Do you ear me?

Or how to meet your themes on metro?

Ewa Maria Slaska

I saw her in metro. She had flowers in a paper matching her jacket.

We started to speak with each other. We had only three minutes. I had to go out on the next stop. She show me her feministic earings.

I am doing it. It is me. I am from Paris. Living now in Berlin. Do you know any shop interested in selling it? I am on Instagram.

https://www.doyouearme.fr/ https://www.instagram.com/doyouearme_fr/

Well. Me too.

It is very easy.

So, do I know any shop interested in selling / buying feministic earings?

Pokolenie Solidarności 26

Ewa Maria Slaska

Krwawe pieniądze (1985)

Ameryka w czasach, gdy przyjechali tam Basia i Stefan, i kilkadziesiąt tysięcy innych Polaków, była wielkim bogatym krajem, który w ciągu pięciu wieków swego istnienia wzbogacił się, wymordowawszy Indian, sprowadzając niewolników z Afryki i wykorzystując katorżniczą pracę milionów biedaków z Europy. Kto to przetrwał, kto sobie poradził, kto nie dostrzegł faktu, że jego dobrobyt to potrójnie krwawe pieniądze, ten mógł zostać bogaty i szczęśliwy. Reszta się nie liczyła.

Stefan stał koło pomnika Netherlands Memorial Flagstaff, upamiętniającego powstanie Nowego Amsterdamu, osady która była pramatką Nowego Jorku. Peter Minuit (1580-1638), trzeci gubernator Nowej Holandii, w roku 1626 kupił wyspę Manhattan od Indian Lenape. W ich języku wyspa nazywała się Manna Hata (Wyspa Wielu Wzgórz). Indianie sprzedali ją za szklane paciorki, o wartości 60 guldenów holenderskich, czyli 24 dolarów. Na pomniku przedstawiona była ta właśnie scena – przekazanie paciorków. Pomnik był podarunkiem od Holandii dla miasta Nowy Jork, został ufundowany w roku 1926 w trzysetlecie tej transakcji. Z punktu widzenia Indian była to procedura bez znaczenia. Europejczycy uważali posiadanie ziemi za oznakę bogactwa, władzy i prestiżu. Dokonując operacji kupna – sprzedaży opierali się na prawie europejskim i myśleli, że stali się tym samym legalnymi właścicielami tego kawałka gruntu. Indianie natomiast wierzyli, że ziemia, powietrze i woda należą do wszystkich i na zawsze, i nikt nie może ich nikomu zabrać. Amerykanie być może wykorzystali naiwność Indian, ale jednak, z ich własnego punktu widzenia, osiedlili się tu jak najbardziej legalnie.

Continue reading “Pokolenie Solidarności 26” →

Wiosna, a mnie nie ma

Ewa Maria Slaska

Joasia Rubinroth przysłała dwie znalezione w sieci reprodukcje obrazów, na których jest wiosna i skomentowała powody, dla których mnie tam nie ma. Leon Wyczółkowski, Wiosna w Gościeradzu.

To mój ukochany obraz, który tu już kilkakrotnie pokazywałam. Co roku się zastanawiam, jak można by było uzyskać taką sytuację u mnie w mieszkaniu, bo byłaby prawie, prawie możliwa. Też mi za oknem kwitnie drzewo owocowe – wielka stara wiśnia. Jest stara i wysoka, sięga nawet czwartego piętra, tyle że rośnie nieco w bok od mojego okna. Widzę ją z balkonu. Z okna nie. Mam fotel, mam stare obite aksamitem krzesła, mam drewnianą podłogę i batystowe firanki. A jednak, co tu dużo gadać, to wszystko to nie jest to samo.

Continue reading “Wiosna, a mnie nie ma” →

Znaleziony Don Kichot

Tym razem Don Kichot znaleziony w książce. Książkę ktoś u mnie w Berlinie wyciągnął z półki, przejrzał pewnie parę stron, w czasie, kiedy robiłam herbatą i odłożył, a ja ją znalazłam. Zdziwiłam się, bo miałam poczucie, że nigdy przedtem jej nie widziałam, a jak już wzięłam ją do ręki, to przeczytałam.

Don Kichot tam był, czekał na mnie od 1974 roku.

