Odeszły

Ela Kargol, Krystyna Koziewicz, Ewa Maria Slaska

Byłyśmy z nimi zaprzyjaźnione, co roku odwiedzamy ich groby, myślimy o nich, piszemy, również tu, na blogu Ewa Maria & Friends.

Chcemy o nich jutro z Wami porozmawiać – zapraszamy do Galerii NaKole na Neukölln, którą prowadzi Wiesław Fiszbach, malarz.

Viki – odeszła 11 grudnia 2020 roku zabierając ze sobą pierwszą chanukową świeczkę, pół roku po swoich urodzinach 11.06.1945.

Była zawsze świetnie ubrana, mnóstwo podróżowała, wszystkich znała, napisała kilka książek. Słynęła z z ciętych wypowiedzi i ripost. Tu kilka z nich:

Każdy ma wrogów, nie warto się przejmować, po prostu trzeba mieć więcej przyjaciół niż wrogów.
Uciekinierzy chcieliby mieć nasze problemy.
Wolę nie zarabiać, niż użerać się Urzędem Skarbowym.
Nie ma to, jak przygotować na kolację dla wegetarian porządną, soczystą pieczeń wieprzową.
Jestem niewierząca w czterech religiach.
Na zewnątrz mógł być sobie bardzo poważny i dramatyczny stan wojenny, ale ja wysyłałam moim przyjaciołom do Warszawy nie tylko leki, ale również staniki, majtki, prezerwatywy i podpaski – dla mnie to już na zawsze będzie “stanik wojenny”.

Joasia – zachorowała dwa lata temu, umarła przed rokiem – w myślach zawsze sobie mówię, że zabrał ją październik, bo i choroba, i śmierć nadeszły w tym miesiącu.

Była jedną z najaktywniejszych autorek tego bloga – pisała dużo, ciekawie, na różne tematy i nigdy nie nawalała – jak obiecała tekst, to on zawsze był. Jeśli chodzi o ilość opublikowanych wpisów w dziesięcioletniej historii tego bloga na pierwszym miejscu jestem (niestety) ja (bo muszę wypełniać wszystkie dziury), na drugim Zbigniew Milewicz (197 wpisów), na trzecim właśnie ona – 89 tekstów. Proza, eseje, reportaże z podróży. Dużo z mężem podróżowali, ostatnią wielką podróż odbyli do Peru. W ostatnim wpisie o tej podróży czytam niezwykłą wiadomość.

Następnego dnia wstajemy o świcie. Ronaldo czeka na nas przed bungalowem. W świetle latarki wspólnie pokonujemy drogę do miejsca postoju naszej łodzi. W ciemnościach odpływamy od brzegu, przez godzinę płyniemy przez pola mgły przy akompaniamencie odgłosów dżungli. Kiedy docieramy na miejsce, Ronaldo opowiada nam, że niedaleko stąd widział przed rokiem „uncontacted person”, czyli indygennego Indianina, który nie miał do tej pory żadnego kontaktu z naszą cywilizacją. „Co się w takim przypadku robi?”, pytam z ciekawością. „Nie wolno podejmować żadnych prób nawiązania kontaktu, Indianie mogą poczuć się zagrożeni i zareagować agresywnie. Należy niezwłocznie poinformować dyrekcję parku”. Ronaldo dodaje, że naukowcy szacują, że na terenie parku Manu mieszka od tysiąca do trzech tysięcy Indian, którzy nie mieli do tej pory żadnego kontaktu z naszą cywilizacją.

Wiedzieliście o tym? Bo ja nie, a w końcu studiowałam etnografię.

Irena – była taka młoda, miała 40 lat, jak odeszła. Ela Kargol zapamiętała ją, jak w ogrodzie wspięła się na drzewo, żeby zebrać śliwki. “Taka była młoda, szczupła, gibka.”

Życie boli. Boli inaczej jak głowa, zwichnięta noga, wyrwany ząb, albo rwa kulszowa. Nie pomoże pigułka. Życie jest lekoodporne.

Przyjeżdżałaś rowerem do naszego ogrodu, smukła, gibka, wysportowana. Sama jeżdżę rowerem, a więc za ten rower miałaś już u mnie dodatnie punkty i za góry. Zazdrościłam tobie twoich górskich wypraw. Bo ja też miłośniczka gór, ale bardziej w schronisku, przy gitarze i wódeczce. A ty naprawdę przemierzałaś alpejskie i tatrzańskie szlaki. Pamiętasz, jak obiecałyśmy sobie wysłać kartkę z wakacji? Wiem, że od ciebie dostałam, a ja swoją do ciebie wysłałam dopiero z Berlina.

Ewa – nie miała 60 lat, jak odeszła. Monika Wrzosek-Müller tak o niej napisała:

Była gorliwą czytelniczką, czytała książki z niesamowitym zapałem i zaparciem, dyskutowała żarliwie.
Była kochającą matką, która uwielbiała swojego syna-przyjaciela.
Była wspaniałą nauczycielką, którą uwielbiały generacje obcokrajowców przybywających do Berlina.
Była towarzyska, lubiła życie codzienne, z kawą, papierosem i kieliszkiem czerwonego wina.
Była towarzyszką dla wielu osób, którym było dane ją spotkać. Potrafiła słuchać i próbowała pomagać w rozwiązaniu problemów, zapominając często o swoich własnych.

Choroba przyszła niespodziewanie, walczyła z nią przez kilka lat, nie poddając się pesmistycznym diagnozom większości lekarzy.

Dla mnie odeszła moja bardzo bliska przyjaciółka, osoba wielkiej kultury
i charyzmy.

Maryla – odeszła tak jak Ewa i Joasia, na raka, w wieku około 60 lat. W ciągu kilku lat z Berlina zniknęły trzy charyzmatyczne tłumaczki polsko-niemieckie, takie, które potrafiły nie tylko przetłumaczyć jeden język na drugi, ale też jeden z tych krajów przetłumaczyć mieszkańcom drugiego. I to w obu kierunkach.

Od wielu tygodni jej szwagierka, Magda, pisze dla nas, Czytelników bloga o Maryli. W ostatnim wpisie napisała:

Jesień coraz bardziej kolorowa, drzewa sypią żółto-czerwonym confetti, niedługo początek listopada. Naturalnie w tym czasie więcej myślimy o bliskich, którzy odeszli, jedziemy na cmentarz, trzeba uporządkować groby, zapalić znicze, położyć świeżą wiązankę. Coraz więcej wspomnień, tych zaduszkowych, z czasu, kiedy jeszcze przychodziliśmy na cmentarze z kimś, a nie do kogoś. Te polskie Zaduszki mają jedyny w swoim rodzaju, melancholijny, podszyty smutkiem nastrój, poważny, otwierający na eschatologię. Komercyjna, jarmarczna zabawa Halloween wprowadza jakiś dysonans, przełamuje smutek i religijną powagę, pozwala na śmiech, na kpinę ze śmierci, ma zapewne łagodzić lęk egzystencjalny. Według mnie Halloween po prostu nie pasuje do tych naszych świąt. Maryla była innego zdania. Może podobała jej się groteskowość Halloween, może też dlatego że w ogóle lubiła wszelkie poważne rozmowy zamykać żartem. Może w tym jej zwyczaju kryła się jakaś myśl o nietrwałości wszystkiego, może te żarty były rodzajem przypomnienia, że nie warto wszystkiego traktować tak bardzo serio, w końcu nic nie jest wieczne, wszystko się zmienia, a wreszcie kiedyś kończy. Może w tych żartach przejawiała się jej prywatna filozofia, zakładająca konieczność zachowania stoickiego dystansu wobec tego, co nieuchronne.


Chodzenie po mieście. Szczecin.

Ela Kargol

100 lat Wieży Bismarcka w Szczecinie

Wybudowano ich ponad 200, planowano dwa razy tyle. Wieże Bismarcka, które obok pomników mu poświęconych powstawały jeszcze za życia żelaznego kanclerza z woli ludu, z jego datków i z wdzięczności za zjednoczenie Niemiec. Rozproszone były po całym świecie, nie tylko na terenach ówczesnej Rzeszy, ale wszędzie tam, gdzie występowała społeczność niemiecka.

Spośród 240 oryginalnych wież i kolumn Bismarcka, 173 wieże nadal stoją na terenie Niemiec, Francji, Czech, Polski, Rosji, Austrii, Kamerunu, Tanzanii i Chile. W Niemczech zachowało się 146 z dawnych 184 wież.

W 1899 roku Związek Studentów Niemieckich ogłosił konkurs na projekt wieży, a właściwie kolumny z ogniową misą na szczycie, gdzie mógłby być rozpalany ogień ku czci Bismarcka. Konkurs wygrał drezdeński architekt Wilhelm Kreis. Według jego projektu nazwanego jak opera Wagnera „Zmierzch bogów” (Götterdämmerung) wybudowano 47 wież. Pozostałe budowano inaczej, projekty kreślili inni architekci. W Berlinie miały powstać trzy, zbudowano jedną, przekraczając budżet o jeszcze raz tyle, ile zaplanowano. Stanęła w Köpenick na wzniesieniu Müggelberge. W 1936 roku zapłonął na niej olimpijski ogień, przyniesiony tutaj przez uczniów z berlińskiego stadionu olimpijskiego. Gdy front radziecki nacierał na zachód burzono wieże Bismarcka. Taki los spotkał też berlińską wieżę, którą krótko przed końcem II wojny światowej wysadzono w powietrze. Podobno na północnych zboczach Müggelberge można natrafić na jej części.

