Pokolenie Solidarności (5)

Ewa Maria Slaska

Eli Kargol

Mieszkanie i jedzenie (1964)


Twierdzi się, że obrazy mają teraz, w epoce internetu, zupełnie inną nośność niż dawniej i że właściwie dopiero teraz można mówić o znaczeniu sztuki w kulturze powszechnej. Podobno świadczy o tym przede wszystkim liczba przeróbek i, nowe zjawisko, memów. Jeśli jednak myślicie, że memy to obrazki z napisami, to powiem Wam, że to nieprawda – memy to są jednostki świadomości! Tak, atomy świadomości, które oczywiście mogą się składać z obrazka z napisem.

W PRL-u sztuka na długo przed czasami sieci, facebooka i instagrama była popularna i popularność tę dawało się mierzyć na przykład ilością reprodukcji jakiegoś dzieła, wiszących w mieszkaniach i instytucjach w całej Polsce. Nie robiłam badań, bo to nie rola pisarki, dziennikarki czy blogerki, opieram się więc tylko na czymś tak niewymiernym jak “poczucie”, ale wydaje mi się, że niezaprzeczalnym Królem Malarzy był w PRL van Gogh, a Dziełem Numer 1 jego Słoneczniki.

W dzisiejszych czasach wraz z takimi obrazami jak Mona Lisa autorstwa niejakiego Leonarda da Vinci oraz Krzyk Edwarda Muncha, Słoneczniki van Gogha uznawane są za najbardziej rozpoznawalne arcydzieła malarstwa światowego. PRL i w tej sprawie był prekursorem. W epoce Gierka reprodukcja Słoneczników była jednym z podstawowych elementów klasycznego mieszkania peerelowskiego inteligenta: regał Kowalskich, pralka Frania, encyklopedia PWN, ceramika z Włocławka, palmy wielkanocne z Cepelii, obrus mereżkowany z Polskiego Lnu i van Gogh. Jedyny obcy wtręt w swojskim obrazie peerelowskiego dostatku. Słoneczniki van Gogha na pewno były w PRL-u jednostką świadomości. Pozostaje pytanie – czego? Myślę, że świadomości awansu, świadomości, że dotarło się do jakiegoś punktu, którego przodkowie nigdy nie mogli osiągnąć.

Słoneczniki wisiały w mieszkaniu Basi tuż obok tego dużego świętego obrazu, przed którym mama i one obie, Asia i Basia, modliły się głośno wieczorem. Tata się nie modlił, siedział na kanapie w kuchni i palił papierosa. Potem, gdy mama i obie dziewczynki kładły się spać w pokoju, tata na tej samej kanapie spał. Nie mieli regału Kowalskich, ale w mieszkaniu Grubów były inne nieodłączne elementy peerelowskiego „dojścia do celu” – cerata na stole, kryształy i fikus.

Jako autorka dodam, że sprawa ceraty nie daje mi ostatnio spokoju. Wydawało mi się, że nie pamiętam z domu ceraty na stole, ale teraz, gdy to piszę, wydaje mi się, że widzę w zamierzchłym dzieciństwie kuchnię, gdzie jeszcze się zmywało w blaszanym cebrzyku (najpierw szkło i porcelanę, potem sztućce, a na końcu przybory kuchenne, garnki i wreszcie patelnie), widzę w tej kuchni w głębi, po prawej stronie prostokątny stół nakryty ceratą w drobną brązową kratkę. Czy tak było? Nie wiem, nie mam już kogo spytać. Ale jeśli tak było, to jakież to było okropne dla kogoś, kto jak moja mama wyrastał przed wojną w wielkim pięknym mieszkaniu, pełnym eleganckich mebli, lamp i obrazów. Jakie to musiało być dziwne, a może nawet odrażające, siedzieć przy stole przykrytym ceratą zamiast białym cieniutkim lnem. Oczywiście, w międzyczasie była wojna i bieda, niedostatek, a być może nędza, ukrywanie się, ale wojna to wojna, od wojny nie można wiele wymagać, natomiast bieda w normalnym pokojowym życiu musiała być czymś nie do zniesienia. Ta cerata w brązową krateczkę, wyszarzała, wytarta i woda w szafliku, w którym się zmywało naczynia. Była bura i nieprzejrzysta. Pomyje – mówiły mama i Karusia, kobiety z innego świata.

