Pokolenie Solidarności (19)

Ewa Maria Slaska

Solidarność sumień (1980)

Piękne słowo solidarność, napisał ksiądz Józef Tischner w książeczce Etyka Solidarności, która zaczynała się jego słynnym kazaniem wygłoszonym do stoczniowców w Częstochowie, na Jasnej Górze w październiku 1980 roku. Piękne słowo solidarność. Niesiemy je jak radość i jak brzemię.

Rzućmy okiem na ciężar, który niesiemy. Co znaczy to stare i nowe zarazem słowo „solidarność”?

Gdyby trzeba było bliżej określić znaczenie słowa „solidarność”, to należało by sięgnąć do Ewangelii i tam szukać jego rodowodu. Jedni drugich ciężary noście, a tak wypełnicie prawo Boże. Cóż znaczy być solidarnym? Znaczy nieść ciężar drugiego człowieka.

Słowo solidarność skupia w sobie nasze pełne niepokoju nadzieje, pobudza do męstwa i do myślenia, wiąże ze sobą ludzi, którzy jeszcze wczoraj stali od siebie daleko. Historia wymyśla słowa, aby następnie słowa mogły kształtować historię. Słowo «solidarność» przyłączyło się do innych, najbardziej polskich słów, aby nadać nowy kształt naszym dniom. Jest kilka takich słów: «wolność», «niepodległość», «godność człowieka» – a dziś «solidarność». Solidarność nie potrzebuje wroga lub przeciwnika, aby się umacniać i rozwijać. Ona zwraca się do wszystkich, a nie przeciwko komukolwiek. Trzeba zrobić porządek w domu. Właśnie to, co trzeba zrobić, zespala i pobudza do czynu. Zespala głębiej i trwalej niż strach przed wrogiem. Chcemy być narodem zespolonym, ale nie zespolonym strachem. Chcemy, aby nas jednoczył nasz najprostszy ludzki obowiązek. Przeżywamy dziś niezwykłe chwile. Ludzie odrzucają maski, wychodzą z kryjówek, ukazują prawdziwe twarze. Jesteśmy dziś tacy, jacy naprawdę jesteśmy. To, co przeżywamy, jest wydarzeniem nie tylko społecznym czy ekonomicznym, lecz przede wszystkim wydarzeniem duchowym.

Najgłębsza solidarność jest solidarnością sumień.

Solidarność jest dziełem nie tylko tych, którzy zawsze mieli sumienia, ale również tych, którzy je w sobie odbudowali.

W październiku w sklepach zabrakło nawet ziemniaków. Lato było mokre i ziemniaki zgniły na polach. Prości ludzie, którzy nie umieli rozróżnić stron, ani świata, ani politycznych, uznali, że klęska nieurodzaju jest karą boską za strajki. Jako autorka myślę, że przez ostatnich 40 lat niewiele się zmieniło. Głupców nie sieją, a i tak rosną.

W listopadzie 1980 roku Gdańsk wyglądał jak mała Portugalia. Napisy i plakaty były praktycznie wszędzie. Czerwony napis Solidarność z powiewającym sztandarem – symbol nadchodzących dni. Rozmowy jak karuzele obracające się wokół kilku zaledwie słów, wyznaczających ogromne połacie życia. Demokracja, odnowa, reforma gospodarcza, nowe związki i solidarność. Ogólna burza mózgów i każdy staje się politykiem.
– Na czym ma polegać reforma?, zapytała Basia podczas obiadu. Stefan skończył przeżuwać nieśmiertelnego klopsa. W sklepach nadal nic nie było, oprócz jakichś strasznych ochłapów. Basia twierdziła, że napisze książkę kucharską pod tytułem Sto potraw z ochłapów.
– Zniesienie limitu zatrudnienia i wolność w rozdzielaniu funduszu płac, a z góry tylko generalne wytyczne, a nie drobiazgowy plan. To powinno wystarczyć na początek.
– Gadasz zupełnie jak w telewizji. Nigdy w życiu bym czegoś podobnego nie wymyśliła.
– A jak myślisz, skąd ja to wiem? Też z telewizji.
– Ale tam są same pyskówki.
– Takie czasy nastały, walka na argumenty. Jest dobrze. Dziesięć lat temu strzelali i zamykali.
– Ale to już się robi nie do wytrzymania. Wieczna gadanina. Wszyscy łażą do wszystkich, rozsiadają się wygodnie i zaczynają odbudowywać świat.
– No nie wszyscy, jak przyszła Anna Walentynowicz, to siedziałaś i słuchałaś dokładnie tak samo jak Tadzio.
– A ja dostałem baloniki, czerwone, niebieskie i zielone, poinformował rodziców Tadzio. Z Japonii.
Była to prawda, Walentynowicz, gdy spotykała się z różnymi delegacjami z zagranicy, dostawała jakieś prezenty i rozdawała je znajomym dzieciom. Te baloniki Tadzio miał zapamiętać na całe życie, bo były pierwsze, jakie w ogóle zobaczył.
– Tak, synku, wiemy, powiedział Stefan.
– A pan Jaskólski z dołu mówił, że mieli jej oddać pracę, że po to były te całe cholerne strajki, a ona teraz ważniaczkę struga i wcale nie pracuje.
– Tadziu, zdziwił się Stefan, ale oczywiście pani Ania pracuje. Chyba nie wszystko, co mówi pan Jaskólski, jest zgodne z prawdą, wiesz. Ludzie często nie wiedzą różnych rzeczy, a mimo to mówią, bo lubią mówić. Pani Ania ma już 50 lat, niedługo pójdzie na emeryturę. Wiesz, co to znaczy? Jak ludzie długo pracują, to potem nie muszą już pracować, a i tak dostają pensję. To się nazywa emerytura. No więc pani Ania pracowała już bardzo długo. Zaczęła pracować jako mała dziewczynka. Miała 12 lat, wiesz. Potem pracowała w Stoczni. To jest ciężka praca, ona się upominała o to, żeby ta praca dla wszystkich była trochę lżejsza. Miała iść niedługo na emeryturę, i wtedy ją zwolnili z pracy.
– Aha, czyli pan Jaskólski miał rację.
– Miał i nie miał, westchnął Stefan. Ale tak, o to też były te strajki i cieszymy się, że pani Ania wróciła do pracy.
– I mogła mi dać baloniki.

10 listopada Sąd Najwyższy zarejestrował NSZZ Solidarność. Niezależny Samorządny Związek Zawodowy Solidarność. Polska szalała z radości, ludzie dzwonili do siebie bez opamiętania i wykrzykiwali nowinę zamiast przywitania. Stefanowi przypomniała się stara, zapomniana historia o szewcu Załuskim.

– O radości, iskro bogów, powiedział.
– Kwiecie elizejskich pól, odpowiedziała machinalnie Basia. Samorządny, dziwny wyraz. Wiem, nie musisz mi tłumaczyć, rządzi się sam, czyli jest niezależny od władz, partii i innych kacyków, ale jakoś dziwnie brzmi. Dlaczego nie samorządowy?
– Bo samorządy to władze, a związek zawodowy to nie władza, tylko reprezentacja pracowników, samodzielnie kierująca swą działalnością.
– Mama, zawołał Tadzio z drugiego pokoju. Chodź, coś ci pokażę.
– Widzisz? Tadzio pokazał Basi figurkę z plasteliny. To jest prezes.
– Bardzo ładny prezes. A czego on jest prezesem?
– Zaraz zrobię więcej prezesów i to będzie komitet strajkowy Solidarności.
– Teraz nie ma strajków.
– Ale moje prezesy zrobią strajk. Albo nie. Oni zrobią komitet założycielski i wybory, jak u taty w pracy. A kiedy ja będę mógł być w Solidarności?
– Jak będziesz duży.
– I też będę strajkował?
– Mam nadzieję, że już nie będzie trzeba.
– A dlaczego teraz było trzeba?
– Bo ludzie chcieli demokracji.
– A co to jest demokracja?
– Prawo wszystkich ludzi do równego prawa, równych przywilejów i obowiązków i równego udziału w życiu społecznym, odezwał się Stefan z kuchni.
– A wczoraj ten pan w telewizorze, ten co zawsze, mówił demokratyzacja a nie demokracja, powiedział Tadzio.
Stefan przyniósł do pokoju miskę gotowanego bobu.
– Może się pomylił, powiedział, stawiając miskę i talerzyki na stole, bo nam nie chodzi o demokratyzację, tylko o demokrację. Chcesz się pouczyć na gitarze?
– Tak, chcę, wrzasnął Tadzio.

Zaczęli więc grać i tak im dobrze szło, że byli prawie tak dobrzy jak Gintrowski z Kaczmarskim.

Póki co jednak w Polsce wprowadzono kartki.

Przyznaję jako autorka, że choć kartki pamiętam bardzo dobrze, to nie pamiętam ani konkretnych dat, ani zawiłości organizacyjno-prawnych, związanych z ich wprowadzeniem. Sięgam więc do Wikipedii, choć nie jestem pewna, że wszystko było tak, jak tu napisano.

W roku 1980 kartki wprowadzono po raz trzeci. Starsi pamiętali niemieckie kartki z czasów wojny, ale pamiętali też kartki z okresu powojennego i lat 50. Trzeci okres systemu kartkowego rozpoczęło wprowadzenie kartek na cukier w lipcu 1976 roku. Kartki najpierw drukowano z licznymi zabezpieczeniami, niemal jak banknoty, co później zostało uproszczone. Zniesiono je 1 listopada 1985 roku, czyli niemal po 10 latach. W trakcie wydarzeń sierpniowych z 1980 jednym z 21 postulatów było wprowadzenie kartek na mięso, które faktycznie wprowadzono 28 lutego 1981 roku. System kartkowy został rozszerzony 30 kwietnia 1981 roku i obejmował wszelkie przetwory mięsne, masło, mąkę, ryż i kaszę; 1 września 1981 roku system objął też mydło i proszek do prania. Po wprowadzeniu stanu wojennego system został rozszerzony na czekoladę, alkohol, benzynę. W szczytowym okresie reglamentacji jako dowody zakupu stosowano też książeczki zdrowia dziecka, w których sklep wstemplowywał każdy zakup waty, pieluch, mleka w proszku, masła itp., albo np. pokwitowania z punktów skupu makulatury, uprawniające do zakupu papieru toaletowego. Reglamentacją objęto też papierosy, co Basię bardzo obeszło, bo paliła, i wódkę, ale wódka była na razie mniej ważna.


Jest oczywiste, że duże fragmenty tego rozdziału zawdzięczam księdzu Józefowi Tischnerowi, a fragment o kartkach Wikipedii.

W szarym świecie

Dziękuję Konradowi za podsunięcie mi tego tematu

Na portalu wykop.pl, na którym można sobie dyskutować o wszystkim, co akurat człowiekowi przyjdzie do głowy, pojawił się taki wpis:

Różne rodzaje ślepoty barw (potocznie daltonizmu) i częstość ich występowania


W dyskusji pod wpisem wzięli udział chyba głównie ludzie dotknięci tą przypadłością (a raczej chyba powinno się powiedzieć – jedną z tych przypadłości). Opisywali swoje problemy, ale też dyskutowali o różnicach pomiędzy poszczególnymi fazami nierozróżniania kolorów (na przykład ci co widzą normalnie, widzą różowy, ale już ci następni – nie). Jeden z komentatorów zauważył: “Podobno na atolu Pingelap na Oceanie Spokojnym tę najrzadszą wadę, achromatopsję, z racji małej puli genowej posiada aż 10% mieszkańców wyspy. Teoretycznie nie jest to jakaś wada zagrażającą życiu i jest wiele gorszych przypadłości chowu wsobnego, ale mieszkać na egzotycznej wyspie z pięknymi plażami, nie mogąc zobaczyć większości kolorów, to trochę jednak lipa.”

Ktoś inny zauważył jednak, że skoro nie widzą, to nie wiedzą, czego nie widzą.

Sprawa mnie zainteresowała, bo interesują mnie wyspy, które są jedną ze ścieżek baratarystycznych, a zatem co wiem o atolu Pingelap:

Zdjęcie po lewej NASA (wzięte z Wikipedii); zwykła mapa jest jednak znacznie bardziej czytelna.


Na mapie widać, że Pingelap składa się z trzech wysp. Atol jest częścią Mikronezji. Teoretycznie ma 29 km² powierzchni, ale Wikipedia wkłada tę informację między bajki i, oceniając zdjęcie wykonane przez NASA, zakłada, że tak naprawdę powierzchnia atolu wynosi 5 km², w tym 1,75 km² lądu i 1,20 km² laguny; resztę stanowią zalane wodami Oceanu rafy koralowe. Laguna ma dwie zatoki, głębokie na około 40 metrów.