Wieżom Bismarcka na terenie dzisiejszej Polski, których wycofujący się Wehrmacht nie zdążył zburzyć, nadawano inne nazwy.

Wieża Gocławska w Szczecinie, choć każdy dzisiaj używa znowu starej nazwy, była najdroższą z wybudowanych wież Bismarcka. 10 sierpnia 1921 roku odbyło się jej uroczyste otwarcie. Od projektu do realizacji minęło ponad 20 lat. Początkowo miała być usytuowana na Wyspie Grodzkiej, w końcu wybrano miejsce na Zielonym Wzgórzu, kiedyś zwanym Winnogórą (Weinberg), na terenie dzisiejszego Uroczyska Kupały w Szczecinie – Gocławiu, części Puszczy Wkrzańskiej (Ueckermünder Heide). Wieżę zaprojektował ten sam Wilhelm Kreis, który w roku 1899 wygrał konkurs na ujednoliconą wieżę Bismarcka. Tym razem okrągła forma budowli wzorowana była na mauzoleum Teodoryka w Rawennie, pierwszego germańskiego cesarza rzymskiego. Wnętrze przypominać miało rzymski panteon. W wieży umieszczono popiersie Bismarcka, które po II wojnie światowej usunięto. Usunięto również orły cesarskie z zewnętrznych przypór wieży. Podobno w usuwaniu orłów brały udział radzieckie czołgi, które za pomocą łańcuchów ściągnęły orły z postumentów. Leżą do dziś na zboczach Zielonego Wzgórza, dawnej Winnogóry, kiedyś porośniętej winnicami. Na starych pocztówkach te winnice są dobrze widoczne, a lasów też jakby mniej. W tej chwili buczyna porasta strome zbocza, gdzieniegdzie rosną stare dęby. Przez wzgórze przechodzi Szlak Gocławski. Gocław jest częścią osiedla Golęcino-Gocław, przed wojną: Frauendorf-Gotzlow.

Pod samo wzgórze można dotrzeć tramwajem linii nr 6. Trasa szóstki jest jedną z najdłuższych szczecińskich tras tramwajowych. Sto lat temu szóstka jeździła do Niebuszewa, później z Niebuszewa do Gocławia, a teraz lewobrzeżem z Pomorzan pod samą wieżę Bismarcka. Szóstka obrała kurs na północ, tak samo jak projekt mieszkańców północnego Szczecina, którzy mają w planie: „utworzenie parku Tilebeinów, zagospodarowanie parku przy wieży Bismarcka, stworzenie stanicy wodnej na Skolwinie, udoskonalenie szlaku widokowego po północnych osiedlach Szczecina. Są i inne pomysły, na przykład zagospodarowania Wodozbioru na Warszewie, spacerowa turystyka dla Alt Buchholz, powstanie rekreacyjnego Skweru Królewskiego – Krucza, czy zagospodarowanie polany przy Stawach Bliźniakach na Żelechowej” (Głos Szczeciński,19 maja 2021).

Wsiadając na Pomorzanach do szóstki, mijamy po drodze fabryczne zabudowania dawnego Szczecina, za którymi kryje się Szczecińska Wenecja, potem dworzec nad Odrą po lewej, pomnik kolejarza po prawej i Most Dworcowy, którego już nie ma, też po prawej. Wjeżdżamy na Most Długi, z lewej kościół św. Jana Ewangelisty, głębiej katedra św. Jakuba, po prawej kościół Świętej Trójcy, jedyny ewangelicki w Szczecinie. Mijamy Zamek Książąt Pomorskich, dojrzeć można tylko jego wieże. Czy widać z tramwaju tajemniczą Basztę Siedmiu Płaszczy, nie jestem pewna. Tramwaj jedzie wzdłuż Nadbrzeża Wieleckiego, pod Trasą Zamkową, której podpory stały się galerią dla artystów muralowych ze słynnym muralem „Iwaszkiewicza“ (ciągle zamalowywanym) i z wieloma innymi znanymi i nieznanymi malunkami, w tym Lumpa, cenionego szczecińskiego twórcy. Potem zaczynają się już słynne Wały i Bulwar Chrobrego (Hakenterrasse, nazwane na cześć burmistrza Hakena), zaprojektowane według koncepcji Wilhelma Meyera-Schwartau, a przy nich Muzeum Narodowe i Akademia Morska. Z przystanku Dworzec Morski można zejść do kapitanatu i, jak się ma szczęście, promem dotrzeć na Wyspę Grodzką. Prom przeznaczony jest dla działkowiczów z wyspy, ale działkowiczów można odwiedzać. Plaży na Wyspie Grodzkiej nie lubię, bo zajęła dużą część działek. Tramwaj jedzie dalej, oddala się nieco od Odry, by znów przy Stoczni Szczecińskiej się do niej przybliżyć. A potem zaczyna się już inny Szczecin, mniej turystyczno-pokazowy, ze starymi budynkami fabrycznymi, na murach których z trudnością, ale można jeszcze odczytać niemieckie słowa, Pałac Tilebeinów już nie istnieje, być może niedługo będzie można znowu pospacerować po parku przy pałacu z zachowanym starodrzewiem i odwiedzić miejsce dawnego rodzinnego mauzoleum. Na murach coraz częściej pojawiają się napisy kibiców piłkarskiego klubu Pogoni Szczecin, który to szczególnie na północy miasta ma swoich wielbicieli.

Tramwaj kończy trasę na pętli Gocław, by po chwili wrócić na Pomorzany. Warto wspomnieć o willi Strutza przy ulicy Lipowej, naprzeciwko pętli tramwajowej, znanej jako „willa z zegarem”, a od niedawna, gdy na nowo odkryto witraż z syrenką, zmieniła swój przydomek na „willę z syreną”.

Przechodzę pod bardzo niskim mostem kolejowym, mostem dla krótkich ludzi i fanów Pogoni Szczecin, o czym świadczą napisy po obu stronach mostu. Łagodnym zboczem idę w kierunku ulicy Narciarskiej, później mijam ulicę Górską. Czuję się, jak na górskim szlaku, jest drogowskaz: Wieża Bismarcka.

Wieża na pierwszy rzut oka jest w dość dobrym stanie, beton i wapień muszlowy mają się dobrze. Fani Pogoni dotarli też tutaj i zapisali na murach wieży nazwę swojego klubu.

Główne uroczystości z okazji setnych urodzin zaczną się o zmroku, wtedy jak za dawnych czasów wieża rozbłyśnie ogniem, takim z reflektorów. Na razie trwają harce na łące przed wieżą, dzieci łapią bańki mydlane, starsi zajęci są konsumpcją. Przechadzam się trochę po pobliskim lesie w którym porozrzucane są części obmurowań wieży oraz orły zwalone z wyższych partii budowli. Festyn zaczyna się rozkręcać.

Miejmy nadzieję, że nowy właściciel wieży przywróci jej dawny blask, niekoniecznie wielbiąc przy tym Bismarcka, lecz przypominając jego postać, historię miejsca i budowli.

Kino Polska po raz 16 w Berlinie

Ela Kargol

Spośród kilkunastu filmów albo i więcej pokazywanych na tegorocznym festiwalu filmów polskich w Berlinie obejrzałam tylko trzy, w moim ulubionym kinie Bundesplatz.

Bundesplatz to kino z ponad stuletnią historią. Gdy plac jeszcze nazywał się Kaiserplatz, kino nazywało się podobnie Lichtspiele Kaiserplatz, później przemianowane na Bundesplatz-Lichtspiele, Bundesplatz-Studio, od kilku lat jest po prostu Bundesplatz kinem. Filmy tu prezentowane najczęściej poprzedzone są krótkim wprowadzeniem, czasem pofilmową dyskusją z reżyserem, aktorami. Często wyświetlane są tu dzieła wybitne, filmy tzw. niszowe, klasyka filmowa, filmy historyczne. Kino Bundesplatz jest również kinem festiwalu Berlinale, a od 25 sierpnia do 1 września 2021 było kinem berlińskiego festiwalu polskich filmów.

Wszystkie trzy filmy, które obejrzałam były o miłości i śmierci, o kochaniu i umieraniu.

