Lato z Don Kichotem

Ewa Maria Slaska

Dziesięć dni latem 2022 roku

4 czerwca przyjechał do Berlina Teatr Globe z Poczdamu, rozstawił swe niejstniejące namioty na jeziorem Grunwaldzkim przy Zamku Myśliwskim i przypomniał Don Quijota, którego każdy z nas przecież zna, a znawcy barataryści już nawet wystawienie teatru poczdamskiego dobrze znają. A mimo to…

Ciekawe, że cała trójka w przerwach zajmuje się też czymś innym – Laurenz sprzedaje programy, Andreas rozdaje pocztówki, a Alexandra nalewa szampana.

11 czerwca w Oranżerii Pałacu Charlottenburg w Berlinie w ramach festiwalu zatytułowanego Fantazje Barokowe orkiestra pałacowa dała koncert o Don Chisciotte, choć po prawdzie wcale nie wszystkie części koncertu dotyczyły smętnego hidalga, bo pojawili się też Król Artur i przechodzień po Madrycie. Ale jednak, o tak, baratarysta, wiecznie poszukujący śladów swego gubernatora, zetknął się po raz pierwszy z operą, którą stworzył Bartolomeo Francesco Conti (1681-1732) i inną – dziełem Georga-Philippa Telemanna (1681-1767) – panowie kompozytorzy byli rówieśnikami, tyle że Telemann żył o ponad ćwierć wieku dłużej.


Cała trzygodzinna opera Contiego TU – wykonuje Akademie für Alte Musik Berlin, dyrygent: René Jacobs, podczas 29. Innsbruck Festival of Early Music 2005

Suita Telemanna Don Quichotte (Burleska) TU – Orkiestra Kameralna z Tuluzy

Następne terminy i miejsca wystawienia Don Quijota w wykonaniu Neues Globe Theater – TU


14 czerwca kupiłam sobie w szczecińskim empiku spolszczoną przez Jacka Dehnela książkę pt. Niewidzialne biblioteki. To oczywiste nawiązanie do Niewidzialnych miast Itala Calvina, utrzymane jest tak dalece w tym samym stylu spokojnej obiektywnej narracji, iż mimo iż jest – tak głosi okładka – dziełem pięciorga pisarzy (plus Tłumacza, który też jest autorem), wydaje się calvinowskim autopastiszem. Ale to albo sami autorzy tak to sobie wymyślili, albo nadał im tych calvinowskich cech tłumacz.

Autorami są Lawrence Jang – prawnik i pisarz, dla którego, jak głosi blurb na okładce, obrazem raju jest biblioteka, Monika James, bibliofilka, która pisze i kręci filmy, Danish Sheikh – pisarz, który zajmuje się teatrem, a od czasu do czasu przydusza go prawo, Amy Trautwein, która woli rośliny od książek, Inny (And Another) – wędrowny dostawca pierwszorzędnych panaceów i wreszcie Tłumacz, czyli to samo w innym języku, czyli całkowicie coś innego.

Literacka podróż po świecie wyobrażonych książek i bibliotek.
Biblioteki stworzone z ciszy, wycięte w lodzie, wyjęte z sennych koszmarów, z tomami ułożonymi według zapachów, w których za zakładkę służy oddech. Zbiory składające się z książek na wpół zjedzonych, na wpół porzuconych przez wybredne literacko mole…
Każda z opowieści zaskakuje – są wśród nich listy miłosne, łamigłówki, świadectwa nieograniczonej wyobraźni, z dużą dozą szaleństwa, groteskowych żartów i zaskoczeń. Intertekstualne wskazówki, nowe tropy, tajemnicze powiązania pełne literackich duchów. Inspiracji dostarczyli autorom przede wszystkim Italo Calvino oraz ojciec licznych intelektualnych zabaw J.L Borges i jego noty o książkach urojonych.
Znajdziemy tu zmysłowy, enigmatyczny i estetyczny świat, a autorzy tych opowieści, idąc w ślad Itala Calvina, badają bibliofilię, zwłaszcza to, jak przejawia się ona w naszych romansach z bibliotekami.  

***

Don Kichot pojawia się też na stronie 66, ale tam tylko stoi na półce, oraz – 110, ale tam się go tylko wymienia, a tymczasem na stronie 52 pojawia się cała biblioteka zwana Baratarią, czyli jak głosi przypis:
(z hiszp. barata – “taniocha”) – w Don Kichocie Miguela Cervantesa fikcyjna wyspa, której wielkorządcą zrobiono dla żartu Sancho Pansę. Jej autorem jest Lawrence Jang,

Choć minęła już prawie dekada, skóra Ibn Battuty wciąż cierpnie z przerażenia i zachwytu na myśl o tym, czego był doświadczył w bibliotece Baratarii. Żeby przygotować się do opowieści, Battuta, który znał słabość Borgesa do tej gry, zaczyna od historii wynalezienia szachów.

- Powiada się - zaczyna  Battuta - że wynalazca tej gry strategicznej, zapytany przez cesarza, jakiej życzy sobie nagrody, odpowiedział ze skromnością, która niemalże zirytowała władcę. Poprosił o ziarnko ryżu na pierwszym polu szachownicy, dwa na drugim, cztery na trzecim i tak dalej aż do pola sześćdziesiątego czwartego.

Battuta widział jak Borges liczy w głowie. Przy dwunastym polu opisał bibliotekę Baratarii, zewsząd otoczoną żyznymi ziemiami. Wydawało się, że wyrasta wprost z gleby, omotana nieskrępowanymi pnączami i gałęziami drzew. Było zatem dla Battuty niejakim zaskoczeniem, że wszedł do wielkiej sali, wypełnionej pustymi regałami, jeśli nie liczyć samotnej książki na środkowej półce w samym środku biblioteki. Jałowość biblioteki wydawała się niemal afrontem dla okolicy. Niespełna siedem godzin zajęło  Battucie - jak wspomina - przeczytanie dość nieciekawej historii o bagdadzkim żeglarzu, zagubionym na morzu. Ale kiedy tylko odłożył książkę na półkę, szykując się do opuszczenia biblioteki, dostrzegł dwie inne książki. Może nie zauważył ich wcześniej. Druga z nich wzmiankowała pewną bitwę, o której Battuta, pomimo wielkiego oczytania i podróży, nigdy nie słyszał. Chciał się dowiedzieć o niej czegoś więcej, ale skoro nie było to możliwe, przeszedł do trzeciej książki.

Wędrówki nie oszczędziły jego pleców, więc w połowie lektury zatęsknił za miękkim łóżkiem, ale wokół widział tylko krzesła z prostymi oparciami. W sali nie było ani zegara, ani okien i tylko czyste granie świerszczy obwieszczało mu, że kiedy skończył trzecią książkę, była już głęboka noc. Zwróciwszy znużone oczy ku regałom, zobaczył, że na widmowych półkach zjawiły się cztery kolejne książki.

Nie mogąc ciągnąć tego dalej, ale zarazem nie zamierzając się poddać, Battuta - wzorem najbardziej brawurowych spośród poszukiwaczy przygód - przyjął wyzwanie. Gdyby tylko znał los cesarza i jego daru dla wynalazcy szachów, być może wyjechałby nie ukończywszy siódmej książki. Jego syn miał ledwie dwa latka, kiedy Battuta ucałował go na pożegnanie, a gdy powrócił z Baratarii, niedowidząc i z trudem poruszając się o własnych siłach, powitał go młody człowiek, który trzymał na ręku chłopczyka, przypominającego nieco jego synka. Mężczyzna zwrócił się do Battuty: "Ojcze, nie było cię przez dwadzieścia siedem lat", ale jedynym, co widział Battuta, była owa daleka biblioteka, której półki uginały się pod ciężarem książek, i rosnąca góra nieprzeczytanych egzemplarzy oczekujących na jego powrót. 

Ein Tag in Berlin, Kafka

Ewa Maria Slaska

Ich schrieb schon Mal von Kafka in Berlin, HIER. Diesmal gingen wir mit Masha, die dort beschriebenen Orte uns selber anzugucken.

Wir sollten, so war der Plan, mit dem Hotel Askanischer Hof beginnen, wo Kafka immer Quartier bezog als er nach Berlin kam, um Felice Bauer zu besuchen.

Hotel Askanischer Hof

Das Hotel ist eine Mirage. Es hat eine Internetseite. Sehr schöne und authentisch wirkend.

http://askanischer-hof.ihotelsberlin.com/de/

Es gibt es jedoch NICHT. Glaubt mir. Wir waren da vor drei Tagen! Es gibt dort kein Hotel! Auch kein, das Mal da gewesen wäre. Und offiziell es gibt es nicht seit 1923!!!!

Was ist es also da auf dieser Internetseite!? Und woher stammt dann dieses Foto unten? Es ist doch ein neues Foto, keine Antiquität aus dem Jahre 1922.

Wohnung Nr. 1, Miquelstr. 8, Steglitz

Die Verlobung mit Felice Bauer wurde aufgelöst. Kafka zieht nach Berlin mit seiner neuen Freundin, Dora Diamant, ein. Ab September 1923 wohnen sie in der Miquelstr. 8 bei Moritz Hermann. Das Haus steht nicht mehr und heute gibt es da kein Zeichen, dass Kafka dort gewohnt hat.

Wohnung Nr. 2 Grunewaldstr. 13, Steglitz

Schon zwei Monate später, am 15. November 1923 ziehen Dora Diamant und Franz Kafka in eine neue Wohnung ein, ebenfalls in Steglitz: Grunewaldstr. 13 (bei Seifert). Die neue Wohnung, schreibt Kafka an seine Schwester, ist ausserordentlich schön. Hat zwei Zimmer, Zentralheizung, elektrisches Licht und Telefon.
Auf dem Haus gibt es zwei Gedenktafel. Eine marmorene mit einem typischen Erinnerungstexts und eine metallene mit einem Zitat von Kafka:
Die Guten gehen im gleichen Schritt .
Ohne von ihnen zu wissen tanzen die Anderen um sie
die Tänze der Zeit.