Atol został odkryty w roku 1793 przez niejakiego Thomasa Musgrave. Był wtedy zamieszkały już od kilkuset lat i dosyć gęsto zaludniony. Mieszkańcy żywili się rybami oraz orzechami kokosowymi, owocami drzewa chlebowego i bananami. Jednak wkrótce potem wyspy padły ofiarą tajfunu Lengkieki. Większość mieszkańców zginęła, a ci, co ocaleli, umarli z głodu, bo katastrofa pozbawiła wyspy całej wegetacji. Katastrofę przeżyło tylko 20 mieszkańców. Stopniowo populacja zaczęła wzrastać, ale w czwartym pokoleniu po katastrofie zaczął się objawiać daltonizm.

20 osób, też pewnie zresztą ze sobą spokrewnionych, jako prarodzice są rzeczywiście ubogą pulą genetyczną. No, ale w końcu Adam i Ewa byli tylko we dwójkę, a zaludnili całą ziemię. Wśród potomków Adama i Ewy przypadek achromatopsji zdarza się raz na 30 tysięcy. Na Pingelapie przydarzyło się jednak inaczej. Obecnie żyje tam około 250 osób (inne źródła podają, że ponad 400), z czego jedna trzecia całkowicie nie rozróżnia kolorów.

Można by też zapytać, skąd komentator na wykop.pl w ogóle wiedział o tym, że na Pingelap jest największy na świecie procent tych, kórzy nie rozróżniają kolorów, ale w przygotowując ten wpis dowiedziałam się, że znany neurolog, Oliver Sacks, odwiedził wyspę w towarzystwie achromatyka z Norwegii, podjął tam działalność na rzecz wyspiarzy, a potem opublikował książkę, o której Sunday Times napisał:

Oliver Sacks, wybitny neurolog i psychiatra, autor wielu bestsellerowych książek, między innymi „Mężczyzny, który pomylił swoją żonę z kapeluszem”, „Przebudzeń”, „Muzykofilii” i „Oka umysłu”, od zawsze fascynował się wyspami, frapowała go ich tajemniczość oraz bogactwo wyjątkowych form życia. Zwabiony na maleńki atol Pingelap na Pacyfiku doniesieniami o żyjącej tam odizolowanej społeczności wyspiarzy rodzących się z całkowitym daltonizmem, Sacks otwiera klinikę w pomieszczeniu będącym apteką. Przyjmuje pacjentów, którzy opisują swój bezbarwny świat słowami, oddającymi różnorodność wzorów, świateł i cieni. Pobyt na wyspach na nowo rozbudził w Sacksie zainteresowanie botaniką, szczególnie zaś prymitywnymi sagowcami. Wszystko to skłoniło go do rozważań na temat roli wysp, rozprzestrzeniania się gatunków, pochodzenia choroby i zawiłości biologicznych aspektów ludzkiego istnienia.

„Dzięki prostocie swojej prozy i nadzwyczajnej ciekawości świata Sacks przypomina, jak cenne jest nasze życie”.

Cytat za lubimyczytac.pl.

Działalność Sacksa nie była tylko zaspokajaniem ciekawości badawczej autora. Na stronie internetowej achromatyków znajduję informację, że na wyspie nie ma żadnego okulisty i żadnego optyka.

Tłumaczenie od górnej linijki do dolnej: Powierzchnia / Ilość mieszkańców / Achromatycy / % achromatyków w społeczeństwie / Praktykujący lekarze okuliści / Zakłady optyczne

***

Co szósty mieszkaniec atolu Pingelap nie widzi kolorów. Ale co to właściwie jest kolor? Co widzimy, jak widzimy kolor? Oczywiście wiemy, kolor to jest fala elektromagnetyczna, wytwarzana przez światło padające na dany przedmiot. To ono nadaje barwę i tę informację nasze oczy przekazują do mózgu. Ale czy to, co tu napisałam, wyjaśnia naprawdę, co to jest kolor? Naukowcy przeprowadzili pewien eksperyment – nazwali go pokojem Marii i gdy czytałam o mieszkańcach Pingelap, cały czas myślałam o pokoju Marii.

Uwaga, filmik jest po angielsku.

Pokój Marii jest podobno czarny i biały, ale tak naprawdę pokój Marii jest szary. Szary świat, szare widzenie, szary atol, szary pokój. Na zdjęciu poniżej – jeden z najsłynniejszych adresów w Berlinie, szary pokój Wolfa Biermanna, szary jak pokój Marii. Okładka płyty z roku 1969:

Biermann siedzi w fotelu, na stole stara maszyna do pisania. Książki. Obrazy. Okładka słynnej płyty muzyka, pierwszej wydanej wspólnie z Wolfgangiem Neussem po obłożeniu Biermanna w NRD całkowitym zakazem wystąpień. Nagranie płyty, dokonane w pokoju obok, zostało przeszmuglowane na Zachód, gdzie ukazało się w znanym lewicowym wydawnictwie Wagenbacha.

Jeden dzień, jedno zdanie

Ewa Maria Slaska

Berlińska autorka Annett Gröschner zaproponowała kiedyś opisywanie każdego dnia jednym zdaniem. Annett sugerowała stosowanie surowych zasad – to znaczy, że rzeczywiście trzeba zapisywać jedno zdanie każdego dnia, ma ono dotyczyć stosunków ze światem zewnętrznym, ma być opatrzone datą, godziną i miejscem. Niestety, mimo iż propozycja bardzo mi się spodobała, nie potrafiłam się do niej zastosować konsekwentnie i rygorystycznie. Najczęściej nie wiem więc, kiedy miało miejsce zdarzenie, które opiszę tu Wam jednym zdaniem, może było to niedawno, może kilka dni temu, może ostatnio, może kiedyś. Problemem jest też owo jedno zdanie. Może się mylę, ale wydaje mi się, że w niemieckim zbudowanie jednego zdania jest jednak prostsze niż po polsku. Ale może to nieważne. Chyba chodzi o to, żeby pisać krótko i zwięźle.

Z takich “jednych zdań” składa się pierwszy rozdział Lat, najsłynniejszej książki tegorocznej noblistki, Annie Ernaux. Nie jestem tym zachwycona (podobnie jak samą książką i jej autorką), ale gdy Annett uczyła mnie, jak zapisywać świat jednym zdaniem, nie widziałam tej książki, ba, nawet o niej nie wiedziałam.

***

Wpis został zilustrowany przez Konrada we współpracy ze Sztuczną Inteligencją Dall-E.

***

Marzec. Jadę do domu metrem numer 6. Obok mnie siedzi szczupły chłopiec, na oko dwunastolatek, na przeciwko jego znacznie większy i grubszy kolega. “Wiem wszystko”, mówi ten mniejszy, “możesz mnie zapytać o cokolwiek, odpowiem ci na każde pytanie”. Większy mówi niewyraźnie, nie wiem więc, o co pyta. Mały rzeczywiście odpowiada na wszystkie pytania. Robi to miło, bez cienia arogancji czy zarozumiałości. Po prostu wie wszystko. Mianowałabym rodziców tego chłopca ministrą i ministrem wychowania publicznego – wychowali miłego, inteligentnego, otwartego chłopaka, który czuje, że wie wszystko i jest w stanie to wyrazić, pozostając sympatycznym, otwartym, uśmiechniętym młodym człowiekiem.

***

Kwiecień. Notatki w telefonie: Zaufania nie można chcieć ani wymusić, ale można się go nauczyć; wytrenować; przyzwyczaić się, że warto mieć zaufanie, warto je kultywować; zaufanie jest ryzykiem; źle ulokowane może nas kosztować bardzo dużo, ale zaufanie może być również użytecznym, ułatwiającym życie sposobem funkcjonowania wśród ludzi.

***

Sierpień. Jadę metrem. Siedzę sama. Na dwóch ławkach po przeciwnej stronie, naprzeciwko siebie siedzi dwóch mężczyzn. Obaj są bardzo szczupli i mają pociągłe twarze, ale tylko to ich łączy, bo są swoim całkowitym przeciwieństwem. Jeden jest stary, biały, blady, ma siwe włosy i jest ubrany na biało. Drugi jest młody, czarny, ma czarne dredy i czarne ubranie. Wyglądają jak negatyw i pozytyw tej samej postaci, odbitej nie tylko na osi lewo – prawo, ale też na osi czasu. Do wagonu wsiada bardzo hałaśliwy, niestetyczny i niedomyty bezdomny. Coś głośno wykrzykuje. Obaj identyczni mężczyźni, biały i czarny, obracają się w jego stronę i patrzą na niego z identyczną zdumioną miną.

***

Wrzesień. Stacja kolejki S-Bahn Tempelhof. Na ławce siedzi odziany w jasnozielone ubranko niewysoki, tęgi facet z potarganą siwawą brodą i takimiż włosami; wygląda jak duży krasnolud i czyta powieść pt. Rückkehr der Zwerge (Powrót krasnoludów).

***

Październik. Jadę autobusem do Szczecina. Na dworcu autobusowym widzę rodzinę, chyba romską, tata, mama i pięcioro dzieci. Przed nimi siedem kolorowych walizek w kolorach tęczy, każda coraz mniejsza.

***
Kiedyś, w międzyczasie, czyjaś uwaga na Facebooku: Rośliny nas hodują, a jak umieramy, żywią się nami.

***

W dzień częściowego zaćmienia słońca (24.10.2022 o godzinie 11) poszłyśmy z koleżanką do lasu na grzyby. Zaćmienia słońca, jako żywo, nie widziałyśmy, grzybów też niewiele, ale za to było takie coś, co na pewno jest w stanie żywić się nami:


Tu kończy się możliwość opisania tego czegoś jednym zdaniem. Nie wiemy, co to jest. Wygląda jak orchidea. Tak mi się wydaje. Następnego dnia koleżanka przysyła wyjaśnienie z Wikipedii.

https://de.m.wikipedia.org/wiki/Tintenfischpilz

Zdaniem niemieckiej Wikipedii jest to grzyb i jest jadalny. Nazywa się Tintenfischpilz – grzyb-kałamarnica i został przywleczony do Europy na początku XX wieku z Australii lub Nowej Zelandii. Dlatego też po polsku nazywa się okratek australijski. Najpierw wyrasta jako tzw. jajo, które jest białawe i ma wysokość ok. 5 centymetrów, a średnicę około 3 centymetrów. Gdy jajo dojrzeje, pęka i wysuwa się z niego receptakl (tak! taki wyraz), który może nawet osiągnąć wysokość 15 centymetrów. Również ten (s)twór musi dojrzeć i wtedy pęka na 4-6 czerwonych ramion. Przypomina wtedy czerwoną ośmiornicę, stąd też jego niemiecka nazwa. W tej postaci grzyb brzydko pachnie, co nie dziwi specjalnie, bo w końcu jest krewniakiem sromotnika smrodliwego. W Niemczech owocniki okratka nazywa się potocznie “jajami czarownicy” (Hexeneier).

Diabelska sprawa to zaćmienie słońca. Nawet jeśli go nie widziałyśmy.

Ewa Śląska jesienią

Ewa Maria Slaska i Tomasz Grochal

EMS: Mam takie nazwisko, które aż się prosi o przekręcanie. Nie jest to zresztą moje nazwisko, tylko mojego (byłego) męża, no ale w jakimś stopniu jest też moje, bo używam go już od kiludziesięciu lat. Nazywamy się Slascy. Dokładnie tak – S bez kreski, a bez ogonka. Slaska, Slaski, Slascy. Tym niemniej KAŻDY wie lepiej. Zdarzało się, że ktoś na moich oczach poprawiał mi nazwisko na tę nieszczęsną Śląską. Redaktorzy i korektorzy robią to po prostu nagminnie. Również w internecie pojawiam się tysiące razy jako Slaska i jako Śląska. Redaktor Giedroyc wydając dochodzeniexmoją książkę w paryskiej Kulturze oszczędził mi wprawdzie ą, ale już Ś nie mógł sobie (ani mnie) odmówić. Po przyjeździe do Niemiec zrobiło się jeszcze gorzej, bo nie tylko KAŻDY w Niemczech wiedział lepiej niż ja, jak się nazywam, ale jeszcze był pewien, że zniemczyłam sobie nazwisko, żeby nie denerwować niemieckiego otoczenia albo żeby się ukryć z tym, że jestem Polką, albo zresztą cokolwiek innego…

Czasem się złoszczę, czasem się śmieję, czasem wyjaśniam, zawsze jak zaczynam współpracę z jakąś nową redakcją, piszę błagalne listy i maile, żeby uszanować to piękne, stare, polskie nazwisko, które już wiele stuleci temu tak właśnie brzmiało.