„Śniegu już nigdy nie będzie”, film Małgorzaty Szumowskiej

Do luksusowego podmiejskiego, ogrodzonego osiedla dla snobów, bogaczy, choć tak samo samotnych, szczęśliwych lub nieszczęśliwych i z problemami jak wszędzie, przychodzi Żenia, anioł łagodnej śmierci, tak go nazwałam po obejrzeniu filmu. Sam naznaczony czarnobylską śmiercią, od której we wspomnieniach nie może się uwolnić, oferuje mieszkańcom zamkniętego osiedla swoje usługi masażu, terapii, hipnozy, przyjaźni, miłości…

Zwłaszcza kobiety są mu wdzięczne za zainteresowanie i zrozumienie, mężczyźni za milczenie. Sam znika w dość magiczny sposób na końcu filmu. Osiedle nie znika, jest nadal luksusowe, ogrodzone i zamknięte.

„Marek Edelman …i była miłość w getcie”, film Jolanty Dylewskiej przy współpracy reżyserskiej Andrzeja Wajdy.

Głównym bohaterem i opowiadaczem tego fabularyzowanego dokumentu jest Marek Edelman. Opowiada historie miłosne, których był świadkiem. Wydarzyły się one w getcie warszawskim w czasie wojny. Odpowiada na pytania reżyserki ze swadą i pewnym rozdrażnieniem, tak jakby on znał tylko prawdę tamtych czasów, a ona zadaje niefortunne pytania „Miłość to trudna rzecz, a zabić jest łatwo”, to jego słowa. Te miłości, których Marek Edelman był obserwatorem, kończą się w komorach gazowych, rozstrzelaniem lub inną śmiercią. Na pytania reżyserki odpowiada najczęściej, że nie wie jak oni umarli, bo tak jest lepiej, mniej boli.

„Życie tam, w getcie, w pojedynkę było niemożliwe. Bez tego nie można było przeżyć i zostać człowiekiem. Zawsze trzeba było mieć kogoś do pary w tym sensie, że trzeba było mieć przy sobie drugiego człowieka, który myśli tak samo, który jest w ciebie tak samo wciągnięty, jak ty w niego. Dla którego zrobisz wszystko, a on dla ciebie. I to jest miłość” – pisał Marek Edelman, jeden z dowódców powstania w getcie warszawskim.

„Każdy ma swoje lato”, film Tomasza Jurkiewicza, film biorący udział w konkursie.

Każdy z bohaterów filmu – syn, matka, dziadek przeżywają swoją pierwszą miłość, bo każda nowa miłość jest pierwsza. Jedynie może dziadek z demencją przeżywa ją drugi raz. Gdy Agata przyjeżdża do Trzebini, dziadek rozpoznaje w niej swoją dawną kochankę Marysię. Zauroczenie dziadka Marysią doprowadziło przed laty do śmierci jego własnej żony. W Agacie zakochuje się wnuk Mirek, a matka Mirka organistka, prowadząca oazę dla dzieci przy kościele, na początku bardzo niechętna dość wyzwolonej Agacie, zmienia swoje sztywne poglądy, sama też pragnie miłości, wybacza ojcu jego dawną miłostkę. Agata wyjeżdża z Trzebini, ale miłość w Trzebini zostaje.

Zwycięzcą konkursu “Aktualne kino polskie” na 16. festiwalu filmów polskich FilmPOLSKA w Berlinie został film Piotra Domalewskiego „Jak najdalej stąd”.

Na zdjęciach: Julita Witt, moderatorka, Martin Erlenmaier, gospodarz kina i Tomasz Jurkiewicz reżyser filmu „Każdy ma swoje lato”.

Chodzenie po mieście

Ela Kargol

Berlin, Rüdesheimer Platz, „Niech żyje wolność! wiwat wino!”

Rüdesheimer Platz, jedno z najurokliwszych miejsc w Berlinie, ukwiecone w wiadomych porach roku, zazielenione krzewami i drzewami, które w upalne dni roztaczają cień nad siedzącymi na ławkach. Ławki od rana są już zajęte, a to przez właścicieli psów, których czworonogi biegają po jeszcze dość pustym placu, przez rodziców z wózkami, których pociechy budzą ich skoro świt. Sama kiedyś do nich należałam. Przychodziłam tu z wózkiem w miesiącach letnich jako pierwsza o 6 rano. Są też tacy, którzy skracają sobie drogę przez plac, nie zauważając jego piękna, nie słyszą świergotu ptaków ani szumu fontanny Zygfryda, nie czują zapachu róż. Potem przychodzą staruszkowie, tacy jak ja po 60-tce i starsi. Jak znajdą wolną ławkę, to przysiądą. Ci samotni wyjmą książkę, gazetę, zaczną czytać, co jakiś czas podnosząc głowę znad tekstu, ciekawi życia na placu. Niesamotni siadają, czasem rozmowa się klei, czasem milczą z wyboru. Karmią wróble, wiosną kaczki, uśmiechają się do dzieci, zwłaszcza tych najmniejszych, nieporadnych, stawiających pierwsze kroki.
Plac zaczyna się zapełniać, dzieciarnią, której pobliski plac zabaw nie wystarcza, mamami, więcej ich niż ojców, każdy już z kawą w biokubku, z lodem waflu. Wyczulone nozdrza wychwytują zapach pizzy. Obwoźny handel proponuje bułkę z rybą. Gwar tłumi świergot ptaków, gaworzenie dzieci. Plac żyje.

Taras nad Rüdesheimer Platz zaludnia się. Brzęk szkła i wino, które jak w piosence leje się strumieniami od zawsze, a na pewno od ponad 50 lat. Przyjeżdżają winiarze znad Renu, przywożą wino i śpiew, a my lubimy biesiadować i po drugim kieliszku cytujemy Fausta Goethe’go: „Niech żyje wolność! wiwat wino!”
Tych, którym miejsc zabraknie na górnym tarasie przy wyszynku wina, zaprasza plac, i choć ławki już zajęte, to wielu przynosi swoje meble turystyczne, można przysiąść na murku, na bruku, na poduszce przyniesionej z domu, otworzyć swoje wino i wyłożyć wiktuały, które do wina dobrze jest przekąsić.

Rheingauviertel to kwartał berlińskiej dzielnicy Wilmersdorf z głównym i reprezentacyjnym jego placem nazwanym na cześć miasta Rüdesheim nad Renem.

Rheingau to region w Niemczech na prawym brzegu środkowego Renu, region znany z najlepszych winnic i najlepszych, choć nie tylko, rieslingów.

Nazwy ulic i placów w berlińskim Rheingauviertel pochodzą głównie od miast i miejscowości położonych w Rheingau i okolicach: Bingen, Geisenheim, Lorch, Schlangenbad, Wiesbaden… Rüdesheim nad Renem dał nazwę nie tylko placowi, lecz też ulicy, wtedy jeszcze w Wilmersdorfie, od 1920 roku w Wielkim Berlinie. Tak również nazywa się stacja metra U3, nawiązująca wystrojem, ornamentami i współczesnymi fotografiami do winogron, winnic i wina.

Georg Haberland, inwestor i dyrektor spółki Terrain-Gesellschaft Berlin-Südwesten zainspirowany ideami architektury angielskiego Landhausstilu, zaplanował i rozplanował z początkiem XX wieku na mapie cały Rüdesheimer Platz.

Otaczać go miały budynki, których fasady miały być zaprojektowane tylko przez jednego architekta Paula Jatzowa w stylu angielskim. Prawdopodobnie również kompozycja placu jest jego dziełem. Okazałe kamienice stoją do dziś, a w miejsce tych, które nie przetrwały wojny, pobudowano podobne. Ich przedogródki pochylają się łagodnym zboczem w kierunku placu, wynosząc tym samym budynki na wyższe i ważniejsze miejsce. Sam plac przechodził różne koleje zagospodarowania, od ogrodów, którymi zajmowali się mieszkańcy „angielskich kamienic” po rabaty ukwiecone raz szczodrzej, innym razem mniej, w zależności od finansowych dotacji.

Nad całym placem góruje Zygfryd, próbujący dosiąść narowistego rumaka, po jego południowej stronie staruszek Ren, po północnej młoda dama Mozela. Alegoria Mozeli przedstawiona jest z winogronami jako najważniejszym jej atrybutem, a staruszek Ren ma przy sobie wiosło, kotwicę i trzciny. Postać Zygfryda wznosi się na stożkowatej sztucznej skale, po której, choć wbrew zakazowi, wspina się dzieciarnia. Na dole tryska woda, tworząc dość duży basen wodny, latem ku uciesze dzieci, wiosną zwabia kacze rodziny. Zygfryd i obie personifikacje rzek są dziełem rzeźbiarza Emila Cauera Młodszego. W czasie wojny rzeźby zostały dość mocno zniszczone, w latach 50 częściowo zrekonstruowane w uproszczonej formie, później kilka razy solidniej odnawiane. Razem z placem i „winnym tarasem“ tworzą całość. Rzeźby Zygfryda, Renu i Mozeli zwrócone są w kierunku placu, odwrócone tyłem do delektujących się winem biesiadników. Kilkaset metrów dalej w prostej linii, na końcu Landauer Straße jest mniejsza fontanna autorstwa tego samego artysty, Emila Cauera Młodszego – Erikabrunnen. Jedną z sześciu dziecięcych figur odlanych w brązie była Erika córka ówczesnego burmistrza Friedenau, dzielnicy graniczącej z Wilmersdorfem, stąd nazwa, Fontanna Eriki. Niestety podczas wojny całkowicie zniszczona, zrekonstruowana została, częściowo zgodnie z oryginałem, w roku 1982 przez artystę Heinza Spilkera.