Wohnung Nr. 3, Heidestr 25-26 (heute Busseallee 7-9), Zehlendorf

Im Februar 1924 ziehen sie das letzte Mal um (auf der Tafel unten steht ein anderes Datum – ich beziehe mich auf die obige Tafel und das Buch von Reiner Stach, Kafka von Tag zu Tag). Kafka ist schon sehr krank: Kehlkopftuberkulose. Danach wird noch Herzschwäche diagnostiziert.


Am 17. März 1924 reist er aus Berlin nach Prag aus, um hierher nie mehr zurückzukommen. Im April 1924 wird er in ein kleines privates Sanatorium im Dorf Kierling geliefert, wo er weiterhin von Dora gepflegt wird.

Am 3. Juni 1924 starb er. Wir begaben uns drei Tage später auf die Spurensuche von ihm.

Pracownia artysty

Ewa Maria Slaska

Patrick William Adam
(Scottish painter,1854 – 1929)
“Morning at workshop”,1912

Poranek w warsztacie? W warsztacie? Lekko błyszcząca podłoga, a więc wypastowana i nie zadeptana. Biały wykrochmalony obrus z mereżką. Róże w wazonie, róże za drzwiami do ogrodu. Niedbale przerzucona serweta i otwarta książka na krześle. Jak się przyjrzeć, to po lewej widać tylne strony dwóch blejtramów, a na komódce po prawej w wazonie stoją pędzle. Czyli słowo “warsztat” oznacza atlier artysty. To on sam, tylko on, pił tu poranną herbatę i być może jadł na śniadanie grzanki z marmoladą pomarańczową. Jest jedno krzesło, jedna filiżanka na stole. Czytał przy jedzeniu. Porzucił serwetę i książkę. Wyszedł.

Ten obraz nie daje mi spokoju. Pracownia artysty? Wyrastałam w domu z matką-artystką. Nie było białych błyszczących obrusów, srebrnego dzbanka do herbaty ani porcelanowych filiżanek. Rzeczywistość PRL-u w latach 40/50/60 była przaśna, ale fakt, że dom był pracownią artysty, pogłębiał wszystkie niedomogi.


Najpierw mama “cięła” czyli przenosiła wykonany uprzednio rysunek na deskę lub linoleum i wycinała go dłutami, które musiały być bardzo ostre, a prowadzić je trzeba było pewną ręką, bo inaczej linie rysunku były niechlujne. Potem trzeba było wypukłe części deski lub linolum pokryć bardzo dokładnie farbą (u mamy – najczęściej – czarną), delikatnie i równo przyłożyć cienki papier do farby, wygładzić każdy przylegający do farby kawałek papieru czymś bardzo gładkim (mama używała wygiętego kawałka wypolerowanej kości słoniowej), co pozwalało odbić farbę na papierze, a potem jeszcze delikatniej zdjąć papier z deski i położyć odbitkę na stole lub powiesić na sznurku, aby wyschła.
Tak wyglądało robienie odbitek z małych grafik, duże wymagały większej siły nacisku – prasy lub magla, aby jednak przewalcowany papier się nie darł trzeba było pokrywać go równiutko kawałkami grubego materiału i dociskać kawałkiem blachy. I dopiero taką “kanapkę” wprowadzało się delikatnie między dwa rozstawione na największą szerokość wałki magla. Wałki trzeba było skręcić z powrotem i dopiero wtedy przeprowadzić korbą całą konstrukcję na drugą stronę. I tak na przykład dziesięć razy albo pięćdziesiąt. W zależności od tego, ile odbitek trzeba było wyprodukować. Najczęściej były trzy odbitki z 20 albo i 30 grafik. To była ciężka wyrobnicza praca.


Grafiki bardzo często się nie udawały, papier się rwał lub załamywał, robiły się dziury, farba przesiąkała bądź przeciwnie – było jej za mało. Czasem dało się jakieś załamania wyprasować, a dziury zakleić, ale czasem odbitka szła do kosza na śmieci.


Czarna farba brudziła dłonie, meble, ubrania, dłonie brudziły twarz, talerze, książki. Odbitki leżały i wisiały wszędzie. Przyjaciele, którzy pomagali je wykonywać, byli w całym domu, musieli, jeść, pić, myć ręce, palili papierosy, słuchali głośno muzyki, spali, gdzie popadło. Ich brudne ręce pokrywały umywalkę, wannę, ściany szarymi zaciekami, farba była na talerzach, kubkach i sztućcach. Kot lub dwa koty szarpały nieudane odbitki (udane trzeba było starannie chronić), deptały po świeżej farbie i zostawiały ślady, gdzie popadło.

Leon Wyczółkowski
“Wiosna w Gościeradzu”
Około roku 1930

Przemek Masalski, zaprzyjaźniony psycholog, który był właśnie z wizytą (z żoną i córeczką) i któremu się poskarżyłam, że na obrazach, w tych pomieszczeniach, gdzie bądź co bądź żyją artyści, a więc stworzenia brudzące, jest tak czysto i estetycznie, a u nas, po kolacji, którą właśnie we czwórkę zjedliśmy, została góra odpadków i góra brudnych naczyń, powiedział, że taka właśnie jest różnica pomiędzy tym, co sobie idealistycznie wyobrażamy, a życiem.

No cóż, u nas tak…

Sen amerykański. Pokolenie Solidarności (6)

Ewa Maria Slaska

Eli

Chrzest Polski (1966)

Stefan chodził do szkoły od roku 1954, Basia od 1956. Był rok 1966, rok Tysiąclecia Państwa Polskiego, rocznica, którą Komuna zmuszona była obchodzić, bo Polska jako kraj nie posiadała innej daty założycielskiej, tylko ten nader nieporęczny rok 966, rok Chrztu Polski.

Czego by nie powiedzieć o Komunie, PRL dokonała z okazji Tysiąclecia Państwa Polskiego wielkiego wysiłku i postarała się naprawdę godnie uhonorować tę nieszczęsną datę. Ku czci Tysiąclecia rozpoczęła się budowa tzw. „tysiąclatek”, czyli szkół podstawowych, której przyświecało hasło „Tysiąc szkół na Tysiąclecie”. Ich budowę rozpoczęto z inicjatywy Gomułki już w 1958 roku.

Ale jak to Komuna, uroczystość się obchodziło, ale i jednocześnie nie wolno jej było obchodzić. Do Gdańska z okazji rocznicy chrztu, 28 maja 1966 roku przyjechał kardynał Wyszyński, wciąż jeszcze, po dziesięciu latach, w aurze męczennika Komuny. Cały Gdańsk wybierał się na powitanie. Cały Gdańsk podległy Komunie na to powitanie iść jednak nie mógł. Każda instytucja na swój sposób próbowała rozwiązać ten skomplikowany problem, również władze wojewódzkie zaangażowały się w zadanie odciągnięcia ludzi od uczestnictwa w uroczystościach. Zorganizowano wojewódzki wiec ludności wiejskiej z okazji Święta Ludowego w Wejherowie, duży festyn kulturalny na zakończenie Dni Książki, Prasy i Oświaty na molo w Sopocie, turniej żużlowy z udziałem zawodników czechosłowackich w Gdańsku oraz mecz piłki nożnej pomiędzy Lechią Gdańsk a Ruchem Chorzów. Ponadto część młodzieży szkolnej wzięła udział w kilkudniowych wycieczkach poza teren Gdańska. W Jedynce, czyli Liceum, do którego chodziła jeszcze Basia (Stefan był już na pierwszym roku studiów w Warszawie), a była wtedy w 10 klasie, po południu kazano wszystkim uczniom iść obowiązkowo do kina na film o Leninie w Poroninie. No, ale przecież Basia nie zamierzała iść do kina na Lenina z Poronina, coś takiego nie wchodziło po prostu w rachubę.

Basia po prawdzie nigdy nie lubiła akcji zbiorowych, co sprawiało, że używając inteligencji, zawsze potrafiła się wymigać od pochodów pierwszomajowych. Jednak nie zamierzała się wymigać od stania w tłumie i czekania, aż przejedzie Kardynał. Po prostu miała ochotę zobaczyć Kardynała. No i zobaczyła. Potem, gdy już potrafiła oceniać siebie bardziej uczenie, twierdziła, że ma taką ludową religijność, taką zmieszaną kaszubską potulność i kresową hardość, i jednorazowe, nadzwyczajne oglądanie kardynała mieści się w jej kanonach religijności, podobnie jak strojenie ołtarzy ulicznych na procesję i wywieszanie dywanów i serwet przez okna, gdy po ulicach miasta wieziono Obraz.

Obraz, czyli kopia obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej, od roku 1957 pielgrzymował, czy też, bo i takiego słowa się używało, peregrynował po wszystkich polskich parafiach i do Gdańska dotarł w tym samym czasie, co Kardynał.

Do Katedry Oliwskiej przyjechała kawalkada samochodów wioząca Prymasa i towarzyszących mu czterdziestu biskupów i kardynałów. Był wśród nich również Wojtyła, ale to wówczas nie miało najmniejszego znaczenia.