O proszę, tu – wpis w Wikipedii: http://pl.wikipedia.org/wiki/Slascy.

Tak więc nic nie zapowiadało specjalnej niespodzianki, gdy w początku listopada dostałam maila od Tomasza Grochala z Gdańska:

TG: Szanowna Pani Ewa Slaska,
witam Panią z przekonaniem, że zwracam się do  Autorki  wiersza

Dni jesienne
Dni jesienne…
Złocistości pełne
Z czerwonym liściem
we mgle
Zanim wiatr
uszarga je w błocie
Zanim deszcze
opłaczą stokrotnie
Zanim jesień
swój smutek uprzędzie
Dni jesienne…
Trawy jeszcze zielone
Z łkającym ptakiem
w niebie – hen
Gdy krwistą jarzębiną
alejkę wiatr spina
Tańczą.., tańczą
szalone
liście w Łazienkach
przed zimowym snem
………………autor Ewa Śląska
Droga Pani, z tym utworem zetknąłem się dawno temu – w prasie, gdzieś w 1987 roku, i towarzyszy mi… bagatela, od około 40 lat. Stosunkowo niedawno dopiero ustaliłem Autora i wiedziony od zawsze tą potrzebą, szukam z uporem sposobności, aby wyrazić gorące podziękowanie za ten miły utwór, który w okresie złotej polskiej jesieni, która w tym roku dopiero co minęła, staje mi co roku przed oczyma częściej niż w innych porach roku. Może wreszcie tu i teraz nadarza się ta, oczekiwana przeze mnie, okazja.
Mógłbym tu dodać więcej szczegółów i okoliczności z mego życia związanych z tym wierszem, ale zostawmy to na inną okazję.

Z podziękowaniami łączę wyrazy szczerej sympatii
Tomasz Grochal

EMS: Zadumałam się nad nadesłanym mi wierszem. Wiersze, bywało, owszem, wprawdzie dawno temu, ale co ja tam wiem, mogłam zapomnieć, a wiersz też dawny i z dawna w pamięci pana Tomasza. No i sam ten wiersz, tańczą…, tańczą szalone liście w Łazienkach. Czy ja kiedyś coś takiego napisałam? Jasne, pisałam wiersze, każdy pisał, niektórzy nawet znają swoją lirykę na pamięć, ja nie, ale mimo to – szalone liście w Łazienkach? Odpisałam więc:

Dziekuję Panu bardzo, choć nie jestem pewna, czy to naprawdę ja byłam autorką i się chyba nigdy nie dowiemy, bo nie mam już moich starych wierszy. Ale jakoś wydaje mi się, że to nie ja. Była jeszcze druga Ewa Maria Slaska, też w Gdańsku, ale wg moich informacji nie pisała wierszy, choć oczywiście – kto wie? Ta druga Ewa Maria Slaska nie żyje, ale mogę przy okazji zapytać jej Mamę, czy coś znalazłoby się w spuściznie.
A może Pan wie, w jakiej to prasie się ukazało?
Serdecznie pozdrawiam
Ewa Maria Slaska
nie Śląska

I to byłby koniec tej korespondencji, gdyby nie odpowiedź.

TG: Miła Pani, w sowieckiej Rosji w porcie Tuapse na Morzu Czarnym, na jesieni 1987 roku, nabyłem w kiosku kilka starych numerów Kobiety i Życia. Wówczas to były jedyne polskie gazety dostępne w kiosku. W jednym z nich w nr 48/1905 z dnia 02.12.1987 natknąłem sie na ten wiersz. Po latach, niedawno ustaliłem kilka szczegółów, między innymi autorkę wiersza, odwiedzając pięknie wyremontowaną biblioteke i czytelnię czasopism na Przymorzu, gdzie dotarłem do archiwalnego egzemplarza tego czasopisma. Pani nie zaprzecza, że tworzyła w przeszłości utwory poetyckie. Rozumiem jednak, że autor czuje ducha swoich utworów i pewnie się nie myli w ocenie.
Pamiętny numer Kobiety i Życia wydrukował wiersz wzbogacając go kolorowymi jesiennymi zdjęciami z urokliwych warszawskich Łazienek, nawiązującymi do treści utworu. Strony z wierszem i zdjęciami przymocowałem na szocie kabiny i w chwilach odpoczynku wpatrywałem sie w nie przez wiele miesięcy, znając treść utworu na pamięć. Tak było do momentu zmustrowania ze statku. Wiersz na papierze tam pozostał, chociaż zabrałem go w swojej pamięci i uczuciach, i towarzyszy mi nadal przy różnych okazjach zwłaszcza jesiennych pejzażach.

slaskawgoogleEMS: Wiem na pewno, że to nie ja. W roku 1987 byłam już na Zachodzie i nie wysyłałam nic do żadnej redakcji w Polsce. No jak nie ja, to poniekąd sprawa się wyjaśniła, ale tylko poniekąd. Bo teraz dzielę z Tomaszem pamięć tej linijki o tańczących szalonych liściach. Po kilku dniach postanowiłam poszukać autorki wiersza w internecie. Niestety w wyszukiwarce pojawiam się przede wszystkim ja sama, co oczywiście tłumaczy, jak Tomasz do mnie dotarł. 2.500.000 wpisów. No, ale to oczywiście nie tylko ja, nie przesadzajmy, pojawia się też Śląsk we wszystkich odmianach, kiełbasa śląska, Ruda Śląska, śląska oczyszczalnia ścieków, biblioteka śląska, powstania… Ale oczywiście znajduję wreszcie inną Ewę Śląską… Oglądam jej zdjęcie. Ładna. Ona? Jeśli to ona, to pisząc wiersz miała 20 lat. W tym wieku pisze się wiersze. Postanawiam nie pytać, tylko opublikować tu ten wiersz i wysłać jej linka. A nuż… Piszę więc do Tomasza, proponuję wpis i proszę o skan.

TG: Witam Pani Ewo, jestem z lekka zaskoczony propozycją. Sądziłem, że sprawa wyczerpała swój potencjał, wytraci bieg i ja z kompanem-wierszem odejdę w siną dal. W odpowiedzi na Pani sugestię postaram się dotrzeć do właściwego źródła, aby uzyskać zdjęcie, skan lub ect. Może zejdzie parę dni, zanim to zadanie wykonam, bo walczę ze swoimi zdrowotnymi słabościami. Zapewniam też, że może Pani robić użytek z korespondencji zgodnie ze swoimi potrzebami.

TG (już następnego dnia):
Pani Ewo, z czytelnią wyszło szybciej niż przypuszczałem, bo dzień był ładny i podjechałem na Przymorze. Przesyłam  zdjęcia.

slaskajesieniaEMS: A teraz wyślemy linka do Ewy znalezionej w Internecie i pokażemy wpis na FB. Może znajdziemy tę, która naprawdę nazywa się Śląska. Ale może nie – bo ta, którą wyszukał polski google mieszka na Śląsku i może tylko taki sobie wybrała pseudonim.

Zobaczymy.

Don Kichot w Berlinie (SI)

Ewa Maria Slaska

Wszystko co wiem o sztucznej inteligencji (SI) i co tu piszę, wiem od Konrada, ale wszystkie błędy i przeinaczenia w tym wpisie są tylko i wyłącznie moje. To nie jest tekst informacyjny, to takie sobie dywagacje.

Najpierw, kilka tygodni temu, gdy Hiszpania była głównym gościem tegorocznych Targów Książki we Frankfurcie, Christine Ziegler przysłała mi artykuł z berlińskiej gazety codziennej Tagesspiegel. Traktował o współczesnej literaturze Hiszpanii, a zilustrowany był miedziorytem, przedstawiającym Don Kichota i Sancho Pansę dyskutujących o sensie walki z wiatrakami. Nie mieli oni z tematem i tekstem artykułu nic wspólnego. Tekst był od Sasa, a ilustracja od Lasa. Nie została podpisana, nie wiadomo kto jest jej autorem, a zaczerpnięta została ze zbioru fotografii i reprodukcji. Wyglądało to tak, jakby tę stronę w gazecie ułożyła wyszukiwarka. System wybrał z tekstu dwa najważniejsze wyrazy – literatura i Hiszpania – i dokonał wyboru. Wybór był zaś oczywisty. Literatura i Hiszpania dają Don Kichota z Sancho Pansą.

Przypomniało mi to dawny żart z PRL o początkach polskiej komputeryzacji. Tak na marginesie przypomnę, choć nie ma to w tej historyjce żadnego znaczenia, że były to czasy, gdy komputery zajmowały wielkie budynki. Biuro polityczne wzywa informatyka i każe mu ułożyć jadłospis dla żołnierza – pożywny i tani. Specjalista stawia komputerowi zadanie, ten liczy i bach bach, otrzymujemy wynik: żołnierz powinien zjadać 200 kilo ziemniaków tygodniowo.

Skłania mnie to do rozmyślań o tym, jak funkcjonuje stopniowe wchodzenie do naszego życia sztucznej inteligencji. Zasadniczo, wbrew pozorom, mamy z nią jeszcze stosunkowo rzadko do czynienia. Systemy, które się teraz pojawiają i zatruwają nam życie, gdy próbujemy zatelefonować do banku lub umówić wizytę u lekarza, nie są w ogóle sztuczną inteligencją, są nieudolną cyfryzacją tego, co wciąż jeszcze człowiek robi znacznie lepiej niż automaty. Automat nic nie umie, oprócz tego, co mu zapisano, niczego się nie uczy i o niczym nie decyduje. Facebook, który jak dotąd wciąż jeszcze nie wpadł na to, że mój syn jest moim synem, lub systemy, które podsuwają mi reklamy łóżek, gdy już dawno kupiłam i łóżko, i materac, też nie operują żadną sztuczną inteligencją, a co co najwyżej lepiej lub gorzej funkcjonującymi algorytmami. Te jednak są już w stanie dokonać wyboru.

No cóż, wybór często taki właśnie. Don Kichot i Sancho Pansa mają zjeść 200 kilo ziemniaków, albo pojawią się jako ilustracja w artykule, w którym nawet aluzyjnie i metaforycznie nikt się do nich nie odwołuje.

Gdy tak rozmyślałam sobie o sensie i bezsensie tej ilustracji i o tym, że podpis gwarantuje prawa licencyjne owego zbioru zdjęć, nie troszczy się natomiast o autora, bo cóż on jest wart, skoro działał w XIX wieku i już dawno umarł, Konrad powiedział mi, że uzyskał dostęp do świetnego portalu DALL-E, na którym sztuczna inteligencja na podstawie podanych haseł w kilka sekund tworzy obrazy.

Hasła dla poniższych obrazów wybrał Konrad, a brzmiały one najpierw “Don Quixote in Berlin”:

Potem zaś: “real-life Don Quixote at Tempelhoferfeld”:

Tu natomiast dodane zostało jeszcze hasło: “impresjonizm”, choć powiedziałabym, że ten obraz po lewej jest raczej ekspresjonistyczny niż impresjonistyczny, tym niemniej efekty są niebywałe.

***

Konrad wybrał też inne hasła, a wykonane przez SI obrazy wstawiłam już do różnych wpisów lub będę je z czasem wstawiała. Poszukajcie od czasu do czasu tagu “sztuczna inteligencja”.

Gdzie się podziało “przepraszam”?

Ewa Maria Slaska

Jadę berlińską kolejką miejską. Na węzłowej stacji stoimy bardzo długo. Co bardziej niecierpliwi już wysiedli, mnie się nie spieszy, a mam ciężkie manatki, więc czekam. Nagle szybki zezłoszczony komunikat w głośniku: “Ten pociąg dalej nie jedzie. Proszę wysiąść.”

Wysiadam.

***

Idę po ulicy. Z naprzeciwka nadjeżdża dziecko na rowerku. Ulica jest szeroka, pusta, odsuwam się na bok, dziecko wjeżdża na mnie z pełną siłą, ja się chwieję, ono jedzie dalej. Za dziecięciem podążają rodzice, pogrążeni w jakiejś nader interesującej rozmowie po niemiecku. Mijają mnie bez słowa.

Stoję i rozcieram obolałą łydkę.