Sama Landauer Straße jest przedłużeniem architektonicznego ciągu budynków i ogrodów z Rüdesheimer Platz, łączy dzielnice, kiedyś dwa odrębne berlińskie przedmieścia Wilmersdorf z Friedenau. A ponieważ nie jest długą ulicą, warto przejść się z kieliszkiem wina od Zygfryda do Eriki, od jednej fontanny do drugiej.

Właśnie to zrobiłyśmy, rozglądając się wokół, co rusz napełniając nasze szklanki napojem bogów.

My literatki pijemy wino z literatek, jak na literatki przystało, rozcieńczone z wodą mniej lub więcej lub wcale. Jest gitara i śpiew, róże kwitną, dalie, begonie, lato w mieście i święto wina.

In vino veritas, in aqua sanitas!

Chodzenie po mieście. Aleja Słońca

Ela Kargol

Miałam trzy lata, gdy stawiano mur w Berlinie. Nie mam pojęcia, kiedy się o nim dowiedziałam, o murze, że jest i dzieli dużo więcej niż tylko jedno miasto.

Gdy przyjechałam na dobre do Berlina, mur jeszcze pięć lat miał stać, dzielił, straszył, zamykał, utrudniał, wymuszał trudne decyzje, desperackie czyny, ucieczki, pozwalał marzyć o tym co będzie, gdy go już nie będzie.

Od ponad 30 lat go już nie ma. “Upadł”. Miasto go wchłonęło, zatarło po nim ślady. Gdzieniegdzie jeszcze budzi lęk lub zachwyca swoją obecnością albo duplikatem wyprodukowanym dla turystów. Po upadku i euforii zaczęło się scalanie tego, co kiedyś rozdzielono.

W 2019 roku, 30 lat po upadku muru miałyśmy z Joanną Trümner w planie, przejść lub objechać rowerem całą trasę muru, ponad 160 kilometrów. Podczas naszych wycieczek do muru, zmieniałyśmy często początkowe zamiary i szukałyśmy w naszej pamięci wspomnień o nim.

Powstało kilkanaście tekstów, zamieszczonych tu na blogu u naszej “adminki”. Rok później ona i ja wydałyśmy książkę Śladami Muru Berlińskiego. Dołączyła do nas jeszcze Krystyna Koziewicz.


Nie dawało mi spokoju, że nie do wszystkich miejsc dotarłyśmy. Próbuję to nadrabiać.

Gdy córka przeprowadziła się do mieszkania przy Planetenstraße, w berlińskiej dzielnicy Neukölln, krótko zastanawiałam się, po której ona teraz mieszka stronie. Bo dla tych, którzy mur pamiętają, on nadal dzieli, może już nie dosłownie, ale w pamięci, na dzielnice zachodnie i te na wschodzie miasta.
Do Planetenstraße dojeżdża się kolejką miejską. Köllnische Heide była ostatnią stacją w Berlinie Zachodnim i jakoś mi ulżyło, gdy dowiedziałam się, że Helcia zamieszka po tej „właściwej stronie”. Dla córki nie miało to żadnego znaczenia.

Budynek stacji “S-Bahny” po latach nieużywania w czasach rozłąki miasta został odrestaurowany, zmodernizowany i jest stacją pełną życia z przydworcową gastronomią i sprzedawcami handlującymi artykułami pierwszej i niepierwszej potrzeby.

Sonnenalle, ulica największej gwiazdy, bohaterka filmu o tym samym tytule, Aleja Słońca, którą podzielił mur, a wokół niej, po obu stronach dworca Köllnische Heide ulice nazwane od innych planet i gwiazdozbiorów: niepozorny Venusplatz, jeszcze mniejsza Siriusstraße, Jupiterstraße, nawet gwiazdozbiór Delfina ma tu swoją ulicę, tylko ogródki działkowe takie przyziemne i nie sięgają gwiazd, w czym może przeszkadza im drut kolczasty wiszący nad prawie każdym wejściem.

Idąc w kierunku wschodnim ulicą Planet dochodzimy do Heidekampgraben, rowu wodnego, który podczas podziału Niemiec wyznaczał granicę między Berlinem Zachodnim a Wschodnim. Po upadku i otwarciu muru wzdłuż rowu wodnego utworzono zielony korytarz z placami zabaw i rekreacji, mostami i kładkami. To zielone pasmo jest częścią Szlaku Muru Berlińskiego i po 2 – 3 kilometrach przecina Aleję Słońca (Sonnenallee) w miejscu, gdzie ponad 30 lat temu było przejście graniczne. Spacer drogą muru zostawiam na lepsze czasy i lepszą sprawność.

Przy Planetenstraße czekam na autobus w kierunku granicy i przejścia, których już nie ma. Autobus długo nie nadjeżdża, więc przyglądam się rzeźbom, które już znam z widzenia i które mylnie kojarzyłam z bajkową fontanną w pobliskim parku (Märchenbrunnen im Schulenburgpark).

Kiedyś myślałam, że tylko Friedrichshain ma swoją bajkową fontannę.

Rzeźby długo nie dawały mi spokoju, aż w końcu na jednej z nich zauważyłam podpis autora. Arthur Wellmann, zasłużony artysta III Rzeszy, którego rzeźby i pomniki zniknęły z mapy miasta, twórca pierwszego antyżydowskiego pomnika (Fritsch-Denkmal), postawionego w berlińskim Zehlendorfie, niedaleko Mexikoplatz na skwerze bez nazwy i jakichkolwiek śladów. Jego rzeźby tworzone w tzw. Heimatstilu z ludowymi motywami, którymi w 1938 roku upiększał place przed budynkami komunalnymi w Neukölln i Treptow, stoją do dzisiaj. Wdrapują się na nie dzieciaki wszystkich narodowości świata.

https://www.tagesspiegel.de/berlin/bezirke/steglitz-zehlendorf/politik-des-hasses-zehlendorf-im-nationalsozialismus-das-erste-antisemitische-denkmal-deutschlands/9057034.html

Wreszcie przyjeżdża autobus M41, wsiadam, jadę w kierunku Baumschulenstrasse, tam gdzie się kończy Aleja Słońca. Mijam Schulenburgpark po lewej stronie, po prawej kolorowe fasady domów i wypatruję czegokolwiek, co przypominałoby ślad muru, ślad granicy. Krótko przed przystankiem widzę w poprzek asfaltowej jezdni podwójną linię kostek brukowych, umowny znak przebiegu drogi muru. Wysiadam, podchodzę do byłej granicy, do przejścia granicznego, którego nie ma, szukam śladów. Chyba dobrze, że ich nie ma. W 1999, dziesięć lat po upadku muru artystka Heike Ponwitz wygrała konkurs na upamiętnienie tego miejsca. Po obu stronach dwupasmowej ulicy stoją lunety nazwane przez artystkę grafoskopami, mające upamiętniać przejścia graniczne w zamkniętym mieście. Patrząc w lunetę, można odczytać słowo Übergang (przejście), wyryte w soczewkach. Ponieważ zaglądam w te lunety z każdej strony, robię zdjęcia i jeszcze raz zaglądam, starszy przechodzień podchodzi do mnie i mówi: „Pani, tam nic nie ma, to jest do pomiaru prędkości, albo do czegoś innego, ale tam pani nic nie zobaczy.” Wyjaśniam mu, co to jest. On mur pamięta, ale pamiętać nie chce. Było, minęło. Mieszkał i mieszka we wschodniej części miasta. Wracam autobusem M41 do Köllnische Heide. Przypadkowo dowiaduję się do jak ważnej linii autobusowej wsiadłam. M41 ma nawet swoje fejsbukowe strony

https://de.wikipedia.org/wiki/Metrobuslinie_41_(Berlin)

Czekam na tym samym przystanku na inny autobus, żeby pojechać do mostu Chrisa Gueffroy’a (ChrisGueffroyBrücke).

Spoglądam znowu na rzeźby Wellmanna, coraz mniej je lubię.

Chris Gueffroy urodził się siedem lat po budowie muru, urodził się po wschodniej stronie Niemiec, w Pasewalku, w wieku pięciu lat przeprowadził się z matką i bratem do Berlina, wschodniego. Gdyby żył nie miałby swojej ulicy, swojego mostu, pomnika, gdyby żył. Umarł w wieku 21 lat. W tym wieku jest teraz moja córka, ta która mieszka po „właściwej stronie”, tej, na którą chciał się przedostać Chris. Uciekali we dwóch, Chris i kolega, w nocy z 5 na 6 lutego 1989 roku, w pobliżu ogródków działkowych “Harmonie” przez Britzer Verbindungskanal.

Słoneczna aleja była w zasięgu ręki, za kilka miesięcy miał upaść Mur Berliński.

Chris upadł jak Ikar lecąc ku słońcu, zabity 21 strzałami na pasie śmierci.