Wasza Adminka

Rozdział Biblioteka Uniwersytecka (s. 72n)

Można przeżyć życie nie kochając jak Romeo, nie rozmyślając nad sensem świata jak Hamlet, a nawet nie przyrzekając nikomu Niderlandów jak tego chciał sienkiewiczowski bohater. Można nie walczyć z wiatrakami jak Don Kichot, nie leżeć na opustoszałym polu bitwy, pod ciężkim ogromnym niebem, jak Bołkoński, a nawet nie zastanawiając się nad tym, jak trzeba żyć, jak to czynił Raskolnikow czy doktor Faust. Jednak wszystko, co się dzieje z postaciami wymyślonymi przez wielkich pisarzy, dzieje się i z nami, i w nas. Inaczej bowiem ani jedna z tych książek nie byłaby napisana i ani jedna z tych postaci nie stałaby się nam tak bliska i tak niezbędna, nie dająca się od nas odłączyć, jak odbicie w lustrze lub cień nasz, wykwitający zawsze wtedy, gdy pada na nas promień słońca. Do książek więc zwracamy się w owej ważnej chwili naszego życia, kiedy nie wystarcza nam już codzienne, zwykłe doświadczenie, pouczające o zewnętrznych właściwościach świata. Zwracamy się do książek po doświadczenie głębsze i ważniejsze, po to, by być zarazem Zagłobą i Romeem, Faustem i Don Kichotem, Olbromskim i Julianem Sorelem. Wszystko bowiem, co składa się na owych wymyślonych przez pisarza ludzi, tkwi w każdym z nas, żarzy się jak nikły promień i lada podmuch wystarczy, by wzniecić w nas wielkie pożary.

Paweł Hertz to pisarz nieco zapomniany. Więcej o nim TU.

Slaska, instrukcja obsługi 2

Ewa Maria Slaska

Był kiedyś, 9 lat temu wpis numer 1 na ten temat. TU. Przeczytajcie go sobie, bo niemal nic się w nim nie zmieniło. No może oprócz odpowietrzania kaloryferów. Proszę bardzo, jeśli tylko umiecie, odpowietrzajcie do woli! Natomiast pojawił się nowy problem i on mi się teraz najbardziej chyba daje we znaki.

O różnicy pokoleń (w obronie Baratarii, Don Kichota i wszystkich innych mieszkańców mojej wyobraźni)

W tamtym wpisie miałam lat 64, czyli łatwo obliczyć, że teraz mam ich 73.

Od wielu lat, a nawet od wielu pokoleń przyjaźnię się z ludźmi młodszymi ode mnie. Owszem, mam też gromadkę przyjaciół różnej maści, ale raczej żeńskiej, w moim wieku i bez nich czułabym się goło i łyso, ale “moją specjalnością” są przyjaciółki i przyjaciele młodsi ode mnie.

Przez lata niektórzy z nich otrzymali tytuł zastępczej córki lub przyszywanego syna, a trzech z nich zostało partnerami na odcinek życia. Nie były to długie odcinki, trwały z reguły rok. Przybrani synowie i córki mają dłuższy żywot. Niektóre z tych niejako rodzinnych przyjaźni trwają już 20, 30 a nawet 40 lat. Teraz wiek tych nowych przysposobianych dzieci coraz bardziej się obniża, pojawiają się ci koło 30, a nawet 20. Już jednak nie przyznaję tym nowym osobom (ewentualnie) tytułu córki lub syna, lecz raczej wnuczki-wnuka. Zarysowują się już nawet szanse na prawnuki. To jednak na razie przyszłość. Zajmijmy się “wnukami”.

“Wnuków” jest znacznie mniej niż “dzieci”, wciąż jeszcze jest to grupa na tyle liczna, żeby postronni pytali, co mnie z nimi łączy. Z ich strony – nie wiem, być może potrzeba opieki, bezpieczeństwa, oparcia, zrozumienia, tolerancji, wyrozumiałości, wsparcia… Potrzeba pogadania i wygadania się. Myślę jednak, że przede wszystkim jest to ciekawość tego, co mogą mieć do (o)powiedzenia osoby, które wyrastały w zupełnie innym świecie i nie zapomniały tego, jak to było, gdy się było młodym.

I to właśnie łączy mnie z nimi – ciekawość, nieprzeparta ciekawość świata. Chcę wiedzieć, co się dzieje. Nadal chcę wiedzieć, co się dzieje.

Ale ciekawość to cecha pragmatyczna, zimna, może nawet wyrachowana. Bez dodatku innych cech zapewnia zaledwie interesujący wywiad. Nawet nie rozmowę.