Według szacunków podawanych przez instytucje decydenckie w PRL-u, które zazwyczaj zaniżały liczby osób biorących udział w uroczystaściach związanych z Kościołem, w Katedrze Oliwskiej i na placu przed katedrą zgromadziło się około 30 tysięcy osób. Zapewne było ich znacznie więcej.
Basia wróciła do domu bardzo zadowolona z siebie. Obejrzała Wyszyńskiego, nawet zupełnie dobrze, jak wchodził do katedry i nader dokładnie jak wychodził, bo przeszedł po prostu obok niej.
W niedzielę kardynał odprawił mszę w kościele Mariackim, a przed hotelem Orbis doszło do niewielkich zamieszek, gdy wierni zerwali antykościelne tablice i spalili je w ognisku. Do akcji wkroczyło wtedy ZOMO (Zmotoryzowane Odwody Milicji Obywatelskiej) – po raz pierwszy w Polsce. Odwody istniały już wprawdzie od dziesięciu lat, ale używano ich dotychczas zgodnie z przeznaczeniem, do którego zostały powołane, czyli ochrony osób, instytucji i uroczystości państwowych. Tym razem jednak zdecydowano się na użycie jednostki ZOMO w tłumieniu rozruchów.

Mama Basi nie wiedziała, że Basia nie poszła na Lenina. Gdy przyszło pismo ze szkoły, informujące rodziców, że została ukarana za zwagarowanie z obowiązkowego popołudniowego wyjścia całej klasy do kina, mama poszła do szkoły i zrobiła klasyczną proletariacką aferę, pod hasłem, że „intelygenci” posądzają jej córkę, prawdziwe robotnicze dziecko, o to że mogłaby zwagarować ze szkoły. Mama była bardzo głośna, Basia właściwie się jej wstydziła, ale musiała przyznać, że mama wspaniale załatwiła sprawę i nikt się jej już nie czepiał o tego nieszczęsnego kardynała. W szkole długo jeszcze opowiadano sobie o tym, jak mama Basi po kaszubsku krzyczała na wychowawczynię, dyrektorkę, jakichś innych nauczycieli, którzy się akurat znaleźli w okolicy, a nawet z rozpędu na woźną. I jakich słów używała.

Basia rzeczywiście była prawdziwym robotniczym dzieckiem. Jej tata pracował w Stoczni Remontowej jako spawacz, mama w fabryce przetworów owocowych Dagoma, najpierw jako robotnica przy taśmie, a potem na stanowisku kierowniczki sortowni jabłek. Był to prawdziwy peerelowski awans społeczny. W sobotę po pracy pani Gruba przynosiła z fabryki owoce, które były nadpsute i do poniedziałku zepsułyby się całkowicie. Każda pracownica mogła zabrać siatkę takich owoców do domu. Najczęściej były to jabłka.

Asia i Basia, przez całe dzieciństwo zmuszane do jedzenia szarlotek i placków z jabłkami, w dorosłym życiu nigdy dobrowolnie nie zjadły jabłka.
Jak skutecznie jabłko…

Chętnie zakończyłabym ten rozdział tym dziwnym równoważnikiem zdania, nie podając, o co chodzi. Byłoby to nader postmodernistyczne. Tym niemniej nie piszę przecież powieści postmodernistycznej, dla spokoju ducha czytelników powinnam więc jednak wyjaśnić, co jest z tym jabłkiem. Ale może zacznę od pewnej istotnej chyba uwagi – wydaje mi się, że w ogóle nie piszę powieści, tylko zbeletryzowaną historię naszego pokolenia, na przykładzie losów dwojga ludzi, którzy, choć mają swoje autentyczne pierwowzory, oboje oczywiście są skondensowanymi konstruktami, które przede wszystkim są mną, czasem bardziej Basia, czasem Stefan. Urodzili się w latach 40, wyrastali w latach 50 i 60, weszli w dorosłość w latach 70. Lata 80 były apogeum ich życia, czasem wielkich decyzji – zaangażowanie w politykę, więzienie, emigracja i potem nowe życie, w nowym, innym świecie. Były to ich własne, odpowiedzialne decyzje. Wielu ludzi przeżywa życie po prostu dając się nieść fali, ale Basia i Stefan w latach 80 samodzielnie i odpowiedzialnie podjęli ważkie decyzje życiowe.
Byli już dorośli, zbudowali coś w rodzaju małej stabilizacji, Basię interesowało „normalne życie”, Stefana – polityka, ale oboje oczywiście widzieli też, że obok, w równoległym do ich biografii nurcie życia, w wielkomiejskich enklawach, studenckich i młodzieżowych, szary świat PRL-u stawał się barwny i psychodeliczny. Pojawiły się substancje, które prowadziły człowieka nie wiadomo dokąd po marmoladowych łąkach pod mandarynkowym niebem. W tej wędrówce ważne były grzyby, te tajemnicze formy bytu, które czasem plasowano w ogóle na pograniczu życia roślinnego i zwierzęcego.

Wierzono na przykład, że na wysokości powyżej trzech kilometrów rośnie w Tybecie święty grzyb, który przez pół roku jest owadem. Tak go też nazywano. Grzyb-Gąsienica. Nie jest to nazwa całkiem bez sensu, bo grzyb atakuje gąsienice, wyjada je od środka i mieszka w ich skórze. Nazywa się Cordyceps sinensis i w dzisiejszych całkiem nietajemniczych czasach można go kupić w proszku jako preparat na wzmocnienie. W buteleczce. Oferuje następujące witalizujące elementy: adenozyna i kordycepina oraz cyklosporyny i nukleozydy; ponadto witaminy (A, B, C, E), składniki mineralne (potas, żelazo, magnez, cynk, selen), sterole, polisacharydy, kwas kordycepinowy, szesnaście aminokwasów oraz dysmutazę podtlenkową.

Po polsku grzyb nazywa się mniej tajemniczo – maczużnik chiński, bo rzeczywiście wygląda jak mała maczuga. Taka wielkości zapałki. Wzmacnia układ odpornościowy oraz układ nerwowy, dostarcza energii, łagodzi stres oksydacyjny, poprawia nastrój, wydolność fizyczną oraz libido. Reguluje poziom glukozy we krwi, ma właściwości antybakteryjne, przeciwgrzybiczne, przeciwpasożytnicze. Wspiera pracę nerek i pomaga przy infekcjach układu moczowego.

Ale właściwie wcale nie potrzebujemy maczużnika, bo w Polsce też mamy niezłe grzybki psyloscybki, czyli grzyby o działaniu psychoaktywnym, które sprawiają, że inaczej odbieramy czas, przestrzeń, kolory i dźwięk. W Polsce występuje łysiczka lancetowata. Rośnie w grupkach małych, brązowych lub brązowo-żółtych grzybów, które łatwo pomylić z trujakami. Chińczycy i Indianie stosują je od tysięcy lat podczas obrzędów religijnych, bo wierzą, że psyloscybki ułatwiają kontakt z bogami.

Grzybem, a raczej przetrwalnikiem grzyba zwanego buławinką czerwoną, jest też sporysz, z którego kiedyś produkowano środek przeciwbólowy i wczesnoporonny, a dziś – LSD. Sporysz zawiera wiele alkaloidów, w tym przede wszystkim ergotaminę. Jeszcze do niedawna sporysz atakował zboża, pamiętam z dzieciństwa kłosy żyta z twardymi podługowatymni grudkami sklerot czyli sporyszu. Gdy z zaatakowanego sporyszem zboża zrobiło się mąkę, powodowała ona halucynacje. W Średniowieczu całe zboże europejskie było zarażone i myślę, że mogło być tak, że różne wizje aniołów i diabłów, które ukazywały się wówczas ludziom, były wywołane konsumpcją sporyszu. Gdy poprawiła się jakość rolnictwa, zaczęto czyścić ziarna przeznaczone na siew, halucynacje ustały i może wtedy właśnie stał się możliwy Renesans? Imię Sporysz nosił też demon z mitologii słowiańskiej, będący personifikacją płodności i plenności.

Nawet wtedy jednak, gdy pokolenie LSD wyrosło i też się ustatkowało, grzyby zostały jak pamiątka innego świata, i pojawiały się w popkulturze jeszcze w latach zerowych i dziesiątych nowego tysiąclecia. U Olgi Tokarczuk był tort z muchomorów, u Michała Witkowskiego – Las Trujaków, na YouTubie – odjechany serial Wiktora Striboga Kraina grzybów. Jego pierwszy odcinek nosił tytuł Jak skutecznie jabłko… a przez cały filmik nie dowiadujemy się, co mamy z tym jabłkiem skutecznie… Bohaterka obiera je dość nieporadnie i jeszcze nieporadniej zjada.

To wszystko.

Unsere süßen Katzen

Ewa Maria Slaska

Aus Russland

Andrey Scherbak aus Rostov Russia

Diese Katzen (es sind zwei Katzen, das sieht Ihr, hoffe ich, weil zuerst denkt man, sie ist nur eine) sind so süß und so real, dass man ernsthaft überlegen muß, ob es nicht eine Situation im Liliputland ist. Unsere Augen glauben, dass, der Künstler das Haus, die Mauer, Blätter und Zweigen, sogar den Menschen warheitsgetreu malen könnte, aber nicht die Katzen. Nicht so!

Und es stimmt. Auf den anderen Photos sieht man es ganz genau. Die Wirklichkeitselemente sind real und die Katzen auch, der Künstler verbindet sie und verarbeitet im Photoshop.

Auf der Seite odnoboko findet man viel mehr Fotos.

Wie würde die Welt aussehen, fragt sich eine Journalistin, wenn sie von Katzen geführt würde? Eine lustige und faszinierende Fantasie, die in den kuriosen fotografischen Schöpfungen des russischen Künstlers Andrey Scherbak eine Antwort findet, der auf seinem Instagram Profil mehr als 150 Bilder von über 3 Meter hohen Katzen hochgeladen hat, in denen die heute winzige Gestalt des Menschen nichts anderes tun kann, als sich an die neuen Meister des Planeten Erde anzupassen. Und in gewisser Weise könnte es auch die beste Lösung für die Zukunft unserer Welt sein!

