Zemsta Szymona

Ewa Maria Slaska

Pojawił się zimą. Naprawił stare rozpadające się krzesła i wykonał im nowe aksamitne obicie. Sprawił, że pasujący do kompletu stół, przestał się wreszcie chwiać i dawał się składać, rozkładać, przesuwać. Potem pomalował go fantazyjnie w dwóch odcieniach starego złota. Jednak blat nie nadawał się jeszcze do użytku, potrzebował co najmniej kilku, a najlepiej – kilkudziesięciu warstw lakieru. Pierwsze miał położyć Szymon, następne, raz na tydzień, miałam nakładać ja.

Przed wyglądało tak:


Po wyglądało natomiast tak:


W kuchni, mimo iż blat nie był jeszcze gotowy, zrobiło się po królewsku.

W domu było tłoczno – mieszkała u mnie właśnie moja młoda koleżanka, Karina, pojawiał się mój przyjaciel, Krzysztof, oraz siostrzeniec z dziewczyną. Codziennie do kolacji zasiadało nas przynajmniej troje, czasem pięcioro lub sześcioro. Widać było, że Szymonowi bardzo te wspólne kolacje przypadły do gustu. Nikt z nas nie pił alkoholu, Szymon poprzestawał na herbacie ziołowej z miodem. Czasem Karina, Krzysztof i Szymon wychodzili na papierosa na balkon.

Niestety właśnie minął miesiąc i trzeba było uregulować rachunki. Tknięta przeczuciem, spytałam Szymona, czy może wolałby dostawać pieniądze co tydzień, a nie wszystkie od razu? Przyznał mi rację, na pewno tak byłoby lepiej, ale ma długi, zresztą musi zapłacić za kwaterę. Wypłaciłam mu więc od razu całą umówioną sumę. Był poniedziałek.

Następnego dnia nie przyszedł do pracy. Po dwóch dniach zadzwonił, że źle się czuje. W niedzielę zjawił się niezapowiedziany z kolegą. Obaj byli wyraźnie pod wpływem alkoholu. Byłyśmy w domu we dwie z Kariną i bardzo nam się nie podobała ta wizyta. Miałyśmy wrażenie, że Szymon przyprowadził kolegę, żeby się pochwalić, jakie ma świetne koleżanki. Powinnyśmy ich były od razu wyrzucić. No, ale jednak goście. No i ten pięknie zaczęty stół, który trzeba skończyć.

Zrobiłyśmy kawę, podałyśmy ciasto. Goście wyciągnęli butelkę wódki i zaczęli się rozglądać za kieliszkami. Popatrzyłyśmy na siebie i powiedziałyśmy zdecydowanie, że nie będzie żadnego picia. Mają wypić kawę i wyjść.


Ociągali się, ale wyszli. Następnego dnia Karina źle się poczuła. Wysłałam ją na test, wróciła z informacją, że ma koronę. Zadzwoniłam do Szymona. W końcu źle się czuł już kilku dni temu. W rozmowie telefonicznej przyznał, że wczoraj, jak u nas był, wciąż był chory. Przywlókł nam koronę. Zapytałam, czy zrobił test. Powiedział, że jest przeciwny szczepieniom, nie wierzy w koronę i nie chce mieć z tym wszystkim nic wspólnego. Ale się przestraszył. Kupił sobie test w sklepie i test wyszedł pozytywny. Zadzwonił jeszcze raz, zapytał, co ma robić. Kazałam mu iść do lekarza i tak się skończyła nasza współpraca. Już się nie pojawił.

Odezwał się po miesiącu, byłam akurat w Anglii, powiedziałam, że może zadzwonić za dwa dni, jak będę w Berlinie. Więcej nie zadzwonił.


Nie przejmowałabym się tym zbytnio, gdyby nie ten stół. Farba złaziła grubymi czarnymi grudami, brudziła ręce, naczynia i ścierki, którymi myłam blat. Wreszcie w czerwcu Konrad ją zdrapał. Teraz blat nie był zniszczony, tylko oryginalnie podrapany. Nawet mi się podobało. Tyle że podrapana farba nadal schodzi i brudzi.

17 lipca Konrad wyjechał. W dzień po jego wyjeździe wylała pralka. Brudna woda zalała kuchnię od ściany do ściany, wlała się do koszy na śmieci, zmieszała z niedojedzonym kocim żarciem i ludzkim jadłem. Gdy sięgałam do komórki po ścierki do podłogi, trąciłam jedną z puszek z farbami, które Szymon pół roku wcześniej ustawił na progu komórki. Puszka okazała się niedomknięta, szara farba wylała się na podłogę koło śmietnika. Pokryły ją rozmoczone śmiecie. Były w nich marchewka i groszek.

Stałam na bosaka po kostki w wodzie i wyżymałam ścierkę do wiaderka. Zmęczona wyprostowałam się i spojrzałam na przekrojowy kalendarz-zdzierak wiszący koło okna.

18 lipca. Szymona.

Pokolenie Solidarności (10)

Ewa Maria Slaska

Eli

Taternicy (1969)

W marcu 1968 roku kolejne pokolenie „dzieci Komuny” zobaczyło na ulicach czołgi i walki. Te dzieci miały na całe życie zapamiętać tłumy młodych ludzi, bijące się z milicjantami, petardy w powietrzu, armatki wodne. Przestraszone dzieci z buziami przyklejonymi do okien, które przecież nie wiedziały, co o tym wszystkim myśleć, bo dorośli na wszeli wypadek niczego nie tłumaczyli. Skąd więc mogły wiedzieć, czy bójki z policją nie przeniosą się do ich dziecinnych pokojów, nie wyciągną ich z łóżeczek i kojców, czy milicjanci nie będą bić się z nimi lub z ich rodzicami. Oczywiście Stefan i Basia byli już ponad te dziecinne strachy.

Stefan, który był już na studiach w Warszawie i jak wszyscy też wziął udział w protestach na uniwersytecie i pod pomnikiem Mickiewicza, wyleciał ze studiów. Pomyślał wtedy, że dość już się nauczył matematyki i wrócił do Gdańska, gdzie, jak gdyby nigdy nic, przystąpił do egzaminu wstępnego na Politechnikę. Postanowił studiować budowę okrętów. Egzamin zdał i został przyjęty, co, choć było zdumiewające, jednak wcale nie było aż takie rzadkie. Najwyraźniej uczelnie nie rozsyłały list relegowanych studentów i najwyraźniej bezpieka też się tym nie interesowała, co sprawiło, że wielu niepokornym studentom w Polsce przydarzyła się paradoksalna sytuacja, iż wyrzuceni ze studiów w jednym mieście, zostawali studentami w innym.

Tym razem więc Stefanowi się upiekło, ale siedzieć poszedł i tak, choć dopiero w następnym roku – za tzw. aferę taterników.

Były właściwie dwie afery, jedna w sprawie przemytu nielegalnych wydawnictw z Polski do Paryskiej Kultury i druga – o zbieranie wiadomości o Marcu, o tym pisanym już z wielkiej litery. Stefan należał do drugiej grupy – zbierał informacje i przekazywał je Kozłowskiemu, który dostarczał je do Paryża. Obie grupy aresztowano w maju 1969 roku i jesienią połączono ich sprawy w jeden proces. Niektórzy oskarżeni otrzymali wyroki, innych przesłuchiwano tylko jako świadków. Wyroki były wysokie, ale skrócono je niemal od razu, w ramach amnestii “z okazji 25 lecia PRL”, co regulowała ustawa z 21 lipca 1969 roku. Stefan dostał wyrok 17 miesięcy i wyszedł po trzech miesiącach na mocy amnestii.

Tymczasem w Stanach Zjednoczonych został właśnie zorganizowany pierwszy festiwal muzyki rockowej w Woodstock, w sierpniu 1969 roku. Odbył się na farmie w Bethel, koło Nowego Jorku pod hasłem Peace, Love and Happiness (pokój, miłość i szczęście). Mimo iż festiwal nie był reklamowany w środkach masowego przekazu, przyciągnął ponad 500 tysięcy ludzi. Wzięła w nim udział większość najwybitniejszych wykonawców tamtego okresu, Santana, Janis Joplin, The Who, Jimi Hendrix. Amerykańska młodzież epoki dzieci kwiatów, znudzona polityką i szachrajstwami kapitalistycznego świata, szukała ucieczki w środkach odurzających, dlatego też obok gołąbka pokoju siedzącego na gryfie od gitary, pojawił się nieoficjalny symbol Woodstocku – liść konopi indyjskich.

Przez kilka miesięcy po amnestii, czyli od września 1969 roku Stefan pracował w biurze cenzury w Domu Prasy. W tym momencie trzeba byłoby odpowiedzieć na pytanie, co robi młody człowiek, który jeszcze niedawno domagał się od komuny wolności słowa, w obozie wroga? Szczerze mówiąc, Stefan sam nie wiedział. Był studentem, który nie ukończył matematyki w Warszawie i budowy okrętów w Gdańsku, jego pole manewru było dość ograniczone. Jednak po odsiadce musiał koniecznie znaleźć jakąś pracę, bo brak pracy był w PRL karalny. Istniał przymus pracy obejmujący mężczyzn między 18, a 45 rokiem życia. A po odsiadce politycznej znalezienie pracy łatwe nie było i zależało od znajomości oraz odwagi dyrektora instytucji zatrudniającej. Zaryzykował naczelnik trójmiejskiej cenzury, którego, jak to w PRL, znał prywatnie ktoś z kręgu Szarzyńskich, kto poręczył za Stefana i tym sposobem Stefan wylądował w instytucji, mającej ostatnie zdanie w życiu ówczesnych mediów, wydawnictw i twórców kultury. Był więc na minimalną skalę w takiej samej sytuacji jak słynny Tomasz Strzyżewski – dla nielicznych postać kontrowersyjna, dla większości bohater na miarę pułkownika Kuklińskiego, który w roku 1977 wywiózł na Zachód materiały demaskujące zasady funkcjonowania cenzury w PRL-u. Pracownikiem Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk został, jak sam mówił – z przypadku i był nim przez kilkanaście miesięcy. Zbierania materiałów podjął się jednak świadomie i w pełni bezinteresownie.

No dobrze, ale jednak cenzura. Mieściła się w Domu Prasy na Targu Drzewnym. Stefan był tam praktykantem, parzył kawę, odkurzał i segregował akta, przesuwał meble albo pilnował dalekopisu, który stale musiał drukować jakieś wiadomości, a lubił się zacinać. Gdy “góra” nabrała do niego pewnego zaufania, dostał dodatkowo funkcję tzw. biegłego przysięgłego, czyli kogoś, kto, jak to opisał Zbigniew Milewicz, biegnie po wódkę i przysięga, że nikomu o tym nie powie. To też było takie typowe dla PRL-u – prawie wszyscy pili w pracy, jedni więcej, drudzy mniej, niektórzy codziennie. W cenzurze ciężar odpowiedzialności za słowo sprawiał, że piło się właściwie codziennie.

O czym nie wolno było w PRL-u pisać i mówić, traktowały zawiłe i obszerne zapisy cenzorskie. Do nich dopuszczono pracownika dopiero po odbyciu szkolenia w głównym urzędzie, na ulicy Mysiej w Warszawie, ale Stefan, jak Jaś w piwnicznej izbie, nie doczekał szkolenia, bo wyleciał za pyskowanie.

Basia też w swoim czasie miała kontakty z cenzurą, bo w pierwszej swojej pracy, zaraz po urlopie macierzyńskim, pracowała w sopockiej spółdzielni projektanckiej Trójkąt. Spółdzielnia zrzeszona była w Wojewódzkim Związku Spółdzielni Produkcyjnych, a Basia, która najpierw była rzeczniczką prasową w Trójkącie, potem została zabrana do centrali wojewódzkiej, gdzie do jej obowązków należało wydawanie co miesiąc branżowej broszurki informacyjnej. Oznaczało to, że co miesiąc musiała chodzić do cenzury po zgodę na publikację.

Oboje mieli więc do czynienia z cenzurą, ale nigdy z żadnymi spektakularnymi przypadkami jej nadgorliwości, czy nieudolności, takimi jak na przykład sprawa Danielewicza. 13 II 1982 roku, w miesięcznicę (jakby się to w pisowskiej Polsce nazywało) wprowadzenia stanu wojennego, Danielewicz opublikował w Dzienniku Bałtyckim słynną recenzję muzyczną, w której pierwsze litery akapitów układały się w hasło „WRONA skona”. Gdy sprawa się wydała, Danielewicz wyleciał z pracy, został aresztowany i przetrzymywano go w areszcie przez dziewięć miesięcy. A potem, do 1989 roku, czyli do czasów wolnej Polski, nie znalazł nowej pracy.