Uzupełnianie się odmiennych ciekawości robi się też z wiekiem coraz trudniejsze. O ile w pokoleniu rówieśniczym, co oznacza plus-minus 10 lat w stosunku do własnego wieku, rozumiemy się świetnie, bo uczyliśmy się tego samego, oglądaliśmy te same filmy, słuchaliśmy tej samej muzyki, walczyliśmy o to samo i to samo odrzucaliśmy, o tyle na poziomie rozumienia się z “dziećmi” możemy raczej mówić o uzupełnianiu się niż o pełni zrozumienia. Z wnukami to już przede wszystkim wymiana informacji.

A im dalej jesteśmy od siebie, tym ważniejsza wydaje się wzajemna tolerancja dla tego, co ten drugi człowiek mówi, rozumie i reprezentuje. Gdy się jednak nad tym zastanowię, to dochodzę do wniosku, że tolerancja musi mieć bardzo szerokie wymiary – musi obejmować przynajmniej w zalążku przyjaźń, serdeczność, wzajemną pomoc, zrozumienie i dopiero na samym końcu – ciekawość.

I w takich warunkach powinny się spotkać dwie pełne, skomplikowane osoby, które przyjmują siebie nawzajem “z dobrodziejstwem inwentarza”.

Ale to utopia. “Dobrodziejstwo inwentarza” jest we wzajemnych relacjach międzypokoleniowych bardzo względne. Tak naprawdę nie mamy być osobami z innego świata, lecz ekranami, na które projektują się ich potrzeby. Odbieram te projekcje jako coraz bardziej surowe. To, co do nich nie pasuje, nie powinno istnieć. Wycinają się więc ze mnie jako osoby najprzeróżniejsze figury.

* Ewa inteligentna (ale sprawdzamy jej inteligencję na każdym kroku, porównując jej wiedzę z tym, co jest w sieci)
* Ewa wyrozumiała (wyrozumiała dla naszych wad i potrzeb, ona tych wad i potrzeb nie ma mieć)
* Ewa, która dobrze gotuje (co ma uwzględniać wszystkie niuanse naszych indiosynkrazji kulinarnych – ma gotować koszer albo halal, bez mięsa, bez glutenu, bez laktozy, bez nabiału, bez jajek, bez cukru, soli, mąki, bez chemii, ale żeby smakowało rewelacyjnie i wyglądało jak z obrazka)
* Ewa, która potrafi sobie i innym poradzić ze wszystkim, z raną, bólem, zapaleniem, złamanym sercem, urzędem finansowym i pierwotnym lękiem

Ale tych figur nie ma. Jest za to wspomniane już “dobrodziejstwo inwentarza” – masa cech, które do nich nie pasują. I irytują. I złoszczą. I podlegają naganie, natomiast nie podlegają dyskusji.

Patrzy na mnie surowe superego młodszego pokolenia (dziękuję Przemku za nazwanie tego).

Do niedawna myślałam, że jestem z pokolenia, które wywalczyło wolność Europy Wschodniej i wolność osobistą nas wszystkich, kobiet, gejów, lesbijek, wegetarian i pacyfistów. Które wierzyło w utopię solidarności i demokracji, które stworzyło nową wspaniałą muzykę i wolność ubierania się, jak chcemy. Byliśmy pewni, że wolność osobista jest najwyższą wartością, że nie musimy się dorabiać i że jesteśmy wolni. To my zaczęliśmy wychodzić z szafy i przestaliśmy jeść mięso. Przestaliśmy ukrywać to, jacy jesteśmy. Stworzyliśmy wolną miłość, a gdy pojawił się internet, uwierzyliśmy w wolny dostęp do sztuki i nauki, która miała być dziełem wszystkich dla dobra wszystkich.

Tymczasem życie zdominował restrykcyjny system zabraniania wszystkiego wszystkim i udowodniania swoich praw własności do najmniejszego przejawu naszego ja. A za wszystko, co na świecie przestało dobrze funkcjonować, odpowiedzialni jesteśmy my. Czyli ja.

Jestem z pokolenia boomersów i zaludniłam świat. To przeze mnie dwa miliardy ludzi, które żyły na świecie, gdy byłam młodą panną, rozmnożyły się do swej czterokrotnej wartości. To ja w latach 70 wprowadziłam do żywności gluten, a do życia plastik, którym dławią się wieloryby. To ja zatrułam oceany. To przeze mnie umierają pszczoły i znikają kwiaty. To moi współbracia wykorzystują ludzi koloru, kobiety i dzieci. To przeze mnie topnieją pokrywy lodowcowe.