Mur berliński stał przez 28 lat, dwa miesiące i 28 dni – od 13 sierpnia 1961 roku do 9 listopada 1989 roku.

Chodzenie po mieście. Spaziergänge in einer Stadt.

Ela Kargol

Stettin, Stadt an der Oder und fast am Meer.

Stadt, die segelt, wenn der richtige Wind weht. Und heute weht der Wind vom Meer her.

Das ideale Wetter für die Segler.

Aber die Yachten liegen vor Anker an den Stettiner Kais noch bis Montag und zeigen sich den Betrachtern von ihrer besten Seite. Auch andere Attraktionen locken überall in der Stadt. Noch bis Sonntag dauern die Meerestage in Stettin.

Die Züge Berlin – Szczecin fahren wieder.

Szczecin ist immer einer Reise wert!

Wenn jemand mehr Ruhe braucht und auch andere Eindrücke, würde ich “Stettiner Venedig” oder die Besichtigung der Lentz-Villa empfehlen und auch die wunderbare Ausstellung im Nationalmuseum Stettin mit dem (irreführenden Titel) Stettin / Szczecin – eine Geschichte.

Szczecin, miasto nad Odrą (i prawie nad morzem).

Gdy wieje odpowiedni wiatr, miasto żegluje. A dziś wieje wiatr od morza.

Wspaniała pogoda na żagle.

Ale do poniedziałku jachty będą jeszcze stały przy nabrzeżu, pokazując się widzom od najpiękniejszej strony. W mieście w ogóle mnóstwo atrakcji. Jeszcze do niedzieli będą trwały Dni Morza w Szczecinie.

Pociągi na trasie Berlin – Szczecin znowu kursują.

Szczecin jest zawsze wart podróży!

Gdy ktoś woli ciszę, znajdzie ją na pewno w “Szczecińskiej Wenecji” albo odwiedzając świeżo odrestaurowaną willę Lentz. Można też polecić wspaniałą wystawę (choć o mylącym tytule) w Muzeum Narodowym: Stettin / Szczecin – jedna historia.

Chodzenie po mieście. Skok zająca.

Ela Kargol

Hasensprungbrücke i kolonia milionerów, od willi Walthera do willi Walthera

Jest to jeden z najmniejszych mostów w Berlinie, może najmniejszy, bo rozpiętość jego to tylko skok zająca, Hasensprungbrücke, most zajęczego skoku w dosłownym tłumaczeniu, ale nazwa, jak inne nazwy w pobliżu, nie ma nic wspólnego z zającami, lecz z winnicami w Rheingau, regionie Niemiec słynącym z najlepszych winorośli i wspaniałych win. Hasensprung to malownicza ścieżka, lub, jak nazwa głosi – promenada, łącząca Koenigsallee z Winkler Straße w Berlinie, w dzielnicy Grunewald, w dzielnicy bogatych i reprezentacyjnych willi, prześcigających się w przepychu, wielkości i różnorodności stylów architektonicznych. O tej dzielnicy już w trakcie jej powstawania mówiono Millionärskolonie (kolonia milionerów).

Te wytworne wille w Grunewaldzie zawdzięcza Berlin Bismarckowi. Kanclerz po powrocie z Paryża w roku 1871 był tak zachwycony Aleją Pól Elizejskich, że zapragnął zbudować w Berlinie podobną reprezentacyjną aleję. Choć Kurfürstendamm nie była nigdy tak szeroka jak Champs Èlysées, to jednak połączyła centrum miasta z jego obrzeżami czyli z grunewaldzkim lasem, tak jak Pola Elizejskie połączyły środek Paryża z Laskiem Bulońskim.

Ani berliński magistrat, ani nadleśnictwo grunewaldzkie nie było przychylne planom Bismarcka. Jednak żelazny kanclerz pokonał trudności, skutecznie naciągając prawo i przepisy, nie zawsze zgodnie z wolą berlińczyków.

Zaczął się wyrąb lasu, a wyrąbano na ten cel 234 hektary. Już wtedy sprzeciwiano się pomniejszaniu terenów leśnych, a tym tym bardziej wycince drzew pod budowę okazałych willi dla bogaczy. Popularnym stał się szlagier: Im Grunewald ist Holzauktion (https://www.youtube.com/watch?v=yH3tgkZ8yjk).

Rozpoczęto osuszanie bagnistych terenów, w wyniku czego powstały cztery sztuczne jeziora: Hubertussee, Herthasee, Dianasee i Koenigssee. Krajobraz Grunewaldu zmieniał się „na korzyść” dla nabywców i sprzedawców gruntów, parceli z prywatnym dostępem do jezior, z własną przystanią i plażą, często z ogrodem, który mógł mieć wielkość parku.
Grunewald nazwano kolonią milionerów i ze zdziwieniem, zazdrością, pogardą, czy wręcz nienawiścią spoglądano na wille wielkie jak pałace, które powstawały dla fabrykantów, prawników, przedsiębiorców, lekarzy, mecenasów szeroko pojętej sztuki, polityków, wydawców, artystów…, budowane w różnych stylach, przez różnych architektów. Niektórzy właściciele nigdy w nich nie zamieszkali, niektórzy bankrutowali i niedokończone budowle odsprzedawali dalej. Ci, co zamieszkali, prowadzili domy otwarte, organizowali spotkania literackie, wystawy sztuki, koncerty…

Historyk Karl-Heinz Metzger pisze, że świadomi i zaangażowani mieszkańcy Grunewaldu, którzy otworzyli swoje wille i przekształcili je w miejsca spotkań, byli w gruncie rzeczy ustabilizowanym i zasymilowanym żydowskim mieszczaństwem Berlina. Jeśli gdziekolwiek można mówić o niemiecko-żydowskiej symbiozie, to właśnie w kolonii willowej Grunewald.

Z kolei Nicolaus Sombart, urodzony w roku 1923 w Berlinie Grunewald, pisze w swoich wspomnieniach Jugend in Berlin: Bogactwo, którego doświadczyłem, podziwiając cenne zbiory sztuki, uczestnicząc w towarzyskich spotkaniach, obserwując wytworny styl życia, to wszystko działo się w domach żydowskich rodzin, w których bywali moi rodzice i do których ja, jako bystry, przedwcześnie dojrzały chłopiec (…) znalazłem dostęp.

W tej dzielnicy jest dużo kamieni pamięci (Stolpersteine), niektórzy właściciele lub ich spadkobiercy nigdy już nie wrócili do swoich domów. Część budowli zniszczyła wojna, te nie do końca zniszczone wyburzono. Remonty okazałych willi ciągle trwają. Ogromne budynki dzielone są na apartamenty, mieszkania, których ceny normalny śmiertelnik nie jest w stanie zapłacić. Niektóre jeszcze do teraz czekają na inwestorów. Wielkie parcele podzielono na mniejsze, a na nich wybudowano bloki z małymi mieszkaniami lub domki jednorodzinne, nie pasujące do krajobrazu dzielnicy willowej. Częściowo przywrócono dostęp do jezior.
Ostatnio po „willowym spacerze” usiadłyśmy przy Jeziorze Diany i któraś z nas zanuciła: Gdybym był bogaczem Dejdel didel dejdel Digu digu didel, dejdel dum…
Spoglądałyśmy na zupełnie od nowa zbudowaną willę Hansa Ullsteina i zastanawiałyśmy się, czy kiedykolwiek byłoby nas stać na to, aby tutaj zamieszkać, tu, gdzie ceny sł z kosmosu, metraże też. Nie wrócą już czasy kolonii milionerów, tych sprzed ponad stu lat, dla których budowano domy jednorodzinne, nierzadko o powierzchni 1000m². Teraz inni milionerzy mieszkają w Grunewaldzie.

Wróćmy do promenady Hasensprung.

Stoję na na Koenigsallee, moście łączącym Herthasee z Koenigssee. Ulica i jezioro zawdzięczają swoją nazwę bankierowi Feliksowi Koenigsowi, jednemu z założycieli grunewadzkiej kolonii i jednemu z pierwszych jej mieszkańców. Do tej pory mylnie kojarzyłam nazwę ulicy i jeziora z królem, choć przecież po królewsku się tu żyło i mieszkało i tak jest po części do dziś.