***

Mam do załatwienia sprawę w urzędzie. Przychodzę. Zamknięte. Portier podaje mi karteczkę. Nowe godziny otwarcia. Dziś zamknięte. Następnego dnia przychodzę ponownie.

Nie wolno wejść, mam załatwić sprawę online.

***

Mam zabieg u lekarza, muszę jednak zmienić termin. Na karteczce informacja, że w takim wypadku mam zadzwonić na podany numer. Dzwonię przez trzy dni, wreszcie idę do gabinetu, wchodzę, czwarte piętro bez windy, winda zepsuta. Wchodzę, staję w kolejce. Gdy już załatwiłam sprawę, mówię panience, że nie mają adresu mailowego i nie dało się do nich dodzwonić, przez co straciłam dwie godziny, żeby tu przyjść osobiście.

Mamy dużo pracy, odpowiada.

***

Trasa kolejowa Berlin-Szczecin jest od lat w remoncie. Kolej wymyśla przeróżne wygibasy, jak mamy dojechać. Ostatnio otrzymuję propozycję dojazdu czterema środkami lokomocji. Kolejka miejska, autobus, kolej, autobus. Godzinę dłużej niż w normalnym trybie

Ciekawe. Dlaczego kolej nie uruchomi pomiędzy Berlinem a Szczecinem komunikacji autobusowej?

***

Jestem we Francji. We francuskiej kasie kolejowej nie ma na najbliższe dni żadnego biletu do jakiegokolwiek miasta w Niemczech. Ale strona kolei niemieckiej twierdzi, że bilety są. Próbuję online dokonać rezerwacji i zapłacić. System trzy razy wypytuje mnie, dokąd i kiedy chcę jechać, czy jestem kobietą czy mężczyzną a może divers, i ile mam lat, po czym podaję numer karty bankowej i wtedy pojawia się informacja, że operacja nie może zostać wykonana. Pyk i wylatuję z systemu.

Po trzech próbach kupuję bilet na Flixbusa.

***

Z powodu jednodniowego strajku generalnego we Włoszech odwołany został mój lot do Rzymu. Nawet jeśli przewoźnik mi zwróci pieniądze za odwołany lot, strajk nie jest powodem odwołania rejestracji w hotelu i lotu powrotnego. Nie zwróci mi pieniędzy również firma pośrednicząca w zakupie biletu lotniczego do Rzymu. “Wykonaliśmy nasze zdanie, bilet został zarezerwowany”, mówi pracownik firmy. Ale strajk to siła wyższa, odpowiadam, dlaczego straty finansowe ponoszę tylko ja, a nie wszystkie uczestniczące jednostki solidarnie?

Takie są przepisy, odpowiada.

***

W ciągu ostatniego miesiąca 6 zadań instytucjonalnych i jedno prywatne, wynikające z uczestniczenia w ruchu na ulicy miasta, nie zostały wykonane poprawnie. Może nawet było tych zdarzeń 8, bo w końcu winda u lekarza też nie działała. 8 razy to ja poniosłam koszty tego, co się zdarzyło. Były to różne koszty – finansowe, czasowe, moralne, fizyczne.

W tych 8 przypadkach wadliwego funkcjonowania systemu instytucjonalnego lub społecznego nikt nie powiedział / nie napisał PRZEPRASZAM!

Pokolenie Solidarności 18

Eli

Ewa Maria Slaska

Obywatele (1980)

W sierpniu 1980 roku Polacy poczuli się wolni. Powstał wielki ruch społeczny i polityczny, ale przede wszystkim zaczęło się rodzić społeczeństwo obywatelskie.

W połowie września powołano do życia ogólnopolską organizację, Niezależny Samorządny Związek Zawodowy Solidarność.

Pokolenie, które było dorosłe i świadome w latach osiemdziesiątych, nawet jeśli nader młode, było naocznym świadkiem narodzin Solidarności. Prawdę powiedziawszy, każdy dorosły Polak ma w życiorysie jakąś „cegiełkę”, którą dołożył w budowanie legendarnego Sierpnia 80.

Nie da sie zapomnieć dramaturgii strajku w stoczni Gdańskiej, determinacji Wałęsy, Walentynowicz, Gwiazdy, Kuronia, Michnika. Stawiane żądania, 21 postulatów, brzmiały na owe czasy rewolucyjnie. Mało kto wierzył w powodzenie, komuniści jednak podpisali ze strajkującymi porozumienie i to był szok dla nas wszystkich, i jednocześnie wielkie zwyciestwo. W społeczeństwie powiało nadzieją. Obrazy z tamtych dni nie zniknęły z pamięci, wręcz odwrotnie. Co jakiś czas powracają wspomnienia, może mniej o przywódcach z tamtych lat, oni, przynajmniej niektórzy, zrobili karierę polityczną. A ja mam na myśli tych „maluczkich”, co gdzieś tam, na jakimś małym albo ważnym stanowisku pracy, w latach 80 wspierali powstający ruch solidarnościowy. Historia nie byłaby prawdziwa, gdyby nie obejmowała rzetelnej wiedzy o stanie świadomości historycznej tamtego czasu.

Rok 1980, Solidarność przyniosły nam Polakom przełom historyczny, który na zawsze wejdzie do podręczników. Przed rokiem 80 stan psychiczny społeczeństwa był straszliwy, władzy udało się wprawić nas w poczucie totalnej beznadziejności, toteż najważniejszym odczuciem, jakie przywiał nam z Gdańska Rok 1980 to najpierw Nadzieja przez duże N, a potem poczucie, że na naszych oczach i może nawet przy naszym współudziale zmienia się oblicze wspólnego domu, Polski i dzieje się Historia.

Poczucie sprawczości.

Pamiętam dokładnie, pisze Krystyna, polska dziennikarka, która do Berlina przyjechała z Opola, jak chłonęliśmy wieści z Gdańska i Szczecina – brzmiały tak odważnie. Chodziło o nasz codzienny byt. Po raz pierwszy upomniano się o godne życie, o tym słyszeliśmy w radiu, telewizji. Były to głosy nie, jak zwykle, partyjniaków, ale tych, którzy wzięli nasz los w swoje ręce, tych, o których słyszeliśmy w Radiu Wolna Europa. Dzielni Opozycjoniści stawiali rządzącej władzy postulaty o charakterze politycznym. To, o czym mówiono głośno, sprawiało, że niejeden Polak oczy przecierał ze zdziwienia. Podziwialiśmy odwagę tych, którzy tam byli, w Gdańsku, w Szczecinie!

W naszych umysłach i sercach rodziła się solidarność z Międzyzakładowym Komitetem Strajkowym. Jaka to była mobilizacja do działania! W całym kraju zaczęło powstawać ogromne zaplecze społeczne, wzmacniające naszych przywódców, dodające im skrzydeł do działania. O tym rzadko się wspomina. Cóż wart byłby przywódca bez zaplecza społecznego? Tylko wtedy może liczyć na powodzenie tego, czego się podjął – zmian. Toteż niesprawiedliwe byłoby, gdyby dawni przywódcy Solidarności, którym słuszne przypisuje się ogromne zasługi, zapomnieli o tych na dole, o zwykłych obywatelach.

A zapomnieli!

Gdy upadał autorytet partyjniaków, społeczeństwo przestało bać się władzy. Mogę o tym opowiedzieć na przykładzie z własnego podwórka. Pracowałam w opolskiej oświacie i wiem, pamiętam, że coraz głośniej brzmiał głos solidaryzujący się z komitetem strajkowym w Gdańsku. Pierwszym przejawem poparcia było wywieszenie flagi na budynku zakładu lub instytucji. Ze strony dyrekcji czy kierownictwa dawało się odczuć ciche przyzwolenie. Nasi ówcześni dyrektorzy przyjmowali postawę dyplomatyczną – udawali, że nic nie widzą i chwała im za to!

Niektóre zakłady reagowały szybciej, inne potrzebowały czasu. Najszybciej zareagowali studenci wyższych uczelni. Duże zakłady (FSD Nysa, Elektrownia Opole, Zakłady Koksownicze w Zdzieszowicach) w poczuciu moralnej solidarności zorganizowały strajki ostrzegawcze. W miarę upływu czasu staliśmy się przecież jedną wielką rodziną solidarnościową.

Zresztą… nie było nic do stracenia, przecież w tym czasie „statek Polska” po prostu tonął. Braki w zaopatrzeniu w żywność, w sklepach spożywczych puste półki, w przemysłowych – towar, który znikał w ciągu pół godziny.

Determinacja Lecha Wałęsy utwierdziła w nas poczucie, że droga, jaką wówczas obraliśmy, była słuszna. W kraju rosła pozycja Solidarności, w zakładach powstawały związki zawodowe, których przedstawiciele wchodzili do rad miejskich. W osiem lat później dopuszczono listę niezależnych kandydatów na posłów.

Jako społeczeństwo w tym przełomowym okresie zdaliśmy egzamin celująco i trzeba o tym przypominać wciąż i wciąż! Nie byłoby nic bez nas, zwykłych obywateli, działaczy małych organizacji solidarnościowych!

Dlatego uparcie upominam się o pamięć i przypominanie o roli, jaką odegrało całe polskie społeczeństwo w okresie transformacji ustrojowej! Bez poparcia na dole nasi przywódcy byliby mało znaczącym epizodem w historii. Nie byłoby Solidarności i dzisiejszej nowoczesnej Polski, gdyby nie nasza siła, składająca się z pojedynczych obywateli, grup społecznościowych, inteligencji, robotników, dziennikarzy.

To masowy oddolny ruch społeczny, jakim był związek zawodowy Solidarność, przyczynił się do pokojowych przemian ustrojowych w Polsce i Europie Wschodniej. Impuls wywołany przez Solidarność zapoczątkował nieodwracalny proces zmian, które w ostateczności pogrzebały komunizm, lądujący na śmietniku historii 4 czerwca 1989 roku.

***

Krysia nie spotkała nigdy ani Basi, ani Stefana, przyjechała zresztą do Berlina dopiero wtedy, gdy oboje już dawno byli w USA, ale jej przemyślenia oddają wiele z tego, co w owym czasie oboje myśleli. To mali ludzie tworzą wielką Historię, mnóstwo małych ludzi. Dwanaście milionów ludzi, którzy mówili “solidarność”, a myśleli “wolność”. Sierpień 1980 roku był najlepszym okresem w ich życiu, przede wszystkim dlatego że był to czas, kiedy Basia i Stefan robili to samo i myśleli to samo, a słowa których używali wciąż jeszcze znaczyły to samo.

Nota bene późniejsza, potransformacyjna nomenklatura określiła okres Solidarności, czyli czas od 1 września 1980 roku do 12 grudnia 1981 roku, mianem “karnawału Solidarności”. Nie wiem kto i po co wymyślił taki głupi termin, ponieważ ten okres niespełna 16 miesięcy żadnym karnawałem nie był. Owszem był to czas pewnych swobód obywatelskich i ograniczenia cenzury, ale Polska żyła w cieniu propagandowego zastraszania, a na każdym szczeblu, od zakładów pracy zatrudniających dziesięć osób po system państwa komunistycznego, był to czas ustawicznego użerania się z władzą.

Tym niemniej było to niezwykłe doświadczenie wolności, które w tym okresie stało się udziałem pokoleń „urodzonych w niewoli”, wpływając jednocześnie mocno na stan świadomości starszych. Okazało się ono decydującym elementem, kształtującym dalszy bieg historii i wpłynęło ostatecznie w 1989 roku na destrukcję i upadek systemu komunistycznego w Polsce i na świecie.

A że efekty tego okazały się po kilku dekadach katastrofalne, że spowodowany polską rewolucją “upadek Komuny” zwolnił kapitalizm z udawania, że akumulacja zysku zapewnia podniesienie poziomu życia zwykłego obywatela, że rok 1989 doprowadził do globalizacji, przesunięcia rynków do biednych krajów, upadek gospodarki europejskiej, a zatem państw opieki społecznej i że wolność bogacenia się bez poczucia odpowiedzialności zniszczy stosunki społeczne, miejsca pracy, dobrobyt, demokrację, zaufanie do polityki, a przede wszystkim środowisko, że kilkadziesiąt lat kapitalistycznej wolności zrujnuje doszczętnie to, na czym wyrosła, czyli solidarność…

Nasza polska wygrana okazała się naszą ludzką klęską. Nasza wolność zmieniła się w nasz pręgierz. Umieliśmy stać wyprostowani, gdy trzeba było walczyć z przemocą, gdy insygnia władzy dzierżył nieludzki prawodawca, ale zaczęliśmy się czołgać i deptać innych, gdy przejął je wszechmocny pracodawca. Skąd jednak mogliśmy to wiedzieć? Jak mogliśmy to przewidzieć? Przecież nigdy przedtem nie było takiej sytuacji.