Do tego wstrętnego świata, który stworzyliśmy, młodzi ludzie przyłożyli zasady infantylnego maksymalizmu etycznego (określenie zaczerpnęłam od Waldemara Kuczyńskiego – dziękuję). Nie wiedzą jeszcze, czy naprawdę są i będą tacy, jak mówią, że są, ale już wiedzą, że to, co się mówi o sobie i co się surowo wyznaje, jest ważniejsze od tego, jakim się jest. Byłam istotą niefrasobliwą i ignorującą niepotrzebne restrykcje. Wolałam dobroć od sprawiedliwości. Nie przywiązywałam wagi do własności. Wolałam coś wspólnie zrobić niż rozpatrywać zasługi własnego ja. Ale, przyznaję, również cudzego.

Czasy się zmieniły. To clash pokoleń. Tak nie wolno. Nawet uznaję rację tego “nie wolno”, jeśli ktoś chce docenienia własnego ja, to powinien je dostać również ode mnie, ale przez 60 lat działałam na innych zasadach. Byłam jaka byłam, żyłam jak żyłam. Poruszam się w tym nowym wspaniałym świecie coraz bardziej po omacku i nie wiem, skąd i za co spadnie na mnie surowa krytyka. Wciąż się potykam o infantylny maksymalizm etyczny. I rozbijam sobie nos.

Zielonowłosa istota z mojego pokolenia patrzy na współczesny świat i pyta PO CO?

Pokolenie Solidarności 25

Ewa Maria Slaska

Nowy Jork. Sen amerykański (1984)

Wylądował na lotnisku La Guardia 1 czerwca 1984 roku rano. Z okien samolotu przy bezchmurnym niebie widział Statuę Wolności, ruch statków po rzece Hudson, panoramę metropolii. Widział też Rikers Island, a niewykluczone, że nawet Hart Island, ale jeśli nawet, to obie mu zaledwie mignęły. I w końcu nic o nich nie wiedział i nie miał wiedzieć.

Miał za sobą długi lot, z przesiadkami we Frankfurcie nad Menem i w Amsterdamie. Całą noc nie spał, czuł się brudny i wymięty, choć stewardessy w ostatnim obchodzie po pokładzie zamiast oferować przekąski, jedzenie lub drinki, rozdawały mokre, gorące chusty, które wyciągały drewnianymi szczypcami z metalowych pojemników. Wydaje się, że wszyscy pasażerowie wiedzieli, do czego służą te parujące szmaty. Tylko Stefan nie wiedział i włożył narożnik chusty do ust, myśląc, że to może inny sposób podawania napojów. Na szczęście dyskretny rzut oka na boki pouczył go, co to jest – ręczniki do wycierania twarzy, karku i rąk, po to by wyjść na lotnisko nieco odświeżonym.

Tym niemniej był zmęczony, szary na twarzy i wymięty, zewnętrznie i wewnętrznie. Miał na sobie jedyny garnitur, jaki posiadał – brązowy, sztruksowy, używany, kupiony w Berlinie w sklepie z ciuchami z drugiej ręki. Włożył go, bo garnitur nie mieścił się w walizce i Stefan nie wymyślił dla tych dwóch sztuk odzieży, marynarki i spodni, innego sposobu transportu. Już o 10 rano na lotnisku było gorąco i Stefan pocił się niemiłosiernie w bawełnianej beżowej koszulce polo i ciemnym grubym garniturze. Przechodząc przez halę lotniska zobaczył swoje odbicie w szybie sklepu z elegancką damską bielizną. Na tle białych manekinów w koronkowych majtkach i stanikach wydawał się sobie ciężki, zwalisty, ciemny i ponury.

Continue reading “Pokolenie Solidarności 25” →

Eine schlechte Note wegen Don Quichotte

Ewa Maria Slaska

Am 3. März kündigte ich an, dass Don Quijote nach Barataria geht, weil er dorthin gehört. Interessant, dass es nicht leicht ist, sein Lieblingsthema zu verbannen. Am Morgen des 6. März ging ich in die Stadt, um Besorgungen zu machen. Es hat geschneit, es war windig, es war kalt. Nach einer Polnischen Redewendung ist es im März wie in einem Topf. Mal heiß, mal kalt. Es war nass.