Jednym z takich królewskich pałaców jest willa Walthera (Villa Walther), architekta, który uwielbiał łączyć style, był jednym z głównych przedstawicieli eklektyzmu w architekturze. Grunewald zawdzięcza mu wiele reprezentacyjnych willi i kamienic. Willa przy Koenigsallee 20 powstała w latach 1912-13, jest przykładem późno wilhelmińskiej architektury reprezentacyjnej. Z nie udokumentowanych źródeł wynika, że zleceniodawcą tej ogromnej rezydencji był rosyjski arystokrata. Po wybuchu I wojny światowej, zleceniodawca nie był w stanie zapłacić za prace, które architekt Wilhelm Walther wcześniej sfinansował. Wojna i długi doprowadziły architekta do finansowej ruiny. Jak podaje wikipedia, właśnie w tej gigantycznej jednorodzinnej willi Walther odebrał sobie życie. II wojna światowa zniszczyła budynek w 50%, w latach 60 XX wieku były plany jej wyburzenia, ale konserwator zabytków podjął inną decyzję. Niestety dobudowany fragment nie jest tak reprezentacyjny, ani pasujący do waltherowskiej całości, choć w dalszym ciągu jest na czym zawiesić wzrok: na dekoracjach fasady z reliefami, na mozaice szczytowej, na cytatach ze starożytnej klasyki, na rzeźbach od strony jeziora. Hertha, mylnie nazwana germańską boginią, dała nazwę jezioru, które rozpościera się u stóp willi i wąskim kanałem łączy się pod Koenigsallee z jeziorem Koenigsa lub „królewskim”, tak jak królewskie jest wszystko wokół. Przy osuszaniu terenu, wykopywaniu i zakładaniu sztucznych jezior pracowali polscy gastarbajterzy. Nad królewskim jeziorem rósł jeszcze do niedawna buk purpurowy, pomnik przyrody pamiętający polskich robotników, a może przez któregoś z nich posadzony, pamiętający też dawnych mieszkańców, a wśród nich Walthera Rathenaua (1867-1922), Engelberta Humperdincka (1854-1921), Artura „Atze“ Braunera (1918-2019), Liona Feuchtwangera (1884-1958), Gerharta Hauptmanna (1862-1946), Alfreda Kerra (1867-1948) Haralda Juhnke (1929-2005), Maxa Reinhardta (1873-1943), Raoula von Koczalskiego (1884-1948) i wielu innych, ale niestety też Josepha Goebbelsa, Hermanna Göringa, Heinricha Himmlera. Przy powalonym pniu buka wyrastają młode drzewa, może któremuś się z nich uda się dożyc tego wieku, co ich przodek.

Idąc dalej Koenigsallee, w kierunku południowo-zachodnim wzdłuż Jeziora Diany, kolejnej bogini, tym razem łowów, płodności i księżyca, dochodzę do promenady Zajęczego skoku. Na rogu Koenigsallee i Hasensprung mieszkała w latach 60 ubiegłego wieku ceniona poetka i pisarka, Ingeborg Bachmann, podobno w willi Hecht (villa Hecht), której nie mogę dostrzec zza gałęzi wysokich buków, inne źródła podają inny adres, ale na pewno przy Hasensprung.

Most Hasensprung istnieje już od początków istnienia kolonii milionerów. Ponieważ ogrody willowe miały często dostęp do jezior, tym samym utrudniały budowę krótkich połączeń między ulicami, jeziorami, willami, a w tym miejscu aż się o taki skrót prosiło, a więc powstała jednopasmowa droga dla pieszych i furmanek. Skaczące zające, odwrócone w przeciwne strony na betonowych balustradach mostu są dziełem rzeźbiarza Eberharda Encke. Tuż za mostem wchodzimy na Winkler Straße, gdzie ten sam architekt Wilhelm Walther starał się jak mógł, a ja nie mogę wyjść z podziwu i tej pozytywnej zazdrości. O ile dobrze pamiętam w jednej z jego wspaniałych rezydencji przy Winkler Straße przeznaczonej w latach 90 ubiegłego wieku na Dom Seniora zamieszkał jakiś czas nasz sąsiad Martin. Pamiętam jego ogromny pokój z zimowym ogrodem. Cóż, Martin, mimo że wychował się równie w okazałej willi w równie bogatej dzielnicy Berlina Dahlem, wytrzymał w tej senioralnej rezydencji tylko rok. Dom Martina w Dahlem został zbombardowany, on sam jako jeden z niewielu uczniów berlińskiego Arndt Gymnasium wrócił z wojny. W zniszczonej willi Martina ocalały niektóre meble. Martin do końca życia mieszkał w coraz mniejszych wynajętych mieszkaniach, oprócz epizodu w grunewaldzkiej willi Walthera.

PS od Adminki: dopiero wczoraj na wspólnym spacerze (tradycyjnie we trzy – Krysia, Ela i ja), odkryłyśmy, że na poniższej płaskorzeźbie pokazano Centaura i Centaurkę. Bardzo się to nam spodobało, choć na zdjęciu nie bardzo to widać. Ale na spacerze, jak już się wie, to widzi się wyraźnie że i koń, i jego ludzka głowa są po prawej żeńskie, a po lewej męskie.

Chodzenie po mieście

Ela Kargol

Z Moabitu do Friedenau. Schoenholtz i jego rzeźby

Berlin, Moabit, dzielnica, którą odkrywam krok po kroku, kamienica po kamienicy, ulica po ulicy, zawsze z tego samego miejsca, czyli spod Zakładu Karnego Moabit.

Na rogu Rathenower Straße i Alt-Moabit, w miejscu, gdzie kiedyś znajdował się budynek sądu karnego, a przed jego budynkiem rozwścieczony lew odlany z brązu, autorstwa Alberta Wolfa, bronił zaciekle swoich lwiątek przed przebiegłym i równie potężnym wężem, stoi dzisiaj inny budynek i inna rzeźba, możliwe nawet, że dokładnie w tym samym miejscu. Ta inna rzeźba jest jedną z sześciu, które znajdują się na osiedlu Heinricha Zille’go i są odpowiedzią i przeciwwagą do Pomnika Ułanów Limburga.

Osiedle Zille’go (Heinrich-Zille-Siedlung) powstało na terenie dawnych koszar Drugiego Pułku Ułanów Gwardii w późnych latach 70 ubiegłego wieku.

Teren koszar, nie tylko drugiego pułku, ale też innych regimentów, rozciągał się między Perleberger Straße, Rathenower Straße, Invalidenstraße prawie aż do obecnego Dworca Głównego w Berlinie (Berlin Hauptbahnhof), zajmował obecny Fritz-Schloß-Park, graniczył ze słynnym więzieniem moabickim, Zellengefängnis Lehrter Straße, na którego miejscu znajduje się teraz park historyczny. Drugi Pułk Ułanów Gwardii został zdemobilizowany w 1918 roku. Budynki przejęła Reichswehra, potem Wehrmacht. W 1943 roku w koszarowych stajniach 2000 Żydów, uwięzionych podczas tzw. Fabrikaktion, czekało na transport do KZ Auschwitz. W czasie wojny część budynków została zniszczona, do nich dołączyły gruzy innych moabickich budowli, część budynków zajęła berlińska policja. Z koszarowych gruzów powstało wzniesienie, jakich jest w Berlinie kilka – są to tzw. Trümmerberg (góry z gruzów). Kubistyczny pomnik przy wejściu do parku o tym przypomina.

W 1923 r. ostatni dowódca pułku Ludwig Karl Maria Graf von Maldeghem odsłonił pomnik ku czci poległych ułanów w czasie I wojny światowej. Pomnik nie stoi w tym samym miejscu, w którym został pierwotnie postawiony, ale dość niedaleko, a mianowicie przy Claire-Waldoff-Promenade, prawie w środku Osiedla Zille’go. Zauważalny jest niemal od razu, czego nie mogę powiedzieć o jego sześciu przeciwstawnych odnośnikach, które giną wśród bloków. Architekt planując osiedle zadał sobie naprawdę wiele trudu angażując i rozpisując konkurs na zagospodarowanie i upiększenie osiedla sztuką, sztuką nawiązującą do historii miejsca.

Konkurs wygrał rzeźbiarz, profesor Berlińskiego Uniwersytetu Sztuki (UdK Berlin) Michael Schoenholtz. Schoenholtz zaprojektował sześć rzeźb nawiązując i przeciwstawiając je pomnikowi Limburga, gloryfikującemu wojnę i militarność, nawiązał do koloru pomnika ułanów, do dwustopniowego cokołu i elementów, które zawiera. I tak powstały: Broń (Waffen), Miłość (Liebe), Życie (Leben), Harmonia (Harmonie), Słońce (Sonne), Sny (Träume).

To są tytuły nadane przez architekta osiedla Volkera Theißena. Artysta Schoenholtz nazwał swoje dzieła trochę inaczej. Podaję je tutaj w tej samej kolejności jak wyżej: Przeciwko wojnie, Roślina, Grono, Zniszczona forma, Słońce, Nadające się do zamieszkania.

W cokołach rzeźb umieszczone są metalowe tabliczki z cytatami Nitzschego, Goethego, Blocha, Salomo, Camusa, Ponge’a. Pierwszą, którą zobaczyłam była Broń lub jak chciał rzeźbiarz – Przeciwko wojnie. Na metalowej tabliczce umieszczone są słowa Nitzschego:

Die eherne Notwendigkeit ist ein Ding, von dem die Menschen im Verlauf der Geschichte einsehen, dass es weder ehern noch notwendig ist.