Po porozumieniach Okrągłego Stołu cenzura została zlikwidowana.

Wszystko było jednak kwestią przypadku. Mój wujeczny dziadek, Wiktor Ostrowski, był w czasie wojny więźniem Pawiaka i obozu koncentracyjnego w Stutthofie. W latach 70 opisał te czasy w książce Warszawiacy w Stutthofie. Książka popadła w zapomnienie i została wznowiona dopiero w roku 2015 przez Muzeum Stutthof w Sztutowie, niestety już w nowej szacie graficznej. Tymczasem stare wydanie miało niezwykłą okładkę. Był to wielki sekret i nawet córka dziadka nic o tym nie wiedziała. Sekret książki znała natomiast moja mama, opowiedziała mi go, a ja przekazałam to rodzinie podczas spotkania familijnego jesienią… 2014 roku, czyli po 40 latach. Otóż okładkę książki tworzył biegnący przez przód i tył, nabazgrany na szarym murze, biały napis PAWIAK. Nazwa uzasadniona, bo stąd autora wywieziono do Stutthofu. Gdy książka była zamknięta, na jej przedniej okładce pozostawały tylko dwie litery – AK! AK, Armia Krajowa, formacja, o której w PRL-u czasem wolno było pisać swobodnie, a czasem nie wolno było nawet wspomnieć, i nie do końca było wiadomo, dlaczego tym razem było akurat tak, albo owak. Niewątpliwie inteligentny zabieg grafika – Sylwestra Wieczorka. Czy na sugestię ze strony Dziadka?

Jeśli zdarzało się, że urzędnicy nie wyłapali ukrytych treści, jak to było na przykład w wypadku książki dziadka, to z kolei sprawny cenzor potrafił doprawdy niewielkim wysiłkiem zmienić ogólną wymowę cenzurowanego dzieła. I tak jak autorzy starali się inteligentnie zakamuflować swe antyreżimowe przesłania do czytelników, tak cenzorzy brali sobie za punkt honoru, by je odkryć i, oczywiście, zlikwidować. Zdarzyło się, że otrzymałam kiedyś nagrodę na jakimś ogólnopolskim konkursie na opowiadanie i ku mojemu zdumieniu zostałam poinformowana, że zostanie ono opublikowane. Byłam zdumiona, bo była to opowiastka o nie socjalistycznym wychowaniu w socjalistycznej rodzinie milicyjnej. Powszechnie wiadomo było, że nagrodzenie takich niepoprawnych dzieł na konkursach uchodziło, ale publikacja już nie. Zgodnie z prawidłami gry na linii autor-cenzor – w moim tekście jedno tylko słowo sugerowało, że chodzi o rodzinę milicyjną i to jedno słowo sprawiało, że tekst był nieprawomyślny. Ku mojemu zdumieniu redakcja napisała, że publikują tekst bez żadnych zmian, po czym cenzor znalazł jednak to jedno słowo i je usunął, czego już ze mną nie skonsultowano.

Gdy Stefan był praktykantem w cenzurze, na Targu Drzewnym, czyli przed jego oknami, stał eksmitowany ze Lwowa pomnik króla Jana III Sobieskiego. Odsłonięto go 26 czerwca 1965 roku i od tego czasu było to ulubione miejsce spotkań i randek wszystkich mieszkańców Gdańska. Przyjeżdżali tu też nowożeńcy, którzy fotografowali się przy pomniku i zostawiali królowi nadmiary weselnych kwiatów. Od grudnia 1981 roku tę funkcję przejął Pomnik Poległych Stoczniowców na placu pomiędzy Stocznią imienia Lenina a Liceum Ogólnokształcącym numer I, tym, do którego chodziliśmy wszyscy, ja, Stefan, Basia a również, choć osiem lat później niż Basia i ja, Donald Tusk.

Od lat 70 plac koło pomnika stał się także miejscem zgromadzeń patriotycznych, zwyczaj zapoczątkowany przez działaczy Ruchu Młodej Polski.


Dużo informacji zawartych w tym rozdziale, w tym osobistych wspomnień, zawdzięczam Jackowi Slaskiemu, Zbigniewowi Milewiczowi i Joannie Trümner.

Don Kichot w Wadowicach

Ewa Maria Slaska

Z inspiracji Konrada. Dziękuję.

Stworzył ich Krzysztof Kadłubowski, artysta, który mieszka, pracuje, działa w Wadowicach.

Poczytajcie TU.

Gdy ich zobaczyłam, przypomniałam sobie piosenkę Jacka Kaczmarskiego o nich dwóch. Przytaczałam ją już tu na blogu, ale cóż szkodzi przypomnieć, skoro i tak nikt z nas niczego nie pamięta. Minęło właśnie 151 lat od urodzin Prousta, który napisał siedem tomów o tym, jak pamiętamy wszystko, a w gruncie rzeczy – nic.

Podobni, prawda?, takie blaszane, nieprawdziwe istoty, wykonujące dziwaczne gesty, opowiadające dziwaczne historie, wszystko w nich ma się nijak do naszej rzeczywistości, a przecież w niej tkwią, mocniej nawet niż Adam, Ewa i Bóg. Tak mi się wydaje.

U Kadłubowskiego towarzyszą im dziwne, tajemnicze i groźne zwierzęta, stworzone techniką trash art.

Moja ulubiona żaba:

A za nią cała menażeria.


A wśród nich ktoś, nazwany Smutny. Myślę, że to też on, Rycerz Smętnego Oblicza.

Quer durch Berlin

Samstag, 16. Juli um 16:00 Uhr

oder/lub: 16.07 um 16.07

Wir laden zu einem Sommerspaziergang auf dem Alter St.-Matthäus-Kirchhof ein:
Zum Besuch bei Gebrüder Grimm, Rio Reiser und Ovo Maltine

Alter St.-Matthäus-Kirchhof
Großgörschenstraße 12-14
10829 Berlin

Po polsku do poczytania tu: https://ewamaria.blog/2019/02/26/mezczyzni-na-starym-cmentarzu-sw-mateusza/

Ela, Ewa, Krysia

Empuzjon. Tuntschi.

Uwaga: Spoiler!

Ewa Maria Slaska

W ostatnim czasie chyba każdy “z nas” przeczytał nową powieść Olgi Tokarczuk, albo kupił i właśnie zamierza ją czytać. I zapewne dołączy do chóru tych, którym się książka podobała. Jeśli jest recenzent*ką, napisze o poniemieckości, o polskim realizmie magicznym, o nowoczesnym, a zatem rozproszonym narratorze, wspomni o grzybach, które od zawsze są ulubionym tematem Tokarczuk, przypomni Czarodziejską Górę, a może też Pensjonat Barataria Krzysztofa Lipki, zahaczy może o Marię Janion i jej opisanych w Odmieńcach odmieńców, oczywiście wyjaśni źródłosłów tytułu i… wyczerpie tym samym potencjał recenzyjny tej powieści.

Postanowiłam spojrzeć więc na Empuzjon odmiennie, tak, jak antropolog kultury patrzy na na nowy tekst, obiekt lub dokument, jako kolejne świadectwo różnorodności świata, w jakim żyjemy. Podróżnicy zawsze przywozili z podróży opisy obyczajów w dalekich krajach. Zresztą nadal przywożą. Teraz są to najczęściej pamiątki z targu (być może wyprodukowane w Chinach, Korei albo Bangladeshu) i przepisy kulinarne. Kiedyś wędrowca bardziej interesowali sami ludzie. Pisarz jest nieco staroświeckim wędrowcem, dlatego wciąż jeszcze interesują go nie tyle rzeczy – mapy, meble, kartki pocztowe – ile ludzie, a rzeczy tylko o tyle, o ile są świadectwem ludzkiej kreatywności.

A więc Tuntschi, ziemne kukły, w powieści produkowane i użytkowane emocjonalnie i seksualnie przez węglarzy, żyjących samotnie w sudeckich lasach. Ich wzór pisarka zaczerpnęła być może z legend alpejskich, ale ich proweniencja może być zarówno ściśle lokalna, jak przeciwnie – w szerokiej perspektywie – globalna, charakterystyczna dla wszystkich miejsc i czasów, gdzie mężczyźni przez długi czas przebywają samotnie. Gdy to piszę, przypomina mi się japoński film – Kobieta diabeł, gdzie kobieta żyjąca samotnie z synową, używa pnia drzewa jako kochanka. A więc zjawisko jest być może ponadpłciowe, aczkolwiek, zapewne, jak wszystko co się wiąże z seksem, w męskim wydaniu pojawia się wielokrotnie częściej.

Zdaniem Wikipedii Tuntschi to postaci z sag alpejskich. Historia ma różne wersje, ale jej sedno stanowią lalki wykonane z różnych materiałów przez samotnych pasterzy na położonych wysoko, niedostępnych alpejskich halach. Mężczyźni karmią taką lalkę, pieszczą, ubierają, rozmawiają z nią i uprawiają z nią seks. Ich wysiłki odnoszą skutek, lalka pod rękoma pasterza-Pigmaliona ożywa, a gdy jej twórca jesienią chce wrócić do domu, zatrzymuje go przy sobie magiczną siłą, a jeśli stawia opór – okrutnie zabija.

Zemsta lalek, sztucznych istot, awatarów, na razie to jeszcze zjawisko raczej fantasy niż science fiction. Ale idą nowe czasy. Jeśli się okaże, że awatary nie tylko czują na niby, ale również naprawdę, to co wtedy?

Przypominam sobie informację, którą kiedyś czytałam, że z programu do tworzenia awatarów korzystają przede wszystkim mężczyźni i to głównie po to, żeby stworzyć sobie partnerki (lub partnerów), nad którymi mogą się bezkarnie znęcać psychicznie. Pod tym względem program do robienia awatarów jest podobno jeszcze lepszy niż lalki do uprawiania seksu.

Zresztą nie zawsze musiały to być lalki. Wielką rolę odgrywają jaskinie, uważane w wielu kulturach za macice Ziemi lub inne zagłębienia, kotliny i szpary.

W powieści Michela Tourniera Friday or the other island / Piętaszek i otchłanie Pacyfiku Robinson Cruzoe wielokrotnie uprawia seks z pewnym zagłębieniem swojej wyspy. Z czasem, zgodnie z legendą, wyrasta w tym miejscu dziwna roślina – mandragora, czyli alrauna, czyli żeń-szeń, czyli pokrzyk. Alrauna wyrasta tam, gdzie na ziemię spadnie nasienie męskie, a w surowszej wersji – nasienie przestępcy. Ponieważ alraunom (do dziś zresztą) przypisuje się moc magiczną, czarownice i wiedźmini od zawsze poszukiwali ich pod szubienicami.

Alrauny dzielą się na męskie i żeńskie. Zainteresowanych informuję, że alrauny można kupić w chińskich sklepach, wcale niekoniecznie zielarskich. Czasem można je znaleźć w zwykłym sklepie z mydłem i powidłem. Ostatni raz widziałam je kilka miesięcy temu w chińskim sklepie na Friedrichstrasse, nieopodal Mehringplatz.

Mandragory przez wieki były traktowane jako rośliny bardzo specjalne. Pojawiają się np. w Biblii. Przypomnę, że Jakub (ten, który kupił pierworództwo za miskę soczewicy) ma dwie żony, Leę i Rachelę, choć naprawdę kocha tylko Rachelę. Lea rodzi Jakubowi dzieci, Rachela jest bezpłodna. I oto czytamy w Księdze Rodzaju:

Pewnego razu Ruben, wyszedłszy na pole, gdy żęto pszenicę, znalazł mandragory i przyniósł je swej matce, Lei. 
Wtedy Rachela rzekła: «Daj mi mandragory syna twego». 
A na to Lea: «Czyż nie dość, że mi zabrałaś mego męża, i jeszcze chcesz zabrać mandragory mego syna?» Rachela zawołała: «Niechaj więc śpi z tobą tej nocy za mandragory twego syna!» 
A gdy Jakub wracał wieczorem z pola, wyszła Lea naprzeciw niego i rzekła: «Do mnie przyjdź, bo nabyłam cię za mandragory mego syna». I spał z nią owej nocy. 
Bóg zaś spełnił pragnienie Lei: poczęła i urodziła Jakubowi piątego syna.
Sennentuntschi z Vauco w Calancatal

W muzeum w szwajcarskim Chur znajduje się jedyna naprawdę znana figurka pasterskiej tuntschi. Muzeum zakupiło ją w roku 1978 od jednego z ostatnich pasterzy, wypasających swoje owce na hali Masciadon w Cauco. Lalka została wykonana z drewna i płótna i ma prawdziwe włosy. Ma jednak tylko 40 centymetrów, czyli była chyba raczej damą do towarzystwa niż obiektem seksualnym.