Auf einer nassen Bank lag …


Ich habe bereits zwei weitere Exemplare dieses Kinderbuchs, das in den 1950er Jahren von Erich Kästner als Teil der Reihe Nacherzählungen geschrieben wurde. Das erste habe ich von Ela Kargol bekommen, das zweite – vor kurzem! – von Tibor Jagielski, und jetzt ist das dritte eingetroffen. Illustrationen – Horst Lemke.


Es ist eine sehr schöne Geschichte, und sie beginnt so:

Meine Lieben!

Neulich fragte eine Illustrierte ihre Leser: »In welchem Zeitalter hätten Sie am liebsten gelebt?« Und die Antworten waren bunt wie ein Blumenstrauß Ein Kolonialwarenhändler aus Sehweinfurt teilte der Redaktion mit, dass er am liebsten, etwa um 500 vor Christi Geburt, ein alter Grieche gewesen wäre, und Zwar, wenn sich’s hätte einrichten lassen, Sieger bei den Olympischen Wettkämpfen. Statt mit Lorbeer ‘gekrönt’ zu sein, müsse er nun in seinem Geschäft Lorbeer in Tüten verkaufen, für fremde Suppen, und das gefalle ihm viel weniger.

Eine gewisse Frau Brinkmann aus Lübeck schrieb, schon als Konfirmandin habe sie sieh sehnlichst gewünscht, im 18. Jahrhundert gelebt zu haben, und zwar als Hofdame in Frankreich, mit weißgepuderter Frisur und in weiten seidenen Reifröcken. Dann hätte sie den schönen Marschall Moritz von Sachsen geheiratet und nicht Herrn Brinkmann. Und Paris und Versailles seien viel hübscher als Lübeck und Travemünde. Sie könne das beurteilen, denn sie habe im vorigen Jahr eine achttägige Gesellschaftsreise nach Paris mitgemacht.

So hatte ein jeder Leser seinen eignen Kopf. Einer hätte gern als schwedischer Reitergeneral im Dreißigjährigen Kriege gelebt, ein andrer als chinesischer Mandarin, ein dritter als Mundschenk der Königin Kleopatra von Ägypten. Nur Herr Pfannenstiel aus Barmen-Elberfeld schrieb:

»lch, der Endesunterfertigte, möchte Herr Pfannenstiel aus Barmen-Elberfeld, Krumme Straße 7, Vertreter für Rasierklingen, sein und bleiben. Hochachtungsvoll Ihr sehr ergebener Willibald Pf.«

Willibald Pf. war mit seinem Los zufrieden. Er war eine Ausnahme. So selten wie eine seltene Briefmarke.

Don Quichotte nun, dessen Abenteuer ich euch gleich erzählen werde, war ein armer spanischer Edelmann, der für sein Leben gern ein Ritter gewesen wäre. Ein Ritter in voller und blitzender Rüstung, mit Lanze, Schild und Schwert und auf einem feurigen Hengst. Obwohl es zu seiner Zeit, vor etwa dreihundertfünfzig Jahren, solche Ritter schon lange nicht mehr gab! Nun hätte das keinerlei Aufsehen erregt, wenn Don Quichotte seine Ritterträume hübsch für sich behalten und zu Hause im Lehnstuhl geträumt hätte. Doch so bequem machte er es sich und den anderen nicht! Er dachte nicht: Ach, wäre ich doch ein tapferer Ritter! Ach, könnte ich doch den Schwachen und Bedrängten helfen! Ach, hätte ich doch verwegene Feinde, um sie zu besiegen! Nein, er hielt gar nichts von Wäre und Könnte und Hätte! Sondern er erhob sich aus seinem Lehnstuhl, schlug mit der Faust auf den Tisch und rief blitzenden Auges: »Ich bin ein Ritter! Ich habe Feinde! Und ich werde den Schwachen helfen!« Dann holte er die eiserne Rüstung seines Urgroßvaters vom Boden, putzte und kratzte den Staub, die Spinnweben und den Rost weg, reparierte den Helm und das Visier, kletterte in die Rüstung hinein, band den Heim fest, zog sein Pferd aus dem Stall, das so dürr war wie er selber, stieg ächzend hinauf, setzte sich Zurecht und ritt davon. Die Abenteuer, die er erlebte, hat Miguel de Cervantes aufgeschrieben, und er hat in dem Buch behauptet, schuld an Don Quichottes seltsamen Taten wären die zahllosen Ritterromane gewesen, die damals Mode waren und die er allesamt gelesen hätte. Das kann schon sein. Kürzlich wurde auf einem Münchner Standesamt ein junges Paar getraut, das dreihundertsieben Wildwestfilme gesehen hatte. Sie kamen Zu Pferde, mit Colts und Lassos, in Cowboytracht, und der Standesbeamte fiel in Ohnmacht. Immerhin wussten die jungen Eheleute noch, dass sie  eigentlich Bachmayer hießen und dass der Herr Gemahl wochentags nicht über die Prärie reiten, sondern in Schwabing die Gaszähler prüfen musste. Bei Don Quichotte lag das anders. Er war beim Lesen übergeschnappt! (Na euch kann das ja nicht passieren).