Bieda i brak, szarzyzna i tandeta życia w PRL-u. Bure książki, bure pończochy, bure szmaty do podłogi. I pewne pragmatyczne ambicje, bo wprawdzie cerata, ale kryształy i fikus.

Fikusa za to pamiętam bardzo dobrze, stał w naszym pokoju, moim i siostry. Natomiast u Basi i Asi były też kryształy, też dowód dostatku z czasów Komuny, ale u nas kryształów nie było, już choćby dlatego, że mama nie znosiła tego peerelowskiego pseudo przepychu, kryształów, frędzli, haftów, mereżek i w ogóle wszelkich erzaców. Nie było w związku z tym tapet, nawet gładkich, a te ozdobione wzorkiem malowanym wałkiem w ogóle nie wchodziły w rachubę.

Życie towarzyskie i kulturalne w PRL miało to do siebie, że wszyscy nie tylko mieszkali tak samo, ale również jedli, czytali i oglądali to samo. W telewizji, w kinie, w księgarni, wszędzie było to samo. Wywoływało to pewne mody i trendy, niekiedy na lata, jak kupowanie tak zwanych „albumów”, czyli kolorowych książek o sztuce, czwartkowa Kobra czy poniedziałkowy Teatr Telewizji, jak felietony Jana Kamyczka (wiem, wiem, to kobieta! jak Kopernik! I Pułaski!) w Przekroju. Przez kilkadziesiąt lat wszyscy, przy czym pod słowem „wszyscy” trzeba rozumieć inteligencję, byliśmy równi, choć nawet w przaśnym PRL-u niektórzy byli równiejsi. PRL był państwem mocno ustrukturyzowanym klasowo, inteligencja niemal nie miała okazji do kontaktu z robotnikami i chłopami, a jeśli ktoś, jak Basia, wyszedł z rodziny robotniczej i zdał do liceum, w trybie przyspieszonym musiał przyswoić sobie cały kod kulturowy inteligencji pracującej. Tak w każdym razie było w latach 60. Byliśmy więc bardzo podobni do siebie, śpiewaliśmy Szabadabada Czerwonych Gitar (podobno ta piosenka naprawdę nazywa się Historia jednej znajomości, phi, ale głupota, naturalnie nikt z nas nie rozpoznałby jej pod tym tytułem) albo Prześliczną wiolonczelistkę Skaldów, czytaliśmy artykuły profesora Krawczuka o władcach starożytnych i oglądaliśmy w telewizji wykłady profesora Zina o architekturze. Zbieraliśmy makulaturę, żeby ją wymienić na Dzieła zebrane Mickiewicza. Za czasów Gierka dochrapaliśmy się do dostatku.