Tak naprawdę to nie ja jestem autorką pierwszej (i najważniejszej) części tego rozdziału, tylko Krystyna Koziewicz. Może nawet nie dlatego że wiedziała, widziała i opisała to, czego ja bym nie wiedziała i widziała, ale dlatego że opisała to inaczej, niż ja bym to kiedykolwiek zrobiła. Dziękuję, Krysiu.

Pokolenie Solidarności (17)

Ewa Maria Slaska

Eli

Stocznia. Amerykański sen. (1980)

Napięcia, których kulminacją był Sierpień 1980 roku trwały w Polsce od dłuższego czasu. Już w lipcu po podwyżce cen mięsa rozpoczęły się masowe protesty. Władze poczyniły tymczasowe ustępstwa i wydawało się, że wszystko wraca do normy. Gierek pojechał odwiedzić Breżniewa na Krymie.

Polacy codziennie zasiadali przed telewizorami, żeby obejrzeć igrzyska olimpijskie w Moskwie i większość z nas zobaczyła słynny gest Kozakiewicza po medalowym skoku o tyczce.

Wydaje mi się, że tego nie trzeba tłumaczyć, że każdy wie, co to był gest Kozakiewicza. Ale może jednak trzeba. Zacznijmy więc od tego, że “Gest Kozakiewicza” to tak zwany „wał”, zgięcie lewej ręki w łokciu i włożenie w zgięcie prawej ręki. Dziś często zastępowany „palcem” czyli wystawieniem w górę środkowego palca prawej ręki. Władysław Kozakiewicz pokazał wała na Letnich Igrzyskach Olimpijskich w Moskwie. Skoczył trzy razy, uzyskując za trzecim razem 5,78 metra. Był to rekord świata i zapewnił Polakowi medal olimpijski. A rosyjska publiczność go wygwizdała. Stąd wał. Ambasador ZSRR w PRL, Borys Aristow domagał się odebrania Polakowi medalu, unieważnienia rekordu oraz dożywotniej dyskwalifikacji za obrazę narodu radzieckiego.

Ani władze ani media nie dostrzegły tego, co się szykuje na Wybrzeżu. Wiadomością miesiąca była informacja o tym, że na Majorce odnaleziony został fortepian Chopina. Tak twierdzi wrocławski historyk, doktor Władysław Kucharski. Gest Kozakiewicza oczywiście pamięta cała Polska, ale fortepian Chopina?

Do kin wchodziły Gwiezdne wojny, a pod Bydgoszczą zdarzyła się największa katastrofa kolejowa w powojennej Polsce, w której zginęło 67 osób, a 64 odniosły rany.

Uprawiana przez ekipę Gierka propaganda sukcesu ze sztandarowym hasłem “Aby Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej” latem 1980 roku definitywnie zbankrutowała. Puste półki sklepowe, wydłużające się kolejki i coraz częstsze przerwy w dostawach prądu – tak wyglądała rzeczywistość.

Mimo to, kiedy w lipcu 1980 roku fala strajków rozlała się po całym kraju, władze powtarzały utarte formułki o “czasowych przerwach w pracy” i “przejściowych trudnościach gospodarczych”.

Nawet w Gdańsku początek sierpniowego strajku dzienniki skwitowały krótką notatką o „zakłóceniach w rytmie pracy”. Wśród partyjnych notabli, jak zawsze przedtem, pojawiły się opinie, że strajki to wynik działania “sił antysocjalistycznych”.

Strajk na Stoczni zaczął się 15 sierpnia.

Po dyskusjach w nocy z 17 na 18 sierpnia opublikowano w Gdańsku słynne 21 postulatów, komunikując Polsce i światu, że robotnicy Wybrzeża walczą nie tylko “o mięso”, ale także o “wolności obywatelskie”.

W niedzielę 17 sierpnia Basia poszła na imieniny swojego kuzyna, Jacka. O tym, że trzy dni wcześniej stanęła Stocznia wiedziało już całe miasto. O tym, że było to związane z działaniami Wolnych Związków i że dlatego Stefana nie było – może nie całe miasto, ale na pewno wszyscy ich przyjaciele. CETO stanęło już w pierwszych minutach strajku na Stoczni. Nauka nie poszła w las, działania KORu, Wolnych Związków, Niezależnych Komitetów Studenckich odniosły ogromny sukces. Tym razem nie było tak, że jak studenci strajkują, to robotnicy milczą, a jak robotnicy strajkują, to inżynierowie dalej ślęczą w biurach. 15 sierpnia 1980 roku stanęła cała Stocznia i wszystkie jej biura, a następnego dnia zaczęli już napływać delegaci z Trójmiasta, potem – z innych miast. W nocy radio podało komunikat, że na terenie Stoczni zawiązał się Międzyzakładowy Komitet Strajkowy, czyli MKS. W poniedziałek w Trójmieście stało już kilkaset zakładów. Zawiązywały się zakładowe komitety strajkowe, które wysyłały delegatów na Stocznię. Krążyły pogłoski o strajku generalnym, pod bramą Stoczni gromadziły się tłumy, a gazety nadal donosiły o „przerwach w pracy”.

Pierwszy tydzień Strajku w Trójmieście miał charakter strajku powszechnego, był pełen napięcia i lęku. Pomiędzy wierszami gazetowych wypowiedzi narastała groźba, że znowu robotnicze – więcej nawet, bo tym razem społeczne – wystąpienie stłumione zostanie siłą. Podczas wspólnych modlitw pod krzyżem u wejścia do Stoczni ksiądz proboszcz z kościoła św. Brygidy zapowiedział gotowość duszpasterską, w celu niesienia strajkującym wszelkiej pomocy duchowej, z ostatnim namaszczeniem włącznie. A ogromny tłum ludzi zdecydowanie i z godnością przyjął to do wiadomości. Ludzie zdawali sobie sprawę z tego, że i oni w tej grze odgrywają pewną rolę. Wspierali, to oczywiste, ale też chronili strajkujących. Każda próba zmiażdżenia siłą strajku musiała się zacząć od ataku na tłum dniem i nocą stojący przed Bramą Stoczni. To była żywa tarcza ochronna i ci, którzy tam stali, nie mogli liczyć na to, że jeśli taki rozkaz będzie wydany, atakujący cofną się przed rozlewem niewinnej krwi. W miejscu gdzie teraz stali, dziesięć lat wcześniej padły pierwsze strzały Grudnia 1970. Cóż więc mogło zaskoczyć tych, którzy tam stali?

Niestety, zanim przejdę do własnej opowieści o tym, jak to było w Sierpniu, muszę po raz kolejny pójść daleko do przodu i skomentować piękne zdanie z poprzedniego akapitu: “ksiądz proboszcz z kościoła św. Brygidy”, czyli Henryk Jankowski. Był już wtedy, w sierpniu 1980 roku osobą bardzo znaną. W Gdańsku opowiadało się cuda o jego przemyślności, która pozwoliła mu właściwie samotnie dokonać odbudowy kościoła św. Brygidy. Pełnił tam służbę duszpasterską od roku 1970, najpierw jako kapłan, organizujący duszpasterstwo w ruinach kościoła, potem administrator, w końcu jako proboszcz. Zapisał się więc bardzo dobrze w pamięci gdańszczan, choć już we wczesnych latach 80 mruczano z niezadowoleniem na temat jego prywatnych luksusów, o tym, że dostaje dary z Zachodu i rozdziela je wśród bogatych, którzy wspierają budowę jego kościoła, że ma samochody, które nie przystoją duszpasterzowi. Byłam tam kiedyś z prośbą o zezwolenie na zostanie matką chrzestną i dość nieprzyjemnie uderzyło mnie, że otaczają mnie wielkie polerowane gdańskie meble, że krzesła są kryte prawdziwym kurdybanem, a w szafach błyszczą wielkie srebrne naczynia. O tym się mówiło, to się potępiało, ale przeważało poczucie, że podniósł tę świętą Brygidę z ruin, że był kapelanem Solidarności, że pracowała dla niego Elżbieta Szczodrowska, rzeźbiarka słynna, a najszlachetniejsza ze szlachetnych. O tym, co dziś, po 40 latach, wciąż jeszcze budzi oburzenie i gniew – o seksualnym wykorzystywaniu dzieci – nikt się nawet nie zająknął. Ale chyba wtedy nikt w ogóle o czymś takim nie wiedział, nie myślał, nie przypuszczał. Jeżeli gdzieś się ten temat pojawiał, to w wychowaniu dziewczynek, w miarę jak podrastały, coraz bardziej je przestrzegano przed ciemnymi zaułkami i nieuczęszczanymi ścieżkami. Zły, który im zagrażał, był anonimowy, krył się przed światem, czaił w ciemnościach jak pająk albo karaluch. Nikt z nas nie wiedział, że można było być światłą i szlachetną osobą publiczną, że zło czaiło się w zakrystii i dotyczyć mogło chłopców.

Pisząc to, zastanawiam się, kiedy w ogóle po raz pierwszy mogłam usłyszeć o tym, co grozi chłopcom i że jest to groźba tym straszniejsza, że nieznana, niespodziewana. A że Jankowski? Na pewno już od dawna byłam w Niemczech, gdy usłyszałam o skardze na niego, pierwszej, drugiej… Jego działania wyszły na jaw w 2004 roku. Zajęły się nimi prokuratura, kuria, prasa. Gdański pisarz Paweł Huelle oskarżył go publicznie o pławienie się w zbytku jak Kadafi. W rok później wyszło na jaw, że pedofilia spowodowała, że ubecja łatwo mogła Jankowskiego zaszantażować i zmusić do współpracy. Wszystko gotowało się przez chwilę i zamierało, aż wybuchnęło z całą siłą w roku 2018. W międzyczasie Jankowskiemu postawiono pomnik, który po ujawnieniu pedofilii księdza prałata, obalono.

Jedno tylko było nowe – słowa. Słowa rodziły się na nowo. Solidarność… Słowa żyły na nowo… Lęk, niepokój, strach. Entuzjazm, optymizm, patriotyzm. Posłanie, idea, program. I wreszcie porozumienie. Nowe słowo w historii polskich powstań i polskich Miesięcy.

A tu zimno, wiatr, deszcz, koniec sierpnia i po lecie – witamy w domu! Koniec wakacji.

Czasem ludzie, którzy słuchali co wieczór Wolnej Europy, wiedzieli więcej niż mieszkańcy Trójmiasta. Niekiedy były to informacje wyssane z dziennikarskiego palca, ale za wzruszeniem ramion zawsze kryła się myśl, że może ci w Monachium wiedzą za jakichś swoich źródeł więcej niż ci, co są na miejscu.

– Mama mówi, powiedziała pewnego dnia Basia, że Wolna donosi, że są jakieś manewry na Bałtyku i lada moment przyjdą Rosjanie.
– I co? spytał Stefan.
– No przecież wiesz, jaka jest mama. Boi się.
Ludzie się bali. Nie wiedzieli, co się dzieje, bo to, co się działo było niezwykłe. Ale przez to, że było niezwykłe, mogło budzić dumę i nadzieję. Ale ludzie tacy już są, że ponurość wydaje się im prawdziwsza niż optymizm. Nie wiedzieli, jak zaklasyfikować to, w czym sami brali udział, a to budziło strach, lęk, niepokój, obawy.

Jednak z każdym dniem strajkujący i mieszkańcy coraz mniej się bali. Tym razem nie przyjdą, powiedziała dziennikarce jakaś kobieta koło 50, repatriantka z Kresów. Ten jeden raz się wreszcie uda, ludzie mają tego wszystkiego dosyć. Wystarczy stanąć pod stocznią, zobaczyć te tłumy, które popierają stoczniowców. Całe życie będziemy to pamiętali.

Stocznia codziennie wydawała ulotki, a od trzeciego dnia biuletyny. Informowały o tym, ile zakładów aktualnie strajkuje, zapewniały, że nie ma żadnych incydentów i panuje porządek, że od początku było wiadomo, że tym razem strajk musi się skończyć porozumieniem między strajkującymi, a rządem. Biuletyny kończyły się tym jednym słowem pisanym wielkimi literami: WYTRZYMAMY!!!