Bye By Don Quichotte, ich habe deinetwegen eine schlechte Note bekommen. Lieben tue ich dich weiter. Trotzdem.

Pokolenie Solidarności 24

Ewa Maria Slaska

Berlin, „praca na czarno” (1983)

Stefan był “azylantem”. Złożył podanie o azyl i czekał na odpowiedź. W jego wypadku było oczywiste, że odpowiedź będzie pozytywna, takich jak on, „prawdziwych” politycznych było niewielu. „Azylanci”, którzy czekali na uznanie azylu, lub uzyskiwali odpowiedź negatywną i odwoływali się od decyzji urzędów, musieli mieszkać w ośrodku dla uciekinierów, który po niemiecku nazywał się Heim, czyli dom, a po polsku berlińsku, wiadomo, „hajm”. Nie wolno im było wynająć własnego mieszkania. Trwało to niekiedy latami. Mogło się oczywiście zdarzyć, że w międzyczasie „przeszli na Aussiedlera” lub wyjechali do RPA lub USA, ale często wciąż jeszcze wegetowali w schronisku. Samotni – w pokojach wieloosobowych. Wtedy zazwyczaj dużo pili. Musieli korzystać ze zbiorowego żywienia lub byli zmuszeni do kupowania tylko w określonych sklepach, a zamiast pieniędzy otrzymywali bony. Dzieci nie podlegały przymusowi szkolnemu. Nikt nie miał prawa pracy.

Continue reading “Pokolenie Solidarności 24” →

Międzynarodowy Dzień Języka Ojczystego

Ela Kargol

Czy język ojczysty jest językiem ojca?

Języka ojczystego uczyła mnie babcia, mama, potem dopiero ojciec na równi z dziadkiem.

Język ojczysty, dlaczego nie matczyny? Babciny?

Polska to kraj ojców. Matki rodzą, tulą, do snu kołyszą, chcąc nie chcąc, uczą pierwszych słów. Ojcowie, jak jest wojna, idą na wojnę, w czasie pokoju chodzą do pracy. O ojcowiznę dbają żony, matki, dzieci.

A więc dlaczego ojczyzna? Dlaczego język ojczysty?

Ojcowie znaczyło kiedyś tyle co rodzice. Ale rodzic, to ten, co rodzi. Rodzicielką zawsze jest matka.

Dlaczego rada języka nie mogłaby zatwierdzić nowego słowa: “język matczyny”? Mógłby funkcjonować na równi z “językiem ojczystym”, z “językiem rodzimym”.

Dla moich wnuków językiem ojczystym jest język niemiecki, jak na ironię nazwany Muttersprache. Językiem pierwszym, matczynym, wyssanym z mlekiem matki jest język polski. A więc dwa języki ojczyste? Moim językiem matczyno – babcinym, ojczysto – dziadkowym stał się język polski i jest nim nadal z całym dobrodziejstwem słów i zwrotów regionalnych, przejętych i zasłyszanych u mamy, babci, taty, dziadka, cioć, wujków, kuzynostwa… Niski stołek moje wnuki nazywają “ryczką”, w “tytkę” pakuję im “sznytki” do szkoły. Ale na pytanie “kielo macie godzin?”, nie umìeją odpowiedzieć. I wcale nie dlatego że nie znają się na zegarku, ale dlatego że wpływy mojego ojca, górala z południa Polski na zasób mojego słownictwa były dużo mniejsze niż wpływy wielkopolskiej mamy, babci i dziadka.

