Ela Kargol
100 lat Wieży Bismarcka w Szczecinie
Wybudowano ich ponad 200, planowano dwa razy tyle. Wieże Bismarcka, które obok pomników mu poświęconych powstawały jeszcze za życia żelaznego kanclerza z woli ludu, z jego datków i z wdzięczności za zjednoczenie Niemiec. Rozproszone były po całym świecie, nie tylko na terenach ówczesnej Rzeszy, ale wszędzie tam, gdzie występowała społeczność niemiecka.
Spośród 240 oryginalnych wież i kolumn Bismarcka, 173 wieże nadal stoją na terenie Niemiec, Francji, Czech, Polski, Rosji, Austrii, Kamerunu, Tanzanii i Chile. W Niemczech zachowało się 146 z dawnych 184 wież.
W 1899 roku Związek Studentów Niemieckich ogłosił konkurs na projekt wieży, a właściwie kolumny z ogniową misą na szczycie, gdzie mógłby być rozpalany ogień ku czci Bismarcka. Konkurs wygrał drezdeński architekt Wilhelm Kreis. Według jego projektu nazwanego jak opera Wagnera „Zmierzch bogów” (Götterdämmerung) wybudowano 47 wież. Pozostałe budowano inaczej, projekty kreślili inni architekci. W Berlinie miały powstać trzy, zbudowano jedną, przekraczając budżet o jeszcze raz tyle, ile zaplanowano. Stanęła w Köpenick na wzniesieniu Müggelberge. W 1936 roku zapłonął na niej olimpijski ogień, przyniesiony tutaj przez uczniów z berlińskiego stadionu olimpijskiego. Gdy front radziecki nacierał na zachód burzono wieże Bismarcka. Taki los spotkał też berlińską wieżę, którą krótko przed końcem II wojny światowej wysadzono w powietrze. Podobno na północnych zboczach Müggelberge można natrafić na jej części.
Wieżom Bismarcka na terenie dzisiejszej Polski, których wycofujący się Wehrmacht nie zdążył zburzyć, nadawano inne nazwy.
Wieża Gocławska w Szczecinie, choć każdy dzisiaj używa znowu starej nazwy, była najdroższą z wybudowanych wież Bismarcka. 10 sierpnia 1921 roku odbyło się jej uroczyste otwarcie. Od projektu do realizacji minęło ponad 20 lat. Początkowo miała być usytuowana na Wyspie Grodzkiej, w końcu wybrano miejsce na Zielonym Wzgórzu, kiedyś zwanym Winnogórą (Weinberg), na terenie dzisiejszego Uroczyska Kupały w Szczecinie – Gocławiu, części Puszczy Wkrzańskiej (Ueckermünder Heide). Wieżę zaprojektował ten sam Wilhelm Kreis, który w roku 1899 wygrał konkurs na ujednoliconą wieżę Bismarcka. Tym razem okrągła forma budowli wzorowana była na mauzoleum Teodoryka w Rawennie, pierwszego germańskiego cesarza rzymskiego. Wnętrze przypominać miało rzymski panteon. W wieży umieszczono popiersie Bismarcka, które po II wojnie światowej usunięto. Usunięto również orły cesarskie z zewnętrznych przypór wieży. Podobno w usuwaniu orłów brały udział radzieckie czołgi, które za pomocą łańcuchów ściągnęły orły z postumentów. Leżą do dziś na zboczach Zielonego Wzgórza, dawnej Winnogóry, kiedyś porośniętej winnicami. Na starych pocztówkach te winnice są dobrze widoczne, a lasów też jakby mniej. W tej chwili buczyna porasta strome zbocza, gdzieniegdzie rosną stare dęby. Przez wzgórze przechodzi Szlak Gocławski. Gocław jest częścią osiedla Golęcino-Gocław, przed wojną: Frauendorf-Gotzlow.
Pod samo wzgórze można dotrzeć tramwajem linii nr 6. Trasa szóstki jest jedną z najdłuższych szczecińskich tras tramwajowych. Sto lat temu szóstka jeździła do Niebuszewa, później z Niebuszewa do Gocławia, a teraz lewobrzeżem z Pomorzan pod samą wieżę Bismarcka. Szóstka obrała kurs na północ, tak samo jak projekt mieszkańców północnego Szczecina, którzy mają w planie: „utworzenie parku Tilebeinów, zagospodarowanie parku przy wieży Bismarcka, stworzenie stanicy wodnej na Skolwinie, udoskonalenie szlaku widokowego po północnych osiedlach Szczecina. Są i inne pomysły, na przykład zagospodarowania Wodozbioru na Warszewie, spacerowa turystyka dla Alt Buchholz, powstanie rekreacyjnego Skweru Królewskiego – Krucza, czy zagospodarowanie polany przy Stawach Bliźniakach na Żelechowej” (Głos Szczeciński,19 maja 2021).