Alles mag ich, die Katzen, die Idee, den Künstler, der ein sympatischer Mensch zu sein scheint, man sieht ihn immer wieder auf den Fotos, er sitzt mit der Katze in einem Café, er geht dorthin spazieren, wo sich eine andere Katze eingenistet hat, sie umarmen sich, die Katze und der Mensch. Und wenn es alles so schön ist, wieso habe ich die ganze Zeit ein mulmiges Gefühl, als ob ich etwas Unangenehmes oder gar Unanständiges gemacht habe. Nicht gewollt, nicht geplant, es ist halt so passiert. Wie als ob du auf einem goldenem Strand am Meer sitzen würdesr, zufrieden, relaxiert, glücklich, du buddelst leicht mit der Hand im goldenen Sand und steckst die Finger in dort versteckten Scheisse. Ist nichts passiert, nicht tragisches, du läufst Hände Waschen, kannst darüber lachen aber das Gefühl bleibt. Zäh, hartnäckig. Der Tag, das Los, oder vielleicht jemand absichtig hat dir den goldenen Tag verdorben.

Und plötzlich weiß ich es ganz genau. Es ist nur eine Frage: Weshalb habe ich es gerade jetzt gesehen? Wieso hat mir der berühmte Algorhythmus es vorgeschoben? Es war klar, dass ich den Köter schlucke, die Katzen und Kunst. Jeder weißt, dass es mich interessiert, und wenn ja, da auch ev. reblogge. Trage weiterhin die Kunde interessaner Kunst aus Russland, des Landes der großen Kultur!

Ich glaube der Scherbakow muss dies überhaupt nicht wissen, auch die Person, die dieses Bild der auf der Mauer schlafende Katzen mir empfahl, weiß es nicht. Aber doch, es ist Haufenscheiße, dass man uns hier schön verpackt vorgeschoben hat. Es stinkt.

Och fuck you alle! Ich hasse es! Diese verdammte Fähigkeit unsere Vorlieben gegen uns zu drehen! Och shit, idi na ch*j. Idi na ch*j.

Das habe ich hergestellt.

Ja, du russischer Troll, so sehen jetzt die süßen Katzen-Bilder aus, wenn sie Bucha oder Mariupol als Hintergrund haben werden! So oder viel viel schlimmer!

Und so sehen die Katzen aus Mariupol aus:

To jest wojna!

Pantisokracja

Samuel Taylor Coleridge

Moja dusza w swych wizjach nie chyli się z żalem
Nad radością minioną. Ni ważyć nie będzie
Hańby tych dni, gdy smutek i niepokój wszędzie.
Umie zapomnieć! Ponad Oceanu fale
Wzbita lotem nadziei, chce chaty w dolinie
Ujrzeć, gdzie Cnota żyje bezpiecznie i święcie;
W krąg tańcząc przy księżycu, uplotą zaklęcie
Uczucia czarodziejskie, piękności mistrzynie.
Inne teraz popłyną łzy z oczu zbolałych;
Łzy szczęścia, w których radość jest i zdziwienie,
Jak z oczu ludzi, którzy z otchłani snu złego
Dźwigają się, gdzie diabły złośliwe szalały.
I widzą: słońce wschodzi. I drżące promienie,
Niosąc nową rozkosz, ku ich sercu biegną.

1791

Tłumaczył Zygmunt Kubiak

Ewa Maria Slaska

O utopiach, cyzli pantisokracja

Tak, jest takie polskie słowo, po polsku, podobnie jak w innych językach, kompletnie niezrozumiałe. Oczywiście kracja to władza, panti też znamy, toć to panta rei, czyli wszystko (płynie), co więc – władza wszystkich? a to so pośrodku to co? okazuje się, że to słowo też znamy, choćby z izobarów – isos – równy. Każdy będzie równy innym i tak się będą rządzili. Pantiskoracja, demokracja w najczystszej postaci. Tak się miała nazywać osada założona w Nowym Świecie przez młodych poetów i ich… narzeczone.

Czy z tego sonetu to wynika? Oczywiście nie, ale ten sonet to dopiero nadzieja. Coledrige urodził się w roku 1772, miał więc 22 lata, gdy podczas wakacyjnej włóczęgi poznał innego poetę, jeszcze młodszego – Roberta Southeya. Gdy się poznali, Robert miał 20 lat. Obaj oddali się wielkim marzeniom o najbardziej sprawiedliwym społeczeństwie na świecie. Plan dojrzewał, chłopcy pojechali do Bristolu, gdzie mieszkała narzeczona Roberta, Edith Fricker. Samuel zaręczył się z siostą Edith, Sarą, a trzeci poeta, nieco od nich starszy Robert Lowell, zaręczył się z Mary. Mieli więc już narzeczone, z którymi chcieli zakładać Pantisokrację. Jednak ani oni ani ich narzeczone nie miały pieniędzy. Dziewczęta pochodziły z dobrej rodziny, ale gdy były kilkunastoletnimi dziewczynami, ich ojciec zbankrutował. Edith i Sarah pracowały jako szwaczki, Mary została aktorką. Obaj młodsi poeci również byli bez grosza, a Lovell, jedyny zamożny człowiek w ich gronie, został przez rodzinę wyzuty z majątku, gdy związał się z aktorką.

Współczesne feministki widzą w siostrach Fricker wzór siostrzeństwa. Siostry spędziły niemal całe swoje życie wspólnie, pod jednym dachem.

To z nimi młodzi rozpoetyzowani marzyciele postanowali założyć utopię w Ameryce. Pantisokrację. Chcieli wznieść się ku niebu a potem opaść w doliny, gdzie stałyby ich skromne chatki.

Wszyscy mieli się rządzić wspólnie. Miało ich być dwa razy po dwanaścioro – dwunastu mężczyzn i ich dwanaście narzeczonych. Planowali bezwzględną równość kobiety i mężczyzny oraz wykonywanie przez mężczyzn większości prac domowych. Nie miało być prywatnej własności ziemi. Człowiek miał żyć w harmonii z przyrodą. Nawet zwierzęta miały być siostrami i braćmi “w braterstwie powszechnej Natury”. Dzieci miały być odcięte od pokus i uprzedzeń nowoczesnego społeczeństwa i wychowywane jako “dzieci Natury”. Pantisokracja była nowym początkiem, jej mieszkańcy mieli się stać Nowym Człowiekiem. Coleridge pisał: “Ideą przewodnią jest uczynienie ludzi koniecznie cnotliwymi poprzez usunięcie wszelkich motywów zła – wszelkich możliwych pokus… Obowiązkiem każdego człowieka jest bycie sprawiedliwym, ponieważ leży to w jego interesie … Serce powinno karmić się prawdą, jak owady liściem – dopóki nie zabarwi się na kolor i nie pokaże swego pożywienia w każdym najdrobniejszym włóknie”.

Z tych marzeń nic nie wynikło, nie mieli 20 tysięcy funtów na zakup ziemi, ani czterech tysięcy na podróż przez ocean. Ale możliwe, że ich plany nigdy nie były realne, choć dość długo znali nawet nazwę rzeki, nad którą chcieli się osiedlić: Susquehannah w Pensylwanii. Łagodna rzeka płynąca bezpiecznie wśród łąk pełnych kwiatów.

Nie popłynęli jednak do świata, gdzie można było tworzyć utopie, zostali w Europie. W roku 1794 wszystkie trzy siostry poślubiły swoich poetów. Mary szybko owdowiała, Sara i Samuel żyli niemal 30 lat w separacji, jedynie Robert i Edith rzeczywiście prowadzili udane życie małżeńskie i to oni przygarnęli obie siostry pod swój dach.

Moje księżynie

Ewa Maria Slaska (i Bazyli)

Używam słowa “księżyni”, choć, podobno tak twierdzi profesor Miodek, z szacunku dla pełnionej funkcji w przypadku kobiet księży nie powinno się używać feminatywów.

Na pierwszym roku studiów zamieszkałam na przedmieściach Poznania w domku jednorodzinnym u starej pani H., o której wszyscy mówili Biskupica. Wynajmowałyśmy u niej we trzy jeden ogromny pokój z werandą, pełną niezwykłych roślin, wśród których były na pewno fikusy, filodendrony i sansewerie oraz dziwnie słodko pachnąca, obficie kwitnąca choja.

Pani H. była stara, gruba i bardzo pogodna. Była dobrą gospodynią. Nauczyła mnie wielu trików, które stosuję do dzisiaj. Na przykład, że jeśli wkładasz żakiet lub marynarkę, wystarczy jeśli wyprasujesz gors, kołnierzyk i mankiety bluzki, a jak pieczesz ciasto, to bez wahania możesz użyć margaryny, bylebyś wysmarowała blachę masłem, a jeżeli w przepisie jest sześć jajek, to spokojnie wystarczą cztery. Jeśli nie wystarczą, nie warto sobie zawracać głowy takim przepisem. Dziś myślę, że te porady były przejawem skąpstwa, czy to poznańskiego, czy może indywidualnego, ale wtedy bardzo mi się podobały. Mąż pani H. już nie żył, ale chyba też musiał być bardzo oszczędny, a może zaradny, bo on z kolei zbierał na ulicy wszystkie gwoździe i śrubki. Nigdy bym nie pomyślała, że tyle żelaziwa można znaleźć, ale pozostały po nim blaszane puszki pełne metalowego badziewia, bardzo przydatnego w czasach, gdy wielu rzeczy w ogóle nie było w sklepach. A u pana H. i owszem. Też potem latami zbierałam różne rzeczy na ulicy, ale wolałam monety i koraliki niż gwoździe.

Państwo H. byli świadkami Jehowy. Przez dłuższy czas myślałam, że pani H. jest biskupicą, czyli wdową po biskupie jechowickim, ale kiedyś okazało się, że wcale nie. To ona była biskupinią, a jej mąż był szeregowym członkiem.