Wikipedia niemiecka twierdzi, że są dzieła sztuki, poruszające temat lalek pasterskich. Ciekawe, że są one jednak wszystkie stosunkowo świeżej daty. U Hansjörga Schneidera (1972), lalka została wykonana z butelki po winie, wideł, słomy i… sera. Sztuka wywołała oburzenie i na jakiś czas została nawet zdjęta z repertuarów teatralnych, gdyż opowiadała o tym, że to stosunek seksualny nadał słomianej kukle ludzką duszę! Ten sam temat pojawia się u innych szwajcarskich pisarzy, Josta Meiera (1982) i Felixa Mitterera (1986). Powstał też szwajcarski film artystyczny o lalce pasterskiej (Adrian Hess) i dwa filmy pełnometrażowe: fabularny Georga Tresslera, w którym lalka staje się sukkubem, czyli wcieleniem diabła i, również fabularny, Michaela Steinera, który wyświetlono podczas otwarcia festiwalu filmowego w Zurychu w roku 2010. Powstały opery, performance i kompozycje muzyczne. Jednak dopiero w ostatnich latach legenda o alpejskich tuntschi wyszła poza lokalny koloryt szwajcarski, pojawiła się kontrowersyjnej serii opowieści niesamowitych dla dzieci Kanadyjczyka Alvina Schwartzs jako jedna ze Scary Stories to Tell in the Dark.

Ostatnia linijka niemieckiego wpisu w Wikipedii brzmi tak:

2022: Empuzjon von Olga Tokarczuk

Pokolenie Solidarności (9)

Ewa Maria Slaska

Eli

Marzec (1968)

5 stycznia 1968 roku nastąpił przewrót w Czechosłowacji – na czele partii stanął Alexander Dubček. Nikt nie był w stanie przewidzieć, że był to początek poważnej próby zreformowania systemu, który z założenia był przecież niereformowalny. Niebawem działanie takie nader trafnie określono jako próbę stworzenia komunizmu z ludzkim obliczem.

Zimą 1967 roku wszedł na ekrany wyczekiwany od ponad dwóch lat film Beatlesów Help, który w Polsce nosił tytuł Na pomoc!

17 grudnia 1967 roku w Teatrze Narodowym w Warszawie odbyła się legendarna dziś premiera Dziadów w reżyserii Kazimierza Dejmka. W roli Gustawa-Konrada wystąpił Gustaw Holoubek. Zagrali też Kazimierz Wichniarz, Damian Damięcki, Lech Ordon, Jan Kobuszewski i Igor Śmiałowski. Wystawienie spotkało się z ostrą krytyką ze strony partii, która określiła je jako “antyradzieckie i religianckie”. Niemal natychmiast zaczęto wprowadzać restrykcje. Najpierw wolno było wystawiać Dziady tylko raz w tygodniu i ograniczono udział młodzieży szkolnej, potem spektakl zawieszono, aż wreszcie zdjęto z afisza. Ostatni raz zagrano Dziady 30 stycznia 1968 roku. Po przedstawieniu grupa około trzystu studentów zorganizowała demonstrację i z transparentem „Żądamy dalszych przedstawień” ruszyła pod pomnik Mickiewicza na Krakowskim Przedmieściu.

Milicja przepędziła demonstrantów pałkami i zatrzymała około 35 osób. Za poinformowanie o zajściach francuskich dziennikarzy Ministerstwo Oświaty i Szkolnictwa Wyższego skreśliło z listy studentów Uniwersytetu Warszawskiego Adama Michnika i Henryka Szlajfera.

Ciekawe, że w roku, gdy to piszę, 19 listopada 2021 roku, ponad 50 lat po tamtym przedstawieniu, w Teatrze im. Słowackiego w Krakowie znowu wystawiono Dziady. Reżyserka, Maria Kleczewska, zaprosiła na pogański obrządek na scenie wszelkiej maści nacjonalistów, którzy w Polsce coraz bardziej się panoszą i otrzymują wsparcie ze strony rządu i kleru. W nowym wystawieniu Konrad stał się Konradą i ewidentnie reprezentował(a) Strajk Kobiet, a szerzej – polski protest obywatelski. Na zasadzie uderz w stół, nożyce się odezwą, władze zareagowały i… odradziły publiczności, a zwłaszcza młodzieży szkolnej uczęszczanie na Dziady do teatru.

Ten Mickiewicz, no no…

Dziady anno domini 2021 będą przedstawieniem o Polsce, napisali twórcy spektaklu. Ten arcypolski dramat opowiada o naszej nieuświadomionej retrotopii, o nieumarłej przeszłości i jej nieumarłych upiorach. Społeczność krwawego obrzędu i konformistyczny salon to dwie twarze Polski. Dziś dwie Polski to nasza codzienność – dwa walczące przeciw sobie narody. Poeci stają pomiędzy walczącymi w bratobójczej walce stronami. Są samotni. Żadna ze stron nie potrzebuje Poetów. Jak w upiornym śnie, śnimy wciąż tę samą historię, przez co przegrywamy jako Ludzie. Polska konserwatywna chce zawłaszczyć Poetów. Zamknąć im usta. Chce związać im ciała, zabić ich Miłość. Chce zawłaszczyć narodową historię, napisać ją na nowo. Chce napisać historię sielską, bohaterską i niewinną. Można się udusić od tej niewinności. Polska salonu, konformistyczna, bez idei na przyszłość, chce jedynie dostatku i spokoju. Ten powtarzalny dramat zdaje się nie mieć końca. Dziś widać go wyraźnie. Jesteśmy nim oślepieni. Nie widząc rozwiązania. Głos Poety zabrzmi w tym świecie dobitnie i tragicznie. Z Bogiem lub choćby mimo Boga.

To było oczywiste wyzwanie. I oczywiste przywołanie duchów sprzed ponad pół wieku. Polska wstrzymała oddech, czekając na to, co się zdarzy, bo przecież wiemy, przecież wiemy bardzo dobrze, że wszystko zdarza się co najmniej dwa razy.

29 lutego 1968 roku, miesiąc po zdjęciu Dziadów, Związek Literatów Polskich uchwalił rezolucję, domagającą się przywrócenia swobód twórczych i zniesienia cenzury. W trakcie debaty Kisiel, czyli Stefan Kisielewski, prozaik, kompozytor, cięty publicysta użył sformułowania „dyktatura ciemniaków”, za co wkrótce, 11 marca, pobili go „nieznani sprawcy”. Kisiel zasłynął też innym trafnym stwierdzeniem – wiadomo, że jesteśmy w dupie, najgorsze jest jednak to, że zaczęliśmy się w niej urządzać.

8 marca 1968 roku studenci zapowiedzieli wiec w obronie usuniętych z uczelni Michnika i Szlajfera. Zanim do tego doszło władze aresztowały prewencyjnie Szlajfera, a także Seweryna Blumsztajna, Karola Modzelewskiego, Janka Lityńskiego i Jacka Kuronia.

Ileż to nazwisk opozycyjnych zgromadziło się w opisie wypadków zwanych marcowymi. Nie będę pisać o każdym z nich z osobna, bo to by rozsadziło ramy tej opowieści, poproszę więc czytelników, żeby mi uwierzyli lub sami sobie sprawdzili w sieci, jak dalece dzięki nim i ludziom takim jako oni, w tym również dzięki Stefanowi, Marzec stał się zalążkiem naszego rozumienia wolności. Po latach Stefan zabierze ze sobą do Stanów to wypracowane na dziedzińcach uniwersytetów, bite pałkami i zalewane strumieniami wody z armatek wodnych, poczucie, że wolność to prawo życia dla wolnych ludzi w wolnym kraju.

Studentów, którzy zgromadzili się na dziedzińcu Uniwersytetu Warszawskiego, brutalnie rozpędziły oddziały milicji, ORMO i grupy tak zwanego aktywu robotniczego, które wdarły się na teren Uniwersytetu. Wywołało to na innych uczelniach falę protestów, które jednak po kilu dniach wygasły. „Zdrowy trzon społeczeństwa” dawał im odpór na masówkach organizowanych w zakładach pracy, potępiając tzw. „bananową młodzież”.

Wtedy właśnie w protest studentów warszawskich, protest, który wpisał się w światowy nurt buntów na wyższych uczelniach Europy i Stanów Zjednoczonych, wplotły się elementy antysemickie. Nagle elementem życia politycznego PRL-u stała nagonka antyżydowska. „Cały naród” wiecował, a na wiecach pojawiły się hasła „Studenci do nauki”, „Pisarze do pióra” i „Syjoniści do Syjonu”. Był to odgórnie sterowany przekaz, zgodny z intencjami Gomułki, który zapoczątkował najpierw usuwanie Żydów z ważnych stanowisk partyjnych, a w konsekwencji również z instytucji państwowych, a potem ich masowy exodus. Wielu Polaków dopiero podczas czystek pomarcowych dowiedziało się, że są Żydami, czyli pochodzą z rodzin żydowskich. Przez poprzednie ćwierć wieku polscy Żydzi wprawdzie niechętnie się ujawniali i najczęściej zachowali po wojnie fałszywe dokumenty, jakich używali podczas okupacji, ale żyli w miarę spokojnie i nie byli prześladowani. Dlatego ich urodzone po wojnie dzieci mogły w ogóle nie wiedzieć, że mają żydowskie pochodzenie. Zdarzenia takie jak pogrom kielecki (4 lipca 1946) były raczej odosobnione. Rok 1968 był natomiast świadomie zorganizowaną nagonką, która tak naprawdę miała przede wszystkim służyć czystkom partyjnym. W PZPR starły się ze sobą dwie grupy, jedna umiarkowanie reformatorska i druga, potocznie zwana betonem, nacjonalistyczna i antyliberalna. Beton wygrał, a przy okazji Polska zaprezentowała światu wykrzywioną grymasem nienawiści gębę antysemity. Owoce tego zbieramy po dziś dzień, tak w Polsce, jak i na świecie.
Do końca 1969 roku z Polski wyrzucono, wygnano, wypędzono, pozbawiono ojczyzny (słowa były różne, ale wszystkie sięgały głęboko w przeszłość) 13 tysięcy Żydów.

Wtedy też mama Stefana i Marka powiedziała im, że jest Żydówką, co według przepisów halachy, czyli prawa żydowskiego, oznacza, że i oni obaj są Żydami.

– Mówię wam to z dwóch powodów, powiedziała. Po pierwsze, nie wiadomo i nic się nie da przewidzieć, ale może się zdarzyć, że ktoś to „odkryje”, zadenuncjuje nas, stracę pracę, możliwe, że tata też, może się też okazać, że „nie jesteście godni” i zostaniecie wyrzuceni ze studiów. Możliwe, że będziemy musieli wyjechać. To wszystko wcale nie musi nastąpić, ale jednak powinniście być na to przygotowani. Bardzo mi przykro i przepraszam.
– Bzdura, powiedział Marek, dlaczego ma ci być przykro i dlaczego przepraszasz?
– A drugi powód?, zapytał Stefan.
– A drugi jest odwrotnością pierwszego, powiedziała mama. Bo może chcielibyście skorzystać z okazji i wyjechać. Nie mówię tego chętnie i wszystko nam się bardzo pokomplikuje, jeśli będziecie chcieli, ale nie mogę odbierać wam takiej możliwości. Jesteśmy Żydami, czy nam się to podoba, czy nie, i niestety w każdym kraju może przyjść dla Żydów taka chwila, że będą musieli za to zapłacić. Ale być może akurat w tym wypadku okaże się to nawet korzystne.
– Zastanowię się, powiedział Marek, a Stefan wiedział, że Marek musi się naradzić ze swoją dziewczyną.

Wyciągnął się na krześle, jego długie nogi w błękitnych dżinsach (tym razem nie była to jego własna produkcja, lecz porządna para spodni, przywieziona przez ojca z Genewy), sięgnęły niemal do połowy pokoju. Ziewnął.

