć, że mnie zaskoczyło… – odparłem zerkając raz nad, raz pod szybą, mając nadzieję, że czynię to dość dyskretnie.

Musiałem się uspokoić. Kobieta nadal wyglądała na zatroskaną, a ostatnim czego chciałem, była rozmowa z nadgorliwymi ratownikami, których niechybnie lada chwila wezwałaby, pomimo zapewnień dotyczących mojego stanu zdrowia. Zasunąłem szybę narażając się ponownie na dziwne widoki i wyłączyłem silnik. Wtedy nie zastanawiałem się nad tym, lecz teraz wydaje mi się to całkiem zrozumiałe, że w chwili, gdy przestał pracować, dziwne wizje zaczęły rozmywać się na jego szybach. Stawały się coraz mniej wyraźne by w końcu zniknąć – mam nadzieję – bezpowrotnie.

Zmusiłem się do wyjścia na zewnątrz i kurtuazyjnej rozmowy. Nie pamiętam, czego dotyczyła, jedynym, co zostało mi w głowie, była świadomość tego, że miała na celu ocenienie mojej przytomności. Chyba nieźle mi poszło, bo zamiast karetki wezwała tylko lawetę, która zresztą odwiozła mnie i mój demoniczny wrak do domu.

Od tego zdarzenia minęło już kilka tygodni. Nie odważyłem się od tego czasu usiąść za kierownicą nie tylko mojego, ale i żadnego innego samochodu. Citroen trafił do remontu, a mechanicy okazali się dość wyrozumiali, by odstawić go po skończonej pracy pod mój dom. Dałem ogłoszenie i szukam kupca. Nie obchodzi mnie, co się z nim stanie ani kto go weźmie. Staram się wierzyć, że to on sprowadził na mnie wszystkie nieszczęścia, ale nie mam pewności czy pozbycie się go cokolwiek zmieni.

Teraz zależy mi tylko na pieniądzach, szczególnie że mechanicy zażądali za swoją pracę niemalże drugie tyle, ile wydałem na starego grata. Przydadzą się też dlatego, że chyba jednak będę zmuszony zasięgnąć porady specjalisty. Choć nie zdarzyło mi się widzieć niczego podobnego do tego, co objawiło mi się przez samochodowe okna, to nie wiem już czy to, co widzę, jest prawdą, czy też wytworem mojego skołatanego umysłu.

Ze specjalnymi podziękowaniami dla Marthy za inspirującą i owocną dyskusję w Starbuksie :)

Styczeń 2013

9 thoughts on “Ratując, co się da 3”

    1. Nie, chyba nie ma… masz na myśli naszego wspólnego znajomego z “Poglądu”? No to mam nadzeję, że nie ma.. A samo opowiadanie? No cóż, mnie się podoba, ale oczywiście można uważać, że to straszne bzdury…

    2. Zapewniam, że autor tego tekstu nie siedział w “internacie”… głównie dlatego, że urodził się w 1982 roku 😉
      Dla jednych bzdura, dla innych nie. Gdybyśmy wszyscy byli tacy sami, świat byłby cholernie nudnym miejscem.

  1. ludzie, ktorych wsadzali do “internatu”(1981-83) czesto wariowali kompletnie;

    1. Znam jednakże sporą ilość ludzi, którzy w owym czasie siedzieli w internatach i więzieniach i nie zwariowali. Jak zawsze – jedni tak, a inni – owak…

  2. geremek, szczypiorski, kuron, etc. wiem, tych dotykano tylko w jedwabnych rekawiczkach

  3. ale oczywiscie to nie jest miejsce na TEN temat, przepraszam, ewo, puscily mi synapsy

  4. ciotuchna: do Tibora nie wszystko czego nie rozumiesz musi byc glupota i pomyleniem, rusz swoja mozgownice a moze ( przy duzym wysilku) cos zrozumiesz!

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.