Ale nigdy nie widziałam pani H. w akcji, czyli nie wiedziałam, na czym polegało to jej biskupienie.
Wiele lat później spotkałam w Berlinie pastorkę braci czeskich. Mamy w Berlinie całą dzielnicę czeską  – nazywa się też odpowiednio – Böhmisches Dorf. Böhmen to Czechy, a jednocześnie źródłosłów bohemy, czyli cyganerii artystycznej. Słowo wzięło się stąd, że kiedyś myślano, że Cyganie przybyli do Europy Zachodniej z Czech. Ale już od Zimowej opowieści Szekspira wiadomo, że Czechy to odległa, egzotyczna kraina, która leży nad… morzem. Cyganie-artyści podobnie jak prawdziwi Cyganie mieli, zdaniem mieszczuchów, gardzić pracą i przepędzać życie na zabawach. Jednak husyci czyli bracia czescy byli podobnie jak hugonoci, mennonici i inni przepędzani z kraju do kraju protestanci słynni z pracowitości. Wszystkie te mniejszości chętnie przyjmowano w Prusach, które były wzorem tolerancji religijnej, połączonej z pragmatycznym sztosunkiem do życia. Hugonoci upowszechnili w Prusach zamiłowanie do luksusowych drobiazgów, rękawiczek, apaszek, malowanych tabakierek, koronkowych kołnierzyków czy wachlarzy, menonici osuszali błota, husyci uprawiali sady.
Tym razem dowiedziałam się już dokładnie, że kobieta i mężczyzna tak samo sprawują posługę kapłańską. Odprawiają msze, udzielają sakramentów, wygłaszają kazania, uczą dzieci w szkółce niedzielnej, zajmują się dobroczynnością, prowadzą chór, grają na fisharmonii i bardzo dużo pracują. Praktycznie niemal wszystko w małych kościołach protestanckich wykonuje pastor sam. Albo pastorka. Tego, co znamy z kościołów katolickich, że obsługą funkcjonowania kościoła i życia księży zajmują się kobiety z parafii, nigdy nie widziałam w żadnym kościele protestanckim. Pastorkę braci czeskich spotkałam po raz pierwszy nieopodal kościoła husytów na niewielkiej łące, gdzie zbierała kwiaty do udekorowania ołtarza, ale widywałam ją też przy zamiataniu kościoła czy prasowaniu obrusów na ołtarz.

Z kolejną kapłanką protestancką poznałam się już bardzo blisko, gdy przebywałam na stypendium literackim w Grecji. Była świeżo po studiach teologicznych i przyjechała pomagać jako wolontariuszka w małej parafii protestanckiej na wyspie Rodos. Parafię powołały do życia kobiety, niemieckie i holenderskie żony greckich mężów, i to one z własnej kieszeni opłacały przyjeżdżających tu gościnnie pastorów i pastorki. Pastorzy otrzymywali skromną pensję, wolontariusze natomiast nie dostawali pieniędzy za swoją pracę, a tylko wyżywienie i dach nad głową, ale “moja wolontariuszka” bardzo sobie chwaliła takie oryginalne miejsce działalności duszpasterskiej, twierdziła, że więcej się tu nauczyła przez kilka miesięcy niż przedtem przez lata studiów. Chodziłyśmy na długie spacery i cały czas rozmawiałyśmy. Myślę, że byłyśmy zaprzyjaźnione i nawet nie wiem, co się stało, że gdy wyjechałam z Grecji, już się więcej nie spotkałyśmy, a kontakt się urwał.

Czasem tak jest.

W międzyczasie poznałam już bardzo wiele kapłanek.

***

Ostatnio w Polsce pojawiła się informacja, że polscy ewangelicy wyświęcili dziewięć kapłanek. Bardzo się ucieszyłam, tym bardziej, że jedną z nich – księżynię Izabelę (druga z prawej), znam osobiście.

Fot. Piotr Molecki/East News, Warszawa, 07.05.2022. Kościół Świętej Trójcy w Warszawie. Uroczystość wyświęcenia na księży dziewięciu diakonek w Kościele Ewangelicko-Augsburskim. To pierwsza taka uroczystość w Polsce. N/z Marta Zachraj-Mikolajczyk, Izabela Sikora, Karina Chwastek, Malgorzata Gas, Halina Radacz, Katarzyna Rudkowska, Karina Chwastek, Katarzyna Kowalska, Wiktoria Matloch, bp Jerzy Samiec.

https://wiadomosci.radiozet.pl/Polska/Ksiadz-Izabela-ze-Szczecina.-Jej-maz-jest-juz-proboszczem?fbclid=IwAR2NsEnvaF1veHl_o5xWmBSF3XXTjDWT7bvu-4YD7S027KupArKgjS3FQ1A

A potem się okazało, że jesteśmy, my Polacy, jak w wielu innych sprawach, beznadziejnie zacofani, bo taka była reakcja na święcenia kapłańskie kobiet (i słowo reakcja ma tu ewidentnie dwa znaczenia):

***

Na pociechę:

Bazyli przysłał mi linka do Wikipedii o tym, że Polka była zapewne pierwszą kobietą na świecie, która otrzymała sakrę biskupią:

oraz informacje o tym, jak przez kilkadziesiąt lat zmienił się w Anglii stosunek do kapłaństwa kobiet (uwaga – Bazyli posługuje się językiem zwanym polnglish, czyli niektóre jego uwagi są po polsku, a niektóre po angielsku; używa bardzo różnych feminatywów, przy czym najczęściej słowa bishopka – czyli: no tak – kobieta biskup, biskupka, biskupinia…):  

Jest dobrze. W każdym razie było i będzie.

Pochwała małych wydawnictw

Ewa Maria Slaska

Wstęp

W roku 2013 pewna bardzo szacowna instytucja warszawska wykazała zainteresowanie książką o rodzinie Lublinerów, nad którą wówczas pracowałam. Ba, pojawił się pomysł, by ta książka stała się zalążkiem całej nowej serii wydawniczej. Umówiłyśmy się z panią redaktor, że potrzebuję jeszcze mniej więcej dziewięciu miesięcy na pracę. Wróciłam do domu zachwycona i natychmiast intensywnie zabrałam się do pisania i poprawiania. W umówionym terminie wysłałam pdfa książki do pani redaktor. I nic się nie wydarzyło. Rok był już w międzyczasie 2014. Napisałam, zadzwoniłam (bardzo nie lubię!), zapytałam. Pani redaktor była chora, nie mogła czytać na ekranie. Skopiowałam książkę na papierze, zawiozłam do Warszawy. Rok był już w międzyczasie 2015. Po 12 miesiącach czekania, spytałam nieśmiało, co dalej? Miałam poczekać jeszcze miesiąc na ostateczną decyzję. Po miesiącu odpowiedź była taka – książka jest wspaniała i świetnie się ją czyta, ale… No cóż, czasy się zmieniły, dyrektor naczelny nie chciał jednak ani nowej serii wydawniczej, ani mojej książki. Rok był już w międzyczasie 2016. Odłożyłam słuchawkę (wciąż mam jeszcze staroświecki telefon ze słuchawką, ale, hola! komórkę oczywiście też) i siedziałam patrząc bezmyślnie w ekran komputera. Od momentu pierwszej rozmowy z panią redaktor minęły ponad trzy lata, a ja przez cały ten czas pracowałam nad moją książką z myślą, że zostanie wydana w ważnej instytucji. Przyzwyczaiłam się i teraz nie wiedziałam, co dalej. W ogóle nie wiedziałam, co dalej, bo nigdy przedtem nie wydałam ksążki, wysyłając ofertę do wydawnictwa, zawsze to wydawnictwa zgłaszały się do mnie i nigdy przedtem ta staroświecka metoda mnie nie zawiodła.

I wtedy zadzwonił telefon. Na pewno mi nie uwierzycie, ale naprawdę tak było. Wciąż jeszcze siedziałam przy biurku zdruzgotana ostateczną odmową z ważnej instytucji, gdy w telefonie odezwał się pan Geisler z wydawnictwa Zielonka i powiedział, że on chętnie wyda moją książkę. Piszę przecież o rodzinie Lublinerów, a ta szacowna rodzina mieszkała też w Zielonce i ich to jako regionalistów interesuje.

Powiedziałam “tak” i w roku 2018 książka się ukazała (jest datowana na rok 2017, ale to już naprawdę nieważne).

Punkt kulminacyjny. Od tego czasu kocham małe wydawnictwa regionalne.

Rozwinięcie

Wiosną 2022 roku pojawiło się u mnie pięć książek. Nie wszystkie na raz, ale jednak w czasie blisko siebie. Najpierw leżały w kuchni, bo tam pijąc kawę, przeglądam pocztę, w tym książki nadesłane i otrzymane. Potem przenosiły się na stolik przy łóżku lub na fotel w salonie, bo głównie tam czytam ksążki, które naprawdę czytam, a nie tylko przeglądam. Już to znaczyło, że są dobre, bo nie każda książka, jaką dostaję, dociera aż do fotela i / lub stolika nocnego. Stąd zabieram niektóre z nich na biurko, a to znaczy, że będę chciała coś o nich napisać. Niedawno uderzyło mnie, że wszystkie książki dotarły na biurko (czyli będę o nich pisać) i że, choć są bardzo różne, mają jedną wspólną cechę: zostały wydane w skromnym wydawnictwie – małym, a niekiedy wręcz regionalnym!!!!