W mieście było również spokojnie. Bez ingerencji władz miasto zadecydowało o wprowadzeniu całkowitej prohibicji. W kolejce kursującej między Wejherowem a Tczewem zawsze można było przeczytać ulotkę, albo przynajmniej dowiedzieć się od ludzi, co słychać. Całe miasto, a może już nawet cała Polska, czekało na przyjazd komisji rządowej. Rząd zadeklarował dość jednak niezobowiązującą chęć prowadzenia rozmów z Komitetem Strajkowym, ale najpierw do Trójmiasta przyjechał wicepremier Tadeusz Pyka, który prowadził rozmowy z poszczególnymi zakładami pracy, próbując rozbić jedność strajkujących. MKS szybko jednak zakazał tych rozmów. Czekano więc na przyjazd prawdziwej delegacji, takiej, która poprowadzi prawdziwe rozmowy.

W kolejce zawsze był ktoś, kto wiedział, że „jeszcze nie przyjechali, czekamy, wytrzymamy”.

Na przystanku Gdańsk-Stocznia wysiadały tłumy i szły w kierunku Bramy, która tonęła w kwiatach. Bramę zdobiły zdjęcia papieża, wielki krzyż i obraz Matki Boskiej Częstochowskiej. Na murze stoczni siedzieli młodzi mężczyźni. Ludzie podchodzili do nich, podawali siatki z jedzeniem i koperty z pieniędzmi.
Panie, powiedział do kogoś, nie wiadomo do kogo starszy pan, Ruskie przyjdą, ale mamy chociaż kilka dni wolną Polskę! Opłacało się przyjechać z Białegostoku. U nas tego nie ma!
Tak, w tym tłumie było wiele nieznanych twarzy, z pewnością niejeden tu stojący przyjechał z Białegostoku, Warszawy, Wrocławia, wszystkich tych większych i mniejszych miasteczek i wsi w Polsce, które zaczynały się budzić z ponad czterdziestoletniej apatii i rezygnacji.

Nagle nad głowami tłumu zaczął krążyć helikopter.

Będą strzelać czy co?, odezwał się ponownie starszy pan. Ale nie strzelali. W kilka minut później z helikoptera zaczęły frunąć na dół ulotki jak olbrzymie płatki śniegu. Wiatr rozdmuchał je we wszystkich kierunkach, niewiele z nich trafiło na sam teren stoczni. Nikt w tłumie nie schylił się, aby je podnieść. Wszyscy wiedzieli, że to Wojewódzki Komitet Frontu Jedności Narodu w Gdańsku nawołuje robotników do zakończenia strajku. Te wielkie papiery pozostawione same sobie, na ziemi wypełniały kałuże.

Basia, która też tam była, myślała, że dobrze, że tu jest, wtedy, kiedy w jej mieście znowu dzieje się coś niezwykłego. Gdy się obróciła, widziała główne wejście do Jedynki, I Liceum Ogólnokształcącego, do swojej szkoły. Jej i Stefana. Tego głównego wejścia nikt nigdy nie używał, zawsze wchodziło się tylnymi drzwiami przez podwórko, naprzeciwko szkoły muzycznej i obok wejścia do Biblioteki Narodowej, którą założono na samym początku XVII wieku z książek, jakie przywiózł tu w beczkach wypełnionych słomą włoski markiz d’Oria. Statek wiozący markiza i beczki zatonął na Bałtyku koło Swarzewa. Pasażerów i bagaże, w tym również beczki wyłowili Kaszubi i wynieśli na plecach na plażę. Legenda twierdzi, że byli niezwykli – umieli chodzić po dnie morza. Tak to zapisał Jerzy Limon.

Było zimno, lał deszcz. Basia dojechała do domu kompletnie mokra i przemarznięta. Wieczorem próbowała znaleźć w radiu Wolną Europę, ale była tak potwornie zagłuszana, że nie dało się wyłowić ani jednego słowa.

Basię odwiedził jej kaszubski dziadek. Po raz pierwszy myślę, że to się może udać, powiedział. Takie wolne związki to byłby już początek. Może jeszcze dożyję, jak padnie komuna. Nie dożył, zmarł w maju 1982 roku, w samym środku stanu wojennego, żałując zapewne, że taki był koniec wspaniałej narodowej euforii. Pisał listy do Basi, kulfoniastymi literami. Do Basi docierały z linijkami wymazanymi czarnym flamastrem przez cenzora.

Po rozpoczęciu strajku w Stoczni Gdańskiej jednym z pierwszych posunięć komunistów było przerwanie łączności telefonicznej z Trójmiastem. Kiedy 23 sierpnia 1980, podczas pierwszych rozmów ze stroną rządową, padły pytania o przerwane połączenia, związkowcy usłyszeli, że to wina burzy, która dzień wcześniej przeszła nad Warszawą… Blokowano wszelkie informacje na temat wydarzeń na Wybrzeżu. Dopiero 25 sierpnia gdańska popołudniówka Wieczór Wybrzeża, jako pierwsza oficjalna gazeta, poinformowała o Gdańskim Międzyzakładowym Komitecie Strajkowym i 21 postulatach wysuniętych przez protestujących.

Ludzie zachłannie czytają te postulaty wywieszone na ścianach stoczni i wypisane na drewnianej tablicy, którą umieszczono tuż koło bramy. Są to właściwie dwie tablice, co sprawia, że przypominają trochę tablice Mojżeszowe. I tak jak w przykazaniach boskich, tak i w postulatach strajkowych – pierwsze punkty dotyczą czegoś innego niż reszta. Na kamiennych tablicach trzy pierwsze punkty dotyczą Boga, a dopiero reszta – ludzi. Na drewnianych tablicach z Gdańska cztery pierwsze punkty dotyczą polityki, a dopiero reszta – zwykłego życia robotników, mieszkań, mięsa, odzieży ochronnej. Proste żądania, w innych, lepszych częściach świata – oczywiste, tu po prostu święte. Ilu z tych, którzy je czytają, płacze, ilu wierzy, że ich spełnienie przyniesie ulgę w ich ciężkiej pracy i znojnym życiu.

Stołówka na Stoczni dwoiła się i troiła, żeby wyżywić coraz większą ilość przebywających na Stoczni delegatów. Zużywano zapasy, wykorzystywano wszystko, co ludzie przynieśli pod Bramę, bądź przysłały strajkujące zakłady spożywcze. Czasem stoczniowcy szli do sklepu w okolicy, ale w sklepach nigdy nic nie było. Octu i liści laurowych nikt nie potrzebował. Ale i tak cały czas popyt przewyższał podaż, jak by to określili ekonomiści spod znaku Marksa i Engelsa. Na Stoczni przebywało tak wielu przyjezdnych, że w końcu poproszono strajkujących z Trójmiasta, aby wracali na noc do domów.

Stefan pojawił się na stoczni jako jeden z pierwszych, był w końcu zarówno pracownikiem biura projektowego Stoczni, jak członkiem Wolnych Związków. Sam wyprodukował sobie przepustkę, która miała jeszcze bardzo niski numer. Gdy pisarz Tomasz Jastrun dotarł do Gdańska 27 sierpnia, dostał przepustkę numer 0012921. Jastrun dostarczył na stocznię aneks do „Apelu 64” z setkami nowych podpisów.

Sam „Apel” przywieźli już 22 sierpnia Tadeusz Mazowiecki i Bronisław Geremek. Był to list, pierwotnie podpisany przez 64 warszawskich intelektualistów, skierowany do władz PRL, z wnioskiem o przystąpienie do rozmów ze strajkującymi. Sygnatariusze listu podejmowali się stworzenia komitetu doradczego, traktując to jednocześnie jako gwarancję dla obu układających się stron, które się wcale jeszcze nie układały i nawet nie było pewne, czy będą. Komitet doradców został powołany 24 sierpnia, a w jego skład wchodzili zarówno ci, którzy się sami zgłosili, jak ci, jak Bogdan Borusewicz, których powołali strajkujący.

Rozmowy rządu ze strajkującymi rozpoczęły się 23 sierpnia.

15 sierpnia wielka sala BHP, w której potem miały się odbywać narady, świeciła jeszcze pustkami.

Dopiero w ciągu popołudnia zaczęło do Stoczni napływać coraz więcej delegatów. Po dwóch dniach są już tłumy.

Przez salę, napisze potem Jastrun, na całą długość pomieszczenia ciągnęły się stoły, na nich kartki z wypisanymi niedbale nazwami zakładów pracy, których przedstawiciele siedzą tu tłumnie. Szokuje ściana za podium. Po prawej stronie stoi duży pomnik Lenina, odwrócony nieco bokiem, jakby wódz proletariatu bał się spojrzeć polskim robotnikom w oczy. Na środku biały Orzeł, dalej krucyfiks na biało-czerwonej fladze. Niżej kilka stolików, stukają tam maszyny do pisania i kręci się w szaleńczej pracy grupa młodych ludzi. W ten wir wpadają co chwila nowe teksty, listy, apele. Tu też gromadzi się materiał do pisma Solidarność.

Całe Prezydium Strajkowe to byli opozycjoniści, ci z Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża, z redakcji Robotnika Wybrzeża. Walentynowicz, Wałęsa, Lis, Gwiazda. Stefan. Borusewicz. Taka maleńka organizacja, a tyle teraz potrafiła osiągnąć. Nim strajk się skończył, dzięki tym kilku osobom stanęła praktycznie cała Polska, a 12 milionów ludzi robiło to, co proponowało tych kilku brodaczy oraz jeden wąsacz i jedna robotnica, zwolnieni właśnie z pracy.

Na razie jednak nie mieli czasu, żeby się nad tym zastanawiać, byli bowiem zbyt zmęczeni i zbyt przytłoczeni odpowiedzialnością, która nagle spoczęła na ich barkach. Byli maleńką organizacją, zajmowali się głównie sprawami związkowymi, dokształcaniem robotników i wspieraniem ich w ich dążeniu do stworzenia lepszych warunków pracy i życia. A teraz nagle stali się przywódcami całego kraju i odpowiadali za powodzenie negocjacji z rządem. Myśląc o tym w roku 1990, Stefan zastanawiał się, czy w ogóle daliby radę, gdyby wiedzieli, że w odległej perspektywie to, co robią, zmieni nie tylko obraz Polski, ale Europy i świata.

16 sierpnia Stefan zabrał ze sobą Dicka Verkijka, znajomego dziennikarza holenderskiego, który przypadkiem przyjechał do Polski pod koniec lipca, żeby spędzić wakacje nad polskim morzem.

Dick otrzymał pierwszą na Stoczni dziennikarską przepustkę strajkową, był więc pierwszym zachodnim dziennikarzem, który wszedł na Stocznię i mógł nadawać pierwsze audycje na Zachód. To było prawie równie ważne, jak to, co oni robili na Stoczni. Bez tego kanału przesyłającego wieści o ich planach, zdecydowaniu i uporze, bez świata, który ich w tym wspierał i starał się osłaniać, nic z tego by się nie udało. Bo w ciszy, ukradkiem i bez publiczności reżimy mogą robić, co chcą, ustępują, kiedy staną nagle w świetle ramp.

Dick nadawał swoje audycje wieczorami z mieszkania Stefana i Basi, gdy obaj potwornie głodni, wracali do domu. Na Stoczni było wprawdzie sporo jedzenia, ale widać jednak za mało. Stefan twierdził, że były na pewno jabłka, a poza tym zupy, kanapki, kawa, herbata, przygotowywane na zapleczu, z tego, co dostarczały na Stocznię zakłady pracy, ale też i z tego, co one, te stojące pod Bramą żony, pakowały do siatek. Podobne siatki przygotowywali też ludzie z zakładów. Bo codziennie rano, przed rozpoczęciem obrad, a czasem również wieczorem, każdy delegat jechał do swojego Zakładu i przekazywał strajkującym pracownikom druki, informacje i dyspozycje, a zabierał te siatki.

Przygotowanie ich nie było łatwe. Przez te dwa tygodnie Sierpnia życie w ogóle nie było łatwe. Przede wszystkim cały czas straszono strajkujących i ich rodziny, co chyba bardziej uderzało w rodziny, niż w tych, którzy byli na Stoczni. Oni tworzyli Historię, mieli poczucie Misji i Posłannictwa, byli blisko tego człowieka, który nagle okazał się charyzmatycznym Przywódcą. A żony mogły tylko być. Być, czekać, trwać. Zapewne również bać się.

Oni, tam, to byli przeważnie ludzie młodzi, mieli młode żony i małe dzieci. I to one stały pod Stocznią. Były grupą społeczną zdawałoby się wybitnie podatną na straszenie, a jednak okazały się równie nieustraszone, jak owi dzielni brodaci faceci w sali BHP. One też były dzielne. Nie wiedziały, co powiedział Seneka, ale jednak stosowały się do tego: Kto się boi, jest niewolnikiem. To było mniej patetyczne i znacznie bardziej pragmatyczne, niż to co głosili owi brodaci mężczyźni ze Stoczni, którzy pisali na plakatach, że “lepiej umrzeć stojąc, niż żyć na kolanach”.