– Mnie to nie interesuje, powiedział. Bardzo mi się dobrze studiuje. Studenci na studia, a syjamiści do Syjamu.
– Syjonu, synu, poprawiła mama. Nie Syjamu.
– Haha, powiedział Stefan, przecież wiem. Podobno były takie transparenty na jakichś masówkach robotniczych. Coś się komuś pomieszało.
– To z tym nosorożcem w muzeum, zapytał Marek po dłuższej chwili milczenia, ty się tam ukrywałaś?
– Tak, ale nie tak jak myślisz. Nie przesiedziałam pięciu lat skulona w piwnicy. Po prostu wyjechałam z Warszawy, w Krakowie nikt nie wiedział, że jestem Żydówką, zmieniłam nazwisko, zataiłam, że mam studia i zatrudniono mnie w muzeum jako strażniczkę, czyli kobietę pilnującą sal wystawowych. Dostałam pokój, rzeczywiście w piwnicy, uśmiechnęła się mama, ale to nie była piwnica na kartofle, ale normalny pokój służbowy z małą łazienką, w której stał stolik z kuchennym palnikiem spirytusowym. Dało się ugotować wodę. Całkiem miłe mieszkanko.
– Na jakie nazwisko?, zapytał Stefan.
– Co? Pokój?
– No, nie, jak się wtedy nazywałaś?
– No tak jak potem, aż do ślubu z tatą, Damięcka.
– Czyli to jest tak naprawdę twoje zmienione nazwisko?
– Tak. Myśmy się nazywali Folbrodt.

Marek podszedł do mamy, zaczesał jej włosy do tyłu i uważnie ją obejrzał. Studiował archeologię i miał za sobą zajęcia z antropologii.

– No, ale nie masz tego żydowskiego nosa ani żydowskich uszu.
– Och, synu, westchnęła mama. My jesteśmy aszkenazi, mamy jasną cerę, ciemnoblond włosy i niebieskie albo zielone oczy. I nie musimy mieć żydowskiego nosa, a co do uszu, to już w ogóle to jest jakaś paranoja – podobno żydowskie nosy sięgają niżej niż uszy, a to chyba jest dość rzadkie.
– Mhm, powiedział Marek. Aszkenazi. Pewnie głównie tacy jak wy mogli podczas wojny uciec śmierci spod łopaty. Przetrwaliście, bo nie wyglądaliście jak Żydzi.
– Wy też nie wyglądacie.
– Ha, powiedział Stefan, ale my i tak obaj jesteśmy podobni do taty.

I to była prawda, obaj byli wysocy, barczyści, bardzo w stylu polsko-szlacheckim, mogliby grać Kmicica, gdyby włożyli kontusze i zapuścili sumiaste wąsy, które by mogli podkręcać.

– Nie bałaś się, że ktoś po wojnie odkryje, że masz sfałszowane papiery?, spytał Marek.
– One tak naprawdę nie były sfałszowane. Alina Damięcka zginęła z rodzicami i siostrą podczas kampanii wrześniowej. Podziemie zbierało dokumenty zabitych, zwłaszcza tych, którzy zginęli podczas ucieczki, czyli nie wiadomo było kim są i skąd uciekają.
– I dlaczego akurat ty je dostałaś?
– Bo, powiedziała mama i zamilkła. Bo… Tak się złożyło. Bo mój tata był człowiekiem, który świetnie podrabiał dokumenty. Te cztery polskie dowody osobiste to było jego honorarium.
– To masz też inną datę urodzenia, powiedział Marek.
– To też, jestem naprawdę trochę starsza, ale niewiele, dwa lata i dwa miesiące.
– To kim byli dziadek i babcia Damięccy?
– Waszymi prawdziwymi dziadkami.
– I Karusia też jest twoją prawdziwą ciocią, tak?
– Tak.
– A wtedy już było podziemie? spytał Stefan.
– Tak, zawsze, w każdym kraju dręczonym przez historię, są ludzie, którzy od pierwszej minuty wojny wiedzą, co trzeba robić i jak budować konspirację. W czasie każdej wojny się to robi i zawsze są ci, co od razu wiedzą i robią to, co trzeba.

Po tygodniu Marek powiedział im, że przemyślał sprawę i zadecydował, że nie chce teraz jeszcze wyjeżdżać. Bo właściwie to nawet chętnie, ale chciałby skończyć studia i może też zrobić doktorat. I chyba nie musi niczego poganiać, bo przecież jest archeologiem, a każdy archeolog prędzej czy później wyjedzie na jakieś wykopaliska.

Ciekawe, że potem życie ułożyło się na odwrót. Marek, który rozmyślał o wyjeździe, został, a Stefan, który wyjeżdżać nie chciał – wyjechał.

Ponieważ zatem sami nie podjęli decyzji o wyjeździe, a nikt ich nie „odkrył”, to nie wyjechali, ale naokoło mnóstwo znajomych szykowało się do wyjazdu albo już pojechało.

Stefan studiował matematykę w Warszawie i bardziej zdziwiony niż wstrząśnięty odprowadzał kolejnych znajomych na dworzec. Odjeżdżali z Dworca Gdańskiego wieczornym pociągiem do Wiednia. W wolnej już Posce, w roku 1998, na ścianie dworca umieszczono tablicę ze zdaniem polsko-żydowskiego pisarza, Henryka Grynberga: „tu więcej zostawili po sobie niż mieli”. Dziwne zdanie, paradoksalne. Nigdy się nad nim specjalnie nie zastanawiałam, wiedziałam – to tablica o tych, co wyjechali. Wyjechali, zabierając mało rzeczy, wiadomo, emigracja. Dopiero teraz, pisząc to, co piszę, naprawdę widzę to zdanie, jego sens i rozpacz, jaka z niego przebija.

Ilekroć myślę o wypadkach marcowych, nieuchronnie przypomina mi się historia o Arnoldzie Słuckim, poecie żydowskim, być może gdzieś cytowana, ale nie wiem, bo może to tylko jedna z legend założycielskich.

Józef Prutkowski, pisarz, pędzi, żeby pożegnać Słuckiego, wbiega na schody Dworca Gdańskiego. Jest spóźniony, biegnie i w biegu woła do kogoś, “z którego peronu odchodzi pociąg do Auschwitz?”

W Warszawie poeta nie był specjalnie lubiany czy szanowany. Słynny polski futurysta, Aleksander Wat (też Żyd i pisarz), miał o nim mówić “ten poeta chasyd”, a Antoni Słonimski (jak wyżej) – „Słucki, Żyd stepowy”. Nazywał się Aron Kreiner, dopiero podczas wojny przyjął polskie imię i nazwisko. Nota bene Wat i Słonimski to też nie były żydowskie nazwiska rodowe, choć zostały zmienione w różnych czasach. Wat nazywał się po ojcu Chwat, natomiast Słonimscy już od trzech pokoleń nosili polskie nazwisko, a pradziadek nazywał się Stern.
Słucki, od wczesnej młodości zapamiętale lewicowy, siłą rzeczy uważany był za poetę partyjnego, ale w roku 1966 roku podpisał list protestacyjny przeciw wyrzuceniu filozofa i pisarza, Leszka Kołakowskiego z partii, a w lutym 1968 kolejny list protestacyjny, tym razem w opisanej już tu sprawie zdjęcia Dziadów z repertuaru. Jak wszyscy świadomi Żydzi polscy tragicznie przeżył wypadki marcowe. Wyjechał we wrześniu 1968 roku. Pojechał do Izraela, jednak już w roku 1970 wrócił do Europy – do Niemiec Zachodnich, a dokładniej – do Bonn i Berlina. Był ciężko chory (“serce, płuca”, napisze w jednym z listów) i tak naprawdę większość czasu spędzał w sanatoriach. Krótko przed śmiercią w liście do przyjaciela, poety Jerzego Ficowskiego napisał: (…) niewiele zmieniłem się, przybyło mi tylko (jak wszystkim jeszcze żyjącym) parę lat i dużo rozczarowań. Z nich się przecież lepi to ciasto, które innym rośnie na pośmiertne podziwy. Żył w skrajnej nędzy. Zmarł 15 listopada 1972 roku w Berlinie. Pochowano go na cmentarzu Ruhleben.

Zawsze mi się serce ściska, jak myślę o Słuckim. O tym młodym poecie na pograniczu polskości i żydostwa, o tym człowieku, który przeżył wojnę, a komunizm, który miał mu być wiarą, nadzieją i miłością, okazał się reżimem i wrogiem, o tym mężczyźnie wyjeżdżającym do Wiednia jak do Auschwitz, i wreszcie o chorym i cierpiącym biedę poecie polskim w Berlinie. I tyle zostaje – napis na berlińskim grobie: poeta polski.

Viktoria Korb była w roku 1968 studentką ekonomii. Też mieszkała w Berlinie. Napisała powieść Ni pies, ni wydra, zbeletryzowany pamiętnik o tamtych czasach, ale nie jest to książka śmiertelnie poważna, jak zazwyczaj pisze się o wielkich wypadkach historycznych. Korb pokazuje euforię, tak typową dla wspólnych działań „rewolucyjnych” i opisuje imprezowe życie studenckie, którym wstrząsnął terror bezpieki. Studenci zostali nagle skonfrontowani z „prawdziwym życiem”. Ponieważ donosiciele nie próżnowali, władze miały dość dobry wgląd w to, kto wspierał rozruchy marcowe i w to, kto jest pochodzenia żydowskiego. Wzywano ich na przesłuchania, niektórzy wychodzili z nich obronną ręką, innych relegowano z uczelni, najbardziej niepokornych chłopców wcielano do wojska. Studentkę Korb oskarżono o wichrzycielstwo i choć sprawę umorzono, szykany doprowadziły do wyjazdu całej rodziny do Wiednia.

Niewielka grupa polskich Żydów, którzy ocaleli z Holokaustu, boleśnie przeżyła dramat wygnania z kraju. Ale jak to w komunie bywa – równolegle do szykan, usuwania Żydów ze stanowisk i przymuszania ich do wyjazdu, zaczął się proces załatwiania na lewo sfałszowanych lub kupionych “papierów żydowskich”, które przez krótki okres umożliwiały legalny wyjazd za granicę. Tak jak zawsze, zapewne nie tylko w Polsce, ale wszędzie w krajach, z których ludzie chcą wyjechać na stałe, a władza im to uniemożliwia. W Polsce Ludowej taka sytuacja zdarzyła się kilkakrotnie. Po raz pierwszy po roku 1956, kiedy obrotni obywatele PRL załatwiali sobie na lewo papiery, że są Niemcami. Potem właśnie po Marcu 1968 roku i wreszcie po wprowadzeniu stanu wojennego w grudniu 1981 roku. Komuna próbowała się pozbyć opozycjonistów, ale jednocześnie wyjeżdżali ci, którzy albo zorganizowali sobie sfałszowane papiery opozycyjne, albo wręcz podejmowali jakąś działalność, celowo wystawiając się na demaskację, po to by wyjechać.

Do tego jeszcze w pewnym momencie Komuna, żeby zdeprecjonować wiarygodność opozycjonistów-emigrantów, wysłała na Zachód sporo drobnych złodziejaszków. Zwykle mieli oni do odsiadki jakieś nieduże wyroki – wyjeżdżali zaopatrywani przez ubecję w zaświadczenia o odsiadce w więzieniu, co ułatwiało uzyskanie azylu politycznego w Niemczech.

Nie był to jednak koniec historycznych wydarzeń w Polsce w roku 1968, bo w nocy 21 sierpnia wojska Układu Warszawskiego, w tym również wojsko polskie, weszły do Czechosłowacji, żeby stłumić tę z góry przegraną wschodnioeuropejską walkę o socjalizm z ludzkim obliczem. Czesi straszliwie przeżyli stłumienie Praskiej Wiosny przez bratnie wojska i też nam to do dziś pamiętają.

Było jeszcze jedno zdarzenie polityczne, którego jednak nikt właściwie nie pamięta. 8 września, podczas uroczystości dożynkowych na Stadionie Dziesięciolecia, Ryszard Siwiec dokonał samospalenia w proteście przeciwko inwazji na Czechosłowację. Ten heroiczny gest zawisł w próżni, a to dlatego, że wiadomość nie przedostała się do opinii publicznej. Było to dziwne, bo na stadionie było wtedy sto tysięcy ludzi. I te sto tysięcy ludzi milczało.

Ale sprawa Siwca nie zniknęła bez śladu. Dziesięć lat później niepokorny pisarz, Tadusz Konwicki, opublikował w podziemnym wydawnictwie Niezależna Oficyna Wydawnicza legendarną książkę, zatytułowaną Mała Apokalipsa. Była to najważniejsza książka opublikowana w PRL-u w drugim obiegu, czyli w podziemiu. Była zaciekle konfiskowana przez bezpiekę i stała się wielkim bestsellerem czytelniczym Wolnej Polski. Kiedy ukazało się pierwsze oficjalne wydanie Apokalipsy, na jednej ze stołecznych ulic sprzedawano ją wprost z ciężarówki. W ciągu jednego dnia warszawiacy kupili pięć tysięcy egzemplarzy, napisał Maciej Hen w książce Beatlesi w Polsce.