Dostatek epoki Gierka wyznaczyły na pewno krakersy, ośmiorniczki (!), majonez i powszechna miłość do mięsa, zwłaszcza zaś schabowego. Nigdy przedtem Polacy nie jedli tyle mięsa, ile za czasów Gierka. Przedtem, przed wojną, po wojnie, było jasne, że mięsa nie je się zbyt dużo, bo jest drogie, potem mięsa było po prostu mniej i trudniej je było dostać, było na kartki, stało się dobrem wymiennym i stało się po nie w kolejkach. Ale w czasach Gierka, w latach 70., mięso było symbolem dostatku. Mięso, mięso, mięso. Z wiosek otaczających duże miasta codziennie rano wyruszały tarpany, maluchy i polonezy, którymi rezolutne chłopki dostarczały mięso z lewego uboju eleganckim, dobrze sytuowanym mieszczuchom. Choć hipisi już wtedy proponowali życie bezmięsne, Polacy kochali mięso i jedli je codziennie, od rana do wieczora. Dopiero w Wolnej Polsce pojawiły się nowe trendy żywieniowe, weganizm, wegetarianizm, moda na zdrową żywność i wreszcie powszechna alternatywna wiara, że kto nie je mięsa, a je kaszę jaglaną, ten dostąpi zbawienia w dietetycznym raju i uratuje Ziemię przed katastrofą klimatyczną. Teraz bowiem nasz dostatek bardzo nas uwiera, za czasów Gierka natomiast z czystym sumieniem mogliśmy się objadać. Ludzie, którzy pamiętali czasy głodu, mogli spokojnie użyć tu przysłówka „wreszcie”. Wreszcie można się było objadać.

Mięso było więc codziennie na obiad, mimo że Kościół oczekiwał, że naród będzie pościł w piątki, a Komuna, że w poniedziałki, mięso było nie tylko na talerzu jako nieodłączna część „drugiego” (zupa, drugie, deser), ale też na kolację i na kanapkach do pracy lub do szkoły. Być może nie w każdym domu na śniadanie były wędliny, tak jak na kolację, ale wędliny to do dziś polska specjalność. Już nawet w czasach, gdy mięso przestało być symbolem awansu społecznego, polskie firmy prezentując się na targach żywieniowych na świecie, pokazują przede wszystkim góry kiełbas, baleronów i szynek. Kiełbasy, balerony, szynki, boczek, kabanosy, polędwice, rolady, galantyny, wędzonki, półgęski, golonki, pieczenie, rozbefy.

Nigdy nie widziałam na takich wystawach kaszanki ani salcesonu. To były produkty zarezerwowane na użytek krajowy. Choć oczywiście w lepszych domach jadło się lepsze wędliny.

Stefan dobrze pamiętał wstrząs, gdy na pierwszą kolację, jaką zjadł u Basi w domu, pani Gruba podała kanapki z białym salcesonem (w handlu był też czarny salceson, ale tego się u Asi i Basi nie jadało — mama Basi go nie lubiła, bo była w nim krew, podobnie jak w kaszance i czerninie). Pani Gruba podała do kanapek cienką osłodzoną herbatę w szklankach na szklanych spodeczkach. Stefan bohatersko przełknął galaretę, chrząstki i skórę, z których składał się salceson. Być może to poświęcenie utrwaliło na wieki jego miłość do Basi.

Dla Basi, podobnie jak dla jej mamy, najgorszym okropieństwem była krew. Zapamiętała na całe życie, że na biwaku harcerskim koleżanki nalały jej do menażki zupę z wielkiego gara, mówiąc, że trzeba ją jeść szybko, bo skrzepnie. Zupa była ciemnoczerwona, Basia uwierzyła więc, że to czernina. Wylała zupę w krzaki, ale i tak zwymiotowała, mimo że wcale nawet nie skosztowała tej cienkiej, czerwonej żybury. Zresztą, gdyby skosztowała, to by wiedziała, że koleżanki tylko żartowały, bo była to słodka zupa wiśniowa.

Zupa na obiad była zawsze. Barszcz, pomidorowa, jarzynowa, ogórkowa, kartoflanka, krupnik, rosół. Tak mijał tydzień i znowu był barszcz, pomidorowa, żurek…
Oboje pamiętali doskonale klasyczny obiad z czasów peerelowskiego, gierkowskiego dobrobytu – zupa pomidorowa z ryżem, kotlet schabowy, ziemniaki „piure”, kapusta kiszona, buraczki na ciepło lub kiszony ogórek, niekiedy fasolka szparagowa lub szpinak, a na deser kompot, budyń albo kisiel – za czasów Gierka pojawiła się galaretka.