“Bezwględna konieczność jest rzeczą, która – jak się w przebiegu dziejów okazuje – nie jest ani bezwzględna, ani konieczna.” (tłumaczenie Ela Jagiełło)

Gdybym nie zobaczyła przy Rathenower Straße pierwszej rzeźby, dla mnie pierwszej, nie dotarłabym nigdy do pozostałych tak starannie i szczegółowo zaprojektowanych, ustawionych na planie starych koszar, z przekazem antywojennym. Niektóre z nich zarosły zielenią osiedlową, niektóre stały się niewidoczne dla mieszkańców osiedla, przemykających między Słońcem, Życiem i Miłością. Bardziej widoczny jest ślimak lub rzeźba przedstawiająca jeden z rysunków Zille’go, są to rzeźby innych artystów. Osiedle aż tętni sztuką, szkoda, tylko, że za pierwszym, ani nawet za drugim razem nie jest ona widoczna i zrozumiała.

Wracając do artysty Schoenholtza, muszę się przenieść z Moabitu na Friedenau. Miał pracownię niedaleko miejsca, gdzie mieszkam, przy Görresstraße. Zmarł w roku 2019, pochowany jest na cmentarzu przy Stubenrauchstraße, wśród sławnych i mniej sławnych artystów. Gdy jeszcze żył, oferował kursy rzeźbiarskie w kamieniu dla dzieci. A ja wtedy bezskutecznie szukałam takich kursów dla wnuka. Dzisiaj weszłam na podwórko, gdzie Schoenholtz tworzył, jedyne podwórko z pracowniami rzeźbiarzy, które zostały na tej ulicy, dawnej Wilhelmstraße. Przeszło sto lat temu w prawie co drugim domu znajdowało się atelier rzeźbiarskie. Tu mieszkali i tworzyli tacy rzeźbiarze jak: Valentino Casal (1867-1951), Johannes Götz (1865-1934), Eberhard Encke (1881-1936), Paul Hubrich (1869-1948), Edmund Gomanski, (1854-1930), Ludwig Manzel (1858-1936, twórca szczecińskiej Sediny). Podobno cesarz Wilhelm II nazwał to miejsce Klein Carrara. To właśnie tu dostarczono wielki blok marmuru karraryjskiego, z którego miały powstać na zlecenie cesarza 32 pomniki ustawione później w Alei Zwycięstwa (Siegesallee).

Ale to będzie już inny spacer, z Friedenau do Tiergarten.

Chodzenie po mieście. Trzy żonkile.

Ela Kargol

Były trzy dworce w Berlinie, z których deportowano Żydów między rokiem 1941 a 1945 na Wschód, do gett i obozów zagłady:

Bahnhof Grunewald – 10 137 ludzi,
Anhalter Bahnhof – 9 635 ludzi,
Güterbahnhof (dworzec towarowy) Moabit – 32 201 ludzi.

Skrupulatnie rozliczano ich z pozostawionego majątku ruchomego, bo nieruchomości, jeśli takie posiadali, odebrano im już wcześniej. Prowadzono drobiazgowe listy z oświadczeniami majątkowymi, a jeżeli ktoś nie zdążył spisać swojego stanu posiadania i znalazł się już w transporcie, urzędnik zaznaczał, że odpowiednie zaświadczenie będzie jeszcze dostarczone. Są też dokładne spisy tych, którzy wybrali sami dla siebie „osteczne rozwiązanie” jeszcze przed transportem do Auschwitz, Theresienstadt czy Treblinki. Majątki ich wszystkich przepadały na rzecz nazistowskiej Rzeszy. Deutsche Reichsbahn (Niemieckie Koleje Rzeszy) po targu z Himmlerem, który wynegocjował dobrą cenę, brały od dorosłego 4 reichspfennigi (fenigi rzeszy), od dziecka 2 fenigi. Małe dzieci jechały za darmo do Auschwitz, Bełżca, Rygi…

Odpowiedzialny za rolę Reichsbahny w deportacjach Żydów był Albert Ganzenmüller, sekretarz stanu w Ministerstwie Transportu III Rzeszy. Dożył sędziwego wieku 91 lat.

Z Anhalter Bahnhof dołączano do kursowych pociągów dalekobieżnych trzy wagony trzeciej klasy. Pasażerowie czekający w kierunku Drezna nie różnili się wiele od pasażerów, którzy jechali dalej do Theresienstadt, może tylko tym, że tych drugich otaczała grupa SS-manów, pilnująca porządku. Konduktor nie musiał sprawdzać kolejno biletów. Bilety były grupowe.

Miejsce pamięci Putlitzbrücke

W rocznicę wybuchu powstania w Getcie Warszawskim wybrałyśmy się (Ewa, Krysia i ja) na berliński dworzec Grunewald, do miejsca pamięci Gleis 17, z którego 18. X. 1941 wyruszył pierwszy pociąg z 1013 „pasażerami” do getta w Łodzi. Przyniosłyśmy świeże żonkile, papierowe przypięłyśmy do płaszczy i kurtek. Kilka dni później pojechałyśmy na były dworzec towarowy Moabit, skąd deportowano do gett i obozów zagłady ponad 30 tysięcy berlińskich Żydów.

Miejsce pamięci Gleis 17 na Grunewaldzie

Na moście Putlitzkim (Putlitzbrücke), który rozciąga się nad moabickim dworcem towarowym i przystankiem S-Bahny Westhafen, stanął w roku 1987 pomnik upamiętniający deportację tysięcy Żydów. Autorem pomnika jest Volkmar Haase. Pomnik jest miejscem częstych ataków grup antysemickich, nawet zamachu bombowego (sierpień 1992 roku). Wybuch zniszczył pomnik do tego stopnia, że musiał być zdemontowany i w następnym roku jeszcze raz ustawiony. Jesteśmy tu pierwszy raz. Częścią pomnika są zdeformowane schody, schody, które prowadzą do nieba i są tak nierzeczywiste, a jednocześnie wstrząsające, groźne, tragiczne. Daleko mi od krytyki idei artysty, a już na pewno idei upamiętnienia tego miejsca, ale gdy podeszłyśmy pod pomnik, oprócz kilku obligatoryjnych zdjęć i wymienianych przy tym uwag niewiele miałyśmy do powiedzenia. Całe otoczenie pomnika, hałas przejeżdzających po moście samochodów, a pod mostem kolejki miejskiej, nie dają możliwości cichej zadumy. Ale dobrze, że jest. Napis, który umieszczony jest na pomniku dość nisko, w całości jeszcze raz znajduję w internecie.

STUFEN
DIE KEINE
STUFEN
MEHR SIND.
EINE TREPPE
DIE KEINE TREPPE MEHR IST.
ABGEBROCHEN.
SYMBOL DES WEGES
DER KEIN WEG MEHR WAR
FUER DIE
DIE
UEBER RAMPEN
GLEISE
STUFEN
UND TREPPEN
DIESEN LETZTEN WEG GEHEN MUSSTEN.
VOM BAHNHOF PUTLITZSTRASSE
WURDEN IN DEN JAHREN
1941–1944
ZEHNTAUSENDE JUEDISCHER MITBUERGER BERLINS
IN VERNICHTUNGSLAGER
DEPORTIERT
UND
ERMORDET

Stopnie, które już nie są stopniami
Schody, które już nie są schodami
urwane
symbol drogi, która nie była już drogą
dla tych, którzy przez te rampy tory, stopnie i schody ostatnią drogę musieli przebyć

Z dworca Putlitzstraße (dworzec towarowy Moabit) w latach 1941 – 44 zostało deportowanych i zamordowanych w obozach zaglady dziesiatki tysięcy współmieszkańców Berlina pochodzenia żydowskiego, współobywateli tego miasta.

Miejsce pamięci peronu 69 na moabickim dworcu otwarto nie tak dawno, cztery lata temu. Trudno tu trafić. Trzeba zejść z głośnego mostu i ulicą Quitzowstraße kierować się na wschód, wypatrując Lidla i sklepu budowlanego Hellweg. Pomiędzy nimi znajduje się wybrukowana droga, podobno w urzędowych aktach zwana jeszcze Deportationsweg. Droga, która prowadziła prosto do dawnych torów tzw. militarnych 69, 81, 82.

Miejsce pamięci Deportationsbahnhof (Gleis 69) Moabit

Czytam wiele krytycznych uwag o tym miejscu, uwag, których nie podzielam. Może trafiłyśmy na spokojny słoneczny dzień, na dobrą porę dnia, może fakt, że wiedziałyśmy, po co tu przyszłyśmy, pozwolił nam się zatrzymać na chwilę. Sosnowy lasek, tory, rampa, wybrukowana droga, którą oni szli. Przy drodze rozkwitł właśnie żółty kwiatek, na drodze leży czapka, którą ktoś zgubił, wtedy też mogły leżeć tu czapki, a wiosną kwitło kwiecie.

34 transporty, transporty ludzi, ludzi, którzy ulicami Moabitu szli z synagogi przy Levetzowstrasse, przekształconej na punkt zborny (Sammellager). Często byli to sąsiedzi, przyjaciele, oznaczeni gwiazdą Dawida, całe rodziny, samotni, dzieci, jeszcze z walizkami w ręku, które musieli i tak zostawić, zanim weszli do wagonu.