Bohater jest starszym już panem, pisarzem. Ongiś był przedstawicielem socrealizmu, ale te czasy minęły, usunął się, nie interesuje go polityka. Jednak w obliczu aktualnych zdarzeń historycznych – Polska Ludowa właśnie została włączona do Sowietów – jest sympatykiem opozycji, choć trzyma się dość daleko od aktywnych działań. Tym niemniej to właśnie on otrzymuje propozycję popełnienia samobójstwa przez samospalenie w proteście przeciwko aneksji. Tak to ten pozornie nadaremny czyn Siwca okazał się nie nadaremny, stając się materiałem pisarskim, tworzącym legendę. Apokalipsa stała się częścią ważnego mitu Wolnej Polski, mitu w którym wszyscy byliśmy opozycjonistami. Nie był to mit nowy, był naturalnym przedłużeniem peerelowskiej narracji, o tym że wszyscy walczyliśmy z okupantem i jeszcze starszej – o tym, że każdy Polak czynnie stawiał opór zaborcy. Nieomal na marginesie mit ten utwierdzał nas też w poczuciu, że wszyscy jesteśmy potomkami szlachty.

Dlatego taki dziwny i bolesny jest dla Polaków ich nowy wizerunek. Nagle ci światli rewolucjoniści szlacheccy dowiedzieli się, że pochodzą od niewykształconych chłopskich ksenofobów i antysemitów, że wiodą ród z ciemnej masy chłopstwa, potomków niewolników, pańszczyźnianych chłopów, ciemiężonych przez okrutnego pana.

Ponieważ historia się powtarza, powtórzyło się też nadaremne samospalenie. 19 października 2017 roku w Warszawie przed Pałacem Kultury chemik Piotr Szczęsny dokonał aktu demonstracyjnego samopodpalenia się w proteście przeciwko polityce Prawa i Sprawiedliwości, przeciwko rasizmowi, seksizmowi i homofobii naszego współczesnego życia społecznego.


Wiele informacji zawartych w tym rozdziale zawdzięczam wspomnieniom Wiktorii Korb, książce Macieja Hena i wpisom Zbigniewa Milewicza. Wszystkim autorom bardzo dziękuję.

9-Euro-Ticket (4)

Ewa Maria Slaska

Minął miesiąc od wprowadzenia biletu za 9 euro w niemieckiej komunikacji lokalnej i regionalnej. Jak dotąd, tak mi się przynajmniej wydaje, ocena tej innowacji jest raczej pozytywna. Nie spełniły się najczarniejsze wizje z mediów społecznościowych, zapowiadających tłumy w pociągach i autobusach. Podobno jeden z systemów badających natężenie ruchu kołowego na drogach w Niemczech odnotował spadek ilości samochodów o ok. jedną trzecią. Podobno wszyscy Polacy, którzy skomentowali tę wzmiankę, jednomyślnie wydali opinię, że to nieprawda. Podobno ktoś rozważał wprowadzenie jeszcze tańszych biletów, tzw. biletów za jedno euro. Podobno…

“Klimatyczna podróż”

W ostatni piątek, 1 lipca, pojechaliśmy z Konradem do Szczecina, ponieważ Konrad musiał przedłużyć ważność tzw. EKUZ, czyli międzynarodowej karty ubezpieczenia zdrowotnego. Trzeba to było robić w piątek, bo w poniedziałek trzeba ją było przedłożyć u lekarza.

Najpierw jednak chcieliśmy odebrać “leki z apteki”. Mieliśmy przyjść o 9.30, pociąg odjeżdżał o 11.30. Masa czasu. Byliśmy w aptece już o 9.15. Leków nie było. Nie szkodzi, powiedzieliśmy, poczekamy. Usiedliśmy i zaczęliśmy czekać. I czekać. I czekać. Wetknęliśmy nosy w komórki. O 9.45 dostaliśmy po kubeczku wody. O 10.00 aptekarz powiedział, że nie wie, co się dzieje. O 10.05 jego koleżanka powiedziała, że zadzwonią. O 10.15 dowiedzieliśmy się, że są korki i transport stoi. O 10.20 okazało się, że jest strajk klimatyczny i dlatego są korki, i transport stoi. O 10.25 dowiedzieliśmy się, że to potrwa, nie wiadomo jak długo. O 10.30 radosny pan transporter pogwizdując wszedł do apteki. O 10.40 dostaliśmy leki, pociąg nadal jednak odjeżdżał o 11.30. I czasu nie było już w ogóle. A musieliśmy jechać TYM pociągiem, bo urząd urzęduje w piątki tylko do 16.

Zdążyliśmy na pociąg, zdążyliśmy nawet kupić kawę w papierowych kubeczkach oraz kanapkę na tekturce i w torebce. Od rana zdążyliśmy więc nie tylko na pociąg, ale i popełnić sześć grzechów ekologicznych.

Do Szczecina dojechaliśmy dwoma pociągami z przesiadką w Angermünde. W obu pociągach było OK, może nie było luzu, ale każdy miał miejsce. Pociągi dojechały na czas, i na przesiadkę, i do Szczecina.

W Szczecinie byliśmy o 14, urząd urzęduje do 16. Masa czasu. Autobus sprzed dworca nie odjeżdża, bo jest remont. Mamy iść na Plac Tobrucki i na Niemcewicza przesiąść się na tramwaj. Plac jest wielki, na szczęście widzimy, jak nasz autobus podjeżdża i ucieka nam sprzed nosa. Stąd wiemy, gdzie jest przystanek. Siadamy i czekamy. Jest godzina 14.20. Przyjeżdża komunikacja zastępcza. Kierowca nie sprzedaje biletów. Na następnym przystanku wysiadamy (jest 14.30) i idziemy przed siebie, szukając kiosku. Znajdujemy, kupujemy, przyjeżdża komunikacja zastępcza. Wsiadamy, jedziemy, kasowniki biletowe nie działają, nie ma informacji o nazwach przystanków. Jakaś pani mówi innej pani, że trzeba wysiąść na placu Rodła i przesiąść się na tramwaj. Geniusz na nas spływa i pytamy, czy pani sądzi, że my też mamy wysiąść. Tak, mamy. Musimy iść na tramwaj, który jest… tam.

Jest godzina 14.40. Wysiadamy i dokładnie w tym momencie zaczyna się oberwanie chmury. Zrywa się wicher, walą pioruny. Mamy parasol, ale to przyjemna fikcja. W ciągu sekundy jesteśmy mokrzy do głębi wszystkich siedmiu warstw skóry. O koszulkach, butach, majtkach, sukience w ogóle nie warto wspominać. Chronimy się w salonie piękności. Woda leje się z nas strumieniami. Uber nie działa. Bolt nie działa. Telefon do zamawiania taksówek nie działa. Musimy iść na komunikację miejską. Dobiegamy do dworca autobusowego, ale żaden z autobusów nie jedzie tam, dokąd my chcemy jechać. Chłopak z czynną komórką mówi nam, że o 14:56 mamy tramwaj. Musimy biec na tramwaj, który jest… tam. Pędzimy, chowając się pod parasolem. Po co? Bo nie mamy czasu na myślenie. Znajdujemy przystanek. Jest 14.55. To przystanek w przeciwnym kierunku. Nasz jest… tam. Pędzimy tam i oto nagle jest puściutki przystanek. Jest godzina 15.00. Wciąż leje, ale przecież człowiek kompletnie przemoczony nie może już bardziej przemoknąć. Przychodzi starsza pani, mówimy jej, że wg rozkładu jazdy tramwaj przyjedzie za 6 minut, a ona macha ręką i mówi, ach, one i tak jeżdżą jak same chcą. Stoimy chwilę i oto nagle o 15.03 przyjeżdża tramwaj. Czy to ten poprzedni, który się spóźnił, czy następny o kilka minut za wcześnie? Jedziemy. Jest 15.20, gdy dojeżdżamy na nasz przystanek. Leje, chlusta wiadrami wody, wicher wieje, pioruny walą, po ulicy szerokiej jak rzeka płynie rzeka. Musimy przejść sto metrów. Uprzejma komórka informuje nas, że zajmie nam to minutę. Idziemy pod wiatr, pokonując metr mokrej przestrzeni na minutę.

https://szczecin.naszemiasto.pl/ulewa-w-szczecinie-i-regionie-powtorka-w-powodzi-40-lecia/ga/c1-8891963/zd/73176199

O 15.30 wpadamy do urzędu. Woda leje się z nas strumieniami i spływa po schodach do piwnicy. Przemiła szczuplutka starsza pani recepcjonistka, podaje nam ręczniki papierowe do wytarcia się. O 15.35 Konrad mokry jak pstrąg w strumieniu górskim wypełnia podanie, o 15.36 podchodzi do okienka z mokrym świstkiem, o 15.37 dostaje potrzebny dokument.

Teraz już tylko tramwaj w drugą stronę. Deszcz prawie ustał. Jedziemy na słynny szczeciński Manhattan. Sklep z bielizną, sklep z ciuchami, lumpex, restauracja, sikalnia, autobus, znowu nie mamy biletów, ale jest po 18, można kupić bilety u kierowcy. O 18.30 jesteśmy na dworcu, zamawiamy pasztecik szczeciński (bo jak by to było, być w Szczecinie po raz pierwszy i nie zjeść pasztecika!?). Pociąg o 19.01 do Pasewalku ma spóźnienie (no, bo oberwanie chmury i katastrofa jak ulewa stulecia przed 40 laty), czy więc zdążymy na przesiadkę, bo mamy tam tylko 4 minuty? Konduktor każe nam wsiadać i mówi, że jakoś sobie poradzimy i nie jesteśmy sami.

Zdążyliśmy.

Byliśmy 13 godzin w podróży, po to, by w ciągu 2 minut załatwić sprawę w urzędzie.

Fantastyczna klimatyczna podróż za 9 euro!

Zdjęcie: Konrad Kozaczek

Pokolenie Solidarności (8)

Ewa Maria Slaska

Eli

Stonsi” (1967)

Bunt niewolników Stalina zaczął się już w czerwcu roku 1953 w NRD, ale został tak szybko i tak krwawo stłumiony przez stacjonującą w Berlinie Wschodnim Armię Sowiecką, że przez prawie 40 lat Niemcom zza Żelaznej Kurtyny trudno było wręcz oddychać. Do pozostałych krajów Bloku wieść o buncie w ogóle nie dotarła.

W Polsce i na Węgrzech rewolta zaczęła się dopiero trzy lata później, w 1956 roku w Poznaniu, Warszawie i Budapeszcie. Polska rewolucja w czerwcu pociągnęła za sobą krwawe ofiary, ale jej druga fala w październiku zakończyła się zwycięstwem. Do władzy doszedł zwolniony już dwa lata wcześniej ze stalinowskiego więzienia, a teraz rehabilitowany, „towarzysz Wiesław”, czyli Władysław Gomułka. Polakom się nadzwyczajnie wręcz udało, bo w tym samym czasie, jesienią 1956 roku krwawo zostało zmiażdżone powstanie na Węgrzech. Dlaczego tak się stało, to pytanie dla historyków. Basia i Stefan byli za mali, żeby w ogóle cokolwiek wiedzieć, choć akurat przez przypadek oboje widzieli przez okno czołgi nadciągające nocą do miasta. Był październik. Stefan był w trzeciej klasie szkoły podstawowej, Basia właśnie poszła do pierwszej klasy.

Z tego przełomowego roku Stefan zapamiętał, że jego mama zaczęła wiązać włosy w koński ogon i nosić czerwoną sztruksową spódnicę, która, gdyby chłopak w ogóle chciał się nad tym zastanowić, wyglądała jak odwrócony kieliszek do wina. Do spódnicy mama wkładała czarny obcisły sweterek z łódkowatym dekoltem, a na nogach miała trumniaki, czyli powycinane tenisówki, pomalowane tuszem na czarno. Ich nazwa brała się stąd, że cokolwiek się miało na nogach jako dziewczyna w latach 50, musiało być leciutkie, płaskie i czarne, przypominać więc buciki wkładane nieboszczykom do trumny. Prawdziwe trumniaki, te do trumny, były z tektury, trzeba więc było wykazać dużą pomysłowość, żeby móc zabłysnąć na prywatce lub studniówce delikatnym czarnym pantofelkiem. Dziewczyny, które w drugiej połowie lat 70 chodziły na potańcówki, wspominają, że jeśli but był dziurawy, malowało się odpowiednie miejsca na stopie czarnym atramentem.