W chwilach najwyższej ekstazy kulinarnej dostawali po południu albo w niedzielę po śniadaniu wyciągnięte z jakiegoś ukrycia słodycze – kasztana, pół batonu krymskiego, kawałek tak zwanego bloku albo cieniutki batonik Maraska. Nawet jeśli jeszcze słodycze można było bez trudu kupować w sklepach, dzieciom z zasady wydzielało się cukierki i czekoladki. Współcześni konsumenci słodyczy, również przeciwnicy jedzenia czegokolwiek, co jest słodkie, nie wiedzą, jak smakował spragnionym słodyczy dzieciom, wyjęty z jakiegoś zakamarka czekoladowy kasztan, okruchy ciast kupowane w sklepiku na rogu w brązowych zwijanych w rożek torebkach, albo rozsmarowana na świeżym chlebie z masłem Maraska. O chlebie z cukrem w ogóle nie wspomnę, bo o tym piszą absolutnie wszyscy, i wstyd by było się powtarzać.

Ale może trzeba się jednak przyznać, że do dziś lubię chleb z cukrem.

Ciekawe, że rzadko się pamięta jakieś wyjątkowo smakowite jedzenie, znacznie lepiej pamiętamy straszące nas zmory kulinarne. Ja osobiście z dzieciństwa nie pamiętam żadnego wspaniałego jedzenia, oprócz jajecznicy, której przez jakiś czas nie wolno mi było jeść z uwagi na jakieś dolegliwości gastryczne – gdy zakaz cofnięto odegrałam w kilku zaprzyjaźnionych domach scenę pod tytułem „dziecko zjadające pierwszą jajecznicę pod długiej chorobie”. Ale i to chyba raczej nie był zachwyt nad czymś smakowitym, tylko radość sytuacyjna. Natomiast doskonale pamiętam różne paskudztwa, które musieliśmy jeść, okropną w smaku zupę jarzynową i szary chleb z margaryną, i obrzydliwą marmoladą z buraków, który jedliśmy codziennie na koloniach. A kolonie to nie był wcale mały kawałek życia. Byłam na koloniach kilkanaście razy. W niektóre wakacje dwa razy pod rząd po cztery tygodnie. Kilkanaście miesięcznych pobytów na koloniach oznacza ponad czterysta śniadań. Jeszcze dziś wzdragam się, jak to sobie przypomnę.

Na kolację zawsze była cienka herbata i kanapki, chyba po dwie, przekrojone na pół, ale możliwe, że chłopcy dostawali większe porcje. Latem były rzodkiewki, szczypiorek i pomidory, ale zimą sam ser żółty.

Na śniadanie była zupa mleczna. Dobrze, jeśli nie przypalona, co na koloniach zdarzało się regularnie.

W niedzielę chyba wszystkie dzieci w Polsce piły kakao z pianką. Stefan i Marek dostawali rogaliki i po jajku na miękko. Asia i Basia — chałkę albo pyszny ciemny chleb z masłem. Chleb nazywał się turecki i były w nim rodzynki. Mama przynosiła go zawsze w sobotę po pracy, taki malutki bocheneczek, nie większy niż dwie bułki – widomy znak, że nadeszła cudowna niedziela.
Stefan i Marek nie jadali obiadów w szkolnej stołówce, zaraz po szkole szli do domu, gdzie albo była Karusia, albo czekał przygotowany wieczorem przez mamę obiad, który musieli odgrzać. Najczęściej zjadali go jednak na zimno. To od wtedy datuje się ich upodobanie do jedzenia wszystkiego na zimno. Zimna zupa, zimne ziemniaki, zimne zapiekanki.

Asia i Basia jadały w stołówce, gdzie zdaniem Asi całe jedzenie miało kolor, zapach i smak wygotowanej ścierki do podłogi. Ale Asia była starsza i to ona musiała sprzątać w domu, dobrze więc wiedziała, jak pachnie szmata do podłóg. Reszta była kwestią ekstrapolacji.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.