Bo jest proszę Państwa tak, że wielkie i znane wydawnictwa, które przedtem mogły trzymać nasze książki trzy lata, a potem nas olać, teraz (TERAZ) stały się twierdzami, do których zwykli ludzie (zwykli autorzy) nie mają już w ogóle dostępu. I wierzcie mi, że wiem, co piszę, bo właśnie próbuję ulokować w wydawnictwie swoją nową powieść. Napisałam do 20 wydawnictw i już mi się dalej nie chce. Och, jak mi się marzy powtórka z własnej historii wydawniczej, och, jakbym chciała, żeby zgłosił się do mnie jakiś regionalista i powiedział – z Gdańska przez Berlin do Nowego Jorku!? To doprawdy mój temat! Biorę!

A na razie opowieść o małych wydawnictwach.


Agnieszka Kostuch, O literaturze. Otwarcie, wydawnictwo MK, Kraków 2022
Jacek Krenz, Latem w Jastarni, wydawnictwo Region, Gdynia 2022
Tomasz Fetzki, Édouard Onésime Séguin, wydawnictwo Impuls, Kraków 2020
Marek Zagańczyk, Berlińskie widoki, wydawnictwo Austeria, Kraków 2019
Mieczysław Bonisławski, A my zostajemy w Zielonej Górze, wydawca Polskie Towarzystwo Krajoznawcze, Zielona Góra 2022

W tym subiektywnym i przypadkowym wyborze Kraków zdecydowanie przoduje. Nie wiem, czy ma to znaczenie. Może.

***

Książka Agnieszki Kostuch to rozmowy z autorkami i autorami, pisarkami i pisarzami, poetkami i poetami. Niektóre z tych osób są znane lub bardzo znane, niektóre cieszą się zapewne sławą lokalną, o niektórych bez tej książki nigdy byśmy nie usłyszeli. Kostuch rozmawia z nimi o wszystkim. O pisaniu i niemocy pisarskiej, o życiu i śmierci, o problemach, tych zwykłych i tych filozoficznych. Czasem rozmowa kończy się pytaniem – co powiedziałbyś początkującej pisarce, początkującemu poecie? Dobre pytanie, sama pamiętam dwie takie wypowiedzi, skierowane do mnie wiele lat temu. Jedna była straszna. Miałam 25 lat, pewien pisarz powiedział mi, że jestem naprawdę dobrą pisarką, a teraz muszę popracować nad tym, żeby się stać dobrym pisarzem. Drugą usłyszałam dziesięć lat później – każdy pisarz, powiedział (inny) pisarz, musi uświadomić sobie, że pisząc pierwszą linijkę staje w szranki z Wielkimi i powinien zadać sobie pytanie, czy ma szansę, by zostać Szekspirem? Czy on został?
Co ja odpowiadam pisarzom i poetom? Pisz, choćby już tysiąc razy przed Tobą powiedziano to samo, pisz, bo każde pokolenie potrzebuje swoich poetów i pisarzy (a też i tłumaczy literackich i krytyków), nie możemy szukać prawdy o nas u Homera, Szekspira i Goethego, bo i my, i wy, nowi ludzie, potrzebujecie kolejnej, swojej, Woolf i następnej, swojej, Tokarczuk.

I tak to, pisząc o Kostuch, napisałam o sobie. Dziękuję za inspirację!

***

Książkę Jacka Krenza, gdańskiego architekta, malarza-akwarelisty i urban sketchera, znałam już, znają ją też czytelnicy tego bloga, bo większość tekstów, szkiców, zdjęć i akwarel ukazała się tu w kolejnych odcinkach latem 2019 roku (pierwszy TU). Ta bardzo w gruncie rzeczy prosta opowieść o prostych radościach młodych chłopaków w prostej rzeczywistości PRL-u ma tak wspaniałą atmosferę i tak dobrze spełnia swoją funkcję wehikułu czasu – bo czymże są wspomnienia jak nie wehikułem czasu? – że nabiera wręcz uniwersalnego znaczenia. Napisana poniekąd z myślą o pokoleniu dzieci i wnuków, jest jednak przede wszystkim lustrem, w którym my (starzy? starsi?) odnajdujemy samych siebie. Pełno jest tu zdań, które nas do głębi wzruszą i poruszą. Mnie poruszyło zdanie, że nie mieliśmy pieniędzy i nasze życie było bardzo skromne, ale mieliśmy swoją muzykę. Odnalazłam w nim i nostalgię, i poczucie dogłębnego szczęścia, że taką mieliśmy dobrą młodość. Wykorzystałam je (kilka innych też) w tej mojej napisanej właśnie powieści Amerykański sen. Pokolenie Solidarności. Tej, którą próbuję wydać.

I tak to, pisząc o Krenzu, napisałam o sobie. Dziękuję za inspirację!

***

Tomasz Fetzki, doktor nauk humanistycznych, pedagog specjalny, nauczyciel akademicki oraz nauczyciel i terapeuta osób z niepełnosprawnością intelektualną, napisał książkę o słynnym francuskim pedagogu, twórcy pedagogiki osób z niepełnosprawnością intelektualną. Temat niespecjalistom nie wydaje się zbyt porywający, a nasze wielopokoleniowe już doświadczenie z tym, jak piszą naukowcy, też nie zachęca do sięgnięcia po kolejną naukową pozycję, a tu tymczasem… Tymczasem temat okazuje się porywający, osobowość słynnego pedagoga nowocześnie zwichrowana i nader ciekawa, wymyślona przez niego metoda pracy z osobami niepełnosprawnymi – nowatorska, a styl absolutnie znakomity. Książkę czyta się naprawdę bardzo dobrze, czyli, jak to dawnymi czasy pisał tygodnik Przekrój, “czyta się”, i była to prawdziwa zachęta do lektury.

Tomasz Fetzki pojawiał się tu na blogu jako świetny regionalista, opisywał nam Kresy Wschodnie (np. TU – odcinek I, a potem dalsze) i Zachodnie, czyli Łużyce, Berlin, Polskę centralną, Francję a też i Czechy czasem, a czasem muzykę i poezję, czasem koty, a czasem przejażdżki rowerowe (i niech sobie szanowne Czytelnictwo samo szuka w indeksie nazwisk, albo po tytułach, bo dużo tego; choć z drugiej strony – nigdy za dużo i szkoda, że od jakiegoś czasu nic). Przede wszystkim jednak stał się doktor Fetzki zaczynem katalizującym proces pisania owej wspomnianej we wstępie książki Lublinerowie. Bez niego tej książki by nie było. Nie był inspiracją, bo inspirację znalazłam sama w sobie i w historii mojej rodziny w odległych czasach, po prawdzie tak odległych, że autor jeszcze wówczas koszulę w zębach nosił, ale na pewno był właśnie katalizatorem – ni stąd ni zowąd obcy człowiek napisał do mnie (obcej osoby), zapytał, czy na pewno naukowczyni Karolina Lubliner-Mianowska była moją cioteczną babką, a jak odpowiedziałam, że tak, to powiedział, że pisze pracę naukową o matce owej doktor Mianowskiej i czy mogłabym udzielić mu paru informacji. I tak to się zaczęło. Zaczęliśmy korespondować, spotkaliśmy się kilkakrotnie, przeszliśmy z tematów badawczo-rodzinne na wiele innych, Tomek został autorem na moim blogu. Pracę o mojej prababce, Eugenii Lublinerowej, założycielce pierwszej w Polsce szkoły dla dzieci z niepełnosprawnością intelektualną, Tomasz wciąż jeszcze pisze, ale w międzyczasie on wydał pracę o Séguinie, a ja napisałam swoją zbeletryzowaną biografię rodziny, a przy okazji się ze sobą zaprzyjaźniliśmy, być może na tak zwane wieki.

I tak to, pisząc o Fetzkim, napisałam o sobie i mojej rodzinie. Dziękuję za inspirację!

***

Książka Zagańczyka jest tak cieniutka, że gdyby nie była ładnie wydana na ładnym, szlachetnym papierze (kremowym, czerpanym), nazwałabym ją broszurką. Autor przebywał w Berlinie na stypendium i spisał swoje wrażenia, koncentrujące się zwłaszcza na polityce i to tej z najwyższej półki. Najwyraźniej był człowiekiem, który nieustannie chodził i opisuje właśnie ten zdeptany przez siebie Berlin. I pomyśleć, że od dwóch lat i ja, i dwie moje przyjaciółki – Ela Kargol i Krystyna Koziewicz – nieustannie wydeptujemy nowe ścieżki w Berlinie, a tu tymczasem przyjechał obcy facet z Polski i odnalazł w Berlinie różne ślady, których my nie tylko nie znalazłyśmy, ale i nie znałyśmy. Zerkając od czasu do czasu do berlińskich notatek Zagańczyka, znajdziemy zatem wiele nowych nieznanych tras w naszym mieście.

I tak to, pisząc o Zagańczyku, napisałam o mnie i moich przyjaciółkach. Dziękuję za inspirację!

***

Mieczysław Bonisławski też objawiał się już na tym blogu – pisał przede wszystkim świetne teksty prawie że realne, ale jednak odrobinę fantasy, a odrobinę w duchu Marqueza i jego realizmu magicznego, w tym opowieści historyczne. Opublikował też stosunkowo niedawno wieloodcinkową powieść o Zielonej Górze po transformacji politycznej (Zderzenie na przejeździe – tu odcinek I, potem trzeba szukać). Wiele fragmentów powieści podobnie jak niektóre opowiadania autora wiążą się z koleją szprotawską i szerzej – w ogóle z kolejnictwem. Nie powinno to dziwić, autor jest regionalistą i dyrektorem Muzeum Kolei Szprotawskiej. Jego najnowsza książka łączy w sobie tę lekką ekstrawagancką skłonność do wprowadzania elementów fantasy, rzetelną wiedzę o kolejnictwie lokalnym (w tym wypadku zielonogórskim) i zacięcie edukacyjne, pod hasłem – no niechżeż się wreszcie wszyscy dowiedzą, jaka wspaniała jest lokalna historia i lokalny aktywizm, a lokalna historia kolejnictwa już zwłaszcza.