Stefan oczywiście nie zwróciłby na to wszystko uwagi, gdyby nie fakt, że było to tak inne od tego, jak mama wyglądała przedtem i od tego, jak nadal wyglądały ciocie, nauczycielki i sąsiadki. Rodzice i ich znajomi zaczęli słuchać głośnej muzyki i tańczyć taniec, na który właściwie w mieszkaniu nie było miejsca. Mężczyzna i kobieta trzymali się za wyciągnięte ręce i bardzo szybko nimi szarpali w przód i w tył. Gdy wieczorem zeszło się kilkoro przyjaciół rodziców i zaczynało się hałaśliwe przesuwanie mebli pod ścianę, Stefan i Marek wymykali się ze swojego pokoju (wówczas mieli jeszcze jeden wspólny pokój) i próbowali przez uchylone drzwi zobaczyć choć odrobinkę tego nieznanego świata, w którym mama, tata i inni dorośli wcale nie byli tacy sztywni i surowi, jak to się wydawało w ciągu dnia.

Idolem pokolenia ich rodziców był Neil Sedaka, sentymentalny piosenkarz, którego potem się w ogóle nie słuchało, ale w drugiej połowie lat pięćdziesiątych był po prostu objawieniem (bo w końcu rodzice byli jeszcze młodzi i też mieli prawo do artystycznych objawień i wolnościowych zachłyśnięć).

Dzięki temu, że rodzice Stefana słuchali jazzu i tańczyli „rockendrolla”, on i jego brat, następne pokolenie, mieli łatwiej niż większość kolegów, a chociaż chłopakom było ciężko walczyć o swoje prawa, ich problemy to było małe piwo w porównaniu z tym, jak trudno miały ich koleżanki. Polska wciąż jeszcze była krajem bardzo tradycyjnym i dziewczynki „trzymało się” zdecydowanie krócej niż chłopców. Sytuacja Basi była właściwie katastrofalna, bo mama Basi zaszła w ciążę zaraz po pierwszej potańcówce, kiedy po raz pierwszy miała seks z chłopakiem, brała ślub w pośpiechu i urodziła Asię, starszą siostrę Basi, zanim skończyła 16 lat, wiedziała zatem, czym pachną tańce, zabawy, szwendanie się z chłopakami i strojenie się. W życiorysie mamy nie było miejsca na wychowanie antyautorytarne, czy na Presleya, a Basia nie mogła dostać zgody na noszenie minispódniczki, rajstop i czarnego golfika. Nawet uczesanie się w gładki czarny hełm natapirowanych włosów, ze szpicami na policzkach i grzywką do brwi nie było proste, a zielono-czarny ciężki makijaż oczu Basia umiała zrobić po ciemku i bez lusterka na klatce schodowej. Tam też zdejmowała ciepłe majtki, bez których dziewczynki i dziewczyny w PRL-u nie mogły wyjść zimą z domu. Ciepłe majtki były zmorą, zmorą pokolenia dziewczyn urodzonych na przełomie lat 40. i 50. Były tak ohydne, że po prostu nie dało się ich nosić, szaroburoróżowe, szerokie, z grubego materiału, szorstkie i zawsze spadały. Zdejmowało się je na półpiętrze, zwijało w kłębek i upychało w tornistrze, co jednak było ryzykowne, bo ktoś mógłby je w szkole zobaczyć. Ale na klatce nie bardzo było gdzie je schować. W końcu Basia nauczyła się, że najlepiej pobiec prędko do piwnicy i schować je na półce z tyłu za słoikami weków, głęboko, tak żeby mama lub tata, gdyby akurat przyszli do piwnicy po wiaderko ziemniaków lub kompot na obiad, na pewno ich nie znaleźli. Na szczęście w szufladzie w kuchni było kilka kluczy do kłódki i Basia mogła sobie niepostrzeżenie przywłaszczyć jeden. W piwnicy było wstrętnie, śmierdzało gnijącymi kartoflami i sikami dzikich kotów, które dostawały się tu przez od zawsze stłuczone okienko. Nie było światła, trzeba było zapalić stojącą na parapecie świeczkę, ale nie zawsze zapałki chciały się zapalić, wtedy ukrywanie majtek było jeszcze trudniejsze, bo mogło się zdarzyć, że po omacku dotknie się ręką czegoś wstrętnego, na przykład zdechłego szczura. Wprawdzie nic takiego nigdy się nie zdarzyło, ale już sama myśl o tym przyprawiała Basię o dreszcze. Po szkole trzeba tu było wrócić, zabrać majtki i włożyć, bo mama nie była głupia i mogła sprawdzić, czy Basia ma te diabelne gacie na sobie. Jeszcze gorzej było podczas okresu. Krew się lała, a twarda lignina, której najczęściej dziewczyny używały z braku podpasek, źle ją wchłaniała. Mogła też wypaść ze zwykłych majtek, co znaczyło, że siłą rzeczy zimą w dni, kiedy miała okres, Basia musiała iść do szkoły w tych cholernych galotach. A Basia miała okres często, czasem nawet co trzy tygodnie, i trwał on zawsze długo. To, że bolał ją przy tym brzuch, było właściwie najmniejszym problemem.

Pod koniec liceum Magda, koleżanka Basi, z którą od trzech lat siedziały w jednej ławce, pokazała Basi ciepłe majtki, które jej z Zachodu przywiózł tata, pływający na statkach handlowych jako mechanik. Majtki były czarne, obcisłe, w drobne niebieskie kwiatki.

– O matko, jęknęła Basia.
– Oni tam mają wszystko, powiedziała Magda.
Magda nosiła te majtki tak, że brzeżek wystawał spod krótkiej spódniczki, żeby je pokazać! A Basia pomyślała, że kiedyś i ona tak będzie żyła, będzie miała wszystko, również takie cudowne ciepłe majtki w kwiatki.

W tych warunkach Basia jako młoda dziewczyna nie bardzo umiała sobie wyobrazić, że jej rówieśnicy na Zachodzie określają czas swojej nastoletniej młodości słowami sex, drugs and rock’n’roll. To było za mocne dla dziewczyny wyrastającej w przaśnym i pruderyjnym PRL-u. Ci młodzi ludzie na Zachodzie wiedzieli, że chcą wycisnąć z życia maksimum przyjemności i wykorzystać wszystkie okazje, jakie im się nadarzą. Okres licealny Basi i Stefana nie był tak wyrazisty jak subkultura młodzieżowa na Zachodzie. Ich młodość nazywała się raczej „wolna chata, jabol i pocztówka dźwiękowa”. Ale to nie była ich wina, taka po prostu była Polska. Wszystko się rozłaziło w szwach. W Polsce reżim tak samo tracił kontury i ostrość, jak bunt nastolatków. Gazety rozpisywały się o tym, że do Polski dotarła fala rewolucji seksualnej, że był seks przedmałżeński, pozamałżeński, a nawet niekiedy (podobno) grupowy, ale tak naprawdę w Polsce szybko brało się ślub, a pierwsze dziecko niemal zawsze było wcześniakiem.

Za czasów, kiedy oni byli w liceum, narkotyków jeszcze nie było, Basia i Stefan byli już małżeństwem i mieli dziecko, gdy w polskiej subkulturze pojawił się tak zwany kompot. Basia coś niecoś o tym wiedziała, bo jej dwaj kuzyni z Żukowa zajmowali się zarobkowo produkcją kompotu. Od nich dowiedziała się, że kompot nazywany jest polską heroiną, i że to koledzy kuzynó, , dwóch chłopaków, studenci chemii z Politechniki Gdańskiej opracowali recepturę. Był rok 1976. Wymyślili metodę na zdobycie taniego i skutecznego narkotyku, takiego, który w prosty sposób dało się zrobić samemu w domu. Wystarczyło mieć słomę makową, butlę octu, amoniak, sól kuchenną i kilka innych, ogólnie dostępnych odczynników chemicznych. Kompot składał się z alkaloidów opium, a produkowany domowym sposobem był bardzo zanieczyszczony. Była to gorzka, brązowa ciecz o ciężkim, słodkim zapachu. Produkcja wymagała niewielkiego nakładu pracy. Kompot był tani i łatwy do dostania.

Twórcy kompotu byli bardzo zdolni i świetnie się zapowiadali jako chemicy. Chcieli zostać wybitnymi naukowcami, a przeszli do historii jako anonimowi twórcy kompotu. Ich odkrycie zapoczątkowało olbrzymi wzrost liczby osób uzależnionych od narkotyków, najpierw w Polsce, a potem w całym Bloku Wschodnim.

Kompot wstrzykiwało się do żył. Basia zawsze myślała, że ci, co to robią, muszą być zdrowo rąbnięci. Jak można wstrzykiwać sobie takie brudne świństwo. Miała rację, obaj jej kuzyni, jeden pod drugim w przeciągu czterech lat umarli i choć oczywiście przyczyną był kompot, umarli nie z przedawkowania opiatów, tylko przez ogólne rozległe zakażenie krwi w organizmie, czyli sepsę.

Chyba wtedy Basia po raz pierwszy pomyślała, że każdy umiera tak jak żyje.

Dopiero w latach 90 kompot został w Polsce wyparty przez heroinę, która była czystsza, ale czy lepsza?

Na Zachodzie po narkotykach muzycy dopuszczali się ekscesów, w Polsce narkotyków było mało, ekscesy głównie polegały na tym, że ktoś się upił i coś się potłukło. Nadmiar energii młodych ludzi wyładowywał się w działalności opozycyjnej. I choć Zachód i Wschód jednakowo żył muzyką, to jednak po obu stronach granicy “pomiędzy” wszystko było inne. Gdy „Stonsi” głosili pochwałę seksu i narkotyków, Karin Stanek, która oczywiście była cudowna, śpiewała o dżinsach-spodniach i jeżdżeniu autostopem, Helena Majdaniec o rudym rydzu, a Kasia Sobczyk o tym, że biedroneczki są w kropeczki.

12 listopada 1965 roku w Hali Stoczni Gdańskiej wystąpił zespół The Animals. To była najwspanialsza grupa światowej muzyki młodzieżowej, jaka za czasów Komuny wystąpiła w Gdańsku. Jeszcze wiele lat później mówiło się w Gdańsku, że koncert „Animalsów” przygotował tych, którzy w roku 1968 jako studenci protestowali na Politechnice Gdańskiej, co niemal obowiązkowo oznaczało również, że byli po kolejnych 12 latach aktywnymi uczestnikami strajków na Stoczni Gdańskiej imienia Lenina w Sierpniu 1980 roku.

Tak jak w Chinach w roku 1981 pięć koncertów Jeana Michela Jarre’a przygotowało Chińczyków do nowych reguł politycznych i prób odejścia, przynajmniej na jakiś czas, od terroru komunistycznego, tak „Animalsi” na pewno stali się zaczynem nowej świadomości młodych ludzi w Polsce.

Z Gdańska „Animalsi” pojechali do Krakowa, gdzie zagrali w Hali Wisły, a 16 listopada wystąpili w Sali Kongresowej w Pałacu Kultury w Warszawie. Te koncerty właściwie nie miałyby sobie równych w całym PRL-u, gdyby nie słynny koncert „Rolling Stonsów” również w Sali Kongresowej w dwa lata później, 13 kwietnia 1967 roku. Wszyscy są zdania, że było to wydarzenie historyczne i na pewno było. Ten koncert przybrał w wewnętrznych mapach mentalnych ludzi mojego pokolenia mniej więcej taką rolę, jak przybycie pierwszych uciekinierów z Anglii do Ameryki na statku Mayflower. Jak w USA każdy, kto się liczy, chce być potomkiem pierwszych przybyszów, tak w Polsce zasadniczo każdy był na koncercie w Warszawie i wstyd jest powiedzieć, że się nie było. Sala Kongresowa obliczona była na 2,5 tysiąca miejsc, na widowni było jednak pięć tysięcy osób. Dużo, znacznie więcej niż było możliwe. Ale jednak nie było tam miejsca dla 50 tysięcy, czy 500 tysięcy, które się dziś przyznają do udziału w tym wydarzeniu. Wszyscy tak bardzo chcieli być na koncercie „Rolling Stonsów”, że w gruncie rzeczy mieli prawo opowiadać, że tam byli. Bo było to intensywne chcenie, a jego znaczenie było symboliczne. Stefan też chciał. Basia nie, Basia wolała Aznavoura. Ale na „Animalsach” byli oboje, choć oczywiście nie razem. Stefan kręcił marynarką nad głową, a Basia piszczała. Oboje byli bardzo w stylu epoki. Dokładnie tacy sami, jak wszyscy inni młodzi ludzie z ich pokolenia.