Wsiadając na Pomorzanach do szóstki, mijamy po drodze fabryczne zabudowania dawnego Szczecina, za którymi kryje się Szczecińska Wenecja, potem dworzec nad Odrą po lewej, pomnik kolejarza po prawej i Most Dworcowy, którego już nie ma, też po prawej. Wjeżdżamy na Most Długi, z lewej kościół św. Jana Ewangelisty, głębiej katedra św. Jakuba, po prawej kościół Świętej Trójcy, jedyny ewangelicki w Szczecinie. Mijamy Zamek Książąt Pomorskich, dojrzeć można tylko jego wieże. Czy widać z tramwaju tajemniczą Basztę Siedmiu Płaszczy, nie jestem pewna. Tramwaj jedzie wzdłuż Nadbrzeża Wieleckiego, pod Trasą Zamkową, której podpory stały się galerią dla artystów muralowych ze słynnym muralem „Iwaszkiewicza“ (ciągle zamalowywanym) i z wieloma innymi znanymi i nieznanymi malunkami, w tym Lumpa, cenionego szczecińskiego twórcy. Potem zaczynają się już słynne Wały i Bulwar Chrobrego (Hakenterrasse, nazwane na cześć burmistrza Hakena), zaprojektowane według koncepcji Wilhelma Meyera-Schwartau, a przy nich Muzeum Narodowe i Akademia Morska. Z przystanku Dworzec Morski można zejść do kapitanatu i, jak się ma szczęście, promem dotrzeć na Wyspę Grodzką. Prom przeznaczony jest dla działkowiczów z wyspy, ale działkowiczów można odwiedzać. Plaży na Wyspie Grodzkiej nie lubię, bo zajęła dużą część działek. Tramwaj jedzie dalej, oddala się nieco od Odry, by znów przy Stoczni Szczecińskiej się do niej przybliżyć. A potem zaczyna się już inny Szczecin, mniej turystyczno-pokazowy, ze starymi budynkami fabrycznymi, na murach których z trudnością, ale można jeszcze odczytać niemieckie słowa, Pałac Tilebeinów już nie istnieje, być może niedługo będzie można znowu pospacerować po parku przy pałacu z zachowanym starodrzewiem i odwiedzić miejsce dawnego rodzinnego mauzoleum. Na murach coraz częściej pojawiają się napisy kibiców piłkarskiego klubu Pogoni Szczecin, który to szczególnie na północy miasta ma swoich wielbicieli.
Tramwaj kończy trasę na pętli Gocław, by po chwili wrócić na Pomorzany. Warto wspomnieć o willi Strutza przy ulicy Lipowej, naprzeciwko pętli tramwajowej, znanej jako „willa z zegarem”, a od niedawna, gdy na nowo odkryto witraż z syrenką, zmieniła swój przydomek na „willę z syreną”.
Przechodzę pod bardzo niskim mostem kolejowym, mostem dla krótkich ludzi i fanów Pogoni Szczecin, o czym świadczą napisy po obu stronach mostu. Łagodnym zboczem idę w kierunku ulicy Narciarskiej, później mijam ulicę Górską. Czuję się, jak na górskim szlaku, jest drogowskaz: Wieża Bismarcka.
Wieża na pierwszy rzut oka jest w dość dobrym stanie, beton i wapień muszlowy mają się dobrze. Fani Pogoni dotarli też tutaj i zapisali na murach wieży nazwę swojego klubu.
Główne uroczystości z okazji setnych urodzin zaczną się o zmroku, wtedy jak za dawnych czasów wieża rozbłyśnie ogniem, takim z reflektorów. Na razie trwają harce na łące przed wieżą, dzieci łapią bańki mydlane, starsi zajęci są konsumpcją. Przechadzam się trochę po pobliskim lesie w którym porozrzucane są części obmurowań wieży oraz orły zwalone z wyższych partii budowli. Festyn zaczyna się rozkręcać.
Miejmy nadzieję, że nowy właściciel wieży przywróci jej dawny blask, niekoniecznie wielbiąc przy tym Bismarcka, lecz przypominając jego postać, historię miejsca i budowli.


















































































































































Lubię Berlin, teraz tym bardziej, gdy wiem, że nie mogę się z niego ruszyć, nie tylko ze względu na pandemię. Odkrywam nowe rzeczy, ulice, dzielnice. A klatka schodowa u mojego lekarza na Moabicie przy Rathenower Straße zachwyca mnie za każdym razem, kiedy po niej stąpam.

Haushofer wraz kilkunastoma innymi więźniami został rozstrzelany krótko przed końcem wojny, 23 kwietnia 1945 roku w pobliżu więzienia, na zbombardowanym obszarze tzw. Ulap-Gelände (Universum Landes-Ausstellungs-Park). Obecnie na części tego dawnego terenu wystawienniczego znajduje się park. W kieszeni płaszcza zamordowanego Haushofera znajdowały się kartki z 80 sonetami. Grób Haushofera jest honorowym grobem miasta Berlina. Na tablicy na murze cmentarnym cytowany jest fragment jego Sonetów moabickich:
Na części cmentarza przy Kościele św. Jana Chrzciciela oprócz grobów najstarszych, między innymi rodziny Gericke oraz fabrykanta Pfluga, są dwa groby dość nowe, przy murze graniczącym z dawną szkołą powszechną, grób Ronalda Holloway’a i jego żony Dorothei. Oboje byli związani z filmem, z Berlinale, z filmem niemieckim i wschodnioeuropejskim, byli świadkami upadku Muru Berlińskiego i czasu przemian, co zarejestrowali na taśmie filmowej. Są autorami filmu Die Mauertänzerin.
Prawie naprzeciwko cmentarza mieszkała rodzina Wirpszów. Witold Wirpsza zapomniany poeta, prozaik, tłumacz literatury niemieckiej, którego przypomniała mi ostatnio adminka i zaprowadziła pod dom, w którym mieszkał wraz ze swoją żoną Marią Kurecką, również pisarką i tlumaczką. Maria Kurecka przeżyła męża kilka lat, ale nawet po jego śmierci, jak wspomina adminka, często z nim rozmawiała, częstując Ewę Marię zupą z homara, taką z proszku, za kilkadziesiąt fenigów. Na inną pewnie nie było Wirpszów nigdy stać, oboje byli biednymi poetami.