One zajmowały się dziećmi, stały w kolejkach, gotowały jedzenie, piekły chleb i placki drożdżowe, i chodziły pod Bramę. Boże, jak myśmy przy tym strasznie wyglądały! pomyślała Basia kiedyś, gdy po kilku latach Stefan pokazał jej zdjęcia ze strajku. Na zdjęciach, które obiegły świat, ten tłum pod Stocznią był imponujący. Ale gdy się przyjrzeć bliżej, a jest taka fota w sieci, to groza. A to my właśnie tam stoimy, myśli Basia, za tymi stalowymi prętami, ubrane w ortalionowe kurtki, z włosami od fryzjera, u którego byłyśmy przed miesiącem, więc odrosły. I te nasze buty! A przecież starałyśmy się być jeszcze przy tym eleganckie. Miałyśmy te jakieś sweterki z komisów, kosmetyki. I co? I nic. Zdjęcia pokazują, jakie byłyśmy. Zapuszczone, zmęczone, zdesperowane, dzielne, młode kobiety. Mieszkanki świata zwanego komuną.

Tłumy pod Stocznią nie malały.

Strajkujący są spokojni, ale zdeterminowani. Oni też wiedzą, jak wielką dźwigają odpowiedzialność. Po kilku dniach, od czasu, gdy po raz pierwszy delegacja rządowa weszła na teren Stoczni, mogli się może nieco wyluzować, bo widmo zbrojnego ataku na Stocznię przestało być aż tak realne. Ale wielu z nich pamiętało przecież, że to tu, przed tą samą Bramą, gdzie teraz stoją tłumy ludzi, dziesięć lat temu padły pierwsze strzały i zaraz potem padli na ziemię pierwsi zabici stoczniowcy. Dlatego teraz nie ufają rządowym negocjatorom, są czujni i pełni podejrzeń, bo wiedzą, że atak wciąż jeszcze może nastąpić. Ale teraz nie dadzą się zaskoczyć i nie pozwolą się wystrzelać jak kaczki. Ich bronią będą butle acetylenowe, a jak to nie starczy, wysadzą w powietrze rafinerię.

Czy widzą w tym momencie pana Wołodyjowskiego? Czy ten sienkiewiczowski wzór jeszcze wtedy obowiązywał? W stanie wojemnnym na pewno przestał, ale być może na Stoczni wciąż kręcił się pomiędzy robotnikami w drelichach mały rycerzyk z wąsikiem i szablą, który właśnie zdjął hełm z głowy; chwilę jeszcze spoglądał na tę ruinę, na to pole chwały swojej, na gruzy, trupy, odłamy murów, na wał i na działa, następnie podniósłszy oczy w górę, począł się modlić…
Ostatnie jego słowa były:

– Daj jej, Panie, moc, by zaś cierpliwie to zniosła, daj jej spokój!…
W tej chwili zakołysały się bastiony, huk straszliwy targnął powietrzem: blanki, wieże, ściany, ludzie, konie. Działa, żywi i umarli, masy ziemi – wszystko to porwane w górę płomieniem, pomieszane, zbite jakby w jeden straszliwy ładunek, wyleciało w powietrze…

Na pewno pamiętali o nim eksperci, doradcy strajkujących, przerażeni tym, co sami przecież zaproponowali. Bo jeśli negocjacje się nie powiodą i do Polski wkroczą Rosjanie, to powtórzy się Budapeszt w roku 1956 i Praga w 1968, a również i Berlin Wschodni z roku 1953, choć o nim nikt wtedy nie myślał i nawet nie wiedział. Eksperci są przestraszeni, powściągliwi, umiarkowani w żądaniach. Robotnicy ze Stoczni i ci, którzy przyjechali z innych zakładów i miast, chcą znacznie więcej. Nie mają przerostów wyobraźni, pisze Jastrun, historię znają na ogół słabo, ale wystarczająco dobrze, by wyciągnąć jeden wniosek – liczy się przede wszystkim siła i tę siłę mają właśnie teraz, popartą głębokim przekonaniem o słuszności sprawy. Poszli już na kompromis. Nie wyrzucono z sali pomnika Lenina, nie wykrzykiwano – nawet nie szeptano – haseł antyradzieckich, nie żąda się rozwiązania partii. Ale gdy posłuchać ich rozmów, nie ulega wątpliwości, że są zdecydowanie antypartyjni. Wiele ideałów socjalizmu jeszcze żyje, ale przywalono je złomem pogruchotanych złudzeń. Jeszcze wczoraj związki zawodowe i cenzura to były dla tych ludzi niewiele mówiące nazwy, chociaż czuli własną bezradność w fabrykach, których byli rzekomo gospodarzami i zaciskali pięści czytając pełne kłamstw gazety. Tu w krótkim czasie przeszli niezwykłą edukację polityczną. Opór władz przy omawianiu poszczególnych postulatów uświadomił im ogromną ich ważność.

W sobotę 23 sierpnia o godzinie 14 do Stoczni przybywa pierwszy przedstawiciel władzy, a więc pierwszy negocjator ze strony rządowej. To wojewoda gdański, profesor Jerzy Kołodziejski. Ale to jeszcze nie są prawdziwe negocjacje, tylko ustalenia warunków rozmów, które się zaczną dziś o godzinie 20. Przyjeżdża wicepremier Mieczysław Jagielski. O Pyce nikt już nie pamięta. Przez dwie godziny, bo tyle mają trwać rozmowy, premier będzie przedstawiał opinie rządu na temat kolejnych postulatów. Związki zawodowe, prawo do strajku, cenzura i dostęp do środków masowego przekazu, uwolnienie więźniów politycznych – te cztery punkty to świeczka dla pana Boga. Cztery punkty polityczne. I już wiadomo – tylko prawdziwa zgoda na powołanie prawdziwych, niezależnych związków zawodowych może oznaczać przerwanie strajku. I żadnych obietnic, prosta i jasna zgoda!

Następnego dnia, w niedzielę – jest przerwa w obradach, premier pojechał do Warszawy – MKS przyjmuje i zatwierdza projekt pomnika mającego upamiętnić stoczniowców poległych podczas zamieszek w grudniu 1970 roku. Pomnik ma powstać od razu, zostaje ustalony termin jego odsłonięcia: 16 grudnia. Dokładnie w rocznicę.

Mają niespełna cztery miesiące. I wiedzą, że jak wygrają, to ten pomnik postawią. Jak nie, to i im może kiedyś ktoś będzie chciał stawiać jakiś pomnik. Albo ułożą o nich piosenkę, jak ta o tym, że Janek Wiśniewski padł.

Komisja rządowa powraca do Stoczni po trzech dniach, 26 sierpnia, we wtorek. W rozmowach pomijają na początek sprawę związków zawodowych i w ogóle punkty polityczne, choć może sprawa wypłaty pensji za okres strajkowy jeszcze mieści się w kategorii spraw politycznych. A może, z punktu widzenia ówczesnej sytuacji gospodarczej, każdy z tych punktów jest przede wszystkim polityczny, a dopiero potem dotyczy poprawy warunków życia i pracy robotników. Mięso (będzie więcej), kartki na mięso (będą), podwyższenie zasiłków rodzinnych (zostaną podniesione do końca listopada), podwyższenie rent (powoli), poprawa warunków służby zdrowia, zwiększenie ilości miejsc w przedszkolach i żłobkach, skrócenie czasu czekania na mieszkanie, podwyżki płac, poprawa warunków i bezpieczeństwa pracy, poprawa wyżywienia, lepsze zaopatrzenie (wszystkie punkty zatwierdzone do realizacji). Szwankuje porozumienie w sprawie przywrócenia komunikacji telefonicznej w Polsce, które nie jest postulatem z tablic strajkowych, tylko bieżącym żądaniem rozwiązania bieżących restrykcji ze strony władzy w stosunku do strajkujących i wciąż jeszcze pozostaje do omówienia punkt zasadniczy – wolne związki zawodowe. Władza chce reformować te, które istnieją, strajkujący żądają zgody na powołanie nowych.

W imieniu strajkujących mówi Andrzej Gwiazda i mówi wstrząsającą prawdę. Od wielu lat władze terenowe i resortowe są rozliczane z tego, ile produkują stali, ile węgla, ile metrów kabla. Nikt nie rozlicza ich z tego, jak żyją ludzie. Powinny to robić Związki Zawodowe, ale nie robią, tylko idą na rękę dyrekcji i partii. Nie chcemy tych związków, mówi Gwiazda, chcemy nowych, naszych własnych.
Niewątpliwie strajkujący robotnicy wiążą z propozycją utworzenia nowych związków również swoje własne nadzieje, że zwycięski strajk przywróci im ich robotniczą godność, zapewni sprawiedliwość społeczną i pozwoli w całym kraju ukrócić kumoterstwo, korupcję i przywileje partii.

O godzinie 14.15 narada się kończy. Od teraz w imieniu obu układających się stron warunki porozumienia będą negocjować eksperci, czterech mężczyzn po stronie rządowej – trzech mężczyzn i jedna kobieta po stronie opozycji. Mają dyskutować o wszystkich punktach, ale wiadomo – ważny jest tylko jeden – tak lub nie w sprawie nowych związków. I o nim nie będą decydowali eksperci, tylko Biuro Polityczne, a może nawet Moskwa.

Piątek, 29 sierpnia. O godzinie 16.35 przychodzi wiadomość, że Warszawa wyraża zgodę. Ale o 18 przychodzi kolejna wiadomość, nie, rząd nie wyraża zgody na utworzenie niezależnych związków zawodowych. O godzinie 20 kolejna informacja – tak, jest zgoda.

W Warszawie tymczasem zaczynają się aresztowania opozycjonistów, głównie przedstawicieli KOR-u. Równolegle do negocjacji toczy się zatem walka o uwolnienie KORowców.

Sobota, 30 sierpnia. Godzina 10.30. Komisje obu stron uzgodniły brzmienie tekstu.

W niedzielę 31 sierpnia odbędzie się uroczyste podpisanie porozumienia, ale nawet w trakcie uroczystego czytania wszystkich podpisywanych punktów trwa spór o aresztowanych KORowców. O 16.30 strona rządowa informuje, że ludzi z opozycji zwolniono z aresztów. Wałęsa i Jagielski podpisują Porozumienie. Wałęsa słynnym ogromnym długopisem z wizerunkiem papieża.

O 17 dokonało się.

Tłumy pod Stocznią nie malały. 31 sierpnia, w dniu podpisania porozumień, robotnicy opuszczali stocznię witani oklaskami i skandowanym „Dzię-ku-je-my”, a tłum dwoma palcami pokazywał „victorię”. A potem wszyscy wyszli do miasta i tańczyli na ulicach karmaniolę, tak jakbyśmy właśnie uwolnili więźniów z Bastylii.

I tak rozpoczęło się niezapomnianych kilkanaście miesięcy marzeń o życiu w lepszym państwie i zawdzięczaliśmy to oczywiście przede wszystkim sobie, ale zawdzięczaliśmy to też Lechowi.

Lech Wałęsa. Śmieszne, bo przecież go nawet nie lubię, ale staram się patrzeć uczciwie na moje i na nasze życie, i wiem, że tego dnia, 31 sierpnia 1980 roku NIGDY, ale to nigdy nie zapomnę. Bo chociaż nie pamiętam, co dokładnie tego dnia robiłam, ani co było na obiad, to jednak pamiętam i ZAWSZE będę pamiętać, że tańczyliśmy karmaniolę na ulicy. I że zawdzięczaliśmy to jemu i jego słynnej już na cały świat charyzmie.

Byłam wystarczająco mądra, żeby wiedzieć, że wysokie C dnia, kiedy rewolucja zwyciężyła, szybko zmienia się w nużące glissando znojnego uprawiania poletka tejżeż rewolucji. Znałam powiedzenie Dantona, które potem musieliśmy sobie niemal co dzień powtarzać jak mantrę, że Rewolucja, jak Saturn, pożera własne dzieci i że nie minęło wiele czasu, a ci, co tańczyli karmaniolę w pamiętnym roku 1789, położyli głowy pod rewolucyjną gilotyną.