Przyjazd „Stonsów” do Warszawy zelektryzował cały kraj. Wszystkie oficjalne bilety do Sali Kongresowej zostały rozprowadzone pomiędzy członków partii, ale to przecież nie znaczy, że tylko komuchy były na widowni, bo bilety dostały też siostrzenica woźnego z Domu Partii i wnuk zastępcy Sekretarza Partii. Każdy mógł się dostać, jeśli miał szczęście i nikt nie mógł wejść, choć by mu się nie wiem jak należało. Wszystko było grą przypadku, również dla prawdziwych fanów. Ale młodzi ludzie koniecznie chcieli zobaczyć „Stonsów”. Tysiące próbowały sforsować wejście do pałacu. Wezwano do pomocy oddział konny milicji i wozy opancerzone, wyposażone w gaz łzawiący i armatki wodne.

Koncert według wielu relacji nie należał do udanych – głównie przez fatalną akustykę Sali Kongresowej oraz stan muzyków – poprzedniej nocy mieli po raz pierwszy do czynienia z polską wódką. Legenda miejska głosi, że chcieli się napić tequili, czego w Polsce w latach 60. nijak być nie mogło, ale barman stanął na wysokości zadania i podał im tacę pełną zamrożonych kieliszków, tak zwanych „szczeniaków”, wyborowej. Spodobało się i zasmakowało. Uraczyli się przeto kilkoma kolejkami i poszli spać, nie wiedząc, że poranny kac po zamrożonej wyborowej trzyma godzinami. Wystąpili jednak, a po koncercie wydali honorarium za koncert na wagon polskiej wódki, który został jednak odesłany przez brytyjskich celników do Polski, gdzie przez wiele lat służył pracownikom Pagartu.

Tyle legenda.

Podczas koncertu Mick Jagger pożarł kwiaty, które rzuciła mu na scenę dziewczyna z widowni. I to, o dziwo, nie było legendą. Zachował się film pokazujący muzyka, który zjada bukiet czerwonych goździków. Można się zastanowić, czy zjadłby róże z kolczastymi łodygami?

Umówmy się, że jakość koncertu nie miała najmniejszego znaczenia. „Stonsi” mogliby kwiczeć jak prosiaki lub muczeć jak krowy. Najważniejsze było to, że byli. Byli i zrobili wrażenie.

Warszawiacy opowiadali też, że po koncercie zespół przejechał samochodem przez miasto, a muzycy wyrzucali przez okno swoje płyty. Nigdy jednak nie widziałam takiej płyty. Stefan też nie, choć go to bardzo interesowało. Maciej Hen w książce Beatlesi w Polsce wspomina o tych płytach, ale nie chce ani potwierdzić ani zanegować tej informacji.

Czyli zapewne kolejna legenda miejska.
Jedna z dziewczyn, które były na koncercie, powiedziała dziennikarzowi: To było jak pierwsza miłość, pierwszy seks. Przeżycie do szpiku kości.
Antoni Pawlak, gdański poeta opozycyjny, powie, że „Animalsi wtłaczali w krzesła”. Próbuję sobie przypomnieć, czy w Hali Stoczni były krzesła, czy ławki. Wydaje mi się, że ławki. Ale może Pawlak lepiej pamięta niż ja, a może to tylko taki utarty zwrot, którego Hen użył, nie myśląc o tym, jak naprawdę wyglądała Hala. W końcu, gdy w Hali wystąpili „Animalsi”, Hen był dopiero w czwartej klasie szkoły podstawowej. Jako support wystąpili Polanie, zespół rhytm’n’bluesowy z Łodzi, który, jak twierdzi Pawlak, też był ewenementem na polskim rynku muzycznym.

Koncerty obu zespołów miały jeszcze dodatkowe znaczenie w życiu młodych ludzi. Wszyscy zaczęli się uczyć angielskiego, bo trzeba było rozumieć, co ci muzycy śpiewają. I wszyscy, którzy tam byli lub widzieli relacje w Kronice Filmowej, zaczęli marzyć o tym, żeby się wreszcie móc inaczej ubierać. Zwłaszcza chłopcy bardzo chcieli wyglądać tak jak tamci. Długie włosy były elementem najłatwiejszym do uzyskania, ale trudnym do realizacji, bo i w szkole, i w domu dorośli byli zdecydowanie przeciwni “potarganym kłakom”. Ale wygląd „Animalsów”, „Beatlesów” i „Stonsów” to były nie tylko włosy, to były jakieś kolorowe koszule, błyszczące kurtki, odjechane spodnie. Dziewczyny znowu miały łatwiej. Trzeba było nosić czarne golfy i mini spódniczki. Każda dziewczyna miała w szafie co najmniej jedną, a czasem nawet dwie. Dobrze skrojona i uszyta mini spódniczka była powodem do dumy. Bo wbrew pozorom nie była to po prostu obcięta na krótko zwykła spódnica, wiem, bo mój ojciec, zwolennik krótkich spódniczek, poobcinał mi kiedyś sukienki i to się nie sprawdziło w życiu. Miniówę szyło się zupełnie inaczej. Basia miała szczęście, bo umiała szyć, ja nie umiałam. Ale łatwiej jednak było uszyć mini spódniczkę niż prawdziwe dżinsy.

W Hali występowały również inne światowe sławy ówczesnego życia muzycznego, Marino Marini, Yma Sumak, Juliette Greco, Dalida, Paul Anka, Marlena Dietrich, Udo Jürgens. W kwietniu 1963 roku wystąpił też Charles Aznavour, Basia jednak była jeszcze za młoda, żeby w ogóle mogła pomyśleć o tym, że chciałaby pójść na jego koncert. Chyba nawet jeszcze nie wiedziała, że Brel, Bécaud i Aznavour będą kiedyś jej ulubionymi piosenkarzami.

Byłam na koncercie „Animalsów”, pamiętam też Polan, ale Hala Stoczni jest teraz dla mnie, gdy myślę o swojej młodości, przede wszystkim miejscem niezapomnianego koncertu chilijskiego zespołu tanecznego Margot Loyoli, Cuncumen. Było to kilka lat wcześniej. Cuncumen występował w Gdańsku w czerwcu 1961 roku. Moi rodzice i cała grupa ich przyjaciół, zapaleni miłośnicy muzyki hiszpańskiej i latynoskiej, kupili bilety w pierwszych rzędach. W przypływie do dziś niezrozumiałej dla mnie fantazji, bo z reguły nie dane mi było uczestniczyć w ich życiu towarzysko-kulturalnym, zabrali mnie na występ. Miałam 12 lat i byłam chyba za mała, żeby to docenić, raczej trochę się ich wstydziłam, bo podczas występów szaleli na widowni, wykrzykiwali jakieś olé, klaskali, tupali. Reszta widzów siedziała jak przykuta do krzeseł, takie były czasy, 61 rok!, a moi rodzice i ich przyjaciele zrobili z tego występu jakąś fiestę latynoamerykańską. Po czym… no, naprawdę niezwykłe!, poszli za kulisy, zaprosili zespół do domu i cała gromada pojechała tramwajem do Wrzeszcza. Nie wiem, co rodzice dali tym ludziom do jedzenia, nie wiem, co do picia, ale pamiętam ich, jak siedzą na podłodze w pracowni mamy, grają muzykę, na żywo i z magnetofonu, i pamiętam, że mama cały czas ich rysowała.

Wszyscy goście zapisali się na kartce, która została włożona do rodzinnej Księgi Gości. Viktor Jara, muzyk i reżyser występu, napisał, że pracuje w Instytucie Teatralnym, podał adres i nawet numer piętra…

A potem… A potem nastąpił przewrót w Chile i Viktor Jara… Nie chcę o tym pisać, bo płaczę, nawet po tylu latach. To co poniżej to Wikipedia, ja nie mogę…

Víctor Jara (1932-1973), chilijski piosenkarz, gitarzysta, bard, autor tekstów, poeta, pedagog, reżyser teatralny, aktywista polityczny, członek Komunistycznej Partii Chile. Víctor Jara cieszył się w swojej ojczyźnie popularnością, jako autor piosenek o charakterze rewolucyjnym i ostro krytykujących ustrój rządzący. Był bohaterem filmu Deana Reeda pt. El Cantor. Został aresztowany, a następnie zamordowany w czasie puczu 11 września 1973, kiedy władzę w kraju objął generał Augusto Pinochet. Jara był torturowany, obcięto mu palce u dłoni, aby nie mógł grać na gitarze. Został zabity na stadionie Estadio Chile (obecna nazwa stadionu to Estadio Víctor Jara). Ciało muzyka podziurawione 40 kulami wyrzucono na ulicę. Trafiło ono potem do kostnicy, gdzie zostało rozpoznane przez jednego z pracowników, który zawiadomił żonę zamordowanego, Angielkę Joan. Wraz z dwoma przyjaciółmi umieściła ona po kryjomu ciało muzyka w niszy na cmentarzu.
5 grudnia 2009 roku Víctor Jara został uroczyście pochowany na Cmentarzu Generalnym w Santiago. W trwających dwa dni uroczystościach wzięły udział dziesiątki tysięcy Chilijczyków, artyści estrady i teatru.

Po śmierci generała Augusto Pinocheta 10 grudnia 2006 roku, w całym kraju ludzie spontanicznie śpiewali piosenki Víctora Jary.

Pokolenie Solidarności (7)

Ewa Maria Slaska

Eli

Muzyka (1966)*

Na wakacje się jeździło nad morze, do Jastarni, Kuźnicy, Juraty. Zasadniczo miałoby większy sens, gdyby dzieci znad morza jechały w góry, ale tak nie było. Kolonie dla dzieci szkolnych z Trójmiasta organizowano też nad morzem. A gdy Basia, już w liceum, zamiast na kolonie jeździła na obozy harcerskie, wyjeżdżali zawsze na Kaszuby. Dopiero pod koniec liceum, gdy Basia zaczęła jeździć autostopem, zobaczyła Mazury, Puszczę Białowieską, Tatry, Bieszczady i Góry Świętokrzyskie.
Komunistyczna rzeczywistość była szara i przaśna, młodzi ludzie posiadali niewiele, ale na szczęście dorastali już w czasach postalinowskich, w związku z tym mieli jednak jakieś kino, jakieś książki, również te z Zachodu, jakiś teatr i przede wszystkim muzykę. Muzyka była bardzo ważna, bardziej niż książka, a nawet niż kino była przepustką do kolorowego świata i romantycznych uniesień. Radio tranzystorowe, magnetofon, adapter, szafa grająca w kawiarni, ale przede wszystkim jednak muzyka na żywo: jazz w klubie, pop na zabawie ludowej, orkiestra na dansingu. No i wszyscy sami śpiewali przy gitarze, albo grali na fortepianie. Od roku 1961 były już koncerty w Non Stopie w Sopocie, pod płóciennym dachem rozpiętym przy samej plaży. To było świetne, prawdziwa dyskoteka, jedna z pierwszych w Polsce. Stefan pamiętał zespół Pięciolinie, potem przemianowany na Czerwone Gitary. W Non Stopie śpiewali wszyscy, Seweryn Krajewski, Krzysztof Klenczon, Helena Majdaniec, Karin Stanek, Czesław Niemen.

Po 50 latach od tamtych czasów berliński artysta performansu, Jemek Jemowit wymyślił postać Zygmunta Blaska, polskiego Davida Bowie, Ułożył dla niego piosenki i nagrał je na płycie, stworzył film, w którym grałam dziewczynę, żonę, a potem wdowę po Zygmuncie Blasku. Opowiadałam o życiu muzyka, przydając mu biografię człowieka, z którym kiedyś krótko byłam, a który stał się pierwowzorem postaci Stefana. Wyjechał z Berlina do Nowego Jorku i tam… O tym, co tam, opowiem później, tu przytoczę tylko piosenkę o mnie, oczywiście tej filmowej, ale może trochę i o mnie, dziewczynie która chodziła do Non Stopu gdy miała 18 i 19 lat, i płakała, gdy kończyła lat 20, bo była już za stara.

Ruda z Non Stopu, piosenka Jemka Jemowita z filmu Legenda Zygmunta Blask.