Z kim przebywasz, takim się stajesz i takim językiem się posługujesz.

Krystyna Koziewicz

Bądź z serca pozdrowiona,
Ojczysta święta mowo!
Niby łańcuchem złotym
Wiąże nas twoje słowo.

W tobie ostoja nasza,
Wieczna odnowy siła,
Tyś znowu ziemię śląską
Ojczyźnie powróciła.

Twój dźwięk przez góry, morza
Łączy i w jedność splata.
Wychodźców polskich rzesze
We wszystkich częściach świata.

Tyś nasza twierdza, tarcza,
Opieka i obrona,
Ojczysta święta mowo,
Bądź z serca pozdrowiona!

Leopold Staff, Mowa ojczysta


Powiadają, że język ojczysty jest nie tylko składnikiem kultury, ale zarazem najlepszym odbiciem kultury danego narodu. Jestem Polką, mam zatem wielki szacunek do mowy polskiej zarówno w mowie, jak i piśmie. Oznacza to, że tym samym wyrażam szacunek do innych i siebie. Niestety, naszą mowę ojczystą traktuje się dziś lekceważąco, zwłaszcza urzędnicy, politycy, którzy w mediach, Sejmie, Senacie popisują językiem nie godnym stanowiska państwowego. Takie osoby nie zasługują na mój respekt i szacunek. Wielka szkoda, że jesteśmy obojętni na daleko posuniętą swobodę w posługiwaniu się mową nienawiści. Na szczęście piękną polszczyznę czerpiemy, czytając książki, poezje, chodząc do teatru, spotykając się ludźmi o bogatym wnętrzu i kulturze osobistej. Jedyne dobro, jakie każdy Polak ma, to język ojczysty. Nasza tożsamość, nasze ja!

Ewa Maria Slaska

Dla mojej Mamy, Ireny Kuran-Boguckiej, artystki graficzki i tłumaczki, od zawsze było jasne i mi również wpoiła to przekonanie, że język jest wprawdzie ojczysty, podobnie jak ziemia, na której się mieszka, ale port jest zawsze macierzysty.


Stąd się wypływa i tu się wraca.

Mieszkaliśmy w Gdańsku. Dla kogoś, kto nie mieszka nad morzem, pływanie na statku, to być może statek Białej Floty, prom z Gdańska do Szwecji, a może wielki statek wycieczkowy z basenami, dansingami i orkiestrą, ale dla ludzi, którzy tu mieszkają na morze się wypływa do pracy a nie dla rozrywki, a praca na morzu zawsze może być niebezpieczna. To praca dla mężczyzn. Jeśli jesteś rybakiem, marynarzem, odkrywcą, żeglarzem, czy piratem, zawsze możesz nie wrócić. A twoja rodzina będzie nadaremno czekała w porcie.

Kobiety czekające w porcie. Kobiety wypatrujące przez okno. Matki, żony, córki, siostry, narzeczone. Opowiadano mi o pewnym kaszubskim domu rybackim, w którym pokolenia kobiet wydeptały na polepie w kuchni koleiny od pieca do okna. Męska rzecz być daleko, a kobieca wiernie czekać, czytamy w Odysei.

Mama była żoną żeglarza, i to żeglarza polarnego, a żeglarstwo polarne to bardzo niebezpieczny sposób kontaktu z morzem lub oceanem.

Zawsze czekała. Ojca nie było, a ona czekała i tworzyła. Nasz dom był naszym portem macierzystym i tu uczyłyśmy się języka macierzystego, który był twórczy, a posługiwał się w równym stopniu obrazem, co słowem.

Gdy miałam siedem lat, po raz pierwszy przeczytałam Odyseję. Dał mi ją do czytania Ojciec. Oczywiście, wiem, Odyseję napisał Homer, ale dla mnie jej autorem był Jan Parandowski, tłumacz. Mniej więcej w tym samym czasie Mama dała mi do czytania inną publikację Parandowskiego, jego książkę o języku, takim jaki potrzebny jest pisarzowi i pisarce: Alchemia słowa.

Ojciec i Mama słowami tego samego pisarza ustalili topografię mojego dzieciństwa, tego świata, w którym ojciec płynie na morze, a matka tworzy sztukę, w którym miłość, język i port są macierzyste, a niepokój, lęk, czekanie i tęsknota – ojczyste.