Ellen-Epstein-Straße, nowo powstała ulica na terenie moabickiego dworca towarowego, upamiętnia wspaniałą pianistkę, która wraz z siostrą wsiadła tu w październiku 1942 roku do pociągu w kierunku Rygi. Był to 21 Berliner Osttransport i była to podróż w jedną stronę.

Zostawiamy nasze papierowe żonkile przy „torze 69”, a kilka dni później w miejscu, gdzie stała synagoga przy Levetzowstraße.

Miejsce pamięci Synagoga Levetzowstraße. Wszystkie zdjęcia – Elżbieta Kargol

***

Od Adminki: O miejscu pamięci na Grunewaldzie pisałyśmy już: TU wpis Eli, tu dwa moje TU i TU.

Berlin, Dahlem Dorf, wieś w mieście

Ela Kargol

Kilka dni przed niedzielą palmową wybrałyśmy się z Krysią do Domäne Dahlem w Berlinie i na pobliski cmentarz.

Dahlem była kiedyś osadą, później wsią skupioną wokół średniowiecznego kościoła św. Anny, potem przedmieściem Berlina z dużym gospodarstwem Domäne Dahlem, do dzisiaj działającym, choć uszczuplonym o tereny przeznaczone na początku XX wieku na budowę wspaniałych willi, na które stać było tylko tych bogatszych berlińczyków.

Tak jak kiedyś Dahlem i okolice przyciągały mieszczuchów na łono natury, tak jest do tej pory. Majątek Dahlem jest celem wycieczek rodzin, które swoim dzieciom chcą pokazać żywą krowę, kurę, barana i chcą poczuć zapach stajni, obory lub chlewa.

Nie przyciągała mnie długo ta sztuczna wieś w mieście, może dlatego, że nie była mi obca prawdziwa wieś, na której spędzałam prawie wszystkie wakacje i inne wolne chwile. Nie przychodziłam tu z dziećmi, zaczęłam dopiero z wnukami.

Przyglądaliśmy się krowom, koniom, wiosną cielakom, źrebakom, jagniątkom. Prosiaków moje wnuki nie chciały oglądać, prosiaki śmierdziały. Pokazywałam im oziminę i zboże jare, ziemniaki, kapustę, kukurydzę, kupowaliśmy jabłka z robakami i drogi miód z pobliskich pasiek. Kiedyś urwałam wnuczce kilka kolb kukurydzy i pokazałam jej, jak można robić z nich lalki z długimi włosami. Moje wnuki patrzyły już inaczej niż ja na to muzeum wsi, tym bardziej, że każda wyprawa kończyła się przejażdżką na traktorze lub na karuzeli.

Folwark Domäne był kiedyś majątkiem rycerskim, dużo większym niż teraz. Gospodarstwo w wersji uszczuplonej przetrwało, w dworku wzniesionym w XVI wieku powstało muzeum, w którym można zapoznać się z rozwojem rolnictwa w Dahlem i z historią wsi. W innych budynkach i poza nimi możemy przyglądać się hodowli zwierząt, poznać pracę tkaczy, garncarzy, farbiarzy, kowala. Liczne festyny przyciągają dorosłych i dzieci. Mam nadzieję, że zanim wnuki podrosną, wybierzemy się jeszcze raz na rycerski turniej lub jarmark wielkanocny czy adwentowy, które teraz z wiadomych powodów się nie odbywają.

Pola jednak trzeba zaorać, obsiać, bydło wyprowadzić na pastwisko, a więc jest na co popatrzeć. Spacerujemy powoli i zachwycamy się drewnianym, skrzywionym płotem. Nad stawem kwitną bazie „niedzielnopalmowe”. Choć dorodniejsze znalazłyśmy później w sercu dawnej wsi, przy kościele św. Anny.

Drewniany kościół stanął w tym miejscu prawdopodobnie już w XIII wieku. Na jego miejscu powstał potem budynek murowany z kamienia polnego – kilkakrotnie przebudowywany, powiększany i odbudowany po zniszczeniach wojennych, stoi do dziś.

Kościół otoczony jest starym cmentarzem, do którego na początku XX wieku dołączono nowy. Architekci Friedrich i Wilhelm Henningowie zaprojektowali nową bramę i kaplicę cmentarną oraz otoczyli oba cmentarze, ten kościelny i miejski, równym kamiennym murem. W latach 30 ubiegłego wieku i później kościół był miejscem ruchu oporu przeciw narodowemu socjalizmowi, miejscem spotkań członków i sympatyków Kościoła Wyznającego (Bekennende Kirche). Ówczesna plebania znana jest teraz jako Martin-Niemöller-Haus, w 2017 roku otwarto tu miejsce pamięci Martina Niemöllera.

Martin Niemöller był od 1931 pastorem luterańskim parafii w Dahlem. Początkowo był zwolennikiem partii NSDAP, na którą głosował w 1933 roku. Dopiero ustawy norymberskie skłoniły go do innego myślenia. Odtąd sprzeciwiał się prześladowaniom Żydów. Wraz z teologiem Karlem Barthem był współautorem Deklaracji z Barmen, która negowała współpracę protestantów z nacjonalistami.

Z innym działaczem antyhitlerowskiem, Karlem Bonhoefferem utworzył Kościół Wyznający. Był więźniem Sachsenhausen i Dachau. Po wojnie stał się zdeklarowanym pacyfistą.

W domu parafialnym naprzeciwko kościoła św. Anny też odbywały się spotkania członków Kościoła Wyznającego. Na cmentarzu jest sporo grobów członków ruchu oporu, członków lub sympatyków Kręgu z Krzyżowej (Kreisauer Kreis). Nie wszystkie są grobami honorowymi miasta Berlina. O niektórych opowiadają zaangażowani członkowie parafii. O niektórych wiem bezpośrednio od ich dzieci, którym jeszcze kilka lat temu nie bardzo chciałam wierzyć, myśląc, że teraz to każdy przyznaje się chętnie do znajomości z Bonhoefferem lub do uczestnictwa w zamachu na Hitlera. Tym bardziej, że w Dahlem mieszkało podczas wojny dużo wysokich rangą urzędników państwowych III Rzeszy, jej zwolenników i tzw. Mitläufer (osób wspierających reżim), często zajmujących domy żydowskich właścicieli.

***
Cmentarz, jak każdy berliński cmentarz, wyjątkowy, a sztuka nagrobna jest przekrojem wielu epok sztuki niekoniecznie nagrobnej.
Wspomnę tu o trzech grobach nie związanych z Kościołem Wyznającym. Leżą tu Rudi Dutschke, lewicowy przywódca ruchów studenckich z lat 60, Waldemar Grzimek, rzeźbiarz i Bernhard Heiliger, też rzeźbiarz, urodzony i wykształcony w Szczecinie, o którym napiszę szerzej w innym tekście.
Są też, jak na każdym cmentarzu berlińskim, a może niemieckim, groby wojenne, groby chłopców dwudziestoletnich, często ochotników, którzy zginęli za ojczyznę.


***
Wróćmy jednak do niedzieli palmowej – właśnie tu, na cmentarzu, niedaleko kościółka znalazłyśmy wielkanocne drzewko, w pełnym rozkwicie baź, kotków, które w naszej szerokości geograficznej stają się na tę jedną niedzielę „jerozolimskimi palmami”. Ta wierzba przyciągnęła nas nie tylko bujnym kwiatostanem, ale też szumem pszczół i świergotem ptaków. Gdy podeszłyśmy bliżej, uginała się nie tylko od bazi, ale też od zawieszonych skarbów.

Wspomnę jeszcze o jednym drzewie. Gdzieś między kościołem a domem parafialnym, na skrzyżowaniu dwóch dość ruchliwych ulic, z kilkusetletniego ściętego pnia wiązu wyrasta młode drzewo. Ktoś zadał sobie trud i prosi o zachowanie młodego pędu wyrastajacego ze starego pnia. Stary wiąz był pomnikiem przyrody i niejedno widział. Był świadkiem niejednej wojny, rozwoju wsi, a potem miasta.

Idąc dalej do stacji metra Dahlem Dorf mijamy zabudowania dawnej wsi. Obok pomnika ofiar I wojny światowej jest wejście do piwnicy, w której przechowywano lód, mijamy dawny dom mleczarza (teraz, a prawdopodobnie już na początku XIX wieku, mieści się tu restauracja Alter Krug).


Budynek dworca Dahlem Dorf został zaprojektowany przez braci Friedricha i Wilhelma Henningów (tych, którzy projektowali kaplicę cmentarną) w stylu wiejskiego domu szachulcowego, pokrytego strzechą.

Strzecha po ostatnim pożarze nie jest już strzechą tylko podróbką. Dahlem nie jest już wsią, ale bogatą dzielnicą Berlina, leżącą już nie na jego obrzeżach. Tam gdzie kiedyś stała karczma „Zum Wilden Eber” (Pod dzikim knurem), na Placu przy Dzikim Knurze (Platz am Wilden Eber), na granicy z dawną wsią Schmargendorf, kwitną wiosenne krokusy, a knur z brązu autorstwa Paula Grusona ozdabia plac (z przerwami) już od stu lat.