No, a ja też bardzo lubię kolej. Nie jestem żadnym znawcą ani znawczynią, z koleją osobiście łączy mnie tylko wujek mojego ojca, ten za to był zaraz po wojnie dyrektorem Okręgu Północnego Polskich Kolei Państwowych i z tej racji zamieszkał w Gdańsku. Nie jest to dla mnie bez znaczenia (piszę o tym również w powieści Lublinerzy), bo to dzięki niemu ojciec przyjechał do Gdańska i u niego w domu poznał moją mamę i tam się jej też oświadczył. Ale ja właściwie wcale nie chciałam pisać znowu o rodzinie, tylko chciałam się przyznać, że uwielbiam jeździć koleją i zawsze, jeśli się tylko da, zamiast auta, autobusu i samolotu – wybiorę kolej. Lepsze jest tylko chodzenie na piechotę, ale kolej jest po prostu niezrównana.
A teraz proszę państwa, właściwie zaraz, bo od 1 czerwca, wszyscy (i my, z Niemiec, i turyści) przez najbliższe trzy miesiące będziemy mogli jeździć pociągami regionalnymi po całych Niemczech za jedne 9 euro! To jest po prostu wspaniałe. Już się cieszę, a ze mną zapewne pół Europy.

Foto Ela Kargol

I tak to, pisząc o Bonisławskim, napisałam o sobie i o połowie Europy. Dziękuję za inspirację!

Pokolenie Solidarności (5)

Ewa Maria Slaska

Eli Kargol

Mieszkanie i jedzenie (1964)


Twierdzi się, że obrazy mają teraz, w epoce internetu, zupełnie inną nośność niż dawniej i że właściwie dopiero teraz można mówić o znaczeniu sztuki w kulturze powszechnej. Podobno świadczy o tym przede wszystkim liczba przeróbek i, nowe zjawisko, memów. Jeśli jednak myślicie, że memy to obrazki z napisami, to powiem Wam, że to nieprawda – memy to są jednostki świadomości! Tak, atomy świadomości, które oczywiście mogą się składać z obrazka z napisem.

W PRL-u sztuka na długo przed czasami sieci, facebooka i instagrama była popularna i popularność tę dawało się mierzyć na przykład ilością reprodukcji jakiegoś dzieła, wiszących w mieszkaniach i instytucjach w całej Polsce. Nie robiłam badań, bo to nie rola pisarki, dziennikarki czy blogerki, opieram się więc tylko na czymś tak niewymiernym jak “poczucie”, ale wydaje mi się, że niezaprzeczalnym Królem Malarzy był w PRL van Gogh, a Dziełem Numer 1 jego Słoneczniki.

W dzisiejszych czasach wraz z takimi obrazami jak Mona Lisa autorstwa niejakiego Leonarda da Vinci oraz Krzyk Edwarda Muncha, Słoneczniki van Gogha uznawane są za najbardziej rozpoznawalne arcydzieła malarstwa światowego. PRL i w tej sprawie był prekursorem. W epoce Gierka reprodukcja Słoneczników była jednym z podstawowych elementów klasycznego mieszkania peerelowskiego inteligenta: regał Kowalskich, pralka Frania, encyklopedia PWN, ceramika z Włocławka, palmy wielkanocne z Cepelii, obrus mereżkowany z Polskiego Lnu i van Gogh. Jedyny obcy wtręt w swojskim obrazie peerelowskiego dostatku. Słoneczniki van Gogha na pewno były w PRL-u jednostką świadomości. Pozostaje pytanie – czego? Myślę, że świadomości awansu, świadomości, że dotarło się do jakiegoś punktu, którego przodkowie nigdy nie mogli osiągnąć.

Słoneczniki wisiały w mieszkaniu Basi tuż obok tego dużego świętego obrazu, przed którym mama i one obie, Asia i Basia, modliły się głośno wieczorem. Tata się nie modlił, siedział na kanapie w kuchni i palił papierosa. Potem, gdy mama i obie dziewczynki kładły się spać w pokoju, tata na tej samej kanapie spał. Nie mieli regału Kowalskich, ale w mieszkaniu Grubów były inne nieodłączne elementy peerelowskiego „dojścia do celu” – cerata na stole, kryształy i fikus.

Jako autorka dodam, że sprawa ceraty nie daje mi ostatnio spokoju. Wydawało mi się, że nie pamiętam z domu ceraty na stole, ale teraz, gdy to piszę, wydaje mi się, że widzę w zamierzchłym dzieciństwie kuchnię, gdzie jeszcze się zmywało w blaszanym cebrzyku (najpierw szkło i porcelanę, potem sztućce, a na końcu przybory kuchenne, garnki i wreszcie patelnie), widzę w tej kuchni w głębi, po prawej stronie prostokątny stół nakryty ceratą w drobną brązową kratkę. Czy tak było? Nie wiem, nie mam już kogo spytać. Ale jeśli tak było, to jakież to było okropne dla kogoś, kto jak moja mama wyrastał przed wojną w wielkim pięknym mieszkaniu, pełnym eleganckich mebli, lamp i obrazów. Jakie to musiało być dziwne, a może nawet odrażające, siedzieć przy stole przykrytym ceratą zamiast białym cieniutkim lnem. Oczywiście, w międzyczasie była wojna i bieda, niedostatek, a być może nędza, ukrywanie się, ale wojna to wojna, od wojny nie można wiele wymagać, natomiast bieda w normalnym pokojowym życiu musiała być czymś nie do zniesienia. Ta cerata w brązową krateczkę, wyszarzała, wytarta i woda w szafliku, w którym się zmywało naczynia. Była bura i nieprzejrzysta. Pomyje – mówiły mama i Karusia, kobiety z innego świata.

Bieda i brak, szarzyzna i tandeta życia w PRL-u. Bure książki, bure pończochy, bure szmaty do podłogi. I pewne pragmatyczne ambicje, bo wprawdzie cerata, ale kryształy i fikus.

Fikusa za to pamiętam bardzo dobrze, stał w naszym pokoju, moim i siostry. Natomiast u Basi i Asi były też kryształy, też dowód dostatku z czasów Komuny, ale u nas kryształów nie było, już choćby dlatego, że mama nie znosiła tego peerelowskiego pseudo przepychu, kryształów, frędzli, haftów, mereżek i w ogóle wszelkich erzaców. Nie było w związku z tym tapet, nawet gładkich, a te ozdobione wzorkiem malowanym wałkiem w ogóle nie wchodziły w rachubę.

Życie towarzyskie i kulturalne w PRL miało to do siebie, że wszyscy nie tylko mieszkali tak samo, ale również jedli, czytali i oglądali to samo. W telewizji, w kinie, w księgarni, wszędzie było to samo. Wywoływało to pewne mody i trendy, niekiedy na lata, jak kupowanie tak zwanych „albumów”, czyli kolorowych książek o sztuce, czwartkowa Kobra czy poniedziałkowy Teatr Telewizji, jak felietony Jana Kamyczka (wiem, wiem, to kobieta! jak Kopernik! I Pułaski!) w Przekroju. Przez kilkadziesiąt lat wszyscy, przy czym pod słowem „wszyscy” trzeba rozumieć inteligencję, byliśmy równi, choć nawet w przaśnym PRL-u niektórzy byli równiejsi. PRL był państwem mocno ustrukturyzowanym klasowo, inteligencja niemal nie miała okazji do kontaktu z robotnikami i chłopami, a jeśli ktoś, jak Basia, wyszedł z rodziny robotniczej i zdał do liceum, w trybie przyspieszonym musiał przyswoić sobie cały kod kulturowy inteligencji pracującej. Tak w każdym razie było w latach 60. Byliśmy więc bardzo podobni do siebie, śpiewaliśmy Szabadabada Czerwonych Gitar (podobno ta piosenka naprawdę nazywa się Historia jednej znajomości, phi, ale głupota, naturalnie nikt z nas nie rozpoznałby jej pod tym tytułem) albo Prześliczną wiolonczelistkę Skaldów, czytaliśmy artykuły profesora Krawczuka o władcach starożytnych i oglądaliśmy w telewizji wykłady profesora Zina o architekturze. Zbieraliśmy makulaturę, żeby ją wymienić na Dzieła zebrane Mickiewicza. Za czasów Gierka dochrapaliśmy się do dostatku.

Dostatek epoki Gierka wyznaczyły na pewno krakersy, ośmiorniczki (!), majonez i powszechna miłość do mięsa, zwłaszcza zaś schabowego. Nigdy przedtem Polacy nie jedli tyle mięsa, ile za czasów Gierka. Przedtem, przed wojną, po wojnie, było jasne, że mięsa nie je się zbyt dużo, bo jest drogie, potem mięsa było po prostu mniej i trudniej je było dostać, było na kartki, stało się dobrem wymiennym i stało się po nie w kolejkach. Ale w czasach Gierka, w latach 70., mięso było symbolem dostatku. Mięso, mięso, mięso. Z wiosek otaczających duże miasta codziennie rano wyruszały tarpany, maluchy i polonezy, którymi rezolutne chłopki dostarczały mięso z lewego uboju eleganckim, dobrze sytuowanym mieszczuchom. Choć hipisi już wtedy proponowali życie bezmięsne, Polacy kochali mięso i jedli je codziennie, od rana do wieczora. Dopiero w Wolnej Polsce pojawiły się nowe trendy żywieniowe, weganizm, wegetarianizm, moda na zdrową żywność i wreszcie powszechna alternatywna wiara, że kto nie je mięsa, a je kaszę jaglaną, ten dostąpi zbawienia w dietetycznym raju i uratuje Ziemię przed katastrofą klimatyczną. Teraz bowiem nasz dostatek bardzo nas uwiera, za czasów Gierka natomiast z czystym sumieniem mogliśmy się objadać. Ludzie, którzy pamiętali czasy głodu, mogli spokojnie użyć tu przysłówka „wreszcie”. Wreszcie można się było objadać.