Historia każdej literatury, napisał Parandowski, zaczyna się od poezji. To bowiem, co najpierw wyniosło się ponad potoczną mowę, to był wiersz i często zdobywał on już doskonałość, zanim postawiono pierwsze nieśmiałe zdania artystycznej prozy. Jej subtelny mechanizm składał się bardzo powoli i ten sam proces dojrzewania prozy – w ogromnym skrócie, oczywiście – powtarza się u wszystkich pisarzy. Prawie wszyscy zaczynają od poezji, jakby dla potwierdzenia prawa ewolucji, czasem długo nie uświadamiają sobie swego przeznaczenia i zanim zdecydują się na prozę, wydają tomiki wierszy (…) Pisarz wypełnia powszechną tęsknotę, by wyrazić siebie i swój świat, i w tym ulega przyrodzonemu impulsowi natury ludzkiej, lecz zarazem staje się niejako rzecznikiem tych, którzy nie mogą i nie umieją się wypowiedzieć. Kto wiele przeżył – pisze.

To robimy. Piszemy.

Reblog++ (Matka Boska Solidarności 3)

Ewa Maria Slaska

Im Sommer 2018 erzählte mir Tibor Jagielski, dass sich in der Polnischen Kirche ein Bild befindet, das von den sog. Solidarność-Flüchtlinge in den 80ern bestellt und der Kirche übergeben wurde. Einer der Initiatoren dieser Spende waren seine Eltern, Frau Magdalena Jagielska und Herr Krzysztof Jagielski, dessen Memoiren aus der Streik-Zeiten in Stettin (August 1980) ich HIER publizierte (bitte auch vier weitere Posts lesen; jeweils eine Woche später). Wir gingen in die Kirche, um uns das Bild anzuschauen. Es gab es aber nicht. Die Büroangestellte in der Kirche wusste sogar nicht, wovon wir überhaupt reden. Erst Herr Priester, der bald kam, wusste Bescheid. Die polnisch-solidarische Mutter Gottes hing in der Garderobe, versteckt hinter einer Reihe der weißen Messdienerkleider.
Damals schrieb Tibor den folgenden Text:

Tibor Jagielski
Das Bild wurde von einer Vereinigung der polnischer Exilanten in Auftrag gegeben und in Westdeuschland, von einem Flüchtling aus, durch den Kriegszustand (1981-83) erschütterten, Polen gemalt. Wie die Ikone genau enstanden ist, weiss ich nicht zu berichten, ausser dass hier auch meine Mutter, Magdalena Jagielska, eine Rolle gespielt hat.
Die Einweihung fand (1985?) in der kleinen polnischen Kirchengemeinde in Mariendorf statt, und es hing dort, bis zum Mauerfall an der Wand und fand allgemeines gefallen sowie genoss Verehrung. Doch, vermutlich nach dem Umzug der Gemeinde in die geräumige Basilica in Kreuzberg verschwand es, wie ich und Frau Ewa Maria es neulich feststellen mussten, in Rumpelkammer.
Persönlich finde ich das Bild schön, harmonisch, sanft und milde, und vielleicht gerade deswegen passt sie, diese Mutter der Hoffnung, nicht in die, ehrlich gesagt, grauenvolle und gruftartige Ausstattung der Kirche.


Ewa Maria Slaska:
Jetzt, als wir uns mit Tibor wieder trafen
, schmieden wir den Plan, wie wir das Bild aus der Vergessenheit holen sollen und wollen. Zeit wäre’s, dass es bald anders wird.


Tibor Jagielski

porca madonna!
krzyczy się zazwyczaj nie tylko w italii, gdy czas biegnie, a ty stoisz;
serio nie wiem, co zrobić: obraz matki boskiej “solidarności” jest nadal pod kluczem!
oczywiście kościół zdobią teraz imponujące witraże, ale serce jest nadal w szafie
– ponad ćwierć wieku!
wyrwijmy wreszcie to światło z  ciemności!

Ewa Maria Slaska

13.02.2023
Eine Minute nach Mitterancht: Heute versuchen wir es erneut! Drückt uns die Daumen!

Später: Es wid was werden! Hoffen wir! Wir haben mit dem Pfarer gesprochen, uns das Bild genau angesehen und in der Kirche bei der “Konkurenz”´Blumen gelegt. Wir wissen auch, wie der Maler heißt, der das Bild 1984 gemalt hat: Mieczysław Zygmoniak.