Oczywiście teraz jesteśmy jeszcze mądrzejsi o wiedzę, że prezydentura Wałęsy była marna, a on okazał się politykiem nieobliczalnym i, nawet jak na polityka, egoistycznym i zapatrzonym w siebie.

A mimo to, mimo to… żałuję tych, którym nie dane było tańczyć na ulicach. To dodaje skrzydeł na całe życie.

Jak dobrze, że tam byłam.


Inspiracji do tego rozdziału dostarczyli mi Krystyna Koziewicz, Joanna Trümner, Dick Verkijk, Tomasz Jastrun, Wojciech Giełżyński i Lech Stefański, Katarzyna Krenz, Maksymilian Berezowski, Marek Slaski, Andrzej Gwiazda, Karol Krementowski, Krzysztof Dowgiałło

Brandenburg-Ticket

Nachdem wir ein Sommer lang mit dem 9-Euro-Ticket gafahren sind, beginnen wir alte Reisemöglichkeiten wieder zu entdecken. Brandenburg-Ticket für 33 Euro, 5 Personen und einen Tag gilt als schöne Neuigkeit.

Monika Wrzosek-Müller

Bericht über einen Ausflug nach Stettin

Sie wurde am 6. 10. um 6.30 Uhr von einem schrillen Ton geweckt; erst einmal wusste sie nicht, was los war: warum, wieso, um diese Uhrzeit, noch im Dunkeln, völlig in der Nacht. Allmählich klärte sich alles im Kopf, ja das war ihr neues Handy und es klingelte zum ersten Mal, kein Wunder, dass sie den Klingelton nicht kannte. Dann sprang sie schnell aus dem Bett, der Ausflug nach Stettin stand an. Jetzt musste sie sich leise anziehen, Zähne putzen und zur S-Bahn laufen. Es war ihr gar nicht klar, dass es um diese Uhrzeit noch so dunkel ist. Die S-Bahn war voll und allmählich wurde es heller. Auf dem Bahnsteig trafen sich alle Ausflugsteilnehmer, das Brandenburg-Ticket sollte sie auch bis nach Stettin bringen, sie traten als Gruppe auf.

Die Fahrt ging abenteuerlich weiter, man wurde gezwungen, auf verschiedene Verkehrsmittel auszuweichen, obwohl man eigentlich die Bahn benutzte; zwischen Angermünde und Passow gab es Schienenersatzverkehr, es wurde ein alter, ratternder Bus gestellt (alle Zugreisenden sollten in diesem einen Bus Platz finden), zum Glück waren schon in der Regionalbahn wenig Menschen und alle sprachen Polnisch. Wir fuhren mit dem Bus durch ausgedehnte Felder, auf denen noch schwarz verbrannte Sonnenblumen standen. Die Bahnstationen existierten so gut wie gar nicht mehr, sie waren im letzten Stadium des Verfalls, die Fenster verrammelt, keine Information, nichts.

Dafür begrüßte sie Stettin mit einem neuen, völlig unscheinbaren Bahnhof. Früher waren die Bahnhöfe Repräsentationsbauten, jetzt verschwanden sie zwischen den anderen Gebäuden. Doch es war gemütlich, sich in ein schickes, neues Bahnhofscafé zu setzten, zwar mit einer Dekoration für die im letzten Jahr ausgefallene Silvesterfeier, doch mit bequemen Sesseln und guter Bedienung. Nach längeren Querelen wegen des Bezahlens konnten alle das Café verlassen und wir fuhren Richtung Stettiner Westend. Zwei Brüder der Familie Quistorp, Johannes und Heinrich, haben damit den nachfolgenden Generationen gezeigt, wie man leben kann; mit prächtigsten Villen und einer Pflegeeinrichtung Bethanien. Johannes realisierte dies in Stettin, Heinrich in Berlin. Wir besichtigten eine wirklich fantastisch restaurierte, opulente, dekadente und manieristische Villa der Familie Lentz. Später wollten wir noch nachschauen, ob aus dem Anlass des 200. Geburtstags das Grab von Johannes Quistorp wieder hergerichtet worden war; leider standen wir vor einem völlig zerstörten, inexistenten Friedhof.

Sie musste immer wieder an die Polen denken, die nach dem Krieg aus den östlichen Gebieten hierherkamen, sie sah vor sich diese alten, damals zerstörten Reichtümer, die Prachtbauten, die ihnen völlig fremd waren, den Backstein, die riesigen Kirchen, das Schloss. Wie ging es ihnen, was fühlten sie, konnten sie darin leben? natürlich fragte sie damals keiner danach.

Die Quistorpsche Auenanlage mit alten Platanen auf beiden Seiten und riesigen Rasenflächen weckte ihre tiefe Bewunderung; am Ende standen die alten Amtsgebäude (der Stadtverwaltung), die etwas überdimensioniert waren, aber gut und sehr aufwendig restauriert. Im Eilgang ging es dann zu den Hakenterrassen am Oderufer, vorbei an dem Nationalmuseum und einer Marinehochschule, dem alten Rathaus, einem schönen Marktplatz mit einigen gut restaurierten Bürgerhäusern, dem Renaissanceschloss der Pommerschen Herzöge, der riesigen Jakobskathedrale zurück zu dem sehr bescheidenen Bahnhof, der aber mit allem lebenswichtigen Komfort (einem WC mit Meeresrauschen) ausgestattet war.

Die Rückreise verlief wiederum abenteuerlich, mit zwei Mal umsteigen (doch diesmal schon in gewohnter Manier) und einer Busfahrt nach Berlin. Wir sind wieder im Dunkeln angekommen, pünktlich, glücklich und zufrieden; das Wetter hat mitgespielt.


Und zum Abschluß:

Foto: Monika

Nobel literacki 2022

Ewa Maria Slaska

Nobel, przynajmniej ten literacki, łaskawy jest ostatnio dla kobiet. Jeszcze nie przeminęła nasza ekscytacja nagrodą dla Olgi Tokarczuk, jej czułym narratorem, jej uśmiechem i jej staroświecką czarną suknią, zaledwie przed chwilą czytałyśmy wiersze amerykańskiej poetki, Louise Glück, a już pojawiła się następna kobieta, Annie Ernaux. Ma 82 lata i jest pierwszą francuską pisarką nagrodzoną Noblem, i… budzi kontrowersje.


Piękna okładka książki, piękna młoda kobieta, szlachetna starsza pani, która głosi, że nadal zamierza się aktywnie angażować politycznie i informacje, które wyglądają jak insynuacje, a jednak nimi nie są. Prasa niemiecka w różnej tonacji donosi o rodzaju zaangażowania politycznego noblistki. Najczęściej używa sformułowania, że jest aktywną zwolenniczką ruchu BDS, którego celem jest zniszczenie Izraela, dość szybko więc zdecydowano się na określenie jej jako osoby o “poglądach antysemickich”.

Czy tak jest? A raczej – czy ja osobiście jestem tego zdania?

W roku 2019 Annie Ernaux wraz ze stoma innymi osobistościami francuskiego świata sztuki podpisała list otwarty wzywający do bojkotu Eurovision Song Contest w Tel Avivie. Sygnatariusze oczekiwali od telewizji francuskiej, że nie będzie pokazywała turnieju. „Moralnym obowiązkiem każdego człowieka, który żyje w zgodzie z własnym sumieniem, jest odrzucanie wszelkiej normalizacji stosunków z państwem Izrael“, głosił list, który reprezentował poglądy polityczne BDS.

BDS – Bojkot, Dywestycja, Sankcje to wzorowany na ruchach przeciw apartheidowi w Południowej Afryce, palestyński ruch polityczny, założony w roku 2005, który traktuje Izrael jako okupanta – https://en.wikipedia.org/wiki/Boycott,_Divestment_and_Sanctions. BDS jest uważany przez zwolenników za ruch narodowo-wyzwoleńczy, przez przeciwników – za wyraz skrajnego antysemityzmu.

Czy podpisanie takiego listu kwalifikuje Ernaux do miana antysemitki? Na pewno jest przeciwniczką państwa Izrael, czy jednak krytyka polityki Izraela jest antysemityzmem? Wydaje się, że z punktu widzenia Izraela tak właśnie jest, ale czy jest tak z mojego prywatnego punktu widzenia? Czy w ogóle mam w tej kwestii jakiś własny punkt widzenia?

Dokonuję w myślach szybkiego przeglądu podstawowych pojęć: antyjudaizm – zwalczanie Żydów, antymozaizm – występowanie przeciwko religii mojżeszowej, antysemityzm – nienawiść do osób pochodzenia żydowskiego, antyizraelizm – nieakceptowanie państwa Izrael, niechęć do państwowości izraelskiej, okupującej terytoria palestyńskie.

Łapię się na tym, że nie chcę poprowadzić moich przemyśleń konsekwentnie dalej, że chętnie poprzestałabym na humanistycznym stwierdzeniu, że wszystkie cztery przekonania anty, które tu wymieniłam, są naganne i zasługują na potępienie. Jeśli tak jest, to Ernaux jest antysemitką.

Jednak wiem, że coś się we mnie nie zgadza na tę klasyfikację, że gdzieś mnie to uproszczenie bardzo uwiera.

Czy jest tak, że nie interesują mnie interesy państw, a interesują mnie ludzie? Czyli w konflikcie Palestyńczycy kontra państwo Izrael stawałabym po stronie Palestyńczyków. Ale przecież nie jest tak. Nie jest tak z uwagi na palestyński terroryzm, nie – z uwagi na nieumiejętność życia w zgodzie z sąsiadami. Ale moje prywatne “nie” sięga znacznie głębiej. Urodziłam się w Gdańsku po zakończeniu wojny. Gdańsk był już polski, ale przedtem… Czy był niemiecki? A tak chcieli Niemcy. Czy był wolnym miastem, ale wtedy nie był niemiecki i nie był polski. Kto ma właściwie prawo do mojego miasta? A do Lwowa? Jeśli jednak powiem, żyjemy tu i teraz i tu i teraz to są nasze miasta, to czy tym samym akceptuję wszelkie dokonywane ponad naszymi głowami posunięcia polityczne? Czy uznaję przeto, że Ługańsk jest teraz rosyjski? A jeśli armia rosyjska zaatakuje Polskę? Jeśli Rosjanie zajmą Gdańsk? Oczywiście nie – nie zgadzamy się, nie chcemy. To nasze miasta. Nasze miasta, nasze… Po ilu latach, stuleciach, tysiącleciach Jerozolima stanie się żydowska? Po ilu powiemy, że Palestyńczycy nie mają do niej prawa, tak jak Niemcy do Gdańska, a Rosjanie do Ługańska?
Kto, kiedy, jak i dlaczego ma prawo wchodzić do naszych miast i ustanawiać tam nową przynależność polityczną? Kiedy mamy na to przyzwalać, a kiedy bronić się do ostatniej kropli krwi? Co nam wolno i kto o tym decyduje?

Wzdragam się na myśl o okupacji Ługańska, drżę na myśl, że Rosjanie zajmą Kijów, Odessę, Lwów. Nie chcę, by pragmatyczni Europejczycy mówili mi, że mamy zostawić Putinowi to, co sobie wziął. Nie chcę by atakowali mnie za to, że nie jestem w ich pojęciu pacyfistką, bo przecież zawsze wtedy pytam, a co jeżeli to nie będzie Ługańsk, tylko Gdańsk? Czy wtedy też mi powiecie, że niech sobie weźmie, co wziął?

A jeśli borykam się z tymi myślami, to przecież nie mam prawa twierdzić, że Ernaux jest antysemitką i nie mam prawa się dziwić, iż Komitet przyznał jej Nobla.

A w ogóle, co do cholery jest z tym Komitetem!?

Norweski Komitet Noblowski ogłosił wczoraj, że laureatami Pokojowej Nagrody Nobla 2022 są białoruski opozycjonista Aleś Bialacki oraz rosyjskie stowarzyszenie Memoriał badające zbrodnie stalinowskie i ukraińskie Centrum Wolności Obywatelskich. “Tegoroczni laureaci są przedstawicielami społeczeństw obywatelskich w swoich ojczyznach. Przez wiele lat wspierali prawo do krytyki władzy i ochronę fundamentalnych praw obywateli”.

Pięknie.

Bez sensu.

Tchórzliwie.

Zapytajmy bowiem uczciwie: dlaczego pokojowego Nobla 2022 nie dostali Nawalny ani Żeleński? To byłyby dwa wyraźne sygnały. Tymczasem nagroda została rozdrobniona i przez to pozbawiona nośności.

Szkoda.

No to dla przypomnienia:

Frederico Garcia Lorca też jeszcze żył.