Mięso było więc codziennie na obiad, mimo że Kościół oczekiwał, że naród będzie pościł w piątki, a Komuna, że w poniedziałki, mięso było nie tylko na talerzu jako nieodłączna część „drugiego” (zupa, drugie, deser), ale też na kolację i na kanapkach do pracy lub do szkoły. Być może nie w każdym domu na śniadanie były wędliny, tak jak na kolację, ale wędliny to do dziś polska specjalność. Już nawet w czasach, gdy mięso przestało być symbolem awansu społecznego, polskie firmy prezentując się na targach żywieniowych na świecie, pokazują przede wszystkim góry kiełbas, baleronów i szynek. Kiełbasy, balerony, szynki, boczek, kabanosy, polędwice, rolady, galantyny, wędzonki, półgęski, golonki, pieczenie, rozbefy.

Nigdy nie widziałam na takich wystawach kaszanki ani salcesonu. To były produkty zarezerwowane na użytek krajowy. Choć oczywiście w lepszych domach jadło się lepsze wędliny.

Stefan dobrze pamiętał wstrząs, gdy na pierwszą kolację, jaką zjadł u Basi w domu, pani Gruba podała kanapki z białym salcesonem (w handlu był też czarny salceson, ale tego się u Asi i Basi nie jadało — mama Basi go nie lubiła, bo była w nim krew, podobnie jak w kaszance i czerninie). Pani Gruba podała do kanapek cienką osłodzoną herbatę w szklankach na szklanych spodeczkach. Stefan bohatersko przełknął galaretę, chrząstki i skórę, z których składał się salceson. Być może to poświęcenie utrwaliło na wieki jego miłość do Basi.

Dla Basi, podobnie jak dla jej mamy, najgorszym okropieństwem była krew. Zapamiętała na całe życie, że na biwaku harcerskim koleżanki nalały jej do menażki zupę z wielkiego gara, mówiąc, że trzeba ją jeść szybko, bo skrzepnie. Zupa była ciemnoczerwona, Basia uwierzyła więc, że to czernina. Wylała zupę w krzaki, ale i tak zwymiotowała, mimo że wcale nawet nie skosztowała tej cienkiej, czerwonej żybury. Zresztą, gdyby skosztowała, to by wiedziała, że koleżanki tylko żartowały, bo była to słodka zupa wiśniowa.

Zupa na obiad była zawsze. Barszcz, pomidorowa, jarzynowa, ogórkowa, kartoflanka, krupnik, rosół. Tak mijał tydzień i znowu był barszcz, pomidorowa, żurek…
Oboje pamiętali doskonale klasyczny obiad z czasów peerelowskiego, gierkowskiego dobrobytu – zupa pomidorowa z ryżem, kotlet schabowy, ziemniaki „piure”, kapusta kiszona, buraczki na ciepło lub kiszony ogórek, niekiedy fasolka szparagowa lub szpinak, a na deser kompot, budyń albo kisiel – za czasów Gierka pojawiła się galaretka.

W chwilach najwyższej ekstazy kulinarnej dostawali po południu albo w niedzielę po śniadaniu wyciągnięte z jakiegoś ukrycia słodycze – kasztana, pół batonu krymskiego, kawałek tak zwanego bloku albo cieniutki batonik Maraska. Nawet jeśli jeszcze słodycze można było bez trudu kupować w sklepach, dzieciom z zasady wydzielało się cukierki i czekoladki. Współcześni konsumenci słodyczy, również przeciwnicy jedzenia czegokolwiek, co jest słodkie, nie wiedzą, jak smakował spragnionym słodyczy dzieciom, wyjęty z jakiegoś zakamarka czekoladowy kasztan, okruchy ciast kupowane w sklepiku na rogu w brązowych zwijanych w rożek torebkach, albo rozsmarowana na świeżym chlebie z masłem Maraska. O chlebie z cukrem w ogóle nie wspomnę, bo o tym piszą absolutnie wszyscy, i wstyd by było się powtarzać.

Ale może trzeba się jednak przyznać, że do dziś lubię chleb z cukrem.

Ciekawe, że rzadko się pamięta jakieś wyjątkowo smakowite jedzenie, znacznie lepiej pamiętamy straszące nas zmory kulinarne. Ja osobiście z dzieciństwa nie pamiętam żadnego wspaniałego jedzenia, oprócz jajecznicy, której przez jakiś czas nie wolno mi było jeść z uwagi na jakieś dolegliwości gastryczne – gdy zakaz cofnięto odegrałam w kilku zaprzyjaźnionych domach scenę pod tytułem „dziecko zjadające pierwszą jajecznicę pod długiej chorobie”. Ale i to chyba raczej nie był zachwyt nad czymś smakowitym, tylko radość sytuacyjna. Natomiast doskonale pamiętam różne paskudztwa, które musieliśmy jeść, okropną w smaku zupę jarzynową i szary chleb z margaryną, i obrzydliwą marmoladą z buraków, który jedliśmy codziennie na koloniach. A kolonie to nie był wcale mały kawałek życia. Byłam na koloniach kilkanaście razy. W niektóre wakacje dwa razy pod rząd po cztery tygodnie. Kilkanaście miesięcznych pobytów na koloniach oznacza ponad czterysta śniadań. Jeszcze dziś wzdragam się, jak to sobie przypomnę.

Na kolację zawsze była cienka herbata i kanapki, chyba po dwie, przekrojone na pół, ale możliwe, że chłopcy dostawali większe porcje. Latem były rzodkiewki, szczypiorek i pomidory, ale zimą sam ser żółty.

Na śniadanie była zupa mleczna. Dobrze, jeśli nie przypalona, co na koloniach zdarzało się regularnie.

W niedzielę chyba wszystkie dzieci w Polsce piły kakao z pianką. Stefan i Marek dostawali rogaliki i po jajku na miękko. Asia i Basia — chałkę albo pyszny ciemny chleb z masłem. Chleb nazywał się turecki i były w nim rodzynki. Mama przynosiła go zawsze w sobotę po pracy, taki malutki bocheneczek, nie większy niż dwie bułki – widomy znak, że nadeszła cudowna niedziela.
Stefan i Marek nie jadali obiadów w szkolnej stołówce, zaraz po szkole szli do domu, gdzie albo była Karusia, albo czekał przygotowany wieczorem przez mamę obiad, który musieli odgrzać. Najczęściej zjadali go jednak na zimno. To od wtedy datuje się ich upodobanie do jedzenia wszystkiego na zimno. Zimna zupa, zimne ziemniaki, zimne zapiekanki.

Asia i Basia jadały w stołówce, gdzie zdaniem Asi całe jedzenie miało kolor, zapach i smak wygotowanej ścierki do podłogi. Ale Asia była starsza i to ona musiała sprzątać w domu, dobrze więc wiedziała, jak pachnie szmata do podłóg. Reszta była kwestią ekstrapolacji.

Masha & Ewa Maria

Foto Masha Pryven

In Combray wurde jeden Tag bereits am späten Nachmittag, lange bevor jener Augenblick kam, in dem ich würde zu Bett gehen und fern von meiner Mutter und meiner Großmutter daliegen müssen, ohne zu schlafen, mein Schlafzimmer von neuem zum schmerzlichen Angelpunkt meiner bangen Erwartungen.

(…)

Wenn ich hinaufging, um mich schlafen zu legen, so war mein einziger Trost, dass Maman, wenn ich im Bett läge, kommen würde, um mir einen Gutenachtkuss zu bringen. Doch dieses Gutenachtsagen währte so kurz, sie ging schon so bald wieder hinunter, dass der Augenblick, in dem ich hörte, wie sie heraufkam, dann, wie das leichte Rauschen ihres Gartenkleides aus blauem Musselin, an dem kleine Quasten aus geflochtenem Stroh baumelten, den Flur mit der Doppeltür entlangwanderte, für mich ein schmerzvoller Augenblick war. Er kündigte jenen an, der ihm folgen musste, jenen, in dem sie mich verlassen haben, in dem sie wieder hinuntergegangen sein würde. Das ging so weit, dass ich schließlich wünschte, dieses von mir allzu geliebte Gutenachtsagen möge so spät wie möglich stattfinden, damit sich die Gnadenfrist, in der Maman noch nicht erschienen war, verlängern würde. Manchmal, wenn sie, nachdem sie mich geküsst hatte, die Tür öffnete, um davonzugehen, wollte ich sie zurückrufen, sie bitten: »Gib mir noch einen Gutenachtkuss«, aber ich wusste, dass sie sogleich ihr verstimmtes Gesicht aufsetzen würde, denn das Zugeständnis, das sie meinem Kummer und meiner Erregung machte, indem sie heraufkam, mich in den Arm zu nehmen, mir diesen Friedenskuss zu bringen, ärgerte meinen Vater, der dieses Ritual lächerlich fand, und eher hätte sie getrachtet, mir diese Gewohnheit auszutreiben, als mich diejenige annehmen zu lassen, sie um einen weiteren Kuss anzubetteln, während sie schon auf der Türschwelle stand.
Doch sie verstimmt zu sehen machte all die Besänftigung wieder zunichte, die sie mir gerade gebracht hatte, als sie ihr liebevolles Antlitz über mein Bett beugte und es mir darreichte wie die Hostie nach dem Friedensgruß bei der Kommunion, während meine Lippen aus ihrer leiblichen Anwesenheit die Kraft zum Einschlafen schöpften.

Marcel Proust, Auf der Suche nach der verlorenen Zeit, Band 1, Auf dem Weg zu Swann, Teil 1, Combray
Übersetzung von Bernd-Jürgen Fischer