Jedna jest rodem z Bydgoszczy,
a druga rodem z Warszawy
Trzecia tutejsza
Sopot Grunwaldzka
Co je łączy?
To dansing i noc
Lecz czwarta JEDYNA
jak róża ognista
Trochę trzeźwa trochę przejrzysta
Chodź kocie, zapraszam na kawę,
Pokaż w Sopocie jak tańczą warszawę
Prowadź mnie jak Lodzia Krajewska
W oczach czarnych elektryczna iskra
Firany bujają żyrandol trzęsie
Wpadam prosto w twoje ręce
RUDA Z NON-STOPu,
HEJ! RUDA Z NON-STOPu,
HEJ! RUDA Z NON-STOPu,
hej, mała, mała
A ja jak koń młody
Głupi, lecz silny i pełen swobody
Na parkiecie, w namiocie, na plaży wzdłuż mola
Naucz mnie tańczyć tu rock’n’rolla

Tańczyliśmy jive’a, twista i let’s kiss, charlestona, madisona i warszawę, ale przede wszystkim rock’n’rolla z obrotami, przerzucaniem i przeciąganiem partnerki po podłodze. Oczywiście rock and roll miał swoje reguły, których uczono na kursach tańca, ale takim amatorom jak Stefan, Marek, Jacek, Piotrek czy ich kumpel Zbigniew, zwany Zbychoo, i ich licealnym kolegom wystarczała improwizacja, niespożyta energia i czyjaś wolna chata, gdzie można było zorganizować prywatkę z potańcówką. Muzykę odtwarzali z gramofonowych singli na adapterach Bambino, z pocztówek dźwiękowych, kupowanych w kioskach i na stoiskach targowych, czasem z płyt, o które w Gdańsku było łatwiej niż gdziekolwiek w Polsce, bo przywozili je marynarze. Był taki komis we Wrzeszczu na Grunwaldzkiej, być może jedyne takie miejsce w Polsce, gdzie można było kupić „Szedousów”, „Bitlesów” i „Stonsów”. Jednak i tak najważniejsze dla tych, którzy słuchali muzyki, było radio Luxemburg, choć ciężko się go słuchało, bo było zagłuszane prawie tak samo jak radio Wolna Europa.

Stefan i Marek czasem mieli jakieś fajne płyty, czasem chatę, ale przede wszystkim obaj świetnie umieli tańczyć. Byli wysocy, mocno zbudowani i silni, mogli ryzykować przerzucanie partnerki przez ramię albo przetaczanie jej po plecach, bez obawy, że spadnie na ziemię. Kiedy mieli chwilę wolnego, czasem nawet kilka razy w tygodniu trenowali w domu różne wymyślne figury taneczne, które im potem pozwalały „rządzić na parkiecie”. Choć oczywiście z reguły nie był to parkiet, lecz deski, wykładzina dywanowa albo linoleum.

Tak się zdobywało lokalną popularność, trzeba było mieć dżinsy, najnowszą płytę The Beatles i umieć podrzucić dziewczynę pionowo do góry tak, żeby okręciła się w powietrzu wokół własnej osi, zanim się ją znowu złapało i postawiło na ziemi.

Rock and roll był muzyką prostą i nieskomplikowaną, a to sprawiało, że w każdej szkole na świecie, a czasem nawet w każdej klasie powstawały zespoły rockowe. W większości męskie. Może dlatego, że chłopakom odpowiadało mocne uderzenie, szybsze i agresywniejsze, niż to, co dotychczas się grało w muzyce rozrywkowej. W każdym liceum i technikum, w każdej zawodówce byli chłopcy, którzy fantastycznie grali, a zdobycie sprzętu było wystarczająco proste, by każdy mógł grać. Ktoś kiedyś powiedział, że wystarczyło mieć gitary i garnki. Ale to nie takie proste. W polskim filmie Yesterday, z 1984 roku (nie mylić z amerykańskim z roku 2019) perkusista gra rzeczywiście na garach i garnkach, ale znawcy twierdzą, że „na wiadrach to nie pograsz, bo to nie ma odbicia zupełnie. Odczucia muszą być podobne do odbicia z naciągu”. Ale perkusja była niewątpliwie najdroższym elementem wyposażenia takiego szkolnego zespołu. W Liverpoolu, w czasie, gdy powstał zespół The Beatles, było pięć tysięcy zespołów młodzieżowych. Zespół Stefana nazywał się SZOPA, od pierwszych liter ich imion – Stefan, Zbychoo, Olek, Piotrek, Antek. Marek chodził do innej klasy, grał z nimi czasami, ale jednak jego imię nie przyłożyło literki do nazwy zespołu, z którym zyskali “nieśmiertelną sławę” na miarę ich własnego liceum.

Każdy zespół musiał mieć wokal, gitarę prowadzącą, gitarę rytmiczną, gitarę basową i perkusję, czasem pianino lub organy, czyli tak zwane klawisze. Chłopcy grali na szkolnych zabawach i na akademiach, chociaż wtedy najpiew musieli odwalić klasyczny repertuar z czasów Komuny – Międzynarodówkę, My ze spalonych wsi, Ukochany kraj, umiłowany kraj lub Wszystko tobie, ukochana ziemio. Po tej triadzie, ewentualnie tetradzie, mogli już grać, co chcieli, i czasem był to Armstrong, czasem Presley, niekiedy Penderecki, czasem Bach lub Czerwone Gitary, „Beatlesi” albo „Stonsi”. Stefan śpiewał, grał na gitarze i klawiszach jakąś własną mieszaninę jazzu, bluesa i rock and rolla. Nic dziwnego, że kiedyś Tadzio, jego syn, zostanie muzykiem hip-hopowym.

Teksty utworów były proste, chłopcy je sami pisali, i prawie zawsze dotyczyły miłości, z reguły samych jej początków. Każdy młody człowiek na całym świecie bez trudu utożsamiał się z tą muzyką i jej przekazem – kocham i nie ma nic ważniejszego niż miłość. I o ile nieszczęśliwie zakochane dziewczęta mogły jeszcze szukać pomocy u poetek, a w PRL-u przede wszystkim u Małgorzaty Hillar, o tyle chłopcy na wszelkie rozterki duchowe mieli tylko rock’an’rolla, zwanego w Polsce najpierw big beatem, a potem, żeby było jeszcze bardziej swojsko – mocnym uderzeniem. I to pomagało. Zawsze. W każdej sytuacji, na każdą miłość, tęsknotę i rozczarowanie, mieli swoje melodie i teksty. I can get no satisfaction. Albo: when you leave me, I will surely die.

Muzyka to była wolność. Wolność od dorosłych, od opresji ze strony rodziców, szkoły, partii, kościoła, społeczeństwa, wścibskich ciotek, złośliwych sąsiadów, nadmuchanych własną ważnością dyrektorów. Od, od, od. Od wszystkiego.

Na prywatkę i do Non Stopu trzeba się było odpowiednio ubrać. Oczywiście szczytem bycia na topie były prawdziwe dżinsy, a jak się ich nie miało, to jak najbliższe oryginału podróbki. Stefan jeszcze przez wiele lat opowiadał, że żeby kupić od jakiego marynarza dżinsy, które na nich pasowały – byli podobnie zbudowani, wysocy i szczupli, ale wtedy prawie wszyscy byli szczupli – zebrali wszystkie pieniądze, jakie mieli, spieniężyli kilka pocztówek dźwiękowych, sporo butelek z piwnic rodziców i sąsiadów, a także parę książek z bibliotek rodziców. I tak kupili tę jedną, jedyną parę, po to, żeby ją… rozpruć. Było to straszne i gdyby nie byli chłopakami, to chyba by się rozpłakali, prując te najpiękniejsze na świecie blue jeans, ale dzięki temu zdobyli idealny wykrój, według którego potem przez lata szyli podróbki.
Pamiętam, że jak doczekałam się wreszcie tego, że mama poprosiła kogoś, kto przyjeżdżał z Anglii, żeby mi przywiózł dżinsy, mama nie przekazała prośby dokładnie i dostałam granatowe dzinsy sztruksowe! Jaka byłam w nich gruba! Do dziś pamiętam to nie dające się opisać rozczarowanie. To już chyba nawet szariki były lepsze!

Stefan dostał od mamy starą, poniemiecką maszynę Singera i nauczył się szyć, tylko po to, żeby te dżinsy były idealnie takie, jakie miały być. Zbychoo miał dojścia do fabryki włókienniczej w Łodzi, gdzie pracowała jakaś jego ciotka, został więc głównym zaopatrzeniowcem grupy. Tak właśnie funkcjonował PRL, kraj, w którym nigdy nic nie było, wszystko jednak dawało się zorganizować i wszyscy wszystko mieli. Antek został krojczym i twierdził, że bardzo mu się to przyda, jak już pójdzie na studia, bo inżynier budowy okrętów musi umieć zaplanować traserom układanie na grubych stalowych płytach elementów kadłuba tak, żeby po wycięciu zostawało jak najmniej odpadów. Trenował więc na spodniach. Stefan szył, a Piotrek i Olek, którzy mieli smykałkę do interesów, sprzedawali je na dużej przerwie w szkole, w kącie między płotem a salą gimnastyczną. Było to właściwie jedyne miejsce w całej szkole, gdzie prawie nigdy nie zaglądali nauczyciele, z reguły więc spotykali się tam palacze, ale i palacze potrzebowali porządnych spodni, jakoś zatem potrafili się podzielić tą przestrzenią wolności.

Pieniądze ze sprzedaży „dżinsów spodni” zużywali na zakup instrumentów, muzyki oraz taniego wina, czyli jabola. Jabol, zwany też czasem jabłko, alpaga lub bełt, był tanim winem owocowym, jak sama nazwa wskazuje, jabłkowym, rzadziej wiśniowym. Cieszył się właściwie złą sławą, ale podobnie jak pocztówki dźwiękowe, był niezbywalnym składnikiem ich młodości. Pisząc tę powieść, przeczytałam w Wikipedii ciekawe zdanie: Mimo niskiej ceny i negatywnych skojarzeń polskie wina owocowe, produkowane tradycyjną metodą fermentacji moszczu owocowego, uważane były przez fachowców za wina wysokiej jakości w swojej klasie, co zawdzięczały głównie dobrej jakości naturalnym surowcom oraz tradycyjnej technologii produkcji. Wyobrażam sobie, że napisał to mój rówieśnik. Ciekawe, czy wyglądał jak któryś z „Bitlesów”. Taka była norma, wychodziłyśmy za mąż za facetów, którzy wyglądali jak „Bitlesi”. Najlepiej jak John Lennon (oryginalny, chudy w drucianych okularkach, zwanych do dziś „lenonkami”) albo Paul McCartney (ładny, bez okularów i zarostu).

W drugiej połowie lat sześćdziesiątych, kiedy jako SZOPA byli już stałymi bywalcami studenckich tańców, Stefan i jego koledzy znali dobrze światowe trendy. Czasy „Szadousów” i Rity Pavone minęły, słuchali Presleya, Paula Anki i Chucka Berry’ego, który odegrał w historii rocka taką rolę, że ktoś potem powiedział, że gdyby Chucka Berry’ego nie było, to trzeba by go było wymyślić. Jednak od czasów That’s All Right Mama najważniejszym człowiekiem w świecie muzyki na świecie był oczywiście Presley, jak na górze, tak i na dole, jak na Zachodzie, tak i na Wschodzie, i jego styl, rockabilly. Presley został wylansowany już w lipcu 1954 roku, ale ta pierwsza fala jego popularności nie miała jeszcze szans, żeby dotrzeć do Polski. Stalin już wprawdzie nie żył, ale Blok Wschodni wciąż jeszcze trzeszczał w okowach mroźnej wojny, mimo iż co i raz zdarzał się bunt niewolników.

W latach 60 wszyscy ci idole ustąpili miejsca „Bitlesom”, których nazwę pisało się i mówiło w Polsce nader dziwacznie. Zaraz po „Bitlesach” lokowali się The Rolling Stones czyli po polsku „Stonsi”. A po piętach deptały im następne sławy, The Bee Gees, czyli trzej bracia Gib, The Beach Boys, The Lovin’ Spoonful, Herman’s Hermits, The Who, a potem The Doors i Jimmy Morrisson. No i wreszcie nadciągnęły dwie wielkie gwiazdy ich młodości, Jimi Hendrix i Janis Joplin. Oboje umarli w 1970 roku, i wtedy już na dobre skończył się świat młodości, muzyki, wakacyjnych flirtów na plaży i poszukiwania wolnej chaty.
W międzyczasie wszyscy z SZOPY wpadli w politykę, zanim to jednak nastąpiło, do Warszawy przyjechali „Stonsi”.


* Masy inspiracji do tego rozdziału dostarczyli mi Jacek Krenz i Zbigniew (Zbychoo) Milewicz oraz wspomnienie o mojej (nieżyjącej już) przyjaciółce, Basi Owsianej, która stała się wzorem bohaterki tej powieści (jeśli to w ogóle jest powieść) i dała jej imię. Dziękuję, Basiu, dziękuję, chłopaki!